Read here

Królowa Śniegu

Hans Christian Andersen · 1929 · Free in the US

16,448 words · about 1 h 9 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1929 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Królowa_Śniegu_(Andersen,_przekł._Mirandola)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Hans Christian Andersen
Language
Polish
Published
1929
Length
16,448 words · about 1 h 9 min
Sections
9 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (9)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 35 min
  3. Lustro i jego kawałki about 2 min
  4. Dwoje dzieci about 7 min
  5. Ogród czarodziejki about 7 min
  6. Królewicz i królewna about 7 min
  7. Córka rozbójników about 5 min
  8. Laponka i Finka about 3 min
  9. Co się potem stało about 4 min

Continue:

Front matter

KRÓLOWA ŚNIEGU

całość

KRÓLOWA ŚNIEGU

OPOWIEŚĆ PIERWSZA.

LUSTRO I JEGO KAWAŁKI.

Zaczynamy od początku. Gdy skończymy opowieść całą będziemy wiedzieli znacznie więcej niźli teraz, zwłaszcza, że występuje tu chytry duch, najszkaradniejszy z wszystkich, to jest sam djabeł. Jednego dnia radował się wielce, bowiem zrobił lustro, posiadające przedziwną właściwość. Wszystko co piękne i dobre znikało w niem doszczętnie niemal, a przeciwnie to co złe, lub brzydkie występowało jak najwyraźniej, (jasne) powiększone nawet. Najpiękniejsze krajobrazy wyglądały jak szpinak z jajami, ludzie najlepsi i najuczciwsi wydawali się potworami, piękni byli szkaradnymi, stali na głowie, ciało ich tak zcieńczało, że znikło niemal, twarze były pomarszczone, wykrzywione nie do poznania, a najmniejsza plamka piegu olbrzymiała, pokrywając nos i cały policzek. — Prześliczna zabawka! — mówił djabeł przyglądając się swemu dziełu. Gdy myśl mądra lub nabożna powstała w umyśle jakiegoś człowieka zwierciadło, fałdowało się i drżało, a djabeł ryczał z uciechy, coraz to bardziej rozbawiony. Djabeł był nauczycielem djabelstwa i miał dużo djabląt w szkole. Rozpowiadały one teraz wszędzie, że rozpoczętą została era ogromnego postępu. Od tego dopiero dnia właśnie można było należycie ocenić świat i ludzi, oraz ich sprawy. Djablęta biegały z tem zwierciadłem po całym świecie i niedługo każdy kraj, każdy człowiek i wszystko odbiło się w niem w poczwarnej postaci. Rozuchwalone tem wzleciały ku niebu, chcąc szydzić z aniołów i samego Boga. Im bliżej były djablęta siedziby niebian tem bardziej krzywiło się, mętniało i drżało zwierciadło z powodu odbitych w niem rzeczy świętych i wyprawiało takie skoki, że zaledwo mogły je utrzymać. Leciały jednak coraz to wyżej, zbliżając się ciągle do Boga i aniołów. Nagle zwierciadło wyrwało się z rąk zuchwałych djabląt i spadło zpowrotem na ziemię, rozbijając się na miliony bilionów kawałków. To pogorszyło jeszcze szkodliwość zwierciadła. Szczątki jego, podobne ziarnkom piasku, rozniósł wiatr wszędzie i wielu ludziom zasypał niemi oczy. Nie można ich było wydostać, tak że ludzie ci widzieli wszystko w postaci złej, brzydkiej i odwrotnej. Dostrzegali same jeno wady każdej istoty i braki każdej rzeczy, a to dlatego, że najmniejszy okruch djabelskiego lustra posiadał te same własności co całe. Co gorsza, okruchy te dostały się niektórym ludziom do samego serca, a serca te, o zgrozo, zlodowaciały, stały się zimne i niedostępne uczuciom. Prócz tego piasku, zostało ze zwierciadła także dużo kawałków większych, niektóre miały nawet rozmiary szyb okiennych, a nie dobrze było patrzeć przez takie okno na przyjaciół swoich. Inne były tak małe, jak szkła okularów, a ludzie źli, patrząc przez nie, twierdzili, że teraz dopiero widzą wszystko jasno i wyraźnie. Mając takie okulary na nosie śmiali się urągliwie i ryczeli jak djabeł podziwiający dzieło swoje, gdyż brzydota dostrzeżona wszędzie i zło świata schlebiały im i miłe były przewrotnym ich umysłom. Zwierciadło djabelskie było olbrzymie, a wiatr ciągle niósł okruchy jego w powietrzu. A teraz słuchajcie uważnie.

OPOWIEŚĆ DRUGA.

DWOJE DZIECI.

Nie każdy może mieć ogród w wielkiem mieście, gdzie jest tak dużo domów i gdzie mieszka tyle rodzin. Wielu poprzestać musi na doniczkach z kwiatami. Dwoje dzieci ludzi biednych zdobyło sobie jednak coś więcej niż doniczkę, bo niemal ogród. Rodzice ich mieszkali naprzeciw siebie w uliczce tak wąskiej, że dachy stykały się niemal i można było całkiem bezpiecznie składać sobie wzajem wizyty z jednego końca rynny na drugi. W obu przeciwległych oknach stały duże skrzynie z ziemią, gdzie rosły warzywa potrzebne do kuchni, a w każdej ze skrzyń zasadzono prócz tego krzak róży. Rodzicom przyszło na myśl postawić te skrzynie na desce w poprzek ulicy, od okna do okna, co stanowiło ozdobę wielką, bo witki grochu i gałęzie różanych krzewów powiązały się ze sobą, tworząc jakby łuk triumfalny. Dzieci siadywały tu na małej ławeczce pomiędzy krzakami róż i rade były wielce, gdy mogły bawić się w tym napowietrznym raju. Dzieci te nie były rodzeństwem, ale kochały się bardzo. Zabawa ta ustawała, oczywiście, w porze zimowej, gdy okna były zamknięte, a w dodatku pokryte grubą warstwą lodu. Dzieci rozgrzewały wówczas duży, miedziany pieniądz na kuchennej blasze i przykładały go do szyby, tak że powstawało okrągłe okienko. W każdem z nich błyszczało oko dziecka wesołe i żywe. Chłopiec miał imię Janek, a dziewczynka Zosia. W lecie mogły dzieci jednym skokiem bywać u siebie wzajem, zato zimową porą trzeba było schodzić długo na dół, a potem znowu wchodzić długo do góry. Nastała właśnie zima. Śnieg padał dużemi płatami. — To są białe pszczoły! — powiedziała babka. — A czy mają one także królowę? — spytał chłopiec, bo wiedział, że pszczoły mają królowę. — Oczywiście! — odparła babka — Tam jest, gdzie największy gąszcz. Królowa ta, największa z wszystkich pszczół lata ciągle i nigdy nie pozostaje bez ruchu. Ledwo zbliży się do ziemi, zaraz wzlatuje i chowa się w czarne chmury. W zimowe noce chodzi po ulicach miasta i zagląda do okien, a wtedy szyby zamarzają i pokrywają je prześliczne, dziwne kwiaty. — Tak, tak, widzieliśmy to! — powiedziały dzieci i odtąd wierzyły, że prawdą jest, co rzekła babka. — Czy może wlecieć tu królowa śniegu? — spytała Zosia. — Niech wleci! — zawołał Janek. — Posadzę ją na kominku i stopnieje. Babcia pogładziła mu włosy i zaczęła opowiadać inne historyjki. Wieczorem tegoż dnia, napół rozebrany już do spania, wszedł Janek na krzesło i wyjrzał na świat krągłym okienkiem utworzonym przez ogrzany pieniądz. Krążyło zwolna kilka płatków śniegu. Największy przy- siadł na brzegu pustej teraz skrzyni i zaczął róść i róść, aż się przemienił w dziewczynkę, większą od Zosi, ubraną w białą gazę, haftowaną w lśniące gwiazdki. Dziewczynka była piękna, zgrabna, ale lodowata. Żyła mimoto jednak, gdyż ruszała się ciągle, a oczy jej błyszczały, niby gwiazdy nieba. Zwróciła się ku oknu i skinęła rączką. Janek zeskoczył przerażony z krzesła. Na dworze zaszeleściało, jakby poleciał ptaszek, musnąwszy skrzydełkiem szyby. Nazajutrz mróz ścisnął mocny. Potem nastała wiosna, wyjrzało słońce, rośliny zaczęły zielenieć, jaskółki pobudowały gniazda, otwarto okna, a dzieci usiadły obok siebie w małym ogródku na dachu. Prześlicznie zakwitły tego roku róże, a ogródek wyglądał cudnie. Zosia nauczyła się piosenki o różach, a śpiewając ją myślała o swoich. Nauczyła jej Janka i odtąd śpiewali oboje:

Róże więdną tak rychło, szybko mija lato, Lecz Gwiazdkę i Jezuska zobaczymy zato.

Dzieci całowały róże, żegnając się z niemi. Patrzyły na słońce i pragnęły, by przyspieszyło swój bieg, chciały bowiem jaknajprędzej zobaczyć małego Jezuska. A jednak, jakże piękne nastały teraz dla nich dni, jakże miło było wśród róż. Razu pewnego Janek i Zosia oglądali książkę z obrazkami zwierząt, ptaszków i motyli. Wybiła właśnie piąta na wieży wielkiego kościoła, gdy Janek zawołał nagle: — Aj! Coś mi wpadło w oko! Aj! Coś mnie ukłuło w serce! Zosia wzięła w rączki twarz Janka i zajrzała w oczy, któremi mrugał ciągle. Ale nie dostrzegła niczego. — Już musiało wylecieć! — rzekł po chwili. Ale nie było tak. Jankowi wpadł w oczy i serduszko okruch tego zwierciadła, o którem mówiliśmy już, tego lustra co pokazuje brzydkiem i złem każdą rzecz piękną i wielką, które uwypukla stronę ujemną każdej istoty, podkreślając wady i ułomności w sposób przesadny. Biednemu Jankowi wpadł do oka i dotarł aż do serca jeden z owych niezliczonych okruchów strasznego zwierciadła, a serce jego stało się twarde i lodowate. Chociaż nie czuł żadnego bólu miał już w sobie piekielny szczątek. — Czemuż płaczesz! — rzekł do Zosi, którą wzruszył jego okrzyk bólu. — Otrzyj oczy, gdyż wyglądasz szkaradnie. Już mi nic nie jest! Pfuj! — zawołał spojrzawszy wokoło siebie. — Tę różę stoczyły robaki, a ta szkaradne ma płatki. Wszystkie zresztą są pospolite i bez uroku, jak ta stara paka, w której rosną! — powiedziawszy to kopnął skrzynię i zerwał dwie róże, które mu się nie spodobały. — Co czynisz Janku! — oburzyła się Zosia, jakby popełnił świętokradztwo. Widząc jej przestrach, zerwał Janek jeszcze jedną różę, potem zaś wrócił na swe poddasze, nie pożegnawszy wcale towarzyszki zabawy. Ach, był to skutek okrucha djabelskiego zwierciadła. Nazajutrz oglądali znowu tę samą książkę z obrazkami, a Janek dostrzegał tylko szkaradne małpy, istoty śmieszne, niezgrabne i straszne potwory. Gdy babka opowiadała historyjki, psuł wszystko wtrącając ciągle swe zarzuty, albo krył się za staruszkę, wkładał jej okulary i robił grymasy. Przedrzeźniał słowa babki, naśladował jej głos i rozśmieszał wszystkich, co ubliżało wielce czcigodnej osobie. Rozwinęła się w nim nagle skłonność do małpowania każdej napotkanej osoby i przedrzeźniania jej w sposób śmieszny, a wszyscy śmiali się mówiąc: — To zmyślny i mądry chłopiec! Droczył się teraz nawet z Zosią, chociaż była mu oddana całą duszą, a wszystko to sprawił ów okruch zwierciadła, tkwiący w jego sercu. Nie zajmowało go już to co przedtem, stał się nawet w zabawie bardzo rozsądnym. Kiedy pewnego dnia nastała zawieja śnieżna wziął szkło powiększające i schwytawszy płatki śniegu na połę kaftana, rzekł do Zosi: — Przypatrz im się. Płatki oglądane przez szkło były w istocie znacznie większe, przypominały kwiaty i wieloramienne gwiazdy. — Prześliczne są! — zawołał z zapałem — Wolę je od kwiatów, bo więcej dają do myślenia i większą mam z nich radość. Niema w nich błędu żadnego, szkoda tylko, że topnieją tak szybko. Niedługo potem zjawił się Janek w rękawicach zimowych, z sankami na plecach i szepnął Zosi: — Pozwolono mi sankować się wraz z innymi chłopcami po wielkim placu! — powiedziawszy to wybiegł prędko. Zuchwali chłopcy przywiązywali sanki swe do wozów i sani chłopskich i nieraz daleko jeździli w ten sposób, zanim ich spostrzeżono. Podczas najlepszej zabawy nadjechały sanki biało malowane. Siedziała w nich jakaś osoba w białem futrze niedźwiedziem, włosem na wierzch i białej futrzanej czapie. Sanki okrążyły plac dwa razy i Janek zdołał uczepić do nich swoje. Gdy się to stało, wielkie sanie ruszyły prędko, i coraz prędzej wyjechały w najbliższą ulicę. Osoba sie- dząca w nich obracała się raz po razu do Janka kiwając mu życzliwie głową, jakby się dobrze znali, tak że Janek siedział dalej nie puszczając sznura swych sanek i dostał się w ten sposób poza miasto. Tam rozhulała się śnieżyca na dobre, tak że musiał przysłaniać oczy ręką. Nareszcie przeląkł się i puścił sznurek, chcąc odczepić swe sanki od wielkich. Ale nie pomogło to nic i pędził dalej jak wiatr. Zaczął krzyczeć co sił, ale sanki pędziły dalej. Czasem uczuwał uderzenie, jakby jechano przez rowy i skały. Przerażony Janek chciał się modlić, ale przypomniał sobie tabliczkę mnożenia. Płaty śniegu stawały się coraz to większe, i w końcu wyglądały jak wielkie, białe kury. Nagle konie skoczyły w bok, sanie stanęły, a jadąca w nich osoba podniosła się z siedzenia. Futro jej i czapka były ze szczerego śniegu. Janek zobaczył wysoką, smukłą, lśniąco-białą damę i poznał Królowę Śniegu. — Dziarsko jechaliśmy, — powiedziała — ale zimno dziś trochę, chodź więc i schowaj się w moje futro niedźwiedzie. Posadziła go obok siebie i okryła futrem, jemu zaś wydało się, że zapada w ogromną zaspę śnieżną. — Zimno ci jeszcze? — spytała, potem zaś pocałowała go w czoło. Ach! Jakże zimne były jej usta, zimniejsze od lodu! Serce jego, napół już zlodowaciałe zastygło w zimną bryłę od tego pocałunku. Wydało mu się, że umiera, ale trwało to chwilę tylko, potem zaś zrobiło mu się dobrze i nie czuł wcale zimna. — A gdzież moje sanki! — zawołał. — Nie zapominaj o sankach moich! Jedna z białych kur śniegowych wzięła sanki na plecy, a Królowa Śniegu pocałowała Janka raz jeszcze, tak że zapomniał zupełnie o małej Zosi, starej babci i wszystkich w domu. — Już cię nie będę całować, gdyż umarłbyś! — powiedziała Królowa Śniegu. Janek patrzył na piękną, uroczą i mądrą kobietę. Wyglądała teraz całkiem inaczej, niż wówczas kiedy mu skinęła ręką, siedząc na skrzynce po różach. Była istotą wprost doskonałą. Ale Janek nie bał jej się wcale, powiedział, że umie rachować w pamięci, zna ułamki, wie ile kraj posiada obszaru w milach kwadratowych i ilu mieszkańców, a ona słuchała go z dobrotliwym uśmiechem. Pomyślał, że to co wie, wydaje jej się jeszcze niedostatecznem i spojrzał w górę ku bezmiarom powietrza, ona zaś porwała go ze sobą wysoko, aż tam, gdzie płyną czarne chmury i burze nucą stare jakieś pieśni. Lecieli ponad lasy i jeziora, kraje i morza. Na dole, pod nimi siekł zimny wiatr, wyły wilki, lśnił śnieg i unosiły się leniwo stado wron kraczących. Nad ich głowami błyszczał księżyc czysty, jasny i ku niemu to spoglądał Kay przez całą tę długą noc zimową. W dzień zaś spał u stóp Królowej Śniegu.

OPOWIEŚĆ TRZECIA.

OGRÓD CZARODZIEJKI.

Cóż się działo z małą Zosią gdy Janek nie wrócił? Dumała długo gdzieby mógł być, ale nikt tego nie wiedział i nie dał wskazówki. Chłopcy mówili tylko, że przywiązał swe sanki do wielkich, wspaniałych, biało malowanych i popędził w ulicę daleko, za miasto. Nikt nic więcej nie wiedział, rodzice i babka Janka płakali gorzko, a najboleśniej płakała Zosia. Powiedziano sobie, że nie żyje, że utonął w rzece płynącej pod miastem. Długo jeszcze trwały ciemne dni zimowe. Na koniec przyszła wiosna i słońce zaczęło słać cieplejsze promienie. — Janek umarł! — powiedziała Zosia. — Nie sądzę, by tak było! — odparł promień słońca. — Janek umarł i przepadł na zawsze! — powiedziała Zosia jaskółkom. — Nie sądzimy, by tak było! — odpowiedziały jaskółki, a Zosia zaczęła także myśleć, że Janek żyje. — Wdzieję nowe, czerwone trzewiki, których Janek nie wiedział jeszcze — powiedziała sobie jednego ranka. — Pójdę nad rzekę i zapytam jej. Wstała wcześnie, pocałowała drzemiącą jeszcze babkę i poszła, w czerwonych trzewiczkach sama, daleko za miasto, gdzie płynęła rzeka. — Czy to ty wzięłaś mi Janka? — spytała. — Oddaj mi go, a dam ci te nowe, czerwone trzewiczki! Wydało jej się że rzeka mruga ku niej przyjaźnie, zdjęła trzewiki, które były jej skarbem największym i rzuciła w wodę. Ale padły blisko brzegu i fala odniosła je, jakby rzeka nie chciała zabierać jej trzewiczków, zwłaszcza, że nie mogła oddać Janka. Zosia pomyślała, że nie dość daleko rzuciła trzewiczki, weszła tedy z trudem na łódkę, stojącą opodal wśród szuwarów. Dotarłszy na przeciwległy koniec łódki rzuciła raz jeszcze trzewiczki do wody. Ale łódka nie była przywiązana i pod wpływem tego wstrząśnienia odbiła od brzegu. Zosia zauważyła to, przebiegła prędko w przeciwną stronę, ale zanim się to stało, łódka odpłynęła już znaczny kawałek i mknęła coraz szybciej z prądem wody. Dziewczynka przeraziła się bardzo i zaczęła płakać. Ale słyszały to jeno wróble, a nie mogąc jej przenieść na brzeg, polatywały tylko świergocąc: — Jesteśmy przy tobie! Jesteśmy przy tobie! Łódka płynęła z falą, Zosia siedziała w samych jeno pończochach, a czerwone buciki płynęły za nią, ale nie mogły dogonić łódki. Prześlicznie było na brzegach, rosły tam wspaniałe kwiaty, stały wysokie drzewa, po zboczach pasły się owce i krowy, ale nigdzie nie widziała człowieka. — Może mnie rzeka niesie do Janka? — przyszło jej na myśl i zaraz poweselała, tak że przez kilka godzin patrzyła spokojnie na urocze brzegi. Nagle ujrzała sad wiśniowy, w nim prześliczny, kryty słomą domek o czerwonych i niebieskich okienkach, a po obu stronach drzwi stali drewniani żołnierze, prezentując broń przed małą podróżniczką. Zosia pomyślała, że są żywi, zawołała przeto, ale naturalnie nie odpowiedzieli ni słowa. Łódź zbliżała się tymczasem coraz bardziej do domku. Zosia krzyknęła jeszcze głośniej, a z domku wyszła stara, bardzo stara kobieta, oparta na kuli. Dla ochrony przed słońcem miała na głowie duży kapelusz, malowany w piękne kwiaty. — Biedne, drogie dziecko! — powiedziała. — Przebyłaś wielką rzekę, sama, taki kawał drogi! To rzekłszy przyciągnęła kulą łódkę i wysadziła Zosię. Dziewczynka rada była bardzo, że jest na lądzie, ale bała się potrosze staruchy. — Chodźże, chodź! — powiedziała jej.— Mówże kto jesteś i skąd przybywasz! Zosia opowiedziała wszystko, a stara kobieta słuchała i mruczała, potrząsając głową. Gdy wreszcie spytała, czy nie widziała Janka, odrzekła, że dotąd nie przepływał tędy, ale pewnie przybędzie niedługo. Pocieszała ją i namawiała do skosztowania wiśni i obejrzenia kwiatów, które są piękniejsze, niż w książce z obrazkami, każdy zaś umie opowiedzieć zachwycającą bajkę. Potem wzięła Zosię za rękę, wprowadziła do domku i zamknęła drzwi. Okna były bardzo wysoko umieszczone, a szyby miały kolor czerwony, niebieski i żółty. Dziwnie to wyglądało, ale na stole zobaczyła Zosia przepyszne wiśnie i dostawszy pozwolenie jadła ile tylko mogła, a stara kobieta czesała jej włosy złotym grzebieniem. Włosy falowały się od tego i lśniły złoto, wokoło rumianej, jak róża twarzyczki. — Od dawna chciałam mieć taką małą dziewczynkę! — rzekła starucha. — Zobaczysz, że nam będzie dobrze ze sobą! Im dłużej czesała włosy Zosi, tem bardziej dziewczynka zapominała o Janku, gdyż starucha umiała czarować. Nie była złą czarownicą i czyniła to tylko czasem dla rozrywki, a chciała Zosię zatrzymać przy sobie. Dlatego też wyszła do ogrodu i wyciągnęła nad różami kulę swą, a kwitnące przed chwilą jeszcze uroczo krzewy zapadły zaraz w czarną ziemię, tak że ślad po nich zaginął. Starucha uczyniła to z obawy, by Zosi nie przypominały róże własnego ogródka, a więc także Janka, gdyż mogłaby od niej uciec. Potem wprowadziła Zosię do ogrodu, gdzie woniały najcudniejsze kwiaty. Wszystkie możliwe rośliny wszyst- kich pór roku ugrupowane były na osobnych klombach a żadna książka obrazkowa nie mogła być tak piękna. Zosia podskakiwała z radości i bawiła się w ogrodzie aż do chwili, kiedy słońce zaszło poza wiśniowe drzewa. Potem dostała śliczne łóżeczko z purpurowemi firankami i haftowaną w fiołki jedwabną poduszkę. Zasnęła, marząc rozkosznie, jak królowa w dzień ślubu. Nazajutrz zaczęła znowu od zabawy wśród kwiatów na ciepłem słońcu i trwało to przez dni cztery. Zosia znała wszystkie rosnące tu kwiaty, ale wydawało jej się, że brak jednego. Pewnego dnia spojrzała na malowany kapelusz swej opiekunki i zobaczyła na nim różę. Starucha zapomniała o tem całkiem, każąc różom zapaść się w ziemię. Tak to bywa nieuważnym ludziom. — Brak tu róż! — powiedziała sobie Zosia i zaczęła szukać po klombach. Nie znalazłszy, siadła i rozpłakała się, a łzy padły właśnie na miejsce, gdzie ukryty był pod ziemią krzew różany. Ledwo łzy doń ściekły, wyskoczył na wierzch rozkwitły i wonny jak przedtem, Zosia objęła go, zaczęła całować róże, a wspomnienie o Janku wróciło jej znowu. — Ach! Ileż straciłam czasu! — zawołała. — Muszę go szukać! Czy nie wiecie gdzie jest? — spytała róże. — Sądzicie może, że zmarł i przepadł na zawsze? — Nie zmarł! — rzekły róże. — Byłyśmy w ziemi gdzie są wszyscy zmarli, ale nie znalazłyśmy Janka. — O dzięki wam, serdeczne dzięki! — zawołała Zosia, potem zaś chodziła od kwiatu do kwiatu, zaglądając w kielichy i pytała: — Może wiecie gdzie jest Janek? Każdy kwiat stał w słońcu i snuł własną baśń, lub opowieść. Wysłuchała ich też dużo, bardzo dużo, ale w żadnej nie było nic o Janku. Cóż powiedziała lilja płomienista? — Bęben bije! Bum! Bum! Dwa tylko tony. Ciągle bum, bum! Słychać płacz kobiet. Słychać śpiew kapłanów. Hinduska w długiej, czerwonej szacie stoi na stosie pogrzebnym, a dokoła niej i zmarłego jej męża lśnią płomienie i dym się kłębi. Ona zaś myśli o tym, który jest tutaj, w kole żywych, o oczach jego płonących jaśniej od ognia i palących gorącej, niż żar od którego niedługo w popiół się zmieni. Czyż płomień serca może zamrzeć w płomieniach stosu? — Nie rozumiem tego wszystkiego! — powiedziała Zosia. — To jest moja opowieść! — odparła lilja płomienista. — Cóż powie bluszcz? — Tam, w dali wznosi się w niebo dumnie zamek rycerski. Gęstwa bluszczu oplata stare mury, pnąc się w górę. Na rzeźbionym balkonie stoi dziewczyna, przybrana w jedwabne szaty. Patrzy na dół, na drogę i wychyla się, pytając: — Czemuż nie przybywa, czemu go niema jeszcze? — Czy mówisz o Janku? — rzekła Zosia. — Opowiadam jeno baśń własną! — odparł bluszcz. Zosia zwróciła się do białych śnieżyczek. — Pomiędzy dwu drzewami wisi chuśtawka, a na niej dwie małe dziewczynki w kapelusikach o zielonych wstążkach. Za niemi brat starszy. Objął ramionami sznury, a w rękach trzyma miseczkę z pianą mydlaną i słomkę. Puszcza, chuśtając się, bańki, które migocą w powietrzu kolorami tęczy. Z boku czarny piesek służy, prosząc, by go dzieci wzięły na chuśtawkę. Szczeka też czasem niecierpliwie, a chuśtawka buja ciągle i bańki lecą w powietrze. Oto moja opowieść. — Ładna jest! — powiedziała Zosia. — Ale nie wspominacie o Janku i to mnie smuci. Cóż powiedzą hjacenty? — Były raz trzy siostry urocze, zwinne i przybrane w piękne szaty. Jedna miała suknię błękitną, druga czerwoną, a trzecia białą. Tańczyły nad brzegiem morza w promieniach księżyca. Pobiegły pewnego dnia w las i przepadły. Niedługo spłynęły w morze trzy trumny z głębi lasu, a robaczki świętojańskie otaczały je lśniącym kręgiem. Dziewczęta zmarły, tak powiedziała woń kwiatów leśnych i już nigdy nie zatańczą nad morzem. Wieczór zadzwoniły im kielichy kwiatów. za smutna opowieść! — rzekła Zosia. — Zapach wasz także przypomina śmierć. Czyżby Janek zmarł? Róże były pod ziemią i mówiły, że go tam nie widziały. — Klink klong! — odparły hjacenty. — Nie dzwonimy małemu Jankowi, gdyż go nie znamy wcale. Snujemy tylko opowieść własną. Zosia poszła do słonecznika, świecącego jak słońce wśród zieleni. — Ty piękny, wielki, jasny kwiecie powiesz mi pewnie gdzie mogę znaleźć Janka? Słonecznik spojrzał przyjaźnie i zaczął mówić: — Pośrodku małego podwórka był ogród. Słońce odbite od murów dogrzewało, a w trawie stał piękny, rosły słonecznik. Przy oknie siedziała stara babunia. Właśnie wróciła do domu wnuczka jej ze służby. O, jakże się witały, jak całowały. Słońce było w tych pocałunkach, słońce na świecie, wszędzie lśniło słońce. — Ach! — westchnęła Zosia. — Moja babunia tęskni pewnie za mną i za Jankiem także. Ale wrócę, wrócę i przywiodę go ze sobą. Ująwszy oburącz sukienkę, by jej nie przeszkadzała, pobiegła spiesznie ale potknęła się o biały narcyz. — Może ty mi powiesz coś o Janku? — spytała przystając. — Widzę siebie samego! — rzekł narcyz. — Widzę siebie ciągle i oddycham wonią własną. Tam, wysoko, na poddaszu tańczy śliczna dziewczynka. Pierze białą sukienkę i suszy na dachu. Potem okrywa ramiona jaskrawo żółtą chustką, by sukienka wyglądała bielej jeszcze... — To wszystko nie obchodzi mnie wcale! — odparła Zosia i pobiegła na skraj ogrodu. Furtka była zamknięta, ale dziewczynka szarpała zardzewiałą klamkę tak długo aż ustąpiła, potem zaś wybiegła w świat szeroki. Nikt jej nie gonił, szła tedy i szła, aż zmęczona przysiadła na wielkim kamieniu. Obejrzawszy się wokoło spostrzegła, że była to już późna jesień. Zmiany tej widać nie było w zaczarowanym ogrodzie gdzie świeciło ciągle słońce i kwitły kwiaty wszelkich pór roku jednocześnie. — Ach, ileż czasu zmarnowałam! — wykrzyknęła Zosia. — Już jesień! Muszę się spieszyć bardzo. Poszła dalej, chociaż ją bardzo bolały nogi i mimo że świat wokół był zimny i pusty. Gałęzie wierzb zwieszały pożółkłe liście, z których ściekała chłodna rosa. Liść po liściu spadał, a tylko tarnina miała jeszcze owoce. Gorzkie były, czarne i niemiłe. Ach, jakże smutnie wyglądało wszędzie!

OPOWIEŚĆ CZWARTA.

KRÓLEWICZ I KRÓLEWNA.

Zosia siedziała znużona wielce, w dali zaś, naprzeciw niej skakał po śniegu gawron. Przystając od czasu do czasu kręcił głową i spoglądał uważnie na małą wędrowniczkę. W końcu podszedł bliżej i rzekł: — Kraa! Kraa! Znaczyło to po wroniemu: Dzień dobry! Nie umiał się lepiej wyrazić, ale był życzliwie usposobiony dla Zosi i spytał z jakiego to powodu wyruszyła sama jedna w świat szeroki. Wzruszona tem bardzo opowiedziała Zosia gawronowi całą historję swego życia, potem zaś spytała, czy nie wie coś o Janku. — Możliwe! Możliwe! — powiedział gawron, chwiejąc poważnie głową. — Jakto? — zawołała dziewczynka z radością. — Więc wiesz gdzie jest? — potem zaś chwyciła gawrona za szyję i jęła całować tak porywczo, że go omal nie udusiła. — Bądźże rozsądna! — rzekł jej gawron. — Sądzę, że widziałem twego Janka. Ale pewnie zapomniał już o tobie z powodu królewny. — Więc przebywa u królewny? — spytała Zosia. — Tak jest! Słuchajże. Trudno mi mówić waszym ludzkim językiem. Może rozumiesz po wroniemu, natenczas mógłbym ci wszystko lepiej opowiedzieć. — Nie znam języka wron! — odparła Zosia. — Babunia mówi nim biegle, ale niestety nic się nie nauczyłam. — To nic! — rzekł gawron. — Porozumiemy się jakoś! — Potem zaś jął opowiadać wszystko po kolei: — To państwo, gdzie jesteśmy, jest własnością bardzo mądrej królewny. Przeczytała ona wszystkie dzienniki świata i zapamiętała zaraz całą ich treść. Pewnego dnia siedziała na tronie, co nie jest wcale rzeczą miłą i nuciła sobie: — Czemużbym zamąż wyjść nie miała! Bardzo rozumne były te słowa i oto królewna umyśliła wziąć męża. Chciała jednak mieć takiego, który umie mówić zajmująco, a nie tylko stać i robić dostojną minę, gdyż jest to okropnie nudne. Kazała zwołać wszystkie damy dworu, one zaś rozradowały się wielce tą wiadomością. — To samo myślałam już dawno! — zawołała każda! — Możesz mi wierzyć na słowo — zapewnił gawron — gdyż mam na dworze narzeczoną, która zagląda we wszystkie kąty i opowiada mi każdy szczegół. Dzienniki wyszły zaraz nazajutrz w różowych obwódkach z serc i inicjałów królewny i przyniosły wiadomość, że każdy młody mężczyzna o miłej powierzchowności może przybyć do pałacu i rozmówić się z królewną. Ten, który nie da się olśnić świetnością dworu, i będzie mówił interesująco, a spodoba się królewnie, zostanie jej mężem. Tak było! Zaręczam słowem. Zbiegli się ludzie, powstał ścisk, ale przez pierwsze dwa dni nie powiodło się nikomu. Każdy mówił wyśmienicie i dowcipnie, póki był na ulicy, wszyscy tracili jednak pewność siebie w chwili, kiedy weszli do pałacu i zobaczyli lśniącą od srebra i złota służbę, oraz przepych sal. Kto zaś stanął przed tronem królewny zapominał języka w ustach i był jeno w stanie powtórzyć ostatnie jej słowo. Zmieszanie i osłupienie przyprawiało każdego o mdłości, odzyskiwał zmysły dopiero po wyjściu na ulicę i za- czynał paplać w najlepsze. Od bram miasta, do samego pałacu stali tak ludzie głodni i spragnieni, gdyż nie poczęstowano ich nawet szklanką wody. Mędrsi wzięli ze sobą chleb z masłem, ale nie dzielili się z współzawodnikami, chcąc by wygląd ich nędzny zniechęcił królewnę. — Ale mówże o Janku — poprosiła Zosia. — Czy był w tłumie? — Pomału, pomału! Właśnie o nim zaczynam. Trzeciego dnia przybył mały chłopiec, pieszo, bez powozu i koni, ale wesoły, aż miło i pomaszerował prosto do pałacu. Oczy mu błyszczały jak tobie, miał długie włosy i był ubogo odziany. — To Janek, niezawodnie Janek! — wykrzyknęła, klaszcząc w — Znalazłam go, znalazłam! — Miał na plecach tobołek! — powiedział gawron. — Nie! To musiały być sanki! — oświadczyła — Wyszedł z sankami na plecach. — Możliwe! — zgodził się. — Nie było dobrze widać. Wiem jednak od mojej narzeczonej, że minął wysrebrzonych strażników i wyzłoconych lokai, skinąwszy im jeno głową. Powiedział, że nudno być musi stać na schodach, pójdzie tedy do sali tronowej. Pałac lśnił niezrównanym blaskiem, tajni radcy i ekscelencje chodzili boso, ze złotemi naczyniami w rękach. Natomiast trzewiki małego przybysza skrzypiały straszliwie, co go jednak nie wprawiało w żadne zakłopotanie. — To napewne Janek! — wykrzyknęła Zosia. — Wziął w drogę nowe trzewiki, a sama słyszałam jak skrzypiały. — W istocie skrzypiały nieznośnie! — rzekł gawron. — On jednak poszedł prosto do królewny, która siedziała na perle, tak wielkiej jak kołowrotek. Wokoło niej stały służebne, wraz ze służebnemi służebnic swoich, oraz dworzanie, wraz ze służącymi i służącymi służących swoich, którzy sobie trzymali znowu służących. Im bliżej drzwi stali tem byli dumniejsi. Wszyscy byli zresztą tak dumni, że należało chylić głowę przed sługą sługi najniższego. — To musiało być straszne! — rzekła Zosia. A mimo to Janek dostał królewnę! — Gdybym nie był gawronem, dostałbym ją także, mimo że mam narzeczoną. Mówił podobno tak jak ja gdy się posługuję wronim językiem, tak mi przynajmniej powiedziała narzeczona. Był wesół i bardzo miły. Nie przybywał zresztą w zamiarach małżeńskich, chciał tylko poznać królewnę i przekonać się o jej mądrości. Polubili się zaraz wzajem. — To był napewne Janek! — powiedziała Zosia. — Znałam jego mądrość, umiał w pamięci dodawać i odejmować ułamki. Proszę cię bardzo, zaprowadź mnie do pałacu! — Łatwo to powiedzieć, ale wykonać trudno. Muszę pomówić z moją narzeczoną. To jeno wiem, że mała dziewczynka jak ty, nie zostanie za żadną cenę wpuszczona do królewskiego pałacu. — Wpuszczą mnie! — zawołała Zosia. — Gdy tylko Janek dowie się, że tu jestem, wyjdzie napewne i wprowadzi. — Zaczekaj na mnie tam, pod płotem! — powiedział gawron i odleciał, kiwnąwszy głową. Wrócił już o zmierzchu. — Kraa! Kraa! — powiedział. — Przynoszę pozdrowienie od mej narzeczonej i bułkę z masłem, zabraną z kuchni, gdzie jest tego pod dostatkiem. Pewnie zgłodniałaś. Niestety nie wpuszczą cię do pałacu lokaje, gdyż nie masz trzewików. Nie płacz jednak. Narzeczona moja wskazała mi boczną bramkę, od której klucz wyszuka i tamtędy dostaniesz się do sypialni królewny. Przeszli oboje park, gdzie już liście opadały i ujrzeli pałac ciemny, gdyż pogaszono światła. Gawron zaprowadził Zosię do małej bramki, która była jeno lekko przyparta. Serduszko Zosi biło od strachu i nadziei. Wydawało jej się, że czyni coś złego, a jednak chciała jeno dojść, czy Janek przebywa w pałacu królewny. Była tego niemal pewna. Wyobraziła sobie żywo jego mądre oczy, długie włosy i uśmiech, jaki miewał ongiś, siedząc wśród róż. Ucieszyłoby go napewne, że przebyła tak długą drogę w poszukiwaniu za nim, oraz wieści z domu, gdzie wszyscy za nim tęsknili. Ach, cóż to był za strach i nadzieja! Weszli po schodach i ujrzeli na szafce małą lampkę. Pośrodku podłogi stała wrona, kręciła głową i patrzyła na Zosię, która oddała jej ukłon jakiego ją wyuczyła Babka. — Narzeczony mój opowiedział mi o tobie, panienko, dużo dobrego — rzekła oswojona wrona. — Los twój wzruszył mnie naprawdę! Proszę, racz wziąć tę lampkę, a pójdziemy tędy. Jest to droga prosta, na której napewne nie spotkamy nikogo. — Wydaje mi się jakby ktoś szedł za mną! — powiedziała Zosia. — I rzeczywiście w tej chwili coś przeleciało obok niej. Cienie mignęły po ścianach, konie z rozwianemi grzywami o wysmukłych nogach strzelcy, myśliwi i damy jadące konno. — To są sny! — objaśniła wrona. — Przybywają by zabrać myśli dostojnych państwa na łowy. Sprzyja to naszym celom, gdyż będziesz ich mogła tem swobodniej obserwować w łóżku. Nadmieniam, że liczę na twą wdzięczność, panienko, gdy dojdziesz do zaszczytów i godności. — Rozumie się! — rzekł poważnie gawron. Potem weszli do pierwszej sali, wytapetowanej purpurą w kwiaty i wieńce. Tutaj przemykały sny tak blisko, że Zosia dostrzec ich nie mogła. Sala za salą były coraz to wspanialsze, tak że dziewczynce mąciło się w głowie. Na koniec dotarli do sypialni. Strop wyobrażał wielką palmę o liściach z kryształu, a pośrodku, na grubym pniu zwisały dwa łoża w kształcie lilji. Łoże królewny było białe, a królewicza purpurowe i tam umyśliła sobie Zosia odnaleźć Janka. Odgięła jeden z płatków i spojrzała. Tak, to był Janek! Poznała go po ogorzałym karku. Zawołała nań po imieniu i przyświeciła lampką. Sny wróciły pędem do sypialni, załomotały podkowy koni, królewicz obudził się... obrócił głowę... Ach, to nie był Janek! Z tyłu jeno wydawał się nim, gdyż był, jak on piękny i młody. Z białego łoża wyjrzała królewna, pytając co zaszło. Zosia jęła płakać, opowiedziała całe swe dzieje i co dla niej uczyniły wrony. — Biedna dziewczynka! — powiedzieli oboje królewstwo, pochwalili wrony i przebaczyli im, pod warunkiem, że nie powtórzą już tej awantury. Także została im przyrzeczona nagroda. — Czy chcecie lecieć wolno, czy też otrzymać nominację na wrony dworskie, z prawem do kuchennych odpadków? — spytał królewicz. Wrony złożyły ukłon i poprosiły o nominację dworską z uwagi na to, że miło jest na starość żyć bez troski. Królewicz wstał z łoża i poprosił Zosię, by się weń położyła. Nic ponadto uczynić nie mógł. Zosia złożyła ręce do modlitwy, pomyślała jak dobrzy byli dla niej ludzie i zwierzęta, potem zaś zasnęła. Sny przybiegły. Były podobne aniołom. Ciągnęły sanki, na których siedział Janek i kiwał głową. Wszystko to było atoli tylko ułudą snu, przeto znikło przy obudzeniu. Nazajutrz została przyodziana od stóp do głowy w aksamit i jedwab i zaproponowano jej, by została w pałacu gdzie może żyć bez troski, w dostatkach. Ale Zosia poprosiła jeno o mały wózeczek jednokonny i trzewiczki, gdyż chciała jechać w daleki świat, na poszukiwanie Janka. Dostała zaraz trzewiczki, piękną, ciepłą odzież i zarękawek. Przed bramą pałacu zobaczyła powozik ze złota z herbem królewskim na drzwiczkach. Woźnica, lokaj i dojeżdżacz mieli korony na głowach. Królewicz i królewna wsadzili ją sami i złożyli życzenia pomyślnej drogi. Gawron, który się już tymczasem ożenił, towarzyszył jej przez trzy pierwsze mile. Siedział obok Zosi gdyż nie znosił jazdy tyłem. Jego małżonka pożegnała odjeżdżającą w progu pałacu, biciem skrzydeł, nie towarzyszyła jej, bowiem od czasu swej nominacji dworskiej, cierpiała często na ból głowy. Powozik był wytapetowany preclami z cukrem, a pod siedzeniem mieściło się mnóstwo owoców i orzechów. — Do widzenia! Do widzenia! — wołali królewiczostwo, Zosia płakała, a wrona płakała także. Po przebyciu pierwszych mil pożegnał ją gawron i to było najcięższe rozstanie. Ptak wzleciał na gałąź i bił skrzydłami, jak długo widział powozik lśniący, niby promień słońca.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…