Front matter
BRZEGI WILJI.
I
I.
Piękną jest szeroka Litwa nasza! Nie upośledził ją Bóg od innych krajów. Natura i tu równie, jak gdzieindziej, bogatą jest w ozdoby i wdzięki, zdolne zachwycić oko, zająć wyobraźnię, podnieść i upoić roskoszą duszę! W przerwach głębokich lasów naszych, nad brzegami czystych rzek i strumieni, nad nieścigłemi wzrokiem szybami licznych jezior naszych, na samotnych wzgórzach, lub na powabnych dolinach, ileż to najpiękniejszych okolic w kraju naszym, nietkniętych stopą żadnego wędrowca, nieznanych, i przypadkiem chyba kiedyniekiedy natrafionych, oczekuje w ukryciu pędzla malarza, pienia poety, lub świetnego pióra i dowcipu autora, któryby je opisał, zaludnił, zwiastował ich bytność i piękność ziomkom i prowadził czytelnika od miejsca do miejsca, jak w pięknej galerji od obrazów do obrazów, na którychby rzeczy i okolice rodzinnéj ziemi w żywym, naturalnym jaśniały wdzięku. Przebieżmy małą tej ziemi cząstkę, a nie pokuszając się o palmę i zalety wielkim talentom właściwe, przejdźmy po brzegach rzeki naszéj ojczystej Wilji!... tej odwiecznej przyjaciółki naszej, w której wodach dziki niegdyś Litwin poił swego rumaka; nad którą Mońarcha kraju tego, mocarza lasów litewskich obaliwszy na ziemię, dzielną prawicę swoją, krwią dumnego zwierza zbroczoną w czystych jej wodach obmył; która przyjęła w swe łono, i przechowuje na dnie, świętym krzyżem obalone i zepchnięte w jej łoże stare bogi litewskie: która w późniejszych czasach tylu zdarzeń publicznych, tylu domowych roskoszy była świadkiem!... nad którą upłynął nasz wiek młodzieńczy, dojrzały upływa, nad którą nakoniec stare nasze koście zagrzebią! Połączmy jej nurtem, jak wstęgą miłej pamięci, kilka wspomnień i podań dawnych z nad jej brzegów, i kilka obrazów wiosny życia naszego, także nad jej brzegami spędzonej, nam i półwiecznym czytelnikom naszym wspólnej i jednoczesnej. Młodości szczęśliwej! pogodnej! żywej! obfitej w uczucia, z uczuć w troski, z trosk w roskosze!... spędzonej w czasie nieodległym jeszcze, gdy ostatki prostoty domowej i towarzyskiej szczeroty naszej stykały się w dobiegających już pasmach z nową teraźniejszą, z egoizmu, chciwości i zbytków szczególniejszą tkaniną, mieniącą się obłudnie jak mora, i błyszczącą jak szych fałszywy, w którąśmy się oblekli. — A gdy w takiej obyczajów i życia naszego przemianie szczęście i wesołość ojców naszych nam znikły, niechże przynajmniej zostaną w pamięci sposoby, któremi oni to szczęście i tę wesołość obudzali; jak na starych kalendarzach znajdziesz niekiedy przepisy doskonałych kordyałów, któremi niegdyś z apteczek domowych babulki nasze orzeźwiały naddziadów.
II
II.
, poczynając bieg swój na granicy Borysowskiego powiatu., płaskim i wązkim przez mil kilkanaście ku południowi posuwa się korytem; lecz wkrótce rzeczki mniejsze, jak drużki jej młode, podbiegają z boków; bierze ona je pod ręce i prowadzi się z niemi do Niemna, z którym w małżeńską jedność zlewa się pod Kownem. Jedną z takich dorodniejszych kompanek Wilji, przypadających szczególniej do wiejskich okolic naszych, je st rzeczka Narocz. Z jeziora tegoż samego nazwania, najobszerniejszego w tych stronach, wypływa ona, i również ku południowi bieg swój obracając o mil dziesiątek napotyka Wilję. — Czysta, po dnie piasczystem i płytkiem tocząca swe wody, w krótkim lecz bystrym i krętym swym biegu, wiele ona sioł obrzeża, wiele łąk tworzy i użyźnia, i nieraz w ciemne lasy zachodząc, nie jedną ponurą knieję rozwesela i ożywia. Gdy na wiosnę prysną lody, szumi i szeroko rozlewa się Narocz. Potężne natenczas szczupaki wypadają z jeziora, igrają w pieniących się jéj nurtach, i daleko od ojczystych oddalają się toni, do których gdy wracać przyjdzie im ochota, czatujący na tę chwilę ich wesołości chłopek nieraz powitał w buczu ogromnego gościa, którego ledwo na ramionach mógł dźwignąć. Wązki i długi półwysep wsuwa się między dwie rzeki w miejscu ich połączenia się, i ciśnięty niecierpliwie przez dwa wodne ramiona, wzajemnie gwałtem je rozdziera. Wzgórek na półwyspie, ogromnemi dębami porosły, panuje nad tą okolicą, trzem a szlakami rzek przerżniętą, z których dwie z dwóch stron przeciwnych ku niem u dążą, a trzecia, z obudwóch zlana, szerszym i wspanialszym nurtem odeń upływa. Nieraz podczas letniéj, ciepłéj a ciemnéj nocy, przedzielony rzeką od wzgórka, zdziwiony postrzegłbyś zdaleka rozniecający się tam płomień; nagle powiększa się on i rozszerza, oznaczają się w blasku, lub nikną w ciemnocie dęby, jak olbrzymy nieruchome; między niemi snują się dziwaczne ludzkie postacie, to kłębami dymu otoczone, to czerwieniejące się około ognisk a... fantastyczne jakieś widma w szczególniejszém i nieodgadnioném zatrudnieniu i ruchu... Nakoniec cała ta zgraja szatanów rozbija się na troje, dzieli się po rzekach... ogniska oddalają się powoli, błyskają coraz słabiej po wodzie, wkrótce wszystko niknie... przepada!!! Widowisko to, któregoby się uląkł przesądny chłopek, gdyby nie wiedział doskonale jego przyczyny, któremu nieraz z upodobaniem sam się przypatrywałem, jest tylko prostą nocną na szczupaki wyprawą; te, zwiedzione blaskiem ognia, zbliżają się do czółen, lub się z łatwością upatrzyć dają rybakowi, i giną pod jego ością. Lecz gdy xiężyc z pełnéj tarczy rzuci na ziemię jasny promień odbity i drżący w rzekach, a czystem i łagodnem światłem oblekający ziemię, natenczas okolica ta nabiera niewymownego powabu równie z piękności swojéj, jako i z miejscowych pamiątek, uderzających w owéj chwili razem i wyraźniéj oko i wyobraźnię. Jeżeli podaniu, nazwaniem miejsca i historyczném podobieństwem wspartemu, zawierzyć mamy, oto na prawo nad spadzistym brzegiem Wilji obozowisko i okop Szwedzki, widoczny jeszcze, i osłaniający wałem zaścianek z kilku włościańskich chatek złożony, Szwedem na pamiątkę nazwany. Na lewo siedlisko i pałac przez połowę w ruinach jednego z dawnych i możnych książęcych imion kraju tego; a tuż przy nim mały kościołek wiejski z dwiema drewnianemi wieżyczkami, na których krzyżyki żelazne zaledwo widnieją w oddaleniu. Wzrok, na jedną lub na drugą stronę rzucony, spotyka jedno lub drugie miejsce, i na każdém zadumaną źrenicę na długo zawiesza!!! Ileż razy młoda a żywa wyobraźnia moja unosiła mnie tu w przeszłość daleką? Ile razy rozwijała zwoje fantastycznych, a jednak prawdopodobnych obrazów, z których się każda przeszłość składa, i które do nieskończoności rozwijać lubimy?... Ileż razy pałac ten brzmiał mi okrzykami wesołéj uczty, rozlegał się echem hucznéj kapeli lub odgłosem trąby, bijącéj na trwogę, w dniach tak dawniéj częstych zamieszań naszych, w których familja tu zamieszkała, czynny miewała udział? Ileż razy przez długie a wązkie szyby i okna zdawał mi się jaśnieć gmach cały rzęsistém światłem, jak niegdyś w dniach uroczystych świąt religijnych lub wspaniałych familijnych obchodów? Ileż razy znowu po ogrodzie, otaczającym pałac ten, a podobniuteńkim do Sapieżyńskiego w Wilnie, przeprowadzałem po długich i ciemnych lipowych szpalerach, poważne figury naddziadów, sprowadziwszy je wprzód moją wyobraźnią ze ścian pałacowych, lub przedstawiałem sobie całe grono pańskie, z matron i mężów, z młodzieńców, dziewic i dzieci złożone, otoczone świetnym orszakiem sług i dworzan, wychodzące z pałacu w niedzielę do skromnego kościółka, i tam razem z ciżbą włościan swoich modlące się pokornie przed ołtarzem, przy którym Kapelan domowy mszę świętą odprawiał; i powracające potem do pałacu z pogodą i powagą na twarzach? A na okopie Szwedzkim, którego dziejów dowiedzieć się chciałem, nie roiłemże niekiedy rycerzy zdobywających i broniących okopu?... Któż zwyciężył? Śpiący w nim snem wiecznym nie odpowiadali za-
pytaniu, lecz się nakoniec od żyjącego, kto i kogo tam zwyciężył dowiedziałem. Do takich i tym podobnych myśli i marzeń pobudzał mię za dni mych młodzieńczych i w nich wspomagał, poczciwy staruszek, przyjaciel mój, chociaż wiek różnił nas daleko, ostatni sługa i dworzanin tej świetnej niegdyś rodziny, której siedlisko opisuję, dokonywający wieku i dożywotniego chleba w małym zakątku zrujnowanego domu panów swoich, dla których serdecznego przywiązania dochował on wiernie do zgonu, i z któremi dawno się już połączył na wieki. — Z opowiadań jego, któremi mię za dwie lub trzy pule w marjasza, cierpliwie z nim rozegrane, nagradzał, wiadomość o okopie Szwedzkim powtórzę tutaj. Będzie to epizodem do przedsięwziętej treści, jak zatoką od Wilii, z której wyjmujemy to podanie, jakby skarb z dawnych zamieszań krajowych pozostały, a dotąd ukryty i zatopiony na dnie.
III
III.
Ogromna, od fundamentów do szczytu wysoka, dwóma piątrami okien, oczepionych jaskółczemi gniazdami, oświecona, a jednak ciemna, długa na przestrzał całego domu sala, w tej niegdyś książęcej rezydencji, podobną jest do opustoszałego kościoła, tem bardziej, że szeroki chór w górze nad wejściem i ołtarz na chórze dają poznać, że rzeczywiście naprzemian i do zabawy, i jako domowa kaplica, do modlitwy służyła. — Wielkie portreta antenatów, w długich ferezjach, z laskami, buzdyganami i buławami w rękach, przyparte do ściany, przedstawiać tu mogły fundatorów, stojących w tej samej powadze, postaciach i milczeniu, w jakich żywi niegdyś, w tem miejscu, odrzuciwszy tylko godła dostojeństw swoich w czasie nabożeństwa stać mogli. W małej z boku komnatce, jak w zakrystji tego kościółka, mieszkał i żył jeszcze przed laty dwudziestu z okładem pan Jędrzej Rombuld, niegdyś Sekretarz księcia Wojewody Trockiego. Komnatka ta, dawniej zwyczajna kancelarja Wojewody i razem kwatera Sekretarza, dziś mu była kątkiem ciepłym na starość, a sala przybytkiem wspomnień i modłów za dusze tych, których postacie widział na ścianach, i których dzieje umiał na pamięć. Suchy, wysoki i blady staruszek, gdy stojąc przed którymkolwiek z portretów zaczynał opowiadania swoje, przybierał z początku postawę, ton i styl nawet poważny, wymuszony, dawny dworsko-sekretarski, łaciną przetykany, wymagający jakoby respektu dla opowiadanej treści i dla erudycji odpowiadającego; lecz wkrótce interes serdeczny, jaki się w nim natenczas obudzał, ożywiał razem twarz i oko staruszka, nikła pedancka powaga i postawa, elokwencja wymuszona i powolna zamieniała się w mowę płynną, prędką, żywą, zajmującą, a kończącą się niekiedy rozrzewnieniem, wzbudzoném długiemi legendami o dawnych dobrych czasach i ludziach, o dawnych wspaniałych panach i dworach, lub o zwyczajach i obyczajach współczesnych młodości Pana Jędrzeja i dawniejszych jeszcze od niego. „Wszystko to, o czém mnie pytasz, zacny kawalerze, mówił mi zatém Pan Rombuld, opisano jest per extensum, de data et actis w djaryuszu wszelkich faktów i ewentów, spisywanym tu in ordine lat od dawnych czasów, a który ja z rozkazu nieboszczyka Pana mojego ś. p. Wojewody Trockiego requiescat in pace!... za jego życia kontynuowałem, i teraz, choć to już summatim kontynuję; mógłbym więc wynaleść i przeczytać Jegomości historję tego okopu nad Wilją, o którym ciekawy jesteś, i innych w tymże czasie rozruchów i exorbitancji w naszym kraju; zwłaszcza że i chwalebną jest rzeczą w wieku młodzieńczym zacnego kawalera ciekawość taka... która prowadzi do nauki i wiadomości... Discat qui nescit. Nam sic sapientia crescit! Lecz że na to foljały wertować trzeba więc opowiem woléj Jegomości, ile wiém i pamiętam. — „Okop ten jest z czasów, gdy po tym kraju grassował Szwed — Karol XII, wielki wojownik, o którym wiesz i czytałeś zapewne Jegomość, a który zginął, jak Szwed pod Póltawą! Przyciągnął on z wojskiem swojém aż tu w województwo Mińskie, i sta nął w miasteczku Radoszkowiczach, ztąd o mil ośm: a że natenczas szlachta i panowie nasi, na dwie partje rozdzieleni, jedni trzymając się Szweda, a drudzy Sasa, na wyraźne skaranie Boskie między sobą wojowali, więc każdy, zebrawszy czy to wojsko, czy to gromadkę swoich adherentów, tańcował po kraju, sekundując podług swej wolj i inklinacji jednemu lub drugiemu potentatowi, a niszcząc i prześladując adwersarzów. — „Taki szatański taniec trwał tu przez lat kilka. — „Ten mąż dzielny, mówił dalej, zbliżając się do figury z buławą hetmańską w ręku, z piersią w pancerzu, poglądającej na nas marsem z portretu, ten mąż dzielny, tam in toga guam in sago, starosta Żmudzki i Hetman Polny, a potem Wielki Litewski, Hrehory na imię, nie darmo piastował buławę, nie uląkł się on Szweda, i nieraz dał mu się we znaki! — Był on natenczas panem tych dóbr i wielu innych po Litwie i Żmudzi, które Szwed funditus zniszczył: a gdy ten ostatni zalokował się w Radoszkowiczach, tym wygodniej mu było, że na tamtej stronie Wilji miał obszerne królewskie dominia, jako to: Markowskie Starostwo, do którego drogę nawet własną z Radoszkowicz, dotychczas znaczną i drogą Szwedzką nazywającą się, wyprowadził — a z obu stron również bogate dobra swego nieprzyjaciela Starosty Żmudzkiego. — „Pilnował się wszakże ostrożny Szwed ściśle, i kilka tygodni, owszem z parę miesięcy pono tu stojąc, rozciągnął kordony swoje szczególniej po nad Wilję, bo się obawiał, aby którykolwiek z partyzantów Augustowskich, nieuległych jego potencji, per stratagemma belli, nie zaszedł mu z tyłu, gdy on wgłąb Rossji, jak się potem pokazało, na bankiet pod Półtawę wybierał się; porozstawiał więc swoje praesidia po brzegach rzeki, a najmocniejsze tu przy zbiegu Naroczy z Wilją, gdzie z półtarasta ciężkich rajtarów szwedzkich zasiadło i okopało się. — „Tymczasem Starosta Żmudzki cittissimis passibus dążąc do Wiłkomierza, niespodziany i najmniej oczekiwany, zjawił się tu jednej nocy na popielisku dóbr i włości swoich. Chociaż Hetman Polny, małą on jednak miał garstkę wojska przy sobie; bo Hetman Wielki Litewski Wiszniowiecki z główną komendą przeszedł już był na stronę Szweda; ale świadomy sam miejsc tutejszych, a do tego mając przewodników z włościan swoich, ucieszonych przybyciem pana i nadzieją, że ich od srogich rabunków i zbytków szwedzkich uwolni, wynalazł bród w rzece, i tejże nocy przeprawił się na drugą stronę. — „Szwedzi, ośmieleni kilkotygodniową spokojnością, spali za oko pem w najlepsze; postawiony nawet żołnierz na straży zasnął... Gdy summo mane równo z brzaskiem Hetman wpada na nich jak piorun! Przerażone rajtary nie mogą przyjść do sprawy ani do koni, a już im na karkach szabla hetmańska! wszelakoż chwytają za broń kto żywy, kupią się, walczą pieszo. Zajadły ich komendant rzucza się na Hetmana! Ciął go Hetman z konia pałaszem, a dokończył drugim ciosem Zaranek, buńczuczny natenczas hetmański, potém Porucznik Husarski i Miecznik Żmudzki. — „Po upadku wodza swego, reszta rajtarów, wiele ich zostało, sparci nad spadziste brzegi rzeki, salwowrać się chcieli wpław, rzucali się do Wilji, i jedni potonęli, a drudzy, którym się udało przepłynąć, znaleźli na drugiej stronie w lasach, kupy chłopstwa, czekającego na ewent bitwy, którzy ich pobrali, powiązali jak baranów, i przyprowadzili do pana; pobitych zaś we własnym ich okopie pogrzebiono. — „Powiadają... relato refero... (bom tego sam nie widział), że w każdą rocznicę tej porażki Szwedów, a stała się takowa mediis Junii — millesimo — septingentésimo — nono — widują ogromnego Szweda z rusznicą na ramieniu, przechadzającego się w nocy po okopie, i odprawiającego czaty nad mogiłą swoich poległych braci, podobno za pokutę za to, że zasnął i nie dopilnował ich za życia. — Skończył starzec opowiadanie, oba mieliśmy wzrok podniesiony na bohatéra jego powieści.... Znikły wady malowidła, tak rażące wprzód oko; portret jaśniał mi teraz urokiem chwały, oblicze wesołością i męztwem. „Umarł w Lublinie Hetmanem Wielkim Litewskim, dodał po chwili milczenia, smutnie ruszając głową Pan Rombuld, bo po upadku Karola i powrocie iterum Sasa na tron, odjętą buławę wielką Wiszniowieckiemu, oddano jemu, którą on wszakże rok tylko niespełna piastował, a któréj tak dla zacności rodu swojego, jako też i dla wspaniałości animuszu godnym był prawdziwie. — „Otoż, zacny kawalerze, wiadomość o tutejszym okopie Szwedzkim; zachowaj ją w twojéj młodej pamięci; będziesz to kiedyś rozpowiadać wnukom swoim, gdy tak jak ja dzisiaj starym będziesz. — Zmów natenczas réquiem aeternam za duszę Jędrzeja Rombulda, który cię tego nauczył.“ —
IV
IV.
„Poranku, wiosno człowieka! Młodości! piękna młodości! Ledwie się ciebie doczeka, A już ubiegłej zazdrości! Ty silniej piersi zagrzejesz, Więcej cnoty w duszę lejesz, Prędszym skutkiem wieńczysz dzieła. Twa prawica dzielniej trzyma, Dalszymi widzisz oczyma... Lecz tyś dla mnie przeminęła!!!.
Wyborneż to były czasy młodości mojej!!! Któż ze mną, nie powtórzy dla siebie tego wykrzyknienia? kiedy się wcale nie myślało o jutrze! bo była pewność, że jutro tak będzie szczęśliwe, jak wczora i dzisiaj! kiedy się nie przewidywało, że po ubiegłej pewnej liczbie jutrów czeka nas smutne pojutrze, za którem wejdziemy w szereg dni pochmurnych; a wśród tych dawniejsze szczęście, dawniejsza radość i pociecha, ledwo kiedyniekiedy zajrzy do serca, jak promień słońca z za chmury!... Serce to kamienieje natenczas u jednych, rozmiękcza się u drugich; i promień ten u pierwszych iskrę pobudzi, u drugich miłą łezkę wytopi... lecz wkrótce jedna zgaśnie, druga oschnie, a człowiek wzniesione na chwilę czoło ku niebu, znowu schyla ku ziemi, jakby wracając do zwyczajnego, a na krótko przerwanego zatrudnienia szukania sobie miejsca na mogiłę!... Autor jest tłómaczem życia, tłómaczem uczuć własnego i drugich serca; pióro więc jego w okresie po południowym dni jego, chwytać bęzie tę iskrę zapału lub łzę rozrzewnienia z ostatków młodzieńczych uczuć, kiedy niekiedy odżywiających się w duszy; ale ta chwila prawdziwego natchnienia rychło przemija i niknie; myśl natenczas traci swą żywość i polot, zasuwa się mgłą i pomrokiem, gmatwa się w ciemnych i rozsnuć się niemogących wyobrażeniach, a pióro, idące za myślą, z niezdolnej wypada ręki. Uczucie, które po dawnem przejściu i wygaśnieniu, najmilszem echem odzywa się nam w duszy, jest Miłość, złączona ze wszystkiemi dziejami młodości naszej, i będąca częstokroć całą ich treścią. W przypomnieniu rozwija ona razem z sobą wszystkie roskosze i powaby młodości! Młodość i Miłość, jak dwie rodzone z sobą i nierozdzielne siostry, jak dwie piękne, niewinne a czułe dziewice, kochające się nawzajem, razem zaczynają swe życie, razem trwają i razem nikną, a więc i razem obudzają się w pamięci!
Tu przebyłem wiek mój młody, Tu była niegdyś Lucyna!
Oto proste a tkliwe wyrażenie uczuć przenikających duszę, a wzbudzonych wniej, widokiem miejsc, w których się młodość i miłość przebyło!!! Przejdzie jedna i druga, przeznaczenie rozdzieli kochanków, śluby powiążą z kim innym i poplączą ich losy... ale zostanie miejsce, gdzie się kochali, gdzie ten pierwsze nieśmiałe wyjąknął wyznanie,... gdzie ta pierwszy raz i wyraz ten: miłość! do siebie wymówiony usłyszała, i pierwszy raz sama ją w sobie niespodzianie odgadła!... gdzie nowe źródło nieznanych dotąd wrażeń, uczuć, skłonności, żądań i nadziei wybiło się w sercach obojga, i zalało te serca zupełnie!!! Na to miejsce gdy jedno lub drugie trafi, ujrzy tam, jakby we śnie miłym, przedmiot dawnych swych zapałów w tej samej młodzieńczej krasie, wdziękach i urodzie, w jakiej się go niegdyś ukochało; własne nawet, jak we zwierciedle czarnoksięzkićm, ujrzy odmłodnienie... Jakaż chwila roskoszy i rozrzewnienia!... Takich miejsc uroczych, dla mnie i dla towarzyszów młodości mojej, wiele nad Wilją, w blizkich jej okolicach i w domach szlacheckich, porozmieszczanych nad jej brzegami, znajduje się; tam to i w nich, że pożyczę jeszcze raz wyrażenia Poety.
„Wpół w marzeniu, w pół przytomnie, „Przetańczyły ach! koło mnie, „Śmiejące się me godziny!...
Perjodycznie w każdą niedzielę i przypadkowie w dniach świąt familijnych, lub uroczystości kościelnych, cała okolica nasza zgromadzała się zwyczajnie do któregokolwiek po kolei domu w są- siedztwie, i dzień ten wesoły, a częstokroć i dni kilka razem, przepędzano. Latem szczególniéj, gdy pora roku pogodna i miła, żyta i jarzyny piękne, murogów zbiory obfite, wróżąc intratę i dostatek, ożywiały dobry humor w gospodarzach; gdy po dziesięcio-miesięcznéj nauce młódź udatna, żywa, pięknie ukształcona, chluba i nadzieja rodziców, wracała z miasta do domu, z zapasem świeżych zalecanek, tańców, mód i nowinek; gdy dziewczęta po nudnéj zimie, rozwijając się razem z kwiatami w dojrzalsze coraz i coraz ponętniejsze wdzięki, tęskniły do zabaw i wesołości; natenczas wszystkie familje, połączone i pomięszane razem i codziennie, grały jakby w grę jaką bieganą, w któréj żywa i swawolna młodzież ciągnęła starszych do koła. Z daleka przewidziane i niecierpliwie oczekiwane imieniny, skromnie i pod sekretem zapowiadane chrzciny, zadroszczone częstokroć, lecz niemniéj przeto huczne, wesela, zażynki, dożynki, wiejskie podwieczorki, oto coraz nowe podniety i powody do prostéj, szczeréj, niewymuszonej a serdecznej wesołości, na któréj skrzydłach czas leciał, i wśród któréj zawiązywały się nieraz między młodzieżą tkliwe skłonności, kończące sie nowem znowu weselem, tak, że częstokroć — Gdzie jeden kończył, tam drugi zaczynał. — Święty Jan był patronem jednego z naszych sąsiadów w parafij; dzień więc dwudziesty czwarty czerwca obchodzony u nas bywał i rzęsisto i wspaniale. — Pan Prezydent solenizant był ojcem licznéj rodziny: kilku synów, młodzieńców z dzieciństwa wychodzących, i kilka córeczek, z których najstarsza siedemnastą już liczyła wiosnę; tworzyło domową gromadkę jego, coraz to interesowniejszą, i corok coraz bardziéj wabiącą ku sobie. Co rok zatém weseléj było na imieninach pana Prezydenta; gdy zaś piękna Helenka zajaśniała nieporównaną urodą, wrota domu papuni jéj, nigdy się prawie nie zamykały, ale uprzejmość i gościnność była natenczas u wszystkich drugą naturą... Szkoda że natura, według powszechnego mniemania, co lat siedm się odmnienia!... Z okien domu Prezydenta i ganku, na ogród wychodzących, widać było długi nurt Wilij promem przejęty, i na szérokiéj z obu stron łące kilkakrotnie zwężowany; z okien więc tych i z ganku liczyli gospodarze w jednym z tych dni solennych i wcześnie poznawali przybywających i przewożących się na promie gości swoich z za Wilji; a w tymże czasie z ganku zajezdnego i z okien frontowych, zdaleka w ulicy brzozowéj, rozpoznawano przybywających bliższych sąsiadów, w których liczbie ja, i przyjaciel mój akademicki Pan Hippolit, niedawno w moje sąsiedztwo, w nadwilejskie okolice, do spadłeg o nań po śmierci ojca folwarku, przybyły, w jednym pojeździe przyjeżdżaliśmy. — Hippolicie! rzekłem gdyśmy się zbliżyli, przybywasz tu z wolnem podobno sercem; któż wić jak wrócisz? — — Albo co? — A cóż innego, jak to, że będzie wiele pięknych dziewcząt, i że możesz zakochać się? — Ej! co tam prawisz! Kto w Wilnie lat kilka najpierwszej młodości przeżył i nie z jednemi pięknemi oczami bezkarnie się spotykał, kto obojętnie patrzał na piękności warszawskie, po całej Europie sławne, (ach! bo też i piękne Warszawianki!), takiemu wieśniaczki nie zawrócą głowy. — — Za nic, bracie, ręczyć nie można —
„Komu się zdarzyło morze przepłynąć, „Może na Dunajcu zginąć!...
W tem podjechaliśmy pod ganek, i po zarekomendowaniu przeze mnie Pana Podkomorzyca (taki bowiem miał tytuł Hippolit) gospodarzowi i solenizantowi razem, złożyliśmy nasze powinszowania. — Trudno mu było wystarczyć na powitanie tłumnie ze wszystkich stron napływających gości; trudniej jeszcze zdobywać się na podziękowania za rozmaite różnej długości i sensów oracje, a najtrudniej może mnie, mającemu w dobitnej pamięci całą tę scenę, opisać ją dokładnie i wyobrazić. Bo z wyrazów by najżywszych i najtrafniejszych nie złożysz podobnego obrazu chwil naszych zjazdów i zgromadzeń przyjacielskich, owych hurmów i tłu mów, bezładnych a hucznych, w których jedna myśl, jedno uczucie radośnego spotkania się i powitania, obejmuje wszystkich, jaśnieje na wszystkich twarzach, rozpromienia wszystkie źrenice, i w wesołych śmiechach i odgłosach wszystkiemi ustami wykrzyka!!! Liter chybaby na to żywych potrzeba, któreby czarnoksięzką ręką sypnięte, mięszałyslę najprzód bezładnie, cisnęły się w rozmaite coraz to zmienne gruppy i kształty, brzęczały jak pszczoły w ulu, i nakoniec, porządkując się w wyrazy i perjody, przedstawiły razem dla oka i myśli pełne ruchu i życia chwil tych wyobrażenia!... Jest to pierwsze, mimowolne, naturalne, niezgaszone obłudną etykietą, objawienie się i wylanie naszego szczerego, uprzejmego i kochającego charakteru, niezatartego dotąd czasem, ani naśladownictwem; jest to gałązka jedna, żyjąca jeszcze, więdniejącego, obyczajów naszych drzewa, z której poznać i przypomnieć można gatunek wybornej całości. W przeciągu półgodziny kilkadziesiąt osób różnego stanu, wieku i płci obojej, napełniło pokoje obszernego wiejskiego domu Pana Prezydenta, i od półgodziny zgiełk ochoczy nie ustawał najmniej; nowe coraz zajeżdżały pojazdy, a prawie przed każdym cwałujący na przodzie mały forysiek cienką i przeraźliwą nótkę od bramy aż do ganku przeciągał. Znalazł się przecież na kozłach pojazdu Podkomorzego, w długiej kierei, z wysokim lakierowanym kapeluszem na głowie, z wąsem siwym nagumowanym, stary kuczer, weteran furmańskiej rzeszy kierował on poważnym w mosiężną staroświecką uprząż ubranym cugiem i trzaskiem z bicza wrzaskliwą tę dziatwę do stajni, jak szczurów do nory, popędził. Na ganku i w pokojach odzywały się gęsto w tłumie między mężczyznami serdeczne i dobitne busiaki, którebyś, jak godziny na repetyerach kieszonkowych, mógł zliczyć; kilkaset także lat na kopy rachowanych zebrałoby się z powitań niewidzących się od dawna przyjaciół. — Kopa lat! kopa lat! Mościa Dobrodziko! wykrzykiwał Pan Skarbnik do mojej sąsiadki, Pani Regentowej, niechętnie słuchającej komplementów, do których kopa lat się mięszała... Kopa lat! kopa lat! wołał na wszystkie strony Pan Tadeusz, tytułem Koniuszyc, marcowy kawaler, ale jeszcze rzeźwy, żywy i wesoły, wielbiciel płci pięknej,; a faworyt wszystkich o mil pięć w około ciepłych wdówek i podstarzałych ciotulek, poufały każdego i w każdym domu przyjaciel, wyborny nakoniec towarzysz każdej kompanji. Kopa lat, Panie Józefie! kopa lat, Panie Władysławie! wołał on; a przecież Pan Józef i Pan Władysław razem swoje lata dodawszy, kopy jeszczeby nie złożyli! Nie czekając odpowiedzi, Pan Tadeusz wciskał się już w drugą gromadę, i znowu lata na kopy rozliczał. Powoli wszystko się szykuje i ucisza... po chwilach serdecznych następują chwile grzeczne; tłumy się rozwinęły... formują się i osiadają grona dam... łączą się w bukiety piękne dziewczęta... chłopcy naprzeciw gęstym je otoczyli wieńcem, a bystrym i ciekawym wzrokiem wskroś ich aż do serca przeniknąćby radzi. — Upowszechniła się zabawa... a gdy do ogrodu podwoje otworzono, całe towarzystwo ze wszystkich pokojów, jak rzeka przepływając przez salę, w ogrodzie po ulicach i ścieżkach na liczne rozlało się strumienie, i tam każdy, jak za pędem wody, szedł za skłonnością, in- teresem lub zabawą. — Do mnie zbliżył się gospodarz i z cicha półgłosem zapytał, wskazując wzrokiem na mojego przyjaciela. — Czy to jest syn nieboszczyka Podkomorzego Trockiego. — Tak jest! — — Wiele ma rodzeństwa? — — Jedynak! — — Oho! to musi być panicz bogaty? — Sto chat w Trockim, prócz folwarku w naszem sąsiędztwie. Po małej pauzie ozwał się głośno Prezydent, podchodząc ze mną do Hippolita. — Jakże ci dziękuję, kochany panie Ignacy, za pamięć na starego przyjaciela, i za twoję łaśkawą attencję, a jeszcze bardziej, że nam przywiozłeś szanownego Podkomorzyca, którego ojciec zaszczyca ł mnie swoją przyjaźnią! — — Cieszę się odpowiedział grzecznie Hippolit, że tym sposobem mam dziedziczne prawo do względów Pańskich. — Po wzajemnem uściśnieniu się odszedł Prezydent, a Hippolit zapytał się także z cicha i półgłosem. — Kto jest ta ładna dziewczyna, wyższa od całej gromady dziewcząt ku nam idącej? — — Właśnie mam cię jej prezentować. Jest to córka starsza gospodarstwa — Panna Helena, a raczej piękna Helusia. — Hippolit patrzał na Helusię i pokręcał głową. — — A co? zapytałem z uśmiechem — To sobie wieśniaczka; gdzież tam do twoich Warszawianek? Hippolit zamiast odpowiedzi zapytał mnie znowu: — Kto jest ten gruby, nizki, podsiwiały jegomość, w światłym szaraczkowym fraku, wlekący się obok panienek, i wyglądający przy nich jak pień przy kląbie? — — Jest to pan Szambelan, sąsiad tutejszy, wdowiec bezdzietny, bogacz, skępiec i rywal każdego, kto się zakocha w Helusi. — — Alboż on pretendent do jej ręki? — — Bodaj!... — — A bodaj go djabli wzięli!... bodaj on nigdy nie doczekał! — — Jakto? jużeś zakochany? tak prędko! nie przemówiwszy ani słowa do dziewczyny. Miałżebym wieszczego ducha, gdym cię ostrzegał? — — Nie... nie... ale bo patrz jaki mi adonis! traktuje panienki tabaczką! — — Dla pokazania złotej tabakiery; i oto widzisz poszła po rękach; a piękne oczki przypatrują się pięknemu złotku. — Zbliżyła się tymczasem ta kompanja do nas. Przedstawiłem Hippolita Helence. Pan Szambelan rzucił nan okiem z ukosa... zmarszczył brew... przeczuł rywala! — Możecie moje śliczne panieneczki, ozwał się Szambelan, zażyć z tabakierki, bo tabaczka ledziutka, i różą pachnie. — Odemknął tabakierkę, traktował; żadna nie wzięła, wszystkie się ukłoniły. — Ale któraż to godzina? — rzekł zatem Szambelan, chowając tabakierę, a wyciągając z za nadra zegarek staroświecki złoty, perłami kameryzowany. — Sama pierwsza! — Pocisnął, zadzwonił nad uchem małej Zosi, ta chwyciła mu z rąk piękną cackę, i od niej znowu zegarek z ręki do ręki przechodził. — Piękne antyki, — rzekłem patrząc na zegarek i tabakierę. — Tak, tak, ja bardzo lubię antyki, odpowiedział głośno z miną zarozumiałą pan Szambelan, i mam ich zbiorek niemały! Ten pierścień także jest antykiem; proszę się przypatrzyć. — Z większą jeszcze ciekawością przyjęty, błysnął w rączkach panienek, brylantowy w staroświeckiej osadzie pierścień. — Niechże pani pomierzy go, rzekł właściciel do Helusi; pięknie się wyda na pięknej rączce. — — Za wielkim jest na nasze palce, — odpowiedziała panna Helena, i nie próbując pierścienia, oddała go Szambelanowi. Gryzł usta, czerwienił się i niecierpliwił się widocznie Hippolit, nie wytrzymał nakoniec. — Pan lubisz antyki? — rzekł. — A tak, lubię! lubię! już mówiłem. — — To zapewne przez sympatję! — — Jak to? — — Oto bo z wiekiem przyzwyczajamy się pospolicie do rzeczy, które nam długo służą; ale to nieszczęście; że antyk złoty czy kamienny, im dłużej trwa, tem droższy, a człowiek im bardziej antyk, tem tańszy! — Zaczerwienił się teraz pan Szambelan, zwarł usta, powlokł wzrokiem po kompanji, a spotkawszy się z uśmiechem moim, a nawet z malutkim uśmieszkiem Helusi i niektórych dojrzalszych jej towarzyszek, poznał, że przycinek Hippolita zrozumiano: zwrócił zatem zuchwale nan oko, ale wzajemnem dumnem spojrzeniem odbity, poznał że trudna będzie potyczka z tak śmiałym adwersarzem, i że mądrze uczyni, gdy na ten raz powtórnej zaczepki uniknie. Jakby więc słów Hippolita nie słyszał, podniósł wzrok do góry i rzekł. — — Piękną mamy pogodę na imieniny kochanego Prezydenta;... — a postrzegłszy z daleka solenizanta, poszedł szybko naprzeciw, i zaczęły się między niemi serdeczne uściski, z widocznemi od Prezydenta względami dla Szambelana, a które pan Szambelan z przesadą przyjmował, i kilkakrotnie a oczewiście pobudzał... Teraz z kolei czerwieniła się i zwarła usteczka Helunia, a ja szepnąłem Hippolitowi do ucha. — — Mój kochany! zacząłeś wojnę; ale patrz, nieprzyjaciel niegługi, wie gdzie ma szukać sukursu. — — Decydujący punkt do zdobycia jest serce Helenki, rzekł Hippolit; jakżeby tego dokazał taki?... — — Ha! może go zdobyć przez kapitulację komendanta, którym jest ojciec, wprzód nim ty attak rozpoczniesz; zresztą ty podobno fałszywem tylko myślisz straszyć oblężeniem, pan Szambelan nie żartem szturmuje. — Hippolit szedł powoli, milczał i dumał... Tymczasem w altanie środkowej, do której zbliżaliśmy się, pan Tadeusz zebranym tam mamuniom, ciotuniom, wujenkom, pomięszanym z wujaszkami i stryjaszkami, rozmaite anegdoty i koncepta rozpowiadał, które lubo im oddawna i niepojednokrotnie już powtarzał, lecz zawsze tak interessująco, dowcipnie i energicznie perorował, że mu nigdy słuchaczów nie zabrakło, i że wesołość i śmiechy krok w krok za panem Tadeuszem biegły. Gdyśmy mijali altanę, opowiadał on jakieś polowanie na sarny, i z postacią celującego do żwierzyny, z ręką prawą na odlew przy skroni, a lewą wyciągniętą naprzód, kręcił się na wszystkie strony, i coraz do innej cioci wymierzał. — Tuf! pudło! tuf! pudło! tuf! tuf! pudło! z dubeltówki — a ja mojego rogala, który prosto na mnie wysadził, prowadzę po malenku... prowadzę..! prowadzę... on daje susy, a ja prowadzę cierpliwie... przypuszczam na kroków trzydzieści i... — W tem ja, podszedłszy cicho za pana Tadeusza gdy on rogala prowadził, — tuf! — krzyknąłem mu nad uchem; — leży, — rzekł on opuszczając ręce i — kto strzelił? — zapytał żywo i z zadziwieniem, zajęty aż do zapomnienia się tą myśliwską sceną — kto strzelił? — — Ja, odpowiedziałem, ja! widząc że tak gęsto strzelasz a nie nabijasz, i że dla tego pudłujesz; żal mi było wypuścić z kniei źwierzynę, i palnąłem z pańskiego ramienia. — — Wybornie, wyśmienicie! — wołał śmiejąc się ze wszystkiemi i zacierając ręce pan Tadeusz. — Ale koniec końcem, moje państwo, mówił on dalej, że kiedy wszyscy i najlepsi strzelcy, śpiesząc się za strzałem, pudłowali haniebnie, ja wytrzymawszy cierpliwie a długo prowadząc, pomaleńku osadziłem ogromnego rogala, to jest, kozła. — — I cóż ztąd? — zapytała jedna z dam nieukontentowana, bo oczekująca jakiegoś dziwacznego zakończenia. — Cóż ztąd? cóż ztąd? odpowiedział pan Tadeusz po chwili milczenia, poglądając na pytającą się nieszpetną panię; oto ztąd wniosek i dowód, że każdego rogala osadzić można, byle go zręcznie, cierpliwie, pomaleńku i kategorycznie (to było przysłowie pana Tadeusza) prowadzić. — — Szczególniejsze aspana dykteryjki, — odezwał się podstarzały... Któż? — O bodajbyś się nie odzywał; śmianoby się jak dotąd serdecznie, ale nie byłoby uśmiechów złośliwych!... W innym końcu ogrodu usiadłszy w chłodzie kilku staruszków, a między niemi i ksiądz Przeor bliskiego Dominikańskiego klasztoru, ze wszystkich stron zbierane polityczne wiadomości wzajemnie sobie udzielali. Dwóm z nich, to jest, księdzu Przeorowi i panu Skarbnikowi Oszmiańskiemu, wiek słuchu przytępił a ciekawości przysporzył. Krzyknął więc pan Skarbnik nad uchem księdzu Przeorowi, aż się echo po ogrodzie rozległo. — — Czy wiesz Reverendissime, że Szwed wojnę wypowiedział? ale w tem sekret! — — Ja nikomu nie powiem Skarbniku dobrodzieju! — odkrzyknął Przeor. — Komuż on wojnę wypowiedział? — zapytał siedzący obok publicysta. — Tego z pewnością nie wiem! krzyknął znowu pan Skarbnik; ale to wiosna pokaże. — — A któraż wiosna? — wrzasnął Przeor. — A jużciż rozumie się że nie ta co minęła, ale ta co przyjdzie, — odpowiedział zniecierpliwiony staruszek. — No, to jeszcze daleki termin — zkonkludowali wszyscy razem; i stanęło na tem, że nowina potrzebuje potwierdzenia, a każda gazeta tej kompanji była równie autentyczna i pewna, jak wojna szwedzka, i równie pod sekretem powierzana. Rozlegające się tak po wszystkich stronach ogrodu, śmiechy i krzyki między starszemi, swawole i zabawy między młodzieżą, przerwał odgłos muzyki, usłyszany niespodzianie na dziedzińcu. Na jej dźwięk kroki wszystkich zwróciły się razem ku budynkowi; wszystkie strumienie w jedną rzekę się zbiegły, a ta w odwrotnym kierunku i szybczej przepływając salę i sieni na dziedziniec wylała.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Brzegi Wilji.
