Front matter
WRAŻENIA Z PODRÓŻY
PO POŁUDNIOWYCH OKOLICACH KRÓLESTWA POLSKIEGO.
I • II • III • IV • V • VI • VII • VIII
całość
WRAŻENIA Z PODRÓŻY
PO POŁUDNIOWYCH OKOLICACH KRÓLESTWA POLSKIEGO.
I.
Pociąg kuryerski kolei W. W. zaniósł nas do Zawiercia. Według opowiadań, czekają tam zawsze wózki na gości do Buska. Że jednak przyjechaliśmy „za rano,“ mianowicie o 5-téj po północy, więc się „jeszcze“ nie zjawiły. Trzeba było zdecydować się na „extra-pocztę“ t. j. na taki sam chłopski wasąg, lecz zaprzężony końmi mającemi pewien odcień urzędowy. Za 17 wiorst do Pilicy mieliśmy zapłacić rs. 2, a zaręczano nam, że z Pilicy do Buska tylko 8 rs. od nas żądać będą. Minęliśmy Ogrodzieniec z pięknemi ruinami starożytnego zamku. Na drodze nic zajmującego nie napotykaliśmy oprócz wielkich stad baranów pędzonych na zachód. — A dokąd to tyle baranów pędzicie? — A do Siewierza, proszę łaski pana. — Cóż tam, jarmark? — A jarmark, co drugi tydzień. — I któż tam tak dużo baranów kupi? — A la Boga! tam kupca nigdy nie brak. Jeszcze dziesięć razy tyle baranów przypędzą, a wszystko rozkupią. — Zapewne kupcy warszawscy? — Ej nie! miemcy, prusaki. Zacząłem myśléć, o ile taki wielki wywóz baranów do Prus może wpływać na ceny mięsa w naszym kraju, a z drugiéj strony, ile wzbogaca producentów. Zaczęła mi krążyć po głowie myśl, że o ile my, warszawiacy, tracimy na tém, o tyle szlachta i chłopi zyskują. Nawet głowa moja tak dalece się rozkiełznała, żem ośmielił się pomyśléć: „może wina drożyzny nie spada całym swym ciężarem jedynie na faktorów, może jest ona wynikiem przyczyn bardzo naturalnych i koniecznych, wielkiego zażądania towaru a małéj jego ilości, utrudnionéj przez rozmaite niezależne ani od producentów ani od faktorów ani od konsumentów okoliczności.“ Na szczęście jednak profesor T. mój towarzysz, któremu zawdzięczam projekt niniejszéj wycieczki, mającéj głównie na celu obznajmienie się z najnowszemi badaniami geologicznemi, prowadzonemi dla poznania możliwości odkrycia soli w południowych powiatach naszego kraju, że prof. T. powiadam, skierował myśl moje na jakiś temat geologiczny i odprowadził ją od śliskiéj drogi wiodącéj wprost do niepopularności w pewnych kółkach. Lecz widocznie los uwziął się na mnie, aby mi na każdym kroku zaprzątać głowę kwestyą faktorsko-mięsną, od któréj kontent byłem żem uciekł z Warszawy na łono natury. Zaledwie pozbyłem się owiec, aż tu znowu pojawiają się gęsi. — Hej! ojcze! dokąd te gęsi pędzicie? — Do Siewierza, wielmożny panie! — A komuż je tam sprzedacie? Chłop spojrzał na mnie z odcieniem jakiéjś ironii. — Oj zebym ino tyla miał, ileby miemcy kupili! — Ale czy dobrze wam zapłacą? — Gdyby nie płacili dobrze, tobyśmy gęsi nie pędzili na jarmark. Co mi za niewola! — dodał uśmiechając się z mojéj naiwności. Po gęsiach znowu nastąpiły owce i znowu usłyszałem odpowiedź: do Siewierza. Zadałem więc towarzyszowi memu pytanie, jak należy patrzéć na podobne zjawisko? Z jednéj strony wywóz pobudza do rozwoju produkcyą krajową i bogaci wytwórcę, z drugiéj następuje ogólna drożyzna, która i na producencie się odbija. Zgodziliśmy się, wedle poprzedniéj opinii ekonomicznéj, iż stan taki uważać należy za pomyślny. Ale co na to powie biedny ludek warszawski, który zawsze się gniewa, ilekroć widzi pędzoną w piątek nierogaciznę ku kolei prowadzącéj do Niemiec? Tu znowu wyrwał mnie zpośród niepojętych dla mnie wątpliwości mój towarzysz, zacząwszy opowiadać, jak to Prusacy doskonale pojmują wartość geologii, jak nie szczędzą na nią kapitałów, czego najlepszym dowodem jest ekspedycya Roemera, na którą rząd pruski wydał 100.000 talarów. Wyprawa ta nie wahała się przejść granicy polskiéj, dokonać badań, jedynych u nas co do dokładności i wydać mapę części kraju obcego, już-to dla celów naukowych, już może ze względu na planowaną „anneksyą.“ Wśród téj rozmowy zbliżamy się do Pilicy. Przedewszystkiém uderza oczy nasze na wzgórzu postawiony piękny dom, vulgo pałac, który nowy właściciel odbudował. Dla uwieńczenia dzieła odbudowuje się także stary mur zamkowy, tak że dwór będzie miał pozór małéj forteczki. Ponieważ Pilica leży blisko niemieckiéj granicy, więc wypada sądzić, iż „utwierdzenie“ to przeciwko Niemcom jest skierowane. Bardzo pięknie! — więc będziemy z zamku pilickiego oczekiwali obrony od coraz bardziéj wyrastającego najazdu Niemców, w południowo-zachodnich powiatach kraju. Zamki obowiązują. Wjeżdżamy do miasta. Wcale nie pozorne. Gdy przebywamy rynek, pytają się nas Żydzi, czy nie potrzeba nam koni. Odpowiadam, że potrzeba, w skutek czego zacny mój towarzysz robi uwagę, że takie głośne wyjawienie potrzeby koni może wywołać drożenie się furmanów. Według mnie jednak, chcąc jak najtaniéj pojechać, trzeba wywołać jak największą konkurencyą i dlatego należy dać jak największy rozgłos swojemu żądaniu. Zresztą choćby nas trochę zdarli, to przecież warto uczynić doświadczenie na faktorach, którzy pozyskali u nas tak obszerną literaturę. Zajeżdżamy do traktyerni p. Jurkowskiego, gdzie się zachwycamy smakiem i rozmiarami befsztyku, pozwalając sobie potrochu drwić z pierwszorzędnych restauratorów warszawskich, którzy zapewne w skutek „zbytniego pośrednictwa“ muszą dawać befsztyki małe, drogie i smażone na fryturze. Ale dobre wrażenie pilickiego befsztyku zostaje usunięte przez szwargot naprawdę zbytecznych pośredników, których może sześciu weszło do sali jadalnéj, proponując jednę i tę samę furę. Po długich rozprawach zgodziliśmy wreszcie furmankę do Buska (11 mil) za 8 rs. tak jak nam z Zawierciu zapowiedziano. Zapłaciliśmy faktorowi prawdziwemu, ale przyczepił się jeszcze „zbyteczny pośrednik“ w postaci głuchoniemego, któregośmy z początku wzięli za lokaja restauracyi, bo z nas palta zdejmował, walizki znosił i td. Zdawało mi się, że ten ochotniczy lokaj głucho-niemy więcéj zasłużył na datek niż dumni lokaje restauracyj warszawskich, którzy przecież od właściciela otrzymują zapłatę za podawanie zwierzchniéj odzieży. Wyjazd nasz opóźniła o kilka minut ożywiona rozmowa żydowska, którą toczył nasz furman z faktorem. Zakończyła się ona przejściem kilku miedziaków z kieszeni furmana do ręki faktora. — Cóż to? i wy płacicie faktorom? zapytałem Symchy. — A cóż robić, te bestye tak opadną człowieka, że zawsze coś wydrą. Przecie ja się z panami sam zgodziłem i niepotrzebnie się oni wtrącali. — No, to mogłeś mu nic nie dać. — A toby późniéj żadnego pana nie nastręczył. — A więc przynosi ci korzyść. Dużoś mu zapłacił? — Zaledwie na złotówkę przystał bestya. — Ilu u was jest faktorów? — Czterech. — A ilu Żydów? — A któżby ich liczył... — Tysiąc będzie? — O! będzie, jeżeli nie więcéj. Wózek potoczył się po wybojach i trzeba było przestać mówić. Niedaleko za miastem zobaczyliśmy wielki gmach, z wypaloném wnętrzem. — Co to jest? zapytałem furmana. — To była fabryka Moesa. Od niéj-to proszę pana zaczęły się nasze nieszczęścia. — A to jakim sposobem? — A tak, dopóki była, to i furman mógł coś zarobić i robotnik nie był głodny i szewc buty sprzedawał i kupiec miał się dobrze; a kiedy się spaliła, to wszystko poszło kaput! — i teraz jest biéda taka, jakiéj już dawno nie było. — A czy o jéj odbudowaniu nikt nie myśli? — Kto tam myślał! A powiedźcież panowie szczerze, czy ten pan, co oto tam zamek buduje, nie lepiéjby zrobił, gdyby po Moesie poprowadził fabrykę? Przecie i onby nic na tém nie stracił, a ludziom wieleby dobrego zrobił. — Macie racyą, ale co wam z tego przyjdzie, że usłyszycie nasze zdanie, kiedy to nie od nas zależy. — Zawsze to, proszę panów, dobrze wiedziéć, czy inni ludzie, „a jeszcze więcéj“ panowie, myślą tak samo jak my.
II.
Jedziemy daléj. Spotykamy ciągle owce i gęsi a wszystkie one dążą do Siewierza. Mijamy miasteczko Żarnowiec i Wodzisław i przybywamy do Pińczowa. Ale łatwo to jest powiedziéć: mijamy i przybywamy. Ileż-to uderzeń przenieść potrzeba, aby w naszym kraju przejechać mil kilka. Wózek spada z wyboju w wybój, lub wlecze się po grząskim piasku, a minuty zdają się godzinami. Nie chcę być posądzonym o pesymizm i nie wymagam od „zwyczajnego traktu pocztowego“ aby był dobrym, kiedy u nas nawet „bite trakty pocztowe“ są dobre tylko kawałkami. Nie chcę się téż wdawać w niebezpieczne rozmyślania o tém, że jednakże administracya wyznacza co rok znaczny fundusz na utrzymanie dróg i że z tego powodu nie byłoby zbyt wielkiém przestępstwem wymagać, aby drogi były jakie-takie. Od jednego tylko zarzutu wstrzymać się nie mogę a mianowicie nie rozumiem rozrzutności, która każe budować mosty na drogach drugorzędnych. Mostki stoją a my jedziemy w bród. Gdym piérwszy raz podróżował po kraju, miałem lat 8 i wtedy, jak-to zwyczaj dziecka, zastanawiałem się nad wszelkiemi drobnostkami i zadawałem pytania, „na które osobom dorosłym trudno odpowiedziéć.“ Otóż uderzyła mnie następująca okoliczność. Jadąc w maju z Warszawy do jednego z najpołudniowszych miasteczek, widziałem mostki zamknięte drągami lub odstraszające wiechami. Przez wszystkie prawie rzeki i strumienie musieliśmy, ku wielkiemu strachowi memu, w bród przejeżdżać. Na pytanie, dlaczego przejeżdżamy przez wodę, kiedy jest most, odpowiedziano mi, że most się zepsuł, i będą go reparować. Zrozumiałem. Ale już tego głupie dziecko nie mogło zrozumiéć, dlaczego we wrześniu, kiedyśmy wracali napowrót do Warszawy, też same wiechy i te same drągi nie dozwalały przejazdu przez most, i znowu z biciem serca przebywałem strumyki? Gdybym w owych czasach miał nauczyciela pesymistę, to możeby mi podał jakąś „przewrotną hipotezę,“ któraby moję ciekawość zaspokoiła. Ale mentorem moim był zacny Pangloss, który nic nie dodawał do podręczników, według których dzieci są kierowane, a z których wyniosłem przekonanie, że „wszystko dzieje się jak najlepiéj na tym najlepszym ze światów!“ Umysł mój długo błąkał się w ciemnościach i uspokoiłem się nieco dopiéro wtedy, gdym się dowiedział z „Wypisów“ iż piramidy egipskie jeszcze dłużéj budowano. Wprawdzie spokój ten zaburzyła na chwilę myśl, że dwusążniowe mostki nie są piramidami, ale wkrótce z jakiegoś „natchnionego“ wiersza dowiedziałem się, że dziś ludzkość w porównaniu ze starożytnością i średniemi wiekami ogromnie skarlała. I któżby pomyślał, że te marne mostki zaprowadzą mnie na drogę zwątpienia i zguby! A jednak tak się stało. W kilka lat potém przeczytałem, już nie wiem w któréj książce, artykuł o Galileuszu i znalazłem w nim owo słynne e pur si muove. Zdanie to ogromnie mi się podobało, polubiłem niezmiernie Galileusza i zacząłem robić nonsensowe porównania pomiędzy nim a Napoleonem I, a nawet owym Aleksandrem Wielkim, dla którego, bądź-co-bądź, więcéj miałem sympatyi aniżeli dla wszystkich innych zdobywców razem wziętych. E pur si muove! E pur si muove! powtarzałem sobie chodząc po pokoju i dopiéro od tego głośnego powtarzania odzwyczaiła mnie uwaga służącéj Scholastyki, która, jak zwykle mrukliwie, rzekła: nie słyszałam nigdy o „uporze zimowym.“ Ale to do rzeczy nie należy. Bądź-co-bądź owo „e pur si muove“ obudziło wrodzony mi „upór“ z nadzwyczajną siłą i zburzyło od razu całą wieżę początkowéj filozofii, wtłoczonéj mi w ten sposób, że się jedno drugiego trzymało tylko dopóty, dopóki nie zawiał wietrzyk krytyki. Pomiędzy innemi wystąpiły na wierzch owe mostki i zacząłem rozmyślać: prawda, że można wbród przejechać, prawda, że o „zwykłych“ podróżnych nie bardzo się trzeba troszczyć, prawda, że nasi architekci nie są tak genialni i energiczni jak budowniczowie piramid, ale w takim razie trzebaby było... albo wcale nie rzucać się na tak wielkie przedsięwzięcia, albo téż... To „albo téż“ nabrało wielkiéj siły, gdym pojechał piérwszy raz za granicę i widział — o bogowie olimpijscy — całe mostki, bez wiech i drągów. Nie darmo nasza literatura z piątego i szóstego dziesiątka lat jest zapełniona wycieczkami przeciwko „nowinkom zagranicznym.“ Gdybym nie odetchnął zaraźliwą atmosferą „przecywilizowanego zachodu,“ możeby nigdy w głowie mojéj nie powstała harda myśl o tajemnicy mostków, którą jeszcze obecnie lękam się wyjawić. Te wspomnienia i rozumowania cisnęły mi się do głowy, gdyśmy dojeżdżali do Pińczowa, który niegdyś słynął heretykami Aryanami, a teraz cieszy się zaszczytną i żadnéj nienawiści niewzbudzającą sławą suchych serków. Pomyślałem, że to powinno być nauką dla każdego człowieka: zamiast się zajmować filozofią lub tajnikami mostków i dróg, lepiéj fabrykuj serki a będziesz się cieszył sympatyą „ziemskiéj“ i „nieziemskiéj“ policyi... jak się należy. W Pińczowie widziałem na rynku coś w guście ogrodu publicznego a w nim fontannę. Na szukanie śladów dawnéj wielkości nie miałem czasu, a co do serów, tom się dowiedział, że są podobne do wina Bordeaux, t. j. że dobrych serów pińczowskich tylko w Warszawie dostać można. Gdyśmy się w dalszą drogę puszczali, już się dobrze ściemniało. Wkrótce wjechaliśmy pomiędzy dwie kępy drzew, szumnie przez naszego furmana lasem nazwane. Ciemności egipskie, w których się fantastycznie rysowały jakieś zgarbione drzew figury, znużenie i senność, wprawiły mój umysł w jakiś stan sprzyjający urojeniom, i choć moje antecedencye nie zdawałyby się dowodzić, iż należę do osób bardzo bojaźliwych; jednakże przyznać muszę, iż żałowałem grzeczności, którąśmy wyświadczyli jednemu z kapotowych obywateli miasta Pińczowa, wziąwszy go z sobą na wózek. Anuż — pomyślałem sobie, jest on w zmowie z furmanem i „urządzą“ nas obydwaj w tym „lesie.“ Byłaby-to wcale nie zła humorystyka. Jechaliśmy po piasku, a więc bardzo powoli i bez turkotu, i dlatego szwargot prowadzony przez furmana i jego sąsiada na koźle mógłby dochodzić do naszych uszu, ale na nieszczęście spali obaj. Chciałem się przekonać, czy ten stan „niewinności“ był rzeczywisty. — Słuchajcie! zawołałem, jakie w tych okolicach urodzaje? — Chwała Bogu, dobre, rzekł obudzony z drzemki. — Więc zapewne dobre robicie interesa? — Były kiedyś dobre, aleśmy już zapomnieli, co to jest dobry zarobek. — A to dlaczego? — Bo szlachta biedna, ledwie że się trzyma i jak koń pracuje, aby tylko na wierzch się wydobyć, a kiedy szlachta biedna, to Żyd nic nie zarobi. Chłopy wprawdzie są bogatsze, ale żeby na nich zarobić złotówkę, to trzeba stracić zdrowia za trzy ruble. Tylko szynkarz i złodziéj zyska coś od nich, ale ani kupiec ani faktor. Niech-no pan dobrodziéj spróbuje gdzie na targu kupić u chłopa kilka korcy pszenicy, albo przypatrzy się, jak on kupuje chustkę albo sukmanę! Ze szlachcicem zupełnie co innego. On wié, jaka jest cena zboża w Kielcach i Warszawie, i dlatego prędko można dojść do zgody. A zresztą szlachcic to zawsze szlachcic i wié, że każdy żyć potrzebuje. Tu przypadkowy nasz towarzysz do spółki z furmanem zaczęli nam opowiadać i o szlachcie i o chłopach i o urzędnikach i o sądach w ten sposób, że posądziłem ich, że zarażeni zostali „niedobrą wolą“. Naturalnie że tego powtarzać nie będę. — Czy wiesz, gdzie jest hotel Bieńkowskiéj? — Nie wiem, wielmożny panie, ale się tam zaraz faktory zlecą i pokażą. — Ja ci dam faktorów, rzekłem naprawdę oburzony propozycyą używania pomocy faktora do tak błahéj rzeczy. — A jak tam miejsca nie będzie? — To i tak obejdziemy się bez faktorów. Za kilka minut wjechaliśmy na rynek Buska. Była 10 wieczorem. Natychmiast przybiegło kilku faktorów, którym furman dał odprawę, mówiąc, iż nie życzymy ich sobie. Jednakże jeden z nich, zapytany nie w charakterze faktora lecz obywatela buskiego, wskazał nam hotel Bieńkowskiéj. W hotelu oświadczono nam, że nie ma ani jednego próżnego lokalu. Poszliśmy więc do drugiego hotelu, gdzie otrzymaliśmy taką samę odpowiedź, z dodatkiem objaśniającym, że jeżeli się chcemy przespać pod dachem, to musimy się udać do faktorów, bo oni jedni tylko mogą wiedziéć, gdzie istnieje pokój niezajęty. — A nie powiedziałem panom?... rzekł z tryumfem furman. Skonfundowani, musieliśmy się zgodzić na „zbyteczne pośrednictwo“, gdyż nie mieliśmy wcale ochoty przespać się pod wilgotném niebem. Piérwszy faktor pokazał nam takie klétki, że nawet wobec niebezpieczeństwa nocowania na wózku nie mogliśmy się na nie zgodzić; drugi zaofiarował nam sionkę jeszcze gorszą od poprzednich izdebek, dopiéro trzeci zaprowadził nas „na folwark“ do domu rządowego, gdzieśmy wygodny i czysty pokój. — A jednak faktorzy są potrzebni! zawołał mój towarzysz, wielki nieprzyjaciel faktorów. — Zapewne, odrzekłem, choć w tym razie niezbędność ich zależy od niezaradności właścicieli domów i od policyi miejskiéj. Gdyby „obywatele“ wspólnie urządzili biuro informacyjne o mieszkaniach, gdyby przynajmniéj składali w policyi wiadomość o niezajętych lokalach, to przyjeżdżający nie byliby narażeni na błąkanie się, a czas i siły faktorów musiałyby się zwrócić ku innym zajęciom.
III.
Nazajutrz zaczęliśmy zwiedzać Busk. Największą osobliwością jego jest o wiorstę oddalony zakład kąpielowy z wielkim gmachem murowanym, którego wnętrze nie ma nic sobie podobnego w kraju i Galicyi. Centrum jego stanowi wielka i piękna sala ozdobiona biustami. Jest ona jednocześnie i kursalem i przysionkiem celek kąpielowych. Gmach ten zbudowany został około r. 1840 przez kompanią dzierżawców wód Buskich, złożoną z pp. Enocha, Szymona Wernera, Hermana Epsteina, Maurycego Samuelsohna i Feliksa Rzewuskiego. Za salą jest pomieszczenie dla machiny parowéj pompującéj wodę mineralną, dla kotłów i innych urządzeń, a z boków i w skrzydłach mieszkania dla pacyentów, restauracya i t. d. Znaczna liczba osób zamiast używać świeżego powietrza przesiaduje całemi godzinami w owéj sali, w atmosferze obciążonéj siarkowodorem, wydzielającym się z solanki. Na naszę uwagę, że szkoda płuc i krwi, odpowiedziano, że i owszem, atmosfera ta jest wielce skuteczną na pewne choroby. Ale czy razem z chorobą nie zmaga i chorego? Zasługuje téż na szczególną uwagę piękny park i prowadząca przezeń droga szosowa, zbudowana z wielkim kosztem przez obecnego dzierżawcę Buska dra Dobrzańskiego. Wszystko to ma pozór zupełnie „zagraniczny“, a miasteczko ze swoim charakterem tradycyjnéj ospałości i nieporządku wielki kontrast z kuracyjną osadą stanowi. Pożądaną byłoby rzeczą, aby wystawiono tuż obok zakładu kąpielowego mieszkania dla pacyentów. Prawdopodobnie byłby-to dobry interes, gdyż grunt pod nie można dostać albo bardzo tanio albo téż bezpłatnie, na czas zapewne dosyć długi. Zagranicą niepotrzebaby zachęcać do takiego przedsiębierstwa, u nas ludzie pieniężni zbyt mało mają na to odwagi, bo to „rzecz nowa“, a my lubimy zawsze kogoś naśladować. Nowy dzierżawca pojmuje dobrze potrzeby zakładu kąpielowego, wprowadza rozmaite ulepszenia, np. chce stopniowo zastąpić wszystkie wanny cynkowe, psujące się od wody siarczanéj żelaznemi emaliowanemi i t. d. Ale choć własnemi siłami wiele może zrobić dla zakładu, nie zdoła go jednak podnieść bez pomocy rządu do tego stanowiska, jakie mu się z natury rzeczy należy. Nie można bowiem wymagać od dzierżawcy, aby zaprowadził wygodną komunikacyą ze stacyami kolei żelaznych. Dzisiejsza zaś jest niższą od wszelkiéj krytyki i niejeden zreumatyzmowany lub wycieńczony długą chorobą z pewnością przeniesie drogi wyjazd za granicę, nad wystawienie swych kości na kilkunastogodzinne trzęsienie w niewygodnym wózku, po najgorszych drogach. Gdyby istniała „europejska“ komunikacya z Buskiem, to możeby i prywatni przedsiębiercy znaleźli w sobie dość inicyatywy do budowania domów około zakładu i miejsce to, mając już jak najlepsze początki na drodze rozwoju, wzrastałoby coraz bardziéj. Ale kwestya ta zależy w zupełności od nowéj drogi żelaznéj, Dęblińsko-Dąbrowskiéj, któraby powinna przejść przez Jędrzejów i Wodzisław, a może nawet i Pińczów. W takim razie pozostawałoby jazdy wózkiem tylko 2—5 mil. Na geologów szukających soli i nafty, dla których właśnie przyjechaliśmy do Buska, czekaliśmy dwa dni. Wreszcie przybyli dwaj z nich, a mianowicie kierownik wyprawy p. Wincenty Kosiński, naczelnik rządowych kopalni galmanu, oraz inżynier górniczy p. Kontkiewicz, były mój kolega ze Szkoły głównéj, który niedawno z polecenia departamentu górnictwa zwiedzał w celu geologicznym Ural i południe Rosyi. Trzeci geolog, inżynier górniczy p. Michalski, także nasz rodak, był zajęty na prawym brzegu Nidy. Departament górniczy już dość dawno zwrócił uwagę na możliwość znalezienia soli w południowych powiatach naszego kraju, od lat już kilku przygotował pewną niewielką sumę na te badania. Rok obecny okazał się tyle szczęśliwym, że suma ta została w ruch puszczoną we właściwym kierunku. Fakta uzasadniające poszukiwania soli w tych okolicach są bardzo doniosłe. Tu rozciąga się na wielkich przestrzeniach taż sama formacya mioceniczna, w któréj się znajdują kopalnie Bochni i Wieliczki, niebardzo zresztą od tego miejsca oddalone: tu na znacznéj przestrzeni rozwinięte są gipsy, uważane za skałę stale towarzyszącą soli; tu napotykają się margle zasolone (przejęte solą); tu wreszcie w wielu miejscach źródła słone tryskają. Co się zaś tyczy nafty, to i na jéj ślad natrafiono w powiecie Stopnickim we wsi Wójczy. Wskazówki powyższe były już oddawna znane. Umiano téż je odpowiednio oceniać i bynajmniéj nie od dziś dnia datują się poszukiwania soli w Królestwie Polskiém. Już za Stanisława Augusta, gdy saliny polskie przeszły w ręce Austryi, rząd polski zaczął czynić poszukiwania w okolicach jak najbardziéj do Wieliczki zbliżonych, aby tym sposobem powyższą stratę choć w części wynagrodzić sobie. Nadto zwrócono oko na okolice Pińczowa, gdyż wyczytano w dziele Kromera „de situ Poloniae“, iż za dawnych czasów wydobywano sól „ad Pincum“, co wytłomaczono jako Pińczów. Poszukiwań tych dokonywali sprowadzeni umyślnie w tym celu zagraniczni górnicy: Carossi, Ferber i inni. Najważniejszym rezultatem ich pracy było odkrycie solanki buskiéj, z któréj nawet owego czasu warzyło sól towarzystwo akcyjne składające się z 32 akcyonaryuszy, zebranych z upoważnienia królewskiego przez Sasa, barona Beusta. Owego czasu prowadzono takie poszukiwania w dość wielu miejscowościach w Łęczyckiém i przez lat 15 (1780—1795) warzono sól ze źródła odkrytego we wsi Solcy. Potém nastąpił zastój w tym względzie i dopiéro dyrekcya górnicza, utworzona w r. 1816 poleciła nadradcy górniczemu Ernestowi Beckerowi, aby się znowu zajął podobnemi badaniami. Becker uznawszy za najracyonalniejsze szukanie soli nad Wisłą naprzeciwko Wieliczki, oraz w dolinie rzeki Nidy, począł kopać około Szczerbakowa szyb, który jeszcze pogłębił otworem świdrowym do głębokości tysiąca kilkuset stóp. Z drugiéj strony, pod Solcem, dosięgnął świdrem głębokości 500 stóp, ale tak w pierwszym jak i drugim razie, rezultat był ujemny. Gdy górnictwo przeszło pod zarząd Banku Polskiego, Becker został znowu delegowany do tych poszukiwań. W r. 1833 zaczął prowadzić pracę w okolicach Biórkowa; nie skończył jednak, bo go śmierć zaskoczyła w r. 1836. Skutek tych trzyletnich poszukiwań był taki sam jak i poprzednio. Z takiémże szczęściem prowadził badania Pusch podczas swych pierwszych wycieczek geologicznych, a również wysłany do Litwy (1825—1826) górnik Ulmann. Od roku 1819 prace te kosztowały przeszło 700,000 zł. co na owe czasy było sumą bardzo wysoką. Nie stracono jednak nadziei; i gdy skarb nie mógł już więcéj kosztów łożyć, utworzyła się, za inicyatywą, jak się zdaje, bankiera barona Frenkla, spółka akcyjna do poszukiwania soli, która z radą administracyjną zawarła kontrakt następującéj osnowy: Towarzystwo ma szukać soli i eksploatować ją na własny rachunek, przyczém rada administracyjna zastrzega sobie prawo odkupu soli po 5 złp. za cetnar. Kontrakt mą trwać lat 50, lecz gdyby po latach sześciu usiłowania spółki nie zostały uwieńczone pomyślnym skutkiem, kontrakt rozwiązuje się. Na czele tego towarzystwa stanął bankier berliński Mojżesz Moser. Roboty powierzono niemieckiemu górnikowi Rostowi. Założył on świdry pod Siewierzem i Nowém Brzeskiem i sięgnął do głębokości 1500 stóp, ale soli nie znalazł. W skutek tego towarzystwo rozwiązało się w r. 1838. Pewien stary przedsiębiorca górniczy, pamiętający owe czasy, opowiadał mi, że pod Siewierzem wrzucił ktoś sól do otworu świdrowego. Pozorny fakt natrafienia na ślady cennego minerału obiegł wkrótce całe Królestwo i kurs akcyj wzrósł w czwórnasób. Gdy jednak przekonano się, że był to fałszywy alarm, akcye spadły, jak mówił „z pieca na łeb“. Wszystkim dotychczasowym robotom brakło podstawy naukowéj. Kierując się faktem obecności soli w pokładach Wieliczki i Bochni, nie wiedziano, do jakiéj formacyi pokłady te należą, i dlatego téż wielokrotnie zapuszczano świder daleko niżéj, do formacyj, w których także może się sól znajdować, ale gdzie już traci siłę wskazówka, jaką daje bliskość Wieliczki i Bochni. W tym czasie zbadano, że sól galicyjska znajduje się w pokładach miocenicznych, w skutek czego geologowie doszli do wniosku że przedewszystkiém w téj formacyi szukać należy soli w obrębie Królestwa Polskiego. Projekt Zejsznera, jednego z najzasłużeńszych geologów naszych, właśnie na téj zasadzie się opierał. Lecz i Zejszner doznał zawodu; wydawszy 30,000 rs., doszedł do przekonania, że nie warto szukać soli w południowych okolicach Królestwa. W tym czasie powstało podanie ludowe, że właściwie Zejszner znalazł sól, lecz że został przekupiony przez rząd austryacki, obawiający się konkurencyi: Zejszner więc doniósł rządowi swemu, iż soli nie ma w Królestwie. Uważamy tę potwarz za zupełnie bezzasadną i śmieszną i podajemy ją tylko dla wykazania, jak lud tutejszy wierzy w obecność soli na swoich terytoryach. Zejszner, chociaż znakomicie się przyczynił do geologicznego zbadania tych okolic, nie miał jednak dostatecznego materyału do pozytywnego uzasadnienia swego negatywnego zdania, i właśnie dla ostatecznego zadecydowania kwestyi wysłaną została wyprawa tegoroczna. Dla uzupełnienia niniejszego rysu poszukiwań soli w Królestwie musimy nadmienić, że niedawno, gdy Prusacy odkryli bardzo bogate pokłady soli około Inowrocławia, rząd kazał zapuścić trzy świdry w okolicach Ciechocinka. Otwory doszły do głębokości 700 stóp i kosztowały 75 tysięcy rubli. Na pokład soli kamiennéj nie natrafiono; ale nie idzie za tém, żeby ten niepomyślny wypadek miał stanowić o nieistnieniu soli w téj okolicy. Toż samo bowiem było około Inowrocławia: świdrowano długo, zrozpaczone nawet o rezultacie i wreszcie znaleziono bogaty pokład o 1500 kroków od otworu świdrowego, który już przedsiębiorcę do rozpaczy przyprowadził.
IV.
Wyjechaliśmy z Buska ku południo-zachodowi. Minęliśmy dwie wsie, Hotelek czerwony i Hotelek zielony, — niewiem dla czego tak oryginalnie nazwane — i zatrzymaliśmy się wśród pola, z którego roztaczał się widok na Busk. Widok ten był ważny dla geologów z tego względu, że konfiguracya okolicy rzuca światło na pochodzenie wody słono-siarczanéj. Tu bowiem rozległy się gipsy, które rozkładając się dostarczają wodzie siarkowodoru. Niektórzy włościanie żęli, drudzy paśli bydło i żadnemu nie przyszło na myśl zapytać się, co robimy, albo téż kwestionować nam prawa obserwacyi na ich gruntach. Zapewne czytelnik pomyśli, iż zbyt jestem łaskaw, uważając za grzeczność to, co się samo przez się rozumie. I ja tak dotąd sądziłem, ale wyprowadził mnie z błędu wypadek, który nam się zdarzył w najbliższéj wsi S. należącéj do pana J. Pan Krutkiewicz, który już kilkakrotnie zwiedzał te okolice, zdając sprawę ze swéj pracy kierownikowi poszukiwań, zaprowadził nas do pewnego punktu terytoryum wsi S. do wapieni obfitujących w pewną ważną skamieniałość (Heterostegina Puschii). Ponieważ zarówno geologom powyższym, jak i umyślnie przybyłemu dla obznajmienia się z najnowszemi badaniami professorowi uniwersytetu warszawskiego, potrzeba było zebrać pewną ilość tych , więc zaczęliśmy rozbijać kamienie na powierzchni leżące aby z nich drobne skorupy wydostać. Po kwadransie zjawia się przed nami figura ekonoma czy pisarza. — Dzień dobry panom! — Dzień dobry. — Panowie zapewne w celu naukowym..... — Tak jest. Chwila milczenia, przerywana stukiem maleńkich młotków i wzajemném zwracaniem uwagi na skamieniałości. — Może panom potrzeba pomocy? p. J. chętnieby przysłał. — O serdecznie dziękujemy za tę uprzejmość — ale nam żadnéj pomocy nie potrzeba. Znowu, chwila milczenia. — Przepraszam panów, p. J. chciałby wiedziéć, kto panowie jesteście i w jakim celu tu przyszliście! czy można wiedziéć? — O, z największą przyjemnością! odezwał się geolog, który nas oprowadzał. Jesteśmy geologami, wysłanymi przez ministra spraw wewnętrznych dla zbadania tych okolic oraz dla poszukiwań soli. Figura kłania się. Znowu milczenie i kucie młotkami. — Możeby panowie byli łaskawi zajść do dworu, dziedzic wielceby rad był panom. — Zechciéj pan najuprzejmiéj podziękować p. J. w naszém imieniu i przeprosić, że z jego grzeczności korzystać nie możemy, dla braku czasu. Dzisiaj pozostała nam wielka przestrzeń do zwiedzenia. — Przepraszam panów, ale sam obowiązek. — Co? — Sama grzeczność nakazuje.... — Co i komu nakazuje? — zapytało naraz kilku zdziwionych tym zwrotem rozmowy, wskazującym, że jakoś „nie sama grzeczność“ przysłała tego zbytecznego rozmówcę. — Panom nakazuje — ciągnie daléj figura — abyście zaszli do dziedzica i opowiedzieli co na jego gruntach robicie? Homeryczny śmiech był odpowiedzią na tę dziką pretensyą. Jeden z nas odrzekł. — Zboża nie depczemy, bośmy przyszli dróżką lub po ściernisku, stodół tu nie ma, więc nie możecie nas posądzać o chęć kradzieży lub podpalenia... — Ach, któżby panów o to posądził! — ale zawsze obowiązek grzeczności... pan łaskaw przestać mówić o obowiązkach grzeczności i sam lepiéj o nich pomyśl — rzekł ktoś zniecierpliwiony tém natręctwem. Figura ruszając ramionami ustąpiła, my zaś śmieliśmy się do rozpuku. Po skończeniu roboty, skierowaliśmy się do wózków pozostawionych przy drodze i zdziwieni spostrzegliśmy przed dworem kłaniającą się nam osobę, która odezwała się. — Jestem J. właściciel téj wsi. — A my jesteśmy ci a ci. Wzajemne ukłony. — Panowie nie byli na mnie łaskawi... — Ach, wybacz pan, ale mamy nadzwyczaj mało czasu i niepodobna nam wstępować do obywateli, których grunta oglądamy. Choćby to było bardzo przyjemne, aleby rezultat pracy odroczyło. — Ale przecież dla saméj formy uzyskania pozwolenia.... — Przepraszam pana, pan się myli. Pan nie może dać pozwolenia czynienia badań naukowych na swoim terytoryum, bo pan nie może ich także zabronić. Gdybyśmy zmuszeni byli jaką szkodę panu wyrządzić np. gdyby nam wypadło iść przez pole zasiane, to wtedy uważalibyśmy, za stosowne poprosić pana o pozwolenie. W każdym innym razie, pozwolenie jest zbyteczne. Więc tu może tylko chodzić o formę. Ale zrozumiesz pan, że gdybyśmy nawet chcieli, to nie moglibyśmy jéj zadość uczynić, bo przeglądając dziennie kilkanaście wiorst, musielibyśmy się legitymować kilkudziesięciu właścicielom, którzyby jeszcze, czyniąc zadość znanéj gościnności obywatelstwa naszego, nie puszczali nas od siebie, nienakarmiwszy i nienagawędziwszy się do woli. Jużeśmy pańskiemu ekonomowi oświadczyli, że chętnie złożylibyśmy panu wizytę, gdyby to tylko było rzeczą możliwą. — Panowie fałszywie się na to zapatrują, ja jestem właścicielem tych gruntów i mam prawo wymagać, aby obce osoby, które na nie wjeżdżają, legitymowały się i prosiły o pozwolenie! — A! jeżeli tak, to oświadczamy panu, że nam się nie podobało wstępować do pana i że nie podoba nam się dłużéj z panem rozmawiać. To rzekłszy odeszliśmy. — Proszę papiery pokazać — zawołał liber baron — może jesteście jacy emisaryusze! Rumieniec nie tyle gniewu, ile wstydu pokrył mi czoło. Wstydziłem się za p. J. — Każ nas pan aresztować, to pokażemy właściwéj władzy jacyśmy emisaryusze. Ale p. J. nie posunął się już daléj widocznie nie dla tego, żeby nie prześladować swych rodaków, dokonywających tak ważnéj pracy dla kraju, ale dla tego, że lękał się możliwego „wygoworu“ od władzy, za zaczepianie ludzi zaopatrzonych w papiery od samego ministra. Opuściliśmy grunta S. bardzo zasmuceni z powodu tego wypadku. Ale gdy pierwsze wrażenie minęło, przyszła uzasadniona refleksya, że p. J. jest z pewnością jednym i jedynym wyjątkiem wśród całego obywatelstwa, i że jako unikat „dobrze zachowanego“ aż do obecnych czasów okazu „liber barona“ raczéj na śmiech niż na gniew zasługuje. Ztamtąd pojechaliśmy do Skorocic dla obejrzenia grot gipsowych. Okolica jest bardzo malowniczą. Jest tu strumyk wijący się pomiędzy gipsowemi wzgórkami, jest stawek eliptyczny przedstawiający piękny widok z góry. Groty, w znacznéj liczbie to miejsce ozdabiające, są utworem owego strumyka. Jedne z nich są obszerne, otwarte; po nich widocznie dawno już obfita woda nie płynęła i dla tego téż można się w nich spodziewać skarbów archeologicznych. Inne, po których płynie ów , podobne są do sklepionych kanałów. Była to widocznie początkowo jedna tylko grota, ale podzieliła się na trzy, wskutek zapadnięcia się sklepienia. Natura, obfitującą w rozmaitość, różnie ukształtowała jéj dno, boki i sklepienia, upiększywszy wyjścia bujną roślinnością. W językach dalszego zachodu istnieje wiele dzieł, już to specyalnie, już to częściowo grotom poświęconych. Dla czegóż u nas nie ma ani jednego? A przecież mamy tyle nietkniętego prawie jeszcze materyału około Potoku, Olsztyna, Ojcowa i zapewne w wielu innych miejscowościach, tak mało znanych jak Skorocice. Sądzę, że nietylko przyrodnik, ale i malarz oraz poeta mogliby w nich znaleść materyał faktyczny i czerpać natchnienie pełne uroku romantycznego. Czyż zawsze kraj własny będzie nam najmniéj znany? Rzecz dziwna, jak mało mamy samodzielności. Przez długi czas powtarzaliśmy w historyi polskiéj to co napisał Naruszewicz i Lelewel, w historyi literatury szliśmy ciągle za Bętkowskim, Wiszniewskim itd. Każdy się jakoś lękał zajrzéć do źródeł, a jeśli zajrzał, to patrzył na nie oczyma poprzedników. Toż samo i co do opisów kraju. Ktokolwiek podróżował, ograniczał się na opisie jakiegoś starego zamku, zajrzał co najwyżéj do akt genealogicznych właściciela i zajmował się historyą kościoła. I dobrze jeszcze, jeżeli zaglądał do tych akt, bo inni zadawalniali się podaniami już znanemi. Zwracano chyba jeszcze uwagę na charakter etnograficzny okolicy, zbierano bajki i pieśni, ale to także tylko dlatego, że tak czynili Chodakowski, Zmorski, Pauli, Kolberg za którymi najczęściéj tylko powtarzano. Wreszcie mieliśmy opisy Morskiego oka, doliny kościeliskiéj, Czorsztyna, Rabsztyna, Ojcowa, Piaskowéj skały; — cały legion naśladowców, albo je na nowo opisywał z tych samych punktów widzenia, albo przerabiał dawne opisy, już to wprost podając całe ustępy już téż je tylko parafrazując. Zjawisko to dające niezaszczytne testimonium paupertatis naszéj niedawnéj literatury turystycznéj, trwało czas długi i tak się ustaliło, że publiczność czytająca jest pewną, iż oprócz Ojcowa, Piaskowéj skały i gór Ś-to Krzyskich, nic zajmującego w przyrodzie królestwa nieznajdziemy, że są to nudne monotonnością płaszczyzny, które ani dla umysłu ani dla fantazyi przedmiotu niedadzą. I piszący był długi czas tego samego przekonania, dopóki go przypadkowe wycieczki nie zaprowadziły do wielkich i majestatycznych grot Olsztyna, do zarówno pouczających jak pięknych grot Skorociskich, o których żaden wykształcony warszawiak nie słyszał! A ileż to jeszcze jest takich miejscowości! I dokądże one czekać będą na pomiary inżeniera, opis naturalisty i ołówek malarza?! Grzechem byłoby opuścić Skorocice nie odwiedziwszy Grobu Aryańskiego, na wzgórku, niedaleko dworu. Trzeba iść do niego przez koniczynę, coprawda, w tym roku bardzo rzadką, ale bądź co bądź stanowiącą cudzą własność. Postanowiliśmy więc prosić obywatela o pozwolenie, lecz jeden z naszych towarzyszy, który już przedtém zwiedzał tę okolicę i doznał jaknajlepszego przyjęcia od właściciela Skorocic, zaręczył nam, że choćbyśmy nawet szkodę jaką zrządzili, właściciel nie będzie nam miał tego za złe, bo umie cenić uczucia, skłaniające do zwiedzania pamiątek przeszłości. Wybraliśmy drogę najkrótszą i stawialiśmy stopy w wielkie przestwory pomiędzy pojedynczemi roślinkami. Ludzie na to patrzyli, ale nikt nie przyszedł kwestyonować nam praw chodzenia po cudzym gruncie. Bardzo mnie ten fakt cieszył, ale z drugiéj strony, nie mogłem zrozumiéć, dlaczego właściciel obsiewa grób dokoła, nie zostawiając nawet wązkiéj ścieżynki. Może nikt grobu nie zwiedza? Weszliśmy do grobu. Jest on zupełnie otwarty, bo żelazne drzwi, które go do niedawnych czasów zamykały, odbił jeden z poprzednich właścicieli Skorocic i sprzedał, czy téż użył do celów gospodarczych. Ha! postępujemy! Rzucili się potém chłopi na trumny i nietylko obdarli materye, któremi trumny były obite, ale nadto ściągnęli piękną i dobrze zachowaną odzież ze szkieletów. Teraz wszystkie kości — kilkunastu jak się zdaje osób, leżą w jednéj trumnie pomieszane z sobą. Kaplicę aryańską, która miała stać nad grobem, już dawno zburzono... Samego grobu nie ruszano — widać dlatego, że się lękano umarłych. Ten czyn wandalski pozostawiony był osobie, która wzniosła się do takiego stopnia „rozumu praktycznego“, że materyał drzwi żelaznych więcéj ceniła nad pamiątkę najświetniejszych czasów... Chcieliśmy odczytać resztkę napisu wybitego ćwieczkami miedzianami czy mosiężnemi na trumnie. Nie udało się to nam, gdyż prawie połowę ćwieczków wyrwano wraz z materyą. Pomarzyliśmy więc tylko pod sklepieniem, o które obijały się żałobne pienia czasów Reja i Kochanowskiego, i zostawiliśmy obszerny grób straży jaszczurki, która się przewijała wśród gruzów...
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Wrażenia z podróży po południowych okolicach Królestwa Polskiego.
