Front matter
ELIZA ORZESZKOWA
NOWELE I SZKICE
TRZY UDERZENIA DZWONU — SERCE DZWONU — URYWEK Z ROZMOWY — BYŁO ICH TRZY — ŚPIEWNA — PYTANIE — TRZY CHWILE — SŁOWO — MOWA — LITERATURA — KILKA SŁÓW O SŁOWACKIM — PRO- METEUSZ I SYZYF — MAŁE STWORZENIE — Z RĄK DO RĄK — PRZYPOMNIJ! — O JANIE KOCHANOWSKIM — NA WSPANIAŁEJ WILHELMSSTRASSE — MUZY — O ZYG- MUNCIE KRASIŃSKIM — EXCELSIOR! — NIEMEN
I
Widziałam go raz pierwszy, gdy był małym cherubinkiem z głową osypaną kędziorami złotemi, z różową buzią, całą w łzach. Czepiał się obu rączynami żałobnej sukni matczynej, szedł za pogrzebem ojca. Ludzi w orszaku pogrzebowym było wielu i dobre uczucia ludzkie towarzyszyły kobiecie, dotkniętej nieszczęściem wielkiem. — Biedna! — Bez majątku pozostała! — Ani majątku, ani szczęścia! — Ani miłości, ani oparcia! — I tak już na zawsze! Wtem kobieta w czarnych welonach, łkając, pochyliła się nad cherubinkiem złotowłosym, w ramiona go wzięła, do piersi przycisnęła, oczy pełne modlitwy, łez, bólu, ku niebu podniosła. W pobliżu usta różne szeptały: — Szczęśliwa! Dziecko ma śliczne! Dobre być musi, tak tkliwie do piersi matczynej się tuli! — Anioł!
II
Widziałam go poraz drugi, gdy mundurek szkolny od niedawna nosić zaczął i krokiem śpiesznym ze szkoły do domu powracał! Mróz był tęgi, więc zarumienił mu nos i policzki, tak że do kwiatu piwonji był podobny, lecz wesoło wpośród czerwieni tej świeciły błękitne oczy, tak rozglądające się wokoło, jakby do świata mówiły: o, mój miły, piękny świecie, jakże cię kocham! Wtem otworzyła się szyba w oknie jednego z domów i wyjrzała z niej na ulicę twarz kobieca blada, chuda, lecz światłem radości, słodyczą czułości oblana. — Mama! — Chodź! chodź! chodź! Szczebiot matki ptaszęcej, przywołującej do gniazda małego ptaka. Poleciał. Śmiały się mu oczy błękitne i policzki od namarznięcia czerwone, nogi swawolnie wysoko podrzucał i swawolnie tornister książkami wypchany podskakiwać zdawał się na jego plecach. A z otwartej szyby małego okna rozległ się znowu po cichej ulicy szczebiot ust słodkich: — Chodź! chodź! chodź! Nie wytrzymał. Natychmiast pochwalić się musiał. Przystanął pod oknem i, wysoko nad głową wstrząsając mały zeszyt, wołał: — Mamciu! czwórki! Same, Mamciu, samiuteńkie czwórki, czwóreczki, czwóruchny!… Miły, mały zuch!
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Nowele i szkice.
