Front matter
Dworki na Antokolu.
SPIS RZECZY.
I
I.
'nikły już z ulic i nazwań miastowych Dworki, któremi niedawno przedmieścia miast większych, i niektóre mniejsze miasteczka gęsto były zabudowane. Były to zwykle mierniejszej szlachty na starość schronienia, i jej cnót i obyczajów przybytki. Stare małżeństwa zdawszy gospodarkę dzieciom, kupowały sobie dworki w mieście, i spokojnie przy chwale Boskiej pędziły wiek podeszły; karmiąc najczęściej jeszcze, i opatrując wnuków, chodzących tamże do szkoły. Nie jedna ciepła i podstarzała wdówka, dostawszy od nieboszczyczka męża, dworek na Antokolu, czy pod Zielonym Mostem na dożywocie; uciekła doń z gotówką od pasierzbów, wychowując także przy sobie, ze dwie siostrzeniczki lub synowiczki, z któremi nie opuszczała festów w każdym kościele, i dla których gdy podrosły i wyładniały, sprawując wieczorynki i wabiąc Moś cipanów, sama podróżowawszy się trochę, młodsze swoje przypominała latka. Niekiedy osiadł we dworku, marcowy podsiwiały kawaler, bywalec na świecie, wędżega spekulant, z niewielkim zapasikiem grosza; i mały przekupny, drzewem, zbożem, miodkiem, i wszelkiemi wiktuałami prowadząc handelek, nie pracowity a swobodny wiódł żywot. W miasteczkach pańskich, przyległych zwykle wspaniałym zamkom i pałacom, dworki zamieszkane bywały przez wysłużonych gracyalistów, żyjących z ordynaryów dożywotnich i modlących się do Boga za swych benefaktorów i chlebodawców. W miasteczkach zaś sądowniczych, prześwietna palestra budowała sobie dworki, i w nich bywał kantor jurystowskich konsyliów i statutowych sentencyj, z tą różnicą w ich położeniu: że gdy tu obok dworku Pana viceregenta lub adwokata, stał często brudny szynkowy dom żydowski, w miastach większych dworek szlachecki, nie zniósłby tego uwłaczającego sobie sąsiedztwa, i takim lub owakim sposobem wykurzony żyd, uciekaćby musiał między swych jednowierców.
Dworki miejskie i ich gospodarze, mieli swoje jakby attynencye i spiżarnie na wsi: krewny, przyjaciel, sąsiad dawny, ksiądz Proboszcz parafii, w której się pierwej mieszkało, lub jego komendarz, przyjeżdżając do miasta za interessami, nie frasował się bynajmniej o wikt i kwaterę. Zajeżdżał śmiało do dworku swych życzliwych, jak do własnego; a oddawszy do spiżarni Imości baryłeczkę staruszki, i inne zapasy przywiezione, pewnym był smacznego barszczu, pieczeni, i jakiegokolwiek jeszcze miejskiego specy ału, którym miłego gościa uprzejma gosposia częstowała. Mieścił się zaś jak mógł, bo wzgląd na wygodę, nie był jako dziś, na szczególniejszej uwadze, a poczciwa drużba i uprzejmość wzajemna, nagradzała niedogodność lokaty. Wśród miastowego zgiełku, dworki wiązały się w osobne towarzystwa: jednostajność wieku i trybu życia mieszkańców, konfraternia w bractwach, wspólne obchodzenie festów i uroczystości; a nadewszystko wzajemny szacunek szlachectwa, a ztąd wzajemny affekt i respekt, spokrewniały ich mieszkańców, i rozlewały pokój i zgodę na tę maleńką rzeczpospolitę, złożoną z Panów Skarbników, Podczaszych, Derewniczych, Mostowniczych, a w rodzaju żeńskim Podczaszaneczek, Skarbnikówien, i t. p. piastujących te honory per viam haereditatis od trzeciego częstokroć pokolenia!... Jeżeli zaś i wmięszał się między nich jaki woźny emeryt; jako szlachcic, miał wprawdzie uczęstnictwo w tem poważnem gronie, lecz przybierał tytuł Generała, nie ubliżający ich dostojnemu kolężeństwu. Ktoby chciał widzieć razem wszystkich tych zacnych jegomościów, niechby się udał do najbliższego ich rezydencyi kościoła, na pierwszą mszę ranną; znalazłby całą ławkę, przed którymkolwiek uprzywilejowanym ołtarzem przez nich zajętą, mógłby z niemi razem zmówić różaniec, i przypatrzyć się tym poczciwym obliczom, których czerstwość i gracki rumieniec, czynił omyłką małą czuprynę siwych włosów, na wierzchu wygolonej głowy, jakby na datę ich wieku zostawionej; i na których prosta i prawdziwa pobożność, w serdecznych modłach, i w oczach ku świętej ofierze wzniesionych, pałała. Ktoby zaś chciał widzieć same Imoście, ciotulki i babulki, z assystencyą siostrzeniczek i wnuczek, miałby się wybrać na wotywę, i opuściwszy pierwsze, zlustrować drugie i trzecie ławki; spojrzeć jak zajmując rubrontami szerokie w nich miejsca, i wrzekomo modląc się gorliwie z książek, poważne matrony nie spuszczały jednak z oka swych drobniejszych krewniaczek, a śledząc za ich oczkami, często nieostrożnie ukradkiem, na bok rzucanemi, p rzerwały swoje módlmy się, gorzką panienkom przymówką: — „gdzie waspanna zirkasz, czy to obrazek w tej węgierce?“
Zachowajmy tu jeszcze i topograficzne opisanie dworków. W Wilnie kamienice wzrosły na ich miejsce, albo jeżeli gdzie został który w zakątku, to przystrojony firankami w nizkich swych okienkach, a upstrzony wewnątrz, z poczciwego jakby szlachcica, został ladajakim paniczem. Stara zaś generacya mieszkańców jego wywlekając się powoli na cmentarze, nowym ścianom i nowym dziedzicom, pozazdrościła bodaj dawnej swej prostoty obyczajów i przymiotów, i do grobu je z sobą zaniosła. Dworek więc zwykle w głębi dziedzińca zbudowany, miał naprzód sień wielką; w niej magle, pod wschodami prowadzącemi na porządne i zamczyste poddasze. Od sieni na jedną stronę mieszkanie Ichmościów; to jest: wielki pokój, drugi mniejszy za przepierzeniem, trzeci jeszcze mniejszy, graniczący przez ścianę z poważną w sieniach pieczurą, i równejże z nią obszerności; zakanurek to panienek lub chłopców uczepionych do familji. Gdybym chciał wnętrzne ozdoby tych izb opisywać, musiałbym powtórzyć z małą odmianą opisanie domku mojego dziadka, bo w każdem szlacheckiem domówstwie, obraz Zbawiciela, lub Matki Boskiej, stanowił główną ozdobę izby i orędownictwo rodziny. U możniejszych, szafa królewiecka dębowa, w filogranowe floresy wysadzana, rzeźbą sztuczną ukoronowana, i mosiężnemi antabami ozdobnie okuta, szerokiemi plecy swemi podpierając ścianę, chlubą była gospodyni, a solą w oku sąsiadkom. Zresztą, kanapa nieco wygo- dniejsza i kształtniejszej formy, kilka przy niej raźniejszych krzeseł, miejską we dworkach objawiało politykę: przy piecu jednak od kominka stał ukochany zedelek, na którym częściej i chętniej niżeli na kanapie, zwłaszcza w zimie, domowa sadowiła się gromadka. Za przepierzeniem, łóżka ichmościów, nad niemi obrazków w ram kach i bez ramek cała litania; a między łóżkami pod oknem, stoliczek imości, białemi falbanami aż do dołu opięty, na którym lusterko z szufladką i kilka a czasami i kilkanaście książek do nabożeństwa, leżało. W ciasnym nakoniec alkierzyku, łóżeczka panieńskie, za krótkie trochę na ich wysmukłe figurki; a w kątach kuferki, na których nie tylko same ich właścicielki, ale niekiedy i estymowany a akceptowany konkurent:
„U nóżek swojej kochanki „Trawił wieczory i ranki.“
Na przeciwku jedna obszerna izba czeladna i kuchnia razem, uzupełniała rezydencyą sług i panów. Rozporządzenie dalszego zabudowania: stajeń, spichrzów, i ro zmaitych składów, zależało od substancyi i sposobów wybranych do utrzymania się w mieście właściciela, lecz zawsze w głównym planie jednostajne, otaczało dziedziniec, szczelną bramą zamykany, w środku którego studnia dachem pokryta, częstokroć sama jedna kilka dworków poiła. Ogródek rozlegał się za dworkiem: w nim kilka lip starych, kilka grusz i jabłoni, pod których cieniem, ujrzałbyś jegomościa siedzącego na ławce z dobrym sąsiadem, i popijających razem Balbierzyskie piwko, sławne niegdyś na całe Wilno; a w kordyalnem wynurzeniu wzajemnych affektów, i w spokojnem zadowolnieniu ze swojego bytu i stanu, dyszkurujących poufale, a kończących dyskurs składaną sentencyą: „To pan zdaniem mojem!“ Mospanie! „Kto przestał na swojem!“ Mości Dobrodzieju! — i oba siwego pokręcali wąsa.
II
II.
Rodzina Dowiatów.
' drugiej połowie panowania Stanisława Augusta, rodzina szlachecka Dowiatów, mająca w rozległym natenczas Oszmiańskim powiecie, swoje dziedzictwo i ziemię nadaną jej, jak twierdziła, ante unionem jeszcze, przeniosła się prawie cała do Wilna; a tylko najmłodszy ze czterech braci został na ojcowiźnie. Najstarszy X. Ambroży, niegdyś za młodu sławny trybunalski mecenas, teraz Trynitarz, i Procurator Causarum klasztoru antokolskiego Fratrum de redemptione Captivorum, mieszkał w tymże klasztorze. Z kolei Pan Kazimierz Podczaszy Smoleński, sterilis w kilkodziesięcioletnim małżeństwie; po długich naradach z ukochaną swą połowicą, i z księdzem bratem Ambrożym, mającym tak ze starszeństwa, jako i ze stanu swego najważniejszą preponderencyę w konsyliach familijnych, dał valetę gospodarce, z rozmaitem powodzeniem na possessiach prowadzonej; a oddawszy kapitalik na prowizyę, kupił dworek na Antokolu, w którym się na resztę żywota swego, oboje Podczaszostwo zalokowało, wchodząc ochotnie w zwyczaje i obyczaje pobożnego i podeszłego jak oni sąsiedztwa. Pan Franciszek, trzeci z rodzeństwa, od młodości przykładem najstarszego, u którego się aplikował, ująwszy się trybunalskiej kratki, długo dependent, dłużej agent; nakoniec patron najjaśniejszej magistratury; bezżenny Skarbnik re et nomine, bo chodząc około interessów jednego z panów litewskich, wymówił sobie oprócz zwykłego honorarium; per modum gratyfikacyi stallum powiatowe. Jakoż pan Wojewoda przywióźł mu z Warszawy Skarbnikówstwo Oszmiańskie, munus i tytuł, wcale do natury pana Franciszka stosowne. Lubił on bowiem pieniążki, zbierał je skrzętnie, chował pilnie, wydawał jak najmniej; więc miał rzeczywiście piękny skarbek i na obligach i w szkatule, która dla bezpieczeństwa w klasztorze u księdza brata pod łóżkiem spoczywała. Kupił zaś sobie za kilkaset talarów dworek także na Antokolu, i w nim klientelę swą założył. Tym sposobem trzech braci znalazło się osiedlonych obok; a przy nich, i najmłodszy brat gospodarujący na wsi, ojciec jednego syna i kilku córeczek, pouczepiał starsze swoje dziatki: bo Podczaszyna wzięła do siebie Helusię ładną kilkanastoletnią jego córeczkę, którą jakby własną ukochała, a pan Skarbnik wziął pod swoją manudukcyę i do palestry sposobił syna ich pana Ludwika. Chłopak ten pięknemi przymiotami, obiecywał ozdobę zacnemu imieniowi Dowiatów; lecz pan Skarbnik nie upatrywał w nim, jak powiadał, ani potrzebnej aplikacyi co pracy, ani ochoty i animadwersyi do patrocynii.
III
III.
Pan Skarbnik jako Mecenas Trybunalski.
'an Franciszek Dowiat, któremu osobny jeszcze rozdział poświęcić musiemy, był w rzeczy samej jednym z pierwszych patronów w Litwie. Lecz potrzeba nam tu objaśnić wprzód i wytłómaczyć, charakterystykę tamtoczasowych, a nawet bliższego nam wieku prawników i prawniczych talentów; w jednostajnym zawodzie, rozmaitych wszakże, nie tak nauką prawa, bo statut i konstytucye wszyscy na pamięć umieli, jak raczej szczególnym usposobieniem i zdolnościami ku różnym odnogom prawnictwa i processów. Jak w wojennym rzemiośle, nie każdy wódz równie jest zdolnym do komendy wszelką bronią, ani równie biegłym w układaniu strategicznych planów, jako i w ich wykonaniu pod ogniem nieprzyjaciela; a takoż do głównego dowództwa, jako i do mniejszych potyczek; tak i w mnogiej liczbie palestry, otaczającej niegdyś wszelkie sądownicze juryzdykcye, nie każdy z ichmościów patronów był razem executivus i tęgi do planów. Były głowy i języki zdolne szczególniej do akcessoryjnych utarczek, jak kozaki do podjazdowej wojny. Dwadzieścia razy zaattakował on z różnych stron , odparł go do głównej rozprawy, zmęczył, zbił z planu, zmitrężył, i tak go zaplątał, że musiał się cofnąć koniecznie i odłożyć kampanię naprowadzoną na wątpliwą drogę: a nadto z urywkowych tych dekrecików, jak ze wstępnych potyczek, wygranych czy przegranych, wyrozumiał on praeter propter animusze sędziów, siłę adwersarza, i stosowne potem układał plany, lub wróżył ewenta. Inny mniej zręczny w takich obrotach ex promptu; do stateczniejszej procedury, do oczewistej rozprawy umiał długie sposobić indukty; które, jako niegdyś poważne znaki pancerne, przemożnie łamały nieprzyjaciela; a szeroko i umiejętnie rozwinionym szykiem dowodów, artykułami statutu jakby ciężkiemi działami po lukach wspartym, patrzyły go natarczywie. Byli znowu tacy, którym ściany izby sądowej, przygniatały jakby głowę i wątliły dowcip: taki, trzech tam zliczyć nie umiał. Ale za toż na polu otwartym, pod gołem niebem, usta mu się rozwiązywały, gieniusz się w nim ożywiał i rozpłomieniał!!! To natus plenipotent sądów granicznych i podkomorskich. On z dokumentem juris haereditatis et granicierum stanąwszy na polu, oprowadzał naokoło wzrok szeroki.... a zadartym nosem, przenikliwą źrenicą, i jakimś jasnowidzącym zmysłem, śledził i zda się wietrzył: flasze trójniaków w kopcach dawnych, wrraz z niemi w ziemię zapadłe, zaorane miedze, wyschłe wodociecze, i klejmy w rdzeniach stoletnich dębówr ukryte... słowem, tłómaczył i stosował stary i zbutwiały mantyk tak ściśle i doskonale, jak gdyby sam go przed wiekami pisał, a teraz zmartwychwstał jak Piotrowin, dla dania świadectwa prawdzie. Inni nakoniec szczególniejszym słynęli talentem, gdy Causam facti, przez inkwizycye i indagacye prowadzić trzeba było; i albo się obronić od zadawanej violencii, albo ją na przeciwnika wrzucić. Opinia publiczna, tak dalece te działy upowszechniała, tak one wszystkim wiadomemi były; że ktokolwiek z ważną sprawą i z możną szkatułą, przychodził do sądu; musiał stosownie do nich rozdzielać powód, czy obronę swoją, aby być pewnym, że interes z reguł prowadzonym będzie, i że nic się w nim contra gradum juris nie stanie.
Pan Franciszek samą swą postacią i obliczem, łatwoby dał odgadnąć, do jakiego działu jurystów należał, gdyby powszechnie nie wiedziano jego przymiotów. Miał on lat około pięćdziesięciu, lecz wiek nie czynił żadnej prawie różnicy, ani na jego postaci, ani na jego twarzy, w czwartym już krzyżyku tak zawiędłej, że piąty pomarszczyć jej nie mógł. Twarz tę z natury ściągłą i bladą, ospa poszczepała, i piegi pokropiły. Oczy szare, spuszczone zawsze ku ziemi i martwe na pozór, gdy się jedn ak podniosły, i stale na kogoś wlepiły, pochłaniały w sobie nie tylko wszystkie wyrazy, ale i wszystkie myśli napróżno za wyrazami kryć się usiłujące. Włosy nad brwiami równo jakby pod linię ostrzyżone, zakrywały mu czoło, a z tyłu głowy szerokim wachlarzem na kołnierz spadając, odróżniały pana Skarbnika, od starych, z mody już natenczas wychodzących łbów golonych, i młodych wchodzących w modę werżetów, a uzupełniały regularną swą składnością, postać sensata i statysty, za jakiego między kolegami uchodził, i jakim on był nie tylko z natury, lecz i z przekonania, że takim być powinien Mecenas trybunalski, i urzędnik ziemskie zasiadający stallum.. To też gdy w swojej cynamonowej, długiej po pięty, szeroko i ściśle fałdowanej u stanu taratatce, pasem pół-litym gładko po połowie rozgraniczony, z krwawą szpinką na szyi, z krwawemi dewizkami u pektoralika i krwawym herbowym na ręku pierścieniem, przesuwał się poważnym krokiem pan Skarbnik między szumną i zarozumiałą palestrą trybunalską, ustawały wnet żarciki i docinki, witające każdego, rozsuwała się młodzież, a starsi uprzejmą podawali mu rękę: bo chociaż go znali twardym skępcem, i zimnym a przebiegłym pedantem, nie mogli mu wszakże odmówić pewnego respektu, wymuszającego się zwykle w towarzystwie dla podobnych rygorystów. Od razu więc jakem to powiedział, poznać można było, że pan Franciszek mniej zdolny do akcessoryjnej urywkowej wojny, należał do działu znakomitszych mecenasów, ciężkie tylko i stałe podejmujących prace. Nie przyjmował nawet małych szlacheckich sprawek, na których czas marnując, małych też i oczekiwać mógł korzyści. Ale główne plenipotencye najpierwszych panów litewskich i ich stuletnie processa, kreował lub godził: bo częstokroć półarkuszowy na jednaniu dokumencik, obustronne przynosząc sufragia, ważniej się mu opłacił, niż volumina induhtów i replik. Mówiąc mało, słuchając cierpliwie, z powinną dla każdego reverencyą, z ręką lewą skromnie za pas założoną, a prawą do gestykulacyi także skromnej gotową; szepcąc tu i ówdzie po słówku, ale trafnie, ale ad rem i ad kominem, pan Skarbnik więcej sobie jednał zaufania, niżeli nieuważny krzykacz, tłumiący bardziej, niżeli przekonywający stronę i sędziów.
Praca i oszczędność, były natenczas godłem ludzi poświęcających się prawniczemu powołaniu: z tym podwójnym przymiotem dochodzili oni z czasem do znakomitego mienia, i do znakomitego znaczenia. Celował w obu tych przymiotach pan Skarbnik, a w drugim szczególniej był arcy-mistrzem, korzystającym z każdej zręczności przytrzymania grosza w kieszeni. I dla tego nie miał on własnej kuchni: izba przeciwkowa we dworkach zwykle na ten cel przeznaczona, u pana Skarbnika była kancelaryą, w której aplikanci, poczciwa hołota, karmiła się tylko nadzieją, że z pod ręki takiego mecenasa powychodzą na ludzi; do strawy zaś codziennej, nie mieli pretensyi nawet, gdy sam dostojny mecenas cudzą się posilał. We środy, piątki i soboty, aby się nie narazić przypadkiem na uchybienie trzeciemu przykazaniu kościelnemu, szedł pan Skarbnik nieodmiennie na obiady do klasztoru do xiędza brata; a za to modyfikował się w regalizacyi, często mu należnej za attentowanie interessów klasztornych. A gdy czasamiodezwał się ze skargą, na skępstwo Prokuratora causarum, to ten nieuważając na braterstwo, wręcz i bez cerem onii zamykał mu usta: „Oho! dość będzie Waspanu! Co tydzień zjadasz nasze szczupaki, nie licząc niedzielnej pieczeni, na którą z kościoła niby przypadkiem zachodzisz: porachowawszy się więc, jeszczebyś nam zdać resztę powinien. Do czego „to przyszło! Miły Boże! Dawniej palestrant za ośminę bobu prolixo sermone dwie godziny gadał corum judicio, a teraz Waspanom czy od bogatego, czy od ubogiego, a nawet od duchowieństwa, ostatni grosz radzibyście z kality wyciągnąć.” Pożywał cierpliwie ten duchowny obrok pan Franciszek, bo chciał zawsze pożywać i obiady, a prócz tego miał jeszcze inne powody respektowania starszego brata, o których niżej się dowiemy. Po przeniesieniu się pana Podczaszego do dworku, tam był jeszcze dlań talerz codzień gotowy na obiady i wieczerze; ale ńie koniecznie go potrzebował pan Skarbnik: liczni bowiem lityganci, których on processa kreował, przemieszkujący w Wilnie, częstowali go tem ochotniej, że skromny w napoju, wbrew powszechnemu na- tenczas jeszcze zwyczajowi, zaspokoiwszy głód, lekkim podpiwkiem gasił pragnienie, a wina nawet cudzego nie pijał. Nakoniec kilka dziedziczek sąsiednich dworków, babulek na dewocyi w mieście osiadłych, wywdzięczając się mu za opiekuństwo, protekcyę i porady, modliły się zań codziennie, i miały pilne staranie o małych wygódkach pana Skarbnika dobrodzieja, jako to: o wyśmienitej kawie zrana z wyborną śmietanką, o ziółeczkach i essencyach w niestrawności żołądka, i o wszelkich innych, w których troskliwość ich pożyteczną mu być mogła. Takim sposobem uwolniwszy się pan Franciszek od kłopotliwych zatrudnień względem swego wiktu i najgłówniejszych potrzeb, mógł cały czas swój poświęcać obowiązkom swego powołania.
IV
IV.
Aplikanty.
'koło długiego stołu w przeciwnej izbie pana Skarbnika, siedziało czterech młodych golców, w wyszarzanyeh kapotkach, i pisało pod dyktacyą jednego z nich najstarszego, jednostajne pozwy: „mieniąc oto“, zawołał on dobitniej: — A czy nie przyniosą nam dziś piwa i pirogów z makiem z klasztoru? — przerwał jeden rzucając pióro. Co myślicie, ciemno już — odpoezniem — a ja pobiegnę do szafarza i powiem, że pan Skarbnik prosi o dzban piwa i półkopy pirogów. Dziś środa: suszym jak Bóg przykazał, a Skarbnik suszy nas jeszcze gorzej nad piórem — dobrzeby się posilić! głodny jestem jak Kapucyn. — Patientia omnia vincit — rzekł dyktujący. Wasan chciałbyś nie popracowawszy od razu zostać mecenasem, choć jeszcze mleko pod nosem.
— A u wasana wąsy pod nosem, i zaraz posiwieją, a jeszcze pizus w kieszeni: nie widm czy pomoże i oracya którą skoncypowałeś, i napisałeś nad naszemi drzwiami. — Jak to nie pomoże? obaczysz jak się nam z niéj posypią talary. — Które wasan od nas w elbecwelba wygrasz, pociągnąwszy po swojemu — rzekł drugi chłopak kręcąc głową. — A gdybyśmy i zaprobowali, he? — odezwał się pan Rafał dyktujący, dobywając karty z kieszeni. — A jak nadejdzie insperate Skarbnik i wsunie się z cicha — wiesz z onegdajszego, jak on kosterstwa passyami nie cierpi, kiedy wasana chciał wypędzić. — A prawda — rzekł chowając nazad karty. — Nie da on nam próżnować, ręczę że wraz przyniesie świeczki, i każdemu pod nosem zatknie. — I nie da wieczerzy — odezwał się drugi; — jabym miał i wyśmienitą, ale daleka wędrówka do cioci. — Łatwiej wasanu — rzekł znowu najstarszy, — hodujesz się jak pączek w maśle, będąc na sumptcie cioci, i jakiejże jeszcze cioci! Panny matki Ś. — Michalskiej. Ot mnie biednemu chudeuszowi byłoby trudno; ale powiada Pismo: „Nie troszczcie się co będziecie jeść, albo co będziecie pić!“ Ja też żyję jak Alcyon nadpowietrzny, nie lubię i nie pilnuję jednego miejsca, ani jednej kuchni, i nie troszczę się co będę jeść, pić, a nawet czem się odziewać; a widzicie przecież żem nie głodny, ani chłodny; taka to łaska Pana Boga nade mną! — Widzim — odpowiedział kollega, widzim, że często koło waspana suto i butno, a często gołyś jak święty turecki. Gdzież ta delia popielicowa, w której onegdaj jak tuz żołędny nadymałeś się. — Zgadłeś bratuniu, zgadłeś nie chcący. Tuz żołędny dał, a tuz dzwonkowy kanalia zdjął. Zgadzam się z wolą Pana Boga!... wiosna co dzień bliższa, na co te futro? — Rozśmieli się wszyscy. — No co wasanu ta aplikacya? — odezwał się inny. Wasan szuler i śpiewak, nigdy jurystą nie będziesz. — A kto wasanu to wyprorokował? — przerwał zagniewany pan Rafał. — Otoż będę, a tymczasem nie mając ani ciotulek jak wasan, ani stryjenek jak nasz pan Ludwik, który teraz pewnie u swojej zajada przysmaki, muszę żyć z moich talentów. Bóg mi dał taką ochotę do wokału, że żadnym sposobem wytrzymać nie mogę, kiedy posłyszę jakie śpiewanie, i wnet mój dyszkant przyłączyć muszę do choru. Organista Dominikański zacny bardzo człek, i szlachcic co się nazywa; to nasz prymier i prewodytor; ma on całą kantyczkę pieśni światowych, bardzo pięknych; on dobiera głosy, a nad mój dyszkant nigdzie znaleść nie może. Więc i wyprawujemy się często pod ciemny wieczór, w sześciu albo siedmiu po ulicach: a kiedy hukniem pod oknami jakiego pana.
„Mości Xiąże co to masz za huzary?“
— A nie wrzeszcz na miłość Boga! — przerwali mu koledzy. Wszak my nie śpiewaki, nie dopomożem wasanu. — Prawda, wybaczajcie, zapomniałem, wszystko to moja ochota do wokału... Otoż jak hukniem tę lub ową pieśń, albo i nowoskoncypowaną na honor jakiego solenizanta, lub na powinszowanie jakiej narzeczonej parze; to i leci z góry drugiego czy trzeciego piątra, jak gwiazdeczka w pociemku, zapalony kawałek papieru, a w nim zawinięty już to najmniej kiedy talar, a czasami i złoto w ogniu się znajdzie... — Przy takich zdolnościach i związkach, czemu się woléj nie sposobisz na dłabidudę, pewny chleb przy chwale Bożej. — Tak! ale bo widzisz wasan, najprzód stan ten zgodny z moim talentem, ale nie z temperamentem; a potem, nie każdy wprawdzie organista plebejusz, ale nie każdy i szlachcic. Jest zawsze w tym jakaś mitręga, której ja na mój prawdziwy karmazyn nawlekać nie chcę, bo by mnie moja parentela, szeroko w okolicy Onoszkowszczyznie bodaj od króla Łokietka osadzona, przepędziła gdzie pieprz rośnie. A teraz czeka cała na moje wyświęcenie się na adwokata, i wnet rozpoczniemy proces graniczny, ze wszystkiemi sumiężnikami, a pół powiatu wyrugujem. — Długo jednakże czekać będą, bo z taką aplikaeyą jak wasana, nie łatwo dojdziesz do kratki. — Żartuj zdrów zacny kawalerze, piérwéj tam stanę jak wasan! Umiem ja robić moje intéressa; mam już testimonium przez wszyst- kich ichmościów mecenasów trybunalskich podpisane. Braknie mi tylko ręki pana Skarbnika, i dla tego moja dlan, jak widzicie, gratis od dwóch miesięcy pracuje, jako i każdemu z nich captando benovolentiam pracowała. Byle się więc tylko oporządzić trochę, ten przeklęty drużbart mię zgubił, byle się zdobyć na pasik i kuntusik; szabelki dostarczą bracia szlachta z Onoszkowszczyzny, natychmiast uprowidowany w instancye wysokich protektorów, staję u kratki subseliów prześwietnego województwa wileńskiego.... Wtem skrzypnęła fórtka od bramy i przerwała perorę przyszłego patrona; wszyscy chwycili za pióra, lecz je wnet założyli za uszy, na znak, że są gotowi do pracy, i czekają tylko na świece.
Pan Skarbnik wszedł do swojej izby na przeciwek, rozbudził śpiącego za piecem starego sługi, wygderał go za ospalstwo, kazał wykrzesić ognia i zapalić świćcę; a wżiąwszy jeszcze kilka świeczek w rękę, szedł do panów aplikantów, lecz w sieniach przed ich drzwiami zastanowił się, bo postrzegł przyklejony arkusz papieru z pismem jakimś. Dobył zatem z za nadry, przetarł i na nos włożył okulary, potem wodząc świecą za literami, rozczytywał powoli: „Hic... vivitur... z grosza — frustra... non dantur... labores... „Kto nie płaci za pracę... nie zna... bonos mores!... Przesylabizowawszy pokręcił głową, i wszedł do izby. Aplikanci milczeli. — A cóż to u waćpanów? silentium klasztorne! — Czekamy na świece — odezwał się któryś. — Otoż je i przynoszę — rzekł Skarbnik, zatykając przed każdym po jednej do mosiężnych lichtarzyków. — Proszę, dodał, diligenter przysiedzieć fałdów, bo jutro summo mane czterdzieście kopjów rozesłać potrzeba; woźni czekają... ale co to za ludibria wypisaliście waćpaństwo grandibus litteris na drzwiach swoich? — At zwyczajnie Mości Dobrodzieju, to żarcik aplikantski, z którego gdyby jaki talarek i wpadł w naszą pustą kieszeń, byłoby przynajmniej za co kupić zraz pieczeni. — Waćpaństwo tylko o brzuchu myślicie. „Pinguis venter, non studet libenter!“ — A łatwiej Jegomościowi Dobrodziejowi perorować sententie, — odrzekł pan Rafał — po wybornym jako we środę stokfiszu, po szczupaku w szafranie, i po zawiesistych klockach w oliwie pływających; ale nam biednym po śledziach i krupniku... — A zkąd waćpan wiesz o moim obiedzie? — Oj, Mości Dobrodzieju, gdyby nie klocki, których i mnie się dostało, dalipan pióra w ręku utrzymaćbym nie mógł: ale jakoś człowiek ma wszędzie przyjaciół. — A najwięcej jak uważam, w kuchniach klasztornych — rozumiem. — Jednakże mimo tych pożytków a latere, głodny jestem i ja, i moi koledzy. Dla tego chciej Jegomość Dobrodziej, uraczyć nas po onegdajszemu, piwem i pirogami z klasztoru; ja sam ofiaruję moją fatygę, byle za assygnacyą pafiską. — No, no, proszę się nieodrywać od pióra, a poszlę Macieja po suchary i piwo. — Vivat noster mecenas! — wykrzyknął pan Rafał, i zaczął znowu swoje: „Mieniąc oto.“
— Ale gdzież pan Ludwik? — zapytał znowm Skarbnik, zajrzawszy za przepierzenie, gdzie była kwatera synowca i nie widząc go tam przy stoliku. — Poszedł zapewne na wieczerzę do stryjenki swojej i jeszcze nie wrócił. — O! ten ptaszek nie dostanie defektu z sedenterii, — rzekł Skarbnik, kręcąc głową i wchodząc za przepierzenie. Musiał jednak, mruczał sobie, napisać manifest, do którego w sprawie rodziców jego, a zatem tak dobrze jak jego własnej, zostawiłem należytą informacyę... A! grezmoli tu cóś przecie... obaczemy... Coram actis.... Aha — Coram actis... do cudnej Elżuni... Co u licha? czy sfixował się.... Ciekawiej zatem biorąc się do czytania, rozmaicie glozowanego arkusza, przetarł na nowo okulary i syllabizował.
Do cudnej Elżuni, Starościańki Kapinowskiej. „Oczy twe — nie są oczy ale słońce właśnie „Świecące — w których blasku każdy ogień gaśnie!
„Usta twe — nie są, usta — lecz koral rumiany, „Którego farbą zmysł nasz zostaje związany! „Piersi twe — nie są piersi — lecz niebo surowe, „Których kształt, wolę naszę zabiera w okowę. „Tak oczy, usta, piersi, rozumem i wolą: „Blaskiem, farbą i kształtem — serce me niewolą.“
— No! niema co powiedzieć, symetrycznie wszystko przebrał.... Manifest regularny... Coram actis panny Starościanki zanoszący się... — W czas konkury, kiedy proces na stole trybunalskim. Kara Boska! usadzili się na krew naszą. Ojciec, a raczej mamunia pani Starościna Dobrodzika chce zabrać zaścianek, a córka samego dziedzica!.. Otóż to dla czego niema panicz ochoty do patrocynii... amory mu w głowie... a niechby się zresztą i żenił... wilkiem nie orać... ultimis Mai: lat dwadzieścia cztery podobno kończy. Jeżeli jest wzajemna sympatya.... Taki przerywany prowadząc monolog, gmerał bez ustanku Skarbnik w papierach synowca, i na każdym prawie szpargale znajdodował to cyfry Elżuni, to dwa serca strzałą przebite z podpisem:
„Serce moje i twoje — „Złącz Boże oboje —
To dwie ręce ściśnięte w parolu z podpisem:
„Parol dany „Bez odmiany.“
to jakieś pozawijane kwiatki zeschłe, wstążeczki. — Pomedytowawszy nad każdą rzeczą, kręcił głową, kładł każdą na swojem miejscu, i dalszą kontynuował kwerendę. Odsunął nakoniec szufladkę z pod lusterka i napadł na bilecik szpilką, zamiast pieczątki zaszpilony i zapisany! (Do rąk Wielmożnej Dulskiej Stolnikowej, cioci Bobrodziki). — A to co znowu? — rzekł. — Co tu robi listek do mojej klientki?.... Ciocia! czyjaż ona ciocia? a tak jest — tak! Starościnę i Stolnikowę rodzą dwie siostry Kościeleckie z Korony; a więc pani Dulska jest ciocią progeniturze Starosty.... Seguitur sine dubio, że w tym bilecie jest arcanum spei mojego pana synowca. Przewracał Skarbnik bilet w ręku, jakby się lękając ukłócia szpilki. Z uczciwego względu szanowania cudzych listów, namyślał się czy ma go czytać.... ho! ho! jaka pieczęć! szeptał znowu sąm do siebie, bo ten nałóg djalogowania z sobą, a nawet stosownej przy niem gestykulacyi, wraził mu się i został, od planowanych w samotności ważnych a wątpliwych indyktów i replik. Ani Niesiecki, ani Kuropatnicki, o takim herbie nie wspo minają.... Starosta pieczętuje się Rawiczem, Panna na Niedźwiedziu, i przystoi inter nos loąuendo nieborakowi, którego żona za nos wodzi, taki herbowny klejnot... Ale zresztę cóż mam robić? powinienem strzedz jakby źrenicę w oku powierzonego mnie chłopca — odszpilił więc bilet i czytał z cicha. „Nie uwierzysz kochana ciociu, jakeś nas zmartwiła uwiadomieniem, że nas odwiedzić nie możesz; tak wiele miałam do pomówienia i do poradzenia się z ciocią“... Poradzenia się — przekasowała, i znowu napisała... to już i wiemy co się święci... a do tego rozpytam się u Stolnikowej: „Miałaś ciocia Dobrodzika zabrać z sobą, i przywieść tu, Helusię Dowiatównę, a tak bardzobym wesoło ten czas przepędziła. Rodzice moi rozpoczęli jakiś proceder z państwami Dowiatami: nie bywają teraz u siebie, i w kościele nawet nie witają się, i z ukosa na siebie poglądają. To obraza Boska ciociu Dobrodziko, bardzo mnie to martwi; niech ciocia perswaduje panu Skarbnikowi Dowiatowi, aby się starał pogodzić tę kłótnię. On mądry człowiek, to wynajdzie na to jakiś sposób“... Dziękuję Pannie Starościance Dobrodzice za tę o mnie opinię. „Mama osobno pisze do cioci, a ja osobno.“ Rozumiem — to jest mama o tym listku nie wie. „A choć się gniewam na ciocię, jednak upiekłam sama, i oddałam mamie dla przesłania cioci, babkę do kawy, i proszę w zdrowiu jeść, i zaprosić na nią moją kochanę Helusię i całą jej familię“... Jednakowoż mnie nie prosili — a pan Ludwik pewnie babkę konsumował. „Rączki cioci Dobrodziki całuję“
NB. „Proszę cioci pomodlić się w piątek u Pana Jezusa Antokolskiego, na moję intencyę.“ Intencya zdaje mi się zrozumiana i przykładna!!! Abyś Panom Chrześcijańskim pokój i zgodę dać raczył! Uśmiechając się Skarbnik, zaszpilił bilet i włożył do szufladki; potem zdjąwszy z nosa i przecierając okulary, mruczał któż wie? Może taka wola Pana Boga — trzeba wziąść panicza na konfessatę... Spojrzał na zegarek, mam jeszcze porę — poradźmy się w tym, a razem i w drugiej okoliczności księdza brata.... A więc lisim kro- kiem aby nie przerywać piszącym, szedł pan Skarbnik przez pierwszą izbę. Postrzegłszy wymykającego się, dyktujący pan Rafał, i lękając się aby nie zapomniał obietnicy, krzyknął jakby w kontynuacyi pozwu: „w prośbach ante omnia! komportacyi in instanti sub poenis personali infamiae pół kopy pirogów i dzban piwa, soleniter przyrzeczonych.“ Skarbnik stanął, uśmiechnął się, i ręką dał znak zgody.
V
V.
Ksiądz Ambroży.
Nałóg i Sumienie.
'egoż samego wieczora szedł pan Skarbnik przez ciemne kurytarze antokolskiego klasztoru, a przed nim Maciej z latarką w jednéj ręce, a z cynowym dzbanem w drugiej. Doszedłszy do celi brata, wziął latarkę, odprawił Macieja po piwo i po pirogi do szafarza, a sam zapukał do drzwi. — Ingrede! odezwał się głos nosowy wewnątrz. Wszedł zatém pan Franciszek do celi ks. Ambrożego. — Salve! — rzekł ten składając szybko i usuwając od siebie wielką księgę którą czytał, a również szybko otwierając brewiarz i kładąc go przed sobą. — Pan Skarbnik poznał Statut, lecz jakby tego nie dostrzegł, skrapiał się tymczasem pobożnie wodą święconą, z kropielniczki cynowej u drzwi zawieszonej. — Czemuż tak późno? — zapytał zakłopotany nieco ks. Ambroży. — Ósma praecise — odpowiedział Skarbnik, wskazując na własny braterski zegar ścienny. — Niechaj sobie, ale zawsze quid vis? bobyś bez interesu tak późno się nie włóczył; może nowy suplement do szkatuły swoiéj przynosisz? — Nie, Mości Dobrodzieju, coraz to trudniej o te suplementa. Przychodzę jak zwyczajnie zasięgnąć mądrej rady brata dobrodzieja.
— Byle nie w processach! bo z temi fara z mojéj celi.... już mi nieraz waćpan napędziłeś grzechu i pokuty, wyzywając na jurystowskie porady, i kusząc dawnym nałogiem. Oznajmuję nawet waćpanu, że prokuratorstwa mego zrzekam się, i myślę udać się na peregrynacyę ad terram infidelium, dla wykupna podług naszéj reguły chrześcijan z niewoli pogańskiéj.... Jedna tu jeszcze tylko sprawka mała klasztoru naszego, o plac nad Wilją.... Ale wyrzekam się i téj.... wyrzekam się! O Chryste Jezu! — rzekł wznosząc oczy, ku figurze Ukrzyżowanego nad łóżkiém rozpiętéj, daj siły i stałość ku wytrwaniu w dobrém, na większą chwałę Twoją, a na zmazanie grzechów moich. — W tém chwilowém uniesieniu, postać i oblicze ks. Ambrożego wyraziściéj się objawiły, i przy bladém ognisku świécy, zaledwo rozsuwającém pociemek celi, wysoki i wyschły mnich, białym habitem obleczony, z krwawym krzyżem na piersiach, ze wzrokiem gorejącym pod wysokiem, nagiém, a chmurném czołém, z twarzą pargaminową, a jednak w swojéj całości znakomitą, i upartéj a wiekiem nie złamanéj energji, noszącą piętno: łatwoby zastanowił każdego, ktoby nań w téj chwili spójrzał. Lecz stojący naprzeciw w zimnym kontraście jurysta, znał i nieraz był świadkiem, tych uniesień brata, i wiedział, że burza nagła nagle i przechodzi; a lubo często się ponawia, w przerwach jednak zapomniana, nie powściąga odzywającego się również często i łatwo, pochopu do prawnictwa za młodu wen wkorzenionego. Dla tego zapytał niespodzianie. — Jak brat dobrodziéj rozumie dawność ziemską względem obligów? — Co to za pytanie aplikantskie? — Ja też Mości Dobrodzieju, — odpowiadał pokornie pan Skarbnik — uważam siebie aplikantem brata, i weneruję go nie tylko jako starszego wiekiem i powagą stanu, ale jako wyższego bez komparacyi, w nauce praw naszych, i mojego dawnego mecenasa.... — Mirabilia prawisz panie Franciszku! — przerwał ksiądz — przestań! dość waćpan jesteś peritus i perfectus, w swojém rzemiośle, a bodaj discipulus supra magistrum. Co do twojego, nie wiem dla czego zadanego mnie pytania, bo zapewna nie bez celu, to dotąd chwała Bogu rzadkie u nas przykłady, aby prowadzono kontrawersye o obligi, gdy podpis nie wyparty, gdy dług lub pożyczka jest rzeczywistą. Poczciwość i rzetelność od form prawnych nie za- leży; a chociaż jak wiesz dobrze, liczne konstytucye opisują walutę i termina oblaty obligów: ale któż na nie patrzy? Pożyczka na kalendarzu zapisana tak bywała u ojców naszych święta, jakby najwarowniejszym zapisem umocowana. A zatém krótko mówiąc, kto zaprzecza, choćby najdawniejszemu obligowi, nie tylko własnemu, ale choćby i przodka swojego, powodem dawności, czy jakim innym wykrętem, kręciel jest mospanie, i kwita. Mniemam, że takiej sprawy nie podjąłeś się bronić. — Owszem przeciwnie — i cieszy mnie zdanie brata dobrodzieja, bo mam właśnie konwinkować za dług na który karta przed półtorastą z górą laty wydana, dotąd sine ullo fructu leżała. — Przed półtorastą laty; od kogo i komu!-zapytał porywczo mnich. — Od Korsaka, quondam fundatora XX. Karmelitów Głębockich, niejakiej pannie Maryannie Sulistrowskiej, a zapisanemi na funkcyą dobrami ewinkowanéj. Qui possit bona, possit et opera, to wiadomo. — A czyż ta panna Maryanna Sulistrowska żyje matuzalowe lata, i teraz swoje kapitały zbierać postanowiła? — Nie, Reverendissime! ale właścicielem per viam haeredidatis tego obligu jest dziś JW. Aloizy Sulistrowski Pisarz Wielki W. X. Lit. dziedzic Szemetowszczyzny et alias. Policzywszy zatém procenta i rekambia, wygramy na Karmelitach około miljona: a od każdego tysiąca czerwonych złotych, dekretem trybunalskim, zrealizować się mających, mam sobie zaręczonych inter nos loquendo, takichże sto. W miarę słów Skarbnika, twarz księdza się czerwieniła. Milczał jeszcze chwil kilka, choć tamten przestał mówić, i odpowiedzi zdawał się oczekiwać. Nakoniec wybuchnął: — Przegrasz! — zawołał z zapałem — przegrasz! i powinieneś przegrać! albo przez całe życie przeklinać będziesz twoje od tysiąca sto dukatów. Kapturem głowę nakryjesz, pokutować będziesz, abyś na Sądzie Ostatecznym, duszy twojej w kontrawersyach z djabłem nie przegrał!... a ze zbiorów twoich tertius haeres non gaudebit. — Nie rozumiem Jegomości Dobrodzieja. Tylko co mi dowodziłeś, że naprzeciw żadnemu długowi choćby przodków, dawnością bronić się uczciwość nie dozwala; a teraz w takiejże saméj sprawie, wróżysz mi przegranę, nie tylko w Trybunale Litewskim, ale jeszcze i w trybunale mającym się kiedyś odbyć post fata. Inter nos loquendo powtarzam, że nie rozumiem brata dobrodzieja.... — Posłuchaj mnie panie Franciszku — rzekł uspokojony nieco ksiądz, — a poznasz, że nie darmo grożę ci przegraną, zwłaszcza w tym ostatnim trybunale. Przypomnij sobie, jakeście się dziwili mojej nagłej imprezie, wstąpienia do zakonu. Aplikowałeś się waċpan, a raczej byłeś już dependentem przy mnie, i sam mię prosiłeś, abym został czém byłem, to jest czém waćpan teraz jestes: mecenasem trybunalskim i plenipotentem najpierwszych naszych dygnitarzy i magnatów. Ale ani tobie, ani komukolwiek nie dałem się namówić, bo był głos inny tu (pokazał na serce), który mię gwałtem w kaptur ciągnął; a głos ten ustawnie mi nad uchem szeptał: zgrzeszyłeś! zgrzeszyłeś! pokutuj! pokutuj!.... Nie było rady, sam to znałem, że zgrzeszyłem. Jedna minuta, jedna zła rada, i zgryzota gorzka, i pokuta na całe życie!... Oj! panie Franciszku strzeż się! strzeż! na slizkiej jesteś drodze. — Alez proszę brata dobrodzieja o jaśniejszą przestrogę. Czego mam się strzedz? jaka to chwila i rada tak fatalną była dla brata? — Ksiądz chodził szerokiem krokiem i w milczeniu po celi. — Czy waść spowiednik? — odezwał się nakoniec. — Jam nie spowiednik, prawda, i nie mam prawa do tajemnic brata, i nie teolog; ale przecież osądzić mogę, że brat nie będziesz wolny na sumieniu, jeżeli nieostrzeżesz mnie jako bliźniego choćby, a tém bardziej swego rodzonego, o grzechu, jak wnosić mogę cięż kim, za który sam pokutujesz, a w który mi, zakrywając przepaść, wpaść dozwalasz. To materya gravis Mości Dobrodzieju, inter nos loquendo. — Słowa te zdawały się robić niejakie wrażenie na księdzu; bo często przenikliwe oczy zwracał na brata i wzdychał głęboko... a tak wzruszony, przemierzywszy jeszcze w milczeniu razy kilkanaście celę, stanął i rzekł znowu. — Ale przegrasz panie Franciszku! przegrasz, powtarzam! i narazisz na szwank swoją reputacyę. Bo najprzód pewny jestem, że oblig niéma prawnéj waluty, stosownej do konstytucyi, tysiąc.... — Zapomniałeś Reverendissime coś dopieruteńko w tej materyi powiedział, — przerwał Skarbnik. — Oblig jest zwyczajny, na blankiecie zapisany, we śrzedzinie pierwszy pieczętarz totum tenorem rei wypisał, dalsi tylko wzmiankę a kilką latami od fundacyi Karmelitańskiej dawniejszy. — Nic to nie dowodzi, bo za cóżby pobożny fundator poświęcał na chwałę Bożą dobra onerowane? Dla czegożby właścicielka kapitału, żyjąca zapewna jeszcze, lub jéj sukcessorowie, przy samém przejściu dóbr Korsakowskich do Karmelitów nie manifestowali się przynajmniéj, lub później przez lat tyle milczeli? Dla czego? powiedziałbym, Najjaśniejszy Trybunale, a tu w zapomnieniu się kaptur z głowy na plecy odrzucił, dla czego JW. Sulistrowski nie dedukuje swojej procedeneyi od tejże Maryanny Sulistrowskiej, i nie udowodnia jakim sposobem ma jus ad rem której dochodzi? Od tak dalekiej daty, ileż to konflagrat w kraju naszym poniszczyło archiwów publicznych, a tém bardziej privatorum? Któż zaręczy, że licznie rozrodzona, a wielce szlachetna familja Korsaków, takowym nie uległa?... a w nich, że się nie potraciły dowody opłaty, lub układów jakichkolwiek eliberujących ich fortunę? Jakiz lumen w takich wątpliwościach oświeci ciebie Najjaśniejszy Trybunale? Jakąż racyą? jakim argumentem justifikować będziecie wasz wyrok sędziowie, mający ująć chleb sługom Bożym a salvę duszy Korsaka w czyscu będącej?... Skarbnik pokręcił głową, poczuł bowiem, że ta racya ostatnia, trafiłaby sędziom w codzienne za dusze zmarłe modlitewki, a zatém najtrudniejszą byłaby do zwalczenia. — To sędziowie, mówił bez zastanowienia się orator, to z waszém własném zbawieniem sprawa! Tu na potępienie własnej waszéj duszy napisać możecie dekret. Oto przed wami na stole waszym sądowym, w oczy wasze, woła na was, sam niesłusznie osądzony Chrystus: O Judices! judicium vestrum judicavero!. Skarbnik dopiął czego żądał i oczekiwał: ksiądz mu rozświecił interes z najważniejszego punktu widzenia go, przerwał więc: — ale Reverendissime na co ta replika, kiedy produktu jeszcze nie ma. Odbędzie ją i plenipotent Karmelitów w swojém miejscu i czasie. — Postrzegł się ksiądz Ambroży; odstąpił nagle od stolika, przy którym jak przy trybunalskich kratkach perorował, narzucił kaptur na głowę, i jakby z podziwienia żegnając się, rzekł: „Deus adjutor meus!“ tak, tak, po co mi ta replika? a choć rzeczy słusznej dowodziłem, ale dla czegoż po adwokacku? Oh bieda moja! bieda! Idź waćpan precz! Waćpan mnie zawsze na tę nieszczęśliwą procedurę naprowadzisz! Wasan jesteś tentator!... z wasana łaski ja codzień odnawiając vota moje, codzień staję się relapsem!!! Wasan, wasan za to odpowiesz Panu Bogu, — mówił żywo i dotkliwie ksiądz. — Ale bracie dobrodzieju, któż cię na te indukta nawodzi? Jeżeli szukam rady w experiencyi i mądrości brata dobrodzieja, zdaje mi się, że to nie jest grzechem. A właśnie chcąc grzechu uniknąć, prosiłem i proszę brata, abyś mię oświecił iz tej slizkiéj drogi, o którejś namienił, sprowadził.... bo ja jéj nie widzę. Cóż należy do sumnienia mego, zła czy dobra sprawa pana Sulistrowskiego? Instancya jéj na sumnieniu aktora. Ewent na sumnieniu sędziów: a patron broni każdéj. — Chodził znowu zamyślony ksiądz po celi; kilka razy stawał przed bratem, jakby miał coś powiedzieć, i znowu zmieniał zdanie. Wewnętrzna sprzeczka miotała nim.... nakoniec zdeterminował się, usiadł na jednym stołku: — usiądz, — rzekł podsuwając drugi bratu — i posłuchaj krótkiej, ale najważniejszej życia mego historyi. Byłem, jak to wiesz dobrze, plenipotentem wielu panów litewskich; z jednym z nich odbywając peregrynacye po różnych stronach Litwy, zajechaliśmy w Słonimskie i trafiliśmy na fest do Żyrowic. Obraz tam słynący szczególniejszemi łaskami Matki Boskiej; assysystowaliśmy więc nabożeństwu. Przy mszach śpiewają tam pieśń o cudach téj przeczystej Dziewicy. — Ja umiem tę pieśń i mówię ją często na chwałę Bożą rzekł Skarbnik. — No, to wiesz, że tam jest taki rym:
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Dworki na Antokolu.
