Front matter
O POWIEŚCIACH T. T. JEŻA
Z RZUTEM OKA NA POWIEŚĆ W OGÓLE.
STUDYUM.
całość
O POWIEŚCIACH T. T. JEŻA
Z RZUTEM OKA NA POWIEŚĆ W OGÓLE.
STUDYUM.
Jedynym sposobem umożliwiającym gruntowność i wszechstronność sądów naszych o zjawiskach wszelkich, jest ujmowanie zjawisk tych u samych podstaw, czyli, zapoznawanie się uprzednie z czynnikami, które mieszczą w sobie najbliższą przyczynę bytu zjawiska, i rządzą warunkami jego rozwoju. Podstawą działalności pisarza każdego jest ta gałęź piśmiennictwa, której oddaje się on najwięcej. W niej, w samej istocie jej i w prawach, jakiemi jest ona rządzoną, mieszczą się czynniki owarunkowujące granice działalności tej, wartość jej, cechy i wpływy. Dla tego to, pragnąc wydać sąd gruntowny i wszechstronny o jednostce pisarskiej, należy przedtem uzbroić się znajomością tej gałęzi piśmiennictwa, której się on oddaje. Dla tego też, mając pisać o jednym z najznakomitszych powieściopisarzy naszych, pozwolę sobie zatrzymać się chwil kilka nad określeniem samej istoty powieści, praw, które rządzą powstawaniem jej i rozwojem, a także umysłowych tych zarówno jak i moralnych narzędzi, które posługiwać muszą pracownikom jej, a których miara i siła stanowią o wartości i sile pracy każdego z nich. Dokonanie określenia takiego wydaje się tu tem konieczniejszem, że pomiędzy wszelkiemi działami umysłowej pracy i twórczości ludzkiej, powieść doświadcza w teoryach tak estetycznych jak moralnych, losu najdziwniejszego, zajmuje najmniej wyraźne. Przyjmowana do przybytku Muz przez jednych a wyrzucana zeń przez innych, tu umieszczana w dziedzinie poezyi, lubo zawsze na ostatnim jej szczeblu stawiona, tam znowu przybliżana bardziej ku naukom społecznym, lecz oskarżana o przynoszenie im ujmy raczej niż pożytku, — powieść przedstawia dotąd nierozwikłaną zagadkę, polegającą na sprzeczności praktyki z teoryą. W praktyce, nad wszystkie inne działy piśmiennictwa umiłowana przez masy cywilizowanych ludów, najmożniejsze, a przynajmniej najszybsze i najwidoczniejsze wywierająca wpływy, w teoryi, u estetyków zarówno jak u moralistów, spotyka się ona z lekceważeniem bliskiem wzgardy z nieufnością podobną do wstrętu. Z pomiędzy pracowników umysłowości ludzkiej najpowszechniej przez ogół znany, najgoręcej może miłowany, najsilniej wstrząsający największą liczbą serc i umysłów — powieściopisarz, wobec sądu krytyki tak estetycznej jak naukowej, zajmuje w hierarchii umysłowych stanowisk stopień najniższy. Wobec sądu tego, wysoko po nad nim stoją nietylko już mężowie ścisłej nauki, ale pracownicy pędzla i dłuta, pracownicy pióra w działach innych: poeta, dramaturg, popularny moralista, aż do dziennikarza nieledwie piszącego o sprawach bieżących ulotne kartki. Dość jest przecież krótkiej chwili uważnego wpatrzenia się w sprzeczność tę, ażeby dojrzeć główne jej dwie przyczyny. Pierwszą z nich jest niedostateczne rozróżnianie samej istoty gałęzi tej piśmiennictwa od pewnej kategoryi jej objawów; drugą — błędna a bardziej jeszcze niedostateczna wiedza o warunkach, narzędziach i siłach, które posiadać muszą pracownicy jej, w prawdziwem nazwy tej rozumieniu. Złe rozróżnianie istoty rzeczy z jej objawami, wypowiada się w wyrzekaniach częstych, a gorzkich na istniejącą olbrzymią ilość powieści pisanych niedołężnie lub niesumiennie, z widokami zysku, lub łatwej sławy, ze smutnym, groźnym, nawet wynikiem chorobliwego wyprężania wyobraźni, drażnienia zmysłów, oczadzania rozumów ludzkich. Wyrzekania te same przez się słusznemi są; wykrzywiają one tylko prawdę estetyczną i moralną wtedy, gdy, jak się to zdarza zawsze prawie, służą za powód potępienia całkowitego, albo przynajmniej niezmiernego umniejszenia w godności i dodatniem znaczeniu, zamiast ludzi winnych sponiewierania idei — samą ideę. Któż kiedy próbował wytrącić z dziedziny artyzmu sztukę malarstwa i odmówić jej wspaniałej mocy uszlachetniania serc, wyobraźni i obyczajów ludzkich, przez to, że istnieją uprawiacze jej z niepoświęconym umysłem i sumieniem, przedstawiający na płótnach swych zielone nieba i błękitne łąki, lub rzucający w tłumy roje płócien czy kartek, z widokami, które bezwstydem poją oczów miliony? Któż kiedy pomyślał o strąceniu nauki z królewskiego jej tronu, dla tego, iż w państwie jej przebywa ilość pewna oszustów i szarlatanów, że niejeden z uprawiaczy jej uważa ją za rolę przeznaczoną do krzewienia osobistych swych mniemań i święte oblicze prawdy okrywa zgłoskami fałszu, ku tryumfowi pychy swej, lub stronniczych swych namiętności? Los taki nie spotkał ani nauki, ani żadnej ze sztuk pięknych. A jednak, fakt naukowy ukryty, fałszywie wytłómaczony, lub w nieprawdziwych przedstawiony połączeniach, dzieło pędzla każące smak dobry ogółu, albo wlewające w myśl jego i obyczaje żywioł cynizmu, — czyliż mniej ujemne i niebezpieczne wywierają wpływy jak utwór pisarskiej sztuki, którego powstaniu nie przewodniczyły talent i sumienie? Bynajmniej; tylko że wpływy piśmiennictwa, działu jego szczególniej najpoczytniejszego, więc powieściopisarstwa, bardziej natychmiastowe są, widzialne, i co najważniejsza, bardziej zrozumiałe. Głębszego zastanowienia i znawstwa potrzeba, aby przeniknąć i zmierzyć szkodliwość złego obrazu dla smaku ogółu, albo zgubność dla rozumu i sumienia mas naukowego oszustwa; lecz wpływ złej powieści wpada w oko i jasnym jest zupełnie nietylko estetykom i moralistom, ale nawet roztropnym prostakom. Nic nie może być bardziej sprzecznem ze sprawiedliwością, jak podobne mięszanie ze sobą samej natury rzeczy z objawami jej znajdowanemi w dziełach ludzkich. Wobec ułomności ludzkiej nie ostoi się ideał żaden w całej zwierzchniej czystości swej; nie idzie zatem, aby pod zbrudzoną zewnętrznością nie można było i nie należało odkrywać wiecznie czystej głębi. Wschodnie ludy mają o tem piękną legendę. W Mecce, w świętem mieście Arabii, w świątyni oddanej czci i pamięci proroka, istnieje kamień wielki, który spadł z nieba na ziemię, za czasów jeszcze pierwszego rodzica ludzkości, Adama. Kamień ten, spadając z nieba, białym był jako śnieg; ale potem przychodziły przez wieki tłumy ludzi i przykładały doń swe usta. Od dotknięć tych powierzchnia głazu stała się czarną; a jednak, i dziś jeszcze, skoro tylko sprawiedliwy składa na nim pocałunek swój, w miejscu, którego dotkną usta jego, znika czarność, a zastępuje ją pierwotna śnieżna biel. Dla tego też arabi mniemają, że głaz święty, pod czarną osłoną swą jest zawsze białym jak dawniej, i że pocałunki, od których poczerniała powierzchnia jego, były pocałunkami grzeszników. Jakim sposobem niedostateczne zbadanie sił i narzędzi, któremi rozporządzać się, które zdobyć sobie muszą twórcy powieści w dobrem nazwy tej znaczeniu, poddaje dział piśmiennictwa tego lekceważeniu i nieufności umysłów poważnych? — zrozumieć łatwo. Dość na to będzie powtórzyć tu często powtarzane zdanie, iż powieściopisarz pisze — niektórzy nawet utrzymują, że pisać powinien, — tak jak ptak śpiewa, więc bez przygotowań się uprzednich żadnych i bez żadnego mozołu, z samego tylko natchnienia i dla samej tylko własnej satysfakcyi. Wobec dzieł nauki i sztuki będących owocem olbrzymich, a ogólnie uznawanych badań, walk i prac, jakież stanowisko zająć może śpiew ptaka, dla którego, aby rozległ się po przestrzeni, nie trzeba nic prócz odpowiednio ukształtowanego gardziołka i pary oczu widzących to o czem wyśpiewuje gardziołko? Naturalnie, stanowisko to musi być wielce podrzędnem. Czemże więc jest powieść? W którym z działów umysłowości ludzkiej znajduje się właściwe i przynależące się jej miejsce? Jestże ona poematem bez rytmu i rymu, dramatem opowiedzianym, albo dyalogowaną rozprawą o zagadnieniach psychicznych, społecznych, filozoficznych? W pierwszym i drugim wypadku należałaby ona bezwarunkowo do dziedziny czystego artyzmu, do tego mianowicie działu dziedziny tej, w którym króluje poezya; w drugim — miejsce jej znajdowałoby się w dziale nauki mającym za zadanie popularyzować wiedzę, przedstawiać i tłómaczyć ją ogółowi w najprzystępniejszy dla niego sposób. Istotnie, w estetyce, krytyce i mniemaniu ogólnem określano nieraz powieść obu powyższemi sposobami. Żadne przecież z określeń tych ścisłem nie jest i nie przedstawia wszechstronnie samej istoty rzeczy. Powieść jest działem umysłowości ludzkiej mięszanym; z jednej strony należy ona niewątpliwie do dziedziny artyzmu, i bez żywiołów piękna zeń czerpanych posiąść nie może szlachetnych ponęt formy; z drugiej jednak — szerokim szlakiem wpływa w dział wiedzy, ten szczególniej, który streszcza w sobie wyniki nauk wszelkich, a zwie się filozofią i pozbawiona prawd, które w nim istnieją, traci wszelką wagę i powagę treści. Dwoistość ta przywiązana niezbędnie do natury powieści stanowi słabość jej i siłę. Stanowi ona słabość jej przez niezmierne utrudnienie w budowaniu wszelkich stałych i przewo- dniczych o niej teoryj, i przez wtrącanie twórców jej w częste a zgubne omyłki, polegające na zbytecznem przechylaniu się w jedną lub drugą stronę. Stanowiąc przecież słabość stanowi ona i siłę jej, bo przez połączenie żywiołu piękna z żywiołem prawdy pozwala jej ona zaspakajać obie najmożniejsze władze umysłów ludzkich: wyobraźnią i rozum; czynić zadość istniejącym w człowieku wiecznie i jednocześnie: pragnieniu wrażeń i pożądaniu wiedzy. W tej to dwoistości natury powieści spoczywają główne przyczyny zbyt częstego jej i różnostronnego każenia i powszechnej, olbrzymiej popularności, która jest jej udziałem. Lecz zkąd pochodzi sama dwoistość ta i niezbędna jej konieczność? Odpowiedź na to znajdziemy w poznaniu praw rządzących powstawaniem powieści i całym procesem jej tworzenia. Powieść częstokroć nazywaną bywa w przenośni zwierciadłem społeczeństw. Porównanie to, pomimo pozorów wszelkich, ścisłem wcale nie jest i wyraża mały zaledwie ułamek prawdy. Zwierciadło odtwarza w sobie obraz powierzchni rzeczy, i to w porządku, czy nieporządku takim zupełnie, w jakim znajdują się one w rzeczywistości. Co istnieje pod powierzchnią przedmiotów, jak wyglądałyby one, gdyby ułożono je w grupy i połączenia przerozmaite, co w układzie i w wyglądaniu ich dziełem jest natury, a co wypadku? — o tem wszystkiem zwierciadło nie mówi nam nic. Odtwarza ono tylko kształty, barwy, rysy z podobieństwem niewolniczem i ścisłem trzymaniem się jednej chwili czasu. Jeżeli zechcemy ujrzeć inny z kolei obraz i inną chwilę, zmienić musimy w ustawieniu zwierciadła czas i miejsce. Takiem nie jest, nie może być zadanie powieści. Posługując się przenośnią, powieść porównać możemy chyba do szkieł jakich magicznych, któreby odzwierciadlały w sobie nietylko zewnętrzną postać rzeczy i widzialny wszystkim, powszedni ich porządek, ale ukazywały także treść ich najgłębszą, ugrupowania ich i oświetlenia najrozmaitsze, kollizye, lub powinowactwa między niemi zachodzące, co więcej, przyczyny powstawania ich, następstwa ich istnienia, zupełność i zaokrąglenie, które powstaćby mogły z oderwanych i pokrzywionych cząstek ich, gdyby nie oddziaływające na nie wpływy otoczenia. Słowem, powieść nietylko odtwarza, ale i tworzy także. Odtwarza ona zjawiska widzialne wszystkim, ale, dążąc do wyrażenia piękna i prawdy, których ogół dostrzedz nie może, tworzy pomiędzy zjawiskami ład i związek póty, aż podniesie je do estetycznej, zarówno jak filozoficznej harmonii tonów i kształtów, podobieństw i kontrastów, przyczyn i następstw. Jakim sposobem wszystko to powstaje i staje się, ujrzeć to możemy w zaczątku i procesie tworzenia powieściowego dzieła. Tu, zapiszmy w pamięci nazwy dwóch najważniejszych momentów tworzenia. Są to: pomysł i kompozycya. Jeżelibyśmy w rozlicznych działach umysłowości ludzkiej wyznaczali miejsce dla powieści tylko z uwagi na naturę najpierwotniejszego zaczątku jej w umyśle jej twórcy, musielibyśmy bezwarunkowo zamknąć ją w dziale poezyi, a w szczególności, w tym poddziale poetycznych tworów, który nosi nazwę dramatu. Sądzę, że nie omylę się, twierdząc, iż każda powieść posiadająca w sobie zadatki dobrego rozwinięcia się, otrzymuje pomysł swój zawsze i tylko z dostrzeżenia wśród świata sytuacyi pewnej, czyli położenia jednostki jakiejś, lub grupy jednostek takiego, w którem mieści się dramat. Sytuacya ta ukazywać może jednego tylko człowieka lub tysiące, miliony ludzi, maluchną jednostkę lub całe, wielkie grupy społeczne; lecz zawsze, niezbędnie, w mniejszej lub większej mierze istnieć w niej muszą żywioły składające dramat: kolizya sił sprzecznych sobie, plastyczność kształtów, walka i cierpienie. Kolizya może tu być potężna lub słaba, kształty olbrzymie lub drobne, walka i cierpienie zakończone katastrofą, albo rozpryskujące się śmiechem, albo jeszcze, nierzadkim torem rzeczy ludzkich wpływające ostatecznie w prozaiczną powszedność; niemniej przecież zaczątki przynajmniej wszystkich dramatycznych żywiołów tych mieścić się muszą w sytuacyi będącej pierwotnym punktem wyjścia powieści — jeżeli powieść ta ma być dobrą. W chwili tej, szkła owe magiczne, znajdujące się kędyś, w głębiach władz umysłowych pisarza, porywają i odzwierciedlają, czyli odtwarzają sobie zjawisko dojrzane w naturze. Lecz — krótka to chwila, bo wnet po niej, rozpoczyna się funkcya tworzenia. W magicznych szkłach odbija się już nietylko to co bezpośrednio przed niemi stoi, ale zkądciś — ze stron różnych, przybywają blaski, prądy, wyobrażenia, przenikają punkt dostrzeżony, oświetlają go nawskróś, rozszerzają jego granice, wzniecają w nim tumult kształtów, tonów i wzruszeń, z którego potem, wśród trudów i zachwyceń kompozycyi, wywikłaną ma być — harmonia. Dotąd, moment tworzenia zwany pomysłem, należy całkiem do artyzmu, do sztuki. Wprędce jednak mięsza się z nim pierwiastek inny: rozmysł. Wpatrując się w sytuacyą dramatyczną w świecie dostrzeżoną, a rozszerzoną, dopełnioną przez pierwszy akt wyobraźni zrywającej się do tworzenia, spostrzegacz-twórca pytać zaczyna: zkąd? dla czego? kędy źródło kolizyi tych, walki tej, cierpienia? Jakie przyczyny zrodziły je i jakie z kolei następstwa zrodzonemi przez nie zostaną? Rozmysł nad pytaniami temi odsłania zamkniętą w sytuacyi prawdę etyczną — właściwy naturze jej, pochodzeniu i następstwom sens filozoficzny, czyli — tak zwaną ideę powieści. Wśród rozważania skombinowanych i subtelnych zjawisk psychicznych, społecznych objawów i moralnych prawd, moment pomysłu pisarskiego przekracza granice czystej estetyki, a wstępuje w dziedzinę — filozoficznej wiedzy. Tu właśnie istnieje szkopuł, o który rozbija się w sposób nieszczęsny mnóstwo powieściopisarskich utworów. Niezbędnym warunkiem dobroci pomysłu powieściowego jest to, aby dostrzeżenie sytuacyi poprzedzało wynalezienie idei, albo przynajmniej, aby sytuacya i idea dostrzeżonemi były jednocześnie, — czyli, idea zamkniętą była w sytuacyi dostrzeżonej i zupełnie jej samej właściwą. Jestto właśnie tą koniecznością, którą estetycy wyrażają przez orzeczenie, iż w głowie twórcy treść powinna powstawać jednocześnie z formą, i że gdy w momencie pomysłu forma szukaną, dobieraną jest dla treści, pomysł uważać należy za chybiony w samym zaczątku. Chybienia takie wydarzają się często. Stosownie do przeważających skłonności umysłów pojedynczych, pomysł wykrzywia się w stronę jedną lub drugą. Jedni, za punkt wyjścia biorą ideę i dla niej dopiero szukają po świecie wcieleń: sytuacyi, postaci, kolizyi; że jednak te ostatnie nie znajdują się na zawołanie, czerpią je z wyobraźni własnej, tworzą bez odtwarzania. Ztąd powstają te słusznie przez krytykę surowo sądzone kategorye powieści dydaktycznych i sentymentalnych, kategorye, z których pierwsza przetwarza powieść w dyalogowaną rozprawę, pozbawioną wszelkich żywiołów artyzmu; druga — przedstawia płody mgliste, łzawe, rozwiewne, o barwach i postaciach zdradzających pochodzenie swe z czystej fantazyi, a rozbrat zupełny z żywą, jędrną zawsze i barwną naturą. Lecz też i na odwrót bywają, nierzadko, umysły takie, które, wrażliwe na dostrzeganie sytuacyi, dojrzeć nie umieją filozoficznego ich sensu, ani też wywikłać z pośród dramatycznych pierwiastków właściwej im etycznej idei. Wtedy, w skutek nieobecności w pomyśle działań rozumowych, niedostatku w nim filozoficznej analizy i syntezy, powstają dzieła pisarskie wstrzą- sające wyobraźnią, lecz innym władzom myślenia i czucia nie mówiące nic, potężnie czasem, najczęściej łaskotliwie tylko działające na nerwy, lecz nie wzruszające szlachetnych głębin ducha. Reprodukcye te są z jaskrawą powierzchnią, ale płytką treścią, albo — cacka ładnie wymalowane, wyrzeźbione, sprawiające widzom dość żywą nieraz przyjemność, ale wagi istotnej nie posiadające ani w estetyce, ani w moralnym i umysłowym rozwoju ludzkości. Drugi moment tworzenia: kompozycya, zależy już na porządkowaniu składowych części pomysłu, wykreślaniu tych, które zmącićby mogły harmonią dzieła, a układaniu w harmonią pozostałych. Do zadań momentu tego należą stopniowanie wrażeń, malowanie obrazów, rzeźbienie postaci, zestawianie wszystkich żywiołów powieści w sposób taki, aby przedstawiały się one z jak największą prawdą i wydatnością. Powszechnie znaną jest zasada, że piękność i waga powieści zależy od pomysłu jej i wykonania, jako też od zgody zachodzącej pomiędzy treścią a formą. Otóż, zgoda ta polega na jednoczesnem wynalezieniu sytuacyi i idei bez szukania i dopasowywania jednej do drugiej. Idea spoczywać winna w samej sytuacyi dramatycznej a spoczywać w niej winna koniecznie, inaczej powieść będzie nudnem dziełem dydaktyki, albo błahostką. Co zaś do pomysłu i wykonania, to im dramatyczniejsza i potężniejsza jest kolizya znaleziona w sytuacyi a idea szerszą i żywiej, powszechniej ludzkość obchodzącą, następnie zaś, w kompozycyi, im zupełniejszą sprawiona zostaje harmonia części, wydatniejszą plastyka postaci i barwność obrazów, im logiczniej idea wysnuje się z dramatu, a dramat im samodzielniej przedstawi sobą ideę — tem piękniejszą, donioślejszą, bardziej i dodatniej wpływową stanie się powieść. Taką jest najgłębsza natura powieści, takiemi są prawa rządzące powstawaniem jej i rozwojem. Zbadawszy jedną i drugie, nie trudno już wynaleść i nazwać te siły i narzędzia umysłowe, które posiadać i zdobyć winien powieściopisarz, jeżeli pragnie on i może zająć słuszne miejsce wśród pożytecznych pracowników ludzkości. Posiadać i zdobyć. Na dwa te wyrazy połóżmy nacisk wyraźny. Posiadanie odnosi się tu do przyrodzonego talentu; zdobywanie, do wszystkiego, co człowiek sam ku pożytkowi talentu swego uczyni. Co to jest talent? Wielu próbowało wyjaśnić i określić to, lecz nikt nic nie wyjaśnił i nie określił. Próby te liczne i przez niepoślednie umysły czynione okazały się daremnemi dla tego, że zagadnienie samo należy do rzędu zagadnień, wobec dzisiejszego przynajmniej stopnia wiedzy ludzkiej, nierozwiązalnych. Psychologia w połączeniu z fizyologią zwalczyć tu nie mogą ciemności takich, z jakiemi nadaremnie walczą nauki inne. W ciemnościach tych kryją się pierwsze przyczyny wszystkiego, niedojrzały oku ludzkiemu absolut. Widzimy objawy przyczyn tych przemożnych a tajemniczych, poznajemy objawów tych działania i związki, lecz czem przyczyny te są same w sobie — nie wiemy. Fizyka głosi, że siła ciążenia utrzymuje w równowadze i wiedzie po przestrzeni miliony światów. Lecz czem jest siła ciążenia sama w sobie? Chemia wie dobrze o powinowactwach i wstrętach zachodzących pomiędzy żywiołami natury, o tem, że jedne z nich przyciągając się, inne zaś odtrącają i bronią się od połączeń wszelkich; lecz czem jest sama w sobie siła ta, która przyciąga, albo wzajem od siebie odtrąca ciała chemiczne? I jeszcze przykład pytania jednego najwyższej wagi. Pomiędzy światem nieorganicznym a organicznym istnieje przedział olbrzymi. Tworzy go to coś, czego nie posiada świat pierwszy a co posiada świat drugi, a tem czemś jest — życie. Botanika, zoologia, biologia, spostrzegają i tłómaczą ogromne mnóstwo objawów życia — lecz czem samo w sobie jest życie? Do rzędu pytań podobnych należy pytanie: czem jest talent? Szczególna czułość i wrażliwość zmysłów, bystrość spostrzegania, intuicya — ta błyskawica jasnowidzenia niewiedzieć jak wytryskająca z umysłu i rozświecająca niewidzialne bez niej głębie świata, gwałtowność myśli i wyobrażeń cisnących się do głowy i przed oczy z taką mocą, że według wyrażenia wielkiego poety naszego: „zdaje się jakby ktoś do ucha to szeptał,“ — wszystkie władze te i innym niedostępne możliwości, w mniejszem lub większem spotęgowaniu swem są tylko objawami mniejszego lub większego talentu, ale nie samą jego istotą. Co sprawia byt ich i mierzy ich siłę? dla czego istnieją one w organizacyi tej a nie istnieją w innej, która przecież zarówno jest ludzką, a co ważniejsza — innostronnie nawet doskonalszą być może? Jeden z nowożytnej myśli, z poważnym smutkiem pisząc o wszystkich tajemnicach tych, które przeniknąć oko ludzkie namiętnie pragnie a wiecznie nie może, czyni tę ostatecznie decydującą uwagę: „Rozbiór działań umysłu ludzkiego doprowadza nas aż do wrażeń, jako do najpierwotniejszych znanych nam żywiołów rodzących myśl wszelką; nie posuwa to jednak wiedzy naszej ani na krok dalej, bo ostatecznie nietylko nie rozumiemy czem jest wrażenie, ale pojąć nie możemy tego nawet, jakim sposobem jest ono możliwem.“ Rozważać więc, tłómaczyć sobie i oceniać możemy talent wszelki według objawów jego tylko, według: bystrości spostrzegania, siły intuicyi, lotności myśli, mocy słowa, które zdolnemby było spełnić oprócz właściwej sobie czynności, czynności pędzla, ołówka i rylca. Zupełność lub niedoborność, bogactwo lub ubóztwo talentu stosunkują się do sumy, stopnia i równowagi objawów tych, w danej organizacyi umysłowej. Dotąd, wszystko to jeszcze jest dziełem wykonanem w tajemnicy oku ludzkiemu niedostępnej. Złota to ruda, której żadna moc ludzka wytworzyć nie może w żadnej najbogatszej choćby zkądinąd organizacyi człowieczej, która gdy istnieje w niej, istnieje już tylko z woli i mocy Mądrości wszechmocnej, w pierwszych sposobach tworzenia swego wiecznie tajemniczej. Jednak wszechmocna a tajemnicza Mądrość, tu jak wszędzie indziej, okazuje w odniesieniu do człowieka zbawczą surowość. Tu jak gdzieindziej daje mu ona materyały wytwórcze, rozsuwa przędzę na krośnach. Co zaś zdoła on z materyałów od niej wziętych wytworzyć, jakie, za sprawą jego, tkaniny powstaną z rozsnutej przez nią przędzy? zależy to już od przyrodzonych zupełnie i jasnych umysłowi ludzkiemu praw, rządzących naturą i rozwojem ludzkości i ludzkich jednostek. Jak naturę zewnętrzną, aby uczynić ją sobie przyjazną i użyteczną, człowiek badać musi, podbijać i wyzyskiwać z mozołem strasznym lecz będącym — kto wie — jedyną może racyą i możliwością bytu jego na ziemi, — tak zarówno z roli swej wewnętrznej otrzymać on nie może żadnego ziarna zdrowego, jeżeli pozostawi ją w zaniedbaniu dumnem czy leniwem. Lecz czem i w jaki sposób uprawiać on ma rolę tę? Czułość i wrażliwość na wszelkie dotknięcia świata zewnętrznego, stanowią najpierwotniejszy żywioł zdolności odtwarzającej i twórczej. Najprostszemu przecież rozsądkowi jasnem jest zupełnie, że władze te, pozostawione samym sobie, pozostają nicością lub zamieniają się w chorobliwość. Histerya nie posiada w sobie ani trochę mniej pierwiastku czułości i wrażliwości jak geniusz; one to wywołują z piersi ludzkiej olbrzymie słowa i wzniosłe aspiracye, zarówno jak — ataki spazmów. Łatwość odczuwania zetknięć wszelkich ze światem zewnętrznym, aby stać się istotnie podstawą twórczości, potrzebuje kierunku i hamulca spoczywającego w wyrobionej woli. Bystrość spostrzegania nie przyda się na nic, lub przyda się na niewiele, jeżeli nie towarzyszy jej zrozumienie spostrzeganych zjawisk i umiejętność czynienia pomiędzy niemi wyboru i kombinacyi. To samo z intuicyą, która także jest spostrzeganiem, dokonywanem tylko za pomocą władzy umysłu niezrozumiałej nam natury. Co do analizy zjawisk, ugrupowania odpowiedniego naturze ich, dochodzenia przyczyn ich i następstw, wysnuwania z nich słowem praw i pojęć — czyli idei, — czynności te umysłowe wszystkie wymagają pracowitego skupienia myśli, na podstawie dobrej znajomości z naturą fizycznego i moralnego świata. Spotkaliśmy się więc tu z wyrazami: wola, miłość, umiejętność i zrozumienie. W wyrazach tych widzimy jasno pojęcie wykształcenia estetycznego, naukowego i moralnego. Wartość tedy prac pisarza ściśle stosunkuje się nietylko już z wysokością i bogactwem pierwotnych zdolności jego, ale z wysokością też i kompletnością troistego tego wykształcenia. Co do wykształcenia estetycznego zostaje ono w związku tak prostym i widzialnym ze wszelką pracą odtwarzającą i twórczą, że konieczność jego z żadnem tu spotkać się nie może powątpiewaniem. Powieść należąca do dziedziny poezyi przez samą genezę powstawania swego, ściśle jest spokrewnioną z malarstwem i rzeźbą, przez wymagalność dla dobroci formy swej barwności w obrazach i wydatność! w postaciach. Jestto tak dalece prawdą, że wyrażenia stosowane w estetyce dla malarstwa i rzeźby stosują się też i do niej. Koloryt i plastyka odpowiedniemi są określeniami przymiotów artystycznych, w ocenianiu estetycznem malowideł i rzeźb zarówno jak powieści. W sądach krytyki utartem, a co więcej, trafnem zupełnie stało się orzekanie o dobrym lub złym rysunku powieściowych postaci. Zamiast pędzla, rylca lub dłuta, powieściopisarz posługuje się słowem; tylko słowem, zamiast wprost i bezpośrednio uderzać wyobraźnią widza, rozbudza on ją i przysposabia w ten sposób, aby ujrzała jak najwyraźniej to, co objawiło się własnej wyobraźni jego. Środki tu i proceder inne są — skutki wywołane też same być muszą, niezbędnem więc jest toż samo wykształ- cenie zmysłu artystycznego, będącego częścią intuicyi przez wyrobiony smak artystyczny, będący niczem innem jak tylko umiejętnością oceniania, wybierania i grupowania pierwiastków piękna. Rzecz to dość szeroko, choć nie powszechnie znana i przyznana. Inaczej rzecz się ma z wykształceniem naukowem. Mnóstwo umysłów nonsensem uzna twierdzenie, iż zapoznawanie się z poważną nauką może być na cokolwiek przydatnem temu, kto przedstawiać ma samą tylko, jak najpowszechniejsze jest o tem mniemanie, dziedzinę uczuć ludzkich. Wszak fizyka, chemia, biologia, prawoznawstwo itd. nie są w stanie wytworzyć natchnienia twórczego w głowie człowieka, tak jak powiedzianem już było, że niezdolnemi one są do wytworzenia w sercu ludzkiem uczucia miłosierdzia. W istocie — nonsensem byłoby twierdzenie, że wiedza naukowa, polegająca na znajomości nagich i oderwanych faktów i cyfr, wytworzyć może w umyśle natchnienie twórcze, albo w sercu uczucie litośne. Nikt też w świecie, na umyśle przytomny, twierdzenia takiego dopuścić się nie może. Ale fakta te i cyfry, z których każde w oderwaniu wywierać nie może wpływu żadnego ani na twórczość umysłową, ani na moralne skierowanie się człowieka, w połączeniu swem odkrywają wiekuiste prawa rządzące światem, roztaczają przed nami obraz świata, którego linie nierozwikłalne z pozoru i do pogodzenia niepodobne, prostują i jednoczą. Bez rozpoznania praw tych, bez ogarnięcia okiem tego obrazu niepodobnym jest szeroki pogląd na zjawiska tak zewnętrznego świata, jak ludzkiego życia, niepodobnem jest dochodzenie przyczyn i ich następstw, dokonywanie rozbioru i czynienie syntezy — niepodobną jest słowem wszelka myśl — filozoficzna. Nie nauki też pojedyńczo wzięte, nie odkrycia ich w oderwaniu, ale pojęcia wytryskujące z ich połączenia wywierają na zdolności umysłu i uczucia serca ludzkiego wpływy przemożne. Czy, jak to jest mniemaniem powszechnem, powieściopisarz przedstawiać ma w utworach swych, obrazy i dzieje tylko uczuć ludzkich? W określeniu natury, przeznaczenia i powstawania powieści, znaleźliśmy już odpowiedź przeczącą. Spostrzega on wprawdzie dramat, ale w naturze przyszłego dzieła jego spoczywa potrzeba spostrzeżenia w dramacie idei. Do sfery działalności jego należy więc odtwarzanie nietylko uczuć, ale i nietylko walk namiętności, ale i starć myśli. Uczucia i pojęcia przedstawiają dla odtwarzającej i twórczej pracy jego materyały zupełnie równoważne, tu jak i wszędzie połączone ze sobą węzłem nierozerwalnej solidarności. Zachodzi tedy dlań niezbędna potrzeba poznania i zrozumienia etycznych pojęć ludzkości w źródłach ich, przebiegach i ujściach i wyrobienia w sobie, na mocy poznania tego, filozoficznych poglądów i przekonań. Ażeby módz wejść w świat idei i z samej duszy ludzkości brać materyały dla stawianych przed nią ideałów, potrzebuje on sam w idee i ideały wierzyć, ażeby zaś wierzyć, potrzebuje się z niemi zapoznać. Lecz nietylko dla rozumowej strony dzieł powieściopisarskich, wykształcenie umysłowe posiada wagę niezmierną: wspiera też ono wszechstronnie stronę ich artystyczną. Utwór artystyczny wszelki tem większą posiada wagę i piękność, im liczniejsze grupy zjawisk świata czy ludzkości przedstawianemi są przez zawarte w nim typy. Otóż, jedno tylko ukształcenie umysłowe uzdolnić może pisarza do wynajdywania typów, do wytwarzania ich za pomocą prostowania i skupiania linij, wykrzywionych i rozproszonych w naturze za sprawą przypadku i wyjątkowości. Żadna intuicya, żaden najbystrzejszy choćby dar spostrzegawczy nie wskażą mu subtelnych granic tych, które rozdzielają zjawiska przelotne, wypadkowe, cząstkowe od zjawisk stałych, z przyczynami sięgającemi najdalszej głębi natury świata i ludzi, nie zawiodą go ku tym cechom i objawom, które przedstawiają nieoderwaną tylko jednostkę, ale całe grupy i warstwy społeczne, narody, wieki. Pozwalając mu uczynić zadość jednemu z najwybitniejszych wymagań sztuki: wynajdywania i przedstawiania typów, myśl wsparta posiadaną wiedzą, jasno zatem i szeroko rozglądająca się dokoła, rozprzestrzenia w sposób szczególny pole działania dla fantazyi pisarza. Z pomocą jej, dostrzegając łatwiej i rozumiejąc lepiej idee spoczywające w dramatach ludzkich losów, nieskończenie też więcej dojrzeć on może samych dramatów. Sytuacye dramatyczne, pierwsze owe zawiązki powieści, rozmnażają się w ilość nieskończoną przed okiem umiejącem patrzeć w najtajniejsze zakątki ludzkości i rozumieć to co w nich widzi. Tysiące położeń ludzkich, przemykających niepostrzeżenie przed okiem najbystrzejszem choćby lecz niedość oświeconem, przykuwa do siebie wyobraźnią i myśl tego, kto zrozumieć może i zważyć istotę ich, znaczenie, pochodzenie i następstwa. I to jest właśnie, co tłómaczy nam najlepiej zdumiewającą płodność talentów jednych a szybkie wyczerpywanie się innych. Zauważano niejednokrotnie w powieściopisarstwie zjawiska takie, jak nieustanne wciąż obracanie się powieściopisarzy pewnych w zaklętem kole jednych i tych samych sytuacyj, obrazów i pojęć. Działalność ich całą przedstawiają utwory ściśle też same, innemi tylko słowy pisane. Z pomiędzy dzieł ich przeczytawszy kilka, z góry już odgadnąć można, co znajdzie się w innych. Przebierają oni postacie swe w inne coraz suknie a myśli swe wypowiadają coraz innemi okresami, lecz postacie te grunt mają zawsze jeden a myśli też same głoszą prawdy. Krążenie to ustawiczne około jednego punktu estetycznego i etycznego, dziwnie szybko nuży i wyczerpuje pisarza. Wyobraźnia jego blednie, myśl starzeje, słowo słabnie, aż ostatecznie utwory jego przybierają ckliwy i zasmucający pozór przedmiotów spłowiałych i wątłych. W taki sposób marnieją niekiedy talenta objawiające zrazu niepomierne nawet przyrodzone bogactwo. Bezpośrednią przyczyną zmarnienia takiego bywa zawsze ubóztwo tematów, a ubóztwo tematów nie zkądinąd pochodzi, tylko z niedostatecznego wykształcenia umysłowego, z ubóztwa, ciasnoty i lenistwa myśli. Co do ilości dzieł pisarze tacy bywają nawet niekiedy płodnymi, przecież nie są takimi istotnie. Płodność pisarska istotna nie zasadza się na ilości utworów, ale na rozmaitości sytuacyj i idei w nich przedstawionych. Jeżeli pisarz spostrzega jedną wciąż sytuacyą, przedstawia wciąż jeden typ, zgłębia wciąż jedną ideę, to — chociażby to uczynił w tysiącznych odbiciach i z tysiącznemi waryantami — wszystkie dzieła jego będą — jednem tylko dziełem. Przeciwnie — ilekroć w piśmiennictwie obecnem lub minionych dziejach jego spostrzegamy jednostkę pisarską bogatą w pomysły, z szerokim lotem fantazyi, ze wszechstronnem ujęciem i zrozumieniem czasu i narodu swego, — przy bliższem wpatrzeniu się w jej dzieła przekonywamy się zawsze, że była to lub jest jednostka wysoce ukształcona umysłowo, silna w wiedzy i przekonaniach swych. Jako żywe argumenty ku poparciu dowodzenia mego, pozwolę sobie przytoczyć tu imion kilka, które, pomimo niskiego stopnia, na jakim teorye różne stawią powieściopisarstwo, otoczonemi zostały aureolą powszechnej miłości i czci. Kraszewski, Dikens, W. Hugo, Jerzy Zand — oto żyjące wcielenia niezmiernego bogactwa pomysłów, najwyższej potęgi fantazyi, przedziwnego zawładnięcia wszystkiemi ideami przenikającemi czasy ich i narody. Z pod piór ich wyszły całe narody typów i całe galerye obrazów, — pod piórami ich ozwały się wszystkie płacze i śmiechy, pożądania i westchnienia, upadki i tryumfy społeczeństw ich; oni społeczeństwa swe tak zrozumieli we wszystkich objawach ich, przypatrzyli się im tak na wszystkich ich drogach, tak odczuli wszystkie tentna i pojęli wszystkie prądy czasu swego — i tak potężne z kolei wywarli na nie parcie i wpływy, że widok ich działalności usprawiedliwić może istotnie dumne słowo jednego z pomiędzy nich, (W. Hugo): „Prawodawcy tworzą prawa lecz my tworzymy prawodawców.“ Świetne zaś te indywidualności pisarskie ukazują nam nietylko twórców-artystów ale i myślicieli. Tytuł filozofa-moralisty należy się każdej z nich niemniej słusznie jak nazwa . Dla uniknięcia nieporozumień wszelkich streśćmy twierdzenia powyższe i wytłómaczmy je jaśniej jeszcze. Zadaniem powieściopisarza względnie do wykształcenia naukowego nie jest zajęcie się ścisłe jedną wyłącznie gałęzią wiedzy. Rzadko chyba może on, wątpię nawet czy kiedykolwiek może — zostać specyalistą, fizykiem, astronomem, prawoznawcą i t. d., lecz dla tego, by sięgnąć mógł ku wyżynom piękna i prawdy, powinien, musi być — encyklopedystą. Powie kto może, iż być encyklopedystą znaczy to umieć wszystkiego po trochu. Ale jest jeszcze inny właściwszy sposób tłómaczenia nazwy tej. Sposób ten ukazuje encyklopedystę-powieściopisarza umiejącego tyle i tak, ażeby nic z tego co ludzkie nie było mu obojętnem i niezrozumiałem, ażeby wiedza jego pozwalała mu obejmować okiem szerokie przestrzenie zjawisk, przenikać, spostrzegać i pojmować różne a liczne warstwy społeczne, sytuacye psychiczne i filozoficzne idee, ażeby nakoniec wprawiała go ona w nieustanną a sympatyczną styczność z duszą narodu jego i czasu. Encyklopedyzm tak zrozumiany wynikiem być może tylko wielkiej pracy, a najdzielniejszą z pomiędzy wszystkich przyczyną wysokiego wzniesienia się skali moralnego charakteru pisarza. Miłość, wola i odwaga — oto główne i najniezbędniejsze składowe części tego charakteru. Bez miłości jak bez wiedzy pisarz tworzyć może same tylko rzeczy błahe albo złe. Większa niż u innych zdolność do wrażeń i odczuć nie jest jeszcze miłością — lecz zadatkiem jej zaledwie, materyałem. Stósownie do kierunku i natężenia umysłowej pracy jego, jak też różnych moralnych czynników życia, oderwane te iskry bledną i pierzchają lub też gromadzą się w jedno ognisko miłości. Ognisko to wznosi się lub opada, stósownie do wznoszenia się lub opadania indywidualności ludzkiej, noszącej je w swej piersi. Kapryśnem ono jest i mętami odżywiać się nie lubi. Surowość obyczaju, czystość intencyj, pracowitość myśli i to pojętne wniknięcie w głębie świata, z którego powstają wyrozumiałość, litość, przebaczenie — rozniecają je żywo i trwale. Przygaszają je albo gaszą całkiem: bezład życia, nizkość rachuby i ta okrutna surowość, która, pochodząc z niewiedzy rodzi nienawiść, szyderstwo i wzgardę. Zarzucić tu kto może, iż życie genialnych nieraz indywidualności pisarskich rozbrzmiewały przecież nierzadko głośnym bezładem, szałami, błędami (np. Jerzy Zand, Edgar Poe itd.) Prawda — nikt przecież dowieść nie zdolen, ażali w bezładzie tym, szałach i błędach nie zmarniała spora część wielkich ich duchów, ażali nie utracili oni śród nich niejednego klejnotu uczucia i myśli. W dodatku, zważyć tu jeszcze należy wzgląd, że błąd błędowi równym nie jest. Bywają usterki, szały, co więcej, zbrodnie nawet, które sprowadzone bądź to wybuchami wulkanicznych temperamentów i serc, bądź to wyjątkowemi okolicznościami , zawsze prawie jednostkę wznoszącą się nad ogół, obarczają zapewne ciężarem mniejszym lub większym sumienie swych sprawców, pożerają coś z sił ich drogocennych, lecz nie unicestwiają szlachetnych ich przymiotów, lecz nie zamykają przed nimi wrót ideału. Czyni to zaś nieodmiennie systematyczny bezład przyzwyczajeń, systematyczne, objęte nie już występki, lecz chociażby grzeszki, puszczenie wodzy niskim instynktom natury ludzkiej, miękkie rozpieszczenie ciała i ducha i pochodząca zeń samolubna trwożliwość o samego siebie. Ujemne te strony życia
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of O powieściach T. T. Jeża. Z rzutem oka na powieść w ogóle.
