Read here

Odaliska (Staśko, 1930)

Paweł Staśko · 1930 · Free in the US

16,780 words · about 1 h 11 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1930 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Odaliska_(Staśko,_1930)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Paweł Staśko
Language
Polish
Published
1930
Length
16,780 words · about 1 h 11 min
Sections
5 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (5)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 35 min
  3. I about 14 min
  4. II about 10 min
  5. III about 11 min

Continue:

Front matter

ODALISKA

całość

ODALISKA

I.

Snuła się baśń zmierzchu i ciszy. Słońce skłoniło się za las, zapadło w dalekie głębie, zostawiając na nieboskłonie ślady ginącej zorzy. Czuło się zewsząd aromatyczne wachlowanie miłego chłodu, względnie świeżości roślinnego królestwa, które perliła szczodrze ożywcza rosa. Djamentowa jej rozpyl wilżyła liście i kwiaty, rozsiewała się w powietrzu, wszędzie, nie pomijając najskrytszego zakątka przyrody, skwarem dnia uznojonej i omdlałej w uściskach szalejącego słońca. Przez cały dzień tarzał się z nią ten bezpamiętny słoneczny kochanek, piekł usta żarem namiętnych pocałunków, zda się do sił ostatka, do oszołomień spazmatycznych i ostatniego tchu, dopóki wreszcie nie ubezwładniło ich ciężkie omdlenie i nie rzuciło w ciszę spalonych zmysłów. A kiedy odszedł od niej krwawy od nieprzytomnych pieszczot, gdy uszedł z bezczujnych objęć ko- chanki w upalnym śnię leżącej, wtedy, jakby skruszony i żałujący czynu — posłał jej swoje boginie — służki z czarami wonnych, krynicznych eliksirów, z trybularzami rosy i zmierzchu, by przed oczyma gwiazd skryły jej nagie ciało w owem misterjum przytomniejące. I oto przychodziła do siebie kochanka słońca, ocknęła się jak z maligny, oczy nowemi siły natchnione wielbiły znowu życie i młodość, prężyły się odmłodzone ramiona i piersi, by zasie popaść w sen, lecz w sen spoczynku i marzennego oczekiwania nowej miłosnej zjawy. Im żywiej dźwigały się jej kształty, tem owijał je welon zmierzchu i tem rzęsistsza skraplała rosa. Życie wchodziło weń i świeżość nowe rodząca siły. Cisza asystowała tej nieśmiertelnej przemianie, jakby wpatrzona i zasłuchana w owe odwieczne cuda i niepojęte wydarzenia. Stary, jatwięski park podobny grobli zarośniętej olbrzymią kępą stuletnich lip i grabów, poważny i tajemniczy, niby bezludna wyspa na bezmiar oceanu rzucona, drzemał w tej ciszy i zgrzybiałemi usty pił rześkie, wieczorne chłody. I jego zdały się odmładzać cudowne dłonie bogiń, jakoby wzamian za ciche szmery legend, ledwie odczute i dosłyszane, gdzieś w rozgałęzieniach półmrocznych, słowo po słowie opowiadane ciszą i mchem spękanej kory. Była to niema, starcza opowieść minionych lat i dziejów, pacierz zmurszałych wieków i bezpowrotna, w próchno idąca przeszłość. Tuż obok parku rysowała się potężna sylweta dworu, napół pałacu i zamczyska, stara, w ziemię wrosła budowla, owiana tą co i park patyną, niby stęchlizną pradawnych kronik, zastygła w swojej powadze i jakby buncie za znieważenie, jakiego przyszło jej doczekać... Wśród pól i lasów niewolnik wznosił tę budowlę, w trudzie sprzęgał komnaty groźnemu rycerzowi, i oto potomek niewolnika wdarł się w cudzą siedzibę, wstąpił bez trwogi w rycerskie sale w robotniczej czapce na głowie, bezczeszcząc świętość pańskiego gniazda i urągając swojem obejściem tradycji rycerskim murom. Nie żaden pan, ni książę, nawet nie wróg, lecz człowiek co z owej ziemi ród swój wywodził, żadną mitrą ni herbem nieznaczony, starszy jednak od rzymskich imperatorów, nawet od Sfinksa i piramid, syn niewolnika chłopa, odwieczny autochton: Człowiek... Bez brzęku ostróg i karabeli, bez śladu ludzkiej krwi na obcasie, wszedł w te komnaty pałacowe z pochodnią pracy i czynu — człowiek nowy, ongiś pastuch z tej wsi, z dziada pradziada w Jatwięgach zamieszały, nazwiskiem — Lechoń. Nie wyciął w pień nikogo, nie zagrabił pałacu, żadna rewolucja nie dała mu go w uznaniu zasług, kupił go, jak się zwyczajnie kupuje rzecz, zapłacił hojnie, gdyż mu te mury obszerne były potrzebne. Właściwie jatwięski dwór, jako obszar, nie istniał już od lat kilku, została tylko nazwa. Dawny jego właściciel i dziedzic z ojców uszczuplał własność z roku na rok, ziemia mimo urodzajności nie starczyła zapotrzebowaniu, a wreszcie stała się nabytkiem chłopów. Przyszła wojna, dwór opustoszał doreszty i byłby chyba znikł bez śladu, gdyby nie Lechoń, który wróciwszy właśnie do kraju zakupił pałac z parkiem i przylegającym doń ostatnim skrawkiem ziemi. Nie tyle jednak szło mu o ziemię, ile ten dom ogromny, o dwóch potężnych skrzydłach. Murowane czworaki zaprzątnęły mu głowę nie wielkopańską ambicją lecz na amerykański sposób — fabryką... Fabrykę zamierzył tu urządzić i właśnie postanowienie swoje zamieniał w czyn. Nie miał narazie w myśli jakiegoś kolosa o stu podniebnych kominach, jakie widywał za oceanem, choć i tak śmiałe projekty krążyły mu po mózgu, tworzył tylko na co obecnie stać go było: w jednem skrzydle pałacu młyn motorowy o nowoczesnem urządzeniu, w dalszych ubikacjach fabrykę mydła i różnego rodzaju pasty. Wprost nie do wiary! On, Lechoń, którego rodzice przeznaczyli w najwyższych swoich aspiracjach na księdza, on zbuntowany syn, o własnych siłach kończący uniwersytet dyplomowany doktór filozofji, — duch niespokojny i wielki, człowiek w każdym calu niezwykły, — marzyciel i poeta, muzyk, — żeglarz szalony po falach życia, — nieustępliwa, harda, chłopska natura, przytem jak dziecko czuły, on, głodny świata i pracy, przykładający rękę do wszelkich tętn życiowego motoru, — on rzucający katedrę szkoły, pędzący na drugą półkulę ziemi, by zmierzyć wrejące siły w piekielnych hamerniach amerykańskich potworów — fabryk, — prosty robociarz hut i pensylwańskich kopalń, czytujący po nocach Bergsonów, Sorelów, i Hoene-Wrońskich, piszący naukowe artykuły i składane, czarem owiane sonety, — giełdziarz i bankrut, to zasie wybraniec szczęścia, — człowiek bez kropli dziedzicznej krwi kupca czy fabrykanta — dający się wreszcie zwalczyć nostalgji i wracający do zmartwychwstałej Polski, aby się stać... mydlarzem! On, Lechoń, który wszedł w życie z batem pastucha, patentowany filozof, nie uznający sfer ludzi ani pracy, rozumiejący życie w nagiej jego rzeczywistości, selfmademan, prawdziwy homo novus, budując w jatwięskim pałacu fabrykę nie zniżał się, lecz zdaniem swem, podnosił. Kielnia, czy młot, nie zaćmiły mu mózgu do Arystotelesa, Lotzego, czy Darwina, nie stępił poczucia poezji zapach gnijących tłuszczów, wszystko było w jak najlepszym porządku w tej duszy mocnej, dawało zadowolenie, czuł, iż żyje prawdziwie i pełną piersią. Cieszył go ruch i mocowanie się ze sobą. Patrzył na świat, jak gdyby z okrętowego masztu na rozburzone morze i w wirze tym znajdował szczęście. Zapoczątkowana z wiosną praca trwała bez przerwy, gdzieś z końcem lata stary, szlachecki pałac miał już zadyszeć fabrycznym gwarem. Nie pracowano na godziny, lecz akordowo, świt ściągał ludzi i zmierzch rozpraszał na spoczynek. Dziś po całodziennej pracy i kuciu ścian, teraz dopiero w przeobrażającym się pałacu zapanował spokój. Lechoń, obmyty z potu i pokrzepiony wieczerzą, wyszedł do parku. Wśród nastrojowej ciszy rozkołysała się za chwilę piękna arja, śpiewana miłym półgłosem i rozmarzona w akompaniamencie, gitara. To Lechoń, jak zwykle o tej porze, urządzał serenadę. Sam nie pojmował komu, czy tej przekwitającej wiośnie, dającej berło latu, srebrnym, miesięcznym blaskom, które się układały w gęstwinie milczących drzew, które się po zarośniętych chwastem alejach plotły jak białe duchy, czy własnej duszy i tęsknocie, albo na cześć swym zamierzeniom? A może... może owej przecudnej Odalisce, wykutej w białym marmurze i tam w pośrodku parku nad stawem samotnie uwięzionej? Śpiewał i grał bez wyraźnego celu, zniewolony jakiemś nagleniem wnętrza, musiał. Nie czuł żadnego ciężaru, któryby piersi jego przygniatał, lecz pieśni te zlewały na duszę jego dziwnie słodyczne tchnienia, rodziły jakieś zachwyty i tajemnicze dreszcze, — i tych to wrażeń Lechoń łaknął gorąco i oczekiwał na nie w znojne godziny dnia. Co jakiś czas milknęły pieśni i struny, Lechoń bowiem wsłuchiwał się sam w siebie. Codzień jednaką kroczył drogą, uwitą jakby z dwu ścieżek: pieśni i myśli. Gdy cichły tony, wtedy jak pojedyńcze krople deszczu z powały drzew, spadały nań epizody wspomnień. Nie wywoływał ich, nie szukał, same wciskały się do głowy, jak błędne groty, niekiedy aż natrętne i nużące. I cóż tam widział, co po raz wtóry przeżywał w myślach? Nic — nic, prócz pracy. Siebie widział w fabrykach podobnych piekłu, skąd jeszcze teraz dochodziły go echa okropnych chrapań żelaznych smoków: widział lasy kominów, czarny jak sadza świat od węglanego miału; życie na miarę djabłów posprzęgane, wir, pochłaniający ludzi jak moloch, zupełnie inny świat cuchnącego znoju i dymu, jak gdyby życie tem tylko stało i było jego treścią. Prawda, widział jeszcze dwa cudne błyski na tym łańcuchu wspomnień... Oto gdzieś w pensylwańskiem mieście spotkana postać kobiety, raz jeden tylko, jak niebem lecąca gwiazda — i jeszcze dawniej, w studenckich czasach podobna postać... Nie znał jej, widywał tylko i... jakby kochał potajemnie. Dziwne, że te postacie kobiece, jednego typu i piękna, podobne do siebie jak dwie sjamskie siostry, były jak gdyby modelkami do tej tu w parku stojącej Odaliski... Kiedy jako nabywca oglądał jatwięski park i spostrzegł posąg, w jednym momencie uderzyło go to podobieństwo i te pamiętne rysy. Zadrżał, nie wiedząc czemu... chyba dlatego, że mu ta postać znowu wkracza w drogę, że znów się zjawia błędną gwiazdą... Na zapytanie właściciela, co ten posąg przedstawia, jaką boginię, usłyszał lakoniczną odpowiedź: „Odaliskę“, dłuta mistrza Langmana i że ten posąg jest wyłączony od sprzedaży. Wtedy porwany cudnym posągiem, Lechoń postawił Odaliskę za stanowczy warunek kupna i ostatecznie dopiął swego. Odtąd Odaliska stała się jego własnością, jak szczęśliwego baszy i... kochanką z marmuru... Odwiedzał ją co wieczór, podziwiał w miłosnym zachwycie i grał jej pieśni. W takiem miłosnem intermezzo urywkowych wspomnień Lechoń doszedł nad staw. Woda pokryta szmaragdową rzęsą zdała się spać w głębokiem uciszeniu. Doznał wrażenia, że tu się czynią jakieś świątynne rytuały bogiń, ludzkim oczom nieznanych. Lechoń przystanął, patrzył w skupieniu, czy z pośród trzciny nie wyjrzy jaka ukryta urocza postać, czy rzęsa wód nie poruszy się, dotknięta włosami Świtezianki... Patrzył dość długo uważnym wzrokiem, jakby naprawdę czekał na cudne objawienie, na mgielną, czy rzęsą wody okrytą nagą postać — i naraz drgnął, wstrzymując oddech... Wodna trzcina zachybotała lekko. Poruszyła się raz, za chwilę drugi... Wytężone oczy Lechonia zdały się rwać z uwięzi. Jeszcze sekunda — pół, a zobaczy Rusałkę... Powieki oczu ani drgnęły, wszystkie zmysły zamieniły się w jedno wyczekujące spojrzenie. Zapanowała cisza, że bicie serca było brutalnem jej zakłóceniem. Jak gdyby niewiedzialny ruch dotknął nagle powietrza, gdyż fale jego musnęły napół otwarte usta Lechonia. Stał bez ruchu, niby nagłem stężeniem wryty w ziemię. Coś, jakby dotyk magle rzucanych oczu, uczuł na sobie i — znowu cisza. Trzciny stały bez drgnienia i śladu poruszenia. — Przywidzenia zapewne i nic więcej — szepnął do siebie Lechoń, dziwiąc się swojej naiwności. Dla uspokojenia podnieconych zmysłów rzucił kamyczkiem w tajemne miejsce. Doszedł go cichy plusk wody, cichszy niż się spodziewał i nawet kręgi nie poruszyły rzęsnej powłoki. — Oczywiście, — pomyślał — skąd tu boginiom mieszkać? Przyszłoby im pierwej zamrzeć w owej zatęchłej wodzie... Ptak pewnie ruszył trzciną, albo niechybnie stała mieszkanka, żaba... Zapomniał o tej dziecinnej fantazji, zbliżając się ku Odalisce. Stała obok alei okalającej staw, cudna, naturalnej wielkości, wstydliwie naga i dłonią wstyd skrywająca. Śnieżno-biała jej postać była uchwycona w bajecznie wdzięcznej pozie, jakby oko artysty zaskoczyło ją znagła wychodzącą z kąpieli, lub na tajemnej toalecie w zamkniętym buduarze haremu i w owym ruchu płomiennego zażenowania zaklęło w marmur. Zlekka pochylona jej postać zdradzała błyskawiczną chęć do ucieczki, lecz widząc się bez wyjścia stanęła w miejscu, zdana na łup napastniczego spojrzenia, głowę jeno odwróciwszy w stronę ramienia i cudne, zalękłe oczy... Marmurowy piedestał zdał się więzić namiętnie jej śliczne stopy, lotne, niby jaskółcze skrzydła i wlot podane. Jednem słowem była to piękna, niepospolita rzeźba, wspaniałe dzieło artysty i wielkopański kaprys pierwszego jej nabywcy. Nie raziła bynajmniej w zapustoszonym jatwięskim parku swoją nagością i finezyjnem pięknem, z pewnością jednak czułaby się swobodnej w galerji rzeźb, lub gdzieś w przepysznym, przy tryskającej fontannie, sułtańskim seraju. Nic przeto dziwnego, że Lechoń od pierwszej chwili zakochał się w Odalisce, nie jako w swojej bramce i niewolnicy, ale jak paź w najcudowniejszej królewnie i że co wieczór przychodził do niej z serenadą. Ile razy stanął tęskliwy przed tym rozkosznym posągiem córki Wschodu, tylekroć razy zalewało go rumieńcem jej własne zawstydzenie. Zdawało mu się, że z jego przyjściem wstępuje życie w ten martwy marmur i postać tę pali jego spojrzenie. Prawa ręka, nakrywająca z lękliwym wstydem gronną i obnażoną pierś zdała się drżeć febrycznie i błagać — by ustąpił... Niekiedy żal mu jej się robiło, brała go litość na myśl, że jej wyrządza dotkliwą krzywdę, to znowu w miłosnem zaślepieniu zapominał o wszystkiem, wchodził na cokół, by na jej gibkiem ciele wycisnąć pocałunek. Nie odczuł nawet lodowatego chłodu marmuru, przeciwnie, zdał się, mieć żywą krew. Lechoń lękał się kobiet, uważając je za pęta orlich skrzydeł mężczyzny, ale tę jedną, w marmur zakutą, wielbił. Nie była niebezpieczną, będąc zaklętą w martwe kształty. I kochał ją tem bardziej, iż była siostrą tamtych dwóch kobiet, które, jak żadne inne, zostawiły na duszy jego ślady wspomnień, coś miłe i niezapomniane, jak bajka z dziecięcych lat. — Witaj, rozkoszna — szepnął, stając u podnóża posągu. — Ty jedna stajesz się w życiu mojem radosną gwiazdą, do ciebie jednej tęsknię... Dzisiaj kochanka jego marmurowa wydała się bez lęku i zawstydzenia, dziś po raz pierwszy. Owszem, grymas jakiś prześliczny dojrzał w jej pozie i jakby czający się na ustach zalotny uśmiech... Nie wiedział czemu to przypisać, czy oświetleniu księżyca, kątowi swego spojrzenia, czy jej istotnej zmianie. Czytał raz w jakiejś książce, iż rzeźby zmieniają podobno nieraz swój wyraz... Nie wierzył temu, lecz teraz właśnie przyszło mu to na myśl. Trudno mu było inaczej wytłumaczyć zjawisko i to zachwiało jego wiarę. Może to prawda... Istotnie twarz Odaliski, schylona nieco ponad ramię, trwała w czarownym półuśmiechu, który dopiero jakby się z pączka wyłaniał. Przecierał oczy czy się nie łudzi, zbliżył się o krok do jej profilu, — uśmiechała się najwyraźniej... — Odpłacasz mi się wzajemnością za moją miłość? — zapytał cicho. — Błogosławioną bądź za to szczęście... Pół-żartem i pół-serjo przemawiał do niej: — Jakażeś teraz piękna, jaka rozkoszna... Daj usta, czarodziejko, i ożyj, ty jedna ożyj! Patrz, tam cię przeniosę — wskazał na fantastyczny w księżycowej poświacie pałac, — tam ci uwiję cudne gniazdo, gorącą otoczę cię miłością i stworzę szczęście... Spojrzyj, — samotnym i spracowany, a jednak pieśń ci przyniosłem, bo cię miłuję... Srebrne blaski miesiąca pyszniły się na jej śnieżystem ciele i całowały alabastrową nagość posągu. Z pięknego czoła Odaliski i zielonego wianka, jaki nieznana ręka włożyła jej na głowę, spadał na policzki dyskretny cień, zdając się twarz ożywiać i nadawać spojrzeniu wyraz słodkiego flirtu. Miła ta zagadka podniecała Lechonia coraz to bardziej. Od pewnego już czasu zastanawiał go ów wianek na jej głowie, spleciony z żywych kwiatów i co czas jakiś zmieniany. Powtarzało się to mniej więcej co kilka dni. Z wiosną widywał go z stokrotek, jaskrów i konwalij, później z goździków, jaśminu, stosownie jak kwitły kwiaty. Od paru dni do dzisiaj główkę posągu otaczał skromny wianek z rezedy. Szczególnie dzisiaj podnieciły się myśli Lechonia, nie dając mu spokoju. Kto te wianki wyplata i zdobi niemi postać jego marmurowej oblubienicy? Kiedy, o jakiej porze i czyja ręka? Kogo poza nim interesuje ta naga postać? Czy jaki Sylwan poniechawszy Dryjadę, rozmiłował się w tej cudnej, samotnej Odalisce, kwiaty jej znosząc w ofierze serca? A może sama schodzi nocą na łąkę, błądzi po rośnej trawie i zbiera kwiaty? Zupełnie poważnie ten tajemniczy fakt zastanowił Lechonia. Uplanował dawać baczniejszą uwagę w ciągu następnych dni, a gdyby i to zawiodło, urządzi formalną zasadzkę. Postanowił za wszelką cenę dojść do odkrycia, które bądź co bądź wzbudzało w jego wyobraźni nadzwyczajną ciekawość. Odaliska nadal patrzyła nań zacienionemi oczyma. Przewidziało mu się kilkakrotnie, że poruszyła powiekami, to jakby je przymknęła. Uśmiech na wargach wraz z miesięcznemi blaski igrał ten sam, pełen słodyczy, tylko jak gdyby jeszcze śmielszy i zalotniejszy. Trudno było Lechoniowi zwalczyć nagłą pokusę, był dziś zupełnie pod jej przemożnym wpływem. Podziałała na jego zmysły widoczną wzajemnością i tym obiecującym uśmiechem. Złożył gitarę na ziemi, poczem niby Adonis wspiął się na gzyms cokoła. — Moja, moja rozkoszna!... — otoczył ramieniem jej smukłą kibić i przylgnął doń w uścisku. Doznał złudzenia, że nadzwyczajna jędrność jej ciała pulsuje namiętną krwią i że się ciało chyli w objęcia pożądliwie. Zkolei całował nagie jej piersi, , ramiona, wreszcie szyję i usta. Widać, upoiła go ta marmurowa pieszczota, bo jak pijany zstąpił na ziemię z postumentu. Schodząc zdjął z jej głowy rezedowy wianuszek, zupełnie bowiem był już zwiędnięty. — Tobie najrzadsze i najcudniejsze kwiaty — mówił szeptem do Odaliski — tobie korona szczerozłota... Obejrzał wieniec dokładnie, jakby szukając śladów rąk, które go wyplatały. Skonstatował tylko po robocie, że niechybnie delikatne paluszki składały te kwiatuszki w girlandę, że inna ręka nie byłaby w stanie tak ich misternie zapleść. Chaos podejrzeń opadł mu myśli, niestety poto tylko, by go podniecić jeszcze bardziej. Wreszcie rzucił wieniec na cokół, biorąc z ziemi gitarę. Jak dźwięczne perły rozsiał kilka akordów, poczem półgłosem zanucił arję z Carmen. Była to jego najulubieńsze melodja. I na niej skończył. Stracił do śpiewu nastrój, wyprowadzony z równowagi tym zagadkowym wieńcem. Czuł, iż coś się musi w tem ukrywać, że to nietylko kaprys jego poetyckiej fantazji. Zresztą, kto to odgadnie? Może wiejska dziewczyna wzięła ten posąg za jaką świętą męczennicę i na swój sposób cześć jej oddaję? Zaśmiał się mimowoli z tego przypuszczenia i zbliżył się do czółna drzemiącego u brzegu. Do łóżka nie miał ochoty, wreszcie noc była tak upojna... Paru uderzeniami wioseł odbił od brzegu, kieru- jąc się prosto w trzcinowe zarośla stawu. Rzęsa rozkrajana łodzią utworzyła ruchomy gościniec, zwierający się powoli, jak zielone firanki. Tu postanowił urządzić sobie przez jaką godzinkę dolce far nientie. Położył się na dnie czółna, opierając głowę o burtę, tak, by poza gwiaździstem niebem miał jeszcze widok przed siebie. Fantastycznie rysowały się stąd drzewa parku, zabudowania dworskie, półmroczne i bezludne, że brakowało tylko trytonów i syren, a przysiągłby, że to böcklinowski obraz. — By jak najwcześniej ten gmach przemówił pracą i maszyną — pomyślał po chwilce Lechoń. — Wszystko, co stoi pustką, trzeba powołać do życia i zaludnić... U nas pustynia jeszcze! Przyszła mu na myśl Ameryka i jej szaleństwo pracy. Przez chwilę oddawał się podobnym myślom, dumał poważnie, dopóki splot wspomnień nie przeniósł go na inne karty ciekawej księgi jego żywota. Jak gdyby film je przez ekran mózgu przesuwał, przychodziły wspomnienia różne, bliższe i dalsze, przeważnie twarde i znojne, jak z boju wzięte, że brakło wreszcie czasu na jakiś lot tęczowy, na sny o innem szczęściu, troskę o inne zadowolenie, a jeśli bywały chwile gorących tęsknot i buntu zniewolonego serca — wtedy lękał się więzów... I wtedy okłamywał serce muzyką, śpiewem, pisaniem wierszy, dopóki nie ominęła go ta fala. Znowu czas jakiś miewał spokój. A jednak te dwie spotkane w życiu kobiety szły za nim cieniem, zjawiały się w wspomnieniach niby duchy, by wreszcie wmarmurzyć się w tę oto Odaliskę... Lechoń obrócił oczy ma posąg i uczuł jakby rozkoszne tchnienie. Jakżeż była uroczą w białej swojej nagości na tle półmroku wnętrza parku! Jakżeż jej było nie uwielbiać za ten uśmiech dzisiejszy? Widział ogromne podobieństwo Odaliski do tamtych dwu kobiet, a względnie narzuciła mu się ta myśl od pierwszej chwili wejrzenia. Ta była klasycznie, skończenie piękna w swojej nagości, i tamte niezawodnie stały na tym samym poziomie... Nie wątpił w to ani na chwilę... — Dlaczego ten typ kobiecy poczyna mię prześladować — pytał sam siebie — dlaczego akurat ten?... Począł oddawać się marzeniu, nie spuszczając oczu z posągu. Wydobył na wierzch pamięci i tamte dwie kobiety i w trójkę tę patrzał w duchu jak w siostry. Za chwilę zatopił się w dziwnie tęskliwych i czułych myślach; oczy zasunął powiekami, a cisza nocna zdała się go kołysać. Miesiąc siał blaski na jego postać w łodzi leżącą, osrebrzał twarz, czerstwą i pełną mocy, poważną, w wieku pełnego rozkwitnięcia, — to usta zaciśnięte, dziś poraz pierwszy chłonące pocałunek kobiecych warg, warg marmurowych, — i ręce jego spracowane, nie podobne rękom doktora filozofji, raczej mydlarza... Dziwił się miesiąc tej postaci zdybanej na wiejskim stawie, to odzieży, jaką do fabryk jankesi przywdziewają — i tej gitarze... A Lechoń marzył. Pierwszy raz może w życiu nie bronił się tej fali, owszem, kładł się ochotnie na jej biegnących kręgach i dał się nieść jej, nieść jak najdalej. Kiedy po jakiejś chwili ocknął się z rozmarzenia i otwarł oczy, dreszcz przebiegł go po ciele i zdławił oddech... Widok, jaki mu się przedstawił, wprawił go w nagłe osłupienie... Na postumencie stały dwie Odaliski... W pierwszym momencie myślał, że resztki snu stanęły mu przed oczyma, lub, że się postać owa dwoi... Usiadł co prędzej i jak strzałami wżarł się w obraz spojrzeniem. Najwyraźniej stało ich dwie i jakby obie ruchome... Zamarła w nim wszelka decyzja, tylko patrzył — i patrzył... Wreszcie po kilkunastu sekundach oprzytomniał. Chwycił nagle za wiosło, potrącając w pośpiechu o gitarę. Jęknęły struny, jakby w zgrzytliwym gniewie... Uszu Lechonia doleciał okrzyk lęku — i naraz jedna kobieca postać zsunęła się na ziemię i, nim miał czas zorjentować się — pierzchła w głąb parku. Odaliska została sama... Kilku mocnemi ruchy dobił Lechoń do brzegu i począł biegnąć w stronę znikniętej zjawy. Za chwilę stanął i nasłuchiwał czy nie usłyszy szmeru ucieczki. Doszedł go jakby oddalający się tętent konia... Gdy wybiegł na gościniec, była już cisza... Zagadkowa kobieta jakby w ziemię zapadła. Błądził po parku jeszcze czas jakiś i przeszukiwał zarośla, w końcu pełen zawodu i rozdrażnienia wrócił przed posąg. Na głowie Odaliski dostrzegł wspaniały wieniec uwity z świeżych, bordowo-białych róż...

II.

Przez całą noc Lechoń oka nie zmrużył. Mimo zmęczenia całodzienną pracą ubiegł go sen, a opanowała dziwna gorączka. Gwałtem silił się aby zasnąć, lub choćby zdrzemnąć się przez godzinę, jednakowoż bez skutku. Był znużony a nawet senny, lecz coś czuwało w osłonach powiek, co sen płoszyło. Stan ten począł go wreszcie nękać i doprowadzać do rozpaczy, a co najgorsze, ironizować z niego. Ironizować przez te myśli jakich dziś stał się niewolnikiem, wprost opętany niemi, jak szaleniec. — Co mi do tego kto te wieńce przynosi! Niechże je wkońcu splata i wiesza co godzinę, jeśli tej to sprawia przyjemność... Od tego przecież są kwiaty — tłumaczył się natrętnym myślom, chcąc przełamać ich upór. Myśli jednak zdały się słuchać cierpliwie tej perswazji, poniekąd prośby, bez zamiaru wszakże rychłego ustąpienia. — Kto ona? Niechże będzie kim chce, co mię to wreszcie obchodzi, ale jaki cel żywi w tem tajemniczem czczeniu posągu? Gdyby to była jeszcze jaka święta, lub ostatecznie gdyby bożek, powiedzmy, mogła by się w nim rozmiłować, jak ja naprzykład w tym posągu... ale żeby kobieta adorowała posąg kobiety do tego stopnia, strojąc go w kwiaty stale, jak zakonnice uprzywilejowany obraz, to niesłychane! I to nie raz na jakiś czas, z kaprysu, nie w dzień, lecz prawie nocą, potajemnie... W każdym razie, odważna kobieta! — konstatował. — Nie każda zdobyłaby się na wycieczkę w ten zaniedbany park o takiej porze... Czyżby mieszkała obok? — nasunęła mu myśl. Począł zastanawiać się nad tem i przypominać sobie najbliższych sąsiadów dworu. Wprawdzie rodzinne Jatwięgi po kilkunastu latach nieobecności były mu teraz niebardzo jeszcze znane, mimo to jednak orjentował się na tyle, by móc przynajmniej wziąć kogoś w podejrzenie. Myśli okazały się bezsilne, nie wpadł na żaden trop. Widziana wieczór kobieca postać była odziana zmiejska, młoda, ładna, podobna łani, ale takiej dotąd we wsi nie spotkał. Pewny był również, że w swej piękności nie ustępowała Odalisce, gdy wspięta na cokole koronowała ją kwiatami. Przez krótką chwilkę patrzył w ten obraz, gdyż utkwił mu w pamięci jak nieodczepna strzała. Wciąż miał ją w oczach: wiotką, i gibką, cudnie przegiętą. — Schwycę, muszę ją schwycić! — przysięgał — muszę, za wszelką cenę!!! Choćby dla prostej ciekawości. A nuż spłoszona nie przyjdzie więcej? — podszepnęła myśl druga. Całą winę przypisał teraz gitarze i hałaśliwym strunom, inaczej byłby paru rzutami dobił do brzegu i ujął tajemną wielbicielkę. Męczył się w bezradności, ze wszech stron ujadany natrętnemi myślami. W żaden sposób nie mógł otrząsnąć się z tego chaosu, poprostu ugrzązł w nim niby w roztopie. Była chwila, kiedy zdawał się już zasypiać w bezładzie zmęczonych myśli, lecz znów ocknął go szept, że nieznana wróciła do posągu. Tak mu się pewnem to wydawało, że zebrał się co prędzej i jak węszący lis zakradł się cicho do posągu. Niestety, prócz Odaliski nie było wokół nikogo. Samotna stała w różanym djademie, cudna w srebrnej poświacie, rozkosznie uśmiechnięta. Ten uśmiech boski przebłagał jego zawód, że wrócił bez cienia złości w sercu. Znów się położył i zasie omotały go myśli. Teraz przeważała w nich Odaliska. Zdawało mu się, że przyszła z nim z parku, jak duch marzenia usiadła na krawędzi łóżka, upalna krwią i głodem pieszczot i że szepnęła mu słodycznie: — Samotniku! napróżno walczysz z swoją wolą... Wcześniej, czy później padniesz w tej walce zwyciężony... Zwycięży cię kobieta — los, zwycięży żywa miłość... Nic pogwałcone nie może być w naturze, chyba dla jej potrzeby... Poco budujesz i stwarzasz, komu zostawisz dzieła? Łącznikiem jesteś tylko w życiu i pracy, pracuj i łącz ogniwa bytu... Oto przyszłam do ciebie z tą nowiną... Pierwszy raz Lechoń pomyślał na serjo o kobiecie. Pierwszy raz dojrzał ogromną lukę w łańcuchu swego życia, i dziwną pustkę. — Nie, nie! za żadne skarby! I złote pęta wrzynają się do krwi! — oganiał się podszeptom. Były to tylko nieme słowa. W duszy jednak coś łkało, coś się jarzyło... Strwożył się, że go i tu dosięgnął chaos. A Odaliska, niby żywa wnikała coraz głębiej w oporne zmysły, pieściła szeptem i oddechem, kusiła zorzą wiosennego uśmiechu. Czuł już dotyk gorący, jędrność wonnego ciała, niezwalczone powaby. Szczęście z niej wiało bezgraniczne, odurzające. Wbrew woli i obronie, z dziką radością. Uczuł, że jad rozkoszy jakiejś, mocniejszy od opjum i najsilniejszych narkotyków — zatruł mu krew. Coś się w nim stało, że z własnej woli przestał obrony. Nie mógł już, nie chciał, tak było mu najlepiej, jednak gdzieś jeszcze czaiła się świadomość buntu. Odaliska znowu go sobą ogarnęła. W swoich ustach, oczach i piersiach, czuł usta, oczy i piersi Odaliski — całą postacią wniknęła weń, jak duch. Począł się bronić w nagle powstałej trwodze. Ostatnim wątkiem przytomności stanął wbrew owej mocy — zerwał się z łóżka. Czuł, że się chwieje: Dotarł do okna i otwarł je naoścież. Dniało. Chłodne powietrze oprzytomniło go cokolwiek i dało pojąć — gdzie się znajduje. Szalony ból wżarł mu się w głowę. Po krótkim czasie, obmyty zimną wodą i ubrany do dziennej pracy, wyszedł przed dom. Wieś dosypiała ostatni sen, w naturze natomiast budziło się już życie. Z wyłaniających się z brzasku drzew doleciał go ptaszęcy głos, poczem cicheńki szmer skrzydeł otrząsających z siebie rosę. Lechoń wszedł w park. Szedł bez celu, aby jeno być w ruchu. Doznawał, iż coś go jeszcze ściga, ale już słabiej. — Szał mi się chyba chwyta! — syknął przez zęby. — Co mię to wszystko obchodzi, poco ta męka? Jam się do tego stopnia dał opanować — ja?! Doprawdy, wstyd! Jakbym był żakiem! Uf! — Chwycił się ręką za głowę. — Pal djabli taką noc! Niesłychana inwazja jakiegoś głupiego sentymentu... Tyżeś to, ty Lechoniu? Zjadliwy uśmiech skrzywił mu twarz. Ani nie wiedział, kiedy się znalazł pod posągiem Odaliski. Jakgdyby magnetyzm jej tu go przyciągnął. Przymarszczył brwi, lecz nienawistne spojrzenie stopniało nagle. Ożywczy prąd przebiegł zmęczone jego ciało — tak była piękna w różanej rozpyli świtu! Na wieńcu róż świeciły, jak brylanty, perełki rosy. Stała świeża, zarumieniona nieco, nie wiedzieć — z zorzy, czy wstydliwości. Lechoń zatęsknił za jej uśmiechem, tym z nocy. Jakżeż była wtedy czarowna i kusząca! Naprzekór własnej woli opuścił oczy i z pochyloną głową ruszył w głąb parku. Począł szukać śladu wczorajszego zjawiska, gdyż jakiś podszept wewnętrzny pchał go ku temu. Trudno było o jakikolwiek trop, parkan parku był w ostatniej ruinie. Niegracowane aleje milczały również o kierunku tajemniczych nóżek, jakby zagadka była w sekretnej zmowie z milczącym parkiem. Bezradny Lechoń wyszedł z gęstwiny na gościniec. Poza drogą ciągły się pola, opodal widniało kilka rozrzuconych chałup, horyzont zaś zamykał półkolisty pas lasu, ongiś dworskiego, dziś należący do gminy Jatwięg. W tym krajobrazie gubiła się do reszty dziwna zagadka, tu jakby w morze zapadła nieznana postać podobna Odalisce... Mimo wysiłku, aby zapomnieć o tem, myśl o niej wracała ustawicznie, stając się niemal męką. Opanowała mózg w zupełności, porwała w wir bez jednej chwili wytchnienia, zapalając go prawie do gorączki. Opętanie to musiało być szalone, jeżeli było w mocy wyważyć Lechonia z równowagi i doprowadzić jego stanowczą wolę do rozstrojenia. Poprostu ten anormalny stan przeraził go i ubezwładnił. W ciągu dnia myśl o nieznanej i Odalisce przybrała inne kształty, bardziej objektywne i ześrodkowujące się w jedno pojęcie: kobieta. Już nie marmurowy posąg, nie tajemnicza adoratorka wypełniająca arenę duszy, ale poczęła wpełzywać weń wielka, problematyczna myśl — o kobiecie. Przeistoczenie to zdziwiło go niezmiernie i opętało z równie nieustępliwą siłą. Pierwszy raz w życiu podobna myśl wciągnęła go w swą głębię, opanowując swoją istotą, niby symbolem jakiejś ogromnej tajemnicy. Kobieta... Jedno, a tak olbrzymie w treści słowo! Lechoń stanął oko w oko nie wyrazowi, ale istocie jego substancji, odgrywającej jedną z pierwszych ról w życiu, w magnetycznej aureoli niepojętego fatum. Z przyjemnością, jak nigdy dotąd, odnalazł w sobie tajemne łączące go z kobietą, coś, jakby wspólne bytów, konieczne w swem istnieniu i uzupełniające się wzajemnie dla harmonji istniejącego porządku. Po długich godzinach najazdu niezwalczonych myśli, film, przesuwający się przez pryzmat mózgu Lechonia, znowu się zmienił w konkretniejszy. Z mgławicy tej poczęła się wyłaniać, jak cudna wyspa z oceanicznych wód, kobieta w czasach akademickich widywana, potem ta druga, Odaliska, wreszcie wczorajsze nocne zjawisko. Stanęła mu teraz w oczach wyrazistym obrazem, stojąca na postumencie posągu, tak piękna w kształ- tach, jako i ta z marmuru. Począł się pieścić jej elastyczną postacią, ślicznie zarysowaną, przegiętą w pasie, wiosennie młodą. Jak gdyby wąż oplotła Lechonia dziewczęca postać nieznajomej, napawając go niekosztowanym nigdy czarem. Chwilami wchłaniał w siebie te wrażenia niemal z chciwością, sycił się niemi jak mocnym trunkiem z coraz to większą pożądliwością, z prawdziwym głodem, dopóki znowu ocknięta trzeźwość nie nakazała przeciwko temu anormalnemu stanowi nagłego buntu. Wówczas zaciskał zęby, zwalczał się w sobie surowym nakazem, dławił pokusy i napastliwe szepty i na czas krótki odnosił pozorne zwycięstwo. Było to jednak tylko złudzeniem. Myśli owe wracały jak w błędnem kole, niekiedy rozwścieczone, nie do zwalczenia. Nie pomagała wytężona praca, lektura okazała się również mało odporną, wreszcie nie potrafił czytać książki z uwagą. Cały dzień przeszedł mu ciężko, jakby był chory. Mimo to do późnej nocy czatował w parku w pobliżu Odaliski, łowił uszyma najmniejszy szmer, męczył się w oczekiwaniu i halucynacjach, niestety bezowocnie: cud z wieńcem się nie zjawił... I zasie przeżył bezsenną noc, długą jak wieczność, pełną omamień i przywidzeń, że wstał o świcie z gorączką. Lękał się, czy to przypadkowo nie jest początkiem jakiejś choroby. Skąd naraz takie opętanie kobietą i niczem innem, tylko — kobietą? Dlatego, że jej unikał w życiu, że swoich celów nie wiązał z jej istnieniem? Czemu cokolwiek co innego nie siadło mu na mózgu, duszy i sercu, jeno — kobieta? Czemu akurat teraz, nie wcześniej, kiedy coś w sercu się budziło, gwałtem stłumione? Zadawał sobie te pytania, lecz nie znajdował na nie odpowiedzi. To go tem bardziej przerażało. Zmęczony, pełen zawiści jakiejś, wyjął z szufladki nabity browning i poszedł w stronę parku. Czuł, że ciało mu się pali, a krew ukropem przebiega żyły. Nad głową rozszeptała mu się głupia, dziecinna myśl, by — strzelić do posągu... Kusiła szeptem, że w Odalisce zaklęta jest ta prześladowcza larwa i że w niej źródło opętania... Lechoń zakradł się cicho ku posągowi, i z powstrzymanym oddechem przyczaił się w zaroślach. Odaliska stała samotna, spokojna, nie przeczuwająca zawisłej w powietrzu śmierci, cudna jak nigdy jeszcze, różem wschodzącego słońca oblana, kochliwie uśmiechnięta, zażywająca właśnie poranne; rośnej kąpieli. Lechoń zmartwiał z zachwytu i niepokoju. Lęk ciężki i duszący wpłynął mu w gardło, jak człowiekowi, który zamierza dokonać zbrodni. Przerzucał śpiesznie chaotyczne myśli i patrzał — patrzał w śliczną jej postać. Zdawało mu się, że Odaliska zwróciła oczy na niego, ufne, bez cienia trwogi, nawet miłosne. — Twojam kochanka i twoje przeznaczenie — jakby szepnęły jej słodkie usta. — Istnienia nasze, to — wspólna droga... Przyjdź , obejm ramieniem, ucałuj... Lechoń z browningiem w ręku patrzał bezradny. Miłość i mściwa zbrodnia spotkały mu się w mózgu, jak dwa ogłuszające motory. — Czemu mię dręczysz i prześladujesz? — syknął przez zęby. — Czarownico! skradłaś mi sen i spokój i myśli... śpiżowe myśli... Podniósł rękę, kierując broń między grona piersi Odaliski... Mierzył i czekał, nie wiedząc na co. Chciał może, by ubiegła i uszła śmierci, lecz biała postać nawet pierwotny ruch ucieczki zdała się zgubić. Stała wyczekująca, z wiarą w swą nieśmiertelność, pewna zwycięstwa. Na kwiatach różanego wieńca skrzyła się djamentowa rosa, a złoty promień wschodu rumienił jej drobne usta i pierś śmiertelnie zagrożoną. Zgorączkowana myśl Lechonia dojrzała w tejże chwili, wspaniały efekt tego przedziwnego zabójstwa... Już miał nacisnąć cyngiel palcem, lecz coś wstrzymało go stanowczo — — chciał się upoić jeszcze rozkoszą Odaliski, zanim... nie runie martwa z jego ręki. A ona znalazła go w zaroślach swemi oczyma czaru, darząc dobrem i oddanem spojrzeniem, jak najwierniejsza niewolnica. Był moment, że przejęło go wzruszenie, że pragnął upaść do jej stóp, jednak się przemógł. Stanęły mu w oczach dwie nieprzespane noce, przeklęte koło myśli, szaleńcze jakieś opętanie i żywa chęć spokoju. Ten pożądany spokój widział obecnie tylko w jej trupie... Wyprężył rękę i chwycił okiem cel... Ten punkt — gdzie bije serce, gdzie węzeł życia. Przez pół sekundy trwała śmiertelna cisza, pełna grozy, napięcia i potwornego oczekiwania... Naraz rozległ się strzał, jak niespodziany piorun. Donośne echo huknęło, wpadło brutalnie w rozmodlony porannym śpiewem park, wreszcie stłumiło się wśród drzew. Ptactwo zmilkło z nagłego lęku; zbudzone życie zdało się zamrzeć z trwogi. Po paru sekundach wróciła cisza... Lechoń stał niemy, nie odrywając przerażonych oczu z krwawego torsu Odaliski. Najwidoczniej w miejscu rozdziału piersi — dostrzegł krew. Nie pojmował, jak marmur mógł krwią zabroczyć... Włos mu się zjeżył na głowie, wprost — struchlał i osłupiał... Ramiona Odaliski ani zachwiały się, ani drgnęły. Jak szałem tknięty, wypadł Lechoń z zarośli: Wdarł się na cokół, chwytając się rękoma jej gładkich bioder. Ochłonął... Miast krwi, słoneczny refleks widniał na marmu- rowej piersi. Jakby nieznośny ciężar zsunął się z serca Lechonia. Odetchnął z ulgą... Lecz naraz dostrzegł ranę... Kula uderzyła w piersiowy mostek, czyniąc na ciele szramę wielkości migdałowego jądra. Z drżeniem dotknął się palcem otwartej rany i ból go chwycił. Wzniósł ku jej twarzy błagalne i oniemiałe oczy. Widać, targnął nim spazm, bo płacz bezłzawy skrzywił mu usta boleśnie. Po chwili wzniósł się wyżej, do wysokości jej ramion. Ujął je w ręce troskliwie, prawie twarz w twarz przytulając się do niej. Teraz na oczach jej dojrzał nie wiedzieć — łzy, czy krople rosy... Porwał go żal okrutny, niepojęty. Wzruszyło go sumienie, nie nad marmurem w samotnym parku, ale kobietą... Czuł jakiś węzeł tajemny między żywą istotą a tym posągiem, jakowąś łączność nierozerwalną i życie, przepołowione na dwoje... Nieodczuwana dotąd tkliwość zapulsowała w sercu Lechonia, coś mu się ogniem we wnętrzu zapaliło, jakaś moc wielka wyłoniła się z obsłon, natchnęła myśli, bo ujął kobiecy posąg za szyję z wielką dobrocią i przyjaźnią, z żalem za czyn szaleńczy i usta na oczach jej położył, spijając z powiek srebrne łzy — rosę...

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…