Read here

Wycieczka na Łomnicę

Bronisław Rajchman · 1879 · Free in the US

43,209 words · about 3 h 2 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1879 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Wycieczka_na_Łomnicę&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Bronisław Rajchman
Language
Polish
Published
1879
Length
43,209 words · about 3 h 2 min
Sections
11 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (11)

Continue:

Odbyta pod wodzą prof. dra T. Chałubińskiego

WYCIECZKA

odbyta pod wodzą prof. dra T. Chałubińskiego,

OPISAŁ

BRONISŁAW RAJCHMAN.

CENA KOP. 30.

WARSZAWA.

Y

w Redakcyi Wędrowca, Nowolipie, 39.

1879.

I • II • III • IV • V • VI • VII • VIII • IX

Дозволено Цензурою.

Варшава, 20 Марта 1879 года.

Druk. J. Ungra, Warszawa, Nowolipki Nr. 2406.

Odbyta pod wodzą prof. dra T. Chałubińskiego

WYCIECZKA

odbyta pod wodzą prof. dra T. Chałubińskiego,

OPISAŁ

BRONISŁAW RAJCHMAN.

CENA KOP. 30.

WARSZAWA.

Y

w Redakcyi Wędrowca, Nowolipie, 39.

1879.

Дозволено Цензурою.

Варшава, 20 Марта 1879 года.

Druk. J. Ungra, Warszawa, Nowolipki Nr. 2406.

Wycieczka na Łomnicę.

I.

Czytelnikom, którzy choć jeden dzień byli w Zakopaném, albo tym których znajomi przebywali w téj czarującéj dolinie, wiadomo, że największe, najdłużéj trwające i najśmielsze wycieczki organizuje prof. doktór Chałubiński, który nad przepaściami szuka dla nauki mchów, a dla siebie wypoczynku po denerwującéj pracy. Jest on tych wycieczek duszą i wodzem: obiera dni, wykreśla drogi, naznacza noclegi, przewiduje wszystko i myśli za wszystkich. Dlatego téż wyrażone w tytule okréślenie nie jest żadną hyperbolą, i dla turysty tatrzańskiego z góry maluje, bardzo ściśle, charakter wycieczki. Miałem przyjemność należéć do kilku takich wypraw, a przyjęcie jakiego doznał opis wycieczki do Morskiego Oka, drukowany w grudniowym zeszycie Ateneum z 1877 r., zachęca mnie do powiększenia dość ubogiéj turystycznéj literatury tatrzańskiéj opisem niniejszym. Czynię to tém chętniéj, iż wiem że sama oryginalność i wielki zakrój wycieczek profesora Ch. powinna zjednać mi czytelników. Celem niniejszéj wycieczki miało być poznanie dolin i wiérzchołków około szczytu Lodowego, wejście na Łomnicę i powrót przez jakąś drogę niezbyt uczęszczaną. Łomnica!... Tak wiele o niéj czytałem, tak wiele słyszałem, że już myśl o jéj zwiédzeniu ekscytowała mnie w wysokim stopniu. Cóż dopiéro mówić, gdy przyłączyły się do niéj tajemniczością owiane okolice szczytu Lodowego! Wycieczka miała trwać dni sześć. Dnia 31 lipca o godzinie 8-éj rano wyruszyliśmy w drogę. Piérwszą część podróży wypadło nam odbyć wózkami góralskiemi. Na jeden z nich wsiadł prof. Ch. z synem p. Ludwikiem, ja, oraz stary góral Sabała, „honorowy członek wyprawy“, który nie służył ani do przewodniczenia ani do dźwigania ciepłéj odzieży i prowiantów, lecz miał idealny obowiązek zabawiania towarzystwa grą i opowiadaniem. Drugi wózek zajęła reszta górali w liczbie dziewięciu. Jechaliśmy drogą znaną tym co się udają wózkami do Morskiego Oka, a mianowicie przez wsi: Poronin, Murzasichłe i Bukowinę. Mieliśmy tędy dotrzeć do Jaworzyny Spiskiéj, osady hutniczéj, stojącéj na straży przy ujściu doliny, którędy prowadziła droga ku szczytowi Lodowemu. Od chwili ruszenia z miejsca, Sabała cięgle grał na „gęśli,“ a woźnica nasz Marcinek, już to stojąc na przodzie wózka, już brzęcząc obok niego, wyśpiéwywał na całe gardło dwuwiérsze góralskie. Co śpiéwał nie wiem, bo dotychczas doszedłem do téj perfekcyi, że tylko prozę dyalektu tatrzańskiego, i to przy niezbyt szybkiém mówieniu, rozumiem. Musiało to być jednak coś bardzo wesołego, gdyż górale pokładali się od śmiéchu. Marcinek, zarówno jak Sabała, jest typem. Kocha swoje konie więcéj od siebie. Sam jest bardzo szczupły, ale jego konie dobrze wyglądają, a jeszcze lepiéj ciągną. Niezmierną radość mu sprawia zapytanie: „Marcinku! dlaczego twoje konie są tłuste a ty sam chudy?“ Nic wtedy nie odpowiada, tylko uśmiécha się z wewnętrzném zadowoleniem. Czasami tylko, mimochodem, gdy nie ma mowy o koniach, odpiera zarzut chudości słowy: „Ja wiem, że na mnie funta mięsa nie ma, ale jestem chłop.“ A chłop znaczy u górali to samo co u Rzymian „vir.“ Marcinek kocha swoje konie a konie kochają Marcinka, rozumieją go dobrze i ulegają najmniejszym skinieniom. Po najspadzistszych drogach Marcinek nigdy wozu nie hamuje, tylko chwyta konie za uzdę i tak biegnie jakby jednę z niemi całość stanowił. A my tak wierzymy w konie i Marcinka, że rozmawiamy sobie spokojnie, gdy wóz spada po najbardziéj stroméj drodze. I wózek goralski jest czémś szczególném w swoim rodzaju. Skacze z kamienia na kamień, wpada z wyboju w wybój, trzeszczy, skręca się a jednak rzadko się pochyla, jeśli się zaś pochyli, nie przewraca. Kilkanaście razy odbywałem półdniowe podróże po najgorszych drogach, najeżonych kamieniami, przeplatanych korzeniami, przerywanych ogromnemi wybojami, a jednak raz tylko wyleciałem z wózka, wtedy gdy wózek wpadł dwoma bocznemi kołami w głęboki wybój, niewidzialny, bo tak jak inne mniejsze wypełniony wodą. Rozmawialiśmy wciąż o szczytach, których panorama z téj strony coraz obszerniéj i piękniéj się roztacza, a potém o innych przedmiotach. Poprosiłem profesora o przyrzeczone w jakiémś stromém i niedogodnem do wykładów miejscu, wytłumaczenie, dlaczego na wycieczkach nie radzi pijać zimnéj wody. Ponieważ jestto kwestya bardzo ważna dla turystów, więc podam w krótkości wyjaśnienie profesora. Przedewszystkiém woda w tatrzańskich potokach, wypływająca z granitu, jako nadzwyczaj miękka, prawie destylowana, nie może być uważana za napój, gdyż pragnienia nie gasi, a nawet wywołuje w ustach jakieś wrażenie, które przymusza do ciągłego jéj picia. Kto tylko raz napił się jéj , będąc spragnionym musi ją lać w siebie jak w beczkę Danaid, stając się coraz cięższym, co bynajmniéj nie jest pożądane przy wspinaniu się na góry. Daléj woda tatrzańska jest bardzo zimna; zwykle ma tylko około 4 stopni. Organizm więc do jéj ogrzania i wyparowania zużywa znaczną ilość jednostek ciepła, czyli, co na jedno wychodzi, traci wielką ilość siły mechanicznéj. Powstają jeszcze rozmaite skutki fizyologiczne, z których najwidoczniejszym być może zapalenie płuc. Trzeba więc wszelkiemi siłami przezwyciężać pragnienie, a jeśli kto nie ma tak silnéj woli, to niech przynajmniéj pije wodę w małych ilościach i to zmieszaną z winem lub arakiem. Najlepiéj zaś miéć przy sobie w manierce herbatę lub czarną kawę z arakiem, które doskonale gaszą pragnienie i dodają ciału energii. Wkrótce przebyliśmy rzeczkę Białkę i wjechaliśmy na terytoryum węgierskie, do wsi Jurgowa. Piérwszym przedmiotem, który tam oko moje uderzył, była nędzna, poczerniała, nawpół rozwalona chata cyganów. Lecz czyż to chata? Cztéry słupy węgłowe — pochylające się ku rozmaitym stronom świata, pokryte z góry dachem, a z boku obite odpadającemi deskami, których było za mało do wnętrza od wiatru i dészczu a za dużo, jeśli mieszkańcom chodziło głównie o promienie słoneczne — stanowiły ogrodzenie, w których jurgowscy cyganie mieli ognisko domowe. Taka chata jest nieodstępnym atrybutem każdéj wsi węgierskiéj. Cała familia, reprezentowana przez czarnych, brudnych i prawie nagich małżonków, oraz kilkoro konsolacyi, wybiegła na nasze spotkanie i, wyciągnąwszy ręce, żebrała. Dzieciom i matce malowała się na twarzy chciwość, tatko zaś stał poważnie i dumnie, nie wyciągnąwszy nawet ręki, tak jakby mu się wyżebrany haracz z prawa należał. Rzuciliśmy kilka centów. Ta nawpół zapadła i brudna chata, ze ścianami łatanemi powietrzem, daje najdokładniejsze pojęcie o charakterze i sposobie życia cyganów. A jednak ten lud leniwy, nieporządny, znikczemniały, wstrętny, obdarzony jest zdolnościami umysłowemi i fizycznemi, którychby mu inne mogły pozazdrościć. Dziwiło mnie to zawsze, dlaczego nie osiądą w miejscu, dlaczego nie zajmą się rzemiosłem, aby używać życia spokojnego i szczęśliwego, zamiast włóczyć się po lasach i górach. Jednakże po zakosztowaniu powabów życia dzikiego, zrozumiałem ich niechęć do życia w pracy śród spółeczeństw. Straciliby nieograniczoną swobodę, która im jest droższą od na świecie, którą wolą okupić abnegacyą, chłodem, głodem i prześladowaniem ze strony innych ludzi, aniżeli sprzedać ją za spokojny dobrobyt. Zyskaliby wprawdzie coś innego, niezmiernie ważnego, ale cygan nie ma do tego zmysłu. On chce być dwunożném zwierzęciem, takiém jakiém wyszedł z łona natury i w dziki sposób chce świata używać. On tonie w niebie gwiaździstém, oczyma patrzy na bory, doliny i góry, chwyta uchem tajemnicze szepty traw i drzew, ale nigdy w umyśle jego nie pojawia się pytanie „dlaczego?“ Nie targa się więc w swych więzach, używa swobodnie, ale dla cywilizacyi jest stracony. Cyganie są bezwątpienia najpoetyczniejszém i najfilozoficzniejszém plemieniem w świecie; ale wychowała ich nie ta poezya, która każe nieść sztandar na mury twierdz i wyżyny wiedzy, nie ta która każe człowiekowi doskonalić się, nie poezya idei i czynu, lecz poezya bierności i użycia. Ona pozwala jednostce spędzić życie prawie bez troski, lecz plemiona upadla i zabija. W Jurgowie uderza ze wszech stron zamożność mieszkańców, stanowiąca znaczny kontrast z nędzą wiosek polskich. Mało nawet jest miasteczek w Galicyi i Królestwie, któreby posiadały budynki tak wielkie jak ta wieś. Wiele jest pomiędzy niemi murowanych. A tylko rzeczka dzieli tę wieś od Galicyi... Czyżby się już tak nagle natura gruntu zmieniła? Co najdziwniejsza, to to, że Jurgów zamieszkują tak samo górale polscy jak i północne stoki Karpat. Wprawdzie na zapytanie odpowiadają, że są Węgrami, ale zapytanie to trzeba im zadawać po polsku, bo po węgiersku rozumieją tyle ile ja i wy, szanowni czytelnicy. Strój różni się cokolwiek od używanego przez górali polskich, ale niewiele. Sabała grał na naszym wózku bezustanku i dźwięki jego muzyki powyciągały z chat całą prawie ludność Jurgowa. Młode dziéwczyny i chłopcy rzucili się do tańców, starsi przytupywali przynajmniéj nogami do taktu, wszyscy porzucili robotę, aby się muzyce przysłuchiwać, a nawet cieśle składający rusztowanie dachu na jednym z domów, rzucili siekiéry i daléjże w pląsy na dachu. Z tańca tego można było także poznać ich identyczność z góralami polskimi. Scena ta wprawiła nas w dobre usposobienie, które jednak wkrótce miejsca ustąpiło nieprzyjemnemu wrażeniu. Jechaliśmy wzdłuż pięknéj polany, na któréj rosła trawa gęsta, jedwabista, sięgająca wyżéj kolan. Ale ani jedna owca lub krowa nie pasły się na téj rozkosznéj łące, nie słychać na niéj było pospolitego w górach brzęku blaszanego dzwonka u szyi zwierząt zawieszonego, ani śpiéwu pasterza. Głucha cisza śród przyrodzonéj piękności, jakby wszelka żyjąca istota zamarła, jakby nęcący świéżością trawnik krył w swoim łonie zdradliwą truciznę, któréj ludzie i bydlęta unikają. Gdzieniegdzie tylko deski z rozwalonych szałasów pochodzące świadczyły, iż tu życie pasterskie w całéj sile tętniło. Co za demon niszczący wyparł je z tego lubego zakątka? Stara i znana historya upornéj głupoty ludu i niedowierzania panom zamieniła łąkę kipiącą ruchem i gwarem w dziewiczy pampas, gdzie tylko niekiedy noga wędrowca obfitą trawę roztrąca. Za czasów rzeczypospolitéj polskiéj Tatry i wielki pas Podhala u stóp ich położonego należały do dóbr królewskich. Górale płacili jakiś mały czynsz i używali najzupełniejszéj swobody, nietylko osobistéj, ale i pod względem użytkowania z lasów i pól, bo do nieżyznych zakątków tatrzańskich administracya prawie nie zaglądała, uważając możliwy dochód za nieopłacający kontroli. Wskutek tego górale przyzwyczaili się uważać lasy i łąki za własne, gromadzkie. Tymczasem gdy Tatry przeszły na własność Austryi, rząd tego państwa nieomieszkał sprzedać dóbr dawniéj królewskich osobom prywatnym naturalnie, oddając im na własność wszystko to co według planów należało do króla polskiego. Od tego czasu rozpoczęły się pomiędzy panami a włościanami spory. Górale chcieli tak jak dawniéj używać darmo lasów, nowonabywcy zaś żądali zapłaty, choćby jak najmniejszéj, aby zastrzedz sobie prawnie wyłączność własności i uniknąć ciężkiego brzemienia służebności. Salomonowie np. (szlachta węgierska), do których należy łąka wspomniana, żądali za prawo używania ogromnych łąk tylko małéj ilości siana, oraz nic nieznaczącego czynszu piéniężnego. Dla górali, jak sami się do tego przyznają, podatek ten nie był wcale uciążliwym, ale znaleźli się pomiędzy niemi tacy, którzy dowodząc że lasy i pola należą do gromady, skłaniali włościan do nieuiszczania opłaty, właśnie dla stwierdzenia prawa swéj własności; usłuchano ich i pomimo przekonywań, próśb, błagań nawet ze strony panów, a szczególniéj pań, aby się lekkomyślnym krokiem nie unieszczęśliwiali, górale wytoczyli, panom proces. Naturalnie, że panowie wygrali, gdyż używali tylko praw nabytych od rządu. Pomimo to jednak zaproponowali znowu góralom zgodę i powrót do dawniejszych stosunków. Ale górale, pomimo przegrania procesu, wzbraniali się płacić. Gdy na urzędowe wezwania nie chcieli opuścić łąki, wojsko cesarsko-królewskie zburzyło ich szałasy... Opowiedziałem rzecz w krótkości, ale ileż tam było obustronnych aktów gwałtu, niesprawiedliwości popełnionych w rozdrażnieniu, któreby niejeden temat dały do dramatu! Tomy nie starczyłyby na opisanie wszystkiego. Kto miał słuszność a raczéj kto miał mniéj niesłuszności? Zdaje się, że panowie, bo teraz górale jawnie się przyznają, że popełnili kolosalne głupstwo i radziby wrócić do dawnych stosunków, kiedy to się płaciło byleco za używanie łąki i drzewa i kiedy mórg lasu można było kupić od Homolacsów za 10, wyraźnie dziesięć, guldenów na spłaty. Trudno jednak powetować błędy przeszłości. Grunta albo poszły w inne ręce, albo téż procesowani panowie mówią: nie chcieliście nas słuchać, płaćcie teraz 10 razy drożéj. — Homolacka (żona Homolacsa) mówiła, że tak będzie — rzekł do mnie pewien stary góral. O źle, jéj nie słuchali, bo ona chciała dobrze dla nas i płakała aż prosząc, abyśmy się nie sprzeciwiali. Ale byliśmy głupi i myśleliśmy, że się ona boi o siebie... Das ist eine alte Geschichte, doch immer bleibt sie neu! i boleśniéj pęka od niéj serce, niż od przygód miłosnych. Czyż inaczéj nigdy nie będzie? Powiadają ludzie, że trudne na to lekarstwo. Ale mnie się zdaje, że byłoby łatwem, gdyby panowie Tatr mieli więcéj serca... Gdy się teraz górale przekonali iż głupstwo zrobili, gdy widzą iż są w ręku pana, który może wszelkie najniekorzystniejsze warunki nakładać, należałoby przywrócić dawniejsze stosunki, dawniejszą wysokość opłaty. Tak, ale możeby to górale za słabość uznali, jak w ogóle ludzie mało cywilizowani uważają wszelką dobroć za wymuszoną koniecznością? A z drugiéj strony czyż można wymagać od nowych właścicieli Podhala, którzy już setki tysięcy zapłacili za dobra kupione niegdyś od rządu za kilka dziesiątków tysięcy, aby się dobrowolnie na mniejszy dochód skazywali, aby przywrócili ceny z przed lat kilkudziesięciu, choć sami za wszystko drogo muszą płacić? Wyjątki tylko mogłyby się zgodzić na coś podobnego, lecz wyjątki takie są rzadkie. Życie, niestety, nie jest sielanką. Przybyliśmy wkrótce do Jaworzyny Spiskiéj, ostatniego etapu do którego można dojechać. Jestto osada hutnicza, położona tak jak huty zakopiańskie, u wejścia do doliny. Z budynków ją składających najbardziéj zajęła nas karczma, albowiem żołądki dopominały się haraczu. Na progu powitała nas karczmarka, mówiąc że się już dawno nas, t. j. profesora, spodziéwała. Zaproponowała nam zaraz uprzejmie kohutki (kurczęta), ale z powodu braku czasu poprzestaliśmy tylko na kawie, jajach, sałacie ze śmietaną i piwie. Takie menu nie jest zapewne znane żadnym księgom gastronomicznym, ale na wycieczce w Tatrach wydaje się bardzo harmonijném. Po skonsumowaniu tych delicyj ruszyliśmy w dalszą drogę, wychwalając uprzejmość karczmarki, oraz taniość materyałów uweselających serce człowieka. Zwróciwszy się nalewo, koło parku, wstąpiliśmy na lekką pochyłość, porośniętą lasem rzadkim i błotnistym, z którego z wielką radością wydostaliśmy się wkrótce na wielką polanę, zwaną Gałajdówką, od byłego jéj właściciela, nieżyjącego już Gałajdy, który w chwilach wolnych od pracy zabawiał się rozbojem. Gałajda z tego względu zasługuje na naszą uwagę, że posiadał cudowny talizman odbijający kule. Talizmanem tym była spinka spinająca koszulę. Każdy się bał do niego strzelać, i z tego powodu bardzo długo broił; dopiéro któś tam wynalazł czarodziejski sposób i sprzątnął go ze świata. Gałajda był jednym z ostatnich rozbójników tatrzańskich. Teraz już ich nie ma a dziś żyjący krewni Gałajdy, którzy na téj łące pasali swoje trzody, są uczciwymi góralami. Ogromne te łąki znaleźliśmy także porosłe jedwabistą, dziewiczą trawą, śród któréj stérczały gdzieniegdzie zwalone na kupę deski po zburzonych szałasach. Stąpaliśmy po ślicznéj dolinie Jaworzyńskiéj, zamkniętéj od południa ścianą skalistą, utworzoną przez gruppę szczytu Lodowego, ku któréj dążyliśmy. Z prawéj strony mieliśmy Babosia i Goły Wirch, według nomenklatury używanéj na téj dolinie, z lewéj zaś, jakby grzebień na ogromnéj głowie góry lesistéj wznosił się Murań, przedstawiający wielkie podobieństwo do muru zrujnowanego, od czego też zapewne otrzymał swą nazwę. Po małym odpoczynku, podczas którego skonsumowaliśmy półtoréj konewki kwaśnego mléka (było nas z góralami jedenastu; dwóch się odłączyło), wkroczyliśmy przez płot na pyszną trawę, w któréj się prawie po biodra zanurzyliśmy. Szliśmy śród niéj kilkanaście minut, oglądając się często poza siebie dla miłego romantycznego widoku, który nas zewsząd otaczał. Pogoda była śliczna, cisza na dolinie czarująca, lecz wkrótce charakter miejsca zmienił się zupełnie. Weszliśmy w las ponury, obraz starości, zniszczenia i życia na trupach bratnich. Ogromne pnie wznoszą się tu z gruntu usianego głazami, pokrytemi mchem i zgniłemi liśćmi, a na téj uwiędłéj podściołce co krok leżą zmurszałe i spleśniałe olbrzymy drzew podciętych kosą starości i wichrów szalonych. W jedném miejscu stąpa się po grubym elastycznym pokładzie mchu, jakby po kanapie na sprężynach; w inném noga tonie w błocie rozmokłém od tysiąca źródełek, bijących z pod kamieni lub zapada w szczeliny śród głazów, pokryte zdradziecko mchem i zgniłym liściem. Gdyby las ten posiadał liany, to przedstawiałby doskonały obraz lasu dziewiczego, wyrosłego na jakimś gruncie bagnistym. Bez nich jest puszczą północną, przez którą, jak na obrazie Grottgera, duch śmierci przelata. Obok drogi do Morskiego Oka przez Bukowinę istnieje podobno las nazwany lasem samobójców. Miejsce to, powiada Goszczyński, znajduje się „w lesie ustronnym, odwiecznym i z samego pozoru niemiłym: a jego własność, że obudza chęć nadzwyczajną do samobójstwa. W tych kilku ostatnich latach, słowa Goszczyńskiego, dwie osoby zastrzeliły się w tém miejscu, obie należały do warstwy wyższéj społeczeństwa. Ten sam, który mi to opowiadał, jest także człowiek ukształcony i daleki od ślepowierności w zabobony, a zaręczał mi, że przez ciekawość zwiédził to miejsce i wnet poczuł w sobie samym tę chęć odebrania życia sobie; a w sposób tak silny i tak razem nęcący, że nie wié na czémby się skończyło, gdyby nie był zrobił wielkiego wysilenia i nie oddalił się z lasu jak najrychléj“. Las, przez któryśmy przechodzili, jeżeli nie jest miejscem rzeczoném, to przynajmniéj także zasługuje na ów straszliwy epitet. Tak jest smutny, ponury, tak niemile działa na wyobraźnię i tak ją , że chciałoby się „nie być...“ przynajmniéj w tym lesie. Nie doświadczyłem tego wrażenia w tak nieprawdopodobnie wysokim stopniu, jak opisuje Goszczyński, ale oceniając objektywnie stan rzeczy działający na nasze zmysły, przyszedłem do przekonania, że owa nazwa jest dla tego lasu stosowną nie dlatego, żeby las aż zmuszał ludzi do samobójstwa, ale dlatego że byłby dla niego wcale niezłém tłem. Liczne towarzystwo nie dozwalało mi się rozpłynąć w oceanie niemiłych wrażeń, jakie sprawia zniszczenie i zgnilizna; ale nie wątpię, że wrażliwy wędrowiec, któryby się sam znalazł na tym roślinnym cmentarzu, uległby naciskowi rozpaczliwych widoków i cofnąłby się po kilkunastu krokach, aby umysł swój rozweselić pięknym widokiem Gałajdówki, któremu tylko ludzi niedostaje, aby był rozkosznym. Daremniebym się silił na dokładne odmalowanie wrażenia, jakie nas wszystkich ogarnęło. Zamilkliśmy wszyscy. Wstrzymywaliśmy się sarkania, sądząc, iż niezadługo z lasu wyjdziemy; tymczasem ciągnął się on bez końca. Wreszcie zniecierpliwienie nasze doszło do zenitu. — Mamy już dosyć tego lasu, rzekł profesor do Sabały, który nas do niego wprowadził dla uproszczenia drogi. Pójdziemy zwykłą drogą, obok potoku. Wyobraźni mojéj tak było potrzeba otwartego miejsca, zmiany widoków, że mnie te słowa poprostu uszczęśliwiły. Skierowaliśmy się na prawo, ku potokowi, i przedzierając się przez gąszcz tém zwartszy im bliższą była woda, stanęliśmy wreszcie, podrapani trochę przez gałęzie, na brzegu jaru, na dnie którego woda się kłębiła. Jest to potok jeden z najpiękniejszych, które widziałem w dolinach tatrzańskich. Należy do najszerszych, najgłębszych i najbystrzejszych. Przeczysta woda jego to płynie spokojnie na miejscach równiejszych i głębszych, to tworzy małe wodospady ogłuszające swym szumem, lub uderzając o skaliste zapory, przeskakuje przez nie, rozbijając się w białe wstęgi i krople. Piękny, wspaniały — to prawda; lecz jak go przebyć? Brzegi daleko, pomiędzy głazami zawalającemi łożysko zbyt wielkie przerwy, przeskoczyć z jednego na drugi ani sposób. Szukamy lepszego miejsca. Jest most! zawołał ktoś. Był to drążek świérkowy, grubości dwóch cali, przyparty przez pęd wody do dwóch wystających kamieni. — Skąpiemy się, rzekłem. — Eh! przejdą! Trudna rada. Postanowiliśmy przejść po nim. A woda wrzała i kłębiła się jak w kotle. Ale nawet myśléć nie było można o utrzymaniu równowagi bez podpory; kije zaś nasze okazały się zbyt krótkiemi; wyszukaliśmy więc długą gałęź świerkową, którą wbijaliśmy pomiędzy kamienie na dnie wodospadu, zyskując tym sposobem trzeci punkt podpory. Wszyscyśmy przeszli bez przypadku na wielki głaz środek potoku zalegający, z którego już łatwiéj lecz niebez rozlicznych sztuczek, przedostaliśmy się na drugi brzeg. Gdym stał na powyższym drążku, zostałem tak oszołomiony szumem i hukiem potoku, pędem wody porywającym wzrok ze sobą, żem o mało co nie dostał zawrotu głowy, choć ponad niebezpiecznemi przepaściami zachowuję się zupełnie zimno. Dziwne zjawisko: hałas zawsze mnie wyprowadza z równowagi, gdy przy wszelkich niebezpieczeństwach, którym hałas nie towarzyszy, zachowuję zawsze zupełną przytomność umysłu. Czy to jest zjawisko powszechne, czy téż do mnie tylko się stosuje? Odetchnąłem swobodniéj, gdym się znalazł na miejscu więcéj otwartém, choć co prawda zupełną sprzeczność stanowiącém z wygodną drogą. Wkrótce jednak, nieco wyżéj, trzeba było znowu przejść przez potok. Przejście to nie było łatwiejszém od poprzedniego, ale potok już mię tak nie głuszył. Pewniejszą nogą wstąpiłem na drążek łączący dwie skały i właśnie z powodu téj pewności wpadłem w wodę aż po kolana. Tak zwykle bywa temu, kto lekceważy trudności mniejsze od przebytych. Nauka mokra ale dobra. Nie było nawet czasu do wylania wody z butów. Musiałem śpieszyć za towarzyszami. Zresztą byłaby to próżna fatyga, bo niestety weszliśmy w las podobny do powyżéj opisanego, stanowiący zapewne dalszy jego ciąg, przedstawiający tę tylko miłą różnicę, że był jeszcze wilgotniejszy, gdyż co krok to źródło wytryskało. Znowu mroczna i ponura atmosfera oblała widnokrąg mojéj wyobraźni i oddała mnie na pastwę niewypowiedzianemu splinowi. Na szczęście jednak... głód porządnie zaczął mi dokuczać i zmniejszył splin do minimum, powiększywszy tęsknotę do mléka i chleba. Wkrótce okolica rozjaśniła się. Weszliśmy w pas kosodrzewiny. Słychać dzwonki bydła i nawoływania pasterzy. Z roślinnego cmentarza, opanowanego przez zgniliznę, wkroczymy wkrótce do krainy życia. Nikt nie uwierzy co to za rozkosz, kto sam tego nie doświadczył. Pomiędzy kosodrzewiną znaleźliśmy kilka limb czyli cedrów sybirskich. Ponieważ nigdy dotąd tego szczególnego okazu nie widziałem, więc zatrzymałem się przy jednéj z limb zwalonych, choć odgłos dzwonków bardzo mnie nęcił... Pięknego drzewa tego coraz mniéj w Tatrach. Jest to gatunek ginący. Może przed wiekami istniały całe lasy limbowe tam gdzie teraz pełza nizka i giętka kosodrzewina. Wichry nie lubią istot wyniosłych. I u roślin śród nawałnicy świata maluczkość i giętkość osiąga przewagę nad wyniosłością i szlachetnością, a biédne niedobitki limb, jakby „weltschmerzem“ opanowane, chociaż „moriturae,“ zdają się z pogardą patrzéć na tłuste, giętkie, uniżone kosodrzewu karły, które, kontente ze swéj tuszy, śmieją się jak zbogaceni czołganiem z tych co nie mogą czy nie chcą walczyć o byt takiemi zacnemi jak oni środkami. I w świecie roślin są tragedye społeczne i historyczne! Wkrótce doszliśmy do Czarnego Stawu pod Lodowym, a podczas gdy górale byli zajęci przygotowywaniem obozowiska, gdy profesor zbiérał mchy a p. Ludwik mierzył temperaturę stawu, ja jeden próżniak w tém towarzystwie usiadłem obok ogniska, przy którém grzałem zmoczone nogi i rozglądałem się po okolicy, nic ciekawego nie przedstawiającéj. Minęliśmy zaledwie dolną granicę kosodrzewiny. Poczyna się ona w Tatrach na wysokości 4207 stóp wiedeńskich a kończy na wysokości 6264. Pod nami więc rozciągał się gęsty wysoki zielony las; około nas na dwa tysiące stóp szeroki pierścień kosodrzewiny, tak porozrywany szarością skał, że tylko wyobraźnia mogła go dopełnić. Dotąd życie, przynajmniéj roślinne. A potém? „Potém, powiada Staszic, następują gołe skały, mchem tylko porosłe. Tu na téj wysokości przyrodzenie traci swoją moc najcudniejszą, moc najwięcéj niepojętą, swoją władzę wszczynania, postacenia i roślinienia jestestw... Jakże bez tych natura zdaje się martwą, jak smutną, jak okropną! Jest ona i tu zawsze wielką, zawsze nieskończoną, ale dla zmysłów człowieka jest zbyt jednostałą... Wydaje mu się czczą!...“. Poznałem się z tą pustką już dawniéj i nic nowego nie spodziewałem się w niéj znaléźć. Dlatego téż zwróciłem wzrok tylko na rzeczy bliższe. Slizgałem się oczyma według mego zwyczaju po płomykach ogniska i zupełnie uwolniłem wyobraźnię z cuglów władzy rozumującéj. Byłoto dla mnie niesłychanie rozkosznym wypoczynkiem. I wyobraźnia musi od czasu do czasu pobujać bez planu jak rumak po stepie, aby ochłonąć z jednostajnego wpływu że tak powiem prostolinijności, nieodłącznéj od jako tako poważnéj myśli. Nawet nie starałem się jéj okiełznać i odganiałem wszelką myśl poważnego zajęcia się stroną naukową Tatrów. Wkrótce wpełzaliśmy do namiotu i tak się skończył dzień piérwszy. Nazajutrz obudziłem się o wpół do czwartéj. Śliczny był dla malarza widok naszego obozu. Dokoła gasnącego ogniska, z którego gdzieniegdzie słabe, przerywane płomyki wyskakiwały, leżało dziesięciu górali w najrozmaitszych pozach. Jeden położył twarz na skrzyżowanych rękach, drugi leżał na grzbiecie, z zadartą ku tyłowi głową i z rozpostartemi rękoma, inny zwinął się jak jéż w kłębek. Jedni byli otuleni w swe czuchy, tak że twarzy nie było widać, inni zaś byli odkryci, tak jakby spali w ciepłym pokoju. A chłód jak zawsze w górach, był wielki. Coby dał za to poeta, gdyby po błąkaniu się w górach natrafił nagle na takie obozowisko! Niedługo mogliśmy patrzéć na tę śpiącą gruppę, bo górale poczęli się budzić. Szliśmy w okolice nieznane; nie było więc czasu do stracenia. Ruszyliśmy o czwartéj.

II.

Drąc się po piargach, kierowaliśmy się ku długiemu, najeżonemu ostremi wyrostkami grzbietowi skalistemu, oddalonemu od miejsca naszego noclegu o milę, wyniesionemu 8000 stóp nad p. m. Po utrudzającym pochodzie znaleźliśmy o godzinie dziewiątéj żleb, coś w guście komina, któremu jednéj ściany brakuje. Był to ostatni, ale najtrudniejszy stopień na grzbiet góry. Spojrzeliśmy weń: łatwiéj było go przebyć bez pomocy nóg niż rąk. Nadto był dość gładko skrzesany a z góry zawalony wiszarem. Gdybyśmy, ja i ty szanowny czytelniku, napotkali, sami idąc, taką drogę, tobyśmy... usiedli pod żlebem, zjedli śniadanie i żałując straconych pięciu godzin uciążliwéj drogi, pomknęlibyśmy na dół. — Zdałby się tu sznur, rzekłem. — I bez sznura pójdziemy, rzekł któryś góral. Profesor uszykował nas w ten sposób, że najprzód szedł góral, za nim pan Ludwik, potém znowu góral, profesor, daléj góral, ja i reszta górali z cięższemi ładunkami. Środek ten ostrożności był koniecznym, gdyż górale umieją zręcznie zatrzymywać spadające kamienie, w razie upadku jednego z nas, mogą swą bezporównania większą od naszéj siłą wstrzymać nie tylko spadającego ale nadto idącą pod nim resztę towarzystwa. Weszliśmy w żleb i jakoś się szło. Jak się szło — mniejsza o to, dosyć że posuwaliśmy się naprzód. Było to wciąganie się na rękach, pełzanie całym tułowiem, popychanie się kolanami, i doprawdy cieszyć się wypadało, że nie potrzeba było używać zębów. Głównym zaś środkiem wspinania się była uwaga i oko. Bezpieczeństwo i dobry skutek polegały na wynajdywaniu wydatności skały, dość dużych i dość mocnych do utrzymania ciężaru człowieka. Forma i stan rozpadliny nie pozwalały myśléć o czém innem. W przeciwnym razie łatwo było o Trudność zwiększała jeszcze ta okoliczność, żeśmy się wdzierali pod górę po zwaliskach już pięć godzin, z małym tylko odpoczynkiem. Trzeba więc było dobywać resztki sił. Naturalnie nie obyło się bez kilku obsunięć. Pewnego razu chwyciłem się za wystający jakby koniec cegły i kamień ujęty wysunął się. Zacząłem spadać. Ale góral przyparł ręką moje golenie do skały i utrzymał mnie. Innym razem ześlizgnąłem się znów na ciupagę przewodnika wbitą w szczelinę. Wiedzą już oni, gdzie łatwo się obruszyć, i dlatego tuż pod nogą turysty kładą, lub jeśli można wbijają rękojeść siekiérki. Pomimo to wszystko, nie powiem aby ten żleb miał być niebezpiecznym, ma się rozumiéć, — co raz na zawsze zastrzegam, — niebezpiecznym w znaczeniu turystowskiém. Wyraz ten stosuje się tylko do przejść, gdzie dobry turysta nie może być pewnym swego kroku. A zatém nie będzie niebezpieczném przejście nad przepaścią po belce płaskiéj, a będzie takiém po okrąglaku. W żlebie jednak powyższym, choćby się przed nim cofnęło dziewięć dziesiątych Warszawiaków, można być pewnym swego kroku przy większéj lub mniejszéj ostrożności, stosownie do tego czy kto sam idzie, czy w towarzystwie górala. Wypadek poważny mógłby miéć miejsce tylko z powodu nieumiejętności, niebaczności lub zaniedbania; lecz to już trudna rada: w górach nie ma miejsca dla nieświadomości, lekkomyślności i roztargnienia. Wdzieranie się po żlebku trwało 20 minut a zdawało się że najwyżéj 5, — do tego stopnia uwaga nasza była zaabsorbowaną. Ta jest właśnie zaletą przejść, okazujących na każdym kroku nowe trudności. Gdybyśmy szli daléj po piargach, 20 minut urosłyby w naszéj wyobraźni w godzinę. Dostaliśmy się wreszcie do wyłomu, stanęliśmy na małéj arcyniewygodnéj przełęczy, pomiędzy Baraniemi Rogami, grzbietem zębatym, ostrym, w swych częściach jak się zdaje stopą ludzką nietkniętym, a tak zwanym przez Niemców i Węgrów szczytem Czerwonego jeziora. Nazwaliśmy go dla krótkości szczytem Kołowym, gdyż stérczy nad Stawem tegoż nazwiska, ciemniejącym u stóp jego od północozachodu, a bliższym niż Czerwony. Na téj niewygodnéj przełęczy, na któréj ledwie że siedziéć można było, mieliśmy widok piękny, lecz z trzech czwartych okręgu prawie zamknięty. Najpiękniejszy, najmajestatyczniejszy był od południa: tam wznosiła się Łomnica. W téj chwili patrzyłem na nią po raz drugi — piérwszy raz ujrzałem ją z Bryarki, góry niezbyt wysokiéj (około 2500 stóp (?)), znanéj każdemu kto był w Szczawnicy. Gdym wdrapał się na tę górę, dla mnie bardzo wysoką, uderzony zostałem niespodzianym widokiem. Z masy gór kopulastych rozlanych wyłoniła się przedemną, królująca nad tłem całego krajobrazu Łomnica, w postaci wielkiego ciemnego stożka, ubielonego gdzieniegdzie śniegami. Wrażenie było nadzwyczaj silne, podobne do rozkoszy nowego odkrycia. Wyskoczyła jakby z pod ziemi, rozpruwszy swemi barami jéj skorupę, i wystrzeliła ku niebiosom ponad tłum drobny, niewyraźny. Nie tylko oczyma widziałem nagłe wyłonienie się, ale i w uszach usłyszałem szum imponujący, majestatyczny, zimny, jak gdyby rzeczywiście cielskiem swém rozpruwała powietrze. Dziwne złudzenie! Nie tylko ja, wszyscy byli wpatrzeni w Łomnicę; choć ją nieraz i nie drugi widzieli. Wszyscy téż mniéj lub więcéj zadumali się. Nagle, jeden z górali szepnął radośnie, tonem takim jak gdyby lękał się spłoszyć lube widzenie: — O! O! O! Oreł! — Co takiego? — Oreł, orlik, haniok (tam) ku Łomnicy. Rzuciłem okiem ku téj górze i po długiém upatrywaniu spostrzegłem ciemniejszy punkcik, kołyszący się śród podkowiastéj czeluści, utworzonéj przez grupę Łomnicy. Rysował się kilka minut zygzakiem na brunatném tle skały, zapewne zakréślając skręty wężownicy, i wreszcie, wyniósłszy się wysoko ponad szczyt, znikł w stronie południowéj, gdzie może sobie jaką zdobycz wypatrzył. Trudno było oderwać wzroku od jego lotu. Kreślił zygzak spokojnie, jakby niecielesny duch przepaści, niepotrzebujący skrzydeł. Rzadko ich téż używał. Kilka machnięć wystarczało mu do posunięcia się o znaczną odległość, a potém już płynął bez ruchu, jakby w jakim gęstym płynie, od którego nie jest cięższym. Orzeł ten ożywił na chwilę krajobraz, ale mu nie odjął dzikości. Ponury i żałobny charakter pomników praświatu utrzymał się, bo za pojęciem o orle ciągnie się cały szereg myśli o nagich, straszliwych przepaściach i morderstwach. Tylko ten skrzydlaty opryszek imponuje Tatrzaninowi, tylko jemu góral zazdrości. Dla niego nic nie ma niedostępnego. Może z łatwością przechadzać się po wszystkich najstromszych wieżycach Tatr i rozpatrywać tajniki wszelkich przepaści. Wprawdzie i kozica, gór tych mieszkanka, wspina się na szczyty urwiste, wisząc niekiedy na małym skrawku skały; ale choć w niéj nieraz widziano ideał zręczności i siły, jednakże człowiek ją przewyższył. „Gdzie kozica przejdzie, mawiają górale, tam przejdzie i człowiek, ale gdzie człowiek przejdzie, tam nie zawsze przejdzie kozica“. Kozica bowiem nie posiada rąk chwytnych i dlatego, jeżeli nie ma miejsca do rozpędu, nie może się wdzierać na strome występy skał. Orłu zaś człowiek nigdy nie dorówna, a wszystko co jest niezrównane, ogromnie imponuje. Orzeł skalny ma 3 do 3½ stóp długości, a siąg jego skrzydeł dochodzi do 8 stóp. Można więc sobie wyobrazić ich powiérzchnię, która zupełnie tłumaczy możność wiszenia w powietrzu bez ruchu. Zdaleka wydaje się czarnym, w bliskości zaś okazuje się czarno-brunatnym. Im jest starszy, tém ciemniejszy. Ogon ma zaokrąglony, 14 cali długi, który wiele się przyczynia do zwiększenia powiérzchni oporu przeciwko sile ciężkości. Końce skrzydeł nie dosięgają końca ogona. Dziób dwucalowéj długości jest rogowo-niebieski, od nasady zakrzywiony, żółtą woskówką obrębiony. Skok aż do palców krótkiemi, sztywnemi, jasno-brunatnemi piórami gęsto obsadzony; palce jasno żółte, pazury wielkie, czarne, tylne dosięgają 3 cali długości. Zamieszkuje on najwyższe regiony alpejskie i w niższe okolice schodzi tylko w zimie, gdy brak w górach. Młode kozice, świstaki, zające, ptastwo, jagnięta, koźlęta są jego strawę powszednią. Silny, odważny, mądry, wietrzący zdaleka, orzeł jest panem gór. Żadne zwierzę nie jest dlań straszne. Boi się tylko człowieka i umié go zręcznie unikać. Na dzieci jednak rzuca się czasami a i dorosłemu nie daruje, gdy go nad przepaścią przydybie. Rzuca się nań wtedy całą siłą swego lotu i uderzeniem swych skrzydeł usiłuje strącić go z brzegu. Gdy mu się to uda, leci za swą ofiarą rozbitą o dno przepaści i rwie ją w sztuki. Do starych kozic często z powodzeniem stosuje tę metodę, ale z człowiekiem rzadko mu się to udaje. Człowiek ma broń palną, i w największych opałach potrafi ją skierować ku lotnemu rozbójnikowi, który, poczuwszy niebezpieczeństwo, umyka. Nie słyszeliśmy nic o przypadku, w którymby się orłu powiodło: może dla tego, że umarli nie mówią — a orzeł tylko na samotnych napada. O zamierzonych jednak napadach opowiadają dość liczne przykłady. I tak np. nad Maciejem Rojem, stryjem dzisiejszego przewodnika, zaczął raz kołować orzeł, w miejscu niebezpieczném, coraz bardziéj zbliżając się. Góral jednak spostrzegł go dość wcześnie i przestrzelił mu skrzydło. Wytchnąwszy nieco, ruszyliśmy ku lewéj stronie, na szczyt Kołowy. Wiodła do niego więcéj niż półgodzinna droga dość wygodna. Dopiéro blisko samego wiérzchołka stała się nader stromą. Musiałem użyć rąk do , aby się wdzierać z głazu na głaz. Wreszcie kamienie zaczęły się piętrzyć w ten sposób na sobie, że częścią wisiały w powietrzu, ponad ogromną przepaścią. Spostrzegłem to wtedy, gdym dla odpoczynku, czy dla widoku, oparł się o skałę i spojrzałem przed siebie. Przelękłem się. Wisiałem nad otchłanią, w któréj się oko gubiło, a stérczące ze wszech stron dziko porozrywane szczyty, powiększały grozę położenia. Spojrzałem na podstawę, na któréj stałem. Nie była to lita skała, lecz głaz luźno leżący na innych. Nademną i podemną wisiały głazy tak samo. Iskra elektryczna przebiegła mi po nerwach. A nuż się obsuną!... Lecz w téj chwili zreflektowałem się. Dlaczegóżby się miały obsunąć w téj chwili? Przecież pyłek zwany człowiekiem nie zaważy na ich cielskach tysiącofuntowych. Mogłyby spaść własnym ciężarem. Lecz czemuby na tę chwilę czekać miały? Rozumowania te, choć mnie uspokoiły i uśmiéch na usta wywiodły, nie osłabiły jednak chęci jaknajprędszego wydostania się z miejsca, które miało wszelkie pozory samotrzasku, a o którego bezpieczeństwie dopiéro za pomocą rozumowania trzeba było przekonywać zmysły. Zacząłem się znowu wdzierać po ogromnych stopniach i wkrótce dosięgnąłem szczytu. Zwiedzenie Wirchu Kołowego wcale nie leżało w naszym planie. Profesor nakréślił sobie na karcie kierunek wycieczki, przechodzący tylko przez przełęcze i doliny. Ale przecież nie podobna omijać szczytów, i to szczytów nieznanych, gdy się jest od nich tylko o kilkaset stóp! Zboczyliśmy więc na Kołowy i wcale tego nie żałujemy. Widok, który się przed nami rozpostarł, zupełnie wynagrodził niewielki trud zboczenia. Na tym potrzaskanym cyplu skały, byliśmy na granicy życia i śmierci. Od południa i zachodu otaczało nas morze skał, z pośród którego wychylały się ogromne wieżyska Łomnicy, Lodowego, Ganku, Wysokiéj, Mięguszowieckiéj, Krywania, których jednostajną: burą, szarą lub ciemną barwę przerywały tylko martwe jak one, stoczyste pola śnieżne. Od północy-zachodu i północy było już przejście do krainy życia. Tam tylko małą przestrzeń zajmowały szczyty Hawrań i Murań, a wzrok nie napotykał już bliskiéj tamy i dosięgał w dali wielkiego morza zieleni. Na wschodzie wreszcie życie kwitło w całéj pełni. Wyżyna szybko się zniżała i ginęła w dolinie obrzeżonéj i usianéj lasami. Tam się wiły błyszczące wstęgi rzek i matowe szare pasy gościńców, tam stały grupy chat, tam kilkadziesiąt wiosek i miasteczek z wieżami i białemi ich ścianami nęciło ku sobie zmęczony martwotą wzrok wędrowców. Nigdy nie miałem sposobności objąć jednym rzutem oka tak wielkiego obszaru kraju zamieszkanego; nie wiedziałem nawet, że można widziéć z jednego punktu cztérdzieści miasteczek jak na dłoni. To téż doznałem silnego wrażenia, a kontrast wiekowéj tragedyi pustkowia, jaki za najmniejszém zboczeniem linii widzenia napotykałem, bynajmniéj go nie pomniejszał. Napoiwszy się sielankowym powiewem, płynącym od pól i siedlisk ludzkich, zacząłem się rozglądać po bliższém otoczeniu. Spójrzałem ku północo-zachodowi na staw Kołowy, przewlokłem oko po ostréj pile Baranich Rogów, nęcących swą niedostępnością, i przeniosłem je wreszcie na szczyt Łomnicy, o którym najwięcéj słyszałem, i który już w dzieciństwie był przedmiotem moich marzeń, mych ambicyj. Spostrzegłem, że trudności o których mi mówiono nie są zmyślone. Widziałem jak najwyraźniéj, że boki szczytu były bardzo strome, prawie pionowe. Jednakże rzekłem sobie: „tam będę!“ — Ludzie! zawołał ktoś około mnie. — Gdzie ludzie? — Na Łomnicy! Okiem nic dojrzéć nie mogłem żywego. Widziałem tylko t. z. patryą, piramidę z desek, wystawioną na szczycie przez inżénierów dokonywających pomiarów. Lecz za pomocą lornetki dojrzałem coś poruszającego się po szczycie i idącego ku patryi. To coś wydawało mi się tak wielkiém jak mały palec u małéj rączki damskiéj. Daléj pod patryą jeszcze dwa czy trzy podobne atomy zaczerniały. Ludzie ci spostrzegli nas wcześniéj i dali znak wystrzałem, któryśmy zaledwie usłyszeli. Odpowiedzieliśmy im również z pistoletu. Wkrótce znikli. Na Łomnicy znowu, zapanowała pustka a w sercach naszych zaległ smutek, — tęsknota po ludziach, którycheśmy nie znali, nawet nie widzieli... Łomnicę ogarnęła pustka. Wydawała mi się znowu majestatycznie dumną, groźną, choć na chwilę straciła w moich oczach ten charakter, gdy owe ludzkie robaki stąpały po jéj głowie. Wydawała mi się wtedy utworem spółczesnym a teraz znowu przygniatała wyobraźnią moją jako pomnik zaklętych w skały czasów ubiegłych. Po półgodzinnym pobycie na Kołowym zaczęliśmy schodzić na przełęcz. Piętrzące się nad przepaścią głazy już mnie nie straszyły, choć emocya powinna była być większą, gdyż schodzi się będąc obrócony twarzą do przepaści. W towarzystwie nie tak łatwo dać się porwać prądowi wyobraźni. Ponieważ pogoda była, zgodnie z przepowiednią, zupełnie „legalną“ i słońce tak silnie grzało, iż niepodobna było wytrzymać pod gołém niebem, umieściliśmy się w kotlinowatém wgłębieniu skały na bardzo spadzistym stoku. Trawa i mech nęciły do drzémki, ale spadające z góry kamienie i stromość naszego legowiska odradzały powierzyć się Morfeuszowi. Wypaliwszy kilka papiérosów, zabieraliśmy się do odejścia. — Pójdę jeszcze na „Baranie Rogi“ z Tatarem i Rojem, a panowie tu poczekacie — rzekł profesor. Struchlałem naprawdę. Było to przedsięwzięcie więcéj niż szalone, gdyż z téj strony skała była zupełnie gładką, urwistą i zwieszoną nad straszną przepaścią, nie mówiąc już o tém, że sam przystęp do niéj był trudny. — Pan profesor żartuje chyba, rzekłem; którędy? — Już tam z Kołowego wypatrzyłem jakie skrawki. Prawda, Wojtku, że można! Roj kiwnął głową potakująco; zawsze taką odpowiedź daje na twierdzące zdanie profesora, ale zdaje mi się, iż sądził, że nie można. Mogę trochę i swojemu znawstwu zaufać, a widziałem, że wejście jest albo wcale niemożliwém, albo téż wielce niebezpieczném w najbardziéj alpinistowskiém znaczeniu tego wyrazu. Wiedząc że niebezpieczeństwo nie będzie argumentem przeciwko zamiarowi profesora, chciałem wynaléźć inną przeszkodę. Dopomógł mi Tatar, który przedstawił, że to zboczenie zajmie kilka godzin i z tego powodu ciemność może nas zaskoczyć nad przepaściami w okolicy nikomu nieznanéj. Nie będzie więc można ani rozbić namiotu, ani ugotować herbaty; bo może do wyższéj granicy kosodrzewiny nie zdołamy dotrzéć. Bezwątpienia podyktowała te słowa Tatarowi troskliwość o naszą całość i wygodę; ważnym jednak motywem jego wystąpienia była wschodnia maksyma: „lepiéj stać niżli chodzić, lepiéj siedziéć niżli stać, lepiéj leżéć niżli siedziéć,“ któréj Tatar, będący zresztą dzielnym góralem, hołduje całą siłą przekonania, usposobienia i przyzwyczajenia. Profesor zna dobrze tę słabą jego stronę; pomimo to zastanowił się. Rzeczywiście mieliśmy schodzić doliną z kilku tarasów złożoną, których stoków nikt nie znał. Żleb zaś, którym się dolina zaczynała wcale nie zapowiadał wygodnéj drogi. Widząc początek wahania się, strzeliłem argumentem bardzo grubego kalibru. — Zresztą, rzekłem, z Baranich Rogów nie będzie żadnego nowego widoku! Wszakże one nie panują nad otoczeniem. Nie zobaczy pan z nich bezwątpienia tyle co dawniéj z Lodowego a dziś z Kołowego. — Prawda, już o tém myślałem. Tak tak, macie słuszność, widok nie opłaci straty czasu, a sam honor postawienia stóp na niedostępnym szczycie nie jest żadną dla mnie ponętą. Roj powiedział krótko: — Prawdę mówią. Zwyciężyliśmy. Posunęliśmy się ku dołowi.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…