Front matter
WYKLĘTY.
CZĘŚĆ PIERWSZA
•
Część pierwsza
A.
I
I.
„om pusty, żona wdowa, a dzieci sieroty!“ Oto definicya z dawnych praw naszych w przysłowie zamieniona, na oznaczenie kary tak nazwanéj bannicyi, wywołania, padającéj na tego, który pozwany do sądu nie stawał na terminie: Contumax na bannicyę! wykrzyknął natenczas woźny, po trzykrotném zawołaniu niestawającego, i obecni z uśmiechem powtarzali: „Dom pusty, żona wdowa a dzieci sieroty!“ z uśmiechem, bo w ostatnich czasach prawnictwa naszego, straszne te wyrazy stały się już tylko formą, kilkudziesięcią złotemi okupowaną. Była jednakże kara inna jeszcze i w epoce téj mojéj powieści, sprawdzająca na uderzonym nią fatalne to przysłowie: karą tą była klątwa kościelna. Minęły już wprawdzie natenczas wieki, gdy piorun z Watykanu strącał monarchów zachodniéj Europy z tronów, lub z czoła ich korony, ale niższe duchowieństwo odważało się jeszcze u nas grozić, a niekiedy i użyć nawet téj śmiertelnéj broni: już to naprzeciw nadużyciom i zapędom zuchwałego możnowładztwa, już to naprzeciw rozhukanemu domowemi swarami żołdactwu, nawykłemu oddawna w czasach rozruchów, bogate dobra duchowne uważać za łup i strawę swą zwyczajną, już to nakoniec przeciw szczególnym i pokątnym, że tak powiem hajdamakom, których żadnym innym uchodzić nie można było, a których właśnie namnożyło się w kraju naszym, zewnątrz ściśnionym, wewnątrz rozprzęgłym. Ostatnie roztargnienie węzłów, jednoczących dotąd naród w sforne i uległe prawom towarzystwo, nastąpiło u nas po dwukrotném a pięćdziesięcią tylko laty rozdzieloném, najściu Szwedów. Za każdém, naród rozdzielał się na liczne partye i kupy i zgraje, garnące się około potężniejszych możnowładzców, któremi bojaźń, lub interes osobisty kierowały, i którzy podług takich względów, od Kazimierza do Gustawa, od Augusta do Karola koleją, a bezkarnie, przechodzili i nazad wracali. Były to jakby komety błędne, za któremi długie ogony z różnobarwnéj tłuszczy złożone, plądrowały zbrojne po kraju, pustosząc go częstokroć gorzéj od cudzoziemca: z tą różnicą między naczelnikami i stronnikami, że gdy piérwsi jedne z dwóch tylko mieli hasło: „Za Sasem!“ — „Za Szwedem!“ tłuszcza za niemi idąca, tyle wykrzykiwała imion, ile ich w kraju znakomitszych było — „Za Radziwiłłem!“ „Za Sapiehą!“ „Za Ogińskim!“ „Za Pacem!“ „Za Wiszniowieckim!“ etc. najczęściéj bez względu na ich polityczne widoki, a zawsze bez względu na interes własnéj ziemi. Nadto jeszcze, stłumione gorliwością katolicką piérwszego Wazy i Jezuitów, różnowierstwo, znalazłszy opiekę i wsparcie w Gustawie Adolfie, a potém w Karolu, podniosło głowę, dając nowy powód do wzajemnych a jątrzących zwykle głębiéj nad wszystkie inne, religijnych nienawiści i odwetów. I ztąd to powstało w kraju naszym hajdamactwo i nazwa hajdamaków, tatarskiego brzmienia i znaczenia, wprzód ukraińskim rozbójnikom nadana, a potém służąca przydomkiem i przyswojona wszystkim zuchom, u których swoja wola była prawem, humor swarliwy i nieuległy codziennym obyczajem, a zuchwałe najazdy, bójki, pojedynki i napaście nałogiem...... A lubo po upadku europejskiego arcyhajdamaki Karola XII, (boć mu ze wszelkich względów ten tytuł przystoi) Polska nienapastowana od nikogo, pod panowaniem Sasów długiéj używała spokojności, wszakże rozpierzchnione na pojedyńcze individua obozowe mrówiska, zapleniły po wszystkich kątach kraju ludzi, którzy wracając na domową grzędę, junackiéj nie porzucali fantazyi, i zostawali wojewódzkimi, powiatowymi, a nawet parafialnymi hajdamakami. Tych ostatnich było bodaj najwięcéj, a gdy imiona i zuchwałe czyny pierwszych, weszły w dzieje narodowe, to opisów lub skarg na drugich, pełne są tamtoczasowe akta grodzkie każdego powiatu, i domowe pamiętniki, owe grube, rękopisowe, w skórę oprawne in folia, które w domach równie pańskich, jako i szlacheckich, pokolenia pokoleniom podawały, dla wpisywania w nie „Na chwałę Boską, a na pamiątkę i naukę dobrym ludziom“ wszystkiego co się w kraju działo, działało lub doświadczało. Junakierya taka, wprawdzie coraz modyfikująca się, trwała aż do połowy prawie panowania Stanisława Augusta; lecz odtąd rozmiękczony naród, stracił swą twardość i hardość. Po starzejących się hajdamakach, następowali fraczkowe niewieściuchy, ni do tańca, ni do różańca! a tém bardziéj do korda.... i Kościół więc swojéj zaniechał broni, do użycia któréj w gnuśniejącym narodzie nie zdarzały się już powody, i która, gdy karność i cześć dla religji razem nikły, szyderstwo jużby mu tylko i poniewierkę, zamiast ulgi i zwycięztwa przyniosła. Epizod zatém, na rzeczywistém podaniu oparty, z życia jednego z takich hajdamaków, opisać tu postanowiłem. Ab uno disce omnes!wszyscy oni należą do składu ruchliwych obrazów tamtoczasowego towarzystwa, owszem są jakby wydatniejsze herbowne płaskorzeźby na starych i rujnujących się zamczyskach; wszystkie zapędy i swawole mniéj więcéj podobne i jednostajne, krnąbrne i nieuległe prawu pospolitemu, korzyły się tylko przed ołtarzem, i hamowały się jedyném natenczas wędzidłem, to jest uczuciem religijném, w głębi serc najburzliwszych jeszcze wtedy panującém. Ostatnią główną kwaterą Karola XII w Litwie było miasteczko Radoszkowicze, każdemu przejeżdżającemu z Mińska do Wilna dobrze znajome. Ztąd właśnie pobrnął on w głąb Rossyi, i doszedł fatalnego miejsca swéj klęski Półtawy. Liczne zatém zagony Szwedów, széroko od Radoszkowicz w kraj się zapuszczały, szukając żywności i furażów, tém trudniejszych w kraju domową wojną zniszczonym. Dla tego też w okolicach, nawet o mil kilkanaście od tego miasteczka odległych, szczególniéj zaś około nurtów Wilji, lub rzek do niéj wpadających, znajdziesz to w domowych papierach, to w podaniach, to w nazwiskach dróg i uroczysk, ślady szwedzkich odwiedzin, niezapomnianych dotąd między ludem, jak wszelkie głęboko dojmujące klęski, z przeznaczenia Bożego utrapiające narody. W rękopismie współczesnym, który mam przed sobą, czytam: „Anno 1708 król szwedzki tu w województwo Mińskie, za Księciem Mężykowem przyszedłszy, stanął w Radoszkowiczach, i wrzekomo obrońca nasz, a jednak kościoły, dwory, miasta i wsie rabował, i wszystko funditus zabierał przez niemały czas, i ledwo od nas 14 junji do Moskwy wyszedł. Po nim Löwenhaupt 5 Augusta do nas przyszedł, stał niedziel pięć, i ten rabował słusznie nikomu nie folgując“ widoczniejsze więc jeszcze, choć dziś zapomniane zostawił natenczas po sobie ślady najezdnik — to jest nędzę, ruiny, popieliska.
II
II.
w tym to czasie, gdy już wieści o Szwedach, jak echa dalekich gromów po przejściu burzy, słyszeć się tylko dawały: kilkudziesięciu jezdzców, rozbijając gęstą mgłę wilgotnego sierpniowego poranku, wysunęło się nagle na brzeg Wilji, do którego żadna tu z niskąd nie przychodziła droga, i śmiało za przewodniczącym na czele wodzem, znającym jak widać było rzekę i przystępniejsze jéj brody, rzuciło się w wodę; jakoż konie wszędzie dna dostając, ledwo się po tebenki zamaczały, i przebrnąwszy rzekę a rzeźwo się otrząsłszy, wesoło parsknęły na drugiéj stronie. Jezdcy sami różnobarwną nader i rozmaitą składali gromadę: uzbrojeni wszyscy, a jednak nie żołnierze, bo każdy podług fantazyi widać, czy możności, miał na sobie ubiór i rynsztunek. Ten w kontuszu wytartym, ten w kapocie, tamten w płaszczu jakimś osmolonym, a inny w łosim kaftanie; ten w magierce, ten w kapuzie, ten w baranim kołpaku, i tym podobnie.
Broń też była wcale nie do kalibru: u jednego długi muszkiet po myśliwsku na plecach, a za pasem; u innego dzida kozacka lub széroki berdysz w ręku, a pistolet na pokrowcu; u wszystkich jednak, jednostajniejszych form i wymiarów szable u boku. U każdego zresztą wąs zawiesisty, jednym aż za uszy się zakręcał, drugim strzępił się pod nosem jak kolce u jeża, innym aż na pierś spływał niedbale, srożąc raczéj niż zdobiąc twarze, wszystkie tęgie, i zuchwałe. Między tą tłuszczą wyróżniał się wszakże jeden, nie tak porządniejszą powierzchownością, jako tém, że niosł tuż za wodzem chorągiew tego hufca, a raczéj chorągiew wodza, to jest szmat czerwonéj kitajki na długim drzewcu uczepiony, i złotym herbem Pruss naszyty, a ztąd wrzekomo nabierając powagi, wiertkiemi ruchami i szumną gadatliwością, robił sobie rum między towarzyszami, wymuszając gwałtem dla się konsyderacyę, któréj oni uznawać nie chcąc, śmiechem zwykle jego komendę zbywali. Bo też i w rzeczy saméj w ustach jego żartem się ona być zdawała, stosowniejszym do jego postaci, niż przybrana surowość i pycha. Nie gniewał się wszakże za tę niby poniewierkę, owszem gdy się rozdobruchał i zapomniał o swéj chorągiewnéj dostojności, wesołym i rubasznym humorem, a krotofilnemi dykteryjkami, i wodza i wojsko rozśmieszał. Niski, krępy i nieco pękaty szlachcic, w granatowéj bekieszce, niegdyś sinym karogańskim barankiem, teraz irchą odeń pozostałą obszytéj; okrągłych i rumianych policzków, do dwóch połowin czérwonych jabłek podobnych, z wąsem podsiwiałym, i jak dwa sute pędzle na usta zwisłym, z niską a rogatą magierką na bakier na ogolonéj głowie przysiadłą, pan Jan Sebastyan Suroż, od swéj nigdy niezmienianéj szaty, szlachcic Bekieszko przezwany, siedział na siwym stępaku, którego do innego kroku z trudnością mógł zmusić. Długi i széroki miecz, niestosowny na pozor do jego figury, ale którym w potrzebie zręcznie i silnie władać umiał, wisiał mu u boku i był mu całym orężem, a z olster u siodła, dwie butelki, jak kukułki z cudzego gniazda, nieśmiałe wymykały szyjki. Wódz tylko téj rzeszy przystojniejszą miał powierzchowność; owszem jego ubior i uzbrojenie, wyższego w nim i możniejszego stopnia i stanu dowodziły: bo chociaż kuntusz karmazynowy mógł być dowodem długotrwałości i mocy tamtoczasowéj angielskiéj sajety, wszakże karbunkuł gorejący w szpince u szyi, pałasz i bogate w srébro oprawne, ostroga nawet srébrna, i dzielniejszy koń od innych, a drugi powodny u masztalerza, wszystko to odróżniało go wyraziście od rzeszy brnącéj za nim, a uległéj jego rotmistrzowskiéj władzy, któréj buzdygan stalowy w ręku jego, był razem dowodem i godłem. „Dźwęk!“ krzyknął on z przyciskiem, gdy wszyscy stanęli na brzegu, a brzmienie tego przysłowia dźwęk, jakby łamiącéj się nagle stalowéj klingi wydało... Dźwęk Mości panowie! — Ławnego teraz! Ławnego! bo mam waściom cóś powiedzieć„ — a czekając szyku, stanął na boku i sutego pokręcał wąsa. Ktoby natenczas spojrzał z uwagą na jego oblicze, do dziś dnia w domowych rodu jego pamiątkach na portrecie zachowane, poznałby od razu męża twardéj woli i silnéj prawicy, a razem popędliwego i niecierpiącego najmniejszéj przekory lub krzywdy animuszu, lecz w dumném uczuciu swéj godności, ku wspaniałym, jeżeli nie łagodnym, skłaniać się mogącego czynom. Poznałby człowieka dobrze wybranego na wodza krnąbrnych i swawolnych w domowéj wojnie tłumów, które to popularnością jednać i pociągać, to grozą i bojaźnią karcić i powściągać należało. Uroda słuszna i tusza ku temu stosowna, oblicze męzkie, oko czarne i bystre, czoło szérokie i głębokiemi bruzdami od częstego marszczenia oznaczone, przytém odezwanie się zawsze harde, rezolutne i uparte; samo nakoniec przysłowie na ostro, że tak powiem, dobrane: wszystko to tworzyło postać w tamtych nawet szermierskich czasach niepospolitą, a wywierającą około siebie wpływ i wrażenie, z zaufania razem i trwogi złożone. I takim był Jan Dadzibóg Goleń Niewiadomski, Starosta Antowilski, którego czytelnikom przedstawiam, a który, ponieważ jest bohatérem mego opowiadania, przeto obszerniejszéj wymaga biografji.
III
III.
odzina Niewiadomskich, herbu Pruss, któryśmy wyszyty na chorągwi rotmistrzowskiéj widzieli, w połowie XVI wieku z do Litwy się przeniosła. Pierwszy jéj tu przodek Krzysztof, Podstoli ziemi Wizskiéj nabył obszerne dobra w powiecie niegdyś Oszmiańskim, a dziś Swięciańskim położone, i pojąwszy w zamężcie Kossakowskę, kasztelankę Witebską, był protoplastą późniéjszych pokoleń téj familii, łączącéj się tu z kolei przez małżeństwa ze znakomitemi domami Ostrouchów, Oborskich, xiążąt Giedrojciów i Tyzenhauzów. Potomkiem zatém tego Krzysztofa, był Jan Dadzibóg, żyjący w czasie najścia Karola XII na tutejsze ziemie. Krótko przedtem, Jakób Henryk Fleming, jednając sobie przyjaciół i stronników po kraju, którego obywatelem być postanowił, i przekonawszy się jeszcze na elekcyi Augusta o szérokich związkach w Litwie Niewiadomskiego, a poznawszy go osobiście i oceniwszy trafnie jego przymioty i wady, wyrobił dlań u króla, którego był najściślejszym powiernikiem, Starostwo Antowilskie, i wraz go potém rotmistrzem Oszmiańskim przypowiedział, czém go duszą i ciałem do siebie i króla przywiązał. A wkrótce gdy najście Karola dało powód do rozdzielenia się narodu na dwie partje, Starosta Antowilski gorliwie stanął za Augustem i podniosłszy swój rotmistrzowski buzdygan, wezwał szlachtę, przywykłą już na sejmikach iść za głosem i wolą jego, aby się doń na obronę kraju kupiła. Zebrało się jéj kilkaset i z tym pocztem opuścił dom swój Starosta, łącząc się z jednomyślącemi z sobą braćmi i ogłaszając wszędzie konfederacyę Sandomierską, przy Auguście II zawiązaną, a wszystkich coraz pomnażających się w Litwie stronników Karola i potém Stanisława Leszczyńskiego, jako zdrajców ojczyzny, napadał i gromił; sam wzajemnie przez nich, wspartych jeszcze potęgą szwedzką, nieraz rozgromiony i do tułactwa zmuszony. Wszakże nic go w stałéj wierności zachwiać nie zdołało: tracił on i na nowo wnet gromadził hufce swoich Oszmiańczuków, którzy jak pszczoły dymem poddmuchnięte, wprawdzie rozpierzchali się w popłochu na wszystkie strony, lecz nie odlatując daleko, skupiali się też rychło około wodza, jak pszczoły około matki. Towarzysz nieodstępny starosty we wszelakiéj przygodzie, poczciwy Bekieszka, dobywał natenczas z kieszeni schowaną tam w niebezpieczeństwie chorągiew, zaczepiał ją na wysokiéj tyce, i podnosząc w górę
„Wiwat starosta Antowilski, rotmistrz Jego Królewskiéj „Mości! i Vivat Rex Augustus! — Wiwat!“ huczno powtarzała cała gromada, i szła hurmem a z dobrą, ochotą, na imprezę za wodzem, który skinieniem swego buzdygana, jak Eol groźném berłem wichry i burze, parł szlachtę do boju lub hamował, skupiał lub rozpraszał.
Lecz te zdolności Niewiadomskiego, któregoby może wysoko wzniosły w szérszym wojennym zawodzie, wytrawiały się nędznie i tyrały dlań bez chwały, a bez widocznego publicznego pożytku, na podrzędném i mało znaczącém dowództwie ruchawki, z którą codziennie zjednoczony, uledz wzajemnie musiał wpływowi jéj obyczajów i narowów, nawyknąć do nieustannych swarów, kłótni, grabieży, przeklęstw, bojek i popojek; słowem, do wszystkich hajdamackich nałogów niezgodnych ani z urodzeniem, ani z wychowaniem jego, ale łatwo się uczepiających w sposobnych okolicznościach, do charakterów z przyrodzenia popędliwych, ku panowaniu nad sobą i hamowaniu się nie łatwych. Trwając tak upornie przy swojém, nawet gdy zwycięztwa Szweda i abdykacya Augusta wszelką jego stronnikom odbierać zdawały się nadzieję, Starosta Antowilski doczekał nareszcie pomyślnéj nowiny, która nagle się po kraju rozniosła, klęski Półtawskiéj i ucieczki Karola do Turcyi, a razem powrótu na tron Augusta: postanowił więc nawiedzić dom swój po długiéj nieobecności, odprowadzając razem i rozsadzając po zagrodowych grzędach, szlachtę napuszoną cudzym tryumfem. Resztę jéj właśnie nad brzegiem Wilji, od głównéj swéj rezydencyi Budziłek, w miejscu w którém ją przebywał, o mil parę odległéj pożegnać postanowiwszy, przebrnął rzekę i — Ławnego! zakomenderował.
IV
IV.
awnego! powtórzył Bekieszka, Ławnego! pobudzając obu piętami stępaka swego do wyskoku naprzód, a wysuwając chorągiew horyzontalnie dla wskazania dyrekcyi i wyrównania frontu. Ale ten manewr zupełnie przeciwny zamiarowi sprawił skutek: bo chorągwią spłoszone konie, to się wspinać, to cofać poczęły, i kilku jezdców niedbale oklepłych na siodłach szwankowało.... i przeklęstwa razem się rozległy, a zamiast szyku, niesforna stała się mięszanina. — A won do djabła! z tą twoją komendą, krzyknęło wielu. — Cicho! cicho! Ławnego! bo dam guza, dam tynfę!. krzyknął najeżywszy wąsy Bekieszka. — Tynfa nie masz, a guza dostaniesz, gdy konie straszyć będziesz — odezwał się któryś — czy my głusi? wszak słyszym rozkaz JW. Rotmistrza, uszykujem się i bez ciebie. Czy to pierwszy raz? — Pan Starosta prowadzi regiment! i nam kredensuje, a ja trzymam regulamin! Znaj służbę aż do końca! odpowiedział Bekieszka, nieprzestając uwijać się między drużyną. Nakoniec jako tako wyformowała się linja, a wtenczas wyjechał on naprzód, podniósł chorągiew, i uroczystym głosem zawołał: — Jaśnie wielmożny Rotmistrzu dobrodzieju, czekamy ordynansu pańskiego! Starosta pokręcił wąsa, spojrzał po szeregu i zawołał: — No, mości panowie i bracia! Szweda djabli wzięli! — Piotr zjadł go w kaszy! przerwał Bekieszka, nie mogąc zatrzymać konceptu. — Milcz waszeć! krzyknął Starosta zniecierpliwiony — Djabli wzięli Karola z naszego kraju, mówił daléj i już nie wróci się.... — Quis seit co za górą? panie Rotmistrzu! wtrącił znowu Bekieszka, kręcąc głową. Zmarszczył się tylko wódz na te słowa, ale na nie nie zważał, bo do nich i do kilku innych przymówisk swego chorążego, które on do okoliczności miał zawsze w pogotowiu, przywykł. Gdy się naprzykład ostrożnie zbliżano ku niebezpieczeństwu, Bekieszka nie zaniedbał, jako strategiczną przestrogę, szepnąć na ucho wodzowi swemu: „Panie Rotmistrzu, quis scit co za górą?“ a gdy przychodziło do okazyi, szepnął znowu jako Consilium bellicum: „Panie „Rotmistrzu, nie staw nas przy lesie, bo to rzecz łakoma,“ inne też w ciągu powieści naszéj nieraz z ust jego posłyszymy. — Król pan nasz miłościwy August II-gi — mówił daléj Starosta, — powraca do nas, i spero że wierne i stałe nasze, a krwią pisane zasługi, hojnie wynagrodzi, w czém ja panom braciom moim, poręcznikiem jestem i będę. — Feliciora zatém, dzięki Bogu, następują tempora! a odpocząwszy po trudach marsowych.... — Oj prawda! przerwał znowu Bekieszka, trudy Marcowe dały się nam djabelnie we znaki!!! Fallax fortuna fefellit!, tułaliśmy się natenczas i włóczyli jak cygany, a brnęli po wodach i błotach jak czaple. — A odpocząwszy po trudach wojennych — kontynuował Starosta, uśmiéchnąwszy się tylko, zamawiam affekta panów braci do usług publicznych na sejmikach i dżwęk znowu mości panowie!!! A tym czasem kto łaskaw odprowadzić rotmistrza swego w domowe progi, humillime suplikuję; bo zawsze wrota i serce moje dla was otwarte. — Wszyscy! wszyscy! Vivat nasz rotmistrz! Vivat! Bekieszka na ten tryumf, wykręcił kilka razy, jakby mistrz ja kiego cechu chorągwią, i rzekł do Starosty: a czy nie wypadałoby panie dobrodzieju ogrzać się po téj zimnéj wannie kordyałem, bo quis scit co za górą? — Dobrze; ale twoich pistoletów nie wystarczy dla wszystkich. — Jest jeszcze hlak u Hreczyny, a w jukach pańskich, puzdro z sześcią flaszami pełnemi jak rybie oko. Wbił zatém w ziemię swą chorągiew, i dostawszy wszystkie zapasy, podał Staroście flaszę i czarę srébrzystą z puzdra razem wyjętą. — Za zdrowie waszmościów moich wielce mościwych panów i braci: Vivat! zawołał Starosta — w ręce twoje panie Sebastynie! Podniósł czarę nad głowę, potém ją wychylił duszkiem. Znowu zabrzmiało huczne Vivat! i kilkanaście wystrzałów rozległo się szérokiém echem po Wilji. Gdy z rąk Starosty przyjął czarę pan Sebastyan, a ten mu ją nalewał — do... do... do... wykrzyknął on szybko. Starosta uśmiéchnął się znowu, bo znał zwyczaj Bekieszki, który przy każdém nalaniu sobie trunku zwykł powtarzać te trzy syllaby do... do... do... mając osobne do okoliczności zakończenie. Gdy na przykład zwiedziony czy skąpy nalewający, zatrzymał się w połowie kielicha na tym jego wykrzyku, on do ostatniego do... przydawał — lej! A gdy przeciwnie hojny towarzysz przelewał aż za brzegi, on przypinał — syć... Ileż to ludzi w codziennych okolicznościach życia, mają podobnie jak Bekieszka na pogotowiu słowo takiego przeciętego składu, dla dokończenia stosownie do potrzeby. Gdy kolej uweselona wykrzykami i wystrzałami z muszkietów obeszła, Bekieszka wyrwał swój sztandar z ziemi i podniósłszy go zawołał: „Teraz mości panowie marsz.“
Przebywszy kilka pól i dyrwanów, stanął hufiec na drodze prowadzącej jóż wprost do dóbr Starosty. Na prawo ukazały się Żodziszki i obszerne tam jezuickie mury. — Oj! Oj! na ich widok zawołał Suroż: Infima! Syntaxima! Oj! Oj! wolałbym z zawziętym Szwedem mieć do czynienia, aniżeli z księdzem Hinczą profesorem Syntaxymy: — Disce! disce! a bił jak po desce, może on jeszcze i żyje, bo przed naszą wyprawą żył i czerstwo się trzymał. Mądra to pałka! bywało, kto oracyę najlepszą napisze? Ks. Hincza, kto palnie kazanie na jakie uroczyste święto? Ks. Hincza, kto djalog ułoży na Sw. Ignacy? Ks. Hincza. — Raz przyjechał do nas insperate ks. prowincyał: respektem jego, uwolniono nas od lekcyi i wielki w klasztorze wyprawiono festyn, a nazywał się on Pater Baver... Cóż robi Ks. Hincza? Nakleja wielkie ramy papierem woskowym, zrobiło się to przezroczyste jak szkło, zawiesza je na wysokich drągach, ostawia jedlinką i odarnuje to wszystko misternie w ogrodzie klasztornym, jakby ołtarz jaki.... Więc wyprowadzają tam wieczorem z wielką assystencyą i apparencyą ks. prowincyała a w tym Ks. Hiczna zapala z kopę lamp, które za tym swoim ołtarzem ponatykał Zaświeciło powiadam waszmościom, jak na rezurekcyi.... i cud! cóż waszmoście na to powiecie? czytamy wszyscy jak na dłoni na woskowym papierze: Vivat nasz Ksiądz Prowincyał Baver! Nie darmo mówią — Piper et papaver!. A tu ksiądz rektor z kielichem pełnym Batorego w ręku, jak zaintonował: „Plurimos annos“ a za nim jak huknie w jeden głos cały konwent: „Plurimos annos! Plurimos annos!“ to powiedziałbyś, że kilkadziesiąt dzwonów razem ryczało.... my zaś malce, ucieszeni tą paradą, jak sygnaturki skacząc koło nich: piper et papaver! piper et papaver! wołaliśmy. — Więc to waszmość, przerwał któryś z gromady, aż do tego czasu powtarzasz nie raz ten piper et papaver! — Naturalnie, nie mogłem zapomnieć tak pięknej sonancyi tych słów... Ale cóż? kiedy ten sam X. Hincza nadto gorliwie popędzał rozum do głowy swoich dyscypułów, a łacinę wbijał w nas, jak tępe ćwieki do głowy... więc nie dotrzymałem placu i uciekłem z Żodziszek i od pana ojca, bo onby mnie pewnie, dawszy bolesną admonicyę, odwiózł nazad pod gorszą jeszcze ferułę X. Hinczy. Już to dawno minęło, a jednak i teraz gdy się mi zdarzy obaczyć choć z daleka Żodziszki, albo samego patra professora Syntaxymy, zawsze dreszcz mi przechodzi po skórze, i zdaje się, że on mię wraz uchwyci jak zbiega, i łacinę do głowy popędzać będzie.... Nie dawno przyśniło mi się, że on stoi nade mną z dyscypliną i krzyczy disce! diśce!... porwałem się do pałasza, ale on jak machnął swoją rzemienną bronią, tak przeciął mój pałasz jakby klinga z masła była: ja w nogi, on za mną. Obudziłem się przecie, cały w potach — pytałem się u ludzi starych, a nawet u bab, Boże odpuść, coby ten sen znaczył? Wszyscy zgodnie tłómaczą, że jeszcze z Jezuitami będę miał jakąś sprawkę, i że na koncu oni nie wezmą jak swego. Pięknie! gdybym teraz znowu musiał wrócić do Syntaxymy: ale quis seit co za górą? bo żyje jeszcze X. Hincza, a ja mu ostatniej pensy nie wydałem. — Mają i ze mną Jezuici jakąś tam dyferencyę, rzekł Starosta, ale dotąd nie przyszło do formalnej rozprawy; powiadają, że aż pod same Budziłki, granicę prowadzić chcą.... Woźnemu, który mi pozwy ich przynosił, uszy obciąłem; zapłaciłem mu potem, bo się upokorzył i miał czem połatać głowę; tym czasem wojna przerwała te tam ich dukta, którebym pewnie pomieszał i prowadzących przepędził gdzie pieprz rośnie.... Ale tem bardziej teraz nie życzyłbym lojolińcom rozpoczynać na nowo ze mną grę.... Dźwęk! nie na to służyłem krółowi i ojczyźnie pałaszem, aby mię kropidłem z mego gniazda wystraszano.... — Quis scit co za górą panie rotmistrzu. — Milcz do stu lucyperów, ze swojćm: Quis scit Ego scio, że za górą Budziłki.... kłusem więc panowie bracia! zawołał z humorem starosta; — blizko już jesteśmy domu, a tam koniki waszmościów staną nad żłobami pełnemi owsa. Jakoż przypuściwszy koni, wkrótce wjechali na wzgórze. Nagle tam stanął starosta... jakby skamieniał!... przy nim wstrzy- mał także konia Bekieszka i za nim wszyscy... i wszyscy w jedno miejsce wzrok zdziwiony utkwili... — Dżwęk! wykrzyknął nakoniec nadzwyczajnym głosem i z nadzwyczajnym przyciskiem starosta, Budziłek niema! kominy tylko stoją okopcone. Cóż się to znaczy? — A ja mówiłem: Quis scit co za górą rzekł poruszając głową Bekieszka. Starosta przypuścił konia, i cała za nim gromada w jednój chwili była na miejscu, gdzie stał niedawno dwór znakomity, jaki możnemu dziedzicowi mieć przystawało, a teraz rozległy się obszerne popieliska, opalone drewna i belki, i stały otworem paszcze piwnic z zapadłemi sklepieniami, nad niemi kilka wielkich popękanych kominów... a nigdzie ducha żywego!... Starosta zsiadł z konia, puścił go swobodnie, a rumak nie odstępował pana, zarżał tylko jakby na pustyni, i niecierpliwym kopytem popioł i żużle rozmiatał. Wszyscy w milczeniu i smutni pozsiadali z koni; tłuszczę tę przed chwilą wesołą i hałaśliwą, jakbyś morem owionął... a Starosta stał zamyślony z oczami błąkającemi się po pogorzelisku... — Dom który tu stał, rzekł nakoniec westchnąwszy głęboko, i to był jedyny znak wzruszenia jego hartownej duszy, zbudował pradziad mój Krzysztof, a prawnuk dziś chodzi po ruinach i zgliszczach.... Któż mu tę roskosz sprawił?... Cha! cha! cha! Sapieżynce zapewne, bo wątpię żeby Szwed aż tu doszedł.... a gdyby i doszedł, któżby im powiedział, że tu mieszka nieprzyjaciel ich króla?... — Stój panie Starosto dobrodzieju, przerwał Bekieszka. Nie przysięgaj, nie zaklinaj się; nie czyh tak straszliwego votum, nim się dowiesz, kto temu winien? a nuż darmo przeklniesz i Sapiehów i sam siebie. Niech Bóg tego broni, bo nie darmo mówią „piper et papaver!“ i może być za to, szalony piper na tamtym świecie. — Słusznie mówisz panie Sebastyanie, choć za długo, odpowiedział ochłonięty nieco Starosta, panowie bracia! puśćcie tym czasem konie swoje na ten ogród opuszczony; pięknie jak widzicie trawa porosła; A ty panie Sebastyanie pojedź do wsi, która jak wiesz, tuż za laskiem tym, moim jakby wirydarzem, w którym nieraz z tobą biliśmy lisy i zające, i przyprowadź tu jakiego chłopka, abyśmy przecie się obaczyli cokolwiek, i powzięli wiadomości o tym poża- rze, a potem radzić sobie będziemy. — Bekieszka zabierał się do odjazdu, gdy szlachcic któryś wprowadziwszy konia do ogrodu zawołał: stójcie panowie. Świeży dzisiejszy pokos, rosa z niego jeszcze nie oschła, i kosa nawet leży. Widać chłop uciekł, postrzegłszy nas, ale głupie chłopisko, zostawił ślad na wysokiej i wilgotnej trawie; idźmy tym śladem, to go wytropim jak łosia, wlazł tu pewno gdzieś w szpalery i siedzi. Szlachcic zgadł, bo śladem idąc, trafili pod starożytną i gęstemi gałęziami porosłą lipę, tam trop się zgubił, ale kryjący się na lipie chłopak wyrostek się znalazł. — A otoż i ptak, krzyknęli. — No zleź chłopię, bo cię z muszkieta zsadzę jak szpaka, zawołał któryś. Zlazł więc biedny, a drżący ze strachu, dwudziesto blisko letni chłopiec, i pierwszemu szlachcicowi, jak długi padł do nóg. Ośmielono go więc łagodniejszemi słowy i przyprowadzono przed Starostę; poznał go łatwo chłopiec, bo będąc z bliskiej wsi pode dworem, często widywał pana; zatem uspokojony całował mu ręce i klaskał we własne radośnie, bo mimo popędliwości swojej, Starosta obyczajem przodków naszych, dobrym był, przystępnym i łagodnym dla swoich włościan. — A pocóżeś uciekał od nas? zapytał Starosta. — Bo rozumiałem miłościwy panie, że wracają ci, którzy pałac pański i cały dwór zrabowali, a potem spalili. — A któż to byli oni? — Ja nie wiem; ojciec powiada, że Szwedy i konfederaty razem. — A czemuście przynajmniej pożaru nie gasili? — Oho! miłościwy panie, my wszyscy byli z całą chudobą i dobytkiem w lesie na tabunie, a w wiosce ani żadnego boskiego stworzenia; i pańskie koniki i bydełko było razem, i dla tego chwała Bogu uchowało się. — A gdzież ono teraz? gdzie dyspozytor Huszcza? — Bydełko u nas po chatach na paszy, a pan Huszcza bodaj w Straczy czy w Żeladziu, bo i z Wyholeniętami toż samo zrobiło się, co i z naszym dworem. Starosta wzdrygnął się, jakby go wąż ukąsił, lecz to wzruszenie mgnieniem oka, przeszło bez śladu, i zapytał spokojnie. — Jakże to kaplica w ogrodzie ocaliła się, bo w rzeczy samej, jedna stała ona, wśród powszechnej ruiny. — A miłościwy panie, to cud boski; stara Magda, która i teraz siedzi co niedziela w Żodziszkach pod kościołem, włócząc się wszędzie, była natenczas i tu, gdy napadli te bezbożniki; wszyscy dworni uciekli, a nawet kilka groszy dali jej wielmożnego. Ona na własne oczy widziała i każdemu opowiada, jak obdarłszy wprzód zupełnie ołtarz święty, nieśli oni po kilka razy głównie, i podkładali pod kaplicę, ale nie doczekali zapalić! nie! Ściany nie zajmowały się, a głównie gasły, jakby je kto zalewał, to przelękli się sami, i odstąpili nagle od domu bożego. Hurmem rzuciła się szlachta po tem opowiadaniu do kaplicy. Otwarta na wścieżaj i opustoszona, a widoczne były około niej ślady podkładanego ognia, czem jeszcze bardziej zdziwieni i przekonani, wszyscy upadli na kolana, przed wizerunkiem Chrystusa ukrzyżowanego, malowanym na ścianie nad ołtarzem, z którego obraz główny, i wszelkie ozdoby odarto. Bekieszka zaś czyniąc się promotorem nabożeństwa zawołał: — Litania ad sanctam Mariam Virginem — „Kirie Eleyson!“ — A kiedy tu nie ma obrazu Najświętszej Panny, odezwał się któryś. — Milcz trutniu! rzekł Bekieszka, gdzie jest syn, tam jest i matka. „Sancta Dei Genitrix“ — Ora pro nobis! Odpowiedział Starosta, a za nim wszyscy, i zmówili pobożnie litanię, którą Suroż od syntaxymy jeszcze umiał na pamięć. Gdy wyszli z kaplicy, Starosta rzekł: — panowie bracia! pomodliliśmy się i lżej na sercu.... — Cóż robić? stało się! Starosta Antowilski bez dachu nie będzie, pod którym chleb i sol dla przyjaciół jeszcze się znajdzie.... a tym czasem, i sami i konie wasze potrzebują wypoczynku. — Ponieważ, jak mówi ten chłopiec, krówki moje jeszcze się zostały i są tu blisko po wioskach, więc panie Sebastyanie, prowadź tam braci; rostasujcie się swobodnie; jedną, drugą i trzecią jałowicę Dżwęk i pieczenie gotowe. Siano w odrynach dwornych być musi, owsa dadzą chłopki, na dziakło. Wódeczka i miodek znajduje się w Żodziszkach, a masz moją podróżną kassę u siebie w kieszeni panie Sebastyanie, więc użyjcie wczasu panowie bracia ile się wam po- doba. — Ja pojadę do Dobrowlan, do mojego przyjaciela Kscia Sanguszki, on siedział w domu spokojnie przez cały czas naszych rozruchów, i wie zapewne, kto mi ten fajerwerk wypraw ił.... Ale was nie żegnam, bo czy do korda pro salutem patriae, czy jakiemu Sapieżyiicowi dać guza, dać tynfę! jak mówi nasz chorąży, zawsze panowie bracia, rzekł tu z zapałem podnosząc buzdygan w górę — Stemus simul. Ja z wami, wy ze mną! Et porta inferi non prevalebunt!. Dżwęk. — Vivat nasz Rotmistrz kochany!’ Vivat Starosta antowilski! wykrzyknięto jeszcze raz na rozstaniu. Po téj perorze pożegnalnej, ale treścią i dobitnością słowa, najwłaściwszej ku zjednaniu zapału i nieograniczonego zaufania szlachty, a dowodzącej, że Starosta znał dobrze tajemnicę takiéj wymowy i humoru słuchaczy, odjechał on drogą ku Dobrowlanom, a Bekieszka dosiadłszy swego stępaka, rozwinął chorągiew. — A to na co teraz panie Sebastynie? zapytano. Wojna nasza skończona. — Dla ostentacyi i honoru JW. Starosty, gdy będziemy wchodzić do wsi jego, a guis scit co za górą? Za mną zatém mości panowie.
V
V.
Kraj jak morze, po przejściu burzy uspakajał się powoli.... partye, jak fale, przed chwilą walczące z sobą, rozlewając się teraz w coraz szérsze tonie, gładziły te ruchome przestrzenie.... Na ziemi naszej okrutne ślady wojny i spustoszenia, znikały zawsze prędzej niżeli gdziekolwiek. Na popieliskach wsiów i dworów, gdy rychło odbudowanemi być nie mogły, rozciągały się natychmiast łany bujnych i gęstych zbóż naszych litewskich, pokrywając jakby pięknemi kobiercami zgliszcza i mogiły:
„O jak tu grzmiało straszliwie! A jaka cisza w téj porze! Gdzie krew pryskała po niwie, Trzoda igra... rolnik orze...
I rolnik zawracał skibą ruiny, rozdrabiał na proch urodzajny reszty piecowisk i cegieł, których gdzieniegdzie dobyte dzisiaj pługiem ułamki, udowodniają tylko wątpliwe podania, o istnieniu niegdyś na tem miejscu siedlisk ludzkich. Tak nikły powoli i ślady szwedzkich tu zagonów; rolnik upewniony, że one przeszły i już nie wrócą, dobywał z ziemi swoje w niej ukryte zapasy zboża, spędzał z głębi lasów trzody i koniki, krzątał się około swej chudoby i gospodarki, krzepiąc się nadzieją spokojnego nadal użycia plonów swej pracy. Panowie ośmieleni powszechnem przebaczeniem, ogłoszonem przez powróconego Augusta, wracali także do swych pustych pałaców, i do zwyczajnego pańskiego życia; chłopki zwozili tam skrzynie i kufry ze sprzętami i bogactwami wiernym ich rękom do schowu powierzonemi, szlachta gnieździła się znowu po dworach i dworkach, a domy Boże zabrzmiały na nowo chwałą Jego. Pan starosta antowilski, najuprzejmiej przyjęty przez księcia Sanguszkę i kilka tygodni w Dobrowlanach przebawiwszy, jesień całą i następną zimę przepędził w podróżach. Był on w Warszawie i wrócił ztam tąd upewniony o względach i wdzięczności króla, a o życzliwości, przyjaźni i protekcyi Fleminga. Starosta nie taił się nawet z tem zjednaniem sobie ministra, owszem tak w pogróżkach na nieprzyjaciół swoich, którzy mu, jak on mniemał, Szwedów na Budziłki naprowadzili, jako i w obiecankach, dla przyjaciół, zwłaszcza gdy się kielichem gniew jego i zuchwałość, lub szczerość i przychylność podniecały, nie omieszkał nigdy, pochwalić się z przyjaźnią ministra ubezpieczającą go w groźnych przedsięwzięciach i zamiarach, lub mającą otworzyć jemu hojną rękę monarchy. Jednało mu to wprawdzie coraz większą konsyderacyę między łatwowierną szlachtą, lecz go w tem większą dumę i zarozumiałość wznosiło.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Wyklęty.
