całość
I.
Snuła się baśń zmierzchu i ciszy. Słońce skłoniło się za las, zapadło w dalekie głębie, zasłaniając na nieboskłonie ślady ginącej zorzy. Czuło się zewsząd aromatyczne wachlowanie miłego chłodu, względnie świeżości roślinnego królestwa, które perliła szczodrze ożywcza rosa. Diamentowa jej rozpyl wilżyła liście i kwiaty, rozsiewała się w powietrzu, wszędzie, nie pomijając najskrytszego zakątka przyrody skwarem dnia uznojonej i omdlałej w uściskach szalejącego z miłości słońca. Przez cały dzień tarzał się z nią ten bezpamiętny słoneczny kochanek, piekł usta żarem namiętnych pocałunków, zda się do sił ostatka, do oszołomień spazmatycznych i ostatniego tchu, dopóki wreszcie nie ubezwładniło ich ciężkie omdlenie i nie rzuciło w ciszę spalonych zmysłów. A kiedy odszedł od niej krwawy od nieprzytomnych pieszczot, gdy uszedł z bezczujnych objęć kochanki w upalnym śnie leżącej, wtedy, jakby skruszony i żałujący czynu — posłał jej swoje boginie — służki z czarami wonnych, krynicznych eliksirów, z trybularzami rosy i zmierzchu, by przed oczyma gwiazd skryły jej nagie ciało, w onem misterjum przytomniejące. I oto przychodziła do siebie kochanka słońca, ocknęła się jak z maligny, oczy nowemi siły natchnione wielbiły znowu życie i młodość, prężyły się odmłodzone ramiona i piersi, by zasie popaść w sen, lecz w sen spoczynku i marzennego oczekiwania nowej miłosnej zjawy. Im wyżej dźwigały się jej kształty, tem gęstszy owijał je woal zmierzchu i tem rzęsistsza skraplała rosa. Życie wchodziło weń i świeżość nowe rodząca siły. Cisza asystowała tej nieśmiertelnej przemianie, jakby wpatrzona i zasłuchana w one odwieczne cuda i niepojęte zdarzenia. Stary, jastwięski park, podobny grobli zarośniętej olbrzymią kępą stuletnich lip i grabów, poważny i tajemniczy, niby bezludna wyspa na bezmiar oceanu rzucona, drzemał w tej ciszy i zgrzybiałemi usty pił rzeźkie, wieczorne chłody. I jego zdały się odmładzać cudowne dłonie bogiń, jakoby wzamian za owe ciche szmery legend, ledwie odczute i dosłyszane, gdzieś w rozgałęziach półmrocznych słowo po słowie opowiadane ciszą i mchem spękanej kory. Była to niema, starcza opowieść minionych lat i dziejów, pacierz zmurszałych wieków i bezpowrotna, w próchno idąca przeszłość. Tuż obok parku rysowała się potężna sylweta dworu, napół pałacu i zamczyska, stara, w ziemię wrosła budowla, owiana tą co i park patyną, niby stęchlizną pradawnych kronik, zastygła w swojej powadze i jakby buncie za znieważenie, jakiego przyszło jej doczekać... Wśród pól i lasów niewolnik wznosił tę budowlę, w trudzie sprzęgał komnaty groźnemu rycerzowi, i oto potomek niewolnika wdarł się w cudzą siedzibę, wstąpił bez trwogi w rycerskie sale w robotniczej czapce na głowie, bezczeszcząc świętość pańskiego gniazda i urągając swojem obejściem tradycji rycerskim murom. Nie żaden pan, ni książę, nawet nie wróg, lecz człowiek co z onej ziemi ród swój wywodził, żadną mitrą ni herbem nieznaczony, starszy jednak od rzymskich imperatorów, nawet od Sfinksa i piramid, syn niewolnika chłopa, odwieczny autochton: Człowiek. Bez brzęku ostróg i karabeli, bez śladu ludzkiej krwi na obcasie — wszedł w te komnaty pałacowe z pochodnią pracy i czynu, człowiek nowy, ongiś pastuch z tej wsi, z dziada pradziada w Jastwięgach zamieszkały, nazwiskiem — Lechoń. Nie wyciął w pień nikogo i nie zagrabił pałacu, żadna rewolucja nie dała mu go w uznaniu zasług, kupił go, jak się zwyczajnie kupuje rzecz, zapłacił hojnie, gdyż mu te mury obszerne były potrzebne. Właściwie jastwięski dwór, jako obszar nie istniał już od lat kilku, została tylko nazwa pokutująca w nawyknieniu. Dawny jego właściciel i dziedzic z ojców uszczuplał własność z roku na rok, ziemia mimo żyzności nie starczyła zapotrzebowaniu, wreszcie stała się nabytkiem miejscowych chłopów. Przyszła wojna, dwór opustoszał doreszty i byłby chyba znikł bez śladu gdyby nie Lechoń, który wróciwszy właśnie do kraju, zakupił pałac z parkiem i przylegającym doń ostatnim skrawkiem ziemi. Nie tyle jednak szło mu o ziemię, ile ten dom ogromny o dwóch potężnych skrzydłach, oraz murowane czworaki zaprzątnęły mu głowę nie wielkopańską ambicją, lecz na amerykański sposób — fabryką... Fabrykę zamierzył tu urządzić i właśnie postanowienia swoje zamieniał w czyn. Nie miał narazie w myśli jakiegoś kolosa o stu podniebnych kominach, jakie widywał za oceanem, choć i tak śmiałe projekty krążyły mu po mózgu, stwarzał tylko na co obecnie stać go było: w jednem skrzydle pałacu — młyn motorowy o nowoczesnym urządzeniu, w dalszych ubikacjach — fabrykę mydła i różnego rodzaju pasty. Wprost nie do uwierzenia! On, Lechoń, którego rodzice przeznaczyli w największych swoich aspiracjach na księdza, on zbuntowany syn, o własnych siłach kończący uniwersytet, dyplomowany doktor filozofji, — duch niespokojny i wielki, człowiek w każdym calu niezwykły — marzyciel i poeta, muzyk, — żeglarz szalony po falach życia, — nieustępliwa, harda, chłopska natura, przytem jak dziecko czuły, on głodny świata i pracy, przykładający rękę do wszelkich tętn życiowego motoru, — on, rzucający katedrę szkoły, pędzący na drugą półkulę ziemi, by zmierzyć wrejące siły w piekielnych hamerniach amerykańskich potworów-fabryk, — prosty robociarz hut i pensylwańskich kopalń, czytujący po nocach Bergsonów, Sorelów i Hoene-Wrońskich, piszący naukowe artykuły i składne, czarem owiane sonety, — giełdziarz i bankrut, to zasie wybraniec szczęścia, — człowiek bez kropli spadkowej krwi kupca, czy fabrykanta — dający się wreszcie zwalczyć nostalgji i wracający do zmartwychwstałej Polski, aby się stać... mydlarzem! On, Lechoń, który wszedł w życie z batem pastucha, patentowany filozof, nieuznający sfer ludzi ani pracy, rozumiejący życie w nagiej jego rzeczywistości, self mademan, prawdziwy homo novus, budując w jatwięskim pałacu fabrykę nie zniżał się, lecz zdaniem swem, podnosił. Kielnia, czy młot, nie zaćmiły mu mózgu do Arystotelesa, Lotzego, czy Darwina, nie stępił poczucia poezji zapach gnijących tłuszczów, wszystko było w najlepszym porządku w tej duszy mocnej, dawało zadowolenie, czuł, iż żyje prawdziwie i pełną piersią. Cieszył go ruch i mocowanie się z sobą. Patrzył na świat jakgdyby z okrętowego masztu na rozburzone morze i w wirze tym znajdował szczęście. Zapoczątkowana z wiosną praca trwała bez przerwy, gdzieś z końcem lata stary szlachecki pałac miał już zadyszeć fabrycznym gwarem. Nie pracowano na godziny, lecz akordowo, świt ściągał ludzi i zmierzch rozpraszał na spoczynek. Dzisiaj po całodziennej pracy i kuciu ścian, teraz dopiero w przeobrażającym się pałacu zapanował spokój. Lechoń obmyty z potu i pokrzepiony wieczerzą wyszedł do parku. Wśród nastrojowej ciszy rozkoły- sała się za chwilę piękna arja śpiewana miłym półgłosem i rozmarzona w akompanjamencie gitara. To Lechoń, jak zwykle o tej porze, urządzał dyskretną serenadę. Sam nie pojmował komu, czy tej przekwitającej wiośnie, dającej berło latu, srebrnym, miesięcznym blaskom, co się po zarośniętych chwastem alejach plozły jak białe duchy, czy własnej duszy i tęsknocie, albo na cześć swym zamierzaniom? A może... może onej przecudnej Odalisce wykutej w białym marmurze i tam w pośrodku parku nad stawem samotnie uwięzionej? Śpiewał i grał bez wyraźnego celu, zniewolony jakiemś nagleniem wnętrza, musiał. Nie czuł żadnego ciężaru któryby piersi jego przygniatał, lecz pieśni one zlewały na duszę jego dziwnie słodyczne tchnienia, rodziły jakieś zachwyty i tajemnicze dreszcze — i tych to wrażeń Lechoń łaknął gorąco i oczekiwał na nie w znojne godziny dnia. Co jakiś czas milknęły pieśni i struny, Lechoń bowiem wsłuchiwał się sam w siebie. Codzień jednaką kroczył drogą, uwitą jakby z dwu ścieżek — pieśni i myśli. Gdy cichły tony, wtedy jako pojedyncze krople deszczu z powały drzew, spadały nań epizody wspomnień. Nie wywołał ich, nie szukał, same wciskały się do głowy, jak błędne groty, niekiedy aż natrętne i nużące. I cóż tam widział, co poraz wtóry przeżywał w myślach? Nic — nic, prócz pracy. Siebie widział w fabrykach podobnych piekłu, skąd jeszcze teraz dochodziły go echa okropnych chrapań żelaznych smoków, widział lasy kominów, czarny jak sadza, świat od węglowego miału, życie na miarę dyabłów posprzęgane, wir pochłaniający ludzi jak moloch, zupełnie inny świat cuchnącego znoju i dymu, jakgdyby życie tem tylko stało i było jego treścią. Prawda, widział jeszcze dwa cudne błyski na tym łańcuchu wspomnień... Oto gdzieś w pensylwańskim mieście spotkana postać kobiety, raz jeden tylko, jak niebem lecąca gwiazda — i jeszcze dawniej, w studenckich czasach podobna postać... Nie znał jej, widywał tylko i... jakby kochał potajemnie. Dziwne, że te postacie kobiece, jednego typu i piękna, podobne do siebie jak dwie syjamskie siostry — były jakgdyby modelkami do tej tu w parku stojącej Odaliski... Gdy jako nabywca oglądał jatwięski park i spostrzegł posąg, w jednym momencie uderzyło go to podobieństwo i te pamiętne rysy. Zadrżał, nie wiedząc czemu, choć ani w omen żaden nie wierzył, ni jakichś głębszych wspomnień nie chował. Doznał tylko, że mu ta postać wkracza znowu na drogę, że znów się zjawia błędną gwiazdą. Na zapytanie właściciela co ten posąg , jaką boginię, usłyszał lakoniczną odpowiedź: Odaliskę, dłóta mistrza Langmana i że ten posąg wyłączony od sprzedaży. Wtedy zaabsorbowany cudnym posągiem Lechoń postawił Odaliskę za stanowczy warunek kupna i ostatecznie dopiął swego. Odtąd Odaliska stała się jego własnością, jak szczęśliwego baszy i... marmurową kochanką. Odwiedzał ją co wieczór, podziwiał w miłosnym zachwycie i grał jej pieśni — W tem intermezzo urywkowych wspomnień doszedł Lechoń nad staw. Woda pokryta szmaragdową rzęsą zdała się spać w głębokiem uciszeniu. Doznał wrażenia, że tu się czynią świątynne rytuały bogiń, ludzkim oczom nieznanych. Stropem i wypełnieniem kaplicy onej był szary zmierzch, podobny welonom dymów kadzielnych, znieruchomiałych w zastygnięciu. Lechoń przystanął; patrzał w skupieniu czy z pośród trzciny nie wyjrzy jaka ukryta urocza postać, czy rzęsa wody się nie poruszy dotknięta włosami Świtezianki... Patrzył dość długo uważnym wzrokiem, jakby naprawdę czekał na cudne objawienie, na mgielną, czy rzęsą wody okrytą nagą postać — i naraz drgnął, wstrzymując oddech... Wodna trzcina zachybotała lekko. Poruszyła się raz, za chwilę drugi... Wytężone oczy Lechonia zdały się rwać z uwięzi. Jeszcze sekunda — pół, a ujrzy, ujrzy Rusałkę... Powieki oczu ani drgnęły, wszystkie zmysły zmieniły się w jedno wyczekujące spojrzenie. Wzmogła się cisza, że bicie serca było brutalnem jej zakłóceniem. Jakgdyby niewidzialny ruch dotknął znowu powietrze, gdyż fale jego musnęły napół otwarte usta Lechonia. Stał bez ruchu, niby nagłem stężeniem wryty w ziemię, z nadmiarem tchu zatrzymanego w piersiach. Coś, jakby dotyk nagle rzuconych ócz uczuł na sobie i — znowu cisza. Trzciny stały bez drgnienia i śladu poruszenia. — Przywidzenie zapewne i nic więcej — szepnął do siebie Lechoń, dziwiąc się swojej naiwności. Dla usprawiedliwienia podnieconych zmysłów rzucił kamyczkiem w tajemne miejsce. Doszedł go cichy plusk wody, cichszy niż się spodziewał, że nawet kręgi nie poruszyły rzęsnej powłoki. — Oczywiście — pomyślał — skąd tu boginiom mieszkać? Przyszłoby im pierwej zamrzeć w onej zatęchłej i bez odpływu wodzie... Ptak pewnie ruszył trzciną zbudzony mymi krokami, lub nieochybnie stała mieszkanka — żaba. Zapomniał o tej dziecinnej fantazji, zbliżając się ku Odalisce. Stała obok alei okalającej staw, cudna, naturalnej wielkości, wstydliwie naga i dłonią wstyd skrywająca. Śnieżno-biała jej postać była uchwycona w bajecznie wdzięcznej pozie, jakby oko artysty zaskoczyło ją znagła wychodzącą z kąpieli, lub na tajemnej toalecie w zamkniętym buduarze haremu, i w onym ruchu płomiennego zażenowania zaklęło w marmur. Zlekka pochylona jej postać zdradzała błyskawiczną chęć do ucieczki, lecz widząc się bezbronną, stanęła w miejscu na łup napastniczego spojrzenia, głowę jeno odwróciwszy w stronę ramienia i cudne, zalękłe oczy. Marmurowy piedestał zdał się więzić namiętnie jej śliczne stopy, lotne, niby jaskółcze skrzydło i w ruch podane. Jednem słowem była to piękna, niepospolita rzeźba, wspaniale dzieło artysty i wielkopański kaprys pierwszego jej nabywcy. Nie raziła wprawdzie w zapustoszonym jatwięskim parku swoją nagością i finezyjnem pięknem, z pewnością jednak czułaby się swobodniej w galerji rzeźb, lub gdzieś w przepysznym, przy tryskającej fontannie, sułtańskim seraju. Nic przeto dziwnego, że Lechoń od pierwszej chwili zakochał się w Odalisce, nie jako w swojej brance i niewolnicy, ale jak paź w najcudniejszej królewnie i że co wieczór przychodził doń z serenadą. Ile razy stanął tęskliwy przed tym rozkosznym posągiem córki Wschodu, tylekroć razy zalewało go rumieńcem jej własne zawstydzenie. Zdawało mu się, że z jego przyjściem wstępuje życie w ten martwy marmur i postać oną pali jego spojrzenie. Prawa ręka nakrywająca z lękliwym wstydem gronną i obnażoną pierś zdała się drzeć febrycznie i błagać — by ustąpił... Niekiedy żal mu jej się robiło, brała go litość na myśl, że jej wyrządza dotkliwą krzywdę, to znowu w miłosnem zaślepieniu zapominał o wszystkiem, wchodził na cokół, by na jej gibkiem ciele wycisnąć pocałunek. Nie odczuwał nawet lodowatego chłodu marmuru, przeciwnie, piekła go sobą. Lechoń lękał się kobiet, uważając je za pęta orlich skrzydeł mężczyzny, ale tę jedną w marmur za- kutą wielbił. Nie była niebezpieczną jako zaklęta w martwe kształty. I kochał ją tem bardziej, iż była siostrą tamtych dwóch kobiet, które, jak żadne inne, zostawiły na duszy jego ślady wspomnienia, coś miłe i niezapomniane, jak bajka z dziecięcych lat. — Witaj rozkoszna — szepnął, stojąc u podnóża posągu. — Ty jedna stajesz się w życiu mojem radosną gwiazdą, do ciebie jednej tęsknię... Dzisiaj kochanka jego marmurowa wydała się być bez lęku i zawstydzenia, dziś po raz pierwszy. Owszem, grymas jakiś prześliczny dojrzał w jej pozie i jakby czający się na ustach zalotny uśmiech. Nie wiedział czemu to przypisać, czy oświetleniu księżyca, kątowi swego spojrzenia, czy jej istotnej zmianie. Czytał raz w jakiejś książce, iż rzeźby zmieniają podobno nieraz swój wyraz... Nie wierzył temu, lecz teraz właśnie przyszło mu to na myśl. Trudno mu było wytłumaczyć ono zjawisko i to zachwiało jego wiarę. Może to prawda... Istotnie twarz Odaliski schylona nieco ponad ramię trwała w czarownym półuśmieszku, który dopiero jakby się z pączka wyłaniał. Przecierał oczy czy się nie łudzi, zbliżył się o krok do jej profilu — uśmiechała się najwyraźniej... — Odpłacasz mi wzajemnością za moją miłość? — zapytał cicho. — Błogosławiona bądź za ono szczęście... Pół żartem, pół serjo przemawiał do niej. — Jakażeś teraz piękna, jaka rozkoszna... Daj usta, czarodziejko, i ożyj, ty jedna ożyj! Patrz, tam cię przeniosę — wskazał ręką na fantastyczny w księżycowej poświacie pałac — tam ci cudne urządzę gniazdo, gorącą otoczę cię miłością i stworzę szczęście... Spojrzyj — samotnym i spracowany, a jednak pieśń ci przyniosłem, bo cię miłuję... Srebrne blaski miesiąca pyszniły się na jej śnieżystem ciele i całowały alabastrową nagość posągu. Z pięknego czoła Odaliski i zielonego wianka, jaki nieznana ręka włożyła jej na głowę, spadał na policzki dyskretny cień, zdając się twarz ożywiać i nadawać spojrzeniu wyraz miłosnego flirtu. Miła ta zagadka podniecała Lechonia coraz bardziej. Od pewnego już czasu zastanawiał go ów wianek na jej głowie, spleciony z żywych kwiatów i co czas jakiś zmieniany. Powtarzało się to mniej więcej co kilka dni. Z wiosną widywał go z stokrótek, jaskrów i konwalij, później z goździków, jaśminu, stosownie jak kwitły kwiaty. Od paru dni do dzisiaj główkę posągu otaczał skromny wianek z rezedy. Szczególnie dzisiaj podnieciły się myśli Lechonia, nie dając mu spokoju. Kto te wianki wyplata i zdobi nimi postać jego oblubienicy? Kiedy, o jakiej porze i czyja ręka? Kogo poza nim interesuje ta naga postać? Czy jaki Sylwan poniechawszy Drjadę rozmiłował się w tej cudnej samotnej Odalisce, kwiaty jej znosząc w ofierze serca? A może sama schodzi nocą na łąkę, błądzi po rośnej trawie i zbiera kwiaty? Zupełnie poważnie ten tajemniczy fakt zastanowił Lechonia. Uplanował dawać baczniejszą uwagę w ciągu następnych dni, a gdyby i to zawiodło, urządzić formalną zasadzkę. Postanowił za wszelką cenę dojść da odkrycia, które bądź co bądź wzbudzało w jego wyobraźni nadzwyczajną ciekawość. Odaliska patrzyła nań nadal zacienionemi oczyma. Przywidziało mu się kilkakrotnie, że poruszyła powiekami, to zasie je przymknęła. Uśmiech na wargach wraz z miesięcznymi blaski igrał ten sam, pełen słodyczy, tylko jakgdyby jeszcze śmielszy i zalotniejszy. Trudno było Lechoniowi zwalczyć nagłą pokusę, był dziś zupełnie pod jej przemożnym wpływem. Podziałała na jego zmysły widoczną wzajemnością i tym obiecującym uśmiechem. Złożył gitarę na ziemi, poczem niby Adonis wspiął się na gzyms cokoła. — Moja, moja rozkoszna! — otoczył ramieniem rusałczą kibić i przylgnął do niej w uścisku. Doznał złudzenia, że nadzwyczajna jej ciała pulsuje namiętną krwią i że się ciało chyli w objęcia pożądliwie. Z kolei całował nagie jej piersi, ręce, ramiona, wreszcie szyję i usta. Widać, upoiła go ta marmurowa pieszczota, bo jak pijany zstąpił na ziemię z postumentu. Schodząc, zdjął jej z głowy rezedowy wianuszek, zupełnie bowiem był już zwiędnięty. — Tobie najrzadsze i najcudniejsze kwiaty — mówił szeptem do Odaliski — tobie korona szczerozłota... Obejrzał wieniec dokładnie, jakby szukając śladów rąk które go wyplatały. Skonstatował tylko po robocie, że nieochybnie delikatne paluszki składały kwiaty w girlandę, że inna ręka nie byłaby w stanie tak ich misternie powiązać. Chaos podejrzeń opadł mu myśli, niestety poto tylko, by go podniecić jeszcze bardziej. Wreszcie rzucił wieniec na cokół, biorąc z ziemi gitarę. Jak dźwięczne perły rozsiał kilka akordów, poczem półgłosem zanucił arję z Carmen. Była to jego najulubieńsza melodja. I na niej skończył. Stracił do śpiewu nastrój, wyprowadzony z równowagi tym zagadkowym wieńcem. Czuł, iż coś się musi w tem ukrywać, że to nie tylko kaprys czyjejś poetyckiej fantazji. A zresztą kto to odgadnie? Może wiejska dziewczyna wzięła ten posąg za jaką świętą męczennicę i na swój sposób cześć jej oddaję? Zaśmiał się mimowoli z tego przypuszczenia i zbliżył do czółna drzemiącego u brzegu. Do łóżka nie miał jeszcze ochoty, wreszcie noc była tak upojna. Paru uderzeniami wioseł odbił od brzegu, kierując się prosto w trzcinowe zarośla stawu. Rzęsa rozkrojona łodzią utworzyła ruchomy gościniec, zwierający się powoli niby zielone firanki. Tu postanowił urządzić sobie przez jaką godzinkę dolce far niente. Położył się na dnie czółna, opierając głowę o burtę, tak, by poza gwiaździstem niebem miał jeszcze widok przed siebie. Fantastycznie rysowały się stąd przez odrzwia parku zabudowania dworskie, półmroczne i bezludne, że brakowało tylko kilku potworów i syren, a przysiągłby, że to böcklinowski obraz. — By jak najwcześniej ten gmach przemówił przez pracę i maszyny — pomyślał po chwilce Lechoń. — Wszystko co stoi pustką trzeba powołać do życia i zaludnić... U nas pustynia jeszcze! Przyszła mu na myśl Ameryka i jej szaleństwo pracy. Przez chwilę oddawał się podobnym myślom, dumał poważnie, dopóki splot wspomnień nie przeniósł go na inne karty ciekawej księgi jego żywota. Jakgdyby film je przez ekran mózgu przesuwał, przychodziły wspomnienia różne, bliższe i dalsze, przeważnie twarde i znojne, jak z boju wycięte, że brakło wreszcie czasu na jakiś lot tęczowy, na sny o innem szczęściu, troskę o inne zadowolenie, a jeśli bywały chwile goryczy tęsknot i buntu zniewolonego serca — wtedy lękał się więzów... I wtedy okłamywał serce muzyką, śpiewem, pisaniem wierszy, dopóki nie ominęła go ta fala. Znowu czas jakiś miewał spokój. A jednak te dwie spotkane w życiu kobiety szły za nim cieniem, zjawiały się w wspomnieniach jak prześladowcze duchy, by wreszcie wmarmurzyć się w tę oto Odaliskę... Lechoń obrócił oczy na posąg i uczuł jakby rozkoszne tchnienie. Jakżeż była urocza w białej swojej nagości na tle półmroku wnętrza parku. Jakżeż jej było nie uwielbiać za ten dzisiejszy uśmiech? Odczuwał ogromne podobieństwo Odaliski do tamtych dwu kobiet, a względnie narzuciła mu się ta myśl od pierwszej chwili wejrzenia. Ta była klasycznie, skończenie piękna w swojej nagości, i tamte niezawodnie stały na tym samym poziomie... Nie wątpił w to ani na chwilę... — Dlaczego ten typ kobiecy poczyna mię prześladować — pytał sam siebie — dlaczego akurat ten?... Począł oddawać się marzeniom na ten temat, nie spuszczając oczu z posągu. Wydobył na wierzch pamięci i tamte dwie kobiety i w trójcę oną patrzył jak w siostry. Za chwilę zatopił się w dziwnie tęskliwych i czułych myślach, oczy zasunął powiekami, a cisza nocna zdała się go kołysać — — Miesiąc siał blaski na jego postać leżącą, osrebrzał twarz o typie rodowitego anglika, czerstwą i pełną mocy, poważną, w wieku pełnego rozkwitnięcia — to usta zaciśnięte, dziś po raz pierwszy chłonące pocałunek kobiecych warg, warg marmurowych — i ręce jego spracowane, wcale podobne rękom doktora filozofji, raczej mydlarza... Dziwił się miesiąc tej postaci zdybanej na wiejskim stawie, to odzieży, jaką do fabryk yankesi przywdziewają — i tej gitarze... A Lechoń marzył — — Pierwszy raz może w życiu nie bronił się tej fali, owszem, kładł się ochotnie na jej biegnących kręgach i dał się nieść — nieść jak najdalej — Kiedy po jakiejś chwili ocknął się z rozmarzenia i otwarł oczy — dreszcz przebiegł go po ciele i zdławił oddech... Widok jaki mu się przedstawił, wprawił go w nagłe osłupienie... Na postumencie stały dwie Odaliski... W pierwszym momencie myślał, że resztki snu stanęły mu przed oczyma, lub że się postać ona dwoi... Usiadł co prędzej i jak strzałami wżarł się w ten obraz spojrzeniem. Dwie ich stało najwyraźniej i jakby obie ruchome... Ubiegła go wszelka decyzja, jeno patrzył — — i patrzył... Wreszcie po kilkunastu sekundach oprzytomniał. Chwycił nagle za wiosła, potrącając w pośpiechu o gitarę. Jęknęły struny jakby w zgrzytliwym gniewie... Uszu Lechonia doleciał okrzyk lęku — i naraz... jedna kobieca postać zsunęła się na ziemię, i nim miał czas się zorjentować — pierzchła w głąb parku. Odaliska została sama... Kilku mocnymi ruchy dobił Lechoń do brzegu i począł biegnąć w stronę znikniętej zjawy. Za chwilkę stanął i nasłuchiwał czy nie usłyszy szmeru ucieczki. Doszedł go jakby oddalający się tentent konia... Gdy wybiegł na gościniec, była już cisza i ani śladu zjawiska. Myślał, że uległ słuchowemu złudzeniu. Zagadkowa kobieta jakby w ziemię zapadła — Błądził po parku jeszcze czas jakiś i przeszukiwał zarośla, wkońcu pełen zawodu i rozdrażnienia wrócił przed posąg. Na głowie Odaliski dostrzegł wspaniały wieniec, uwity z świeżych bordowych róż...
II.
Przez całą noc Lechoń oka nie zmrużył. Mimo zmęczenia całodzienną pracą ubiegł go sen, a opanowała dziwna gorączka. Gwałtem i sposobami wszelkimi silił się aby zasnąć, lub choćby zdrzemnąć się przez godzinę, jednakowoż bez skutku. Był znużony a nawet senny, lecz coś czuwało w osłonach powiek, co sen płoszyło. Stan ten począł go wreszcie nękać i doprowadzać do rozpaczy, a co najgorsze, ironizować z niego. Ironizować przez te myśli jakich dziś stał się niewolnikiem, wprost opętany niemi jak szaleniec. — Co mi do tego kto te wieńce przynosi! Niechże je w końcu splata i wiesza co godzinę, jeśli jej to sprawia przyjemność... Od tego przecież są kwiaty — tłumaczył się natrętnym myślom, chcąc przełamać ich upór. Myśli jednakże zdały się słuchać cierpliwie tej perswacji, poniekąd prośby, bez zamiaru wszakże rychłego ustąpienia. — Kto ona? Niechże będzie kim chce, co mię to wreszcie obchodzi, ale jaki cel żywi w tem tajemniczem czczeniu posągu? Gdyby to była jeszcze jaka święta — lub ostatecznie — gdyby bożek, powiedzmy, mogłaby się w nim rozmiłować, jak ja naprzykład w tym posągu... Ale żeby kobieta adorowała posąg kobiety do tego stopnia, strojąc go w kwiaty stale, jak zakonnice uprzywilejowany obraz, to niesłychane! I to nie raz na jakiś czas — z kaprysu, nie w dzień, lecz prawie nocą, potajemnie... W każdym razie, odważna kobieta — konstatował. — Nie każda zdobyłaby się na wycieczkę w ten zaniedbany park o takiej porze... Czyżby mieszkała obok? — nasunęła mu myśl. Począł się zastanawiać nad tem i przypominać sobie najbliższych sąsiadów dworu. Wprawdzie rodzinne Jatwięgi po kilkunastu latach nieobecności były mu teraz nie bardzo jeszcze znane, mimo to jednak orjentował się na tyle, by móc przynajmniej wziąć kogoś w podejrzenie. Myśli okazały się bezsilne, nie wpadł na żaden trop. Widziana wieczór kobieca postać była odziana z miejska, młoda, podobna łani, a takiej dotąd we wsi nie spotkał. Pewny był również, że w swej piękności nie ustępowała Odalisce, gdy wspięta na cokole koronowała ją w kwiaty. Przez krótką chwilkę patrzył w ten obraz, lecz utkwił mu w pamięci jak nieodczepna strzała. Wciąż miał ją w oczach: wiotko okrytą, gibką, cudnie przegiętą. — Schwycę, muszę ją schwycić — przysięgał rozdrażniony — za wszelką cenę powinienem! Choćby dla prostej ciekawości. A nuż spłoszona obecnie nie przyjdzie więcej? — podszepnęła druga myśl. Całą winę przypisał teraz gitarze i hałaśliwym strunom, inaczej byłby paru rzutami wioseł dobił do brzegu i ujął tajemną wielbicielkę. Męczył się w , ze wszech stron ujadany natrętnemi myślami. W żaden sposób nie mógł się otrząść z tego chaosu, poprostu ugrzązł w nim jak w . Była chwila kiedy zdawał się zasypiać w bezładzie zmęczonych myśli, lecz znów ocknął go szept, że nieznana wróciła do posągu. Tak mu się pewnem to wydawało, że zebrał się co prędzej i jak węszący lis skradał się cicho do posągu. Niestety, prócz Odaliski, nie było wokół nikogo. Samotnie stała w różanym diademie, cudna w srebrnej poświacie, rozkosznie uśmiechnięta. Ten uśmiech boski przebłagał jego zawód, że wrócił bez cienia złości. Znów się położył i zasie omotały go myśli. Teraz przeważyła w nich Odaliska. Zdawało mu się, że przyszła za nim z parku, jak duch marzenia usiadła na krawędzi łóżka, upalna krwią i głodem pieszczot i że szepnęła mu słodycznie: — Samotniku! napróżno walczysz z swoją wolą... Wcześniej, czy później padniesz w tej walce zwyciężony... Zwycięży cię kobieta-los, zwycięży żywa Miłość... Nic pogwałcone nie może być w naturze, chyba dla jej potrzeby... Poco budujesz i stwarzasz, komu zostawisz dzieła? Łącznikiem jesteś tylko w życiu i pracy, pracuj i łącz ogniwa bytu... Oto — przyszłam do ciebie z zwiastowaniem — — Tak bliskie wydały się być te szepty i tak wnikliwe. Pierwszy raz Lechoń pomyślał na serjo o ko- biecie. Pierwszy raz dojrzał ogromną lukę w łańcuchu swego życia, niesamowitą pustkę. — Nie, nie! Za żadne skarby! I złote pęta wrzynają się do krwi, do kości, śmiertelnie! — oganiał się podszeptom. Były to tylko nieme, bezeszne słowa. W duszy jednak coś tlało, coś się jarzyło. Strwożył się, że go i tu dosięgnął chaos. A Odaliska wnikała coraz głębiej w jego oporne zmysły, pieściła szeptem i oddechem, kusiła zorzą wiosennego uśmiechu. Czuł już dotyk gorący, jędrność wonnego ciała i niezwalczone powaby. Szczęście z niej wiało bezgraniczne, na śmierć odurzające, jak słodkie fatum co upić musi. Wbrew woli i obronie, z dziką radością. Uczuł, że jad rozkoszy jakiejś, mocniejszy od opjum i najsilniejszych narkotyków — zatruł mu krew. Coś się w nim stało, że z własnej woli przestał obrony. Nie mógł już — nie chciał — tak było mu najlepiej. Jednak gdzieś jeszcze czaiła się świadomość słabego buntu. Odaliska wessała się weń jak pijawka. W swoich ustach, oczach i piersiach — czuł usta i piersi Odaliski — — całą postacią wniknęła weń, jak duch. Prężył się na pościeli cierpiący i pijany, jakby go czad pokonywał. Zapadał się w bezdenną głąb śmiertelnych ubezwładnień, iż zdało mu się, że przyjdzie skonać. Począł się bronić w nagle powstałej trwodze. Ostatnim wątkiem przytomności stanął wbrew onej mocy — — zerwał się z łóżka. Dotarł do okna i otworzył je narozcież. Dniało — — Chłodne powietrze oprzytomniło go cokolwiek i dało pojąć — gdzie się znajduje. Szalony ból wżarł mu się w głowę. Po krótkim czasie obmyty zimną wodą i ubrany do dziennej pracy, wyszedł przed dom. Wieś dosypiała ostatni sen, w naturze natomiast wszczynało się już życie. Z wyłaniających się z pościeli drzew doleciał go senny jeszcze ptaszęcy głos, poczem cicheńki szmer skrzydełek otrząsających rosę. Lechoń wszedł w park. Szedł bez celu, aby jeno być w ruchu. Doznawał, iż coś go jeszcze ścigaj ale już słabiej. — Szał mi się chyba chwyta! — syknął przez zęby. — Co mię to wszystko obchodzi, poco ta męka? Jam się do tego stopnia dał opanować — — ja? Doprawdy, wstyd! Jakbym był żakiem! Uf! — chwycił się ręką za głowę. Łamała nią zajadła boleść. — Pal dyabli taką noc! Niesłychana inwazja jakiegoś głupiego sentymentu... Ty-żeś to, ty Lechoniu? Zjadliwy uśmiech skrzywił mu twarz. Ani nie wiedział kiedy znalazł się pod posągiem Odaliski. Jakby go magnetyzm jej tu przyciągnął. Przymarszczył brwi, lecz nienawistne spojrzenie stopniało nagle. Jakby ożywczy prąd przebiegł zmęczone jego ciało — tak była piękna w różanej rozpyli świtu. Na wieńcu z róż świeciły jak brylanty perełki rosy. Była świeża, zarumieniona nieco, niewiedzieć — z zorzy, czy wstydliwości. Lechoń zatęsknił za jej uśmiechem, tym z nocy. Jakżeż była wtedy czarowna i kusząca! Naprzekór własnej woli opuścił oczy i z pochyloną głową ruszył w głąb Począł szukać śladów wczorajszego zjawiska, gdyż jakiś podszept wewnętrzny pchał go ku temu. Trudno było o jakikolwiek trop, parkan parku był w ostatecznej ruinie, czyli jedną okolną bramą stojącą ościeżem. Niegracowane aleje milczały również o kierunku tajemnych nóżek, jakby zagadka była w sekretnej zmowie z milczącym parkiem. Bezradny Lechoń wyszedł z gęstwiny drzew na gościniec. Poza drogą ciągły się pola, opodal widniało kilka rozrzuconych chałup, horyzont zaś zamykał półkolisty pas lasu, ongiś dworskiego, dziś należącego do gminy Jatwięg. W tym krajobrazie gubiła się doreszty interesująca zagadka, to jakby w morze zapadła nieznana postać podobna Odalisce. Mimo wysiłku aby zapomnieć o tem, myśl o niej wracała ustawicznie, stając się niemal męką. Opanowała mózg w zupełności, porwała w wir bez jednej chwili wytchnienia, zapalając go prawie do gorączki. Opętanie to musiało być szalone, jeśli było w mocy wyważyć Lechonia z równowagi i doprowadzić jego stanowczą wolę do rozstrojenia. Poprostu ten anormalny stan przeraził go i ubezwładnił. W ciągu dnia myśl o nieznajomej i Odalisce przybrała inne kształty, bardziej objektywne i ześrodkowujące się w jedno pojęcie: kobieta. Już nie marmurowy posąg, nie tajemnicza adoratorka wypełniały arenę duszy, ale poczęła wpełzywać nań wielka, problematyczną myśl — o kobiecie. Przeistoczenie zdziwiło go niezmiernie i opętało z równie nieustępliwą siłą. Pierwszy raz w życiu podobna myśl wciągnęła go w swą głębię, opanowując swoją istotą niby symbolem jakiejś ogromnej, żyjącej tajemnicy. Kobieta... Jedno, a tak olbrzymie w treści słowo! Lechoń stanął oko w oko nie wyrazowi, ale istocie jego i substancji, odgrywającej jedną z pierwszych ról w życiu w magnetycznej aureoli niepojętego fatum. Z przyjemnością, jak nigdy dotąd, odnalazł w sobie tajemne nici łączące go z kobietą, coś, jakby wspólne podtrzymywanie bytów, konieczne w swem istnieniu i uzupełniające się wzajemnie dla harmonji istniejącego porządku. Po długich godzinach najazdu niezwalczonych myśli, film, przesuwający się przez pryzmat mózgu Lechonia, znowu się zmienił w konkretniejszy. Z mgławicy tej poczęła się wyłaniać, jak cudna wyspa z oceanicznych wód, kobieta w czasach akademickich widywana, potem ta druga, Odaliska, wreszcie wczorajsze nocne zjawisko. Stanęła mu teraz w oczach plastycznym obrazem, stojąca na postumencie posągu, tak piękna w kształtach, jako i ta z marmuru. Począł się pieścić jej elastyczną postacią, ślicznie zarysowaną, przegiętą w pasie, wiosennie młodą. Jakgdyby wąż oplotła Lechonia dziewczęca postać nieznanej, opasała go sobą jak najżarliwsza kochanka, napawając niekosztowaną nigdy słodyczą. Chwilami wchłaniał w siebie te wrażenia niemal z rozkoszną chciwością, sycił się niemi jak mocnym trunkiem z coraz większą pożądliwością, z prawdziwym głodem, dopóki znowu ocknięta trzeźwość nie nakazała przeciwko temu anormalnemu stanowi nagłego buntu. Wówczas zaciskał zęby, zwalczał się w sobie surowym nakazem, dławił pokusy i napastliwe szepty, i na czas krótki odnosił pozorne zwycięstwo. Było to jednak tylko złudzeniem. Myśli one wracały jak w błędnem kole, niekiedy rozwścieczone, nie do zwalczenia. Nie pomagała wytężona praca, lektura okazała się również mało odporną, a wreszcie nie potrafił czytać z uwagą. Cały dzień przeszedł mu ciężko, jakby w duszącej chorobie. Mimo to do późnej nocy czatował w parku w pobliżu Odaliski, łowił uszyma najmniejszy szmer, męczył się w oczekiwaniu i halucynacjach, niestety bezowocnie: cud z wieńcem się nie zjawił. I zasie przeżył bezsenną noc, długą jak wieczność, pełną omamień i przywidzeń, że wstał o świcie z gorączką. Lękał się, czy to przypadkowo nie początek utraty zmysłów. Skąd naraz takie opętanie kobietą i niczem innem, tylko — kobietą? Dlatego, że jej unikał w życiu, że swoich celów nie wiązał z jej istnieniem? Czemu cokolwiek co innego nie siadło mu na mózgu, duszy i sercu, nie jakiś wzniosły cel, pragnienie, czy dążność urojona, jeno — kobieta? Czemu akurat teraz, nie wcześniej, kiedy coś w sercu się budziło, gwałtem tłumione? Zadawał sobie pytania, lecz nie znajdywał na nie odpowiedzi. To go tem bardziej przerażało. Zmęczony, pełen zawiści jakiejś, wyjął z szufladki nabity browning i poszedł w stronę parku. Czuł, że całe ciało mu się pali, a krew ukropem przebiega żyły. Nad głową rozszeptała mu się głupia, dziecinna myśl, by — strzelić do posągu... Kusiła przytem, że w Odalisce zaklęta jest ta prześladowcza larwa i że w niej źródło opętania... Lechoń zakradł się cicho ku posągowi i z powstrzymanym oddechem przyczaił się w zaroślach. Odaliska stała samotna, spokojna, nieprzeczuwająca zawisłej w powietrzu śmierci, cudna jak nigdy jeszcze, różem wschodzącego słońca oblana, kochliwie uśmiechnięta, zażywająca właśnie porannej rośnej kąpieli. Lechoń zmartwiał z zachwytu i niepokoju. Lęk ciężki i duszący wpłynął mu w gardło, jak człowiekowi który zamierza dokonać zbrodni. Przerzucał spiesznie chaotyczne myśli i patrzył, patrzył w śliczną jej postać. Zdawało mu się, że Oda- liska zwróciła oczy na niego, ufne, bez cienia trwogi, nawet miłosne. — Twojam kochanka i twoje przeznaczenie — jakby szepnęły słodkie jej usta. — Istnienia nasze, to — wspólna droga... Przyjdź bliżej, obejm ramieniem, ucałuj.... Lechoń z browningiem w ręku patrzył bezradny. Miłość i mściwa zbrodnia spotkały mu się w mózgu, jak dwa ogłuszające motory. — Czemu mię dręczysz i prześladujesz? — syknął przez zęby. — Czarownico! skradłaś mi sen i spokój, i myśli... spiżowe myśli... Podniósł rękę, kierując broń pomiędzy pierśne grona Odaliski. Mierzył i czekał, nie wiedząc na co. Chciał może, by ubiegła i uszła śmierci, lecz biała postać nawet pierwotny ruch ucieczki zdała się zgubić. Stała wyczekująca, z wiarą w swą nieśmiertelność, pewna zwycięstwa. Na kwiatach różanego wieńca skrzyła się diamentowa rosa, a złoty promień wschodu rumienił usta jej drobne i pierś śmiertelnie zagrożoną. Zgorączkowana myśl Lechonia dojrzała w chwili onej wspaniały efekt zabójstwa. Już miał nacisnąć cyngiel palcem, lecz coś wstrzymało go stanowczo — — chciał się upoić jeszcze rozkoszą Odaliski, zanim... nie runie martwa od jego ręki. A ona znalazła go w zaroślach swemi oczyma czaru, darząc dobrem, oddanem spojrzeniem, jak najwierniejsza niewolnica. Był moment, że przejęło go wzruszenie, że pragnął upaść jej do stóp w pokutnym żalu i miłości, jednak się przemógł. Stanęły mu w oczach dwie nieprzespane noce, przeklęte koło myśli, szaleńcze jakieś opętanie i żywa chęć spokoju. Ten pożądany spokój widział teraz tylko w jej trupie. Wyprężył rękę i chwycił okiem cel... Ten punkt, gdzie bije serce, gdzie węzeł życia... Przez pół sekundy trwała śmiertelna cisza, pełna grozy, napięcia i potwornego oczekiwania. Rozległ się strzał, jak niespodziany piorun. Donośne echo huknęło urywanemi falami, wpadło brutalnie w rozmodlony porannym śpiewem park, wreszcie stłumiło się wśród drzew. Ptactwo zmilkło z nagłego lęku, zbudzone życie zdało się zamrzeć z trwogi... Po paru sekundach wróciła cisza — Lechoń stał niemy, nie odrywając przerażonych oczu z krwawego torsu Odaliski. Najwidoczniej w miejscu rozdziału piersi — dostrzegał krew. Nie pojmował, jak marmur mógł krwią zabroczyć... Włos mu się zjeżył na głowie, wprost — struchlał i osłupiał... Raniona Odaliska ani zachwiała się, ni drgnęła. Jak szałem tknięty, wypadł Lechoń z Wdarł się na cokół, chwytając się rękoma jej bioder. Ochłonął... Miast krwi, słoneczne blaski widniały na marmurowej piersi. Jakby nieznośny ciężar zsunął się z piersi Lechonia, odetchnął z ulgą. Lecz naraz dostrzegł ranę... Kula uderzyła w piersiowy mostek, czyniąc na ciele szramę wielkości migdałowego jądra. Z drżeniem dotknął się palcem otwartej rany i ból go chwycił. Wzniósł ku jej twarzy błagalne i oniemiałe oczy. Widać, targnął nim spazm, bo płacz bezłzawy skrzywił mu usta boleśnie. Po chwilce wzniósł się wyżej, do wysokości jej ramion. Ujął je w ręce troskliwie, prawie twarz w twarz przytulając się do niej. Teraz na oczach jej dojrzał nie wiedzieć — łzy, czy krople rosy. Porwał go żal okrutny, niepojęty. Wzruszyło go sumienie, nie nad marmurem sierocym w samotnym parku, lecz nad niewinną, w kamień zaczarowaną kobietą... Czuł jakiś węzeł tajemny pomiędzy żywą istotą a tym posągiem, jakowąś łączność nierozerwalną i życie przepołowione na dwoje... Nie odczuwana dotąd tkliwość zapulsowała sercem Lechonia, coś mu się ogniem we wnętrzu zapaliło, jakaś moc wielka wyłoniła się z zgmatwanych obsłon, natchnęła myśli, bo ujął kobiecy posąg za szyję z wielką dobrocią i przyjaźnią, z żalem za czyn szaleńczy i usta na ustach jej położył, spijając z powiek srebrne łzy-rosę...
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Odaliska (Staśko, 1922).
