Front matter
COLETTE
(COLETTE WILLY)
ULUBIENIEC
całość
COLETTE
(COLETTE WILLY)
ULUBIENIEC
(CHERI)
POWIEŚĆ
AUTORYZOWANY PRZEKŁAD
KAZIMIERZA BUKOWSKIEGO
WYDAWNICTWO „GLOBUS“ WE LWOWIE
Z LWOWSKIEJ DRUKARNI NOWOCZESNEJ, PIŁSUDSKIEGO 21. SKŁADANO NA AMERYKAŃSKIEJ MASZYNIE „INTERTYPE“.
— Leo! Daj mi swój naszyjnik perłowy! Słyszysz, Leo? Daj mi swój naszyjnik! Z wielkiego łóżka z kutego żelaza o miedzianych ozdobach, błyszczącego w ciemności jak zbroja, nie nadchodziła żadna odpowiedź. — Dlaczego nie chcesz dać mi swego naszyjnika? Jest mi w nim równie do twarzy jak tobie — nawet lepiej! Przy zatrzaśnięciu zamka poruszyły się koronki łóżka i dwa cudowne, nagie, wąskie w przegubach ramiona podniosły dwoje znużonych, pięknych rąk. — Zostaw to, Cheri, już dosyć bawiłeś się naszyjnikiem. — Zabawiam się... Boisz się, że ci go ukradnę? Przed różowemi kotarami, przez które przeświecało słońce, tańczył czarny jak nadobny djabeł na tle piekielnego żaru. Ale gdy zbliżył się do łóżka, stał się znów biały od jedwabnej pyżamy aż do skórzanych pantofli. — Nie boję się, — odparł z łóżka łagodny i cichy głos. — Zawierzasz zbytnio nitce naszyjnika. Perły są ciężkie. — Są istotnie ciężkie, — rzekł Chéri z wielkiem poważaniem. — Ten, kto ci je podarował, nie zadrwił sobie z ciebie. Stał przed wysokiem lustrem, wypełniającem ścianę między dwoma oknami i przyglądał się swojemu odbiciu: obrazowi bardzo pięknego i młodego mężczyzny, ani wielkiego ani małego, o włosach błyszczących jak upierzenie sikory. Otworzył strój nocny na matowej, twardej i sklepionej piersi i ta sama różowa iskra błyszczała na jego zębach, na bieli jego ciemnych oczu i na perłach naszyjnika. — Zdejm ten naszyjnik, — prosił głos kobiecy. — Nie słyszysz, co mówię? Młody mężczyzna, stojąc nieruchomo przed swoim obrazem, zaśmiał się cicho: — Tak, tak, słyszę. Wiem dobrze, że się boisz, abym ci go nie ukradł! — Nie. Ale gdybym ci go podarowała, przyjąłbyś go... Pobiegł do łóżka i wtoczył się na nie jak kula: — Jeszcze jak! Nie jestem konwencjonalny. Uważam to za idjotyczne, że mężczyzna może przyjąć od kobiety szpilkę z perłą, albo dwie perły jako spinki, ale czuje się obrażony, jeśli kobieta podaruje mu pięćdziesiąt.... — Czterdzieści dziewięć... — Czterdzieści dziewięć, znam tę cyfrę. No, powiedz, że mi nie jest w nim do twarzy? No powiedz, że jestem szkaradny? Pochylił się nad leżącą kobietą z prowokującym śmiechem, ukazującym drobniutkie jego zęby i wilgotne wnętrze jego ust. Lea usiadła na łóżku: — Nie, tego nie powiem. Po pierwsze, ponieważ nie uwierzysz. Nie możesz się śmiać, nie zadzierając tak nosa? Będziesz zadowolony, jeśli będziesz miał trzy zmarszczki w kąciku nosa, co? Przestał się natychmiast śmiać, naprężył skórę na czole i wygładził brodę ze zręcznością starej kokietki. Patrzyli na siebie oboje wrogo; ona wpośród swoich koronek, oparta o poduszki, on siedząc po damsku na krawędzi łóżka. Myślał: „Dobrze jej opowiadać mi o zmarszczkach, które kiedyś dostanę.“ A ona: „Dlaczego jest on brzydki, gdy się śmieje, skoro jest wcieleniem piękności?“ Zamyśliła się na chwilę, potem dokończyła głośno: — Wyglądasz bardzo zły, gdy jesteś wesoły... Śmiejesz się tylko ze złośliwości, albo z żądzy drwienia. To ciebie robi brzydkim. Jesteś często brzydki. — To nieprawda! — krzyknął gniewnie Chéri. Gniew zbliżał jego brwi do nasady nosa, rozszerzał jego oczy, bezwstydnie jasne i uzbrojone w rzęsy, i otwierał napół pogardliwy i wstydliwy łuk jego ust. Lea uśmiechnęła się, widząc go takim, jakim go kochała, buntującego się i uległego, źle ujarzmionego i niezdolnego do wyswobodzenia się; położyła rękę na młodej głowie, która zrzuciła z niecierpliwością jarzmo. Szepnęła, jak gdyby uspokajała zwierzę: — O... la... la... co to jest... co ci się stało... Opadł na piękne, szerokie plecy, uderzył czołem i nosem, wydrążył sobie zaciszne miejsce, przymknął już oczy i zamierzał rozpocząć zwyczajny sen długich przedpołudni, ale Lea odtrąciła go: — O nie, Chéri! Śniadasz u naszej kochanej Harpie, a już jest dziesięć minut po wpół do dwunastej. — Nie! Śniadam u starej damy? I ty również? Lea osunęła się niedbale z powrotem na łóżko. — Ja nie, jestem wolna. Przyjdę na kawę o wpół do trzeciej — albo, na herbatę o szóstej — albo na papierosa o trzy na ósmą... Uspokój się, napatrzy się na mnie dosyć... A powtóre nie zaprosiła mnie wcale... Chéri, który wstał i nadąsał się, rozpromienił się ze złośliwości: — Wiem, wiem dlaczego! My przyjmujemy u siebie eleganckich ludzi! Oglądamy u siebie piękną Marie-Laure i jej niebezpieczną córeczkę! Wielkie, błękitne oczy Lei, błądzące dokoła, zatrzymały się: — Aha, aha! Tak! Ta mała jest urocza! Nie tak jak jej matka, ale urocza!... Zdejmże wreszcie ten naszyjnik! — Szkoda! — westchnął Chéri i zdjął go. — Nadawałby się tak doskonale do mojej wyprawy ślubnej... Lea podparła się na łokciu. — Do jakiej wyprawy? — Do mojej, — odparł z głupkowatą powagą Chéri. — Rozstrzelony|Moja wyprawa ślubna — strój do wesela... Wykonał skok, padł na nogi po prawidłowem „entrechat six“, przebił głową kotarę i zniknął wołając: — Moja kąpiel, Różo! Ale galopem! Śniadam u starej damy. — Słusznie, — pomyślała Lea. — Jezioro w łazience, ośm mokrych ręczników i szramy od brzytwy w miednicy. Gdybym miała dwie łazienki... Ale przypomniała sobie, jak to często, że musiała zdjąć draperję i zmniejszyć swój kącik do fryzowania, i zakończyła, jak to często: — Poczekam aż do małżeństwa Chéri’a. Położyła się znów na grzbiet i stwierdziła, że Chéri rzucił poprzedniego wieczora swoje pończochy na kominek, kalesony na abażur lampy a krawatkę na szyję popiersia Lei. Uśmiechnęła się mimowoli na widok tego gorącego, męskiego nieładu i przymknęła napół swoje wielkie, spokojne oczy o jasnym błękicie, które zatrzy- mały wszystkie swoje kasztanowe rzęsy. W czterdziestym dziewiątym roku życia skończyła Leonja Vallon, zwana Lea de Lonval, wieść szczęśliwy żywot eleganckiej kurtyzany. Była dobrą dziewczyną, której życie zaoszczędziło pochlebnych katastrof i szlachetnej troski. Datę swoich urodzin ukrywała. Ale przyznawała się chętnie, rzucając na Chéri’a spojrzenie pełne lubieżnej uprzejmości, że osiągnęła wiek, w którym człowiek pozwala sobie chętnie na małe przyjemności. Lubiła porządek, piękną bieliznę, dojrzałe wina i wymyślną kuchnię. Młodość jej, jako pięknej blondynki i dojrzały wiek, jako bogatej kobiety z półświatka, nie nabrały cech przykrego blasku ani dwuznaczności. A przyjaciele jej pamiętali, że około roku 1895 odpowiedziała Lea sekretarzowi „Gil Blas“, który nazwał ją „kochaną artystką“: — Ja jestem artystką? Ach, mój kochany, moi kochankowie są naprawdę bardzo gadatliwi. Współcześni zazdrościli jej niezniszczalnego zdrowia, młode kobiety, którym moda 1912 roku uwypuklała plecy i brzuch, drwiły ze zgrabnej klatki piersiowej Lei — a obie strony zazdrościły jej równocześnie Chéri’a. — Ach, mój Boże, — mówiła Lea, — zupełnie bez powodu. Mogą go sobie wziąść. Nie trzymam go i wychodzi zupełnie sam. Kłamała po części, dumna z powodu tego stosunku — mówiła niekiedy z skłonności do uczciwości; adopcja — który trwał już sześć lat: „Wyprawa ślubna“... — powtórzyła Lea. — „To niemożliwe.... to nie po ludzku.... Dawać Cheri’emu młodą dziewczynę... Dlaczego nie podrzuca się psom łani? Ludzie nie wiedzą kim jest Chéri. Przesuwała przez palce, jak różaniec, porzucony na łóżku naszyjnik. Zdejmowała go teraz na noc, ponieważ Chéri, który był zakochany w pięknych perłach i pieścił je rano, mógł zbyt często zauważyć, że zgrubiała szyja Lei straciła swoją białość i zdradzała pod skórą obwisłe muskuły. Nie podnosząc się z łóżka, spięła go dokoła szyji i wzięła lustro z stolika nocnego. — Wyglądam jak żona ogrodnika, — zawyrokowała bez litości. — Jak kobieta, uprawiająca warzywny ogród. Jak normadzka kobieta, uprawiająca warzywny ogród, która kroczy w naszyjniku perłowym przez pole kartoflane. Zdobi mnie to tak, jak strusie pióro w nosie — a przytem jestem jeszcze uprzejma. Wzruszyła ramionami, surowa dla wszystkiego, czego nie lubiła już u siebie: żywej, zdrowej, nieco czerwonej cery, cery wolnego powietrza, podkreślającej jasną barwę błękitnych oczu, okolonych ciemniejszym błękitem. Dumny nos znajdował jeszcze łaskę u Lei: „Nos Marji Antoniny“, mawiała matka Chéri’a, i nie zapomniała nigdy dodać:... „a za dwa lata nasza dobra Lea dostanie podbródek Ludwika XVI-go“. Usta ze zwarcie ustawionemi zębami, które nie wybuchały prawie nigdy śmiechem, uśmiechały się często i harmonizowały z wielkiemi oczami, spuszczającemi się ku ziemi rzadko i powoli, sto razy wychwalany, opiewany i fotografowany uśmiech, głęboki i pełen zaufania uśmiech, który nie mógł znużyć. Co do ciała, „wiadomo“, mówiła Lea, „że ciało dobrej jakości trzyma się długo.“ Mogła je jeszcze pokazać — swoje wielkie, białe, różowawe ciało, z wielkiemi nogami i płaskim grzbietem, jaki widzi się u nimf na fontannach włoskich; „ładny pośladek z dołeczkami i wysokie piersi“ mówiła Lea, — „mogły się jeszcze trzymać długo po weselu Chéri’a“. Wstała, otuliła się w mantylę i rozsunęła sama ko- tary. Południowe słońce wpadło do różowego, wesołego, przesadnie ozdobionego pokoju, którego przepych nie był całkiem nowy: podwójne koronki u okien, ściany obite różową tapetą, złocone ramy, białoróżowe światło elektryczne i stare meble z nowoczesnemi jedwabiami. Lea nie mogła zrezygnować ani z tego przytulnego pokoju ani z swego łóżka, które było wybitnem i niezniszczalnem arcydziełem z miedzi i kutego żelaza, surowe dla każdego spojrzenia i okrutne dla piszczeli. — Ależ nie, ależ nie, — protestowała matka Chéri’a — nie jest on tak brzydki. Lubię ten pokój. Ma on swoją epokę, swój szyk. Ma swoje zacięcie. Lea uśmiechnęła się na wspomnienie swojej „kochanej Harpie“ i przygładziła rozburzone włosy. Kiedy usłyszała otwieranie się dwojga drzwi i uderzenie nogi w trzewiku o delikatny mebel, napudrowała się spiesznie. Chéri wrócił w spodniach i koszuli, bez kołnierzyka, z uszyma białemi od pudru i w złym humorze. — Gdzie jest moja szpilka? Nieszczęśliwy dom! Kradną już teraz klejnoty? — Marceli wetknął ją sobie do krawatki, aby pójść na targ, — odpowiedziała poważnie Lea. Chéri, który nie posiadał zrozumienia dla humoru, natknął się na ten żart jak mrówka na kawałek węgla. Przerwał nagle swoją groźną przechadzkę i odpowiedział tylko: — Cudownie!... A moje trzewiki? — Które? — Te z zamszu! Lea siedziała przy tualetce i podniosła zbyt łagodne oczy: — O tem nie wiem zupełnie, — rzekła przymilnie. — W dniu, w którym kobieta będzie mnie kochać dla mojej inteligencji, jestem skończony, — rzekł Chéri. — Tymczasem jednak chcę mieć moją szpilkę i moje trzewiki. — Poco? Nie wtyka się szpilki do surduta, a trzewiki masz już na nogach. Chéri tupnął nogą. — Mam tego dość, nikt nie troszczy się o mnie tutaj, mam tego dość! Lea odłożyła grzebień. — Dobrze! Idź sobie. Chéri wzruszył ramionami i powiedział po grubijańsku: — Tak się mówi! — Idź! Nienawidziłam zawsze gości, krzątających się w kuchni i smarujących lustra serem śmietankowym. Idź do swojej czcigodnej matki, moje dziecko, i pozostań przy niej. Nie wytrzymał wzroku Lei, spuścił oczy i odburknął jak uczeń: — No, nie wolno mi już nic powiedzieć? Dasz mi przynajmniej samochód, abym mógł pojechać do Neuilly? — Nie. — Ponieważ? — Ponieważ odjeżdżam o drugiej godzinie a Philibert je śniadanie. — Dokąd jedziesz o drugiej godzinie? — Spełnić moje religijne obowiązki. Ale jeśli chcesz trzy franki na taksówkę?... Głupcze, — rzekła łagodnie — przyjdę może o drugiej godzinie na kawę — do twojej matki. Nie jesteś zadowolony? Potrząsnął głową jak baran. — Popycha się mnie tu i tam, nie spełnia się moich życzeń, chowa się moje rzeczy i... — Nie potrafisz nigdy ubrać się sam? Wzięła kołnierzyk z rąk Cheri’a, zapięła go i związała mu krawatkę. — Tak!... Ach, ta fioletowa krawatka... Dla pięknej Marji-Laure i jej rodziny jest wyborna!... I ty chciałeś wetknąć do niej jeszcze szpilkę? Mały oszuście... Dlaczego nie kolczyki? Pozwalał z sobą robić wszystko, szczęśliwy, uległy, niezdecydowany, poddający się znów lenistwu i żądzy, które zamykały mu oczy. — Droga koteczko... — szepnął. Wytarła mu uszy, zrobiła na głowie piękny, niebieskawy przedział, dzielący czarne włosy Cheri’a, skropiła nieco perfumą oba policzki i pocałowała szybko, ponieważ nie mogła sobie tego odmówić, kuszące usta, oddychające tak blisko niej. Cheri otworzył oczy, usta, wyciągnął ręce... Odsunęła go: — Nie! Trzy na pierwszą! Idź sobie i nie pokazuj mi się na oczy! — Nigdy? Nigdy! zaśmiała się, porwana czułością. Zostawszy sama, uśmiechnęła się dumnie, potem westchnęła z pełną ulgi pożądliwością i słuchała kroków Cheri’a na podwórzu. Widziała, jak otworzył i zamknął bramę, jak oddalił się swoim skrzydlatym krokiem i powitany został natychmiast przez zachwycony głos trzech dziewczyn do posyłek, idących pod ramię przez ulicę: — Ach, mameńko, jaki on ładny! Chce pan pójść z nami? Ale zblazowany Cheri nie odwrócił się nawet. — Kąpiel, Różo! Manikure można sobie podarować. Jest zapóźno. Niebieską, nową suknię, niebieski kapelusz, ten z białą podszewką, i małe trzewiki... nie... poczekaj... Lea, siedząc z założonemi nogami, pomacała swoje nagie kostki i podniosła głowę: — Nie, miękkie, błękitne meszty. Moje nogi są dzisiaj lekko napuchnięte. To z gorąca. Podeszła w latach pokojówka w tiulowym czepku spojrzała na Leę ze zrozumieniem: — To z gorąca... z gorąca... — powtórzyła pojętnie i wzruszyła ramionami, jak gdyby chciała powiedzieć: „Wiemy już co to znaczy... wszystko zużywa się zczasem...“ Skoro Cheri odszedł, stała się Lea znów ruchliwa, pewna siebie, swobodna. W niespełna godzinie wykąpała się, natarła się sandałową wódką, uczesała i trzewiki. Gdy rozgrzewały się karbówki miała czas przejrzeć księgę rachunkową zarządcy domu, przywołać służącego Emila, aby pokazać mu na lustrze błękitną mgłę. Pewnem okiem rzucała dokoła siebie spojrzenia, nie można jej było niemal nigdy wprowadzić w błąd. Potem zjadła śniadanie w wesołej samotności, rozkoszowała się wytrawnym Vouvray’em i czerwcowemi poziomkami, podanemi z łodygami na półmisku z Rubelles, zielonym jak wilgotna, zielona żaba. Jakiś prawdziwy smakosz musiał wybrać niegdyś dla tego kwadratowego pokoju wielkie lustra w stylu Ludwika XVI-go i angielskie meble z tej samej epoki, wysokonogie stoły do odstawiania, chude i mocne stołki, wszystko z drzewa prawie czarnego, z ozdobnemi girlandami. Lustra i masywne srebro stały w oślepiającem jasnem świetle, oblane zielonemi refleksami drzew avenue Bugeaud i Lea badała w czasie jedzenia czerwony pył, który przylepił się do zębów widelca, przymykała jedno oko, aby zobaczyć, czy ciemna tafla podłogi jest należycie wygładzona. Stojący za nią zarządca bał się tych igraszek. — Marceli, — rzekła Lea. — Twój wosk schnie od ośmiu dni. — Pani tak sądzi? — Pani tak sądzi. Weź trochę terpentyny a wytrze się lepiej. Wyjąłeś Vouvray’a trochę za wcześnie z piwnicy. Zasuń firanki, skoro posprzątasz, bo jest za gorąco. — Słucham pani. Czy pan Ch... pan Peloux będzie jadł tutaj? Tak sądzę... Żadnego „crême surprise“ dzisiaj wieczorem. Proszę nam zrobić tylko sorbet z esencją poziomkową. Kawę w buduarze. Kiedy wstała, wielka i sztywna, a pod silnie przylegającemi do bioder sukniami widzieć można było nogi, odczuła zadowolenie, czytając w powściągliwem spojrzeniu zarządcy „Pani jest piękna“. Nie można powiedzieć, aby się jej to nie podobało. „Piękna“, pomyślała Lea, w drodze do swego buduaru. „Teraz już nie, teraz potrzebuję bielidła w pobliżu twarzy i bardzo matowego różu na dessous i su- kien domowych. Piękna... Ba... Tego już obecnie nie potrzebuję....“ Mimo to nie zażyła po kawie i gazetach żadnego wypoczynku w buduarze z malowanym jedwabiem. Jak gdyby ruszała do bitwy, rzuciła szoferowi rozkaz: — Do pani Peloux! Aleje Lasku, suche pod nową zielenią czerwcową, którą przewiał wiatr, rogatka celna, Neuilly, bulwar Inkermanna... „Jak często jeździłam już tą drogą?“ pomyślała Lea. Liczyła, wkońcu znużyła się liczeniem; potem zatrzymała swoje kroki na żwirze ogrodowym pani Peloux i słuchała szmerów, dolatujących z domu. — Są w hallu, — rzekła. Nałożyła przedtem nieco pudru na twarz i spuściła błękitną woalkę aż do brody: delikatna siatka podobna jest do lekkiej mgły. I odpowiedziała służącemu, który prosił ją, aby szła przez dom: „Nie, wolę iść przez ogród.“ Prawdziwy ogród, niemal park, otaczał wielką, białą jak śnieg, paryską willę podmiejską. W czasach, gdy Neuilly było jeszcze przedmieściem Paryża, nazywano willę pani Peloux „posiadłością na wsi“. Stajnie zmieniły się w garaże, zabudowania gospodarskie z psiemi budami i pralniami, jak również rozmiary sali bilardowej, tarcic i jadalni, świadczyły jeszcze o tem. — Pani Peloux ma przynajmniej coś za swoje pieniądze, — paplali umyślnie starzy pasożyci, którzy za obiad i kieliszek koniaku przychodzili grać z nią w „bezique“ lub pokera. I dodawali: „Ale gdzie to pani Peloux niema pieniędzy?“ Gdy Lea szła w cieniu akacyj, między gąszczami rozkwitniętych rododendronów i łuków różanych, słuchała szmeru głosów, przerywanych nosową trąbką Peloux i sucho trzaskającym śmiechem Cheri’a. „Ten dzieciak ma wstrętny śmiech“, pomyślała. Przystanęła na chwilę, aby posłuchać lepiej nowego, słabego, miłego, kobiecego dźwięku głosu, który przygłuszyła szybko straszliwa trąbka. „To jest ta mała“, pomyślała Lea. Zrobiła parę szybkich kroków i stanęła na progu oszklonego hallu, z którego wybiegła ku niej z krzykiem pani Peloux: — Oto nasza piękna przyjaciółka. Ta baryłka, pani Peloux, właściwie panna Peloux, była od dziesiątego do szesnastego roku swego życia tancerką. Lea doszukiwała się niekiedy w pani Peloux tego, czem przypominała dawnego jasnego, pucołowatego, małego Erosa, ale znajdowała tylko wielkie, nieubłagane oczy, delikatny, twardy nos i pewien kokieteryjny sposób stawiania nóg w „piątkę“, jak to robią baletnice. Cheri podniósł się z szezlonga, z wymuszonym wdziękiem pocałował Leę w rękę i zepsuł swój gest słowami: — Do licha! Masz znowu na twarzy woalkę, nienawidzę tego! — Zostawże ją w spokoju, — wmieszała się pani Peloux. — Nie pyta się kobiety, dlaczego nosi woalkę! My nie zrobiłybyśmy tego nigdy! — rzekła pieszczotliwie do Lei. Dwie kobiety wstały w jasnym cieniu słomianych firanek. Jedna, w sukni barwy malwy, podała dość chłodno rękę Lei, która zmierzyła ją od stóp do głów. — Mój Boże, jaka pani jest piękna, Marie-Laure, niema nic doskonalszego od pani! Marie-Laure raczyła się uśmiechnąć. Była to młoda, rudowłosa kobieta z brunatnemi oczyma, która czarowała, jakkolwiek nie poruszała się ani nie mówiła. Wskazała, jakby z kokieterji, inną młodą kobietę: — Poznałaby pani moją córkę Edmeé? — zapytała. Lea podała młodej dziewczynie rękę, którą uścisnięto z wahaniem: — Musiałabym panią poznać, moje dziecko, ale młoda dziewczyna, która była na pensji, zmienia się szybko — a Marie-Laure zmienia się za każdym razem, aby za każdym razem wprawiać w coraz większe zdumienie. Więc nie potrzebuje już pani pensji? — Przypuszczam, że tak, przypuszczam, że tak, — zawołała pani Peloux. — Nie można przecież trzymać wiecznie pod korcem tego światła, tego wdzięku, tej urody, tego cudu, który liczy dziewiętnaście wiosen. — Ośmnaście! — zaświergotała Marie-Laure. — Ośmnaście, ośmnaście!... Naturalnie, że ośmnaście! Pamiętasz Leo, dziecko to szło do pierwszej komunji, gdy Cheri uciekł ze szkoły, przypominasz sobie jeszcze? Tak, niesforny hultaju, uciekłeś, a my obie nie mogłyśmy się uspokoić! — Przypominam sobie doskonale, rzekła Lea i zamieniła z Marie-Laure jakiś lekki znak głową — coś w rodzaju „dotknięcia“ rycerskich szermierzy. — Trzeba ją wydać zamąż, trzeba ją wydać zamąż! — ciągnęła dalej pani Peloux, która powtarzała fundamentalną prawdę najmniej dwa razy. — Przyjdziemy wszyscy na wesele! Wywijała małemi ramionami, a młoda dziewczyna patrzyła na nią z naturalną odrazą. „To jest odpowiednia córka dla Marie-Laure“, myślała bardzo uważnie Lea. Posiada dyskretne to wszystko, co matka jaskrawe. Puszyste, barwy popiołu, jakby upudrowane włosy, niespokojne, ukrywające się oczy, i usta, które nie chcą mówić ani się uśmiechać... Tego właśnie potrzebowała Marie-Laure, która mimo to musi jej nienawidzieć...“ Pani Peloux rzuciła między Leę a młodą dziewczynę macierzyński uśmiech: — A ile te dwa dzieciaki nabroiły się razem w ogrodzie! Wskazała Cheri’a, który stał przed szklaną ścianą i palił papierosa. Trzymał koniec papierosa w zębach i odrzucał wtył głowę, aby uniknąć dymu. Trzy kobiety przypatrywały się młodemu człowiekowi, który z odrzuconą wtył głową, z wpółprzymkniętemi oczami i ciasno zwartemi, nieruchomemi nogami wyglądał jak skrzydlata, bujająca, śpiąca w powietrzu postać... Lea nie myliła się zupełnie co do zmieszanego, pokonanego wyrazu oczu młodej dziewczyny. Pozwoliła sobie na żart i dotknięciem w ramię wywołała w niej dreszcz. I Edmeé zadrżała cała, cofnęła swoje ramię i rzekła bardzo cicho, ale dziko: — Co? — Nic, odparła Lea. — Upadły mi rękawiczki. — Chodźmy, Edmeé, — rozkazała niedbale Marie-Laure. Młoda dziewczyna zbliżyła się milcząca i posłuszna do pani Peloux, która zatrzepotała rękawami: — Już? Ależ nie! Zobaczymy się przecież! Zobaczymy się przecież! — Późno już, — rzekła Marie-Laure. — A powtóre oczekuje pani zawsze w niedzielę popołudniu wiele gości. To dziecko nie jest jeszcze przyzwyczajone do wielkiego świata... — Tak, tak, — zawołała pieszczotliwie pani Peloux. — Musiała żyć taka sama, taka odosobniona! Marie-Laure uśmiechnęła się, a Lea spojrzała na nią, jak gdyby chciała powiedzieć: „Teraz kolej na panią!“ — ...Ale przyjdziemy wkrótce znowu. — W czwartek, w czwartek! Leo, czy przyjdziesz również w czwartek na śniadanie? — Przyjdę, — odparła Lea. Na progu hallu Cheri zbliżył się do Edmeé; stał przy niej, gardząc rozmową. Kiedy usłyszał przyrzeczenie Lei, odwrócił się: — Doskonale. Zatem będziemy mogli urządzić wycieczkę, — zaproponował. — Tak, tak, to stosowne w waszym wieku, — potwierdziła wzruszona pani Peloux. — Edmeé pójdzie naprzód z Cherim, on nas poprowadzi, a my pójdziemy wszyscy z tyłu. Miejsce dla młodzieży! Miejsce dla młodzieży! Proszę cię, kochany Cheri, rozkaż, aby zajechał powóz Marie-Laure. Chociaż małe i okrągłe jej nogi zapadały się w żwirze ścieżki, odprowadziła swoich gości aż do zakrętu aleji, potem pozostawiła obie panie Cheri’emu. Gdy wróciła, Lea zdjęła kapelusz i zapaliła papierosa. — Jacy oni oboje są piękni! — rzekła zadyszana pani Peloux. — Prawda, Leo? — Zachwycający, wyrzuciła Lea wraz z kłębem dymu. — Ale ta Marie-Laure! Wrócił Cheri: — Cóż to zrobiła Marie-Laure? — zapytał. — Piękność! — Tak, tak, — przyznała pani Peloux. — To prawda, to prawda... Była niegdyś bardzo piękna! Cheri i Lea spojrzeli na siebie i zaśmiali się. — Była! — podkreśliła Lea. — Ależ to uosobienie młodości! Niema ani jednej zmarszczki! Może nosić najdelikatniejszy kolor malinowy, ten ohydny kolor, którego nienawidzę i w którym nie jest mi do twarzy! Wielkie, nieubłagane oczy i wąski nos podniosły się z nad kieliszka koniaku: — Uosobienie młodości, uosobienie młodości! — skrzeczała pani Peloux. — Przepraszam! Przepraszam! Marie-Laure urodziła Edmeé w 1895, nie — w 1894. Wyfrunęła wtedy właśnie z jakimś nauczycielem śpiewu i porzuciła Khalila-Beya, który podarował jej słynny różowy diament, który... nie! nie! czekaj!... ..było to rok wcześniej! Trąbiła fałszywie i głośno. Lea zatkała ręką ucho a Cheri oświadczył złośliwie: — Takie popołudnie byłoby istotnie zbyt piękne, gdyby nie istniał głos mojej matki. Spojrzała na syna bez gniewu, była przyzwyczajona do jego bezczelności. Usiadła z godnością w fotelu, który był wysoki na jej krótkie nogi. W ręce grzała kieliszek czerwonego wina. Lea, rozparta w leżaku, rzucała od czasu do czasu spojrzenie na Cheri’a, który leżał niedbale w trzcinowym fotelu, z otwartą kamizelką, z napół wygasłym papierosem w ustach, z kosmykiem włosów nad brwiami — i w duchu traktowała go w sposób pochlebny jako hołotę. Siedzieli tak przy sobie, nie robiąc najmniejszego wysiłku, aby się podobać lub mówić, spokojni i jakoś szczęśliwi. Byli do siebie oddawna przyzwyczajeni i zdani na milczenie: Cheri stał się leniwy a Lea wypogodzona. Z powodu wzrastającego gorąca pani Pe- loux podciągnęła ciasną suknię aż do kolan i pokazała swoje małe łydki marynarza, a Cheri zerwał z wściekłością krawat, ruch, który Lea zganiła mlaśnięciem języka. — Ależ daj pokój małemu, — zaprotestowała jakby z głębi snu pani Peloux. — Jest tak gorąco... Chcesz kimono, Leo? — Nie, dziękuję, czuję się wybornie. To popołudniowe opuszczenie sprawiało jej przykrość. Nigdy jeszcze młody jej kochanek nie zastał jej zaniedbanej, ani w rozpiętej sukni, ani w dzień w pantoflach. „Można być nagą, mawiała, ale nigdy w rozpiętej sukni“. Wzięła znów do ręki ilustrowane pismo, ale nie czytała. „Bierze się matkę Peloux i jej syna do dobrze nakrytego stołu na wieś i bęc: matka rozpina swój gorset a syn kamizelkę. Szynkarze na wywczasach“. Podniosła mściwe oczy na rzekomego szynkarza i spostrzegła, że śpi: rzęsy opadły na białe policzki, usta były zamknięte. Rozkoszny łuk oświetlonej z dołu górnej wargi przytrzymywał na swoich krańcach dwa srebrzyste punkty i Lea musiała przyznać, że podobny jest raczej do Boga niż do handlarza win. Nie wstając, wyjęła spiesznie Cheriému palący się papieros z palców i wrzuciła go do popielniczki. Ręka śpiącego rozprężyła się i opuściła jak zwiędłe kwiaty swoje utoczone, w drapieżne paznokcie uzbrojone palce. Ręka nie była wcale kobieca, ale nieco piękniejsza, niżby to sobie należało życzyć, ręka, którą Lea całowała stokrotnie bez uniżoności, tylko dla przyjemności i zapachu.... Spojrzała z ponad gazety na panią Peloux. „Czy ta śpi również?“ Lea lubiła, gdy siesta matki i syna użyczała jej, czuwającej, godzinę moralnej samotności wśród gorąca, cienia i słońca. Ale pani Peloux nie spała. Siedziała po budyjsku na swojem krześle, patrzyła prosto przed siebie i chlipała swój koniak z pilnością alkoholicznego niemowlęcia. „Dlaczego ona nie śpi“, myślała Lea. „Jest niedziela, zjadła dobre śniadanie. Czeka na przyjęcie swoich starych pudeł o piątej godzinie. Powinna zatem spać. A ponieważ nie śpi, knuje coś złego“. Znały się od dwudziestu pięciu lat. Wroga poufałość dwu lekkomyślnych kobiet, które jeden mężczyzna obdarza najpierw suto a potem opuszcza, a inny mężczyzna rujnuje wkońcu — zjadliwa wrogość rywalek, czyhających na pierwszą zmarszczkę i pierwszy biały włos. Koleżeństwo trzeźwo myślących kobiet, znających się na operacjach finansowych, z których jedna była skąpa, a druga marnotrawna... Takie węzły są ważne. I inny silniejszy węzeł łączył je na stare lata: Cheri. Lea pamiętała Cheri’a jako dziecko, ten cud z długiemi włosami. Jako całkiem malutki nie nazywał się jeszcze Cheri, ale Fred. Cheri, którego raz zapominano, to znów uwielbiano, wyrósł wśród bezbarwnych pokojówek i długich, sardonicznych służących. Jakkolwiek przez swoje urodzenie w tajemniczy sposób wniósł do domu bogactwo, nie widziano żadnej miss, żadnej panny przy Cherim, którego z głośnym krzykiem chroniono przed temi „czarownicami.... „Karolino Peloux, kobieto z innego stulecia“, zwykł mawiać poufale stary, wyniszczony, wyczerpany i niezużyty baron de Berthellemy, „Karolino Peloux, witam w pani jedyną kobietę lekkich obyczajów, która odważa się wychowywać syna jak dziecko ladacznicy! Kobieto z innej epoki, pani nie czyta, nie podróżuje nigdy, pani troszczy się tylko o jednego bliźniego i pozwala wychowywać syna lokajom. Jakie to czyste! Cały About! Nawet cały Gustaw Droz! A przytem nie wie pani nawet, co to jest!“ Cheri poznał więc wszystkie przyjemności bezwstydnego dzieciństwa. Seplenił jeszcze, gdy przyswoił sobie ordynarną paplaninę oficyn. Brał udział w potajemnych pijatykach kuchni. Kąpano go w wannie matki w mleku liljowem, wycierano go pobieżnie rożkiem ręcznika. Napychał się cukierkami i dostawał kurczów żołądkowych, ponieważ zapominano dać mu jeść. Napół nagi i zaziębiony nudził się na zabawach kwiatowych, na których Karolina Peloux sadzała go na wilgotnych różach i podawała dokoła. Ale było i tak, że w dwunastym roku życia bawił się po królewsku w tajnym klubie gry, gdzie pewna Amerykanka dała mu do grania pełną garść złotówek i nazwała go „małem arcydziełem“. W tym samym czasie dała pani Peloux swojemu synowi jako nauczyciela domowego pewnego duchownego, którego oddaliła po upływie pół roku, „ponieważ — jak mówiła — ta czarna sutanna, wlokąca się przez cały dom, wywoływała we mnie uczucie, jak gdybym przyjęła ubogą krewną — a Bóg świadkiem, że niema nic smutniejszego nad ubogą krewną w domu“. Mając czternaście lat odważył się Cheri uczęszczać do gimnazjum. Nie miał wielkiego zaufania. Nie znosił więzienia i zwiał. Pani Peloux nie miała sił zamykać go na nowo, uciekała nawet przed łzami i wyzwiskami swego syna i krzyczała: „Nie mogę na to patrzeć, nie mogę na to patrzeć!“ Okrzyk ten był tak szczery, że istotnie opuściła Paryż, naturalnie w towarzystwie pewnego mało uczciwego młodego człowieka. W dwa lata potem wróciła sama. Była to jej ostatnia miłość. Tymczasem Cheri wyrósł za prędko. Był chudy, a podkrążone jego oczy wyglądały jak wyszminkowane. Nosił ubrania sportowe i używał bardziej nieokrzesanych wyrażeń, niż kiedykolwiek. Uderzyła się w piersi i zabrała Cheri’a z internatu. Przestał zupełnie pracować, zażądał konia i powozu, strojów i stałej pensji miesięcznej, a gdy tylko matka zaczęła bić się w piersi i wołać o pomoc krzykiem pawicy, przerywał jej następującemi słowami: — Tylko nie denerwować się, pani Peloux. Czcigodna pani, jeśli to rzeczywiście zależy tylko odemnie, abyś miała umrzeć biedna i opuszczona, to uśmiecha ci się spokojna śmierć pod twoją amerykańską derą. Nie lubię opiekuna sądowego. Twoja „flota“ jest moją. Pozwól mi tylko robić, co uważam za stosowne. Przyjaciół zaspokaja się obiadami i szampanem. A co do kobiet, nie chciałabyś chyba, pani Peloux, abym wychowany tak, jak ty mnie wychowałaś, robił wszystko dla ich pięknych oczu — też coś! Zakręcił się w kółko, gdy ona wylewała słodkie łzy i oświadczyła, że jest najszczęśliwszą z matek. Gdy Cheri zaczął kupować samochody, zadrżała znowu, ale on poradził jej: „Uważać na benzynę, pani Peloux!“ i sprzedał swoje konie. Nie wahał się przetrząsać książeczki rachunkowe obu szoferów: liczył szybko, dokładnie, a wysokie, grube, zwinne cyfry, które rzucał na papier, objawiały silne postanowienie dużem, niedbałem swojem pismem. Miał zaledwie siedmnaście lat, a był już małym starcem, ostrożnym rentierem. Zawsze piękny, ale chudy, o krótkim oddechu. Niejeden raz spotykała go pani Peloux na schodach, wracającego z piwnicy, w której liczył butelki wina. — Cóż ty myślisz, — mawiała pani Peloux do Lei — on jest zbyt piękny! — Nawet zanadto, — odpowiadała Lea, — to się skończy źle. Cheri, pokaż język. Wystawiał go z grymasem pogardliwym i wśród innych złych manier, które nie raziły wcale Lei, bardzo poufałej przyjaciółki, jakby matki chrzestnej, której mówił „ty“. — Czy to prawda, — zapytała raz Lea, — że widziano cię tej nocy w barze, siedzącego na kolanach starej Lili? — Na kolanach! — drwił Cheri. — Już oddawna Lili niema kolan. Roztopiły się. — Czy to prawda, — nalegała surowiej Lea — że kazała ci pić gin z pieprzem? Wiesz przecie, że czuć z tego potem z ust? Pewnego razu dotknięty Cheri odpowiedział na pytania Lei: — Nie wiem dlaczego pytasz mnie o to wszystko, widziałaś bardzo dobrze, co robiłem, ponieważ siedziałaś w małej loży w głębi z bokserem Patronem! — Istotnie, — odparła niewzruszona Lea. — Patron niema w sobie nic z małego, słodkiego chłopaka, rozumiesz? Ma on inne powaby prócz zuchwałej buzi i podbitych oczu. Tego tygodnia hulał Cheri na Montmartrze i w Halach, z damami, które nazywały go „mój mały“ i „mój rozpustnik“, ale nie zażył żadnej przyjemności, cierpiał na migrenę i kaszlał. A pani Peloux, która zwierzyła się z swojemi nowemi obawami swojej masażystce, pani Ribot, swojej gorseciarce, starej Lili, i wychudłemu Berthelemy: „Ach to życie, jakaż to droga krzyżowa dla nas matek!“ przeszła lekko z stanu najszczęśliwszych matek do stanu matki — męczenniczki. Pewien wieczór czerwcowy, który złączył w oranżerji w Neuilly panią Peloux, Leę i Cheri’a, zmienił losy młodego człowieka i dojrzałej kobiety. Ponieważ przypadek rozprószył owego wieczora „przyjaciół“ Cheri’a — małego handlarza likierów en gros, młodego Bostera i wicehrabiego Desmonda, ledwie pełnoletniego, wymagającego i aroganckiego pasożyta — Cheri przyszedł do domu matki, dokąd przyzwyczajenie sprowadziło również Leę. Dwadzieścia lat, przeszłość złożona z takich samych milczących wieczorów, brak stosunków, niedowierzanie i to zmęczenie, które osamotniają przy końcu życia kobiety, które kochały tylko miłość, wszystko to skupiło jeszcze raz tego wieczora te kobiety, które czekały, podejrzywając się wzajemnie, na inny taki sam wieczór... Obie przypatrywały się milczącemu Cheriemu, a pani Peloux, która nie miała sił ani powagi, aby pielęgnować swego syna, ograniczała się do tego, że nienawidziła trochę Lei, ilekroć jakiś gest zbliżał do bladego policzka i przeźroczystego ucha Cheri’a biały kark i różowy policzek Lei. Chętnie puściłaby trochę krwi z tej silnej szyji kobiety, na której naszyjniki Wenery zaczynały ryć pręgi w ciele, aby powlec różową barwą smukłą, zieleniejącą lilję — ale nie myślała nawet o tem, aby uwolnić swego ukochanego. — Cheri, dlaczego pijesz wódkę? — gderała Lea. — Aby nie sprawiać przykrości pani Peloux, która musiałaby pić sama, — odpowiedział Cheri. — Co robisz jutro? — Nie wiem. A ty? — Jadę do Normandji. — Z kim? — To ciebie nie obchodzi. — Z naszym kochanym Spelejewem? — Och, spóźniłeś się, skończyło się z nim już przed dwoma miesiącami. Spelejew jest w Rosji. — Mój Cheri, gdzie ty podziałeś głowę! — westchnęła pani Peloux. — Zapomniałeś o uroczym obiedzie pożegnalnym, na który zaprosiła nas Lea ubiegłego miesiąca. Leo, nie dałaś mi przepisu na sporządzanie langust, które mi tak smakowały! Cheri podniósł się z błyszczącemi oczyma: — O tak, langusty z sosem śmietankowym. Zjadłbym je teraz! — Widzisz, — rzekła z wyrzutem pani Peloux — on ma tak mało apetytu, a zjadłby langusty... — Spokój! — rozkazał Cheri. — Leo, jedziesz na wywczasy z Patronem? — Ależ nie, mój mały. Patron i ja — to czysta przyjaźń. Jadę sama. — Bogata kobieta, — wtrącił Cheri. — Wezmę cię, jeśli chcesz, będziemy tylko jeść, pić, spać... — Gdzie jest ten twój kącik rodzinny? Wstał i stanął przed nią. — Wiesz, gdzie jest Honfleux? wybrzeże Grâce? Tak?... Siadaj, nie masz zielonego pojęcia. Znasz dobrze na wybrzeżu Grâce tę furtkę ogrodową, przed którą twoja matka i ja rozmawiałyśmy zawsze mimochodem.... Zwróciła się w stronę pani Peloux: pani Peloux zniknęła. Ten sposób dyskretnej ucieczki, to zniknięcie, odpowiadały tak mało zwyczajom Charlotty Peloux, że Lea i Cheri spojrzeli na siebie i zaśmiali się ze zdumienia. Cheri usiadł koło Lei. — Jestem zmęczony, — rzekł. — Niszczysz się, — rzekła Lea. Wstał znów pełen pychy: — Och, słuchaj, wyglądam jeszcze dość dobrze. — Dość dobrze.... może dla innych.... ale.... nie, naprzykład dla mnie. — Jestem zbyt zielony? — Właśnie brakowało mi tego słowa. Chcesz pojechać ze mną na wieś? Dobre poziomki, świeża śmietana, torty, smażone kurczęta... Zdrowe odżywianie się i żadnych kobiet! Osunął się na ramię Lei i przymknął oczy. — Żadnych kobiet... do licha... Słuchaj Leo, czy ty jesteś bratem? Tak? Zatem jedźmy. Kobiet nie mogę znieść.... Już dość kobiet widziałem. Mówił te wstrętne rzeczy znużonym głosem. Lea słuchała pełnego i słodkiego jego dźwięku i czuła na uchu ciepły jego dech. Wziął w rękę długi naszyjnik Lei i przesuwał w palcach grube perły. Wsunęła swoje ramię pod głowę Cheri’a i przycisnęła ją do siebie, bez żadnej ukrytej myśli, ufna przyzwyczajeniu do tego dziecka, i kołysała go. — Dobrze mi tak, — westchnął. — Jesteś bratem, czuję się dobrze.... Uśmiechnęła się, jakby usłyszała bardzo cenną pochwałę. Cheri zasypiał. Przypatrywała się zbliska błyszczącym rzęsom, niemal wilgotnym, opadającym na policzki, tym wychudłym policzkom, noszącym na sobie ślady zmęczenia pozbawionego szczęścia. Górna warga, ogolona rano, błękitniała już, a różowe lampy zabarwiały usta sztuczną krwią.... — Żadnych kobiet! — oświadczył Cheri jakby we śnie. — A więc.... pocałuj mnie! Zaskoczona tem Lea nie poruszyła się. — Mówię ci, pocałuj mnie! Rzucił ten rozkaz ze zmarszczonemi brwiami a blask nagle otwartych jego oczu oślepił Leę jak gwałtownie zapalone światło. Wzruszyła ramionami i złożyła pocałunek na bliskim czole. Zaplótł ramiona dokoła szyji Lei i przechylił ją ku sobie. Potrząsała głową, ale tylko do chwili, gdy usta ich złączyły się. Wówczas znieruchomiała naraz i wstrzymała oddech jak ktoś, kto słucha. Kiedy ją puścił, odsunęła go od siebie, wstała, odetchnęła głęboko i poprawiła fryzurę, która nie była rozburzona. Potem odwróciła się nieco blada i z pociemniałemi oczyma i rzekła żartobliwym tonem: — To sprytnie! Leżał w głębi szezlonga i milczał, ogarniając ją żywem spojrzeniem, tak pełnem pogardy i znaków zapytania, że po chwili rzekła: — Co? — Nic, — rzekł Cheri. — Wiem to, co chciałem wiedzieć. Zaczerwieniła się upokorzona i broniła się zręcznie: — Wiesz co? że twoje usta podobają mi się? Mój biedny mały, całowałam wstrętniejsze. Czego to dowodzi? Sądzisz, że padnę do twoich nóg i zawołam: bierz mnie! Ale ty znasz tylko młode dziewczęta, co? Jak możesz sądzić, że stracę głowę dla jednego pocałunku!.... Uspokoiła się, mówiąc to, i chciała objawić zimną krew. — Słuchaj, mały, — nalegała, nachyliwszy się ku niemu — sądzisz, że dobre usta są czemś rzadkiem w moich wspomnieniach? Uśmiechała się do niego z góry, pewna siebie, ale nie wiedziała, że na twarzy jej pozostało coś, jakby bardzo lekkie drganie, powabny ból, i że uśmiech jej podobny był do tego, który następuje po atakach płaczu. — Jestem zupełnie spokojna, — ciągnęła dalej. — Nawet, gdybym cię raz pocałowała, nawet gdybyśmy.... Urwała i zrobiła pogardliwą minę. — Nie, nie wyobrażam sobie ciebie w tej pozycji. — Nie wyobrażałaś sobie również w tej, jaka była przed chwilą, — rzekł, nie spiesząc się, Cheri. — A mimo to przetrwałaś w niej dobrą chwilę. A więc myślisz o drugiej? Ja nie mówiłem ci nic o tem. Zmierzyli się wrogim wzrokiem. Lea lękała się objawić pożądanie, którego nie miała czasu podsycić ani ukryć, była zła na to dziecko, które ochłódło w jednej chwili, a może stało się szydercze. — Masz słuszność, — przyznała bez wahania. — Nie myślmy o tem. Ofiarowuję ci więc, jak już mówiliśmy, zieloną trawkę, gdzie będziesz mógł oddychać świeżem powietrzem, i stół.... Mój stół. — Można zobaczyć, — odparł Cheri. — Wziąć z sobą odkrytego Renaulta? — Naturalnie, nie zostawisz go Charlocie. — Zapłacę benzynę, ale ty będziesz żywić szofera. Lea wybuchnęła śmiechem. — Ja będę żywić szofera! Ach, ach, ty nieodrodny synu pani Peloux! Nie zapominasz o niczem... Nie jestem ciekawa, ale chciałabym słyszeć, jaka może być rozmowa miłosna między jakąś kobietą a tobą! Padła na krzesło i zaczęła wachlować się. Ćma i wielkie, długonogie komary krążyły dokoła lamp a ogród pachniał z powodu zbliżającej się nocy wonią wsi. Wpadł zapach akacyj, tak wyraźny i silny, że odwrócili się oboje, jak gdyby chcieli zobaczyć go wchodzącego. — To jest akacja z różowemi kwiatami, — rzekła półgłosem Lea. — Tak, — rzekł Cheri. Ale ile ona napiła się dzisiaj wieczorem zapachu kwiatu pomarańczowego! Spojrzała na niego, pełna podziwu, że wpadł na to. Wdychiwał zapach jak szczęśliwa ofiara, a Lea odwróciła się z obawy, aby jej nie przywołał. Ale przywołał ją mimo to i przyszła. Zbliżyła się do niego, aby go pocałować. Było w tem wiele złośliwości, egoizmu i mściwych myśli: „Poczekaj tylko.... To istotnie prawda, że masz dobre usta, ale tym razem ja zadowolnię się niemi, ponieważ mam ochotę, a potem porzucę cię, zadrwię sobie z ciebie, pójdę....“ Pocałowała go tak mocno, że rozłączyli się pijani, oszołomieni, zadyszani, drżący, jak gdyby się bili.... Stanęła znów przed nim. Nie poruszyła się, leżał wciąż w głębi szezlonga i wyzywał ją cicho: „No?... No?...“ Była przygotowana na to, że ją zwymyśla. Ale on wyciągnął do niej ramiona, otworzył swoje piękne, niepewne ręce, przechylił wtył urażoną głowę i ukazał między rzęsami podwójną iskrę dwu łez, a tymczasem szeptał słowa, skargi, cały zwierzęcy i miłosny śpiew, w którym rozróżniała swoje nazwisko i słowa „najdroższa“, „chodź“, „nie opuszczę cię“, śpiew, którego słuchała pochylona i pełna lęku, jak gdyby dotknęła go przez nieuwagę. Ilekroć Lea przypominała sobie pierwsze lato w Normandji, stwierdzała bezstronnie: „Miałam już gorsze i bardziej komiczne niemowlęta niż Cheri. I milsze i inteligentniejsze. A jednak nie miałam jeszcze takiego jak ten“. — To komiczne, — zwierzyła się przy końcu tego lata 1906 roku Berthelemy’emu — są chwile, w których wydaje mi się, że leżę w łóżku z murzynem albo Chińczykiem. — Miałaś już murzyna lub Chińczyka? — Nigdy. — A więc? — Nie wiem. Nie mogę ci wytłómaczyć. To jest takie wrażenie. Wrażenie, którego doznała powoli, równocześnie ze zdumieniem, którego nie umiała nigdy ukryć. Pierwsze wspomnienia z ich idylli obfitowały wyłącznie w obrazy wyszukanych potraw, doborowych owoców, w troski gospodyń-smakoszek. Widziała przed sobą Cheri’a, jeszcze bledszego niż w pełnem słońcu, wyczerpanego, wlokącego się normandzkiemi alejami grabowemi, zasypiającego na gorących ocembrowaniach studzień. Lea budziła go, aby go napychać poziomkami, śmietaną, świeżem mlekiem i kurczętami karmionemi ziarnem. Jak przybity śledził wielkiemi oczyma przy obiedzie lot ważek dokoła kosza z różami, spoglądał na zegarek na ręce, czy jest już godzina udania się na spoczynek, gdy tymczasem Lea, rozczarowana, ale nie rozgniewana, myślała o przyrzeczeniach, których nie dotrzymał pocałunek w Neuilly i czekała cierpliwie: „Do końca sierpnia potrzymam go w kojcu. A potem, uf, w Paryżu, oddam go jego drogim studjom“... Udawała się litościwie wcześnie na spoczynek, aby Cheri, który szukał u niej przytułku, wyżłabiając sobie egoistycznie czołem i nosem wygodne miejsce do snu, mógł zasnąć. Niekiedy, po zgaszeniu lampy, przypatrywała się tańczącej plamie księżyca na podłodze. Słuchała głośnych westchnień psów myśliwskich, wznoszących pierś Cheri’a i zmieszanych z szumem topól i ćwierkaniem świerszczy, nie ustających ani w dzień ani w nocy. „Co mi się stało, że nie śpię? myślała, nie wiedząc dlaczego. „To nie z powodu głowy tego małego, spoczywającej na mojem ramieniu, dźwigałam już cięższe... Jaka piękna pogoda... Zamówiłam dla niego na jutro rano dobrą zupkę. Nie czuć już tak bardzo jego boków. Dlaczego nie śpię? Ach, przypominam sobie, kazałam przyjść bokserowi Patronowi, aby wytrenował małego. Mamy czas, ja i Patron, aby wprawić w zdumienie panią Peloux....“ Zasypiała, wyciągnięta w świeżej pościeli, leżąc płasko na plecach, z czarną głową złego niemowlęcia na lewej swojej piersi. Zasypiała, obudzana niekiedy — ale jak rzadko! — wymaganiem Cheri’a o świcie. W drugim miesiącu wywczasów przybył istotnie Patron z wielką walizą, z półtorafuntowemi ciężarkami, czarnemi spodeńkami gimnastycznemi, czterouncjowe- wi rękawiczkami i skórzanemi trzewikami, przypinanemi do palców nóg. Patron posiadał głos młodej dziewczyny, długie rzęsy i miał tak piękną brunatną skórę jak jego waliza, iż nie wyglądał wcale nagi, gdy zdjął koszulę. I Cheri, raz kłótliwy, to znów słaby lub zazdrosny o spokojną siłę Patrona, zaczął niewdzięczną i bezpłatną gimnastykę powolnych i powtarzanych ruchów. — Raz... sss... dwa... sss... nie słyszę pańskiego oddechu... trzy... sss... Widzę, jak pańskie kolano ugina się... sss... Cień lip łagodził słońce sierpniowe. Gruby czerwony dywan, rzucony na żwir, barwił fioletowemi refleksami dwa nagie ciała nauczyciela i ucznia. Lea śledziła oczyma bardzo uważnie lekcję. W ciągu piętnastu minut boksowania Cheri, oszołomiony nowemi swojemi siłami, zawziął się, odważał się na zdradzieckie ciosy i poczerwieniał z gniewu. Patron przyjmował swingsy jak mur i z wyżyn swojej sławy olimpijskiej ciskał na Cheri’a burze silniejsze niż jego sławna pięść. — Ho! pan ma ciekawe lewe oko. Gdybym temu nie przeszkodził, byłoby się przypatrzyło, jak jest uszyta moja lewa rękawica. — Poślizgnąłem się, — wściekał się Cheri. — To nie zależy od równowagi, — ciągnął dalej Patron. — To zależy od charakteru. Pan nie będzie nigdy bokserem. — Moja matka sprzeciwia się temu, jakie to smutne! — Nawet gdyby pańska matka nie sprzeciwiała się, nie będzie pan bokserem, bo jest pan złośliwy. Złośliwość nie zgadza się z boksem. Prawda, pani Leo? Lea uśmiechała się i zażywała tej przyjemności, że było jej gorąco, że siedziała nieruchomo, że przypatrywała się zapasom dwóch nagich, młodych mężczyzn, których porównywała: „Jaki ten Patron jest piękny! Jest piękny jak dom. Mały sprawia się ładnie. Takich kolan niema wiele a ja znam się na tem. I biodra są... nie, będą cudowne... Gdzie go, u djabła, mogła wyłowić matka Peloux?... A nasada szyji! Prawdziwy posag. Jaki on jest zły! Kiedy się śmieje możnaby przysiąc, że to chart, który chce ugryźć....“ Czuła się szczęśliwa i macierzyńska, otulona spokojną cnotą. „Zamieniłabym go chętnie na innego“, myślała, patrząc na Cheri’a, nagiego po południu pod lipami, lub na Cheri’a, nagiego rano na gronostajowej kapie, albo też na Cheri’a, nagiego w nocy na krawędzi basenu z ciepłą wodą. „Tak, chociaż jest piękny, zamieniłabym go, gdyby nie wchodziło w grę sumienie“. Zwierzyła się z swoją obojętnością Patronowi. — Mimo to jest on z dobrej gliny, — oświadczył Patron. — Posiada już dzisiaj muskuły jak mężczyźni, którzy nie są stąd, jak ludzie kolorowi, chociaż trudno o człowieka bardziej białego. Małe muskuły, które nie zadziwiają. Nie dostanie nigdy bicepsów tak wielkich jak melony. — Spodziewam się, Patronie! Ale ja nie zaangażowałam go do boksu. — Oczywiście, — uspokoił ją Patron i spuścił swoje długie rzęsy. — Trzeba się liczyć z uczuciem. Znosił z przykrością lubieżne, nieosłonięte aluzje i uśmiech Lei, ów uporczywy uśmiech oczu, które zwracała na niego, gdy mówiła o miłości. — Oczywiście, — powtórzył Patron, — jeśli nie zadowalnia pani zupełnie... Lea zaśmiała się: — Zupełnie nie... Ale najpiękniejszą moją nagro- dą jest moja bezinteresowność, podobnie jak pańska, Patronie. — Och, ja... Lękał się i oczekiwał z upragnieniem pytania, które zaraz nastąpiło: — Zawsze to samo, Patronie? Wzbrania się pan? — Wzbraniam się, pani Leo. Z południową pocztą otrzymałem znowu list od Liany. Pisze, że jest sama, że nie powinienem być głupi, ponieważ dwaj jej przyjaciele są nieobecni. — A więc? — Więc myślę, że to nie jest prawda. Wzbraniam się, ponieważ ona się wzbrania. Wstydzi się, powiada, mężczyzny, który posiada zawód, a szczególniej zawód, który każe wstawać bardzo rano, ćwiczyć codziennie, dawać lekcje boksu i gimnastyki. Ledwie się spotkamy, rozgrywa się ta sama scena. „Pomyślą sobie naprawdę“, krzyczy, „że nie potrafię wyżywić mężczyzny, którego kocham!“ Jest to piękne uczucie, nie przeczę, ale to nie zgadza się z mojemi zamiarami. Każdy ma swoje dziwactwa. Jak to słusznie pani mówi, pani Leo: jest to kwestja sumienia. Gwarzyli półgłosem pod drzewami: on wstydliwy i nagi, ona ubrana na biało, z policzkami ubarwionemi mocnym różem. Zażywali wzajemnej przyjaźni, zrodzonej z równej skłonności do prostoty, zdrowia, do pewnego rodzaju szlachectwa niższych sfer. Mimo to Lea nie byłaby tem zdumiona, gdyby Patron przyjmował cenne podarunki od pięknej, bogatej Liany. „Jedno wzamian za drugie“. I usiłowała zwalczyć przy pomocy argumentów antycznej sprawiedliwości „dziwactwo“ Patrona. Ich powolne rozmowy, które obudzały każdym razem tych samych bogów, miłość i pieniądze, opuszczały pieniądze i miłość aby powrócić do Cheri’a, do jego nagannego wychowania, do jego „w istocie nieofenzywnej“ piękności, do jego charakteru, „który nie jest żadnym charakterem“, jak mawiała Lea. W rozmowach tych zadawalniali oboje swoją potrzebę zaufania i niechęć do nowych słów lub nowych myśli. Rozmowy te przerywało śmieszne pojawianie się Cheri’a. Gdy sądzili, że Cheri zasnął lub jedzie po jakiejś gorącej drodze, Cheri wyłaniał się półnagi, ale uzbrojony w książkę rachunkową i pióro za uchem. — Patrzcie no! — podziwiał Patron. — Wygląda jak kasjer. — Co ja widzę, — krzyczał zdaleka Cheri, — trzysta dwadzieścia franków za benzynę? Chyba ją piją? W przeciągu piętnastu dni wyjeżdżaliśmy cztery razy! I siedmdziesiąt siedm franków za naftę! — Samochód jeździ codziennie po zakupy, — odpowiedziała Lea. — A propos, mówią, że twój szofer wziął trzy razy ćwiartkę mięsa przy śniadaniu. Nie uważasz, że to narusza nieco nasze układy?... Kiedy nie przetrawiasz jakiegoś rachunku, jesteś podobny do swojej matki. Zamiast odpowiedzieć, stanął na chwilę niepewny, zataczając się na swoich delikatnych nogach, kołysany tym lotnym wdziękiem małego Merkurego, który wywoływał u pani Peloux omdlenie i pisk: „Jak ja w ośmnastym roku! Skrzydlate nogi! Skrzydlate nogi!“ Szukał jakiegoś zuchwalstwa i drżał na całej twarzy, z rozchylonemi ustami, z pochylonem naprzód czołem, w czujnej postawie, która ujawniała wyraźnie i osobliwie szatańskie zakrzywienie jego brwi wzniesionych aż do skroni. — Daj spokój, nie szukaj, — powiedziała dobrotliwie Lea. — Tak, nienawidzisz mnie. Chodź, pocałuj mnie. Piękny demonie. Strącony aniele. Mały głuptasie.. Szedł, zwyciężony dźwiękiem głosu i dotknięty słowami. Patron, stojąc przed parą, pozwalał znów zakwitnąć prawdzie na swoich czystych ustach: — Piękne ciało pozostanie pięknem ciałem. Ale kiedy tak patrzę na pana, panie Cheri, wydaje mi się, że gdybym był kobietą, powiedziałbym sobie: „Pojawię się znowu za dziesięć lat“. — Słyszysz, Leo, on powiada za dziesięć lat, — powtórzył Cheri, odsuwając od siebie zwieszoną głowę swojej kochanki. — Co ty myślisz o tem? Ale ona nie raczyła słuchać i głaskała ręką młode ciało, które zawdzięczało jej nową siłę. Głaskała wszędzie, policzki, nogi, biodra, z gorszącą przyjemnością mamki. — Jakie znajduje pan zadowolenie w tem, że jest pan złośliwy? — zapytał wtedy Cheri’a Patron. Cheri ogarnął powoli Herkulesa barbarzyńskiem, nieprzenikliwem spojrzeniem, a potem odpowiedział: — To mnie pociesza. Nie zrozumiesz tego. Istotnie, po trzech miesiącach poufałego współżycia nie zrozumiała Lea u Cheri’a niczego. Jeśli mówiła jeszcze Patronowi, który przychodził tylko w niedzielę i Barthelemy’emu, który przychodził niezaproszony, ale odchodził po dwóch godzinach, że „oddaje Cheri’a jego drogim studjom“, to z pewnego rodzaju tradycji i jakby dla usprawiedliwienia się, że zatrzymała go tak długo. Wyznaczała swoje terminy zwłoki, które za każdym razem przekraczała. Czekała. — Pogoda jest taka piękna... a powtóre zmęczyła go tak bardzo wycieczka do Paryża w ostatnim tygodniu... A zresztą lepiej będzie, jeśli się przesycę nim zupełnie.... Czekała napróżno, po raz pierwszy w życiu, na to, czego jej nigdy nie brakowało: na zaufanie, odprę- żenie, wyznania, szczerość, niedyskretne wylanie uczuciowe młodego kochanka — na te godziny całkowitej nocy, w której dziecinna wdzięczność młodzieńca wylewa bez pohamowania łzy, zwierzenia i urazy na rozpalone łono dojrzałej i pewnej przyjaciółki. — Miałam ich wszystkich, — myślała zrozpaczona, — wiedziałam zawsze, ile są warci, co myśleli i czego chcieli. A ten smarkacz, ten smarkacz... Tego byłoby już nieco za wiele. Silny teraz, dumny z swoich dziewiętnastu lat, wesoły przy stole, niecierpliwy w łóżku, nie dawał z siebie nic i był tajemniczy jak kurtyzana. Czuły? Tak, jeśli czułość może objawić się mimowolnym krzykiem i ruchem zamykających się ramion. Ale „złośliwość“ wracała u niego wraz ze słowami, i jego czujność, aby się nie dać ujarzmić. Ile to razy Lea trzymała o świcie w ramionach swego kochanka nasyconego, znużonego, o napół przymkniętem oku, o spojrzeniu i ustach, w które wracało życie, jak gdyby każdego rana i po każdym uścisku stawał się piękniejszy niż poprzedniego dnia, ileż to razy, sama zwyciężona o tej godzinie żądzą zdobywania i pragnieniem zwierzania się, opierała swoje czoło o czoło Cheri’a: — Mów... Mówże... Mówże mi coś... Ale wyznanie nie wyszło z sklepionych ust, żadne słowa, prócz nadąsanych lub pełnych upojenia przytyków i tego przezwiska „Niania“, które jej nadał, gdy był mały i które rzucał jej dzisiaj w chwili przyjemności, jak wołanie o pomoc. — Tak, zapewniam cię, Chińczyk albo Murzyn, — wyznawała Anthimowi de Berthellemy. I dodawała: „Nie mogę ci tego wytłómaczyć“, bo nie dbała o to i nie umiała określić niejasnego i silnego wrażenia, że Cheri ona nie mówili tym samym językiem. Kończył się wrzesień, gdy wrócili do Paryża. Cheri udał się do Neuilly, aby „olśnić“ zaraz pierwszego wieczora panią Peloux. Podnosił krzesła, miażdżył jednem uderzeniem pięści orzechy, skakał przez bilard i bawił się w ogrodzie w cow-boya, ścigając przerażone psy podwórzowe. — Uf! — wzdychała Lea, wracając sama do swego domu w aleji Bugeauda. — Jakie przyjemne jest puste łóżko! Ale nazajutrz wieczorem, gdy delektowała się swoją kawą o dziesiątej godzinie, broniąc się przed myślą, że wieczór jest długi a jadalnia przestronna, nagłe pojawienie się Cheri’a, który stanął w ramach drzwi, Cheri’a, który przybył na swoich skrzydlatych i milczących nogach, wydarło z jej ust nerwowy okrzyk. Zbliżył się do niej ani uprzejmy ani wymowny. — Oszalałeś? Wzruszył ramionami, nie raczył nawet wytłómaczyć się: przybiegł do niej. Nie zapytał jej: „Kochasz mnie? Zapomniałaś już o mnie?“ Przybiegł do niej. Po chwili leżeli w głębi wielkiego łóżka Lei, okutego w stal i miedź. Cheri udawał, że śpi, że się nudzi, aby móc lepiej zaciskać zęby i przymykać oczy, ogarnięty furją milczenia. Ale ona słuchała go mimo to, leżąc przy nim, słuchała z zachwytem lekkiego drżenia dalekiego i jakby uwięzionego zgiełku, którym rozbrzmiewa ciało, przeczące swojemu lękowi, swojej wdzięczności i miłości. — Dlaczego twoja matka nie powiedziała mi sama wczoraj wieczorem w czasie obiadu? — Uważa za bardziej stosowne, jeśli ja to zrobię. — Nie? — Tak ona mówi. — A ty? — Co, ja? — Ty uważasz to również za bardziej stosowne? Cheri spojrzał na Leę wzrokiem niepewnym. — Tak. Namyślał się jakby i powtórzył: — No tak, to lepiej. Aby go nie krępować, Lea odwróciła oczy ku oknu. Gorący deszcz zaczerniał ten sierpniowy ranek i padał równo na trzy pożółkłe już platany, rosnące na zadrzewionem podwórzu. „Wydaje się, jak gdyby była jesień“, zauważyła Lea i westchnęła. — Co ci się stało? — zapytał Cheri. Spojrzała na niego zdumiona: — Nic, nie lubię deszczu. — Ach, tak, bo myślałem... — Co myślałeś? — Myślałem, że masz zmartwienie. Nie mogła się powstrzymać od tego, aby wybuchnąć szczerym śmiechem. — Że martwię się, ponieważ ty się żenisz? Nie, wiesz... jesteś... jesteś komiczny... Rzadko wybuchała śmiechem i wesołość jej podrażniła Cheri’a. Wzruszył ramionami i zapalił papierosa ze zwyczajnym grymasem, ze zbytnio naprężoną brodą, z wysuniętą dolną wargą. — Nie powinieneś palić przed śniadaniem, — rzekła Lea. Powiedział na to coś impertynenckiego, czego nie usłyszała, zajęta słuchaniem dźwięku własnego głosu i echa swojej zwyczajnej, machinalnej rady, powtarzającej się przez ciąg pięciu minionych lat... „Jak gdybym się przyglądała w lustrze“, pomyślała. Potem, przy pomocy małego wysiłku, wróciła do rzeczywistości i dobrego humoru. — Szczęście, że przekazuję wkrótce zakaz palenia na czczo — innej! — rzekła do Cheri’a. — Ta niema głosu, — oświadczył Cheri. — Zenię się z nią, prawda? Niechaj całuje ślady moich boskich stóp i błogosławi swojemu losowi. Skończone. Wysunął jeszcze przesadniej brodę, zacisnął zębami cygarniczkę, rozchylił wargi i podobny był tak, W swojej pyżamie z niepokalanego jedwabiu, tylko do jakiegoś azjatyckiego księcia, zbielałego w nieprzeniknionym cieniu pałaców. Lea, niedbała w swoim różowym stroju rannym, — kolor ten nazywała „obligatoryjnym“ — roztrząsała myśli, które ją męczyły i postanowiła wkońcu ciskać jedną po drugiej przeciw udanemu spokojowi Cheri’a:' — Dlaczego właściwie poślubiasz tę małą? — Oparła się obiema łokciami o stół i naśladowała nieświadomie zamyśloną twarz pani Peloux: — Rozumiesz, moja droga... — Nazywaj mnie panią albo Leą. Nie jestem ani twoją pokojówką ani twoją rówieśniczką. Mówiła oschle, wyprostowana w swoim fotelu, nie podnosząc głosu. Chciał odpowiedzieć, zadrwić z pięknej twarzy, nieco uwiędłej pod pudrem, i z oczu, które osłaniały ją tak błękitnem i jasnem światłem, ale potem zmiękł i ustąpił w sposób, w który nigdy tego nie robił: — Nianiu, żądasz ode mnie wyjaśnień... Trzeba raz skończyć, prawda? A powtóre chodzi tu o wielkie interesy. — Jakie? — Moje, — rzekł bez uśmiechu. — Mała ma swój majątek. — Po ojcu? Zawirował nogami w powietrzu. — Ach, nie wiem. Ty masz dziwne pytania! Możliwe. Piękna Marie-Laure nie wydobędzie chyba sto pięćdziesiąt tysięcy franków z swojej prywatnej szkatuły, co? Sto pięćdziesiąt tysięcy franków i przyzwoite klejnoty. — A ty? — Ja mam więcej, — rzekł z dumą. — A zatem nie potrzebujesz pieniędzy. Potrząsnął swoją gładką głową, po której światło spływało w błękitnych pręgach. — Potrzebujesz, potrzebujesz... Wiesz, że nie pojmujemy pieniędzy w ten sam sposób. Jest to rzecz, co do której nie zgadzamy się. — Przyznaję ci, że zaoszczędziłeś mi tego tematu rozmowy na pięć lat. Nachyliła się i położyła rękę na kolanie Cheri’a: — Słuchaj, mały, co ty zaoszczędziłeś z swoich dochodów w przeciągu pięciu lat? Zachichotał, zaśmiał się, stoczył się do nóg Lei, ale ona odtrąciła go nogą. — Powiedz szczerze... Pięćdziesiąt czy sześćdziesiąt tysięcy rocznie? Powiedzże, sześćdziesiąt? Siedmdziesiąt? Usiadł na dywanie, przechylił głowę na kolanach Lei. — Nie jestem ich może wart? Usadowił się w pełnem świetle, obrócił kark i otworzył szeroko swoje oczy, które wydawały się czarne. Lea znała jednak ich ciemny i czerwonawobrązowy kolor. Dotykała palcem wskazującym, jak gdyby chciała wskazać i wybrać to, co było najrzadsze wśród tak wielu piękności, brwi, powiek i kącików ust. Kształt tego kochanka, którym gardziła lekko, wzbudzał w niej chwilami uczucie szacunku. „Być pięknym do tego stopnia, to zdobyć szlachectwo“, pomyślała. — Słuchaj, mały... A cóż na to wszystko młoda osoba? Jak odnosi się do ciebie? — Kocha mnie. Uwielbia mnie. Nie mówi nic. — A jak ty odnosisz się do niej? — Nijako, — odparł z pustotą. — Piękny duet miłosny, — rzekła zamyślona Lea. Podniósł się nieco i usiadł, założywszy po krawiecku nogi: — Uważam, że zajmujesz się nią zbyt wiele, — rzekł surowo. — Nie myślisz w tej katastrofie o sobie? Spojrzała na Cheri’a ze zdumieniem, które ją odmłodziło, ze wzniesionemi brwiami i napół otwartemi ustami. — Tak, Leo, o sobie. O sobie, ofierze. O sobie, osobie sympatycznej w tej całej sprawie, ponieważ cię porzucam. Zbladł nieco i jakby dotknął siebie samego tem grubijańskiem obejściem się z Leą. Lea uśmiechnęła się: — Ależ, mój drogi, nie mam zamiaru zmieniać cośkolwiek w mojem życiu. Przez ośm dni będę znajdować od czasu do czasu w moich szufladach parę skarpetek, krawatkę, chusteczkę... Powiadam nawet, przez ośm dni... Wiesz przecie, że moje szuflady są w największym porządku. Ach, a potem każę odnowić łazienkę. Myślę o pewnym wodnym kolorze... Zamilkła i przybrała minę smakoszki, kreśląc palcem w powietrzu niewyraźny plan. Cheri nie porzucił swego mściwego spojrzenia. — Nie jesteś zadowolony? Cóż ty chciałeś? Abym wróciła do Normandji i ukryła tam swój ból? Abym schudła? Abym nie czesała więcej włosów? Aby pani Peloux przybiegła do mojego łoża? Naśladowała trąbiący głos pani Peloux i wywijała rękami: — „Własny cień! Własny cień! Nieszczęśliwa postarzała się o sto lat! O sto lat!“ Tego chciałeś? Słuchał jej z nagłym uśmiechem i drżeniem nozdrzy, które wynikło może ze wzruszenia: — Tak, — krzyknął. Lea położyła na ramionach Cheri’a swoje gładkie, nagie i ciężkie ręce: — Mój biedny chłopaku! Musiałabym już umrzeć cztery lub pięć razy, gdyby tak było! Stracić małego kochanka... Zmienić złe niemowlę... Dodała ciszej, lekko: — Jestem do tego przyzwyczajona. — Wiadoma rzecz, — rzekł z goryczą. — Gwiż- dżę na to! Tak jest, gwiżdżę na to, że nie jestem twoim pierwszym kochankiem! Chciałbym jednak, a raczej tak byłoby stosowniej... właściwiej... abym był ostatnim. Jednem poruszeniem ramion strząsnął wspaniałe ręce. — W istocie, prawda, mówię to tylko dla ciebie. — Rozumiem doskonale. Ty troszczysz się o mnie, ja troszczę się o moją narzeczoną, wszystko to jest dobre i naturalne. Widać, że wszystko to odbywa się między wielkiemi duszami. Wstała i spodziewała się, że rzuci jakąś bezwstydną odpowiedź, ale Cheri milczał i po raz pierwszy spostrzegła z przykrością na twarzy Cheri’a pewnego rodzaju zniechęcenie. Nachyliła się i wsunęła ręce pod pachy Cheri’a. — No, chodź, ubieraj się. Ja włożę tylko suknię, dessous mam gotowe. Cóż wypada zrobić innego wśród takiej psiej pogody, jak pójść do Schwabego i wybrać ci perłę? Muszę ofiarować ci ślubny podarunek. Zerwał się z błyszczącą twarzą: — Och, morowo! Wspaniale! Perła do koszuli! Taka lekko różowa, wiem już jaka! — Nigdy w życiu, biała, taka męska! I ja wiem jaka. Zrujnuję się jeszcze raz! Ile ja zaoszczędzę bez ciebie! Cheri stał się znów przekorny: — To zależy od mojego następcy. Lea odwróciła się na progu buduaru i pokazała swój najweselszy uśmiech, silne zęby smakoszki, świeży błękit swoich zręcznie uszminkowanych oczu: — Twój następca? Czterdzieści sou i paczka tytoniu. A w niedzielę kieliszek wódki. To wszystko. Więcej nie jest to warte! A twoje dzieci wyposażę! W ciągu następnych tygodni stali się oboje bardzo weseli. Oficjalne zaręczyny Cheri’a rozdzielały ich codziennie na kilka godzin, niekiedy na jedną lub dwie noce. „Trzeba wzbudzić zaufanie“, twierdził Cheri. Lea, którą pani Peloux trzymała zdala od Neuilly, ulegała ciekawości i zasypywała pytaniami Cheri’a. Cheri poważny i brzemienny w tajemnice, które rozsiewał już z proga, udawał, że popełnia niestosowny krok, ilekroć przybywa do Lei. — Drodzy przyjaciele! — krzyknął pewnego dnia, nasadziwszy na popiersie Lei swój kapelusz. — Drodzy przyjaciele, co się to nie dzieje od wczoraj w pałacu państwa Peloux! — Przedewszystkiem zdejm stamtąd swój kapelusz. A następnie nie przypominaj mi swoich plugawych przyjaciół. Co nowego jeszcze? Gderała, śmiejąc się już naprzód. — Pali się, Nianiu! Pali się u tych kobiet. Marie-Laure i pani Peloux wydzierają sobie włosy o mój kontrakt ślubny. — Nie? — Tak! Wspaniałe widowisko... (Uważaj na przekąski, abym mógł ci pokazać ruchy rąk pani Peloux...) „Nienaruszalność posagu! Nienaruszalność posagu! Dlaczego nie rada opiekuńcza? Jest to obraza osobista! Osobista! Sytuacja majątkowa mego syna... Niech się pani dowie.“ — Nazywa ją panią? — Nieinaczej. „Niech się pani dowie, że mój syn nie posiada ani jednego sou długu od swojej pełnoletniości, a lista papierów wartościowych, zakupionych od roku 1910 Przedstawia to, przedstawia tamto, przedstawia mój nos, przedstawia mój tyłek... Słowem, Katarzyna de Medicis pomnożona przez dyplomatę, o! Błękitne oczy Lei błyszczały łzami śmiechu. — Ach, Cheri, nigdy nie byłeś tak komiczny, od kiedy ciebie znam. A ta druga, piękna Marie-Laure? — Och, straszna, Nianiu. Ta kobieta musi mieć za sobą dwa tuziny trupów. Cała w zieleni, z rudemi swojemi włosami, z swojem ciałem... Słowem, ośmnaście lat i uśmiech. Na trąbiący głos mojej czcigodnej matki nie drgnęła nawet powieką. Wyczekała końca ataku i odpowiedziała: „Byłoby może lepiej, droga pani, nie wspominać głośno oszczędności, poczynionych przez syna pani w ciągu roku 1910 i następnych...“ — Bęc, w oko!... W twoje. Gdzie ty byłeś w tym czasie? — Ja Na wielkiem krześle. — Byłeś przy tem obecny? Przestała się śmiać i jeść. — Byłeś przy tem obecny? I co zrobiłeś? — Dowcipną uwagę... naturalnie. Pani Peloux chwytała już jakiś cenny przedmiot, aby pomścić mój honor, powstrzymałem ją, nie wstając: „Ukochana mamo, uspokój się. Naśladuj mnie, naśladuj moją uroczą teściową, która jest słodka jak miód... jak sam cukier.“ W ten sposób doprowadziłem do tego, że wspólnota dóbr została ograniczona do wspólnie nabytego majątku. — Nie rozumiem. — Słynne plantacje trzciny cukrowej, które biedny książę Ceste zapisał w testamencie Marie-Laure... — Tak... — Fałszywy testament. Rodzina Cestów rozjuszona. Kroi się proces! Rozumiesz? Triumfował. — Rozumiem, ale skąd ty znasz tę historję? — Ach, właśnie... Stara Lili zwaliła się całym swoim ciężarem na młodszego Ceste’a, który liczy siedmnaście lat i jest bardzo nabożny... — Stara Lili? Okropność! — ...i młodszy Ceste wyśpiewał jej tę idyllę wśród pocałunków... — Cheri! Robi mi się mdło! — ...A stara Lili podała mi dalej tę wiadomość w dniu przyjęć mamy, ostatniej niedzieli. Ta stara Lili uwielbia mnie! Jest pełna szacunku dla mnie, ponieważ nie chciałem z nią nigdy spać! — Spodziewam się, — westchnęła Lea. — To obojętne... Zamyśliła się i Cheri zauważył, że brak jej entuzjazmu. — No, powiedz, czy nie jestem zdumiewający? Powiedz? Pochylił się nad stołem i białym obrusem, a naczynie stołowe, w którem igrało słońce, oświetliło go jak światło kinkietów. — Tak... „To obojętne“, pomyślała, „ta gorszycielka Ma- rie-Laure potraktowała go poprostu jak sutenera...“ — Jest ser śmietankowy, Nianiu? — Tak... „...a on zrobił tak, jak gdyby mu rzuciła kwiat...“ — Nianiu, dasz mi przepis? Dasz mi przepis na placki z kremem dla mojego nowego kucharza, którego zaangażowałem na październik? — Cóż znowu! Robi się je tutaj, kucharz dobry jest do sosów małżowych i vol-au-vent’ów! „...to prawda, że prawie utrzymuję to dziecko od pięciu lat... Ale mimo to posiada on trzysta tysięcy franków renty. Otóż to. Czy ten, kto ma trzysta tysięcy franków renty, jest sutenerem? Nie zależy to od cyfry, to zależy od charakteru... Są ludzie, którym mogłabym dać pół miljona a nie byliby dlatego sutenerami... Ale Cheri? A mimo to nie dawałam mu nigdy pieniędzy. A jednak... — Jednak — wybuchnęła — potraktowała ciebie jak sutenera! — Kto taki? — Marie-Laure! Rozpogodził się i przybrał minę dziecka: — Prawda? Prawda, Nianiu? To właśnie chciała powiedzieć? — Zdaje mi się! Cheri podniósł kieliszek, napełniony winem Chateau-Chalon, zabarwiony jakby wódką: — Niech żyje Marie-Laure! Co za komplement, co! I niechaj powiedzą mi również to samo, gdy będę w twoim wieku, nie pragnę więcej! — Jeśli to wystarczy do twojego szczęścia... Słuchała z roztargnieniem aż do końca śniadania. Przyzwyczajony do półmilczenia swojej rozsądnej przy- jaciółki zadowalniał się jej codziennemi upomnieniami: „Bierz dobrze wypieczony chleb... Nie jedz tyle świeżej miękuszki... Nie umiesz nigdy wybrać owocu...“ A tymczasem, zniechęcona w duchu, robiła sobie wyrzuty: „Powinnam wiedzieć, czego chcę! Czego powinnam chcieć? Aby się zerwał na nogi: „Pani mnie obraża! Nie jestem tym, za jakiego mnie pani uważa!“ Właściwie, to ja jestem odpowiedzialna. Zepsułam go i przesyciłam... Komu przyszłaby do głowy myśl, że ogarnie go kiedyś chęć odegrania roli ojca rodziny? Mnie ta myśl do głowy nie przyszła! Przypuśćmy, że byłaby mi przyszła, jak powiada Patron: „To krew, to krew!“ Nawet gdyby przyjął propozycje Gladys, krew Patrona wzburzyłaby się natychmiast, jeśliby mówiono przy nim o rachunkach. Ale Cheri ma krew Cheri’a. On ma... — Co ty mówiłeś, mały? — przerwała rozmyślania — nie słuchałam. — Powiedziałem, że nic w mojem życiu nie ubawiło mnie bardziej od tej mojej historji z Marie-Laure! „Otóż właśnie“, dokończyła w duszy Lea, „to go ubawiło.“ Podniosła się znużonym ruchem. Cheri objął ją wpół ramieniem, ale Lea odsunęła go. — Kiedy odbędzie się twój ślub? — W poniedziałek, za ośm dni. Wyglądał taki niewinny i nieporadny, że przeraziła się. — To jest nieprawdopodobne! — Dlaczego nieprawdopodobne, Nianiu? — Nie wyglądasz na takiego, któryby tem myślał! — Nie myślę o tem, — odparł spokojnym gło- sem. — Wszystko jest załatwione. Ceremonja o drugiej godzinie. Nie potrzeba szaleć za śniadaniem. Five o’clock u Charlotty Peloux. A potem sleepingi, Włochy, jeziora... — Więc tak łatwo przenieść się myślą nad jeziora? — Łatwo. Wille, hotele, samochody, restauracje... i Monte Carlo! — Ale ona! Jest ona... — Zapewne, jest ona. Niewiele jej jest, ale jest. — I niema już mnie. Cheri nie był przygotowany na ten drobny zwrot, i zdradził to. Chorobliwe zawrócenie źrenicami i nagłe odbarwienie ust zeszpeciły go. Odetchnął ostrożnie, aby nie usłyszała jego oddechu i znowu stał się sobą: — Nianiu, ty będziesz zawsze. — Pan jest bardzo łaskawy. — Będziesz zawsze, Nianiu, — zaśmiał się niezręcznie — ilekroć będę cię potrzebował. Nie odpowiedziała. Nachyliła się, aby podnieść grzebyk szyldkretowy, który upadł na podłogę i wetknęła go we włosy, nucąc pod nosem. Przedłużyła swoją piosnkę przed lustrem, dumna, że opanowała się tak łatwo i odsunęła jedyną rozczulającą minutę ich rozstania, dumna, że powstrzymała się od wymówienia słów, których nie należy mówić: „Mów... zebrz, żądaj... uczyniłeś mnie szczęśliwą...“ Pani Peloux musiała mówić wiele i długo przed wejściem Lei. Ogień jej policzków nadawał błyskowi jej wielkich oczu, które objawiały zawsze tylko oczekiwanie, wyraz nieprzeniknionej i niedyskretnej czujności. Miała na sobie tej niedzieli czarną suknię wieczorną o bardzo wąskiej spódnicy, i nie mogło ujść uwagi nikogo, że nogi jej były bardzo małe i że miała brzuch wciśnięty do żołądka. Przestała mówić, wychyliła łyk z małego puharka, który ogrzewała w dłoni i nachyliła głowę ku Lei z pełną szczęśliwości tęsknotą. — Czy uwierzysz, jak jest pięknie? Jaka pogoda! Jaka pogoda! I któżby pomyślał, że mamy już październik? — Ach, nie!... Zapewnie, że nie! — odpowiedziały dwa posłuszne głosy. Rzeka czerwonych szałwi płynęła leniwo wzdłuż aleji, między brzegami astrów o barwie różowej, prawie szarej. Motyle fruwały jak w lecie, ale zapach rozgrzanych w słońcu chryzantem wpadał do otwartego hallu. Żółta brzoza drżała na wietrze, nad bengalskim ogrodem różanym, ujarzmiającym ostatnie pszczoły. — I cóż znaczy ta pogoda, — zawołała nagle lirycznie pani Peloux — wobec pogody, jaką powinni mieć we Włoszech! — No, naturalnie... Wyobrażacie sobie państwo! — odpowiedziały dwa uległe głosy. Lea zwróciła głowę w stronę tych głosów i zmarszczyła brwi: — Gdyby przynajmniej nic nie mówiły, — szepnęła. Przy stole do gry baronowa de la Berche i pani Aldonza grały w pikieta. Pani Aldonza, leciwa tancerka, z zabandażowanemi nogami, cierpiała na reumatyzm i nosiła swoją czarną perukę nieco na ukos. Naprzeciw niej, przewyższając ją o półtora głowy, baronowa de la Berche podpierała sztywnemi łopatkami wiejskiego proboszcza wielką swoją twarz, którą starość zmieniała przerażająco w męską. Tworzyły ją tylko włosy w uszach, krzaczki w nosie i na wardze... — Baronowo, pani nie przybija moich dziewięćdziesięciu, — rzekła drżącym głosem pani Aldonza. — Niech pani markuje, niech pani markuje, moja kochana. Chcę, aby wszyscy byli zadowoleni. Błogosławiła nieustannie i ukrywała dzikie okrucieństwo. Lea przypatrywała się jej, jak gdyby widziała ją po raz pierwszy, ze wstrętem, a potem zwróciła wzrok ku pani Peloux. „Charlotta wygląda przynajmniej po ludzku....“ — Co tobie jest, Leo? Nie czujesz się w humorze? — zapytała czule pani Peloux. Lea wypięła swój piękny biust i odparła: — Ależ nie, moja Lolotto... U ciebie jest tak przyjemnie, że cała odżywam. Myślała jednak: „Baczność... czyha tu również okrucieństwo...“ i nadała swojej twarzy wyraz dobrodusznej błogości, zadowolonego rozmarzenia, który podkreśliła jeszcze westchnieniem: — Jadłam zawiele... Chcę schudnąć! Jutro zaczynam djetę. Pani Peloux klasnęła w dłonie i rzekła, krygując się: — Zmartwienie nie wystarcza ci więc? — Ha, ha, ha! — wybuchnęły pani Aldonza i baronowa de la Berche. — Ha, ha, ha! Lea wstała, wielka w swojej jesiennej, ciemnozielonej sukni, piękna w swoim jedwabnym kapeluszu, obszytym futrem, młoda wśród tych ruin, które mierzyła łagodnym wzrokiem: — No, no, moje dzieci... dajcie mi dwanaście takich zmartwień, abym straciła kilo. — Jesteś bajeczna, Leo, — rzuciła jej baronowa wśród kłębów dymu. — Pani Leo, czy dostanę ten kapelusz, skoro go pani odrzuci? — żebrała stara Aldonza. — Przypomina sobie pani ten błękitny, pani Charlotto? Nosiłam go jeszcze dwa lata. Baronowo, skoro skończy pani kokietować panią Lee, da mi pani karty? — Proszę, moja kochana, oby były szczęśliwe! Lea stała jeszcze przez chwilę na progu hallu, potem zeszła do ogrodu. Zerwała różę bengalską, która opuściła płatki, posłuchała szumu wiatru w brzozie, tramwajów w aleji, gwizdu pociągu kolei okólnej. Ławka, na której usiadła, była ciepła, więc przymknęła oczy, pozwalając słońcu ogrzewać ramiona. Kiedy otworzyła znów oczy, zwróciła szybko głowę ku domowi, pewna, że zobaczy Cheri’a na progu hallu, opartego plecami o drzwi... „Co mi się stało?“ — pomyślała. Wybuchy piskliwego śmiechu, lekki gwar przyjęcia w hallu, poderwały ją na nogi, nieco drżącą. „Czyżbym była nerwowa?“ — Ach, oto są! Oto są! — trąbiła pani Peloux. A mocny basowy głos baronowej sekundował: — Młoda para, młoda para! Lea drgnęła, pobiegła na próg i stanęła: ujrzała nadchodzącą starą Lili i jej młodzieńczego kochanka, księcia Ceste. Lat około siedmdziesiąt, tusza wygorsetowanego eunucha — miano zwyczaj mówić o starej Lili, że „przekracza granice“, nie określając bliżej, o jakie granice chodzi. Wieczna, dziecinna wesołość rozjaśniała jej okrągłą, różową, uszminkowaną twarz, w której wielkie oczy i subtelne, głęboko ukryte usteczka kokietowały bezwstydnie. Stara Lili trzymała się ślepo mody w sposób skandaliczny. Spódnica w błękitne i białe pasy okrywała dolną część ciała, mały błękitny spencerek upinał jej nagie piersi o pomarańczowej skórze indyka twardego jak podeszwa. Srebrny lis nie mógł zakryć szyji, szerokiej jak brzuch, szyji, która połknęła podbródek... — Okropne, — pomyślała Lea. Nie mogła oderwać wzroku od jakiegoś szczegółu osobliwie przykrego, naprzykład od białego filcowego kapelusika, filuternie nasadzonego wtył na krótkie kasztanowe włosy, albo od naszyjnika perłowego, miejscami widzialnego, a miejscami zagrzebanego w głębokim parowie, który zwał się niegdyś „naszyjnikiem Wenery.“ — Lea, Lea, moja mała kompanka! — zawołała stara Lili, biegnąc spiesznie do Lei. Kroczyła z trudem na okrągłych i nabrzmiałych nogach, omotanych rzemykami i ozdobnemi agrafami i pogratulowała sobie pierwsza: — Chodzę jak kaleka! Jest to moja specjalna właściwość! Gwido, mój szale, poznajesz panią de Lonval? Nie poznawaj jej zanadto, bo skoczę ci do oczu... Szczupłe dziecko o włoskiej twarzy, o wielkich, pustych oczach i małej brodzie ucałowało szybko rękę Lei i cofnęło się w cień, nie wymówiwszy ani słowa. Lili przycisnęła jego głowę do swojej bujnej piersi, biorąc obecnych za świadków. — Wie pani co to jest, wie pani, co to jest? To jest moja wielka miłość, moje panie! — Trzymaj się, Lili, — doradził męski głos pani de la Berche. — Dlaczego? Dlaczego? rzekła Charlotta Peloux. — Z czystości, — rzekła baronowa. — Baronowo, nie jesteś uprzejma! Jacy oni oboje są mili! Ach, — westchnęła, — przypominają mi moje dzieci. — Myślałam o tem, — rzekła Lili z śmiechem pełnym zachwytu. — Ja i Gwido przeżywamy teraz również miodowe miesiące! Przychodzimy, aby zasięgnąć wiadomości o drugiej młodej parze! Przychodzimy, aby jej opowiedzieć wszystko. Pani Peloux stała się surowa — Lili, nie liczysz chyba na mnie, że ci opowiem pieprzne historyjki, co? — Tak, tak, tak, — zawołała Lili, klaszcząc w ręce. Usiłowała podskoczyć, ale zdołała tylko podnieść nieco ramiona i biodra. „Taką jestem i taką się mnie bierze! Grzech przez słuchanie! Już mnie nikt nie zmieni. Ta mała kanalja wie coś o tem!“ Wezwany na świadka milczący młodzieniec nie otworzył ust. Czarne jego źrenice przepływały tam i z powrotem po bieli jego oczu jak przerażone owady. Lea patrzała znieruchomiała. — Pani Charlotta opowiedziała nam, jak się odbyła ceremonja, — zabeczała pani Aldonza. — Młoda pani Peloux wyglądała w kwieciu pomarańczowem jak marzenie. — Jak Madonna! Jak Madonna! — poprawiła Charlotta Peloux, pełną piersią, przejęta świętym dreszczem. — Nigdy nie widziano podobnego widowiska! Mój syn stąpał jak po chmurach! Jak po chmurach! Jaka para! Jaka para! — W kwieciu pomarańczowem... Słyszysz, mój szale? — szepnęła Lili. — Słuchaj, Charlotto, a nasza teściowa, Marie-Laure? Nieubłagane oko pani Peloux zabłysnęło. — Ach, ona.... Niestosowna, absolutnie niestosowna.... Cała w obcisłej czarnej sukni, jak węgorz, który wyszedł z wody. Piersi, brzuch, widać było wszystko, wszystko! — A to szelma! — mruknęła baronowa de la Berche z wojskową furją. — I ta mina drwiąca z każdego, ta mina, jak gdyby miała przez cały czas cyankali w kieszeni i pół litra chloroformu w puderniczce. Ale była nie na miejscu, to prawda! Robiła wrażenie, jak gdyby miała tylko pięć minut czasu. Ledwie otarła usta: „Do widzenia, Edmeé, do widzenia, Fredzie“ i już poszła! Stara Lili siedziała na krawędzi fotela z rozchylonemi swojemi ustami prababki o pofałdowanych kącikach i sapała: — A rady? — rzuciła. — Jakie rady? — Rady — o moje kochanie, trzymaj mi mocno rękę! — rady dla panny młodej? Kto jej dał? Charlotta Peloux zmierzyła ją obrażonym wzrokiem. — To się może robiło w twoich czasach, dzisiaj ten zwyczaj upadł. Stara wzięła się po zawadjacku za boki: — Upadł? Upadł czy nie upadł, cóż ty możesz o tem wiedzieć, biedna Charlotto? W twojej rodzinie żenią się tak rzadko! — Ha! Ha! Ha! — wybuchnęły nieostrożnie dwie helotki. Ale jedno spojrzenie pani Peloux zamknęło im usta. — Spokój, spokój, moje aniołki! Każda z was ma swój raj na ziemi, czegoż chcecie więcej? I pani de la Berche wyciągnęła silną rękę żandarma pacyfikatora między rozognione głowy dwóch kobiet. Ale Charlotte Peloux wietrzyła bitwę jak rasowy koń: — Szukasz guza, Lili, znajdziesz go łatwo! Winnam ci szacunek i dlatego tylko, bo gdyby nie to... Lili trzęsła się ze śmiechu od brody aż do ud: — Gdyby nie to, wyszłabyś zamąż tylko poto, aby mi zadać kłam? Fi, to nie tak trudno wyjść zamąż! Ja poślubiłabym Gwida, gdyby był pełnoletni! — Nie? — rzekła Charlotta, zapomniawszy o swoim gniewie. — A tak!... Księżna Ceste, moja droga! Tak mnie nazywa mój mały książę! Ujęła w rękę spódnicę i wirowała w kółko, ukazując złoty łańcuszek w miejscu, gdzie była prawdo podobnie jej kostka. — Tylko jego ojciec... — ciągnęła tajemniczo dalej. Zadyszała się i przywołała skinieniem milczące dziecko, które powiedziało cicho i szybko, jak gdyby recytowało: — Mój ojciec, książę de Parese, chce mnie oddać do klasztoru, jeśli poślubię Lili... — Do klasztoru! — zaskrzeczała Charlotta Peloux. — Mężczyzna do klasztoru! — Mężczyznę do klasztoru! — zarżała głębokim basem pani de la Berche. — Do djabła, to denerwująca historja! — To są dzicy ludzie, — lamentowała Aldonza, załamując swoje niekształtne ręce. Lea wstała tak gwałtownie, że strąciła pełny kieliszek. — To nowy kieliszek, — stwierdziła zadowoleniem pani Peloux. — Przyniesiesz szczęście mojej młodej parze. Dokąd biegniesz? Pali się u ciebie? Lea zdołała ujawnić tajemniczy uśmieszek: — Może się pali... Pst! nie pytajcie... Tajemnica... — Nie? Coś nowego? Niemożliwe! Charlotta Peloux zapiszczała z pożądania. — Dlatego miałaś taką dziwną minę... — Tak, tak! Niech pani opowie wszystko! — zadziaukały trzy stare. Wałkowate dłonie Lili, zniekształcone cebule matki Aldonzy, twarde palce Charlotty Peloux chwyciły jej ręce, rękawy, jej torebkę ze złotych oczek. Wydarła się z tych wszystkich łap i usiłowała jeszcze zaśmiać się szyderczo: — Nie, to zawcześnie, to zepsułoby wszystko! To moja tajemnica!... I pobiegła do westybulu. Ale drzwi otworzyły się przed nią i wychudły dziadek, coś w rodzaju żartobliwej mumji, chwycił ją w swoje ramiona: — Leo, ucałuj twego Barhelemy, albo nie przejdziesz! Krzyknęła ze strachu i niecierpliwości, wymierzyła klapsa trzymającym ją kościom W rękawiczkach i uciekła. Ani w alejach Neuilly, ani w alejach Lasku, błękitnych od szybkiego zmierzchu, nie miała czasu na myślenie. Dygotała lekko i podniosła szybę samochodu. Widok schludnego jej domu, różowego jej pokoju i buduaru, wypełnionego zbytnio meblami i kwiatami, pocieszył ją: — Prędko, Różo, rozpal ogień w moim pokoju! — Kaloryfer jest nastawiony na 70, jak w zimie. Pani zrobiła źle, biorąc tylko futrzany kołnierz. Wieczory są zdradliwe. — Natychmiast flaszkę do ogrzewania do łóżka a na obiad wielką filiżankę gęstej czekolady, z żółtkiem wewnątrz, pieczeń i winogrona... Prędko, moja mała, bo drżę z zimna. Przeziębiłam się w tym bazarze w Neuilly.... w łóżku, zaciskała zęby, aby nie dzwoniły. Gorąco łóżka rozprężyło jej skurczone muskuły, ale nie poddała się jeszcze i książka rachunkowa szofera Philiberta zajmowała ją aż do czekolady, którą wypiła wrzącą i pieniącą się. Wybierała winogrona jedne po drugiem, trzymając gałązkę za łodygę, gałązkę, która wyglądała pod światło jak zielony bursztyn.... Potem zgasiła lampę u wezgłowia, wyciągnęła się w ulubiony sposób na plecach i oddała się marzeniom. — Co mi jest? Znowu ogarnął ją lęk i drżenie. Prześladował ją obraz pustych drzwi: drzwi hallu z dwoma pękami czerwonych szałwi z obu stron. „To chorobliwe“, pomyślała, „nie popada się w taki stan z powodu drzwi“. Ujrzała znowu trzy stare, szyję Lili i jasny koc, który pani Aldonza wlokła ze sobą wszędzie od dwudziestu lat. „Do której z tych trzech będę podobna za dziesięć lat?“ Ale ta perspektywa nie przerażała jej. Mimo to lęk jej wzmagał się. Błądziła od obrazu do obrazu, od wspomnienia do wspomnienia, usiłując ujść od widoku pustych drzwi z czerwonemi szałwiami. Nudziła się w swojem łóżku i drżała lekko. Naraz uczuła pewne niedomaganie, tak silne, że uważała je początkowo za ból fizyczny. Niedomaganie to poderwało ją, wykrzywiło jej usta i wraz z chrapliwym oddechem wyrwało jej z gardła łkanie i imię: — Cheri! Nastąpiły łzy, których nie mogła natychmiast powstrzymać. Skoro odzyskała panowanie nad sobą, usiadła, otarła twarz i zapaliła znów lampę. — Ach, dobrze, — rzekła. — Wiem. Wzięła z stoliczka nocnego termometr i wetknęła go pod pachę. „Trzydzieści siedm. A więc to nie cierpienie fizyczne. Wiem. Cierpię, bo jestem nieszczęśliwa. Trzeba temu zaradzić“. Napiła się, wstała, umyła zaczerwienione oczy, napudrowała się, pogrzebała w ogniu i położyła się z powrotem. Czuła się ostrożna, pełna nieufności do nieżycia łatwego, miłego, często pełnego miłości, niekiedy przyjaciela, którego nie znała: do bólu. Trzydzieści lat namiętnego, oderwało się od niej i pozostawiło ją, pięćdziesiątym prawie roku życia, młodą i jakby na- gą. Drwiła z siebie, nie czuła swojego bólu i uśmiechnęła się: „Myślę, że byłam przed chwilą szalona. Nic mi już nie jest“. Ale poruszenie jej lewego ramienia, mimowolnie otwartego i zgiętego na przyjęcie i ochronienie śpiącej głowy, przywróciło jej naraz całą świadomość bólu i usiadła. — No, to będzie ładna historja — rzekła surowo na głos. Spojrzała na zegarek i spostrzegła, że była zaledwie jedenasta godzina. Nad jej głową przeszła w filcowych pantoflach stara Róża schodami aż do mansardy, a potem wszystko ucichło. Lea powstrzymała się od chęci przywołania na pomoc tej starej oddanej służącej. — Ach, nie, żadnych historyj ze służbą, co? Wstała, wdziała na siebie ciepłą suknię z watowanego i ogrzała sobie nogi. Potem odchyliła okno i nastawiła uszy, aby słuchać niewiadomo czego. Wilgotny i łagodniejszy wiatr przywiał chmury i pobliski lasek, jeszcze cały w liściach, szeptał w podmuchach. Lea zamknęła okno, wzięła dziennik i przeczytała datę: „Dwudziesty szósty października. Już miesiąc, jak Cheri ożenił się“. Nie mówiła nigdy „jak Edmeé wyszła zamąż“. Naśladowała Cheri’a i nie uważała jeszcze za żywy cień tego młodego cienia kobiety. Kasztanowe oczy, popielate, bardzo piękne, lekko kręcone włosy — reszta gubiła się we wspomnieniu jak kontury twarzy, widzianej we śnie. „Kochają się teraz z pewnością we Włoszech. Ale to mnie nic nie obchodzi....“ Nie przesadzała. Obraz młodej pary, jaki sobie wytworzyła, ich poufałości, które sobie przypominała, nawet sama twarz Cheri’a, niknąca na chwilę, biała linja światła między jego bezsilnemi powiekami, wszystko to nie wywoływało w niej ani ciekawości ani zazdrości. W odwet za to chwycił ją zwierzęcy skurcz i skręcił ją przed rysem w szaro-perłowej boazerji: było to wspomnienie brutalności Cheri’a.... „Piękna ręka, która pozostawiła tutaj swój ślad, odwróciła się ode mnie na zawsze....“ — Jak ja ładnie mówię! Zobaczycie, że ból zrobi ze mnie poetkę! Spacerowała, usiadła, położyła się, czekając na świt. Róża znalazła ją o ósmej godzinie siedzącą przy biurku i piszącą. Widok ten zaniepokoił starą pokojówkę. — Pani jest chora? — Ot, tak sobie, Różo. Wiesz, w moim wieku.... Vidal chce, abym zmieniła klimat. Pojedziesz ze mną? Zima zapowiada się tutaj przykra, zjemy sobie trochę potraw na oliwie, w słońcu. — Gdzie? — Jesteś zbyt ciekawa. Spakuj tylko kufry. Wytrzep należycie moje futrzane okrycia.... — Pani bierze z sobą samochód? — Tak myślę. Nawet jestem tego pewna. Chcę mieć wszystkie moje wygody, Różo. Pomyśl przecie, jadę zupełnie sama: jest to podróż dla wypoczynku. Przez pięć dni Lea biegała po Paryżu, pisała, depeszowała, odbierała depesze i listy z południa. I opuściła Paryż, pozostawiwszy pani Peloux krótki list, który jednak zaczynała pisać trzy razy:
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Ulubieniec.
