Front matter
PAWEŁ STAŚKO
A
Ć
całość
PAWEŁ STAŚKO
A
Ć
WARSZAWA
BIBLJOTEKA ROMANSÓW I POWIEŚCI
9.
Druk: Sz. Sikora Warszawa Nowolipki
I.
Zegar wydzwonił kwadrans na czwartą po południu. Nieśmiałe marcowe słońce zajrzało promienną strugą do buduaru pani Aniewiczowej leżącej w biegunowym fotelu. Skończyła właśnie przeglądać francuski żurnal mód i odrzuciła go niedbale na obok stojący palisandrowy stoliczek. Teraz zaczęło się jej zwykłe poobiedne Spojrzała leniwie w okno opromienione słońcem. Czuć było z ciepłych i pieszczotliwych blasków, że idzie wiosna kędyś od pól dalekich i drżąco, jakby się bała jeszcze, zagląda w miasto. Zapewne, wiosna nie rodzi się tu w mieście, lecz gdzieś tam na pagórkach odkrytych z śniegów niw; na skrajach lasów, w sercu cebulek i bulw tężnych kwiatów. Tam najpierw budzi się pierwsze życie, zakwitają bazie wiklin i leszczyn, pierwiastki kwieć i jaskry. A potem ten pierwszy oddech wiosny, zamieniony w utęskniony a tak rozkoszny wiew, płynie ku miastom, aby budzić kasztany plant i parków. Płynie mróz z słońcem i niebiańską radością niesie orędzie iszczącego się szczęścia, nabiera sił i coraz żywszych tonów i słodkim szeptem wszystko co żyje wywołuje za mury miasta w otwartą przestrzeń. Pani Aniewiczowa słyszy te pierwsze szepty wiosny, czuje, że świat za oknem już jakiś inny, widzi jak się raduje ptactwo na gałązkach drzew rosnących na podwórzu, że wszechstworzenie dostaje skrzydeł. Widzi to, czuje, a jednak wbrew nakazowi tej ogólnej radości nie pije ustami serca i duszy słonecznego zwiastuna, który bierze ją właśnie w promieniste ramiona, ale, westchnąwszy ciężko, zamyka oczy i myślą gdzieś zapada. Lecz słońce nie dba o to jakgdyby odepchnięcie i jeszcze intensywniej oblewa blaskiem leniwą postać, swawoli po jej twarzy podniszczonej już nieco, a jednak pięknej jeszcze i powabnej. Tak, pani Anda przeżyła już trzydzieści ośm takich zbudzonych wiosen, ma męża o dziesięć lat starszego, oraz jest matką trzech córek i dwóch synów. Pięcioro dzieci... dość, aby wyryć na twarzy niejedną zmarszczkę. A jednak pani Anda opiera się gwałtownie bezlitośnie nadchodzącej starości. Przekwita. Ale od czegoż różowy puder, barwinka, masaże twarzy? Musi! Jakżeby inaczej wyglądała — ona, dawniejsza Andzia, królowa zabaw i konkursów piękności? Musi ratować cerę, zacierać zmarszczki — chce jeszcze żyć! Gdyby jeszcze nie tyle dzieci, gdyby tak jedno, albo żadne... Znów o tem samem dzisiaj myśli. Co za okropny los rodzić i rodzić! Ona, ta Andzia... Straszne! Echa lat wielu chmurzą jej słodki odpoczynek. Myśli nie jak dobra matka, ale jak kobieta pragnąca wiecznie triumfować, bawić się, kusić i czarować! Niestety, brutalny los! Wszystko inaczej poszło, jest teraz matką pięciorga dzieci. Jak od początku tak stale, do dziś nienawidzi potomstwa wraz z mężem. Żal jej utraconego życia. Przez tyle lat nie potrafiła oswoić się z potwornym dla niej stanem rzeczy, przylgnąć do dzieci, które na świat wydała, buntowała się ciągle i czuła niewolnicą. A przecież nią nie była, prze- ciwnie, mąż ją na rękach nosił, obsypywał dostatkiem i kochał. Stać go było na wszystko jako bankiera. Ale nie kupił żony tej urodziwej Andzi, nie. Sama wyszła za niego, chciała, właściwie wyszła z wściekłości, z zemsty. Jakaż to dziwna była zemsta! Kiedyż to było? — przed dziewiętnastu laty... Właśnie z przymkniętemi oczyma myśli o tem w tej chwili. Prawie codziennie o tem myśli. ...Karnawał. Tańczy, króluje... Ach! jaka rozkosz tak królować! Każdy szuka jej łask, spojrzenia i uśmiechu. Skąpi, ale rozdaje. Wieniec młodzieży otacza ją, jedną. Wybiera jak królewna. Upaja ją niezwykłe powodzenie. Zazdrosny narzeczony stoi w kącie pod palmą i wściekłym choć kochającym wzrokiem spogląda na nią. Widzi to, czuje, rozumie, a jednak nie dba o to. Owszem, sprawia jej to nawet przedziwną radość. Jest odurzona muzyką, tańcem, spojrzeniem pełnem uwielbienia i pochlebstw. Jakżeż to słodkie, upajające! A przedewszystkiem ten, ten dziś poznany... Tańczy z nim właśnie, przeważnie tylko z nim. Jakże on cudnie szepce, jak ją rozkosznie umie objąć i jaki piękny! Jakaż moc tryska z niego, jak mu się iskrzą oczy, jaki szalenie kusicielski! Tańczyć z nim wiecznie... wiecznie! Pić jego żar, siłę, poddawać się uściskom! On jeden taki śmiały, pewny swej mocy, zwycięski... W głowie jej szumi, budzą się zmysły, miłość — już lgnie ku niemu całą sobą. O tamtym, tam pod palmą stojącym, zapomina. Wmawia w siebie obecnie, że go nie kocha i nie kochała nigdy. Dziś nią zawładnął inny. Teraz dopiero poznaje miłość, oślepiającą miłość! Jakiś przesłodki niesie ją strumień, niesie na słodkich falach, a ona się poddaje i płynie... płynie... ...Po balu. Zrywa ze zrozpaczonym narzeczonym. Odchodzi od niej, kocha ją jeszcze, lecz Teraz nowy królewicz... Schadzki, codzienne schadzki. Teatr, dancingi, a potem, jak urzeczona demoniczną mocą objawionego królewicza — wpada w jego ramiona. Wpada bez sił oporu, głodna jego pieszczoty i pocałunków, głodna rozkoszy — od chwili tego balu nieprzytomna i rozkochana bezgranicznie... Przez jeden tydzień wije się pieśń uniesień — grają zmysły, odmęt słodkiej wichury niesie ich kędyś w bezdnie. Przez jeden tydzień tylko! Nasycony kochanek znika nagle i ginie, jak meteor. Jak błyskawica przebiegł po horyzoncie i nie wróci. Upoił się ofiarą i z wyżyn szczęścia strącił ją w przepaść. Okropne dni oczekiwania, a potem list: żegnaj, nie wrócę... zapomnij! ...Rozpacz, a potem lęk, ów lęk przed idącą przyszłością... Wraca pierwszy królewicz... odszedł, lecz wraca, wiecznie ją kocha. Jednak nie chce go przyjąć, nie, nie! Coś mścić się każe i siać cierpienie z łona swych cierpień. Och, mścić się, mścić! Wszyscy jednacy, podli! Trzeba jednak coś począć: coś się w niej dokonywa, z dniem każdym lęk się wzmaga... Los zsyła bankiera. Miły, usłużny, bogaty. Obsypuje ją kwieciem i prezentami. Oświadcza się... Nie kocha go, lecz nienawidzi, a jednak go przyjmuje. Z zawiści do całego świata, z lęku, z rozpaczy... Za dwa tygodnie ślub... pęta... zda się umarła młodość. A przecież nie zupełnie umarła, ocknęła się z popiołów, czas leczył rany. Nie była wprawdzie już tą, tą dawną, ale żyć chciała i życie do niej wyciągało ramiona. ...Wreszcie przerwa! powiła córkę, dziecię tamtego, który ją rzucił. Znienawidziła swoje dzie- cko za to, że ojciec był nikczemnikiem, że uwiódł ją i porzucił. Że nie kochał miłością, jaką ona darzyła go bez granic. — Pogodziła się z losem powierzchownie, chociaż w piersiach pozostał dziki, nie dający się stłumić ból. Nie była nigdy prawdziwą żoną, ale jakąś fatalną i z własnej woli niewolnicą. Opływała w dostatki i wzamian za to odpłacała się mężowi niewiarą. Nie z rozpusty, tylko z jakiejś wściekłości, z pasji, że i jej ktoś się sprzeniewierzył. Nadomiar musiała rodzić dzieci, bo tak chciał mąż. A więc rodziła je rok rocznie. Nie było wyjścia, mąż kochał dzieci. Kochał i kocha oprócz tej pierwszej córki. Dziwne, niewiadomo dlaczego, wszystko zostało tajemnicą a jednak... Może instynktem, może pod wpływem podejrzenia i niepewności, że coś za wcześnie na świat przyszła... Pomimo wszystko spokój w domu pozostał, bo taka była wola i natura bankiera. Lat dziewiętnaście — ach jakież one długie! zda się, że gdzieś z zamierzchłych czasów idą, a takie je żywe widzi w tej chwili pani Anda. Z zamkniętemi oczyma liczy te lata, wspomnienia, chwile. Wre jeszcze walka, ból się kotłuje. Nie czuje słońca, które się po niej leży jakaś bezwładna i obojętna. Wreszcie słońce poczyna się gniewać i do drugiego pokoju. Zagląda weń przez żółte koronkowe portjery, a potem wchodzi śmiało, jakby szukało kogoś... Gdzieś w ostatnim pokoju płacze pianino. Płacze już dłuższą chwilę. Naraz pauza, a potem szopenowski mazurek. Z wielkiego smutku odezwała się radość. Pani Anda poznaje kto tam gra i kto tak zawsze kończy: Terenia... To ta najstarsza, odrzucona od piersi matki i ojca. Pani Anda ócz jednak nie otwiera, tylko brwi marszczy, zaciska usta i słucha jak brzęczą natrętne muchy. A przecież ta Terenia gra tak pięknie! — ona jedna ze wszystkich dzieci najbardziej uzdolniona. Uczęszcza do liceum sióstr Urszulanek i na muzyczne kursa prof. Donarelli’ego. Rokują jej niezwykłą przyszłość jako pianistce. Czy bogaci rodzice puszczą ją z domu na ten chleb? Ależ, tak, tak... aby tylko ! Panna Terenia kończy grę. Godzina w pół do czwartej, już czas iść na lekcję. Pozostawia pianino i zjawia się w pokoju, gdzie na dywanie promienie słońca zamieniły się w tęcze. Na palcach przybliża się do lustra i patrzy na swą postać odbitą w kryształowej tafli. Oczy matki otwierają się nagle. Podnosi twarz i poprzez oczka portjery patrzy gniewnie na córkę. Terenia pewna, że matka śpi, nie przewiduje tego. Uśmiecha się do siebie, poprawia bluzkę, obserwuje swą kibić z płochą lubością wrodzoną jej wiekowi. Jakże urocze i wiosenne jest to dziewczątko! Nie, nie dziewczątko, ale już panna zakwitająca niby majowy kwiat. Ta osiemnasta wiosna czyni ją panną, o, tak — już jest nią właśnie. Wiotka, smukła jej postać prześlicznie zakrojona i owe loki jasne czynią ją pastelowym obrazkiem, godnym zachwytu i podziwu. Zda się, że wraz z tem słońcem wpłynęła do pokoju z lazuru i obłoków. Duże, niebieskie oczy niby-to śmieją się do siebie, ale ten uśmiech jest gwałtem wywołany. Śmieją się tak jak się uśmiecha smutek, kiedy na chwilę zapomina o sobie. Brak im owej szczerej radości beztroskiej, jasnej, serdecznej. Śmieją się, bo śmiać się pragną chociażby chwilę — jedną. Cudowny obraz odbija się w zwierciadle, mający w sobie coś z młodej i motyla i coś z anioła. Stoi w aureoli słońca — uosobienie idącej wiosny, świeżuchna, nieskalana. Patrząc na nią doznaje się wrażenia, że za chwilkę odfrunie tą świetlną strugą pod błękit niebios. Coś jej dzisiaj weselej, pierś swobodniej oddycha, czuje się jak jaskółka. Pewnie pogoda tak na nią podziałała i te powiewy wiosny. Od samego obiadu była w otwartem oknie i wraz ze słońcem wdychała te pieściwe muskania powietrznych fal. Pani Anda patrzy zjadliwie na tę niewinnie kokieteryjną pozę córki i do krwi gryzie wargi. Piękne linje twarzy, nosek o żywych chrapkach przypominają jej kogoś, kto podeptał jej miłość. Podobieństwo panienki za silne, aby się w oczy matki na każdym kroku nie rzucało. Pani Anda uważa to za widmo, które po to istnieje, aby jej wiecznie przypominać ów bal przeklęty. Dopóki jeszcze Terenia była małą dziewczynką, gdy rysy liczka były słabo czytelne, matka do pewnego stopnia poskramiała swą zawiść, aliści od jakiegoś czasu duszony jad przeżarł się przez powłokę serca i począł truć stosunek tych dwóch tak bliskich sobie istot. Terenia rosła w oczach i stawała się „tamtym“ w formie wprost idealnej, co już do dzikiej nienawiści doprowadzało matkę. Nadomiar złego czuła, że się starzeje, że schodzi z toru życia, że więdnie raz na zawsze, a ta poczyna kwitnąć najcudniejszemi barwy i wchodzić w otwarte bramy czaru młodości. Widzi ją oto w odbiciu lustra tym rzadkim kwiatem jakim i ona kiedyś była, potrafi teraz czytać jej myśli i uczucia, wie co jej radość znaczy, to podziwianie siebie, te wdzięczące się pozy, — wie wszystko, gdyż to przeżyła ongiś. I równocześnie wbijają jej się w jej własne zmarszczki i pastelowe liczka tej przed lustrem, pociągają ją ku ziemi własne zwiędnięte kształty i widzi torsik tamtej proszący o dłóto mistrza — rzeźbiarza, widzi wprost otchłanną różnicę, w oczy bijący kontrast. Czuje, że ją odpycha życie, a do tamtej wyciąga krocie ramion, śmieje się ust tysiącem i pod stopy rzuca rajskie kobierce... Krew jej do ócz uderza, jakiś ból ostry za krtań chwyta. Porywa ze stolika długi metalowy sztylecik, służący do rozcinania książki i wpada do pokoju. Terenia spostrzega matkę w lustrze i odwraca się — Co znaczy to miżdżenie, co? — syknęła groźnie. — Na kokotę się kształcisz? Już lepiej rozbierz się do naga i tańcuj w lustrze — bezwstydna! Serce Tereni bić przestaje. Blednieje, drży. — Proszę mamusi, ja tylko loki... wychodzę na lekcję — bełkocze przerażona. — Milcz! Kłamiesz! Widziałam wszystko! Już to trwa kwadrans! Równocześnie na ramię córki spada, jak pręt sztylecik. Terenia krzyknęła z bólu. Na białym brzegu szyi wykwita podłużna krwawa pręga. W gwałtownym szlochu rzuca się córka w objęcia matki. Wszystko jedno kto ten cios zadał, instynkt dziecka szuka ratunku w matce. — Mamusiu!... mamusiu!... — wstrząsa Terenią łkanie. Ale dłoń matki ją odpycha. ! ty... ty... Już miała rzucić jakieś potworne słowo, lecz je wstrzymała w ustach. — Aby to było raz ostatni! Ubieraj się i na lekcję! Po słowach tych przeszła do ostatniego pokoju, gdzie była reszta dzieci razem z boną francuską. — Będzie panna łaskawa zabrać dzieci i iść z niemi na spacer. Dzień piękny, wszyscy zażywają przechadzki. Na w pół do siódmej proszę i wróciła do siebie; w drodze spotkała zapłakaną Terenię. — Dosyć już tego krokodylego płaczu! Panna Kokota nie widzi, że już godzina czwarta? Posłuszna córka ociera oczy chustką i wychodzi, aby się ubrać. Nie zdaje sobie sprawy jaka jej wina, wie, iż nic takiego nie coby było występnem. A przecież tak dotkliwie ukarała ją matka. Dlaczego? Coraz częściej rodzi się w duszy tej dziewczyny ogromne zapytanie — dlaczego jej tu nikt nie lubi? Dlaczego matka nigdy rąk na jej głowie nie położy, do piersi nie przytuli, nie odezwie się ciepło... Dlaczego nie pogładzi jej włosów, nie ułoży ich z matczyną troskliwością, ale odepchnie szorstko, stokroć gorzej niż obcy człowiek, dlaczego? Dlaczego w domu taki grobowy chłód? Dlaczego w innych domach tyle wesela i serdeczności? Wie to, czuła, widziała. Jakże wszędzie inaczej... Inne matki wpinają córkom kokardki we włosy własnoręcznie, kręcą im loki, pieszczą, całują... Nie pamięta, aby ją kiedy pocałowała matka, lub chociaż ojciec, nie pamięta! Zawsze lodowy chłód, sztywność i opryskliwe słowa. Dlaczego? Dlaczego upier- ścieniona dłoń matki tak często ją uderza? Wszak nie robi złego, przeciwnie, jest cicha, posłuszna, stale myśląca o tem, aby głośniejszem słowem nie wywołać groźby spojrzenia. Chłód, chłód, ach — jakiż straszny chłód! Jakże się czuje tutaj obcą i niepotrzebną! Bona ma tutaj większe prawa, nawet służąca. A ona przecież córką — a więc dlaczego tak jej źle, obco i wiecznie bojaźliwie? Zna już cośkolwiek życie z książek, z obserwacji, a jednak nie pojmuje rzeczywistości — dlaczego właśnie u nich jest tylko tak? Pyta się i nie znajduje odpowiedzi. Czuje swą krzywdę coraz bardziej i modli się gorąco, aby było inaczej. Zamiast zmiany na lepsze, czuje się coraz to więcej obcą i odgrodzoną od rodziców, a przecież mimo wszystko ona ich kocha. Tłumi płacz w sobie i wychodzi. Ma wrażenie, że ją skopano i wyrzucono z domu. Usilnie ciszy płacz, lecz jakże trudno go uciszyć! Coś w piersiach pragnie łkać, ogromnie łkać i żalić się. Stoi chwilę na schodach i czeka, aż jej uwolni piersi spazm. Nie może przecież płacząca wyjść na ulicę. Wreszcie wychodzi i gwałtem chce zapomnieć o zajściu w domu. Przyjazne słońce wita ją ciepłem, obejmuje jak tkliwa matka z opowieści, pieści jej twarz, rozjaśnia duszę. Och, już jej lepiej, lżej. Jakżeż jest wdzięczna słońcu za tę dobrą pieszczotę — naprawdę wnetby z radości zapłakała. — Ty moje dobre, złociste słońce! dziękczynnie, spoglądając ku niebu. , świat taki piękny, jasny i dlaczegoż nie wszędzie siebie w duchu. Widzi roześmianą ulicę w wiosennych strojach matki z córkami — jacy oni wszyscy radośni...! Żal ją znów chwyta i gdzieś za serce szarpie. Na rogu ulicy oczekuje jej Ludek... nie, pan Ludek, aktor. Tydzień jak go poznała u przyjaciółki. Jest dla niej dobry, grzeczny i tak dziwnie przystojny. Jakiś nimb jest wokół jego twarzy. Podobno ślicznie „gra“... Piszą o nim gazety, że należy do rzędu najświetniejszych amantów. Panna Terenia rozumie jego rolę, ale wstydzi się przyznać, że nie widziała go na scenie. Trudno, matka wzbroniła jej teatru. Pan Ludek... Widzi go zdala jak czeka niecierpliwie. Już od dni trzech czeka tak na nią stale, odprowadza na kursa, a potem znów pod dom. Jaki poczciwy, dobry... Nie odrzuca jego grzeczności, owszem, nawet jej pragnie. Zapomina w jego towarzystwie, że w domu chłód. Wdzięczna mu za tę przyjaźń, za miłe, słodkie słowa, do których stęskniona, których tak pragnie. Dopiero poza domem poczyna żyć przez chwilę. Dopiero wtedy jest wśród ludzi i czuje inne serce. I może głośniej mówić, nawet się śmiać do syta. Panna Terenia odrzuca siłą smutek, rozjaśnia twarz, ażeby „on“ nie poznał, że płakała przed chwilą. Pan Ludek kłania się jej z wyszukaną gracją i uśmiecha szczęśliwy. Podają sobie ręce. Czuje jak jej dłoń mile ściska jakgdyby mówił, że się ogromnie cieszy jej zjawieniem. Oczy pałają mu niby dwa wielkie ciemne kwiaty. Terenia spogląda w głąb tych oczu i również czuje wielką radość. — Nareszcie... już wątpiłem, czy pani będzie przechodziła — mówi pan Ludek wprost aksamitnym szeptem. — A dlaczego pan wątpił? wszakżeż mówiłam, że mam codzień lekcje... — No tak — poczyna młody aktor — ale gdy się na kogoś tak bardzo oczekuje, jeśli się tęskni do spotkania i jeśli się go bardzo pragnie, to... ta niepewność każe wątpić... rozprasza wiarę boli!... z przemiłem drżeniem w głosie. Terenia podnosi nań oczęta szczerze rozradowane, że ją ktoś przecież pragnie spotkać. Ale chce się podrożyć, choć wierzy w jego słowa. — Aż boli? Nie wierzę... Aktor robi przepiękny gest. — Tak? — pyta słodko? — Czy mam uklęknąć i przysięgnąć? Terenia ujmuje go za rękę, jakby wierzyła, że gotów klęknąć. — Już wierzę! wierzę! Czy pan to Wandzie również mówi? Widziałam pański do niej umizg... Znów inny gest. — Boże! Byłem tam kilka razy i już, już jakieś podejrzenia... Gdyby tak było, tobym nie szukał pani i nie wystawał na ulicy. A dlaczegoż tak czy nie? Bo tego pragnę całem sercem... bo pragnę słuchać głosu pani, napawać się jej towarzystwem, uśmiechem, oczętami... ale, ale! — zboczył nagle z tematu mi się, że to oczęta cudne coś zapłakane... na miłość boską — płakała pani może? Spoważniał jakąś zlęknioną troskliwością. — No, a gdybym płakała? — spytała, zaskoczona jego uwagą. — To, to ja nie wiem! Ktokolwiek byłby tą osobą co łezki pani wycisnęła, w proch bym ją zmiażdżył! — odrzekł namiętnie. Terenię cieszy ta gotowość, ale tylko gotowość. Więc jest ktoś w świecie, coby się za nią ujął i nie dał krzywdzić. — Nie, nie — odzywa się po chwilce poprostu spałam... czułam ból głowy... a więc pewnie dlatego mam takie oczy. Paliło ją to kłamstwo, ale musiała skłamać. A paliło tembardziej, że okłamuje jego, który jest dla niej oddany, dobry. Szczęściem, że strusie boa kryło tę pręgę wzwyż ramienia. — No, całe szczęście! Naprawdę, aż struchlałem... Ale główeczka już nie boli? — Nie. — Faktycznie, jaki ten ból brutalny, że się uczepi takiej cudownej główki... Ach brutal! Podnoszą na siebie oczy, spragnione takich spotkań. — Ach, wy czarowne oczy! — poczyna naraz olśniony aktor — wy najpiękniejsze z wszystkich! Lecz niechże skończę! Otóż panno Tereniu jeśli się pragnę z panią spotkać, i spotkać jak najczęściej, to jest w tem coś takiego, co mnie nie może łączyć z Wandą... Tak... Tak — powiedział wolno, pochłaniając ją wzrokiem. — Przecież Wanda jest tak przystojna, powiem urocza... Zna ją pan dłużej, bywa tam... a więc dlaczego ja mam być tak wyróżnioną, wyjątkowo ja? Pytała, chociaż czuła dlaczego. Poprostu niezmiernie miłem było dla niej jego zwierzenie. — Na Allacha — dlaczego? ciągle dlaczego? Więc nie czyta pani z moich oczu, nie czuje zwierzeń ich, obce są pani? — zrobił tragiczną minę. — Nie, nie obce — szepnęła szybko. — Więc może wrogie, drapieżne, złe? — Ach, nie! Tego nie powiedziałam, — są dobre, ciepłe, . — Więc tylko tyle pani z nich wyczytała? — indagował, aby usłyszeć wreszcie z jej ust to słowo, które przeczuwał nieomylnie, lub choćby jego cząstkę. — Czytam jeszcze, że mnie pan lubi, nawet to czuję i ja wzamian też pana Ludka lubię... owszem, ! Czy to panu wystarcza? Utkwił w niej swe źrenice. — Jak pani sądzi? — Że... tak! — O, to za mało! Lubieć można kotka, psa i t. d. To jest sobie taka przeciętna kategorja uczucia... Myślałem, że te śliczne oczęta pani czytają głębiej — wyrzekł jakby z wyrzutem. — Owszem, czytają... — Tylko nie chcą powiedzieć? — Może... — A czy powiedzą kiedy? — Może... — Wciąż „może“? — A więc powiedzą... — Kiedy? Och, gdyby tak dziś, gdyby już jutro... Wiosna się budzi, tyle wokoło słońca... A szczęście... to największe, żeby tak rajem przyszło do mnie z tą wiosną — zadeklamował słodko i tęsknie. — Panno Tereniu, czy przyjdzie ono, przyjdzie? Czy się narodzi w ustach pani i sercu, czy pani mię zrozumie, czy... odtrąci? — Jak pan tak może myśleć! Ach, dzieciak z pana... Czekajmy... Zresztą czego pan chce odemnie? Przecież ja pana lubię — jęła się plątać — lubię szczerze, tak, jak nikogo... Prawda patrzyła z niej i jakaś tkliwość. Jej subtelna natura i jak śnieg biała dusza poczęły w sobie drżeć, że powiedziała tyle... Nieprzywykła do rozmów z mężczyznami i takich zwierzeń. Oblał ją pons zażenowania, a nawet jakby lęku, mimo, choć tak pragnęła znaleźć serce, by mu swe biedne ofiarować! To wystarczyło na teraz aktorowi. Doznał triumfu. Nieznacznie uchwycił ją za ramię. — Ja wiem... wiem... Nad życie panią kocham szeptem — nad wszystko w świecie!... Mimo, choć jej już wczoraj szepnął to słowo przy pożegnaniu, przecież i teraz nią do głębi, jak utęsknione . Więc jest kochaną, a więc jest ktoś, kto ją utulić może w płaczu i pocieszyć, na którego ramieniu może skłonić znękaną głowę i odczuć balsam niedoznanego nigdy szczęścia. — Pierwsze fiołki!... pierwsze fiołki! — ozwał się nagle głos biednego dziewczątka z koszykiem w ręku. — Panie kup pan fiołki... Więc już naprawdę idzie wiosna — idzie... wszak już ta mała, obszarpana kwiaciarka ma jej zwiastuny. Aktor przystaje i kupuje bukiecik. — Proszę panny Tereni... wiosenny upominek... Jak pachną! — Dziękuję panu... Bierze kwiatuszki i do ust niesie. Woń ją odurza, skrycie całuje je ustami, coś w piersiach budzi się, rośnie i na głos pragnie krzyczeć. To powódź szczęścia rośnie... Budzi się, jak ta wiosna i na świat wybiec pragnie. Radość szuka radości, ciasno jej w piersiach, dostaje skrzydeł. Szczęściem, że już dom kursów, bo serduszko Tereni ledwie ucisza w sobie szloch radości. — A więc za dwie godziny... Czekam na rogu... — Tak, proszę... — Pa! I słodki . Za dwie godziny znów się spotkają. Tymczasem pani Anda stoi przed lustrem i pachnącym olejkiem naciera szyję, ramiona, piersi. Czyni się młodą, wonną, ponętną. Skalała córkę mianem kokoty, nie wiedzącą może co ten wyraz oznacza, a teraz sama, niby bachantka wyuzdana obraca się przed lustrem i stwarza powab... Dzieci na plantach, mąż od dni kilku nieobecny, więc przyjdzie „on“. Był wczoraj, przybędzie dziś i jeszcze jutro... Są teraz swobodniejsi, niżeli w mieście. Pani Anda okrywa się w jakowyś zawój przezroczysty, okrywa się na żart — powiewną mgłą. Nareszcie dzwonek. Sama otwiera drzwi, w domu niema nikogo. — Przecież... — wita wchodzącego mężczyznę o czerstwej twarzy i karku tura. — Nie mogłem wcześniej tłumiony nieco bas. — Ach, ty wisusie! Pani Anda wiesza się w szatni na szyi przybyłego kochanka, poczem zamyka drzwi. Idą do buduaru. Za chwilę zjawia się likier na stoliczku tak karminowy, jak usta pani Andy. W dziwnym splocie ramion piją z kieliszków. Przysuwają stoliczek ku otomanie, która niedługo pociąga ich w swą kuszącą puszystość — A tam na polu pręży skrzydełka wiosna, pęcznieją w oczach żywiczne pączki drzew i krzewów. — Fiołki! pierwsze fiołki! — leci ulicą głos. Ktoś gdzieś tam w muzycznej sali czuje w rozcięciu bluzki bukiet fiołków i gra „Wiosenną serenadę“. Gra ją tak słodko i tak pieściwie, jakby ów powiew ją wygrywał skrzydełkami motyla. Na sali cisza i blask słońca. Wiją się tony serenady powstałe z pierwszej dziewiczej woni i rosy... Zda się, że tchnie jaskrami i fiołkami i tem rozkosznem słońcem. Niestety pieśń się kończy. — Buono! brawo! perfetto! — klaska w dłonie stary, siwy profesor. Terenia wstaje od fortepianu i ma łzy w oczach. Drży jak kwietna łodyżka. Jakieś przesłodkie fale rozpierają jej piersi, jakowaś tkliwość ją przejmuje, jakieś nienazwane chaotyczne uczucie ciosu — obelgi — i tego słońca — i słowa: kocham! — fiołków i tej przegranej pieśni... Nie może wstrzymać łez... nie może!... A tam z błękitów spływa wiosna — —
II.
Kwietniowy ranek — Wschód słońca budzi pannę Terenię. Przez jakiś czas patrzy ocknięta w niebo, czyste, jak toń głębokiego jeziora. Zaspana jeszcze główka zbiera powoli myśli. Naraz wyskakuje z łóżka w koszulce, aby otworzyć okno. Świeżuchny prąd powietrza wpada raptownie do pokoju. Terenia kryje się pod kołdrę i znowu w świat spogląda. Myśli o wiośnie, o tem, że bzy wkrótce zakwitną i inne krzewy w parku. Za murami klasztoru Urszulanek wiśnie może już jutro okryją się również kwietną pianą. Panna Terenia kocha przyrodę całem sercem. Widzi ją tylko w parku, na plantach, czasem się zetknie z nią na dalekim przedmieściu, pozatem jest dla niej niedosiężona w całej pełni. Z przedmieść widzi daleką przestrzeń, wyczuwa wdali wioski ciche, pełne ogrodów, i niwy, lasy, łąki... Raz na wycieczce była w prawdziwym lesie, raz tylko i tak krótko. Ach, jakiż on cudowny! Taka gąszcz drzew, konwalij, tyle paproci. Chciałaby móc spędzać w lesie całe życie, jakby w jakiejś tajemniczej świątyni, wśród śpiewu ptasząt, wilg, gwizdu kosów i stukania dzięciołów. Zupełnie obeszłaby się bez miasta, które ją gnębi swoją wrzawą, żyłaby sobie w cichym domku, hodowała gołębie, karmiła zimą ptaszki, uprawiała grządki pod kwiaty, żyjąc grzybami i borówkami. Zupełnie jak pustelnica. Niktby się na nią już nie gniewał, spadłby jej ciężar z piersi, jej i rodzicom. Gdyby jeszcze mieszkał z nią razem Ludek och! jużby jej szczęście było zupełne, takie, jakiego tylko śmie pragnąć! Jakżeby romantycznie żyli sobie w tym lesie! Nie czuliby się przecież samotnymi, pewnie, w lesie jest z kim rozmawiać, są drzewa, kwiaty, różni mieszkańcy boru, wreszcie grałaby na pianinie. Wyobraża sobie jakby otwarłem oknem szły tony w las... Jakiemi czarownemi byłyby one echa... Chwyta je teraz duszą... słyszy... Gdyby jeszcze ów las był takim, jaki opisał Orkan w powieści „Drzewiej“... Taki odwieczny, dziewiczy, niczem nic zakłócony! Boże! przecież to znowu nie tak trudne do osiągnięcia... Terenia poczyna na dobre marzyć. A kanwą marzeń przyroda, i muzyka. Nie miasto, nie estrada, ale zakątek wśród przyrody. — Ludku kochany, chciałbyś? Nie mówiła mu o tem, ale mu powie. Przyszłość od nich zależy, taką będzie, jaką sobie uwiją. Wierzy, że on się zgodzi, gdyż ją kocha. Jedyny, złoty! Jak on ją kocha bezgranicznie, wprost niewysłownie. Z jakiemż zawrotnem szczęściem pieści jej dłoń w uścisku, jak ją całuje! Tak jeszcze nikt nie kochał, nikt nie był w stanie! On tylko jeden, jedyny... Kiedyś w kąciku plant o zmierzchu po raz pierwszy pocałował ją w oczy, a potem w usta... Boże! czy jest to grzechem? Zdawało jej się, że słodkie skrzydła niosą ją kędyś w raj, w niezgłębioną szczęśliwość, w czar wiekuisty. Dech jej zaparła rozkosz, zamilkło serce, a ją te skrzydła niosły... i niosły... A więc taką jest miłość, tak słodką i tak upojną... Och! jakież szczęście kochać i być kochaną! Dziw, że nie omdlała wtedy z nadmiaru szczęścia. A już ją pamięć odchodziła, wpadała w stan tak błogi i odurzający, że już jej ledwie sił starczyło, aby się ocknąć. A on ją tulił coraz goręcej, całował całą twarz, ręce, nawet sukienkę. Aż tak ją kocha! Wreszcie ktoś nadszedł, usiadł opodal i zakłócił ich schadzkę. Do tego było już późno, musiała odejść. Wczoraj tam byli znowu... i będą dziś... Już i ona tęskni, pragnie go spotkać i być z nim razem jak najdłużej. Ludku najdroższy — woła jej serce nawiedzione miłością — kochaj mię zawsze! Jam taka biedna, od dziecka nie kochana, niby sierota... Mnie nikt nigdy nie pieścił, nie przytulił do piersi, łez mi nie otarł... nie opowiedział A ja ci wzamian będę wszystkiem, czem chcesz, nawet służącą, byle przy tobie... Tak pragnę dobrych słów, a gdy je słyszę, to się upijam niemi jak wonią kwiatów. Ja pragnę żyć, ja tak świat kocham jasny, serdeczny... Och! Ludku!... Śni sen na jawie, modli się w duszy o szczęśliwość i tęskni. Upaja ją tajemnica miłości i jej niebiańskie objawienie. Na wspomnienie pocałunków, aż ją dreszcz jakiś chwyta. I coś rozsadza serce... Nie jest to ból, ale jakiś słodyczny lęk... Lęk! Dlaczego? Czy ich pieszczoty, — złem? Któż jej to wytłumaczy? Matka? — nie, za nic w świecie! Boi się matki. Z matką mówić nie można... Raz się tylko zwierzyła, przed dwoma laty... bała się... musiała — pamięta jak to matka przyjęła! Niema prawdziwej przyjaciółki, więc któż jej to wyjaśni? Boże! Dlaczego jakiś lęk, jakowaś bojaźń? Jeszcze wraca myślą do matki, lecz nie!... nie.... Znów sobie przypomina ów bukiecik fiołków, który kupił jej Ludek. Wróciła z nim do domu. Miała go przypięty do bluzki. Naraz widzi go matka. Pyta od kogo ma ten bukiet... Ona się płoni, nareszcie kłamie, że... od koleżanki. Matka nie wierzy, odrywa go od bluzki, mnie, targa, potem rzuca do kosza nie szczędząc gróźb i obelg... Taki ot koniec miały drogie kwiatuszki... Biedne! Jakże płakała wtedy, już nie nad sobą, tylko nad tym bukietem. A więc niema nikogo, komu by zwierzyć mogła swoją troskę. Chyba Ludkowi, trudno, nie widzi wyjścia, a dla spokoju wiedzieć pragnie. I tak się snuje myśl, płynie kwiecistą drogą, to znów omackiem idzie, raduje się i Patrzy błękitem źrenic w błękit niebios i radaby tam frunąć pod same słońce. Miłość wciąż się dobywa z jej serduszka, staje się pieśnią, obrazem i tęsknotą. Czuje, żeby ją wygrać potrafiła... I równocześnie ta miłość coś jej mówi, coś szepce potajemnie, takie myśli jak nigdy. Ona powoli zastępuje jej teraz matkę, nauczycielkę — naprawdę, skąd takie dziwne myśli cisną się jej do głowy! Najwyraźniej ktoś jej tam w duszy szepce — — słyszy! Płoni się, drży, jakiś dreszcz ją przechodzi. Słucha i myśli, w skrytości ducha odpowiada... A słońce ją całuje, spowija w blaski i napawa otuchą. Rozpromienia w niej każdy zjawiony smutek, wyściela w tęcze drogi bierze za rękę i prowadzi. O jakżeś czarodziejskiem jest Wreszcie Terenia wstaje się cicho, najciszej, aby niezbudzić domu. Teraz siada przy oknie w strudze porannych blasków. Bierze ostrożnie w dłonie doniczkę z alpejskimi fiołkami i patrzy na ich cud. Twarzyczkę świeżą zanurza w kwiaty i mówi do nich jakimś tęskliwym szeptem: — Wy moje siostry i bracia... moja rodzina... Jakże was kocham! Lgnie do tego rodzeństwa całą swą duszą tak spragnioną kochania i zdolną kochać do najwyższych uniesień. Zwierza się kwiatom ze swoich trosk i z szczęścia i ma wrażenie, że ją kwiaty rozumią, jest pewna, że jej nie zdradzą i zachowają tę słodką tajemnicę. Jest jej w tej chwili niewysłownie radośnie i błogo. Ma usta w i całą postać w słońcu. Szczęście w niej zbiera coraz większe i większe, jak żywiołowa powódź. I ogarnia ją rzewność tak przejmująca, że napór łez ciśnie się w Ma już źrenice tak załzawione, że nic nie widzi jak tylko jakiś jasny chaos pryzmatów. Pierś pragnie buchnąć wielkim płaczem, już chwyta, jednak się broni, opiera, tylko rozdrżałych ust nie jest w stanie powstrzymać. — Ach, dlaczegoż ja płaczę? — rwie się jej z duszy zapytanie. Sama się dziwi skąd te łzy. — Nie, ja nie płaczę! — wmawia w siebie z wstydliwą naiwnością. Poskramia się jak może, ociera łzy i chce otrząsnąć z rzewności. Bierze z półki szkolne kajety i znów do okna wraca. Chce powtórzyć W domu wszczyna się zwykły poranny ruch. Wszyscy powstali, oprócz matki. Pani Anda spać będzie do dziesiątej. Do szkoły ubiera dzieci bona, potem najmłodsze odprowadza. Nareszcie podano kawę. Terenia wypija ją pospiesznie, ażeby jak najprędzej opuścić dom i wyjść na wolność. W sercu Tereni pali się w słońcu cały świat, i ten jej własny. Przed rozpoczęciem nauki wywołuje na korytarz jedną z najbliższych sobie koleżanek. Chce się o coś zapytać, Luśka to będzie wiedzieć. Napewno będzie, chodzi przecież na bale, do teatru i chełpi się, że miała już pięciu narzeczonych... — Posłuchaj Lusiu — poczyna Terenia tajemniczo — czy miłość jest występkiem? — Albo właściwie, czy miłość... nie wiem jak to powiedzieć... słuchaj kochana — powiedz mi coś o miłości... Jaką ona jest, względnie jaką powinna być... Luśka robi zdumioną minę i naraz parska śmiechem. — Czy ty się pytasz na serjo? — Zapewne — potakuje, uderzona jej śmiechem. — A więc tyś jeszcze taka głupia? Zakochałaś się może... przyznaj się... i nie wiesz jak się kochać? — Lusiu, nie żartuj... — Nie chcesz się przyznać? O, ja się nie dam w błąd wprowadzić! Widzę po twoich oczach, żeś się w kimś zadurzyła... — Powiedzmy... — O, wiem napewno! I chcesz wiedzieć czem jest ta miłość, ta opiewana przez poetów, prawda? — Tak... — Otóż widzisz, poeci to... poprostu cyganie, okłamujący świat! Stwarzają w fantazji taką miłość, jakiej nigdzie nie znajdziesz. Egzaltują, unoszą się, tak niby piszą, a w gruncie rzeczy, to ludzie bardziej zmysłowi od najgorszego donżuana. Wogóle wszyscy artyści tacy. Znałam jednego malarza, więc mam o nich pojęcie. Miłość jest tylko jedna, ani taka, ani owaka zaczyna się od najświętszych uniesień, a kończy się na zmysłach. Od zwierzeń i pocałunków wcześniej czy później wpada się w szał i to nazywa się miłością... Ja tylko w taką miłość wierzę, bo wiem, że innej niema. Zresztą dowiesz się sama i przyznasz mi rację. Oczywiście jest coś, co ludzi łączy i do siebie przyciąga, bo naturalnie nie wszyscy są sobie sympatyczni. To już rzecz gustu. Ja naprzykład dlatego kocham miłość, że jest rozkoszą, że daje upojenie do utraty pamięci. Miłość, tak zwana platoniczna, jest tylko pierwszą strofą szału i niczem więcej... Cóż komu przyjdzie z tego, że kocha gwiazdę, jeśli osiągnąć jej nie może? Cóż ci z kochanka, jeśli się sobą nie odurzy i nie upieści, jak tego pragnie twa natura? Zero! Kto kocha — pragnie... a kto pije z tej czary — żyje! Wszystko inne koszmarem, a właściwie nonsensem! I ja się teraz kocham, och! jeszcze jak! Mam Adonisa, że... skonać w jego ramionach! Równocześnie chwyta Terenię w swe objęcia, całuje w usta i oplata zmysłowo. W głowie Tereni chaos. Nie o tem chciała wiedzieć, wreszcie już sama nie wie czego pragnęła. A Luśka mówi jeszcze: — Ty głupia, kochaj się tak, jak ja ci mówię, nie bądź naiwna! Używaj pókiś młoda! Później wyjdziesz zamąż, dzieci, brr! Mężatka już na ostatnim planie! — A czy miłość może być stała, niezmienna, wiecznie gorąca? — pyta Terenia. Grymas wykrzywia usta Luśki. — Do pewnego stopnia — tak, lecz to wyjątek z miljona. Zresztą to kwestja przyszłości, nie myślę teraz o tem. Teraz się kocham i — szaleję! — Bardzo go kochasz? Luśka czyni nieokreślony gest. — Albo ja wiem... Podoba mi się szalenie, jest w moim guście, prześlicznie tańczy... Jak mi się znudzi, to mam stu innych do wyboru... — Zdradzisz go, porzucisz? Coś głos jej drży. — Ha! ha! to przecież takie jasne! Mam w nudach trwać, kiedy nowość pociąga? I miłość można zmieniać tak, jakby balowe rękawiczki... Dzwonek przerywa tę szatańską lekcję życia. Spieszą do klasy. Terenia już nie szuka zapytań. Słoneczny świat w jej duszy nakrywa jakaś chmura. — A więc to taki świat? Miłość nie taką świętą, obłoczną, promienistą? A może taką ją już stworzono i taką musi zostać? Myśli się jej kotłują, mierzwią. Jedno tylko wie pewnie: ona by Ludka nie rzuciła... A on?. I on by jej nie rzucił, nie miałby serca... Jednak z jej duszy nie znika chmura — — —
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Jej wiosna.
