Front matter
TOPIELEC
całość
TOPIELEC
I.
Ildefons Probus Gdyk, właściciel dwojga niepoślednich imion, czasu europejskiego pokoju konduktor tramwajowy i lokator poddasza ostatniej dzielnicy stołecznego miasta, człowiek normalny, jak każdy wiążący końce sobaczego losu, nie mogący nigdy pogodzić się z potworną długością miesiąca i nadmierną ilością „drobnych“ przy sprzedaży biletów, co w jego zawodzie obciążało pokaźnie miesięczną gażę, — dziś, ten sam, dwojga imion Gdyk, (jeszcze nie zmienił nazwiska) żaden jednak konduktor, nawet dyrektor tramwajowy, (co to dziś wobec niego!) żaden z zawodu kupiec, ani pan z ojca, ba, gdyby giełdziarz czarnej kongregacji, nap ozór żaden profesjonista, fabrykant, ni to wygrywacz tureckiego losu, on — Gdyk, obywatel trzech kamienic w śródmieściu, zahipotekowanych wedle wszelkich istniejących przepisów na swe nazwisko — wyszedł z swojej okazałej rezydencji na ulicę, tak, jak wychodzi przeciętny człowiek bez zdecydowanego kierunku przechadzki. Jak się to stało, że on beznadziejny mieszkaniec poddasza stał się w czasie rujnującej, kilkuletniej wojny obywatelem trzech kamienic — sam nie pamiętał dobrze, a względnie nie widział potrzeby zaglądać w kronikę swego życia. Niby właściwie to on handlował, tylko ten handel nie dał się ująć w żadne istniejące dotąd prawidła. Jeszcze jako konduktor wozu nr. 15 sprzedał 3 kg. sacharyny, którą po przyjeździe nocą do remizy znalazł na półce w tramwaju. Trudno było odnaleźć teraz prawego właściciela sztucznej słodyczy, oddawać „na magistrat“ kosztowało trochę fatygi, wybrał zatem konduktor Gdyk drogę najbardziej jego przekonaniu odpowiednią, jako że nie ulegało najmniejszej wątpliwości, iż sacharyna była przeznaczona na sprzedaż — a więc ją sprzedał. Tak czy owak taki ją czekał los, wszystko zatem jedno — Gdyk, czy kto inny pośredniczył owemu przeznaczeniu. Ten przypadkowy krok wprowadził Gdyka na inne tory. Pierwszy raz w życiu całem miał Gdyk coś do sprzedania! Po szczęśliwej transakcji właściciel grubej paczki banknotów popukał się po czole i... kupił beczkę spirytusu. Akurat trafiła mu się niebywała okazja. Poszło od ręki, nie bez zarobku oczywiście. W niedługim czasie przesunęło się przez ręce Gdyka pięć takich beczek... A potem — co się trafiło... Najtrudniej zacząć... Poznał wtedy, że właściwie urodził się do handlu a nie tramwaju, poczuł, że ma kupiecką żyłkę. Podzię- kował bez żalu za posadę i rozstał się z mundurem. Nadzwyczaj prędko udało mu się nawiązać pokątne stosunki z liczną szarańczą przygodnych „kupców“, rozglądnął się uważnie po nowej niwie pracy, z początku jak każdy terminator, lecz coraz śmielej, a że podatny nos wyrabiał mu się i węszył za powietrzem, stanął po jakimś kwartale na odpowiednim fundamencie, poczynając nowoobrany zawód na większą skalę. Z 3 kg. zbłąkanej sacharyny doszedł w niedługim stosunkowo czasie do wagonu pencaku, zapałek, szpagatu, stopniowo do pół wagona słoniny, większych transportów kawy, herbaty, cukru, powideł, trykotów, pończoch, słowem — czego tylko wymaga głupi życiowy narów. Co zatem idzie, Gdyk począł jeździć koleją nie tramwajem, jak tego wymagały rosnące interesy, przeniósł się z poddasza na trzecie piętro, później do centrum miasta, czując się coraz mocniejszy w społeczeństwie, które istniało dlań jedynie jako konsument, poczem w sferach podziemnych kupców, wreszcie stał się silnem ogniwem potwornego łańcucha, na który zawiść ludzka wymyślała nie wiedzieć czemu zdrobniałe imię: „pasek“. Że w Gdyku było sumienie i uczciwość, niezbitym tego dowodem była sacharyna, którą sprzedając po nadmiernej cenie — płonił się jak dziewczyna, pierwszy raz w życiu upadająca pod ciężarem gwałtownych pokus. Przy spirytusie jeszcze się wstydził, coś niecoś zarumienił, dopóki nie opuściła go zbyteczna bojaźń i nie wszedł w pokuśny nałóg. Sprzy- jało mu przytem szczęście, że grzeszył bez przypadku, w lot się orjentował i zapobiegał skutecznie gorącym katastrofom. Jak nierządnica za grzech uważająca pocałunek, tak on wziął rozbrat z wszelką wstępną i czas trwoniącą czułością. Wyzbył się przeto do szpiku kości zawadliwego sentymentu. Zwąchał zresztą, że interes to żadna nastrojowa poezja. Kiedy na towarowym rynku spadał barometr, wówczas jasnowidzący Gdyk magazynował o stu przeróżnych znakach zapasy, od kokainy począwszy, a skończywszy na smarach i buraczanej Dopiero, gdy nadszedł przewidziany czas zbytu, wtedy Gdyk ustalał ceny i „odstępował“ łaskawie z letargu przebudzone produkty. Przyznać trzeba, że Gdyk umiał żeglować. Po roku nowego życia zakupił pierwszą kamienicę, wprowadził się w pańskie podwoje z rodziną t. j. żoną i trzema ryżemi córeczkami, po matce płeć i piegi mającemi, zainstalował się jak przystało na porządnego właściciela, wziął guwernantkę, pannę do szycia i kucharkę, zmienił na żakiet marynarkę i... nie ustawał w pracy. Szło mu coraz to lepiej. Chwycił się spółek, dostaw, lecz już zawsze jednak po cichu, w swoich kołach, bez krzyku i hałasu. Każdy taki wyczuwał swego, ruch jeden wystarczał za rozmowę, a poza punktem zbornym, kończyła się znajomość, lecz ciągły dalej interesy. Jeden o drugim mało co wiedział, lub zgoła nic, osią wszystkiego był towar konieczny w codziennem zapotrzebowaniu. Najbliżsi są- siedzi i lokatorzy Gdyka tyle również o nim wiedzieli, że jest bogaty, mężem impertynenckiej żony, ojcem piegowatych córek, jak za pokutę znęcających się całemi dniami nad fortepianem, że sam często wyjeżdża, lecz gdzie i poco — tego nikt nie dochodził. Czasem ktoś z bliższych pomyślał w duchu, że Gdyk najprędzej jest paskarzem, jako że porządnego człeka w tak ciężkich czasach nie stać na guwernantkę i na tem się znajomość biografji Gdyka kończyła. Niezależnie od opinji ludzkiej, Gdyk obrastał coraz bardziej w pióra mamony, zaokrąglał fortunę i tył stopniowo. Z filigranowego konduktora nabierał tuszy obrzękłego masarza i odpowiedniej do postaci miny. Gdyby nie chytrość bijącą z jego małych oczek, czujnych i podpuchniętych nieco, byłby doskonałym typem gnuśnego sybaryty, opływającego szczodrze w wszelkie ziemskie rozkosze. Ociężał trochę w ruchach, lecz te nabrały jakiejś pańskiej pozłoty, słowem — nie byłby dzisiaj w stanie przeciskać się z bloczkiem biletów w ręce przez ciżbę pasażerów tramwajowego wozu, a co pewniejsze, jego włochate, opasłe ręce wzgardziłyby marnym napiwkiem, do którego poprawdzie nie miał nigdy szczególniejszego szczęścia. W miarę bogactwa, Gdyk zmieniał się w manierach. Ścienne oleodruki zmieniał na dzieła początkowo nieznanych, później klujących się z jaja mistrzów, gromadził dywany i makaty, garniturował meble i wchodził powoli w towarzystwo. W ciągu dalszych dwu lat nabył nowe dwie kamienice, bogatą, z krysz- tałowemi drzwiami szafę na książki, zamknął ją szczelnie, by przypadkowo jakiś proszek nie siadł na grzbietach książek lśniących od złoceń, niby dobrana królewska gwardja, zaprenumerował najdroższe swojskie i zagraniczne pisma, w których przeglądał tylko ilustracje, a które córkom kształcącym się w językach służyły za elementarz. W tym czasie zbrzydł mu nużący handel, grożący bądź co bądź czemś, co się od władz wywodzi i mimo, choć stać go było na antidotum — wolał oficjalnie oprzeć się na czemś pozytywniejszem. Akurat jakby dla niego powstał w stolicy nowy bank, którego stał się głównym akcjonarjuszem. To mu dodało splendoru, oraz czytelną firmę. Nie przeszkadzało mu to jednak bynajmniej, by kupić od czasu ido czasu jakąś parcelkę, sprzedać ją po miesiącu, choćby poprostu z nudów. Pieniądze szły jak woda, same na siebie pracując akordowo. Gdyk wszedł w stosunki, a ponieważ był w sile wieku, pełna zaszczytów przyszłość stała przed nim otworem, że jeno wkroczyć. Poco wszakże miał się sam wpraszać, niech proszą inni. Tak przez lat sześć szczęście włóczyło się za Gdykiem, jak nieodłączny cień. Wszystko już miał czego zapragnął po sprzedaniu tej czarodziejskiej sacharyny, nie żądał naupartego więcej, nawet zaszczytów. Jednemu bóstwu począł teraz hołdować — spożywaniu w spokoju darów bożych. Miał ku temu wszystkie szanse. Dzisiaj wyszedłszy z bramy swego olbrzymiego gmachu, stał chwilę na ulicy, patrzył bezmyślnie w płynące fale ludzi, odpowiedział łaskawie na kilka skierowanych doń ukłonów i wolno, wolniutko, jak człowiek żyjący z czasem w serdecznej komitywie, począł posuwać się chodnikiem. Coprawda, gniewał go nadmierny ruch spacerowiczów, zażywających po dniu upalnym przedwieczornego chłodu, gniewały ryki samochodów, zgrzyty tramwajowych hamulców, nie było jednak lekarstwa na to szaleństwo wielkomiejskie, zatem i Gdyk z tem się pogodził. Ostrożnie i z troskliwością o swoją całość mijał przecięcia ulic, co jakiś czas przystawał, czyniąc przegląd przejeżdżających aut i porównując je ze swojem, spoglądał z pogardą na tramwaje, przez złoty cwikier poznawał lekceważąco kolegów — konduktorów, a raz usłyszał nawet poufne pozdrowienie motorowego: serwus Buś! (zdrobniała nazwa od Probus!) udał jednak, że to nie jego się dotyczy, i nic nie rzekłszy, gdzie indziej zwrócił swoją oburzoną personę. — Niesłychane! — pomyślał w duchu — jak taki smarowóz i karawaniarz poważył się publicznie Busiem mię nazwać!... Brrr! bez wychowania cała ta banda! — zaszumiało mu w głowie i w uszach. Pełen słusznego oburzenia powlókł się dalej z nadętą miną. Aliści zaledwie uszedł parę kroków, doszło go uszu najwyraźniejsze wołanie po nazwisku: Gdyk — Gdyk — Gdyk... Jakby kto jąkał się w nagłym pośpiechu. Obejrzał się ze złością, lecz naraz mile rozczarował: nie było to wołanie, lecz zwykły turkot nadjeżdżającego tramwaju. Uśmiechnął się pobłażliwie, jak mógł się tak przesłyszeć... Wspomniały mu się minione lata, jak nieraz ten turkot kół mu nazwisko, złośliwie, całemi dniami... Zbiegiem okoliczności jadący wóz był naznaczony 15-stką. Teraz dopiero zastanowiło go głębiej to przesłyszenie. Jakby go poznał w tłumie ten stary, znajomy wóz, tyluletnia jego 15-stka... I ten akurat go zaczepił, ten a nie inny! — Gdyk — Gdyk — Gdyk — Gdyk!... — zawirowało mu znów w uszach. Zgniewany Gdyk splunął złośliwie gdzieś pod rynnę, dobył z krokodylego etui grube cygaro, odgryzł zębami koniec, poczem wsadziwszy w mięsiste wargi zapalił pompatycznie. — Krzycz do latarni, ale nie do mnie — szepnął pod adresem wozu noszącego nr. 15-ty — cymbale jakiś! Mógłbym cię teraz kupić na skład węglowy, nie tylko ciebie, wywłoko, lecz wszystkie razem do ostatniego numeru. Poczytuj sobie za honor, żem raczył jeździć tobą, żem był kiedyś tak głupi.. Wóz znikł z tłumionem echem jego nazwiska, zaraził jednak sobą wszystkie biegnące wozy, nawet auta. W każdym stukocie słyszał Gdyk tony swego nazwiska, jakby wszelki kołowy ruch wściekł się i zachłysł jego nazwą. W żaden sposób nie potrafił ognać się temu złudzeniu, otumaniło go jak czad i przysiadło. — Gdyk — Gdyk... Buś — Buś! — słyszał ze wszystkich stron, wprost całe miasto poczęło zeń urągać i wołać po imieniu. Zirytowany nie na żarty, chwycił pierwszą z rzędu wolną dorożkę, każąc się wieść nad rzekę, okalającą miasto. Tam już nie było tramwajów, co najwyżej mógł trafić się automobil. Zaledwie wytrącony z równowagi pasażer rozparł się w dorożce, już go podniosła z siedzenia, jakby w niem szpilki były, urągliwa zaczepka nie kół landary, bo te chroniły gumy, lecz kutych końskich kopyt. — Gdyk — Gdyk — Gdyk! — człapały po kamieniach marne podkowy kościstej imitacji konia podrywając się z bruku koszlawo i pociesznie, jakby już tabes brał je w podrygi św. Wita. — Choroba na was wszystkich! — syknął wewnętrznie prześladowany właściciel trzech kamienic i udziałowiec banku i widać było, jak jakieś potworne bluźnierstwo usiadło mu na ustach kolorem bydlęcej żółci. Zaciął się jednak w sobie, jak człowiek kamiennej woli, nerwy w pięście uchwycił, zdławił je nielitośnie, nakazując milczenie. — Dawno należało zmienić nazwisko! — zaczepił się z wyrzutem. — Gdzie mnie się Gdykiem nazywać — teraz? Nieodzowną jest rzeczą dostosować nazwisko do pozycji, jaką zajmuje się w społeczeństwie... Gdyk dobry był do tramwaju, strażaków, czy wodociągów, ale przenigdy nie da się zgodzić z kamienicą, bankiem, chyba jako odźwierny... Naprzykład, — Gdyński... Słyszał, iż gdzieś istnieje jakaś Gdynia. — Proszę.. co za nazwisko! Zamość, — Zamojski, Gdynia, — Gdyński... Rodowe gniazdo, aż w oczy bije stary, szlachecki ród... Natchniona myśl czepiła mu się mózgu, jak gdyby szewskim klajstrem była nasmarowana. Ściśle mówiąc, nie był to zupełnie nowy pomysł w myślowym aparacie pana Gdyka, lecz tak obecnie naglący i pełen przekonania, że zaniechanie go znaczyłoby gaszenie własnej aureoli. Cudownie oświecony Gdyk poprzysiągł w duszy wdrożyć bezzwłocznie starania o zmianę nazwiska, ponieważ jednak na dzień jutrzejszy przypadała niedziela, odłożył stanowczo zamiar na poniedziałek. — Ildefons Probus Gdyński — połechtało go mile, a oczy koloru cynamonu zapaliła słodycz radości. — Ach, to zupełnie co innego: Ildefons Probus Gdyński — powtórzył jeszcze. Co za szalona różnica! Probus... coś, jakby herb... Zamajaczyło mu w pamięci, że jakiś król, czy cesarz, nosił takie nazwisko. — Proszę... jak mogłem do tego czasu cierpieć z tym Gdykiem! Nie brzydkie wprawdzie nazwisko, oryginalne, ale gdzież jemu do Gdyńskiego, Już widział na swych biletach i mosiężnej tablicy na drzwiach cudne nazwisko, patrzące w niego z poważną dumą: Ildefons Probus Gdyński. Jak tu teraz może mu tramwaj przedrzeźniać? Żeby się wściekł, tak nie wystuka tego! Embrjon Gdyński odetchnął z ulgą. Rozanielony natchnieniem wybaczył winy i przedchwilowe przy- krości, jak więzień skazany na dożywocie, gdy zdoła zbiec na wolność: przeklina ale przebacza... Dojechawszy do nadrzecznych bulwarów, Gdyk końcem laski zawiadomił dorożkarza w okolicę krzyżów, by się zatrzymał. Wysiadł z namiastką rzymskiej powagi i począł szperać w haniebnie spasłych przegrodach portfelu. Dorożkarz o barwie ćwikły, z której przed rokiem ściągnięto naskórek, spojrzał z uwagą na portfel oraz jegomościa, poczem zagadnął z dużem zdziwieniem: — Moje uszanowanie... To pan, panie Gdyk... Jakże zdróweczko? Anim pana nie poznał, tak się szanowny pan zmienił od tego czasu... Gdykowi jakby amoniak pod nos przysunął. — Co, co? Pan mię niby zna? — Nie pamięta pan Salusi Piper, gdzie my to mocną z sodową nieraz popijali? Na Boga mego, dziś takiej nie uświadczysz... To były czasy, co? Ale pan sobie wygląda jak sam radca... Gdyk się połapał, że odezwał się nie dyplomatycznie. — Pan się pomylił, panie fiakier... Ja żaden jakiś tam Gdyk, czy coś takiego... Masz pan za jazdę i bądź pan zdrów! — Przepraszam za pomyłkę, chociaż... szyję bym dał... — Możesz pan dać, owszem — przerwał Gdyk śpiesznie i odszedł pozornie obojętny. — Bodajś kark skręcił z własnego kozła! — posłał po chwilce chrze- ścijańskie życzenie pod adresem przygodnego kolegi, nie oglądając się poza siebie. — Także znajomy, uf! Jednak śpiewające mu w uszach nazwisko Gdyński, kazało wspaniałomyślnie zapomnieć o takiej głupiej znajomości. Zapalił świeże cygaro i jak gondola weneckiego doży wpłynął poważnie w fale spacerowiczów. Z przechadzającego się tłumu wiało perfumą, cebulą i sobotą. Od ortodoksów, skończywszy na eleganckich, zeuropejska podgolonych fizysach, często o minach zaćmiewających Anglików, z rzadka widniała aryjska twarz, lub wreszcie tak przeżyta, że trudno było ją zaliczyć do odpowiedniej rasy. Widać, takiem korytem płynęły handlowe interesy, że dzień sobotni był dniem wypoczynku niemal wszystkich, których strumień ulicy ponosił. Dała się gwałcić niedziela, sobota jednak zamykała wszelkie handlowe śluzy. Gdyk znalazł się wśród swoich. Co chwila spotykał znajomego, pozdrawiał i odpowiadał na ukłony, uśmiechał się rozkosznie, jak człek jadący na beztrosce. W blaskach pochylonego nad zachodem słońca różowiły się jeszcze bardziej karminowe wargi idących matron, panien do wzięcia i podlotków, grały ogniami butony i sznury pereł, złociły się łańcuchy zwisające na frontach kamizelek, nastręczały się oczom upierścienione palce, kwiaty, zatknięte w butonierki alpagowych ubrań, omdlewały ze sztucznych woni, a wśród rozgwaru, szeleszczących jedwabiów i barw przeróżnych — przesuwały się pozerskie, nadęte miny, pełne przesadnych manier, zarozumiałej sztywno- ści, to udawanej nonszalancji o płytkich oczach i jednobarwnych spojrzeniach czcicieli złotego cielca, ludzi — którym życie umiało przyziemne loty dosyta zaspokoić. Świat używał swych wywczasów, zdając się mówić do słońca: — Świeć jeszcze złociej, bogaciej, wszak stać nas na to... Piękna od strony rzeki panorama miasta, wspaniałe korso i urok wieczornej chwili jakoś nie posiadały dla Gdyka rzeczywistej wartości, a nawet nudzić go poczęły, może dlatego, że cały spektakl nic nie kosztował, że był bezpłatny. Gdyk bowiem oceniał wszystko wedle powagi ceny. Dowodem, jak imponowała mu cena, był obraz w jego salonie, nabyty przed kwartałem, rzetelne Nic, zwarjowanie farb niezrozumiałe przez nikogo, ponieważ jednak „arcydzieło“ również arcysłono zapłacił, chełpił się niem przed kim się tylko nadarzyło, pokazując przy lada sposobności i zadziwiając zaraz na wstępie jego ceną. Zresztą jego obecna pozycja miała swoje wymogi i swoje „medycyńskie“ nagięcia. — Gdyk, Gdynia, Gdyński — znów mu się w uszach rozśpiewało eolskim instrumentem. — Dobrze, już dobrze — uciszał wewnętrzną niecierpliwość. — W poniedziałek pocznę starania Ildefons Probus Gdyński... ślicznie, prześlicznie. Ja wiem, firma i etykieta to grunt — odpowiedział myślą na jakąś myśl. Doszedłszy na koniec bulwaru już miał zawrócić, gdy nagle opodal na wybrzeżu spostrzegł gromadkę ludzi, zbitą nad czemś półkolem i żywo gestykulującą. Ciekaw, co się tam stało, powlókł się w stronę zbiegowiska. Za chwilę oczom jego przedstawił się nierzadki w kąpielowym sezonie obraz: wyłowiono z rzeki topielca i złożono na piasku. Nieboszczyk, wieku średniego, długi był i wyschnięty jak tyka, z niepomiernie wydętym wodą brzuchem. Ten brzuch w stosunku do jego postaci przedstawiał się tak nieproporcjonalnie, iż wierzyć się nie chciało, by się skóra nieszczęśnika suchotniczego tak z gumą porównać mogła. Ciało nagie, fioletowo-sine, świadczyło o kilkudniowem zamieszkaniu w wodzie. Zabarwienia tegoż była twarz z szeroko otwartą szczęką i oczyma rybim zezem patrzącemi w nieokreślone przestrzenie, wyglądała okropnie. Siedziało na niej nieszczęście z całą swoją ohydą i potwornością, zdając się pastwić dalej nad jej martwą powłoką. Dreszcz lęku i odrazy przeszedł po ciele Gdyka mroźnym alarmem. Nie tyle współczuł z nieszczęśliwym, choć to bliźnie uczucie okazywało się już zbytecznem, ile się nim przeraził. Wogóle Gdyk nie czuł sympatji do nieboszczyków. Nad zwłokami topielca wywiązała się zwyczajna w podobnych wypadkach rozmowa. — Kąpał się, nie umiał widać pływać i utonął — zauważył ktoś z tłumu. — E, co pan gada! — spotkała się uwaga z zaprzeczeniem. — Woda w rzece nie dochodzi dwóch metrów, a trup ma pewnie ze dwa metry. Dostałby dna i tyle... — Kurcz go mógł chwycić! — To jest najprędzej samobójca — dorzucił trzeci. — Poco-by się na śmierć rozbierał? Byłby utopił się w ubraniu, a nie nago — zaprzeczył pierwszy nie bez racji. — O-wa! Ubranie kosztuje teraz tysiące... — A cóż mu z tego? Przecież go chyba nie sprzedał pierwej... — To najprędzej jakiś urzędnik, lub profesor, a może literat?! W każdym razie poznać po nim, że inteligent — ozwał się nowy głos z ust mizernego człeczyny w okularach. — Głodny był, zemdlał w wodzie i utonął. Tu winien rząd, że głodzi pracowników. — Akurat inteligent! Niechybnie paskarz, którego krzywda ludzka tu nadybała... — Co wy państwo mówicie! Gdzie ten topielec podobny do paskarza? Toż to głodomór! Pan chyba nie widziałeś paskarza? Gdyk, słuchający dotychczas z pewnem zainteresowaniem, doznał nagle wrażenia, jakby mu niewidzialna ręka wypisała na czole: patrzcie, tak wygląda prawdziwy wampir — paskarz! Zrobiło mu się wzdłuż kręgosłupa nadzwyczaj nieprzyjemne ciepło. Odwrócił się na pięcie i odszedł śpiesznie. Sam nie wiedział, co go tak szybko ruszyło z miejsca. Topielec... ludzka krzywda... co go to wszystko mogło obchodzić? On przecież nikogo nie ukrzywdził.. Handel jest handlem i koniecznością egzystencji wszystkich społeczeństw na kuli ziemskiej. Paskarz... słowo pełne zawiści ludzi, nic z handlem wspólnego nie mających... Niesprawiedliwi, co oni wiedzą? Zazdrość, nic więcej... Kłębek podobnych myśli powikłał się w mózgu Gdyka. Z powrotem znalazł się na bulwarach, w tym samym bogatym tłumie, lecz obciążony wstrętną, nieznośną złudą: zdawało mu się, że topielec czołga się za nim krok w krok, w twarz mu zagląda potwornie siną twarzą i tem spojrzeniem rybiem... Tak to nań silnie podziałało, że się obejrzał wreszcie z jękiem, zali to prawda. Na szczęście było złudą. Uspokojony nieco począł iść dalej. Po kilku jednak krokach uczuł zasię to samo. Ocknęła mu się w oczach przerażająco rozchylona szczęka, z czarnym językiem w głąb zapadłym i pomarszczone, wapienno-brudne gałki oczu. W miejsce ciepłego odczuł teraz lodowy, dziwnie oślizgły prąd, jakby topielec dotknął go mokrą ręką. Nadobitek wmówił w siebie ohydny szept topielczych warg: — Paskarzu, potworze, hieno! Ty jesz krwią naszą, jak rzeźny wieprz, by my i dzieci nasze z głodu konali, dopóki nędza i szaleństwo nie skusi samobójstwem... Patrz jak wyglądam, a ty? a ty? Przeciw Gdykowi poczęło buntować się sumienie. Odczuł wewnątrz jakąś groźną ruchawkę, truchlejąc co to wszystko ma znaczyć. — Cóż ja zawinił, że się ten człek utopił? Jeśli nie umiał pływać, po kiego djabła lazł do wody? — rzucił argument na swą obronę. Zacisnął zęby jak mógł najszczelniej, głowę wtulił w ramiona i gnał do miasta na sposób winowajcy. Długi, jak tyka, topielec zdał się stawiać w ślad Gdyka szczudłowe nogi, trzymając go za poły rypsowego żakietu. Uciekinier dopadł wreszcie do postoju dorożek. — Jazda! — krzyknął, jakby się śpieszył do pociągu. — Gdzie pan dobrodziej każe? — Bar nowojorski, ulica... — Wiem, wiem! — przerwał dorożkarz i zaciął biczem konia. Pospiesznym ruchem zapalił Gdyk cygaro. Nie na żarty począł doić go z dymu, wszelką siłą zaprzątając mózg śródmiejskim ruchem, byle tylko zapomnieć o topielcu. W barze wypił Gdyk cztery starki, jedna po drugiej z srogiem jakiemś zacięciem, poczem zwrócił się do bufetu pstrzącego się od przekąsek, na wzór idealnego rogu obfitości, jak się w tym czasie nazywało takie zastawy. Już sięgał po apetyczny rybi kąsek z bułeczką, gdy coś wstrzymało go w zapędzie. Momentalnie szepnęło mu powonienie, że rybkę czuć topielcem... Ba, pewnie nawet z tej rzeki, gdzie ten nieszczęsny moczył się od tygodnia. Coprawda, nie bardzo wierzył tym podszeptom, w każdym jednak razie zapach bufetu zalatywał nie szynką, sardynką lub kiełbasą, lecz czemś z topielca, będącego w pełnym rozkładzie. Doświadczony Gdyk zaostrzył apetyt dalszą kolejką starki i, bez zbytecznego w takich wypadkach zastanowienia, chwycił pierwszą z brzegu garnirowaną kanapkę. Podniósł ją śpiesznie ku ustom i — ugrzązł w drodze... Usta chwyciło nagłe wahanie, w gardle zrobiło mu się ckliwo, na podobieństwo awiza przed wymiotami. — Niech cię jasna cholera! — zgrzytnął zębami, zwracając oczy na smaczny kąsek. Przekleństwo dotyczyło topielca i tej odrazy jaka zrodziła mu się w jamie ustnej. Zmienił kanapkę na ostrzejszą, w szacie papryki. Tę wepchnął w usta, przeżuł z tym samym pośpiechem i posłał w czeluść. Miał wrażenie, że łyka kłaczany podkład od fryzury swej żony. Paprykowanej lokatorce coś nie w smak poszedł żołądkowy apartament Gdyka. Nie w porę wprawdzie, jednak poczęła się sprzeciwiać takiemu pogwałceniu. Gdykowi zrobiło się niedobrze. Czuł, że zanosi się na coś takiego, co zawodowi pijacy nazywają: heraus Wilhelm... Przerażony niecierpliwem odbiciem, zapłacił rachunek błyskawicznie i wyszedł jak mógł najprędzej. Już w drzwiach złożyła mu wizytę nie nadzwyczajnie aromatyczna czkawka. Chłodny pot wystąpił mu na przybladnięte skronie, wielkości djamentów jakie nosił w pierścionkach. Gdy znalazł się na ulicy doznał uczucia, że ziemia przemieniła się nagle w rozkołysany ocean. Gdyk z trudem dopadł najbliższej bramy kamienicy. Jakby na potwierdzenie niemiłego uczucia, chwyciło go za gardło nie inna, ale morska choroba. — !!! — Bodaj cię wszyscy czarci! — krzyknął kamieniczny cerber, zbudzony z drzemki echem nieszczęścia. — A łoś się nadział, żarłoku!... W powietrzu zawisła epidemiczna chwila. Za jakiś pacierz Gdyk oprzytomniał. Zzieleniał trochę, osłabł i łzy miał w oczach. Morska zdała się skończyć na kilku skutecznych czkawkach. Zapłacił rozsierdzonemu stróżowi czystości korytarzy należny haracz i z słowem „dowidzenia“ opuścił przygodny szpital. Szedł dalej, niepewny nóg i równowagi. Pomału począł przychodzić do siebie i rozwidniać mgłą przysłonięte oczy. — A to mam dzisiaj dzień — — Słabym widocznie z przepracowania, nic innego... Tak, nic innego — utwierdził się w domyśle, z obawy, aby zapomnieć, że wymioty bywają często awangardą niebezpiecznej choroby. Dla przygłuszenia niemiłych myśli, postanowił za wszelką cenę szukać bezwłocznie jakiejkolwiek rozrywki. Okoliczności szły mu widać na rękę, bo zatrzymały go właśnie bezczelnie w oczy bijące afisze, rozlepione na drzwiach bramy kina, ochrzczonego słodkiem imieniem: „Marzenie“. Trafił w sam czas. Bez zwłoki czasu zaopatrzył się w bilet i wszedł do wnętrza przybytku nowoczesnej sztuki oświetlonego a giorno. Po jakimś kwandransie, który dla Gdyka wydawał się co najmniej rokiem, po niepokojach, objawiających się tupaniem nóg w podłogę, ożyło płótno na ekranie z uśmiechem świetlnego druku: „Maks Linder i dziura w łodzi“. Na pierwszy rzut oka kinowy komik spodobał się Gdykowi, rozśmieszył się na chwilę, dopóki łódź nie napełniła się wodą i Maks nie zaczął tonąć. Coś dzisiaj wszystko, co miało łączność z wodą, zbrzydło Gdykowi. — Jeszcze się gotów utopić idjota i masz nowego trupa!... — szepnął Gdyk w duchu, nie rad z topielczych ewolucyj zmaczanego do szczętu błazna. Maks Linder rzeczywiście utopił się na filmie. Pobliscy rybacy wydobyli go z wody jako topielca, złożyli go na piasku z piekielnie wydętym brzuchem, poczynając akcję ratunkową od wszelkich młynków w powietrzu, klap bezpieczeństwa, a skończywszy na utajonych stawidłach zatrzymujących śmiertelny napór wypitej wody. Sala ryknęła śmiechem. Ostatnia efektowna próba okazała się zbawienną: Maks Linder ożył... Kiedy niedoszły topielec pojął co zaszło, spojrzał na widzów z takim wisielczym uśmiechem, że sala zatrzęsła się od oklasków. Linder z cudownie sklęśniętym brzuchem zdał się teraz oszaleć. Zerwał się jak opętany, rozkraczył, wywrócił co najmniej tuzin koziołków, zabierając się z kolei do swych wybawców. Potynkował ich mułem, powrzucał w topiel, słowem — wściekł się w swoim komiźmie. Ręce, nogi i całe ciała ludzkie, nie wyłączając łodzi, roztańczyły się w powietrzu, niby zawartość kramu uniwersalnego tandeciarza, który cyklon nadybał. Wszyscy się śmiali do rozpuku, oprócz jednego Gdyka, który naraz spoważniał najboleśniej. Oto wśród tego kłębowiska dostrzegł nagle swego topielca... I ten ożyły widać tajemniczo, wmieszał się w kataleptycznych podskokach w ów żart szatański, roztańczył się pokracznie, wprost jak ohydna larwa, kłapiąc sinemi szczękami. Gdyk byłby zemdlał, gdyby film był się wkrótce nie skończył. Otarł chusteczką świeżo spocone czoło i westchnął ciężko, jakby od samych pięt. Po krótkiej przerwie poczęto wyświetlać główną atrakcję dzisiejszego spektalu, siedmio-aktowy dramat „Poskramiaczka aligatorów“, z Aastą Nielsen w tytułowej roli. Znowu za własne pieniądze dręczony Gdyk zobaczył znienawidzoną wodę, wstrętne, topielcze bajora i straszliwego krokodyla, sunącego na pożarcie utopionego przed chwilą białego wojownika przez dziki szczep Indjan. Gdyk pełen odrazy omal nie wyrzucił z kieszeni etui z krokodylej skóry. Wstręt go ogarniał nie do zniesienia. Patrzył się w płótno niczem skazaniec, nie pojmując co było powodem tej strasznej tragedji. Nogi i usta Asty Nielsen, a szczególnie jej oczy, przypominały mu, nie wiedzieć czemu, widzianego nad rzeką topielca. Wszędzie go widział, raz leżącego martwo, to tańczącego z Maksem Linderem, wiosłem, a wreszcie z krokodylem. Zewsząd wyczuwał go, jakby naprawdę zaniemógł na prześladowczą manję. Ledwie doczekał końca siódmego aktu. Śmiertelnie znużony, wprost z wszelkich sił opadły, jakby bez przerwy przez cały rok obsługiwał gości w tramwaju, wydostał się na świat. Miasto kręciło mu się w oczach. — Ach, Boże! Może ja mam gorączkę? — jęknął znojnie pod nosem i pełen nieokreślonej trwogi powlókł się ku domowi. Widmo topielca stąpało za nim.
II.
Przyrządzono kolację, gdy Gdyk powracał. Zżółkły był i zmieniony, jak po podróży przez Żółte morze. Zaraz z przedpokoju, z którym sąsiadowała kuchnia, doleciał go zapach przypalonego masła. Miła po inne czasy woń, dziś podrażniła mu nożdrza mdłem powietrzem prosektorjum. Wszedł do jadalni jak po krachu na giełdzie, zły, z rozkręconemi nerwami i opryskliwy. — Co tobie, Busiu? — przywitała go żona, widząc twarz jego podobną do francuskiego ciasta. Zapytany zmierzył dwukrotnie przestrzeń pokoju, zanim uznał za stosowne odpowiedzieć. — E, nic takiego! Spacerowałem za wiele, a do tego szwankuję na żołądek. — Głowa cię boli? — Trochę. — Na pewno od żołądka. Jest w szafce olejek rycynowy, zażyj na przeczyszczenie, a potem aspirynę. — Może poradzisz mi lewatywę? — oburknął z miejsca. — Rycynusem i aloesem kuruje się fiakierskie szkapy, ale nie ludzi! Szkoda, że nie posłałaś jeszcze po akuszerkę! — Czemu się zaraz gniewasz? Radzę ci, co uważam za najskuteczniejszy środek. — Jeszcze skuteczniejszy olej z siemienia... — Wezwij zatem lekarza, ty cały drżysz! — zauważyła nie bez racji. — Tobie coś jest, jeszcześ się gotów rozchorować. — A potem umrzeć, co? Gdykowa nie mogła pojąć co się mężowi stało. — Busiu, możeś ty poniósł jaką stratę i to cię irytuje? — zapytała troskliwie, nie zrażając się jego dziwną opryskliwością. Stanął przed nią załamując ręce na piersiach. — Moja kochana, przestań mię badać jak w cyrkule i zostaw mię w spokoju. Na rycynus i spisanie testamentu jeszcze mam czas! Zaraz lekarza... może jak ty z córkami! Zaswędzi was paznokieć, już po doktora... Naturalnie, wam o pieniądze nic, myślicie, że one rosną niczem grzyby po deszczu. Jabym z wkrótce poszedł, rozumiesz? Gdykowa osłupiała. — Czyś ty oszalał? Radzę ci jak mężowi, byś dbał o zdrowie, a ty zaraz jakieś wyrzuty... Busiu? — Dosyć! Zajrzyj lepiej do kuchni, bo czuć tam jak w garbarni... Tchórza pewnie smażycie! Powiedz pokojówce niech mi poda termometr, — zaraz! Była pewna, że męża spotkała jakaś przykrość lub strata. jęczał nieszczęśnie fortepian. — Przestań! — krzyknął od progu na złotowłosą miss. — Aż uszy bolą od tego piekielnego bębnienia. Uczuciowa muzyczka i reszta sióstr przewracająca nuty na mahoniowym instrumencie, poczęła stroić fochy, dopóki rozkaz ojca nie doprowadził ich do opuszczenia salonu. Za chwilkę przyniesiono Gdykowi ciepłomierz. Gdyk, kładąc się na otomanie, włożył go sobie pod pachę. — A — a! pocom ja do stu djabłów jadł tę kanapkę? — Kanapka, nie... ale poco szedłeś nad rzekę? — szepnęła skora myśl. — Wisielec czy topielec to jedno; kto raz go widzi już się z nim brata, jakby z cieniem. Nie opuści człowieka, chyba przy łożu śmierci. Wszędzie go później widzisz i zewsząd czujesz... — Kłamstwo! — wrzasnął Gdyk w duchu. — Nic mi nie zrobi, bom żaden jego kolega! Kpię sobie z tego, niechże mię bierze, no!... czemuż nie bierzesz? — ryknął wprost w ślepia topielcowi, którego obraz miał przed oczyma. — Widzisz... ani się ruszysz! I cóż, wywłoko siny, chcesz odemnie? Czym ci kazał leźć w wodę lub namawiał? Dobrze ci tak, pocóś pchał się w głębinę, gdyś umiał pływać jak siekiera? Byłbyś wymoczył suche łydki bez straty życia i ludzkiego kłopotu. A tak, nachlałeś się wodusi niczem wieloryb i namoczyłeś jak skóra do wyprawy... Topielec milczał, tylko się zezem wpił w leżącego i patrzał, okropnie patrzał. Gdyk przymknął oczy. Topielec wpił mu się pod powieki i znów z tem samem krzywem spojrzeniem stanął mu w mózgu. — Aleś, draniu, uparty... no i cóż dalej? Któż ci tak ślepia powykręcał? ryby? Bodaj cię psy pożarły — szepnął z wściekłością i zasie otwarł oczy. Czuł, że szewska pasja wchodzi mu w żyły i uderza do głowy. Na wszelki sposób usiłował pozbyć się widma topielca, lecz nie potrafił. Ołowiany lęk usiadł na sercu Gdyka, kiedy pomyślał, że stan ten może trwać tydzień, dwa, albo-li dłużej. Ufał, że znajdzie wreszcie jakieś lekarstwo, lub same sczezną te opętańcze myśli. A gdyby, gdyby wszystko zawiodło? Groza dech mu wstrzymała na samo przypuszczenie podobnej męki. — To nie do wiary! — wzdrygnął się Gdyk. — Nauka stoi dzisiaj wysoko, roi się od lekarzy, głośnych specjalistów, a ja mam pieniacz. Zamalują mi w oczach, ohydny obraz, choćby to krocie miało kosztować... Szybko obliczył przypuszczalne wydatki. — He, he! jeden procent mego tygodniowego dochodu. Można pozwolić sobie choćby na dziesięć procent. Zapomniał w tej chwili, że pieniądz to nie zdrowie. Nuż nikt mu nie pomoże w tej tajemniczej chorobie? Ani to rana, wrzody, ni ślepa kiszka, nic namacalnego, ale w mózgu i w oczach skryte „coś — jakieś“... Jak się tam dostać i jak to zatruć? Podobne myśli latały mu po głowie, jak ćmy około lampy. — Słuchajno Gdyku! — znów mu coś w uszy — A jeżeli topielcem jest ów nieszczęsny człowiek, który ongiś w tramwaju zapomniał sacharyny? Ta sacharyna stanowiła może cały jego majątek, a zguba sprowadziła ruinę... Wszystko być może... Od tego czasu popadał w nędzę, wreszcie po kilku latach utopił się w rozpaczy... Czasem niewielka strata powoduje straszne następstwa. Marna pozornie rzecz staje się nieraz czemś, co nie da się przewidzieć. Naprzykład, pomyśl o sobie: trzy kilogramy sacharyny wyniosły cię na szczyt bogactwa, uczyniły bankierem, właścicielem trojga kamienic, miljonerem. Tak samo jego mogło strącić na dno nieszczęścia, doprowadzając do samobójstwa... Teraz duch jego mści się na tobie za wyrządzoną krzywdę! — To niemożliwe! — żachnął się w sobie. — Zresztą mogę zamówić z pięćdziesiąt mszy na odczepne... Wstał z otomany i z termometrem w ręce podsunął się pod żyrandol. Nie miał pojęcia o zwykłej temperaturze krwi, jednakowoż 37-my stopień, którego rtęć dosięgła, coś go pochmurnie zafrasował. W umyśle Gdyka 37 stopni oznaczało ciepłotę coś około wrzenia wody. Tak wymiarkował i to go poważnie zastanowiło. Wszedł do jadalni gdzie cała rodzina czekała już przy stole. — No jakżeż, — spytała żona — masz gorączkę? — Hm... 37 stopni... Jak uważasz? — rzucił dyplomatycznie. — 37? — zawołała wystraszona małżonka. — Tak... nie jest to jeszcze takie groźne. Słuchajcie, przy ilu stopniach krew krzepnie w żyłach? Zapanowało milczenie i spoglądanie na siebie w niemych pytaniach. Gdyczanki poczęły sobie przypominać, wreszcie odważyła się na wyrocznię pokojówka. — Podobno przy 50 stopniach człowiek umiera... Kamień spadł wszystkim z serca, a największy Gdykowi. Do 50 stopni było jeszcze bądź co bądź dosyć daleko. — Czy wie panna na pewno? — upewniała się pani domu. — Owszem, tak wszyscy mówią. — Na wszelki wypadek zażyj, Busiu, proszek chi- niny, to nie zaszkodzi. A teraz siadaj i jedz póki indyk gorący. Gdyk ruszył ramionami. — Nie jestem głodny, a po drugie brak mi w tej chwili apetytu — począł się jakoś ociągać. — Nie róbże ceregieli tylko siadaj i nie myśl o gorączce... Tak się upiekł dzisiaj wspaniale indyk... Bierzże kuperek, bo to twój przysmak... Nie czekając, aż się mąż zdecyduje, włożyła mu na talerz okazałą porcję z kuperkiem i polała obficie masłem. Gdyk usiadł wolno, zatykając serwetę za kołnierzyk. Już miał się zabrać do jedzenia, gdy wystający ukośnie indyczy kuper zatrzymał baczne jego spojrzenie. Uzbrojone w srebrne przyrządy ręce opadły mu na stół. Przeszedł go dreszcze nagłego obrzydzenia. Oto jakaś wisielcza myśl szepnęła mu do ucha, że ten sterczący kuper akurat tak wygląda, jak nos dzisiejszego topielca... Gdyk wlepił mocniej struchlałe oczy, jakby nie wierzył jeszcze. Przekonał się jednakże, iż to nietylko podobieństwo, ale poprostu jak gdyby odlew tego sinego i nagniłego nosa... — Świństwo! — wrzasnął w zdumione towarzystwo. — Kto tak nieapetycznie podaje? Nie jem za żadne skarby świata! za nic!! — i jak ukłóty zerwał się z krzesła. — Fe! świat się kończy, czy co! Na moment zaległa przerażająca cisza, wstrzymanie szczęk w przeżuciu, poczem spozieranie na talerz Gdyka, czy przypadkowo do pieczeni nie przyłą- czyło się przyjaźnie coś z poza zwłok indyka. Na szczęście nie znaleziono nic z owada, ni z roztargnionej głowy kucharki. — Na rany boskie, co ty Busiu wyprawiasz?! Co się dziś z tobą dzieje? Co ty chcesz od indyka? — Co za ohydny kuper — djabła czy małpy? — uniósł się rozpaczliwie i stawił sztorcem niczem ów indyczy pośladek. — Bodaj to wszystko jasna... uf! — chwycił się rękoma za głowę i wybiegł do sypialni, trzasnąwszy drzwiami za sobą. Pozostałe przy stole kobiece towarzystwo straciło po tem zajściu połowę apetytu. Przedewszystkiem wprawiła wszystkich w przykre zdumienie nagła i niebywała zmiana w usposobieniu głowy domu. Nigdy go dotąd, od czasu jak podał się do dymisji z pierwszego swego fachu, nie widziano w tak wojowniczym i gwałtownym nastroju. Bywało, że wracał do domu w nieszczególnym humorze, rzadko podchmielony, dzisiejszy natomiast jawny bunt Gdyka należał do niesłychanych zdarzeń. Nie pojmowano jakie przeciwieństwa nasrożyły tego dotychczas niegroźnego człowieka i napoiły żółcią. W milczeniu dociekano przyczyn, operując leniwie fatalnego indyka. Tymczasem Gdyk kołował po sypialni, nie mogąc znaleźć miejsca dla rozdrżałego ciała. Gdzie się zatrzymał na chwileczkę, czuł, że ich dwu w sypialni — on i topielec. Najwyraźniej odczuwał tę obecność i kąsał język z obrzydliwej zawiści. Wygląd trupa zmienił się trochę w jego zgorączkowanej wyobraźni, a to z powodu tego nosa. Ów nos zdał się teraz wydłużać bezustannie, róść do rozmiarów potwornego dzioba, niemal jak u pelikana. Oczywiście twarz nieboszczyka nabierała wyrazu trudnego do porównania, ale co pewne — wkroczyła już w terytorjum wcale poważnych widm. Rzecz zrozumiała, że to przedpotopowe nosisko stawało Gdykowi na zawadzie, gdzie ruszył się, zamykało mu drogę, na podobieństwo kolejowej rampy, tamowało kroki i odtrącało wstrętnym zapachem. Jeśli z całem zaparciem się siebie i lwią odwagą Gdyk zbliżył się do tej okropnej zapory, jął doznawać wrażenia, że przeolbrzymie chrapy nosa podobne czarnym, oślizgłym lochom — wchłoną go w siebie i zaduszą. Wtedy zatoczył się w odwrocie, czując naprzemian lodowe zimno i nienazwane ohydne ciepło. Z każdą minutą głowa Gdyka ciężała i zaciżbiała się od przeraźliwych myśli. Widział się opuszczonym i nieszczęśliwym, jak człowiek, dla którego niema ratunku. Pot go oblewał, ale taki, dla którego zbadania właściwości rozum ludzki nie stworzył jeszcze odpowiedniego aparatu. Był to chaotyczny konglomerat wypocin strachu, lęku, odrazy, wszelkich uczuć zamieszkujących w przedsionkach serca, łopatek, krzyżów i stawów, baraszkujących po wszystkich żyłach i zaskórzu, gnieżdżących się w cebulkach włosów, wśród ocznych mięśni, ba, nawet w puszku porastającym ciało. Najnieznośniejszą jednak była okolica czoła i głębokiego przełyku. Tam znajdowała się jakby główna kwatera zmobilizowanych cielesnych mocy. Po jakiejś chwili zawrót głowy począł brać Gdy- ka w taniec. Wszystkie jego myśli rozskakały się pod baldachimem czaszki, niby oszalałe w wirze wrzeciona. Przezorny nieszczęśliwiec obnażył się z szat zawczasu i runął w łoże, które z szybkością nie ustępującą kinu sam przysposobił do spoczynku. Myślał z dziecinną wiarą, że sen uleczy wszystko i zeszłe cudowne zapomnienie. Jak gdyby na konto tej nadziei, Gdyk całą piersią odetchnął. Zdawało się, że minął kryzys prześladowania; tymczasem bowiem nieodłączny topielec nie wszedł z Gdykiem pod atłasową kołdrę, ale pozostał na brzegu łóżka. Było to już maleńkim zwrotem na lepsze i oznaczało w umyśle Gdyka pierwszy znużony krok napastliwego widma. — Widzisz, zgnilczuchu wstrętny, już się ociągasz — zakpił cichaczem Gdyk. — Unudzisz mię, coprawda, ale i sam się przy mnie wściekniesz! Jednak po krótkiem zastanowieniu uznał, że to myśl śmiała trochę za wczesna. — Zresztą, co ja ci winien? Wieczne odpoczywanie racz ci dać Panie, a światłość wiekuista niechaj ci świeci na wieki wieków... Amen — wyszeptał z niekłamaną pobożnością. — Zostaw mię, duchu, w pokoju i idź w swą drogę... Zamówię mszę i dam ofiarę na kościół... Niechaj wszystko będzie w porządku, poco nam się wzajemnie maltretować? Dusze w ciele i poza ciałem powinny się miłować... Gdyk od niepamiętnych czasów nie myślał tak bogobojnie. Czuł, iż mu skrucha sprawiła pewną ulgę. Zmówił nawet kilka „zdrowaś“ za duszę nieznanego topielca dziwiąc się, że nie zapomniał jeszcze paciorka. Po jakiejś godzinie, srodze zmartwiona małżonka Gdyka, ukwoczyła się również do snu. W sypialni zapanowała uroczysta cisza, jak zwykle, kiedy małżeństwo ocenia łaski wypoczynku. Czasem tylko z pod kołdry okrywającej z głową ciało utrudzonego gospodarza, doszło głuche sapanie lub głębszy oddech. Pozatem królowała noc, nie zważając na przypadkowe szmery. Gdyk jednak dotąd jeszcze nie zasnął. Sen jakoś nie przychodził, chociaż wielka bezwładność wzięła go w posiadanie. Czas ten dłużył mu się bez końca, jak przy oczekiwaniu na pociąg czmychającemu bandycie. Nareszcie około północy dotknął mu powiek zbawienny sen. Już, już się kleić poczęły, już wszystkie zmysły cichły, gdy wtem, coś pociągnęło Gdyka za wielki palec u nogi. Takiego przynajmniej doznał uczucia, a nie innego. Zimna ręka szarpnęła go za palec, jakby w djabelskim żarcie. Równocześnie z błyskawicznem otwarciem powiek skurczył Gdyk obie nogi z taką niezwykłą dokładnością, że mimo tuszy dosięgał brody kolanami. Powstrzymał dech i z otwartemi usty zawisł zda się w powietrzu w oczekiwaniu — co teraz będzie... Minęła jedna, druga minuta. Spokój... W najwyższem naprężeniu oczekiwał dalszej zaczepki. Nie powtórzyła się jednak ani w trzeciej, ni następnej minucie... Wolałby walkę na pięście z psotnikiem z piekieł rodem, niźli wyczekiwanie owo. Tyle go zdrowia ta chwila kosztowała, jak przywiązanie do beczki, prochem napełnionej, od której lont się już pali... Nie pomyślał o żadnem przewidzeniu, czuł nieomylnie, iż był to rzeczywisty dotyk, nawet szarpnięcie. Pot strugami wystąpił mu na ciało, niczem w parówce. Czekał i czekał napół w trwodze, napół w strasznem zdecydowaniu odwetu. Porwała go do szału rozpaczna ostateczność, dość już miał tego! Na zegarze wydzwonił kwadrans. Przebrzmiało metaliczne echo i znowu cisza. Gdyk, skupiony w sobie do ostatecznej możliwości, ochłonął nieco. Początkowo nosił się z zamiarem zapalenia elektrycznej lampy, brakło mu jednak odwagi na wyciągnięcie ręki. Tysiące błagań, a wreszcie przekleństw uwięzło mu wśród krtani, nie jęknął przecież ani jednego i nie drgnął nawet. Myślał, że skona w tej barbarzyńskiej pozycji, lub gotów stężeć tak na zawsze. Był ledwie żywy i cały mokry z potu. Sen, który się milił już do niego, uciekł za wszystkie morza i lądy. Czarna rozpacz razem ze strachem usiadły mu na piersiach, jak cielsko zmory. Nadomiar złego opadła go okropna myśl, że lada chwila pęknie mu serce, że taki stan zwykle nachodzi opasłych ludzi, zanim ich, jak mówi podmiejska gwara — szlag trafi. W niepojętej wprost męce przeszedł Gdykowi drugi kwadrans. Ten czas wydawał mu się tak długi, jak między jego dzieciństwem, a małżeństwem. Sam nie wiedział czy żyje jeszcze, czy śni śmiertelnie. Trzeci kwadrans zbliżał się ku końcowi, kiedy niesłychanie subtelna intuicja Gdyka wyczuła splezienie się topielca z krawędzi łoża na podłogę. Oczy nakryte kołdrą przejrzały ją nawylot, lepiej niż szybę. Larwa topielca odeszła od łóżka na dwa potężne kroki, poczem usiadła w kącie kanapy, na wzór Gdyka stawiając kolana popod brodę. Usiadła najspokojniej, zupełnie jak włóczęga gdzieś pod przydrożnem drzewem, który nietylko się nie spieszy, ale lubuje się w takim trwonieniu czasu. Topielczy nos, jakby ciężarem swoim uznojony, wsparł się teraz o nocną szafkę. — Bodajbyś zdechł! — coś się ozwało w duszy Gdyka na ten bezczelny widok. Czekał teraz, rychło go ujrzy na poduszkach. Orli wzrok Gdyka pogodził się nareszcie z zaszłem rozpanoszeniem lubiącego wygody gościa. Z kolei spojrzał mu prosto w pokoszlawione ślepia, ciekaw widocznie dalszych jego zachcianek. Spotkało się zawistnie troje napiętych oczu, gdyż jedno oko zwrócił topielec ku sufitowi. Jednak to jedno nieludzko wielkie oko wystarczyło, by ukrop w kotle zmrozić na lód w jednym momencie. Gdyk, gryząc wargi, wytrzymał pierwszy impet straszliwego spojrzenia, przy którem oczy bazyliszka mogły wydawać się przyjaźnią. Odczuwał przytem, że gdy da się pokonać owemu oku i zwróci wzrok gdzieindziej, tak siła jego zabije go na miejscu. Trójkąt tych ócz ział niemal żywym ogniem. — Boże miłosierny, ratuj mię!... — jęknęła dusza nieszczęśliwego człeka. — Wstaw się za mną święty patronie... Pomóż aniele-stróżu!... Płynęły chwile. — Nikt nie pomyślał, że bohaterskie męstwo weszło w sypialnię Gdyka, że tu przy łożu bój się zapoczął na miecze źrenic. Szło tu nie o rzecz małą, palmę zwycięskiej sławy, autorytet człowieka i topielca, ale o życie. Obydwie strony stały na niewzruszonych wprost zasadach: być, albo nie być! Skurczony we dwoje człowiek, na głaz zmieniony, rzucił harpuny oczu w czeluśne ślepię topielca, niby w potwora. Widać, musiał go przeszyć jak sztyletem, bo żywy truposz wywiesił czarny ozór, tak przeraźliwie czarny, jak dno rozpaczy. Boleśnie wykrzywiona twarz zdała się bratać z śmiercią. Nie ustępował jednak i jeszcze nie myślał o cofaniu... Wszystko co żyło w ciele Gdyka zeszło się społem w jego źrenicach na te zapasy niesłychane. Wszystko czuwało, napięte jak cięciwy, choćby na śmierć gotowe. Odważny księżyc wejrzał przez okno do sypialni, na plac szalejącego boju. Jakgdyby światło jego zaciężyło na jednej szali, bowiem za chwilę walka chwiać się poczęła. Zwyciężył Gdyk... Śmiertelne drgawki jęły się powiek topielczych, wreszcie wypchnęły je z zawiasów. Okropne oko łysnęło bielmem, raz, drugi, trzeci i obróciło się na zewnątrz odwrotną stroną... Za wszystek czas Gdyk mógł odetchnąć. Aliści był to tylko strategiczny podstęp topielca. Pewny, że uśpił czujność skulonego człowieka, ruszył się w kącie i zimną, potwornie długą nogę począł mu wkładać popod kołdrę... Ów w pełnem znaczeniu wyrazu ordynarny sposób walki przeraził Gdyka, nieprzygotowanego na taką strategję. Cofnął się nieco wstecz... Cielesne siły rozprószyły się na nowe pozycje. Prócz myśli jednej, wszystkie porwało tchórzliwe ogłupienie. Jedna jedyna dopisała i bez sekundy zwłoki szepnęła mu do ucha: — Nie wierz, tu wcale niema topielca... Wszystko to jest złudzeniem, pijaną wyobraźnią, wmówieniem w siebie widma... Było to tak trafiające do chęci i przekonania, że Gdyk począł wychylać oczy z pod kołdry, by się przekonać o prawdzie tego szeptu. Wolno, z całym zasobem ostrożności, odsłaniał rąbek okrycia. Już go odsunął z czoła, brwi, wreszcie z przymkniętych w tej chwili powiek... Należało jeszcze odkryć źrenice i spojrzeć w kąt, gdzie on miał siedzieć... ten osinialec... Włosek po włosku otwierał rzęsy... Odwaga dopisywała mu cudownie. Mimo, choć czuł wrażenie wpychanej pod kołdrę topielczej nogi, skierował nawpół otwarte oczy w przeklęty kąt... Podszept zawiódł sromotnie, — topielec nie siedział wprawdzie, lecz leżał twarzą na podłodze w samym kącie. Leżał z opartą na krawędzi łóżka zczerniałą nogą i nie na żarty wtykał ją pod białe prześcieradło. Trudno było przypuścić, by to cień padał od ramy okna... był to kształt długiej, sinej nogi. Już zimna stopa sięgała łydki Gdyka... śmiertelny pot wystąpił mu na czoło... i równocześnie z dotykiem mokrych palców, co wystarczyło, by tę okropną chwilę zmienić w szaleństwo strachu, uczuł ją gdzieś na brzuchu... — Precz!... gwałtu!... odejdź!... — wrzasnął nieludzko Gdyk i błyskawicznie siadł na pościeli. Rozległ się drugi krzyk nagle zbudzonej żony. — Co? co?! — bełknęła wylękniona. Omackiem zapaliła żarówkę. Gdyk siedział w przerażeniu, wybałuszczając obłędne oczy. — Co ci się stało, Busiu?! Buś nic nie odrzekł, gdyż nic nie słyszał. Odwrócił twarz do kąta i patrzał niemo... Nie było nigdzie śladu topielczej stopy, ni potwornego nosa.. natomiast w rogu sypialni stała spokojnie para kaloszy. Skupiał zamarłe myśli, oczom swoim nie wierząc. Upłynęła niemała chwila zanim się opamiętał. — Psiakrew, kalosze!... — stęknął pomstliwie i z pewną ulgą począł przecierać czoło. Spoczęło na nim spojrzenie żony, niepojmującej co się tu stało...
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Topielec (Staśko, 1930).
