całość
I.
Redaktor Goleń wracał z teatru. Zwykłą koleją rzeczy pospieszał skrzętnie do redakcji, by jeszcze przed północą oddać mentrampażowi recenzję z odegranej premjery do porannego numeru. Szedł, układając w myśli wyroczne zdania o sztuce, zaletach jej i wadach, o grze aktorskiej, a wreszcie dekoracjach. Szło mu to szybko i bez trudu, szkic na fejleton o 128 wierszach miał już prawie gotowy, pracując bowiem przez lat dwadzieścia cztery w tym głównie dziale zdobył niezwykłą łatwość pióra i odpowiednią rutynę, rutynę za trzy kwartały — jubileuszową. A szło mu to tem łatwiej, że zdań nie musiał tworzyć świeżo, miał ich wystarczający zapas w swoim spichlerzu, zdań, co już niejedną przeszły próbę, nie jedno wyśpiewały zwycięstwo, pochwalny hymn, albo sromotną klęskę; miał zapas słów i określeń, erudycyjnych porównań, zwrotów, nawet idei. Wystarczyło tylko otworzyć drzwi na oścież i zajrzeć w głąb jak do teatralnej rekwizytorni, by w jednej chwili wiedzieć, co czemu mniejwięcej odpowiada. Zresztą w dzisiejszym potopie scenicznych sztuk co kto nowego mógł napisać? Wszystko to już po stokroć razy napisano, skrytykowano, przenicowano, ubrano w finezyjny plagjat, przechrzczono, odgrzano w tyglu i po raz setny pokazano w odprasowanej szacie... Tak zawsze myślał redaktor Goleń nie bez ufności w swoje krytyczne stanowisko, zapominając, że i on również się powtarza, z tym większym chyba nonsensem, że bez twórczego wysiłku. A jednak trzeba było widocznie coś pisać, płużyć w onym kieracie, jak gdyby życie opierało się na tym właśnie nonsensie i wymagało tego koniecznie. Aliści nad tem redaktor Goleń nie zastanawiał się poważniej. Uważał, że praca jego to redaktorski „zawód“, jak wszystkie inne wkręcony w tryby życia, idący z pokoleń w pokolenia, poprostu jakiś nałóg dający duszy rozrywkę a ciału chleb. Niekiedy jednak miewał znacznie górniejsze pojęcie o swojem stanowisku. Mienił się poniekąd za męża, który hetmani sztuce, wytycza jej kierunki i jest jakoby drogowskazem. Nic w tem dziwnego, wszak nawet szewc czy kuśnierz okrywa swe rzemiosło w szatę wyniosłej dumy w tem świętem przekonaniu, że gdyby nie on, to — cała ludzkość chodziłaby bez futer, albo-li boso. Jest w tem pojęciu niezaprzeczona racja i objaw niepróżnującej przecież myśli... Goleń znalazłszy się przy redakcyjnem biurku, starem i poplamionem atramentem, z grudkami zastygłej stearyny, laku i kleju na przypuszczalnie zielonem suknie, zabrał się mechanicznie do niecierpiącej zwłoki pracy. Przy innych biurkach i stolikach, o takiej samej redakcyjnej patynie, nie było już nikogo. W sali było względnie spokojnie, tylko gdzieś w dole, gdzie znajdowała się drukarnia, pracowały rotacyjne ma- szyny, przyprawiając mury w głuche drżenie i czyniąc tępy szum w powietrzu, przepełnionem ciężkim zapachem drukarskiego czernidła. Redaktor pisał, nie wypuszczając z ust papierosa osadzonego w długiej wiśniowej cygarniczce. Co chwilkę tylko przystawał, wciągając w płuca haust dymu i porządkując cisnące się pod pióro zdania. Raz tylko powstał z miejsca, podszedł do szafy mieszczącej w sobie zastęp potężnych tomów leksikonu, przeszukał w którymś, jak alchemik, poczem wsunąwszy go z powrotem wrócił do biurka. Praca szła dalej w szybkiem tempie. W niecałe trzy kwadranse sprawozdanie z teatru było gotowe. Tyle a tyle wierszy o sztuce i autorskiej zdolności, w tem kilka uwag i porównań, tyle przejściowych wierszy do gry aktorskiej, wiedział kogo należy podnieść, kogo z lekka napomnieć i pouczyć, którą aktorkę ubrać w kwiaty i wyszukaną toaletę, o kim wspomnieć z nadzieją czy przekąsem, poczem następowała mniej więcej określona ilość wierszy pod adresem reżysera, dekoracji, a wreszcie teatru i publiczności — jakby cyrklem odmierzył wyznaczone na ten cel miejsce. Ostatni wiersz stanowił podpis recenzenta. Pod sprawozdaniem z premjery redaktor Goleń podpisywał się pełnem nazwiskiem, przy komunikatach zaś i mniejszych wzmiankach używał kryptonimu, jak: P. (Prot) G., p. — g., — g., zależnie od nastroju, choć to na jedno wychodziło; nazwisko bowiem, czy początkowe litery były dla czytelników dostatecznie już znane. Po skończonej czynności redaktor zadzwonił do drukarni i oddawszy rękopis, począł przechadzać się po sali, jak człowiek który wykonał obowiązki i zażywa wewnętrznego spokoju. Po chwili otworzył okno na ulicę i spoglądnął na niebo: było dziwnie błękitne i wyiskrzone gwiazdami, kwietniowe. Przez jakiś czas patrzył się w górę i coś, jakby tęsknota czy rozczulenie, siadło na jego szczupłem, z wyrazem wycieńczenia obliczu. Ściągnął ku oczom nadmiernie krzaczaste brwi, że niemal nakrył niemi potwornie grube szkła okularów, sięgając, widać, myślą w te rozpostarte przestrzenie gwiaździstych niebios. Z ulic już dochodziły coraz już rzadsze turkoty kół dorożkarskich i jakby lekkie, przedzierające się przez dymny opar miasta — tchnienia wiosennej nocy. Słabiutkie one były, niczem kwiatuszki wychylające się z pod śniegu, zrodzone z pąków śródmiejskich drzew, które zbudziło słońce, jednak niewymownie wnikliwe i odczute z powietrza, wieszczące cicho a wielmożnie, że — idzie wiosna... Szły one, zda się, z góry i kędyś z dala — od wiejskich pól, rodziły się wśród murów, podwórzy z krzewami bzów i jaśminów, na balkonach kamienic obramowanych podłużnemi, malowanemi na zielono paczkami z świeżą pod ziarnka ziemią — szły zewsząd, niby radosny zew obudzonego życia co się ocknęło w słońcu, przedarło się poprzez grudną powłokę idąc ku ciepłym blaskom — stęsknione, zasobne w świeże moce, gotujące się do branki wszechistnienia na wielkie promienno-kwietne Święto... Iścił się w przyrodzie prawieczny cud odrodzin, wielki, jak jego tajemnica i jako ona dobrotliwy — — Ano, mamy już wiosnę — szepnął redaktor sam do siebie, pijąc nocne powietrze. I naraz, jak gdyby uczuł skłonność do myśli, co się czepiają barw wiosennych niby motyle... Podszept ten, niewiedzieć skąd zrodzony, począł go skłaniać ku tym tchnieniom — by skroś nie płynąć tęskliwym duchem kędyś za miasto, w szerokie pola i łąki, które oblekał dziewiczy uśmiech trawek i pękających kwieci, co już poczęcie śniły szczęścia, ulewnej woni i słonecznianych pieśni... Czuł, że tam kędyś za murami stwarza się nowa doba, że pachnie świeżo zaorana ziemia i ruch się wszczyna niepojęty... Że w sercu kwiatów i bylinowych kłączy coś się odbywa potajemnie, wstaje z atomów i opyłków i dźwiga się do życia... Że głos się jakiś niesie światem — i nawołuje i obudza... Wciąż, coraz przestrzenniej i owocniej, coraz potężniej... Atoli jakgdyby dusza jego za tępą była by móc się wnurzyć w oną zjawę, jakby za gruba warstwa miejskiego pyłu okryła ją i znieczuliła na ten pajęczy dotyk tchnień idących — bowiem otrząsnął się coprędzej z chwilowego wrażenia i zostawiając otwarte okno powrócił znów do biurka. Stojąc, brał po kolei nagromadzone świeże dzienniki, przeglądał je pobieżnie, co chwilę zakreślał czerwonym ołówkiem jakąś złowioną wieść na artykuł i nim dobiegła północ, materjał do pracy na dzień następny miał już prawie gotowy i przyłożony ciężarem szeroko rozkraczonych nożyc. Po tej czynności zwrócił się jeszcze w stronę okna, całkiem bezwiednie, pchnięty jakowąś podświadomą siłą, jakby pierwotne tchnienie pozostawiło na jego zakurzonej duszy magnetyczny bakcyl o niezmożonej mocy, poczem leniwie, jak człek znużony wielce, gotował się do wyjścia. Przekroczywszy schody dwóch pięter, wydostał się z zaduchu na ulicę, spocony i ledwie mogący dech ułapić. Znów uderzyła na niego ta cicha i balsamiczna fala, lecz już nie myślał skąd się niesie. Prosto, starym zwyczajem skierował kroki ku kawiarni. Miał ją tuż prawie obok. Wszedł do zadymionej i pełnej gwaru sali, kłaniając się i odpowiadając na ukłony, częściej dość zimno, kilkakrotnie łaskawie, niby potentat jakiś, wreszcie dotarł wolniutko do opróżnionego stolika i usiadł przy nim, zabierając się do oczyszczenia irchową skórką zamglonych okularów. I tu spotkało go jeszcze wiele ukłonów od pobliskiego stolika, otoczonego wieńcem przez najliczniejsze, mieszanej płci towarzystwo. Redaktor odpowiedział kilkakrotnem skinieniem głowy, lustrując w jednej chwili wszystkich siedzących. W odkłonach tych, o niejednakiem kącie pochyleń głową, była niema odpowiedź na zapytanie tamtych oczu, co się zwracały ku Goleniowi jak na wyrocznię. Była to aktorska socjeta i wykonawcy dzisiejszej premjery. Ludzie ci, przeważnie młodzi, niektórzy przed- wcześnie łysiejący, bywali tu stałemi gośćmi o różnej porze dnia, zaś „po teatrze“, zjawiali się inni in gremjo w swoim dość krucho zespojonym cechu. Trójkątem życiowych ich wędrówek były: — kawiarnia — teatr, i ostatecznie — dom, gdy nadchodziła spóźniona pora i zamykano ostatnie nocne lokale. Kawiarnia była ich stołem do śniadań, (obiady jadali po pierwszorzędnych restauracjach, zależnie od terminu pobierania gaży) wieczerzy, a często nawet tu się uczono ról. Czarną kawę, tę ukochaną truciznę wszechartystów, pili przy każdej sposobności, czy to siedząc bezczynnie czy przeszukując skrzętnie teatralne opinje miejscowej prasy. Te poza oklaskami i czarną kawą były jedyną ich podnietą, celem i wszystkiem. Dzielili się na wielkich, gwiazdy, ludzi talentu, doskonałych rzemieślników i nieokreślone miernoty. „Wielcy“ zazwyczaj chadzali luzem, niby bogowie, pomniejsi zaś grupowali się według swych szczebli w stada. Kawiarnia wreszcie była dla nich rodzajem schadzki, miejscem gdzie obmawiano drugich i siebie, wiedziono spory za kulisami rozpoczęte i gdzie poza sceną teatru, „schodzili między ludzi“ i swoich wielbicieli. Lekkoduszna cyganerja i brać przemiła — aktorzy... Redaktor Goleń, posiliwszy swe ciało kawiarnianą porcją angielskiego rostbefu, zapijał również czarną kawę. Paląc wybornego papierosa delektował się dymem, przyczem rzucał po sali obojętne spojrzenia. Najczęściej jednak kierował oczy na aktorki, młode, szykowne, wydekoltowane jak Golatee, śmiałe jak pliszki, na których jeszcze „ciężki zawód“ nie siadł uwiądem, co jeszcze nie zmiął ich kształtów i spić nie zdołał tych rumieńców jakie wyniosły z swoich domów, mimo, choć już je szminka wypierała i karmin krwawił usta — patrzył się w twarze o dużych łukach brwi, które barwiczka nadmiernie przyczerniła, mimo, choć pewnie były bujne i miękkie jak aksamit, nic prócz sztuczności im nie dając i podejrzanych ponęt. Niektóre, zda się, miały na sobie ślady matczynych pocałunków, inne odmienne, miłosną żądzą wypalone, słoneczną wiarą w życie i piękne niby kwiat, nim go śreżoga nie dosięgnie — jeśli nie ujdzie wirnym nurtom, choć już je blask opylił i przeszły pierwszą, kolejną w życiu próbę. Czasem to ta, to owa z cór Melpomeny czy Thalji rzuciła ku Goleniowi wymowne oczy, w których paliły i prośba i napół skryty błysk wyznania, coś, coś, coby pragnęło mieć w nim piewcę, jeśli nie za cenę talentu, to uśmiechu... to za ofiarę chociażby — flirtu, wreszcie miłostki sezonowej — byle tylko nie zbywał jej wzmiankami, lecz pisał o niej hymny, mienił ją gwiazdą — przepłynąwszy jednakże po jego twarzy i postaci, szczupłej, wybladłej i bez tężyzny życia — cofała je z dreszczem bojaźni i niesmaku, z podszeptem w duchu, że za daleko pobiegła jej zaślepiona myśl i że pokusa ta bez istotnego blasku i powabu. A jednak co jakiś czas wracały zasie one oczy, płoche i niezdecydowane, niby zwierciadła wewnętrz- nych rozpatrywań, głodne chimery — sławy, podpatrywały tajemnie jego kościste lico, zryte zmarszczkami, to ręce o dziwnie wyrazistych żyłach, jak ciemne sznurki, wmawiały w siebie jakoweś chytre przekonania, młodość się zdając weń wprowadzać, bez wiary wprawdzie, lecz naślepo, pod wpływem jakichś władnych pobudek — i te nareszcie przytłumiał odruch czci osobistej, gwałtowna niechęć i jakby lęk tajemny. Po każdej takiej wędrówce zdały się chwilowo zapominać o blaskach sławy i pokusie, czuć się wolniejsze, jaśniejsze w swojem gronie, gonić po sali raz dumnie to zaczepnie, śmiejąco i ponętnie po kobiecemu. Świat się uśmiechał do nich i wabił na swój sposób, stary, nie szczędząc złudy i podniety, niefrasobliwy — gdzie zawiedzie — Goleń znał już takie rozdrożne oczy, rozumiał ich rozterkę, to błyskotliwe race, i — bolał. Bolał nie nad ich walką koszmarową, podobną błędnym gwiazdom albo łężnym ognikom, ale nad sobą, nad swojem życiem co tak szybko wyzbyło się swych tęczy, wchodząc w granice strupieszałej martwoty i bezowocnych pragnień. Patrząc w te młode podniecone postacie, wspominał urywkowo — kiedy przeżywał swoją młodość, wśród takich właśnie narkotycznych rusałek, porwanych wirem w kraje ułudy. Że jak szaleniec lgnął ustami do onych kwiatów oszołomnych, niepomny świata i dróg innych, tą jedną żądzą pochłonięty — zmysłowych uciech. Jakgdyby celem żywota jego było ich ciało, uściski i omdlałość, a często wyzysk tyraniczny... Zwyciężał władzą swego pióra, walczył póki nie zdobył swej ofiary, wciąż nienasytny i zgłodniały, pewny swej broni niezawodnej. Teatr uważał nie za przybytek sztuki, ale arenę łowów — gdzie nieci się pokusa i gdzie namiętność czerpie ognie. Rzetelność jego stanowiska, a choćby wreszcie górniejsza miłość — były poza nawiasem jego dążeń; szał zmysłów zabił obydwie i wyplenił. I wszystko przeszło, ubiegło, kędyś wdal, pozostawiając na dnie duszy wygasły żwir popiołu. Wprawdzie wegetowało jeszcze ciało, lecz bez krwi zda się i bez istoty życia. Jak nieoględny pątnik wyczerpał podróżnicze sakwy — wcześniej, zanim do celu doszedł. A czy miał w życiu jaki cel, jaką wytyczną drogę? Co stworzył i pozostawił poza sobą? Może niejedną łzę, cudzą, zawodną, może przekleństwo? Służył nie Sztuce i społeczeństwu, lecz tylko zmysłom, sam sobie — Redaktor Goleń wstrząsnął się niecierpliwie. Przelotne te podszepty aż go dotknęły zimną nagością swojej prawdy. Coraz częściej napadały go takie drażliwe myśli, odkąd zwrócił uwagę — że dopiero ćwierćwiecze jego dziennikarskiej pracy... Zwykle jakiś dojrzany powab życia nasuwał mu wspomnienia i wyrzuty, jak dziś te niespokojne oczy. Dziwnie obleśnie wodził oczyma to po sali, pełnej dymnych obłoków, to znów na jakiś czas zatrzymywał je na jednej wyróżnionej aktorce, swojej pupilce. W obecnej fazie wystarczał mu już uśmiech i łasicowe ruchy, przy słowach tchnących jakąś podnietną upalnością, jakiemi często go darzyła. Żył w nim jeszcze jakiś zapomniany korzonek podtrzymujący czucie, że gdyby nie te zgorzałe lata i nie ta pustka w sercu — kochałby ją żarliwie. Czyby ta miłość była taka, jak wszystkie tamte, nie zastanawiał się poważniej, przypuszczał tylko z uwagą doświadczonego znawcy — że jej stalowo-jasne oczy i nieco smagłe ciało, giętkie jak u pantery albo węża, musi mieć w sobie niewyczerpane moce zawrotnych pieszczot i wulkaniczne ognie, z trudem, jak sądził, dające się okiełznąć i opanować przed szaleństwem. Miał ją w żywej pamięci z kilku teatralnych występów i to dawało mu pojęcie — jak rozporządza sobą jej namiętność... Była w zupełnym typie jego kobiet o mocnych, rafinowanych haszyszach swojego ciała, z którego, zda się, wiała dzikość i nieposkromne żądze. Wiedział, że ją za późno spotkał na swej drodze, że te kuszące i finezyjne przymilenia to — chytra jej przebiegłość, która w innych warunkach samaby sobie była siecią, — lubił się jednak patrzeć na jej syrenią postać, słuchać jej głosu i trwać w tej dziwnej złudzie. Szczególnie dzisiaj wydała mu się czarowniejszą i on jakby się młodszym uczuł. Widać wiosenne tchnienie, odczute w redakcyjnem oknie, zbudziło z martwych jakąś komórkę jego serca i powołało ją do życia. Jak nigdy jeszcze dotąd, doznał wrażenia — że jest przeżytkiem i życie już poza nim. Że już wiosenne fale nie budzą w nim tęsknoty, — złotej, jak to bywało ongiś, w chłopięcym wieku, ni tej — szalonej, jak w pierwszych latach karjery, ale że niosą żal potworny i zamiast kwiatów — widma. Że wszystko zrywa pęd ku słońcu, jakowaś radość bezgraniczna, — ptactwo sposobi nowe gniazda i wije hymny życiu, wszystko poczyna nowy żywot, od trawek aż do dębów, od mrówki do człowieka, wszystko powstaje na czyn nowy, jedynie oprócz — niego... I znów go naszedł rój wyrzutów i to ćwierćwiecze napastliwe. Każde żyjątko daje coś wzamian życiu, a on co dał, czego dokonał? — Pisał? Właściwie kłamał i lawirował, jak wyćwiczony pływak, resztę spełniały zań nożyce... Ćwierćwiecze... Co za ogromny czas! Zbliża się jubileusz... Będą mu składać hołdy, uznania w dowód zasług, będą mu kłamać — jak on drugim, z próżności, dla zwyczaju, jakby tak być musiało... like to be humbuged! — jakby to było prawda i maksyma. Jednak potrzeba było coś uczynić, choć źdźbło złamane naprostować — czuł, że potrzeba było... A on — nic — nic — przeciwnie, może niejedno zniszczył życie przez swoje kłamstwo i egoizm. Szły mu te szepty gdzieś w głąb duszy, lecz ani je odpędzał, ani rozważał z większą skruchą. Były jak strzępy spadające na jego skrzepły ił su- mienia, nieliczne jeszcze by móc je odgrzać i poruszyć. Zrodziły tylko jakiś dziwacznie gorzki uśmiech na jego woskowatej twarzy i z tym uśmiechem patrzał na swoją divę. Kupowała właśnie od nieletniej, w biednem odzieniu kwieciarki, wiązkę tarniny osypaną kwieciem jak śnieg białem, i bukiecik fiołków. Przez jakąś chwilę raczyła się ich wonią, w którą zaklęła wiosna pierwszą swą świeżość niemowlęcą, to przytulała do nich usta z wyrazem kokieteryjnej pieszczoty i upojenia, mając prawie przymknięte oczy — tak, jak je zamyka kobieta, gdy widzi usta kochanka pochylające się nad nią, poczem niby z grymasem, czy troskliwością — zatknęła je za , w miejscu, gdzie widniał rozdział dyskretnie obnażonych jej gron piersiowych. Uczyniła to z takim przepysznym wdziękiem i iście rusałczaną pokusą, że spełzłe oczy redaktora roznieciły się nagle niepokojącym ogniem. Olśniony widz szepnął przez zęby jakieś zachwytne słowo czując, że serce raźniej bić mu poczyna i płuca coś rozdyma. Za krótko jednak trwała ta czarodziejska chwila, aby móc głębiej wkraść się w jego uczucie, wreszcie i podziwiana donna, za przykładem sąsiadów i sąsiadek, powstała z krzesła z zamiarem opuszczenia kawiarni. Z widocznym żalem — że odchodzi, obserwował Goleń jeszcze jej ruchy i moment ubierania płaszcza, konstatując po raz zapewnie już tysiączny, że jest bajecznie wyrzeźbiona. I znów ukłony i pożegnania do następnego wieczoru, krzyżujące się spojrzenia i chybocące w mgielnym dymie groty zaczepki i próśb tajnych. Najbardziej śmiała pupilka, mijając stolik redaktora, rzuciła mu na ręce bukiet tarniny i w lekkiem pochyleniu w jego stronę dodała szeptem: — Niechaj się panu przyśni wiosna — — dobranoc! Zawionęła go fala silnych perfum. — Dziękuję pani, — wzajemnie! — odrzekł pospiesznie, mile zaczepką zaskoczony i pobiegł wzrokiem za idącą. Jeszcze przesłała mu spojrzenie od drzwi weneckich i dojrzał jeszcze ostatnie ruchy nóg, które, w jego pojęciu — wykradły kształty i harmonijność niebiańskiej Wenus. Redaktor Goleń wpatrzył się teraz w marmurowy blat stolika, podumał nad czemś chwilę, wkońcu zwrócił uwagę na kwietną okiść tarniny. Zdziwił się przytem wielce, że tak mała gałązka była w możności wydać takie bogactwo kwiatów. — Ileby tu owadów znalazło nektar i ile tarek dałaby ta gałązka... — podsunęła mu kontemplacyjna myśl. — A tak, stała się strata w przyrodzie... Pierwszy raz Goleń odczuł barbarzyństwo zrywania kwitnących krzewów gwoli próżnej uciechy. Zrobiło mu się dziwnie żal tej tarniny, że jej skrócono żywot, nie dozwalając na wypełnienie przeznaczonej jej roli. On, co nie myślał nigdy o takich sprawach, co był im obcy i daleki, on dziś to dostrzegł i po- tępił bezmyślną zbrodnię... Potępił, mimo choć tę gałązkę dała mu ona, podobna bóstwu wiosennemu — dała na sen o wiośnie... — Niechaj się panu przyśni wiosna... — powtórzył w duchu jej życzenie. — Dlaczego akurat „przyśni“? — począł się zastanawiać. — Czy w tem znaczeniu — jak młodość starcom, lub jak helocie — wolność? Niechaj się panu przyśni wiosna... Ciekawe! Zapomocą tarniny... Rozważał chwilę to wieloznaczne powiedzenie, choć w gruncie rzeczy było wyrzeczone jako efektowny frazes. Kołował jednak wokrąg niego i szukał rzeczywistego śladu znaczenia, jakby mu na tem istotnie zależało. Leżąca przed nim tarnina jęła przez swą więdnącą woń nasuwać niby odrębne myśli, niosące się kędyś w zamiejskie pola, a jednak spokrewnione — bo, pośród łąk wizyjnych, przylasków i niw świeżych które zbudziła wiosna, tam kędy zielę kwitło i , tam, — jak świetlana bańka — ukrywała się w igraszce postać uroczej jego divy, goniąca, płocho, niby światełko rzucane lustrem po ogrodzie, bratała się z powstającą tęsknotą, z rojami myśli i błyskotliwych wspomnień... dopóki nie przysłoniła tego chaotycznego mirażu chmura ockniętych zasie wyrzutów, pełna przerażających larw zmarnowanego ćwierćwiecza. Redaktor przymknął oczy, jakby w obawie, aby ta czarna chmura nie weszła przez źrenice w głąb jego duszy zatrwożonej. Skurczył się w sobie i uciszył, czekając aż przejdzie mimo i rozwieje się mniej groźna. Zbudził go dopiero kawiarniany płatniczy, oznajmiając z sztuczną grzecznością, że — zamykają lokal. Redaktor zwlókł się niechętnie i uiściwszy rachunek, z wiązką tarniny w ręce wyszedł ospale na ulicę. Zgarbiony, jakby go gniotło ciężkie brzemię, skierował kroki w stronę swego starokawalerskiego mieszkania, mieszczącego się naprzeciw redakcji. Odczuł teraz szczególnie wyraziście i z dziwnym żalem, że wejdzie w chłodną pustkę pokoju, sam, jak pustelnik, że nie powita go żona, nie ucałuje śpiącego w łóżku dziecka i nikt doń nie przemówi z urokiem rodzinnego ogniska... Coś mu ścisnęło serce bolesnym kurczem, wywołując na usta jakieś przekleńcze słowo. Odrzucił precz tarninę, aliści po kilku krokach zawahał się, wrócił z powrotem, jakby współczuciem przynaglony i podniósł z bruku kwietną wiązkę. Zdmuchnął z niej kurz uliczny, poczem do ust przybliżył w przedziwnem rozrzewnieniu. — Biedoto... — wyszepnął do niej w duchu. — Dam ci flakonik w postaci szklanki wody na umywalni, którą rdza zżera... Łudź się, że — żyjesz... Opuścił głowę jeszcze niżej i wlókł się pełen smutku.
II.
Kiedy koło południa redaktor Goleń wchodził do redakcji, zastał w poczekalni młodzieńca o bujnej blond czuprynie i rzadko spotykanych jasno-niebieskich oczach. Nieznajomy skromnie ale chędogo odziany, z plikiem papierów pod pazuchą, powstał z ławeczki i skłonił się z przesadną niemal uprzejmością. — Pan do redakcji? do kogo? — zapytał Goleń i przystanął. — Ja... chciałbym się zobaczyć z panem redaktorem Goleniem... Mówiono mi, że ma za chwilkę nadejść — odrzekł nieśmiało młodzieniec, podobny z niezwykle świeżej twarzy do jasnego dziewczęcia. Kiedy otworzył usta zdawało się, że jego głos jest uwity z aksamitu i przejaśniony błękitem cudnych oczu. — Ze mną? Czem mogę panu służyć? Młodzieniec powtórzył ukłon. — Nie wiedziałem, że mam ten zaszczyt... — O co więc idzie? — przerwał redaktor interesanta. — Ja, proszę pana redaktora, przyniosłem właśnie sonety... sonety o wiośnie... — mówił z tą samą nieśmiałością, zapłoniony niby dziewczynka. Redaktor ruszył niecierpliwie ramionami. — Sonety? — powtórzył niedbale uśmiechnięty. — Tak, sonety o wiośnie... — Poco? Widać było, że to niespodziewane zapytanie zatrwożyło poetę. — No... do pańskiego pisma, jeżeli pan redaktor uzna je za odpowiednie i raczy przyjąć... Pisałem je pod wpływem wiosny wczoraj... przedwczoraj... Dziś rano ułożyłem sonet o wschodzie wiosennego słońca... Zdaje mi się, że są to piękne wiersze, nie gorsze jakie czasem drukują... Pan redaktor będzie łaskaw sam przejrzeć je i ocenić... Mówił z pokorą i taką szczerą prośbą, jakby chodziło o jego najświętsze utęsknienie. Redaktor znów się uśmiechnął, tym razem jakby z odcieniem politowania. — Wiersze, sonety... Dlaczego pan nie pisze prozą? Młodzian podniósł na swą wyrocznię błękitne oczy, z których patrzyło jakieś pełne zapytań rozczarowanie. — Bo jedynie poezja zawładnęła mną zupełnie, że wprost po nocach mi się śni... wszędzie ją widzę, zewsząd przemawia do mnie... Żadna proza nie dorówna poezji, ach — żadna! — odrzekł z zapałem. — Zresztą, do prozy nie uczuwam jakoś pociągu... — dodał po chwilce. — Trzeba próbować sił tu i tu. Zapewne, poezja to — mowa bogów, poetą trzeba się już urodzić, mieć talent, wytworny smak, czucie, subtelne pióro... Oczywiście i wysoką kulturę! Dziś, kiedy istnieją całe bibljoteki poezyj, chcąc coś nowego napisać — trzeba być genjalnym wirtuozem! Sonety o wiośnie, hm... Ile już wiosen było od początku świata, tyle już o nich napisano sonetów i poematów, ba, w tysiącnasób chyba... Po krocie razy to już było, w wszelkich możliwych odmianach, formach i inwencjach... Poeta słuchał, zasuwając oczy gęstemi rzęsy. — No tak, to prawda, życie zawsze to samo, wiecznie jednakie — potaknął cicho. — I ludzie też... Rodzą się wprawdzie nowi, ale mają te same dusze, uczucia, jak ich przodkowie i pragną również wypowiedzieć się... Sami dla siebie... Każde pokolenie przemawia do siebie własną mową, i każde przytem odkryje coś nowego i pozostawi... Redaktor zdał się nie słuchać usprawiedliwień urzeczonego wiosną poety. — Panie, zna pan te słowa:
...znowu się będą maić winnice i drzewa, znowu się dookoła zazieleni pole — — idzie wiosna różanousta, złotobrewa, z żółtym jaskrem i chabrem niebieskim na czole...
Poecie rozjaśniły się oczy. — Tak, to wyjątek z tetmajerowskiej „Legendy“. — A widzi pan... Kto z dzisiejszych poetów potrafi w czterech wierszach roztoczyć poprzed nami taki wiosenny obraz? Nikt! Zna pan jeszcze co z Tetmajera? — egzaminował? — Owszem, znam wszystkie jego dzieła, a wiersze umię prawie napamięć, choć ich się nigdy nie uczyłem. — Naprzykład coś o wiośnie? Młodzieniec szukał w pamięci. — Przypomina mi się sonet: „Na wiosnę“. — Jak się zaczyna? Redaktor zdał się bawić do naiwności grzecznym poetą. — „Niegdyś, kiedy się wiosna zalśniła w przeźroczu“. — Ach, tak... Niech pan to powie całe, bardzo pięknie modeluje pan słowa — rzucił zachętnie. Nie pojmując jaki ma zamiar redaktor i pragnąc najprzychylniej usposobić go dla siebie, zaczął nieco już śmielej:
— „Niegdyś, kiedy się wiosna zalśniła w przeźroczu, marzyły mi się bóstwa żywiołów ocknięte, lasów bogi szumiące i przejasne święte nimfy, rodzące kwiaty spojrzeniem swych oczu.
Zdało mi się, że stojąc kędyś na uboczu, jak malarz z poza wiklin w wodzie rozpierzchnięte, podpatrując dziewczyny, ich nagą ponętę, błękit ciała wśród fali i rosę w warkoczu;
tak ja patrzę na nagie młode bóstwa wiosny, utrwalając ich obraz cudowny we wzroku ich promienną urodę i pląs ich miłosny!
Już wiosna schodzi jasna z białego obłoku, lecz moja — przeszła — i dziś na ową świetlistą patrząc, widzę ironję bytu wiekuistą...“
Deklamował to tak pięknie i uczuciowo, jak recytator-poeta rozmiłowany w poezji do zenitu. — Ślicznie, bajecznie — zachwycał się redaktor i słodkim głosem i oczyma poety jaśniejącemi promienną szczęśliwością. — Ma pan naprawdę deklamatorski talent... — dodał, ściągając brwi i uśmiechając się bezbarwnie, z szybko topniejącym zachwytem. I naraz oblicze jego skurczyło się i spoważniało. Coraz częściej napadały go teraz takie gwałtowne zmiany. Reszta dzisiejszej ciężko przespanej nocy, w której jak jasne widma latały mu po mózgu postrzępione obrazy nastałej wiosny, kwiaty tarniny i wraz — oczy aktorki, ciało jej smagłe, zda się bez kości, nagie, kuszące i pełne żaru, — te zwidy napastliwe, tańcujące wśród wyobraźni, wytrąciły go z równowagi i rozprzęgnęły nerwy. Obraz deklamującego młodzieńca o płowych włosach i wiośnianych rumieńcach twarzy, jego cudownie niewinna świeżość i zapał tryskający z oczu — wzbudził w nim nagle dziką zazdrość i oblał ciało zimnym dreszczem jakowegoś wspomnienia. Słowa poety mówiącego o wiośnie: „lecz moja — przeszła“ — — uderzyły weń jak odłamem nagrobka i zajęczały w duchu skowytem. Uczuł się naraz wobec tego młodzieńca ledwie co żywem próchnem i paso- żytnym grzybem. Zmarszczona jego twarz zdała się w oczach starzeć i wpadać w szarość ziemi. — Widać, czyta pan wiele — począł bezmyślnie wyrokować. — Trzeba, to grunt... Trzeba się ciągle kształcić, wczytywać, urabiać smak i język, potem dopiero wziąć się do pióra... Nie przeczę, może pańskie sonety są nienajgorsze, ale, widzi pan, nie mam na tyle czasu by je przeczytać, zresztą — teka redakcyjna tak przepełniona, że... ani mowy! Owszem, niech się pan kiedy zgłosi, jak będzie czas ku temu... Dowidzenia! — i odszedł spiesznie, pozostawiając w zdumieniu nieprzygotowanego na taki obrót sprawy młodzieńca. Jasne oczy poety stały się teraz wielkie, jakby ogarnąć chciały i zrozumieć całe to zajście. Było w nich i nieme zapytanie, rzucone poza w tej chwili zatrzaśnięte drzwi, przykre rozczarowanie dociekające przyczyny redaktorskich rad, rad — zdaniem oczu — bezpodstawnych, a wreszcie sensu deklamatorskiej próby. Poco ten niby egzamin i ta odprawa bez wiedzy co wypieściły jego sonety? Że już pisano o tem tysiąckrotnie? Wszak i on odszedł — by pisać o ludzkich sprawach, starych jak świat, co już pisano i przeżuto, a jednak poszedł... Na jego świeżej, jak biały płatek kwiatu przejrzystej twarzy wymalował się głęboki żal i smutek. Widać było jak wielką przywiązywał wagę do swych sonetów, ile pokładał nadziei w przychylności redaktora i jak fakt zaszły dotknął boleśnie duszę jego o wrażliwości mimozy, kiedy nie mógł powstrzymać łez cisnących się do oczu. Stał jeszcze chwilkę, jakby niedowierzając w zawód i wzgardę jakiej doznała jego wiośniana przędza, za wzniosły, by móc zapałać gniewem i czysty jak ta wiosna co go urokiem swym natchnęła, chrzyzmem pieśniarza namaszczając. Odgarnął z czoła lniane kosmyki włosów i przywdziewając kapelusz — odszedł, by się poskarżyć wiośnie. Tylko ramieniem cisnął silniej kajet ku piersiom, jakby ukryte w nim sonety utulał w płaczu i cieszył promienną obietnicą... Goleń, znalazłszy się przy biurku, wpatrzył się w jakiś punkt na ścianie, odczuwając równocześnie gwałtowny wstręt do oczekujących nań gazet. Czuć je było czernidłem i czemś, co odpychało nudzącem obrzydzeniem, niby długo używana potrawa. Czuł wokół jakąś zawziętą kłótnię pomiędzy atmosferą pokoju a świeżym wiewem powietrza, zalatującym poprzez otwarte okna. Wiosna wpływała niemi coraz to możniejszymi potokami, coraz wonniejsza, z darami młodych podniet. Wprost rozdymały piersi kryniczne fale, przenosząc myśli w jakieś odległe uroczyska, na samo łono wiosny. Ni stąd ni zowąd ozwał się w redaktorze nagły żal za zlekceważonym poetą. Wzruszony żywym dotykiem wiosny, rad był przeczytać jaki słoneczny hymn, byle tylko to wertowanie gazet odwlec na plan najdalszy. Zaraz za pierwszym podszeptem wybiegł do poczekalni, potem na schody, ale poety już nie zoczył. Wrócił niezwykle podrażniony. Z całem zaparciem usiadł zasie przy biurku i jął się gazet z nietajoną pasją. Przeglądał je pospiesznie i niecierpliwie, co chwilę poglądając ku otwartemu oknu. Słyszał, że jakiś głos tajemny wywołuje go na świat, pełen słonecznych blasków i że coś skrycie obiecuje. Mniej więcej co minutę oceniał okiem jakiś artykuł, wycinał go nożycami i nakleiwszy na przyrządzone czyste pasma papieru, dopisywał u góry nowy tytuł. W ten sposób odrobił materjał w jednym niemal kwadransie. Był już na dzisiaj wolny. Z zarzutką na ramionach zeszedł na dół po schodach i sam po drodze oddał drukarni przeznaczone do pisma wiadomości. — A-a! — odetchnął całą piersią znalazłszy się na ulicy. — Co za rozkoszny dzień! Oszaleć można przy biurku — nie pisać! Dalej, dalej! — coś go nagliło do pośpiechu, wlewając w ciało nieokreślone żądze gonitwy w jasną, złotą od słońca przestrzeń. Pierwszym napotkanym tramwajem wydostał się za miasto. Na podmiejskich ścieżynkach i miedzach, pośród niewielkich skrawków roli spotykał, pary to pojedynczych ludzi, zażywających ciepłego wiosennego południa, uradowanych słońcem i świeżością powietrza, co, niby deszcz opylny, lało się pachnącą siejbą z błękitnych niebios. Między z miasta spacerowiczami znajdywali się wybladli, astmiczni starcy, chciwi po- wietrza i odżywczych promieni, posuwający się ciężko i ostrożnie aby nie deptać młodziutkich traw, przedziwnie ckliwi i troskliwi, zatrzymujący się w zachwycie nad każdym krzaczkiem i bujniej rozwiniętą rośliną. Tyle już wiosen przeżyli w swojem życiu, a jednak ta, ostatnia może, zdawała się najdroższą i najpiękniejszą, najmilszą z wszystkich. Ówdzie przesunęła się wiotka dziewczęca postać, barwnie ubrana, o żywych kolorach wiosny, płynęła w oczach Golenia czarem porannej zorzy, hoża, z odkrytą głową i kapeluszem w ręce, podobnym wielkiej koronie kwiatu, szła niespokojna w ruchach, oszołomiona przestrzenią blasków, jak ptak puszczony z klatki i oślepiony powabem wolnego życia. Ocknięte dusze jednych płoziły się po ziemi i młodych trawkach, ciche i rzewnie rozszeptane, drugich — goniły w słońce lotami orłów, pijane krzykiem rozbudzonej przyrody i słonecznego szału pełne. Goleń czuł te różnice i żal ogromny począł mu ściskać serce. — Starcom, a więc i tobie, tak się przedstawia wiosna... zaś tak — tym młodym! — coś mu natrętnie jęło powtarzać nad uszyma. — Tym starczy ziemia i zielona gałązka, tamtym wśród gniazd za ciasno... Odpędzał wrogie szepty i szedł pospiesznie , bez wytkniętego celu, byle tylko uciec od miasta, nie widzieć ludzi i gdzieś w ustroniu wtopić się w wiosnę, pełną, rozlaną. Zdawało mu się, że jej wszechmożne czarodziejstwo odmłodzi go i wsączy w żyły krople krynicznej krwi. Szedł długo, nie odczuwając prawie zmęczenia, wpatrzony w dalekie domki wioski, bielejące do słońca i przykucnięte wśród drzew wyniosłych, jak wielkie nenufary na szmaragdowem tle jeziora. Rozścieliły się przed nim wonne, szerokie pola i wraz zawiała lekka fala prawdziwej wsi. Obejrzał się poza siebie, gdzie w smugach dymu ginęło miasto. Jakże był rad, że nie słyszy piekielnego turkotu i zgrzytu kół żelaznych! Odczuł, że oderwał się z huczącego mrowiska i wpadł w jakowąś wielką ciszę, co aż się gnieść zdawała swoją istotą. Nerwy obwisły w nim upragnione spoczynku i uznojone długą strażą. Cichość utulna stoczyła się na niego jak cud kojącej ulgi. Szybko odwrócił się ku polom i począł iść naprzełaj ku niedalekiej rzece. Poznał ją po krętem paśmie nadbrzeżnych drzew i wystającej gęstwinie wiklin. Stąpał teraz po świeżo zaoranej roli, niebacząc, że rozmoknięta miejscami ziemia oblepia mu obuwie. Owszem, doznawał nawet w tem brodzeniu niezwykłej przyjemności oraz podniety — że idzie ziemią a nie obmierzłym brukiem. Ludzie wiejscy, porozrzucani grupkami po rolach, nie razili go jak ci tam z miasta, lecz napawali dziwną ochotą do życia i tego ruchu wiosennego, co się roztętniał wokół jak pieśń stubarwna. Dotarłszy do wału rzeki, Goleń przystanął na nim jak na wzgórku, ogarniając oczyma okolicę. Oddechał szybko nie tyle ze zmęczenia, ile z roz- koszy na widok pól, barwnych wiejskich postaci i tego słońca co bez przeszkody rozlało się po równiach, nie więzionego murami ulic, ani ciasnych podwórzy. Uczuł, że jakieś ciężkie pęta spadły mu z ramion — jemu i słońcu. — O Boże wielki! wszakżeż tu raj, tu życie! — szepnął półgłosem, pełen niewymownego szczęścia. Dawno zginione blaski wróciły mu w źrenice, takie nieomal, jakie biły od oczu młodzieńczego poety. I on sam właśnie stanął mu teraz w uszczęśliwionych myślach, jasny, nieśmiały, deklamujący cudnym głosem:
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Jedna godzina.
