Nowella
SPEKULACYE PANA JANA.
przez
Klemensa Junoszę.
I • II • III • IV • V • VI • VII
Nowella
SPEKULACYE PANA JANA.
przez
Klemensa Junoszę.
I.
Herbata agronomiczna, oraz Pipericus delendus ut Carthago.
Ktoś widząc na balu wspaniale wystrojoną i malowanemi wdzięki jaśniejącą damę, rzekł do swego przyjaciela: — Patrzaj, oto są resztki radczyni Wypchalskiéj... ależ jakie wspaniałe resztki!... I ja zaprowadziwszy was do Pieprzykowa, postawiwszy na dziedzińcu, przed pięknym domem mieszkalnym, przed murowanemi w słupy zabudowaniami, pokazawszy wam ogród rozległy, staw rozlany szeroko, obszerne pola i pyszne łąki, rozciągające się nad rzeką, mógłbym również powiedziéć: — Patrzcie i poglądajcie! oto resztki fortuny Grabskich; ale jakież imponujące resztki!... Przypuśćmy, że tak robię: przenoszę waszą myśl do Pieprzykowa i powiadam: — Oto resztki... Niejeden uważałby się za bardzo szczęśliwego, żeby z tych resztek tylko resztkę mógł miéć na utrzymanie życia i zapewnienie kawałka chleba na starość, ale nie o dorobkowiczach tu mowa... Spojrzmy no naprzód na ten dom piękny o dwunastu oknach, z gankiem oszklonym, przy którym zeschłe jakieś łodygi świadczą, że niegdyś dzikie wino pięło się tutaj po ścianach. W niektórych oknach widzimy firanki, w niektórych szyby brudne, wybite i staremi gazetami polepione, jakby na dowód, że praca literacka nietylko dla pokrzepienia ducha, ale i do ogrzania grzesznego ciała może być także przydatną. Dziedziniec niegdyś pięknie utrzymany, dziś zarośnięty nieco zielskiem i trawą, przecięty był jakby na dwoje ścieżką wąziutką, co do zabudowań gospodarskich biegła. Same zabudowania zaś, wysokie, w słupy murowane, imponowały z daleka; z blizka zaś tu i owdzie widać było dziury w dachu, o pomstę do gonciarza wołające, i cegłę okruszoną ze słupów i ściany miejscami drągiem podparte, z obawy aby się nie chciały przewrócić. Znać tu było owego nieubłaganego ducha zniszczenia, który ostrzega człowieka i woła na niego niejako: „popraw się, bo zginiesz.” Za okienicami dworu, niezamykanemi nigdy, siedziały najspokojniéj nietoperze, a w starych grabach, ozdabiających aleje ogrodu, lęgły się i wychowywały całe potomstwa sów i puszczyków, które w nocy dziwnie niemiłe, przerażające nawet wydawały głosy... Czuć tam było woń pustki — a jednak ludzie w téj pustce mieszkali, a nawet dworno tu było i huczno. Ba, był nawet powóz i piątka karych, ale przypatrzywszy się dobrze, toś widział na powozie łaty, klamki poobrywane, konie kaleki, a liberya na ludziach miała więcéj dziur niż galonów, chociaż galonów było na niéj bardzo suto co prawda... O godzinie jedenastéj rano jeszcze rolety we wszystkich oknach były poopuszczane, aby uprzykrzone słońce nie spędzało z powiek pańskich snu, który pokrzepiał zwątlone ich siły. Pan spał, pani spała, panna także spała. Skutkiem téj ospałości ogólnéj, spała i służba, a co za tém idzie, spała i robota, ale za to czuwali ci, co to wietrzą gdzie jaka fortuna do upadku się chyli i nad przepaścią już stoi. Wyobrażasz sobie szanowny czytelniku, że pan Grabski był złym gospodarzem. Jeżeli tak, to się mylisz. Nigdzie, w kółku rodzinném przy herbacie, nie rozbierano tak świetnych teoryj postępowéj agronomicznéj kultury, jak w Pieprzykowie. Trzeba było posłuchać jak pan Jan zaczął opowiadać o cudach widzianych za granicą, o ogromnym postępie rolnictwa, o zdumiewających maszynach, które miały na zawsze wyrugować pracę ręczną. Trzeba było posłuchać, jak znakomite ulepszenia zamierzał wprowadzić u siebie, jakie przewroty dokonać, jak zaimponować całéj okolicy! I kto wie, czyby tego wszystkiego w saméj rzeczy nie wykonał, gdyby nie to, że naczczo niepodobna było brać się do pracy, a herbatę podawano dopiero o dwunastéj; późniéj trzeba było przeczytać gazety, poczém podawano drugie śniadanie, — ledwie człowiek zdążył odsapnąć i wypalić cygaro, znów obiad, czarna kawa, podwieczorek, jakieś owoce, coś słodkiego, potém zaś herbata. Po nocy nie sposób przecież zaprowadzać ulepszeń gospodarczych, irygować łąk, ani osuszać błot, więc praktyka musiała ustępować teoryi i znowuż zaczynała się rozmowa o świetnym stanie ferm francuzkich, o winnicach, o angielskich maszynach i olbrzymich amerykańskich pługach parowych, które mogły zaorać cały Pieprzyków w przeciągu trzydziestu siedmiu minut i pięciu sekund, nie licząc naturalnie czasu zużytego na rozpalenie ognia pod kotłem, do czego, przy wrodzonych zdolnościach Kaśki (głównéj ochmistrzyni pieców Pieprzykowskich), miało wystarczyć pięćdziesiąt dziewięć minut... Tak więc, amerykańskim sposobem grunta Pieprzykowskie miały być uprawione w przeciągu jednéj godziny, trzydziestu sześciu minut i pięciu sekund. Spodziewając się takiego pośpiechu w przyszłości, można się było w teraźniejszości potrosze opóźniać i dla kiedy u innych siano, to u pana Grabskiego orano, a kiedy ludzie już wszystko posprzątali, to w Pieprzykowie zabierano się dopiero do żniwa, oczekując zapewne, czy w Ameryce nie wynajdą z czasem jakiego miecha parowego, co jak dmuchnie, to wszystko od razu do stodoły zapędzi, a jak chuchnie znowu, to całoroczny zbiór od razu upiecze i złoży do spichrza w postaci chleba, bułek, ciast, bab, tortów i tym podobnych przetworów kunsztu cukierniczo-piekarskiego. Panna Stefania Grabska, osoba wysokiego wzrostu i charakteru silnego, posiadała również pewną dozę energii i zamiłowania do gospodarstwa, do téj roli, jak mówiła, téj ziemi świętéj, zlanéj potem naszych pradziadów. Panna Stefania lubiła mówić o pradziadach, bo dom był arystokratyczny, a nawet podobno jakiś przodek tego rodu złamał obie ostrogi uciekając przed jednym szwedem, a inny zaś praszczur był łowczym w swoim własnym lesie. Dobrą krew zawsze znać: odezwie się ona choćby w dziesiątém pokoleniu, po kądzieli lub mieczu. Raz, panna Stefania wyczytała we francuzkim romansie, jak urocza Julia córka margrabiego de Saint-Rien, objeżdżała konno posiadłości swego papy i osobiście znajdowała się przy robotnicach obrządzających pola i winnice tego magnata. Tam to urocza Julia spotkała cudownie pięknego wicehrabiego de Saint-Zero i oboje z wysokości grzbietów końskich poczuli tak silną, tak gwałtowną ku sobie miłość, że aż uczucie ich musiało zostać zapieczętowaném bardzo huczném weselem w zamku margrabiego. Miłość młodéj pary była tak gorącą, tak silną, tak po południowemu namiętną, że dopiero w pół roku po ślubie piękna Julia odważyła się po raz pierwszy zdradzić męża, dla bardzo miłego i ufryzowanego barona de Tripla Coeur... Zajmująca i pełna sentymentalizmu ta scena, podziałała magicznie na pannę Stefanię. Zapragnęła ona gwałtownie na wzór uroczéj margrabianki de Saint-Rien, objeżdżać posiadłości swego ojca, osobiście doglądać pracujących w jego winnicach, (które z przyczyn od panny Stefanii niezależnych, zamienić się musiały na rzadziutkie i bardzo nikłe żytko), oraz spotkać na rozstajnych drogach jakiego wicehrabiego de Saint-Zero.... Trzeba — mówiła — pracować i trzeba własnym potem krwawym zlewać matkę naszą ziemię, użyznioną krwią naddziadów. W tym szlachetnym celu wybrano ze stadniny zwierzę najmniéj kosmate i na pozór najprzyzwoiciéj wyglądające, czyszczono je, myto, przystrzygano mu grzywę, a Wojtek, wielki koniuszy dworu w Pieprzykowie, osobiście kształcił i przygotowywał je do godnego noszenia osoby, która krwawym potem zamierzała użyzniać ziemię pradziadów. Ale fatalność jakaś sroga wisiała nad całą tą rodziną i nie pozwalała jéj urzeczywistnić najpiękniejszych marzeń, — nie dozwoliła wykonać całego szeregu prac olbrzymich i bohaterskich poświęceń. Ojciec musiał się ograniczyć na gospodarowaniu przy herbacie, gdyż uciążliwy trud spożywania śniadań i obiadów pochłaniał mu cały czas, tak drogi dla kraju, dla agronomii postępowéj i dla ludzkości. Córka zaś, to piękne, młode, a tak szczytnemi ideami ożywione, na tak wzniosłych przykładach wykształcone dziecię, w garderobie własnéj znajdowała nieprzezwyciężoną przeszkodę wykonania najświetniejszych planów i marzeń. I istotnie, zanim fachowo wykształcony izraelita uszył amazonkę, zanim sprowadzono z Warszawy kapelusz odpowiedni i lakierowane buciki z ostrogą — łosiowe do łokci sięgające rękawiczki i szpicrutę ze złotą główką, przeszedł już czas pracy w polu i ziemia pradziadów nie doczekała się tego zaszczytu, aby na niéj spoczęło modre oko prawnuczki. Skutkiem tego nie znalazł się także wymarzony wicehrabia de Saint-Zero i rzeczy szły zwykłą koleją, którą czasem tylko urozmaicały przejażdżki do Warszawy, zwykle praktykowane w porze zimowéj, w owych uprzywilejowanych czasach karnawału, w których piękne panie, ożywione duchem prawdziwie chrześciańskim i filantropijnym, rzucają setki na stroje, aby dać rubla dla nędzy i wytańczyć sobie męża z odpowiednim kapitałem, zapewniającym swobodę i wolność dożywotniego popełniania głupstw, bawienia się i (w wolnych chwilach) pomnożenia ludzkości o kilkoro bladych istotek, wychowanych i wykształconych na obraz i podobieństwo szanownych swoich mam i pap. Uszy więdną, słysząc ponure sarkania mizantropów na świat a ludzi — cóż to za dzikość! Tu na świecie jest tak dobrze, tak słodko i rozkosznie, tu się ludzie jedni dla drugich poświęcają tak chętnie — a że na każdém poświęceniu cóś zarobią, to trudno się dziwić — na cóż bo kura grzebie? Są ludzie, którym zdaje się, że są bardzo bogaci i nie przypuszczają, aby w szkatule mogli kiedykolwiek zobaczyć straszne dno.... Do takich to ludzi należał pan Jan. Puścił już w swojém życiu niejeden majątek, a zawsze zdawało mu się, że jeszcze ma cóś do puszczenia. Tymczasem Pieprzyków był już ostatnim — poza Pieprzykowem zaś przepaść, nicość, pustka. Proboszcz, weredyk stary dla innych, kolatorowi swemu delikatnie dawał do zrozumienia, że jest źle, a robił to z dobrego serca, bo pan Jan należał do rzędu poczciwych safandułów, cieszących się ogólną sympatyą... Zdawało się księdzu, że mniéj urazi pana Jana, gdy mu gorzką pigułkę prawdy w łacińskiéj poda kapsułce... — Carthago delenda est, — rzekł raz z westchnieniem. — Zkądże ksiądz proboszcz ma takie świeże nowiny? — pytał pan Jan z uśmiechem. — Przez analogię, dobrodzieju, bo mam smutne przeczucie, że Pipericus noster delendus erit... — Ho! ho! a cóż to znowu za miasto ów Pipericus, księże? — Pipericus vel Pieprykowus, tak stoi w dawnych aktach kościelnych, po polsku zaś to się zowie Pieprzyków... — Śmiéj się z tego, pasterzu dusz naszych; Pipericus noster, to Roma! to nie Carthago... — I Roma upadła pod ciosami barbarzyńców i przestała królować światu. Cezarowie musieli się zlikwidować, gdy im ogłoszono upadłość. — Zawsze się dobrodzieja jovialitates trzymają... ale ja wam pokażę, co zrobię z Pieprzykowa. Wiadukty pozaprowadzam, pałace, ba, nawet ogrody wiszące jak Semiramida! — I w tych ogrodach wiszących, uczciwszy uszy szanownego kolatora, żydzi będą kozy pasali... — Ha! ha! ha! źle spałeś księżulku téj nocy, żeś taki jakiś złowieszczy; czy nie wiesz, że ja jak imperator Tytus, pobiję żydów! pobiję i to nie mieczem, ale pieniędzmi... gotówką... ulepszeniami rolnemi, pszenicą, którą ich zasypię jak złotem. I śmiał się pan Jan sam z siebie i z księdza i wesół był dziwnie, a kiedy przy herbacie zgromadziła się rodzina i domownicy, to z taką werwą i zapałem opowiadał im o zamierzonych ulepszeniach, że ktoby go nie znał, toby myślał, że to jaki nowożytny Archimedes, który jak znajdzie drąg, to ziemię poruszy, który zasieje plewy, a zbierać będzie brylanty. Ksiądz poszedł na plebanię w najgorszym humorze, gniewał się po drodze na każdego kogo spotkał, a gdy się położył i usnął, to mu się przyśnił Nabuchodonozor pożerający siano... Co za sen szkaradny! Upłynęło kilka miesięcy zwykłym jednostajnym trybem, nareszcie pewnego wcale nie pięknego dnia i to w porze najniewłaściwszéj do interesu, bo pomiędzy drugiém śniadaniem i obiadem, przyszedł rządca niemiec i w krótkich ale treściwych wyrazach, w sposób zresztą bardzo uprzejmy, podziękował panu Janowi za służbę... i prosił o uwolnienie od obowiązków od św. Jana. Pana Grabskiego zdziwiło to mocno. — Dla czegóż to? — zapytał, — czy panu tu nie dobrze, czy jesteś pan źle wynagradzany, czy masz jakie nieprzyjemności? — Aber, gnädiger Herr, wszystki jest jak bulka z maslem! — Więc o cóż panu idzie? — Ja, wizi pan, kcialem reperować moj los, w Wypchane Wole ja będzie ober-administrator generalna i będzie miala sto rubli więcéj pencya... — To ja panu dodam sto rubli i zostań pan, nie lubię ludzi zmieniać i chciałbym żeby każdy z moich współpracowników jak najdłużéj mógł być w miejscu. Więc przystajesz pan na moję propozycyę? — Unmöglich... — A wiesz pan co, to już zakrawa na szykanę; więc uwalniam pana kiedy tego żądasz, ale zarazem proszę stanowczo o objaśnienie przyczyny. Niemiec, delikatnego widać usposobienia, wymawiał się, kręcił, ogólnikami zbywał, ale przyparty jak to mówią do muru, zawołał wreszcie z wielkim pathosem: — Gnädiger Herr! was soll ich machem? Pieprrrsikau ist verfallen, es hat nur sechs Monaten existenz!! — To fałsz! — krzyknął pan Jan i trzasnąwszy drzwiami, wyszedł do sali jadalnéj, gdzie już na stole stała dymiąca waza i członkowie rodziny oczekiwali w milczeniu uroczystéj inauguracyi obiadu... Jedno nieszczęście nigdy człowieka nie spotka — oprócz więc téj fatalnéj wieści, stało się jeszcze, że kucharz, (znakomitość z wielkim trudem sprowadzona z Warszawy), jednę potrawę przypalił, a drugą przydymił, co wszystko razem wzięte, zmusiło nieszczęśliwego pana Jana do zastanowienia się nad kwestyą, jak ten świat jest przewrotny i co się na nim wyrabia. Podobne medytacye usposabiają ludzi zazwyczaj bardzo pessymistycznie i pociągają za sobą cały szereg następstw smutnych i przykrych. Odbierają one czarnéj kawie wonność, owocom soczystość, serowi ostrość, cygaru nadają szpetny zapach kapuścianego liścia, kwaszą wina, a porządnych ludzi pozbawiają możności przyzwoitego przedrzymania się, tak niezbędnego do nabrania nowych sił, z któremi możnaby było śmiało spojrzéć w oczy... kolacyi. Tego dnia, gawędy naukowo-agronomicznéj przy herbacie nie było. Pani pytająca o przyczynę złego , otrzymała w odpowiedzi mruknięcie, które każdy lingwista mógł inaczéj tłómaczyć, a panna Stefania widząc co się święci, poprzysięgła sobie w duchu, że pojedzie do Zurichu, zapisze się na medycynę i raz na zawsze opuści kraj, w którym kobieta nie jest wtajemniczoną w interesa majątkowe swego ojca i nie ma wolnego głosu w kwestyach gospodarczo-rolnych i majątkowo-prawnych. Pan Jan zamknął się w swym gabinecie i po raz pierwszy podobno otworzył elegancki bronzowy, suto wyzłacany kałamarz, wydobył papier ozdobiony pięknemi monogramami i zasiadł do pisania listów. Rzeczywiście musiał napisać ich niemało, bo kiedy świtać zaczęło, ludzie już do roboty wstawali, a w gabinecie jego świeciła się jeszcze wielka lampa z abażurem przepysznym. W pokoiku panny Stefanii również było widno i tylko sama pani domu oddawała się słodkim marzeniom, krzepiąc ciało i ducha wygodnym spoczynkiem.
II.
Wielki kongres kauzyperdów w Pieprzykowie i ratowanie finansowego topielca.
Skoro pan Grabski przekonał się, że rzeczywiście Pieprzyków, pomimo zamierzonych ulepszeń, stoi nad przepaścią i że dni jego są już policzone, schwycił się obydwoma rękami za włosy, a raczéj za głowę, gdyż włosów od pewnego czasu nie posiadał. Poza Pieprzykowem nie było już więcéj dóbr do sprzedania, a po ścisłém i dokładném obliczeniu kapitałów znajdujących się w kasie ogniotrwałéj, przekonał się pan Jan, że ilość ich wystarczy zaledwie na podróż do Warszawy i na kilkomiesięczną w tém mieście egzystencyę. Po raz pierwszy w życiu przedstawiło mu się straszne widmo nędzy, tém straszniejsze, że nieznane i niewidziane nigdy. W gruncie rzeczy diabeł nie tak straszny jak go malują, a bieda, jakkolwiek nie należy do najmilszych wynalazków ducha ludzkiego, ma w sobie jednak pewien urok i można się z nią pogodzić; ale pan Jan biedy nie znał i dla tego wydawała mu się ona czémś tak straszném, tak przerażającém, że na samą myśl o niéj biedne człowieczysko dostawał febry i trząsł się jak galareta, którą kucharz jego umiał tak znakomicie przyrządzać. Jak przy łożu konającego, konsylium znakomitych lekarzy debatuje nad tém, jakby ułatwić nieszczęśliwéj duszy wydobycie się z więzów marnego ciała, tak nad upadającą fortuną zbiera się zazwyczaj rada doświadczonych prawników, którzy mają sobie za punkt honoru zrobić z dóbr siekaninę, coby mogła zadowolnić apetyt wilków i ocalić skórę owcy. Tego to środka chwycił się i pan Jan, a chcąc go wykonać jak najprędzéj, odbył przedewszystkiém konferencyę... z kucharzem i osobiście ułożył obiadowe menu. Następnie wysłał do miasta powóz, który miał przywieźć najbieglejszych jurisprudentów gubernialnych. Stawiło się téż trzech adwokatów, patrzących na siebie bardzo krzywo i pan Cessyowicz, rejent, uważany powszechnie za wielkiego znawcę i znakomitego praktyka w rzeczach hypotecznych. Byli to bardzo porządni ludzie, światowi, dowcipni, a przytém posiadali jeszcze i tę właściwość, że mogli pić szlachetny sok jagód winnych od rana do nocy, bez szkody dla swych organizmów fizycznych i bez żadnych skutków dla normalnego stanu umysłów. Istne gąbki. Obiad odbył się z właściwym szykiem i talent kucharza zajaśniał w całéj świetności. Rejent łykał kuropatwy jak jastrząb, adwokaci obrabiali zająca jak lisy. Proszę jednak nie przywiązywać do tego porównania żadnych arières pensées, osobiście manifestuję się bowiem zawsze z wielkiém poważaniem dla całego cechu jurystów. Rejent zajmował krzesło obok saméj pani, która włożyła na siebie suknię jedwabną i twarz ozdobiła uśmiechem cukrowym, używanym zazwyczaj w dni uroczyste i świąteczne. Dwaj adwokaci starsi, panowie Pozwiński i Wyrokiewicz, siedzieli naprzeciw siebie, a obok panny Stefanii umieścił się młody, ale podobno bardzo sprytny prawnik, pan Bernard Fingerhut, przystojny brunet, z brodą kruczéj czarności, nosem orlim i wejrzeniem pełném ognia. Żeby się nazywał Signore Fingerhutini, możnaby go było wziąść za włocha. Ten okazywał najmniéj znajomości gastronomicznych: potraw nie chwalił, wina pił mało, i pan Jan uważał go w duchu za coś bardzo jeszcze niedowarzonego. Przypuszczam, że powątpiewał nawet, czy taka istota, która na dobréj kuchni się nie zna i wina pić nie umie, może miéć jakie wyobrażenie o prawie cywilném, a témbardziéj o ustawie hypotecznéj... Kiedy starsi jego towarzysze rozprawiali z panem Janem o tém, że baranina przyrządzona w sposób odpowiedni, może do złudzenia imitować pieczeń sarnią, on tymczasem polemizował z panną Stefanią, w najpowszedniejszéj a zarazem w najmniéj jeszcze zbadanéj kwestyi małżeństwa i miłości. Przytém spoglądał w modre oczy swéj przeciwniczki z wielką pewnością siebie i starał się magnetyzować ją wzrokiem, a w tym celu wytrzeszczał swe wielkie oczy, jak zając. — Ja pani co powiem, — mówił Fingerhut, — znam w Warszawie bardzo wiele młodych osób, bogatych, pięknych, bardzo wysoko edukowanych, ale stanowczo nie wierzę, żeby która z nich mogła się kiedy ewentualnie zakochać. Wychodzą one wprawdzie za mąż, ale czynią to dla tego, żeby miéć swój dom własny i żeby majątek powierzyć w ręce pewne, doświadczone, które potrafią go z biegiem czasu podwoić, lub potroić. Panna Stefania protestowała bardzo energicznie. — Ależ panie, takie życie bez poezyi, bez wrażeń, zimne, monotonne, odarte ze wszystkich wrażeń, musi być nudne i ckliwe. — Niech pani tego nie mówi; takie właśnie życie jest prawdziwém życiem, a wrażenia? o łaskawa pani, jeżeli dziś naprzykład kupowałem marki po 53, a jutro kurscetel pokazuje 49, jakież to silne wrażenie! A chcę poezyi, to biorę paszport, jadę do Szwajcaryi, jak Hanibal przechodzę Alpy, bujam się w gondoli na Weneckich kanałach, zwiedzam starożytny Rzym. Co pani zechce? przy pieniędzach, to człowiek może miéć wszystko. — O, dziękuję za takie życie; czego innego żądać należy od losu, nie! nie! nie mogłabym nigdy urządzić się w podobny sposób... Wśród takiéj rozmowy przeszedł obiad, po którym podano czarną kawę już do gabinetu pana Jana i wszyscy juryści in gremio zaczęli badać puls wykazu hypotecznego Pieprzykowa. Słaby to był ten puls, wyczerpanie sił zupełne, wady organiczne i choroby zadawnione... Pozwiński i Wyrokiewicz kręcili głowami, młody Fingerhut proponował pozorną sprzedaż, przepisanie tytułu własności na kogoś podstawionego, oraz zaproponowanie wierzycielom, aby się kontentowali biorąc 25 za sto. — W kółku moich bardzo blizkich znajomych, — mówił, — w drodze dobrowolnych układów, uratowałem od zguby cztery sklepy, wierzyciele dostali 18%, towary poszły na wielką nieustającą wyprzedaż i dziś moi klijenci pozakładali świetne magazyny na imię swych żon, ciotek, wujów i robią doskonałe interesa. — Ale uważa pan dobrodziéj, — wtrącił pan Jan, — nie wydaje mi się to zupełnie... jakby to powiedziéć... — Być może, ale jest prawném i pewném, a w tym razie dla pana jedyném. Rejent sapał, marszczył brwi, zażywał tabakę, nareszcie kiedy już wszyscy ucichli, zabrał głos. — Otóż, reassumując zdania obecnych tu kolegów dobrodziejów, byłbym mniemania, że są one bardzo dobre, aczkolwiek z drugiéj strony, ośmielam się powiedziéc, że w praktyczném zastosowaniu psu na budę się nie zdały. Jakkolwiek bardzo wysoko cenię praktykę, głęboką teoryę i szeroką znajomość prawa moich interlokutorów, niemniéj przeto oddając należną cześć zasłudze, poważam się mniemać, że w danym razie, rady ich nie są warte tak zwanego funta kłaków... — Ho! ho! — rzekli jednocześnie Wyrokiewicz i Pozwiński, — rejent wpada w zły humor. — Broń Boże, a pfe! drodzy panowie. Wino Pieprzykowskie lactificat, co rozwesela serca, nie zaś ma kwasić humor. Z tém wszystkiém wobec sytuacyi, któréj in futuro grozić się zdaje smutna ewentualność, należy kwestyę stawiać w inny sposób. Wedle mego widzenia rzeczy, jak to wyżéj nadmienić miałem zaszczyt, rady czcigodnych moich kolegów uważam za bardzo znakomite w każdym innym razie, oprócz niniejszego — a jeżeli wolno mi wypowiedziéć moje indywidualne przekonanie, to gotów jestem oświadczyć, że tylko sprzedanie Pieprzykowa na drobne działki, zapewnia i wierzycielom i obecnemu właścicielowi drogę wyjścia... Tu imćpan rejent zażywszy porządną porcyę tabaki, pociągając powoli z kieliszka, zaczął szczegółowo rozwijać swój plan, który po bardzo żwawych dyskusyach do późna prowadzonych, zyskał aprobatę ostateczną całego zgromadzenia. Po dyskusyi urządzono wista, którego monotonność urozmaicił koncert panny Stefanii na eleganckim fortepianie, oraz kolacya, jedna z tych kolacyj, których Pieprzyków więcéj już zapewne ani produkować, ani oglądać nie będzie. W kilka tygodni późniéj na dziedzińcu pokazywały się jednokonne wózki i nieosiodłane wierzchowce, a poczciwa drobna szlachta oglądała budynki, pola, łąki i lasy. Wreszcie stało się! Ożywione rozprawy przy kontrakcie, burze grożące zerwaniem całego interesu, tysiączne kwestye i kwestyjki, przez zręcznego rejenta zostały zagodzone i zażegnane, nowonabywcy z woreczków zaczęli dobywać pieniądze, a gdy przyszło do podpisania, pozdejmowali z siebie kapoty i spancerki — tak im było gorąco. Pieprzyków stał się własnością trzydziestu właścicieli, a pan Jan schował do kieszeni piętnaście tysięcy rubli i wrócił do swéj dawnéj rezydencyi, gdzie według kontraktu, rok cały miał jeszcze przemieszkiwać. Smutno mu było gdy patrzył, jak folwark, na którym takie znakomite ulepszenia miał zaprowadzić, zmieniał swoję dawną powierzchowność — jak rozbierano budynki, sprzedawano co porządniejszy inwentarz, jak po ogrodzie spacerowały konie, a świnie bez ceremonii ryły szparagarnie. Żeby choć co innego, ale szparagarnie!... Nie mógł téż biedaczysko sypiać, bo od samego świtu nowi dziedzice prowadzili na dziedzińcu ożywione rozprawy, nie szanując spoczynku swego lokatora i nie przypuszczając nawet, że może istniéc na świecie istota, co o wschodzie słońca nie wstaje, a zaraz po zachodzie nie zasypia. To téż biednemu człowiekowi policzki pobladły, oczy podkroiły się — jakieś zmarszczki zaczęły się pokazywać na czole, a brzuch, ów brzuch! najpiękniejszy w całym Pieprzykowie budynek, zapadać się zaczął, tak że skutkiem tego trzeba było pomyśléć o radykalnych zmianach w garderobie. Piękna Stefcia, która niedawno jeszcze z takim zapałem pragnęła użyzniać potem swego czoła ukochaną ziemię pradziadów — pozbawiona téj ziemi, posmutniała i zaczęła grać rolę ofiary pokrzywdzonéj przez los, zapoznanéj przez ludzi. Starała się téż za pomocą odpowiednich kosmetyków nadać swéj twarzyczce wyraz słodkiéj melancholii, ubierała się czarno, oraz w chwilach samotności albo czytała dział anonsów w gazecie, albo téż rozmyślała o tém, czém wobec wymagań postępowéj młodzieży, panna z gruntem, różni się od panny bez gruntu. Sama pani tylko zachowywała się indyferentnie, upadek Pieprzykowa niewiele ją obchodził, boć jakże? panna z porządnego domu, późniéj żona zamożnego człowieka, wydawała całe życie pieniądze obojętnie, spokojnie, nie przypuszczając żeby ich kiedy zabrakło, ani téż nie zastanawiając się nad tém, zkąd się one biorą... Nic téż dziwnego, że nie była w możności ocenienia szczytnych i wzniosłych poświęceń pana Jana, który od chwili sprzedaży Pieprzykowa, dla dobra rodziny, dla oszczędności, zamiast trzech szklanek herbaty rano, pijał tylko dwie i to bez cytryny, a zamiast złotówkowych cygar jak zwykle, dusił się kapustosami po trzy ruble setka... Biedny człowiek! cierpiał w milczeniu i z pokorą poddał się losowi, który go tak ciężko, a zarazem tak niesłusznie ukarał i prześladował. Jedyną ulgą w tych zmartwieniach był dla niego wist z licytacyą, ale okolica Pieprzykowa nie obfitowała w geniusze, prawdziwych graczów nie było, ci zaś którzy zasiadali z panem Janem do zielonego stolika, byli to po prostu fuszery, raki, których na bezrybiu za ryby uważano... liche opłatki, których używanie dało się tylko brakiem laku usprawiedliwić... Cały rok monotonnego życia w Pieprzykowie, urozmaicony był tylko jedném wydarzeniem większéj doniosłości, a mianowicie wizytą pana Januarego, sąsiada, starego wygi i skąpca, który przybył prosić o rękę panny Stefanii dla swego syna Piotra. Misya jednak ta nie uwieńczoną została pomyślnym skutkiem, gdyż panna Stefania oświadczyła, że jakkolwiek pan Piotr jest człowiekiem uczonym, młodym, przystojnym i zamożnym, jednak jako zbyt wiele dbający o swoje konie, krowy i gospodarstwo, nie potrafi się nastroić do kamertonu wymagań panny z porządnego domu i urozmaicić jéj życie w ten sposób, aby ono nie wyglądało jak życie, co jest zbyt pospolitém i , ale jak piernik z migdałem, co ma być znowu podobno bardzo rozkoszném i słodkiém. Przyszła wreszcie chwila ewakuacyi Pieprzykowa. Kilka fur z rzeczami ruszyło przodem, a za niemi państwo Grabscy, pożegnani z płaczem przez dawną służbę, pojechali ku stacyi kolei żelaznéj. Na bryczce siedzieli państwo i panna Stefania; tamże według wszelkiego prawdopodobieństwa mieściły się i projekta pana Jana, — projekta świetnéj przyszłości. Smutny to co prawda był pochód, nie odprowadzał, nikt nie żałował; służbie prędko łzy oschły, tylko pies stary powlókł się za bryczką, a gdy chciał wskoczyć za państwem do wagonu, posługacz stacyjny kopnął go nogą, aż biedne zwierzę padło na relsy. Lokomotywa w téj chwili gwizdnęła i koła wagonu zmiażdżyły łeb głupiego zwierzęcia i jego idealną wierność.
III.
Jak się panna Stefania wszystkiego zaparła i jak ojciec jéj rozglądał się po Warszawie.
Warszawa. Piękne to zaiste miasteczko. Nie pytajcie co w niém jest, ale raczéj czego w niém nie ma. Tu głodny przychodzi szukać kawałka chleba, syty uciechy, sprytny zarobku, głupi sposobności stracenia pieniędzy. Zdaleka wydaje się, że w tych nagich i zimnych murach mieści się jakieś wielkie serce, jakieś ramiona gotowe przytulić każdego, że to nie miasto, ale wielka olbrzymia matka, która nigdy o dzieciach swoich nie zapomina. Z blizka wygląda ona trochę inaczej, ale cóż w tém dziwnego? Wszakże kobieta lepiéj się wydaje zdaleka, najpiękniejszy nawet obraz lub fresk dłonią mistrza zrobiony, gdy zbliżymy oko do niego, wydaje się mieszaniną farb i linij narzuconych bezładnie. Patrzmy zdala na marmurową Venus, — zachwycać nas ona będzie cudowną karnacyą form, zbliżmy się — a dostrzeżemy, że ideał klassycznéj piękności ma skazę na czole, zakurzony nosek i paluszki pożółkłe od wilgoci... I pan Jan jadąc do Warszawy był tego mniemania, że miasto tak inteligentne, tak znakomicie rozwijające się pod względem przemysłowym i handlowym, od razu pojmie doniosłość tego faktu, że przyjmuje w bramach swoich kapitalistę przybywającego z pieniędzmi, które przeznaczone są na to, aby ożywić ruch handlowy i przemysłowy, ażeby pokazać zarozumiałym szwabom, że są ludzie, którzy niewiele sobie robią z zagranicznéj konkurencyi. Wprawdzie pan Jan nie był zupełnie pewny, czy będzie go oczekiwała na dworcu kolei deputacya złożona z obywateli i członków magistratu, oraz czy cechy wyjdą naprzeciw niego z chorągwiami, ale nie wątpił, że każdy go uszanuje, ustąpi z drogi i że każdy właściciel domu będzie miał sobie za zaszczyt wynająć lokal przedsiębierczemu kapitaliście, który pomimo dobrego urodzenia, gotów jest handlować nawet piernikami lub mydłem, byle tylko stać się dźwignią postępu i materyalnego rozwoju swego kraju. Tymczasem, nietylko że żadna deputacya nie przyjęła go na banhofie, nie tylko że cechy nie wystąpiły nawet bez chorągwi, ale zaraz na pierwszym wstępie, dorożkarz powiedział mu w sposób dość nieparlamentarny, że on nie z takimi panami jeździł i że za kurs z tyloma tłomokami i dwoma babami, należy mu się trzy ruble.... Zgryzł pan Jan w milczeniu gorzką dorożkarską pigułkę i pojechał do hotelu. Tu na bardzo delikatne zapytanie: czy jest numer, szwajcar odpowiedział obojętnie: — Jest, ale za dwa ruble. To „ale” ubodło ex-dziedzica Pieprzykowa. Jakto? więc on, kapitalista, człowiek mający podnieść przemysł kraju, nie wygląda na to, żeby bez trudności mógł zapłacić głupie dwa ruble na dobę?! To téż rzekł: — Ja nie chcę numeru ale za dwa ruble, lecz mieszkanie za pięć rubli dziennie... Nie zgadzało się to z ideą oszczędności, ale przecież wypadało pokazać téj hołocie kim się jest. Skutek był natychmiastowy. Szwajcar sztywny, jakby dyszel połknął, zgiął się natychmiast niby trzcinka i rzekł z wielką uniżonością: — Natychmiast, jaśnie panie. I kazał zaprowadzić państwa Grabskich do tego samego numeru, który był ale za dwa ruble. Tak to w Warszawie, nawet mniéj inteligentna ludność umie poznać się na człowieku, który szanuje swoję osobistą godność i daje do zrozumienia kim jest. Pierwsze kilka dni przeszły na wyszukiwaniu mieszkania, sprawieniu mebli i tak zwaném urządzaniu się, a ponieważ, pomimo największéj oszczędności, niepodobna wymagać, aby się porządny człowiek miał bez jakich takich gratów obchodzić, więc tysiąc kilkaset rubli pękło jak nic. Ale za to było mieszkanko eleganckie i bardzo wygodne. Ponieważ wedle projektów pana Jana, cała rodzina miała się oddać pracy, a każda praca ma to do siebie, że wymaga cichości i spokoju, więc urządził sobie wspaniały gabinet z oddzielném wejściem, żonie również i pannie Stefanii także; oprócz tego mieli piękny salon, przeznaczony do wspólnych narad o oszczędności i pracy, pokój jadalny... etc... Urządziwszy się w ten sposób, postanowił pan Grabski jeszcze miesiąc odpocząć... i przez ten czas rozejrzéć się po Warszawie, oraz zawiązać pewne stosunki i znajomości, tak konieczne do puszczenia kapitałów w ruch o ile można najbardziéj produkcyjny... Stefcia ze swéj strony czyniła podobnie; ponieważ zaś praca guwernantki wyszła z mody, drzeworytnictwo spowszedniało jeszcze bardziéj niż krój sukien i maszyna, a do uprawiania sztuk pięknych nie posiadała odpowiedniego talentu, przeto postanowiła znaleźć takie rzemiosło, które byłoby i oryginalném i ekscentryczném i dającém duży dochód. — Szewcem będę, — rzekła sama do siebie, — szewcem! Ja córa rodu posiadającego portrety swych przodków. Ja, szlachcianka z krwi i kości, słabą ręką kobiecą dam policzek zastarzałym uprzedzeniom szlacheckim, własnemi rękami wyciągać będę skórę, wbijać sztyfty ciężkim młotem... Ha, trudno, gorzka ironia losu nie dozwoliła mi użyzniać potem czoła ukochanéj ziemi pradziadów... lecz w skromnéj rzemieślniczéj pracowni zdołam wyrobić sobie samodzielne i zaszczytne stanowisko... Urzeczywistnieniu tych wzniosłych idei, nic nie stało na przeszkodzie i panna Stefania pięknego poranku zasiadła przy warsztacie w magazynie obuwia damskiego. Naturalnie, włożyła odpowiedni do rodzaju swego poświęcenia się kostium. Kosztownie skromna suknia otaczała jéj wiotką postać, olbrzymi kołnierzyk wycięty osłaniał część szyi i białego gorsu pracownicy, a skórzane mankiety i przepyszny safianowy fartuch, dopełniały całości tego stroju. Lubiła ona idąc do warsztatu, lub téż powracając do domu, nieść w ręku pęk skór, ale co ją najbardziéj dziwiło, to to, że się nikt a nikt temu nie dziwił. — Gdyby choć Piotr! — mówiła do siebie, — gdybyż choć Piotr zobaczył mnie w tym stroju pracownicy, co się już wyrzekła i zaparła wszystkiego; może onby mnie wówczas naprawdę pokochał... jeżeli w ogóle człowiek ten może kogokolwiek kochać, oprócz swego pachciarza!... Faktem jest, że ów Piotr, syn pana Januarego, niegdyś blizkiego sąsiada Pieprzykowa, kochał pannę Stefanię całą siłą świeżego młodzieńczego uczucia. Ale odrzucono jego ofiarę, więc się téż bardziéj nie narzucał, zamknął się w domu, nie wyjeżdżał, a w pracy około roli i gospodarstwa znajdował pocieszenie po zawodzie, który boleśnie go dotknął. Nie wiedział on téż o Grabskich więcéj nad to, iż wyjechali do Warszawy i że jak to mówią, siedzą na bruku. Z tego téż powodu obcém dla niego było szczytne poświęcenie się panny Stefanii, jéj safianowy fartuch, wielkie skórzane mankiety i ów kamień leżący na jéj kolanach, w który uderzała młotkiem, forsując swe drobne, wypieszczone rączki. Pan Jan tymczasem rozglądał się po Warszawie i zawiązywał stosunki. I pierwsze i drugie nie powiodło mu się od razu: gdy się rozglądał, wyciągnięto mu z kieszeni bardzo ładną złotą tabakierkę. Gdy zaś zawiązał stosunek w cukierni z jakimś bardzo porządnym obywatelem i kapitalistą, który także jak sam powiadał, przybył do Warszawy po to, aby podźwignąć przemysł krajowy, czcigodny obywatel wziął od pana Jana sto rubli na kwadransik i przepadł jak kamień w wodę. Opłaciwszy to frycowe, Grabski rozglądał się znacznie mniéj, a w zawiązywaniu stosunków stał się mniéj dowierzającym i łatwym. Pomimo to, poznał pana Pruckiewicza, bardzo godnego człowieka, właściciela domu na Krzywém-Kole; kapitalistę pana Krzykalskiego, byłego urzędnika, obecnie żyjącego z własnych funduszów; pana Wajnsztejna, także bardzo pomysłowego człowieka; oraz wielu innych, których o każdéj porze dnia można było zastać w cukierni obok poczty, gdzie zwykle trudnili się obrabianiem interesów. W domu już przy herbacie, o gospodarstwie mowy nie było, bo z powodu sprzedaży Pieprzykowa, nie było już co ulepszać, ale za to kwitnął przemysł i rozwijały się fabryki. Jednego wieczoru naprzykład, pan Grabski projektował założenie olbrzymiéj fabryki zapałek ogniotrwałych... mających nad zwyczajnemi tę wyższość, że się znacznie trudniéj zapalają, a tém samém nie mogą być przyczyną pożarów, wynikających jak wskutek nieostrożnego obchodzenia się z ogniem. Projekt ten jednak upadł, ale pan Wajnsztejn radził, żeby kupić las... — I co ja będę z nim robił? — Co pan będziesz robił? To pytanie — naturalnie będziesz pan robił majątek. — Ba! ale w jaki sposób? — Handlując budulcem, rąbiąc sążnie na opał... — To wszystko na nic — dowodził pan Krzykalski — co mi to za rzecz ciąć las na budulec albo na sążnie; jabym przedewszystkiém zabronił babom zbierać grzyby i zbierałbym je sam i sprzedawał za Żelazną Bramą, po pół rubla funt. — Myśl... dalibóg myśl! a drzewo? — Hola panowie! do drzewa jeszcze daleko; — zbierałbym także borówki i żurawiny, poziomki, jarzyny, czarne jagody i wszystkie badyle... i marsz do Warszawy. To uczyniłoby mi najmniéj 600 rubli do roku. Na jesieni zbierałbym ładny mech do okien i znowuż wagonami do Warszawy, oprócz tego mam jeszcze jałowiec, szyszki sosnowe i dębową korę! to pierwsza rubryka. Daléj myśliwstwo: przy rozumném prowadzeniu tego interesu, można zarobić także kilkaset rubli do roku... Drzewa nie sprzedawałbym inaczéj, jak w postaci zupełnie przerobionego produktu — sprzedawałbym więc tylko sztyfty do butów, pudełeczka, tabakierki z kory brzozowéj, jedném słowem zapewniłbym sobie i moim sukcesorom niewyczerpany dochód na jakie kilkaset lat... Pan Jan zachwycony był projektem Krzykalskiego, wyjeżdżał nawet kilkakrotnie w okolice, oglądał lasy, ale kupno nie przychodziło jakoś do skutku, bo albo kapitał pana Jana był za mały a las za duży, albo znów kapitał za duży, a las obiecujący zaledwie kilka cetnarów sztyftów i parę garncy jałowcu. Grabski w myśli wybudował już mnóstwo fabryk, na czele których miał stanąć Krzykalski: miały to być tartaki parowe, fabryki sztyftów, kadzie do wyrabiania soku z żurawin i borówek, wielkie suszarnie do grzybów, laubzegi parowe wyrzynające same ramki do fotografii, wielkie fabryki pudełek i pudełeczek, drzazg do podpalania w piecach, mioteł, koszyków, dzwon i szprych do kół, kleszczy do chomont, fabryki węgli kowalskich, smoły, dziegciu, terpentyny, lasek, guzików drewnianych, zabawek froeblowskich i tym podobnych wyrobów, o których dotychczas nie śniło się jeszcze żadnemu obskurnie zacofanemu właścicielowi lasu. Krzykalski, przyszły dyrektor tych wszystkich zakładów, otrzymał już nawet od pana Jana à conto pensyi zaliczkę w ilości kilkuset rubli, oraz pewien fundusz na sprawienie odpowiedniéj liberyi dla służby leśnéj. Liberya miała być cudowna. Tyrolskie kapelusze z piórkami, oraz kurtki jasnozielone z kołnierzem białym; oprócz tego każdy gajowy miał miéć bardzo dalekonośną rusznicę i rożek bawoli do trąbienia. Z postępem czasu, zapał pana Grabskiego do wielkich zakładów przemysłowo-leśnych stygnąć począł, a oziębienie owego zapału wzrastało w miarę tego, jak przybywały coraz nowe, a coraz lepsze projekta. Stopniowo zaczął się przekonywać, że w gruncie rzeczy, ludzie których poznał nie są tak źli, a przedewszystkiém do porady jedyni. Radzili mu téż tyle sposobów zrobienia w szybkim czasie majątku, że gdyby tylko jeden wedle téj rady się spełnił, to pan Jan mógłby rywalizować z Rotszyldami, a wszystkich razem wziętych bankierów warszawskich, w mysią jamę, jak to mówią, zapędzić. Przedstawiano mu naprzykład brylantowy interes na chmielu, cudowne spekulacye na okowicie, handel zbożem bezpośrednio z Gdańskiem i Królewcem, przerabianie skórek zajęczych na kapelusze i tysiączne inne rzeczy, które się tu na żaden sposób wyliczyć nie dadzą. Wszakże pan Jan myślał, deliberował, ale jakoś stanowczo na nic zdecydować się nie mógł, prowadził ożywione dysputy z kandydatami na wspólników, jadał razem z nimi bardzo dobre obiady, za które słono płacił i przekonywał się coraz dowodniéj, że pieniądz odznacza się dziwną lotnością i że jest podobny do kamfory z tego względu, że znika tak szybko jak ona. Przyszedł nawet czas, że się zaczął namyślać i poszukiwać takiego interesu, któryby nie wymagał wielkich nakładów; pilnie téż odczytywał anonse w Kuryerach i bacznie śledził czy kto nie potrzebuje wspólnika z małym kapitalikiem do bardzo zyskownego przedsiębierstwa. Panna Stefania w szewckich zapałach znacznie téż ostygła. Rola pełnéj poświęcenia się pracownicy spowszedniała jéj mocno, otoczenie wydało się niesmaczném, młotek ciężkim, a skóra niemile woniejącą. Chodziła téż do warsztatu zaledwie co trzeci dzień, wymawiając się silną migreną i różnemi cierpieniami dokuczającemi jéj nieustannie. Zbladła rzeczywiście, zmizerniała, a może i istotnie cierpiała moralnie. Może jéj się przypominała wieś, lata w niéj spędzone, a może téż w tych obrazach, które nam pamięć o lepszych czasach maluje, widziała także poczciwą, ogorzałą twarz pana Piotra, wyciągającego do niéj dłoń ciężką, nie odzianą w glansowaną rękawiczkę, ale téż nie splamioną żadnym nieuczciwym czynem. Okropny ten pan Piotr! ona go odepchnęła, a on nie przyszedł żebrać o litość, nie zabił się, nie wstąpił do klasztoru, ale jak jéj mówiono, po dawnemu orał, siał i bronował — i nawet o zgrozo! nie przywdział żałoby! Jasny dowód że nie kochał, bo gdyby kochał, to czyż teraz, po półroczném niewidzeniu się, czyżby nie przyjechał, nie dowiedział się o zdrowiu, nie złożył choćby konwencyonalnéj wizyty, a on nic. Człowiek dobrze wychowany, otrzymawszy taką jak pan Piotr rekuzę, ubrałby się w czarny strój, przywdział czarne rękawiczki i w najczarniejszym zakątku lasu palnąłby sobie w łeb, objaśniwszy poprzednio w liście krwią własną napisanym, przyczyny samobójstwa. Ale taki Piotr! miałże on jakie wyobrażenie o dobrym tonie! on, który całe dnie przepędzał w polu, w oborach, stajniach, stodołach, a i w nocy nie raz kazał sobie podać konia i jeździł po łąkach, aby się przekonać, czy kto szkody nie robi. Panna Stefania zaczęła uczuwać, że jéj się życie przykrzy. Szewctwo któremu się poświęcała, nie dziwiło nikogo, w domu nie bywał nikt ktoby ją mógł zająć, gdyż pan Jan, jako człowiek czynu par excellence, przyjmował u siebie także ludzi czynu, szacownych zapewne i drogich dla krajowéj industryi, ale najzupełniéj obojętnych dla osoby młodéj, szukającéj przedewszystkiém wrażeń dla serca i główki, w któréj, jak się tego inteligentny czytelnik łatwo domyśla, było cokolwiek pstro.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Spekulacye pana Jana.
