Front matter
Z.
I
I.
ajwyższy Kapłan Rzymskiego Kościoła Leon XII ogłosił Miłościwe Lato; ogłosił rok 1825 Jubileuszowym, i zawołał na cały świat Chrześcijański: „Niech słucha ziemia wyrazów Naszych! Niech wesoła przyjmuje brzmienie trąby Kapłańskiej, ogłaszającej Jubileusz „Święty ludowi Boga! Wołamy wielkim głosem: przy szedł rok oczyszczenia, przejednania, odkupienia i łaski...” ). I czas też był wielki, aby ten rok oczyszczenia i przejednania zawitał dla Chrześcijaństwa! czas był, aby nawę świętą wiary naszej, nadzwyczajnemi i gwałtownemi burzami skołataną, a tchem Bożym ku portowi już zawróconą, kotwicą nieśmiertelnych nadziei na skale Piotra utwierdzić.
Oczyszczenie i Przejednanie
Właśnie po ośmnastym wieku i po ćwierci dziewiętnastego, oczyszczenie to w czas było koniecznem. Należało oczyścić przybytek dla wszystkich cnót od Boga człowiekowi powierzony: serce na przyjęcie nanowo główniejszej ich przewodniczki Religii, za którą i wszelkie inne powrócić doń były powinny. Należało skłonić zarozumiały a obłąkany rozum do zrzeczenia się przewodniczenia rodzajowi ludzkiemu na drodze szczęścia i , i do pokornego przejednania téj świętéj pośredniczki między Bogiem i ludźmi, a którą on znieważył, z serc i ze świątyń wyrzucił, siebie na jéj miejscu nauczycielem i panem świata ogłaszając. Ale przyszedł mu czas hańby i upadku: bo po krótkiém panowaniu przeląkł się on własnego dzieła. Rozumami, że tak powiem, pomięszał się rozum!!! Doprowadzi on towarzystwo do krwawego Styxu, za którym tysiąc ofiar jego samowładztwa stanęło mu widomie i ze zgrozą nań poglądało… Wzdrygnął się więc i cofnął… Daléj postępować niepodobna! Wracać mu się trzeba było… a wracać po téj saméj drodze, na któréj wszystko obalał i niszczył w swym tryumfalnym do mniemanéj doskonałości marszu… Potrzeba mu było własne nauki na inne sofizmata tłumaczyć, aby ich widocznego nie odkrywać fałszu i oszczędzić upokorzenia dumnéj swéj zarozumiałości. Potrzeba mu było wynajdować nowe środki i sposoby uspokajania namiętności wzburzonych, i tém szaleńszych, że im celów i ofiar braknąć zaczynało. Wszystko to jednak było napróżno. Lud stracił wiarę w jego wyroki. Czyny i skutki dobitniéj niż księgi i racyonalne systemata biły mu w oczy. Opuścił więc rozum przywłaszczone berło, a los i przyszłość obłąkanego świata oddał nakoniec na wolę Opatrzności. Opatrzność też czuwała nad światem i ludzmi. Ona wzbudziła Mocarza, który silną prawicą zatrzymał potok rewolucyjny, podniósł z ruin ołtarze Chrystusa, i w dniu jednym nowe dążenia i wyobrażenia rozpromienił po świecie!… Lecz potężna wola jego polityczne i ogólne na własny i obce narody wywierając wpływy, nie sięgała serc i duchownych usposobień ludzkich. Tam widoczne działanie łaski! tam duch Boży dokonywał dokonać się niemogącego przez człowieka dzieła!… Narzędzie woli jego wskrzesiło materyalny byt Religii i jéj świątynie; lecz Bóg sam cudowném natchnieniem uczył nowe pokolenia chrześcijańskich modłów i starego pacierza. Rozum, złożywszy swe panowanie, nie wnet się poddał oogólnemu popędowi ludów; chciał on jeszcze być nieuległym, i chodząc samopas, grać rolę rozmyślającego nad przeszłością filozofa, okrywając płaszczem mędrca swą niepewność, wątpliwość, a na dobitkę, i co gorsza, czczość i bezcelność żywota… ― Pójdź! szaleńcze! pójdź do mnie! ― rzekład mu religia. Widżisz, coś uczynił! gdzieś i do czego doprowadził omamioną tłuszczę!… Pójdź! ja cię zawiodę na drogę twoich poczciwych i hojnych praojców... Bezemnie tyś słaby! tyś nieudolny! przy mnie tyś promieniem łaski Stworzyciela, tyś najcelniejszą władzą i ozdobą stworzenia!... I rozum upadł na kolana przed krzyżem. Ten szybki i ogólny rys duchownej treści wieku naszego zwróćmy do szczególnego stanu naszego kraju. Fałszywy odbłysk religijnej rewolucyi francuzkiej doszedł aż do nas. Owszem, przygotowawcze do niej jady z ksiąg sekty tak nazwanej filozoficznej a godzącej na obalenie wiary chrześcijańskiej, czerpaliśmy pół wiekiem pierwej, wraz z całą Europą z Francyi. Resztę u nas dokonywało nieszczęśliwe naśladownictwo, które nam tyle i w tylu rozmaitych względach dało ciosów! Jednak odbłysk ten oślepiającego ogniska, a pożegającego wszystko nad Sekwaną, u nas nie na cały naród, lecz na pojedyncze indywidua wywarł wpływ swój szkodliwy; wszakże tak liczne i mnogie, że całe pokolenie młodsze klass wyższych towarzystwa, trądem tym bezbożności rażonem było. Co tam się w praktyce dokonywało, to u nas w teoryi fermentowało w głowach. Tam rujnowano świątynie Pańskie, tu wchodzono do nich dla wydania szyderczem niedowiarstwem wojny Bogu w Jego własnym domu, wyśmiania obrzędów i kapłanów, i płochego popisywania się z pogardą tego wszystkiego, co dla ojców, dziadów i pradziadów świętem i najczcigodniejszem było. A Religia, jak budowa trzęsieniem ziemi w posadach wzruszona, nie runęła wprawdzie... może dla tego, że władza cywilna, tamując napływ antysocyalnych z zachodu nauk, skuteczniej aniżeli ostygłe natenczas duchowieństwo, gromiła rewolucyjne dążenia; ale w sercach przedtem prawowiernych albo zupełnie wygasła, albo w powszechności zwątlona i zwiątpiała, łaską tylko szczególniejszą Boską do dawnego życia, czci i powagi przywróconą być mogła. Nakoniec wielkie przesilenia polityczne stają się w Europie. Narody duszą i ramieniem skupione około wozu Zwycięzcy, i za nim idące, gdy się ten rydwan roztrzaskał, zaczynają przez się i dla siebie myśleć i działać... Jak gladyator wychodzący ze śmiertelnej walki, opatrują swe rany okiem z oślepienia wojennej chwały i nie- chrześcijańskich rozprzężeń przetartém... Pojawiali się mędrcy i nowi nauczyciele ludów, których dzieła rozbierając bliską przeszłość, jéj przyczyny i skutki, opaczne dotychczasowym, rozpromieniły ideje i sądy... Świat, jakby z zadumienia i podziwu nad tém co rozważał, przeżegnał się nanowo! Znowu i do nas promień téj zorzy zwiastującej odrodzenie się w Bogu i cnotach zawitał. W rękach czytelników zamiast Voltera, Helvetiusa i innych, a szczególniej Wolneja, którego Rozwaliny za największe u nas miano dzieło, Chateaubriand’a, Duch wiary Chrześcijańskiej, Męczennicy i inne podobnego dążenia książki ukazały się i weszły w chwalebną modę. Ustawało uprzedzenie dotąd panujące, że aby być mądrym, potrzeba było być bezbożnym. I tak coraz a coraz obłąkane owce powracały na łono Dobrego pasterza. W takiej właśnie epoce i usposobieniu ducha doszedł nas głos z Rzymu wzywający wiernych do powszechnej modlitwy, do oczyszczenia, do przejednania! Jubileusz więc ten miał być, i stał się rzeczywiście, odnowieniem paktu przymierza z Bogiem dla świata wychodzącego z potopu niezbożności; i jak wprzód tęczą, tak teraz krzyżem cudownie jaśniejącym na niebie Bóg to przymierze zdał się utwierdzać.
II
II.
Wezwani do pracy w winnicy Pańskiej kapłani nasi gorliwie wzięli się do tego świątobliwego dzieła. Liczne rozmaitych reg uł duchowieństwo zakonne i świeckie z miasta Wilna rozeszło, się po całej prowincyi pomagać plebanom w konfessyonałach, na ambonach i przy ołtarzach. Znaleźli się wymowni tłumacze słowa Bożego, Kaznodzieje, o których apostolskiej wymowie nikt przedtem nie wiedział, i którzy oczekiwali, zda się, w celach klasztornych téj uroczystej zręczności, aby wyszedłszy na świat, gorącemi i przenikającemi słowy zadziwiać i wzruszać słuchaczów. Każdy kościół miał oznaczony czas na Jubileuszowy obchód; i gdy ten nadszedł, cały lud na mil kilka i kilkanaście naokoło się jakby ze swojej posady, nieprzeliczonym tłumem garnął się do kościoła, dnie i noce jak mrowiskiem go oblegał; a niezaspokojony w jednym, przechodził do najbliższego, w którym z kolei równeż powtarzał nabożeństwo. Panowie nie tylko nie ustępowali chłopkom swoim w gorliwości i modłach, lecz dając niejako przykład, wyręczali ich w posługach kościelnych zwykle przez włościan spełnianych, i w szczerein wyznaniu pokory a wyrzeczeniu się w obliczu Boga fałszywego na przyzwoitość względu, nieśli chorągwie za processyą, i w dniu ostatnim nabożeństwa na barkach swoich krzyż Jubileuszowy, na pamiątkę przed każdym kościołem wkopany. Jeden z najpierwszych kaznodziei czasu onego (chwała mu i uwielbienie! jeżeli żyje; a wieczny odpoczynek duszy! jeżeli się przeniósł do wieczności) Ks. Kuźnicki przybył z Wilna do naszego parafialnego kościoła, poprzedzony sławą swej apostolskiej wymowy i świątobliwości kapłańskiej. Człek ten Boży w sile jeszcze wieku i umysłu, wsparty był zapewne łaską i pomocą Nieba, aby mógł podołać pracy jaką dzień i noc podejmował, przechodząc od kościoła do kościoła, a w każdym, tłumom doń cisnącym się udzielając cierpliwego ucha w spowiedziach i dwókrotnej codzień z ambony nauki. O ileż to najskrytszych tajemnic ludzkich z serc skruszonych i opamiętałych doń się wylało! ileż z całego przeszłego życia spowiedzi uspokoiło na całe przyszłe! jaka pogoda i spokojność rozlała się po obliczach! jak a błoga swoboda w duszach!!! Wśród takiego nabożnego uniesienia zbliżył się u nas dzień ostatni Jubileuszu. — Czyliż doczekamy drugiego?... — pytano się wzajemnie. — Daj Boże! daj Boże! i źrenice zabiegały łzami!!! Ach mój Boże! iluż pytających się natenczas, znalazło już odpowiedź w grobie! Ileż w tych zapytaniach nadziei i zamiarów snowanych na półwieku? a przerwanych w półroku.. lub do dziśdnia! O jakże mało było niepytających się wcale! czuli oni bowiem odpowiedź w sobie, a na osiwiałych głowach okazywali ją widoczną! Ależ natomiast starce ci, wznosząc oczy ku niebu, dziękowali Bogu, że to daj Boże! które się teraz w ustach wszystkich odzywało, życzońe im na témże miejscu niegdyś w takąż samą uroczystą chwilę, sprawdziło się im szczęśliwie. Winszowali oni sobie wzajemnie, jakby doczekanych świąt corocznych!..... Pół wieku przeżyte czyż nie to samo, co rok jeden. Na dziedzińcu przed kościołem, na którym zgromadzeni wszyscy czekaliśmy ostatnich nieszporów, obok starego, pochylonego i mchem okrytego krzyża, kopano dół na nowy, i tam czuła ta wzajemnych życzeń odbywała się scena, gdy jeden ze starców postąpił do kopających, i biorąc rydel, rzekł: — Kopałem przed pięćdziesięcią laty dół na ten krzyż co obok widzicie; niechże i na teraźniejszy pokopię. Trzeci nade mną samym wkrótce zakopiecie! — Jakto? — zapytaliśmy ciekawie — czyż i ten stary krzyż jest Jubileuszowym? — Tak jest — odpowiedział starzec, słabemi rękami wyrzucając ziemię z dołu. — Jam wczora Księdzu Plebanowi to powiedział; i obok wybraliśmy miejsce na ten nowy. Komu da Bóg dożyć trzeciego, niechże pamięta to miejsce; bo krzyże drewniane mogą poupadać..... choć krzyż niebieski nie upadnie nigdy!!! — Biskup Chomiński, którego brat rodzony Stolnik Oszmiański mieszkał w tutejszej parafii, (obadwaj już dawno przed Bogiem), przybył tu natenczas z Wilna dla celebrowania przez siedm dni Jubileuszowych; i dnia pierwszego, po solennem nabożeństwie, prowadził sam processyę, ale z krzyżem tylko, bez sanctissimum, o milę ztąd do dworu swojego brata; a tam, poświęciwszy w ogrodzie miejsce, położył węgielny kamień na kaplicę, którą potem własnym kosztem dokończył i pięknie ozdobił. I ta więc kaplica, do dziśdnia, chwała Bogu, w całości stojąca, jest również pamiątką Jubileuszową, jako i krzyż ten, który pod celebrą świątobliwego tego Pasterza po ostatnim nieszporze postawiliśmy... — O Boże! wieleż to potém krzyżów wżyciu mojem zniosłem!... Niech będzie na chwałę Twoję, Panie, a na zmazanie ciężkich grzechów moich... — Tu łzy potokiem popłynęły po sędziwéj twarzy starca; oddał rydel i ocierając oczy, odszedł z gromady. — Ciężkiż to, widzę, smutek gniecie go — rzekłem do stojącego przy runie sąsiada mego i przyjaciela. Zna nasze okolice, a przecież ja go nie znam. — Oddalił się on z tych stron o mil kilkanaście wprzód, aniżeliś tu zamieszkał — odpowiedział mój sąsiad — sprzedawszy tu swój folwark i całe mienie. — Odprawił już on w kilku kościołach nabożeństwo Jubileuszowe; lecz za duchowieństwem przybył tutaj, chcąc, jak mi powiadał, dokończyć Jubileuszową modlitwę, gdzie ją kiedyś zaczął. — Wielkie smutki dopuścił nań Bóg. Pokilkakrotnie i najokrutniej serce jego udręczonem było. Rany jego zgon tylko zagoi. Znam najdokładniej jego cierpienia. Jest to mój dawny przyjaciel. Sąsiadowałem z nim w tej parafii, i najmilsze czasy młodości mojej odbyłem w jego domu i w jego towarzystwie, dojrzalszem ode mnie o całą młodość. Zapomniano tu prawie o nim i o nieszczęściach jego, jako o dawnéj przeszłości do której i on sam wkrótce zapewne należeć będzie. Lecz jeżeliś tej wiadomości ciekawy, odejdźmy z tłumu; nim kościół na nieszpory otworzą, opowiem. — Chętnie przy stałem na propozycyę.
III
III.
Pan Romuald (to jest imię starca tego) — mówił mój przyjaciel — odziedziczył po rodzicach dwa folwarki, a zatem piękny szlachecki fundusz, i jakem powiedział, zamieszkał w tutejszym. Przebył pierwszą swą młodość bezżennym, i ledwo w połowie czwartego krzyżyka wybrał sobie żonę. Bodaj powątpićwał już on, aby mógł w swoim wieku podobać się kobietom; umyślił więc wdzięcznością przywiązać do siebie jaką młodą i niezepsutą dziewczynę, któraby nie znając jeszcze tkliwszych uczuć serca, od razu obowiązkom i przywiązaniu małżeńskiemu ulegając, przeskoczyła, że tak powiem, przez miłość. Wybrał zatem i ożenił się z ubogą, ale młodą i nadzwyczaj ładną panienką, której wykształceniem moralnem nawet się zatrudniał, skłaniając ono do swoich widoków; i codzień ją nowemi osypując dary, mniemał, że dopiął pożądanej i dobrze wprzód obmyślanej szczęśliwości. Jakoż lat kilka upłynęło mu najpomyślniej. Córeczka, dziecko piękne i miłe, w pierwszym roku ich małżeństwa urodzone, wała się im wybornie. Później narodzony synek umarł nagle, i śmierć jego zaczęła niejako szereg cierpień Romualda. Wkrótce potem w okolice tutejsze, a w najbliższe sąsiedztwo Pana Romualda, przyjechał do domu Hrabiego... krewny jego, Podolanin z urodzenia, ale cudzoziemiec z wychowania. Przybywał on z Francyi, gdzie od dzieciństwa prawie z matką mieszkał. Młody, przystojny, zalotny i bogaty, posiadał on przymioty zdolne zająć nieostrożne serce i głowę. Pani Romualdowa, Zofia (bo tak ją po imieniu odtąd nazywać będę) jaśniała natenczas dojrzałą a nieporównaną pięknością. Młodzieniec ten codziennie prawie widując ją, czy naprawdę w niej się rozkochał, czy oczarowany jej wdziękami, uwieść ją tylko postanowił. Intryga ta i usiłowania jego trwały niejaki czas bezskutecznie. Uczucia macierzyńskie dla jedynego dziecka, religia, nieodmienna dobroć i przywiązanie męża, broniły Zofię od upadku.... Ale walka ta codzień trudniejszą dla niej była... Romuald poznał rychło stan żony i własny; hamował się jednak jak mógł w uniesieniach zazdrości i obrażonej miłości własnej, pobudzanej jeszcze codziennem urąganiem złośliwrego sąsiedztwa. Nie przeto przybrał on na się tę powierzchowną spokojność, żeby mu brakowało energii na przerwanie od razu tego nieszczęśliwego romansu i wygnanie z domu natrętnego gościa; lecz kochał żonę szczérze i tkliwie, nie chciał gorszącej sceny, któraby jej opinię na zawsze skalała i zostawiła wspomnienie na córkę nawet spłynąć mogące. Starszy od niej o lat dwadzieścia z górą, uważał siebie opiekunem niejako jej młodości i niedoświadczenia. Wiedział, że poślubiła mu wiarę z sercem zupełnie wolnem i na tém właśnie opierał był przyszłą szczęśliwość swego małżeńskiego pożycia, bo miał nadzieję, że przywiązanie jej wzajemne utworzy się po ślubie, zapełni tę próżnię w sercu i nie da miejsca obcym uczuciom. A lubo rachuba ta omylała go widocznie, zwodził się on jeszcze, składając winę na zły los, nastręczający tak niebezpieczną pokusę. — Szał to młodej głowy i nic więcej — myślał i mówił nawet przed poufałemi i życzliwemi sobie przyjaciółmi, z których liczby byłem i ja. — Serce jej jest niezepsute i niezajęte. Przejdzie paroxyzm, i uleczona na zawsze, poznawszy znikomość bałamuctwa, wróci do poczciwych uczuć matki i do kochającego ją zawsze męża; i wówczas będzie pora pochwalić się jej z mojem przywiązaniem i i z moją łagodną a tkliwą litością nad jéj opłakanego zaślepieniem. — Ale rozumowanie nie koi boleści żadnej, tém bardziej boleści serca. Pobłażający dla żony, okrutnym on był dla siebie: bo za każdą, a prawie codzienną bytnością w domu jego, Mieczysława (takie mu było imię) musiał Romuald powtarzać sobie swoje perswazye, wbijać je gwałtem w głowę, i tym sposobem tłumić swe gniewy, gdy na każde słowo, na każdy rzut oka kochanków krew mu kipiała. Pan Romuald nie spuszczał jednak z uwagi żadnego kroku żony ani nieproszonego przyjaciela domu; otoczył ich, że tak powiemniewidzialną dla nich siecią, w której więzły wszelkie projekta Mieczysława, wiadome wprzód zawsze Romualdowi, niżeli się uskutecznić mogły, i wszystkie myśli i wzajemne uczucia żony. Więc zapobiegł zawsze każdemu pokuszeniu się jednego, a słabości drugiej, i każdej zręczności, któraby narazić mogła Zofię na niebezpieczeństwo a Romualda z piękném rozumowaniem, na ostatnie nieszczęście i hańbę. Całą pociechą jego w utrapieniu, przez którą nawet i do serca zony kołatał, była malutka Marynia, ulubiona i piękna dziecina, w wieku, w którym małe dziatki są najmilszą pieszczotą rodziców. Brał on ją na ręce, nosił, całował, oblewał łzami; a gdy zadumana matka zwracała na nią oczy, oddawał on jej w ręce Marynię, siadał obok, zwracał myśl na przyszłość ukochanej córeczki, namieniał o nieszczęśliwym losie sierot, śmiercią lub z jakiej innej przyczyny opuszczonych od rodziców, a szczególniej od matek; słowem, starał się obudzić czułość Zoiji, zwrócić ją ku najbliższej serca ich istocie, a odwieść od przedmiotu wciskającego się doń gwałtem. Tym sposobem Romuald, idąc ślad w ślad za obłąkaną żoną i licząc jakby każde uderzenie jej serca, pomiarkował, że ono coraz gwałtowniej bije, że paroxyzm nie tylko się nie zmniejsza, ale owszem coraz silniejszego nabiera pędu. Nie uszła także oka zakochanych ciągła baczność nad niemi; a ten przymus i trudność nie tylko nie gasiły płomienia, lecz go tem mocniej podżegać zdawały się. Łagodność i milczenie Romualda nazywali obłudą; straż i ostrożność szpiegostwem i cichem prześladowaniem. Nakoniec w przejmowanych listach (listy bowiem wzajemne dochodziły kochanków, ale szły pierwiej przez ręce Romualda) doczytał się on z przerażeniem wyrazów: rozwód, ucieczka; na którą lubo żona jego nie zgadzała się jeszcze, ale coraz wolniejąc w oporze, samem rozbieraniem przeszkód, w których względu na męża najmniejszego nie było, a na córkę bardzo mały, dawała przeczuwać, że się nakoniec zgodzi, a honor męża i własny, oraz los córki, szalonej namiętności poświęci. Wtenczas Romuald, widząc dotychczasowy swój takt, daremnym, a nawet fałszywym, i żałując po niewczasie, stanął przed żoną z listem w ręku, to jest, z odpowiedzią jéj do Mieczysława. Rozumiał on i spodziewał się, że na sam widok tego listu Zofia osłupieje....padnie mu do nóg i błagać będzie przebaczenia.... a on tkliwem napomnieniem zakończy scenę, i zniewoli żonę do odpisania Mieczysławowi ostatecznej odpowiedzi, zrywającej tę intrygę na zawsze. Ale się wcale inaczej stało.... Trzęsący się jak winowajca oczekujący wyroku, wszedł Romuald do pokoju Zofji, i siedzącej spokojnie, podał, nic nie mówiąc, list w ręce... Przyjęła... spojrzała... rzuciła obojętnem okiem na męża... i położywszy list na stole, w milczeniu dalej wiązała siatkę. Romuald rozumiał, że zwaryowała, albo oniemiała, albo nakoniec, że sam stracił nagle rozum, i nie pojmuje, co się dzieje? bo nie mógł jeszcze przypuścić i wierzyć w taką zatwardziałość kobiéty, którą niedawno aniołem dobroci nazywał. Zdobył się wreszcie na głos, który mu był odbiegł. — I cóż na to? Żofjo! — zapytał. — Ponieważ masz mój list w ręku, a zatém niepotrzebne pytanie. — I znowu milczenie. — Jak to? Zofio! nie masz mi nic do powiedzenia? — Nie. — — Ach! o Boże! upamiętaj się! Zofio! Ja ci przebaczam! Toż ty mnie najmniéj już nie kochasz? — — I nigdym nie kochała. — — Więc mnie oszukiwałaś, łudziłaś przez lat tyle? — — Nie oszukiwałam. Czyliżeś słyszał choć raz z ust moich to słowo: kocham, do siebie powiedziane? — Romuald przebiegł myślą przeszłość i musiał w duchu przyznać, że prawda. — Na cóżeś szła za mnie? — — Czyż ja szłam? Mnie wydano! — Więc mnie nienawidzisz? — — Nie. — — Dla czegóż więc odrzucasz kochającego cię męża, a oddajesz się w ręce młodzika, którego wiekowi nawet ufać nie można? Nie gub siebie! nie gub mnie! nie gub najbardziej drogiego dziecięcia naszego! Cóż ci ono zawiniło? Zofjo moja!... — — Jużem nie twoja!!! — rzekła ona jakimś niezwyczajnym, ponurym głosem; wstała i wyszła z pokoju. Romuald stał, jakby mu piorun u nóg uderzył... Te lakoniczne, wyraźne i otwarte odpowiedzi były znakiem upartego odważenia się na jedno; może przekorą mężowi spowiadającemu się żalu i zawstydzenia? może nakoniec hardem odbiciem upokarzającego a oczewistego dowodu ukrywanych zamiarów? Lecz to: jużem nie twoja! zdawało się Romualdowi jawnem wyznaniem p rzeniewierstw a, było zatem wyrokiem zrywającym bez powrotu ich związek, wyrokiem dlań nieszczęścia i rozpaczy. Stał on długo osłupiały bez myśli, bez czucia; wyszedł nakoniec machinalnie jak automat z pokoju, nie wiedząc gdzie go nogi poniosą... i Bóg wie coby się z nim stało; ale spotkał na dziedzińcu biegającą Marynię. Ta, podług zwyczaju, rzuciła mu się w ręce... Wziął ją... Ona go rączkami za szyję objęła, twarzyczkę swoję przytuliła do jego pałającego oblicza... Potok gorących łez rzucił mu się z oczu... i odzyskał przytomność i rozmysł; ucałował, przycisnął do serca ukochane dziecko, krzyż święty położył na jej czole, i odszedł zadumany. Tysiąc myśli i zamiarów cisnęło mu się do głowy, jedne drugim przeciwnych: gwałtowne, przeciwne i naturze nieszczęśliwego, i względom na przyszły los córki, jedynego pozostającego mu skarbu; łagodne, przeciwne widocznemu doświadczeniu i bezskuteczne. I odjęcie sobie życia a ukaranie wieczną zgryzotą niewiernej, i wyzwa- nie Mieczysława, a odpędzenie wnet Zofji, przemykały mu po głowie jak błyskawice; a po każdéj takiéj myśli ślad głębokiéj boleści, jak wyryte dno gwałtownego potoku, zostawał mu na sercu. Ni komu się pożalić, ni z kim się poradzić! któż bowiem odważy się żebrzeć litości lub rady; wstyd swój i biedę domową jak kalectwo objawiając?.... Wszędzie rada ludzka przydać się może; ale jeszcze się ten nie narodził, ktoby złe małżeństwo zgodził. Wreszcie, los Pana Romualda był wyjątkowym: bo i w obyczajach naszych tak namiętna, a razem tak mocnej woli i uporu kobieta była i jest, chwała Bogu, wyjątkiem. Po długich namysłach, wrócił nieszczęśliwy do domu bez żadnego ostatecznego postanowienia; ale jednak cóś umyślił, oto myślił czekać przybycia Mieczysława, i z nim jak z człowiekiem honoru, rozmówić się otwarcie i spokojnie o losie Zofji i postąpić potem jak wypadnie. Mieczysław codzień na herbatę przyjeżdżał, i wieczorem wracał do domu, to jest, do Hrabiego, u którego od kilku miesięcy mieszkał, przybywszy na parę tygodni. Dnia jednak tego i następnych napróżno czekał gościa. Widać że w sieci pajęczej, którą ich otoczył, była jakaś luka, niedostrzeżona przez Romualda, a przez którą kommunikowali się kochankowie. Między małżeństwem też była zimna obojętność, otrętwiałość, gorsza stokroć od swarów lub kłótni, kończących się zwykle prędkiem pojednaniem, którego tu nie było nadziei. Marynia tylko biegała od papy do mamy, i skarżyła się smutnie: — Mama gniewa się na mnie, bo nic do mnie nie gada; papa chory, bo płacze. — Nie mogąc znieść długo takiego udręczenia i niepewności, Romuald, gdy Pan Mieczysław nie przybywał, zbliżył się znowu do żony, pragnąc przynajmniej dowiedzieć się, czego ma oczekiwać i czego się trzymać? Na mnóstwo pytań nie odpowiadała mu wcale. Na jedno tylko: — Czy Pan Mieczysław chce nas rozwieść i z tobą się ożenić — odpowiedziała: — Tak! — Dość jednak było i tego: bo to krótkie tak! rozwiązało wszelkie już wątpliwości Romualda. Któż wié bowiem czyby jéj jeszcze nie przebaczył? czy w odpowiedziach jej nie chciał znaleść łagodniejszego odgadnienia na: jużem nie twoja!... — Po téj rozmowie nazajutrz weszła żona do jego pokoju, i z najspokojniejszą twarzą położyła mu list otwarty na stole i wyszła. Był to list Mieczysława do niej, tegoż dnia napisany, pełny wyrazów najgorętszej miłości, dający poznać, że wie o jej smutnem domowem położeniu, i że wnet odjeżdża, aby rozporządził wszystko we własnym domu, a powrócił jak najrychléj dla rozpoczęcia i dokonania rozwodu i ofiarowania potem jej swojéj ręki. Kończył zaręczając sumieniem i honorem świętość swoich obietnic! dodając, że uważając się odtąd za opiekuna jej spokojności, odemści śmiertelnie każdemu, ktoby się ją mięszać odważył. Z zimniejszą już rozwagą rozbierając list ten i swoje położenie Romuald, na tymże liście szczere onego wyznanie napisał, że odtąd więc zrzeka się tytułu i obowiązków męża i opiekuna przyszłej żony Mieczysława; lecz ponieważ dotąd nim był, przeto za zniszczenie szczęścia i spokojności żony, dziecka i własnej, potrafiłby także śmiertelnie odemścić; lecz gdy w takim razie albo zupełne sieroctwo opuszczonego dziecka od matki, albo owdowienie samej że matki przedślubne nastąpićby musiało, przeto i miłość własna głęboko obrażona, chęć sprawiedliwej zemsty, ustępują uczuciom ojcowskim i religijnemu poddaniu się woli Boga, któremu los dziecka, niewdzięcznej żony i własny oddaje. Odtąd całe to nieszczęście domowe Romualda wyszło zupełnie na jaw i wpadło na usta ludzkie; lecz złośliwe rozprawy i sądy rozbijały się tu o dwie przeciwne sobie, ale równie twarde tarcze: spokojną rezygnacyę męża, a dumną zarozumiałość żony. Świat płochy przyznawał jej nawet słuszność. — Cóż w tém złego? — mówiono — lepiej mieć chat trzysta, niż trzydzieści; lepiej mieć męża młodego, niż półwiecznika którego się nie lubi. Rozumna i ładna kobieta! — Poczciwi zaś znający dobrze Romualda, przekonani, że rezygnacya jego nie z trwogi ani nikczemnego umysłu, ale ze szlachetnego serca pochodziła — zacny a nieszczęśliwy człowiek! — powtarzali. Wszyscy zaś ciekawie oczekiwali powrotu Mieczysława. Już trzeci miesiąc upływał od jego odjazdu. Listy każdej poczty dochodziły odeń do Zofji, w każdym obietnice rychłego powrotu, który się jednak przewlekał, a coraz był dla obojga małżonków pożądańszym: bo życie takie ad interim pod jednym dachem było im nieznośne. Rodzice Zofji pomarli, rodzeństwo rozpierzchło się w różne strony. Bo klasztoru, bojąc się bodaj reli- gijnych exhortacyj, przenieść się nie chciała; więc musiała zostać na miejscu; a lubo niezajmowała się już domem, wszelako co krok spotykała się z przeszłością jak z nieprzyjacielem wyrzucającym jéj na oczy przeszłość i niewdzięczność. Całą jej pociechą były listy kochanka, całém zatrudnieniem odpowiedzi. Listy te, gorejącem piórem pisane, tém mocniej zapalały wyobraźnię i tem niecierpliwiej drażniły jéj uczucia; zwykle wychodziła naprzeciw posłańcowi przynoszącemu pocztę; szła aż póki go nie spotkała i powracała jaśniejąca radością, niosąc drogie pismo na bijącem gwałtownie sercu. W połowie czwartego miesiąca ujrzał Romuald swoję żonę wracającą z tego spotkania nadzwyczaj spiesznym krokiem. Posłaniec wlókł się zdaleka. Postrzegłszy męża, zwróciła się na uboczną drożynę, prowadzącą do ogrodu; nie mogła jednak tak zdaleka go minąć, aby on nie dostrzegł zaczerwienienia jej twarzy, osłupienia oczu i nieładu w całéj postaci. Domyślił się więc łatwo, że albo listu nie było, albo był fatalny. Nadszedł wkrótce posłaniec, i dowiedział się odeń Romuald, że aktualnie listu nie było; wniósł zatem bardzo naturalnie, że wkrótce sam Mieczysław nadjeżdża i dla tego już nie pisze. Myśl ta uspakajająca nie namknęła się w zapamiętałej głowie jego żony. Wbiegła ona przez ogród do swojego pokoju i tam upadła na sofę. Paroxyzm jakby febry objął ją; drżała najprzód, potem się głowa jej płomieniem paliła, myśli żadnych zebrać nie mogła, i szklankę po szklance chłonęła wody, tak, że przelękniona służąca pobiegła do Pana i opowiedziała mu stan żony. Serce Romualda, to wyborne serce, z którego on nie mógł niewdzięcznej wyrzucić, a które go zawsze na litość naprowadzało, i teraz powiodło go do jej pokoju. Ujrzawszy wchodzącego, rozdarła ona załamane ręce, starała się uspokoić oblicze, ale gorączką pałające oczy, usta i czoło, ale rozrzucone włosy, zdradzały prawdę. — Zofjo! tyś chora — odezwał się Romuald, biorąc ją dobrotliwie za rękę. Wyrwała mu ją gwałtownie. — Po co tu Pan? Kto Panu powiedział, żem chora? — Twoja twarz, twoje oczy, twoja cała postać. — Proszę dać mi pokój! — Zofjo! nie jestem twym mężem w obliczu świata, i być nim nie mogę... ale w obliczu Boga przysiągłem ci opiekę, i téj się nie zrzekam, choć mię do tego gwałtem przymuszasz, nim kto inny tej ci przysięgi nie wykona. Natenczas moje obowiązki on przyjmie na siebie. Wreszcie jesteś matką mojego dziecka, dla tego zdrowie twoje obchodzi mnie. Przyczynę twej rozpaczy wiem: nie odebrałaś listu od Mieczysława; a im niecierpliwiej zawsze czekasz poczty, tem mocniej uczułaś zawód. Gdyby nie to, łatwobyś wpadła na domysł najpodobniejszy do prawdy, że twój kochanek już w drodze i dla tego zapewnie nie pisze. — Na te słowa Zofja zwróciła oczy na męża; patrzała nań, jakby rozplątywała jego wyrazy... nakoniec zrywa się z sofy, rzuca się przed nim na kolana... chwyta go za ręce, całuje z uniesieniem, wołając: — Ach! tak! tak! on jedzie! może dziś przybywa i dla tego nie pisze: Tyś zgadł! Bóg ciebie natchnął!... O jakżem szczęśliwa!... — To już było nad siły i nad cierpliwość Romualda, znieść dowody przeniewierczej miłości w żywe oczy mu pałającej — Niewdzięczna! — rzekł on, wstrząsając zapamiętale jej ręce — okrutna kobieto! O Boże! co za męczarnie!!! — Odrywa się na koniec od nawpółomdlałej i ucieka z pokoju. Przyszła druga poczta, i znowu nie było listu. Stan Zofji był nie do opisania. Znikła jej duma i uporne milczenie; a że mąż nie przyszedł już pocieszać ją, sama się doń przywlekła, żebrząc nadziei, którą tracić zaczynała. Nie odpędził jej Romuald; zawarł on w sercu swem nieszczęśliwym żal swój i smutek gorzki, a jak przyjaciel dobrotliwy, jak ojciec scho rzałe dziecko, uspokajał ją i koił. Każdy cień nadziei, każde prawdopodobieństwo, chciwie przyjmowała Zofja; często rzucała mu się do nóg; w objęcia bowiem rzucić się nie śmiała. — Niewdzięczna ja! niewdzięczna! — wołała natenczas. I kiedy Romuald, wzruszony i omylony tem wykrzyknieniem, chciał jej swą miłość i przebaczenie objawić.... — Czyż tylko przyjedzie? — mówiła ona, niepewne nań i oczekujące podnosząc źrenice... Znowu więc pogrążony mąż w dawnej toni; znowu w sercu żony, naprzeciw głosowi sumienia, szalona namiętność, zwycięzka! Pasowaniu się takiem u codziennemu zdrowie Zofji wydołać w końcu nie mogło. Jedne już tylko z ust męża słyszała słowa: — Nakoniec czegoś doczekać się musisz, bo mimo najszczersze polito- wanie dla nieszczęśliwej, żadnych on pozornych nawet tak długiego milczenia Mieczysława wynaleźć nie mógł przyczyn. Lecz i w tem zwątpiałem czegoś, w samem oczekiwaniu... było jeszcze trochę nadziei... Tak upłynęło parę miesięcy. Zofja żadnéj nie opuściła poczty, pisała list po liście. Aż dnia jednego przybył do nich Hrabia, w którego domu mieszkał był Mieczysław. Niespodziana ta wizyta zapowiadała jakąś wiadomość, może stanowczą... Drżała, witając go Zofja. Romualdowi nawet gwałtownie serce biło. Po pierwszych przywitaniach, Hrabia usiadł i wstawał, rozpoczynał rozmowy o urodzajach, o pogodzie, słowem, nie mógł ukryć złowróżbnej niespokojności. Zofja niecierpliwym wzrokiem śledziła wszystkie jego poruszenia... — Winszuję Państwu — rzekł on nakoniec! jąkając się, za każdem słowem — winszuję Państwu i cieszę się, jako sąsiad i przyjaciel... że, jak uważam, znikły ztąd... niesnaski i niejakieś nieporozumienia małżeńskie... — Jakie nieporozumienia małżeńskie? — przerwała mu porywczo Zofja — Tu niema małżeństwa... Mieszkam w jednym domu z tym najlepszym i najczcigodniejszym człowiekiem, a niegdyś przywiązanym do mnie mężem: bo mnie nie wypędził dotąd; chociaż aż nadto na to zasłużyłam, ale nie jestem jego żoną, ani on moim mężem. Krewny Pański Mieczysław jest moim narzeczonym... jego czekam... Pan się uśmiechasz?... — (Zadrżała konwulsyjnie). — Więc on nie przybędzie?... Mów Pan!... mów Pan śmiało... jam do wszystkiego przygotowana, nawet do śmierci bo śmierć znośniejsza nad męczarnie, jakie dla niego i przez niego znoszę... Mów Pan! mów! — Hrabia, patrząc na Zofję, na jej oczy pałające i przenikające na wskroś, na twarz jej to bladą, to gorejącą, na śpiekłe usta i mowę gwałtowną, poznał niebezpieczeństwo swojego położenie, poznał, że jedno jego słowo uderzyć ją może zabójczym ciosem; przeklin ał więc w duchu Mieczysława i swoje poselstwo. Gdy jednak Zofja nalegała zamiętale, i gdy Romuald odezwał się: — Albo Panu nie trzeba było tu przejeżdżać, albo potrzeba tera z powiedzieć z czem przyjechałeś: bo widzisz Pan sam, że ta nieszczęśliwa takiego stanu dłużej nie przetrwa. — A więc zmuszony jestem powiedzieć — rzekł Hrabia — że okoliczności... — Na miłość Boga bez ogródek... — przerwała drżąca jak liść Zofja — Nie przyjedzie? — Nie, nie przyjedzie. — Pisał do Pana? — Pisał. — Proszę mi list pokazać. — Na cóżby się to Pani przydało? — Chcę wiedzieć przyczynę. W liście ona być musi. — Mogę ją Pani powiedzieć; ale proszę się uspokoić. — Prosisz mię Pan uspokoić się!... Zofja się rozśmiała — ale jakimże śmiechem? — Więc przyczyna Panie Hrabio!... — Nie dręcz Pan jej — odezwał się Romuald. — Przyczyna... bo... bo... się ożenił!!! — Długie nastąpiło milczenie. Hrabia patrzał w ziemię. Romuald śledził niebezpieczeństwo żony. Ona stała jak posąg... Nakoniec odsunęła gwałtownie będącego jej na drodze Hrabiego, i śpiesznym krokiem wyszła. We drzwiach spotkała Marynię, porwała ją na ręce, przycisnęła konwulsyjnie do serca, ucałowała, przeżegnała, i znowu popędliwie biegła do swojego pokoju. — Panie Hrabio! — rzekł Romuald — krewny Pański jest podły!!! Żegnam Pana, bo muszę ratować zgubioną matkę mojego dziecka. — Pobiegł za żoną, a Hrabia wyjechał. Okropny był stan Zofji! słow a pociechy najmniejszego jej nie przynosiły skutku; i abym skrócił Panu opowiadanie, straszna i gwałtowna gorączka tegoż dnia ją objęła, i mimo wszelkie usiłowania lekarzy, w siedm dni nieprzytomną zebrała ze świata. Romuald zebrał listy Mieczysława, dołączył metrykę śmierci Zofji, zszył jedno z drugiém i podpisawszy u spodu: Zabójcy na pamiątkę, odesłał mu umyślnym. Wprawdzie po tem słowie: juzem nie twoja, które Romuald zanadto może ściśle sobie tłómaczył, a które (jak z listów przekonywał się później) było tylko dowodem niecofniętego Zofji postanowienia i słowa Mieczysławowi danego, Romuald uważał się na zawsze rozłączonym z żoną; jednak nie mogąc jej zupełnie wyrzucić z serca, bolał nad nią za życia, bolał po niej po śmierci. Nakoniec spokojność sumienia, oddanie się zupełnie na wolę Boską, i ukochane dziecię Maryla; dźwignęły go ze smutku.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Jubileusz.
