Read here

O miłości do ksiąg to jest Philobiblon

Richard de Bury · 1921 · Free in the US

40,022 words · about 2 h 48 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1921 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=O_miłości_do_ksiąg_to_jest_Philobiblon&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Richard de Bury
Language
Polish
Published
1921
Length
40,022 words · about 2 h 48 min
Sections
25 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (25)

Continue:

Traktat łaciński Ryszarda de Bury

DRUKARNIA ZAKŁADU NARODOWEGO IMIENIA OSSOLIŃSKICH.

Traktat łaciński Ryszarda de Bury

DRUKARNIA ZAKŁADU NARODOWEGO IMIENIA OSSOLIŃSKICH.

Powierzam Twej dobroci, Czytelniku miły, książeczkę, której karty oby Ci sprawiły uciechę, jaka dotąd żyje w sercu mojem, wtargnąwszy w nie odrazu, prawdziwym przebojem.

Pisana przed wiekami na cnym pergaminie, przetrwała burze wieków i chyba nie zginie już nigdy, bo wszak nigdy nie zbraknie na ziemi namiętnych dusz, co dłońmi nieomal drżącemi chwytają dzieło ducha, toną w jego treści i − kształcie!…

O, jak oko przecudownie pieści ta czcionka, ta oprawy mistrzowska robota, dla której nie szczędzono kosztownego złota! Te dziwne kopersztychy, te inkunabuły,

te stare drzeworyty jakiż oddźwięk czuły i swą nieudolnością znajdują u człeka, jeżeli tylko nie jest, jak biedny kaleka, ślepotą nawiedzony!

A jakie okręgi, ogarniające wszechświat, wyzierają z księgi, natchnionej słowem Boga, który się nie zżyma Sam, w własnej Swej osobie, stawać za plecyma schylonych pracowników i szeptać im w uszy, jak ziarno z plew się łuszczy, jak się rudę kruszy, jak wodę się przemienia w Galilejskiej Kanie na wino, byś rozkoszne miewał ucztowanie!

A jeśli Pan ten wielki Swe sługi niezawsze nawiedzać chce w ich domu, wówczas, najłaskawsze wciąż mając oko na nich, śle im Swe orędzie przez Swoich pośredników. I nieraz tak będzie, że kiedy w ciszy nocnej siedzisz w swej izdebce, zaduman, śród swych książek, naraz coś zaszepce, coś naraz zaszeleści: piąta i dziesiąta i setna wiewna mara z każdego się kąta wychyla i gromadą zbliża się ku tobie. Mężowie, którzy dawno już złożyli w grobie swe ciało, a zaś duszę zamknęli w swem dziele żywota arcytwórczem na wielkie wesele człowieka i na jego ukojne zbawienie od nędzy tej powszedniej, zjawiają się, cienie

żyjących myśli swoich, ażeby cię kołem otoczyć i swem słowem prawić ci wesołem, w zastępstwie swego Pana, o rzeczach, co leżą pomiędzy krańcem niebios a ziemi rubieżą, w ich wnętrzu i poza niem, na tajemnej drodze wiodącej od wieczności do wieczności.

Wodze puściwszy swej wymowie, ten niesamowity, a przecież tak przyjazny ci orszak, najmity Bożego wdzięczną służbę spełniający właśnie, na wielkie-ć wskaże ciemnie i na wielkie jaśnie żywiołów, które, duszę rozpierając człeczą, by móc się uzewnętrznić, niszczą albo leczą zastępy dusz siostrzanych, na śmierć prowadzone lub życie ponad życiem! Wyjawią ci one, te widma — i na okrąg rozgłaszać ci każą, zwróciwszy się ku tobie płomienistą twarzą, radosną tę nowinę, że w księgach się mieszczą największe twoje skarby. I jak przez nie wieszczą źrenicą możesz tajnie przenikać i światu wspaniałą wróżyć przyszłość, pełną majestatu Bożego! I że ten jest najszczęśliwszy z ludzi, któremu nic zapału do ksiąg nie ostudzi; a przedsię ten, co, w własne wgłębiwszy się wnętrze, uczuje naraz twórcze siły przenajświętsze i, sam stworzywszy księgę, pokornie ją złoży u stóp swojego Stwórcy, na podnóżek Boży!

Nie sądzę, byś wykreślał, Czytelniku luby, gorliwą miłość książek ze Swojej rachuby i do rąk brał je tylko z musu lub dla mody, idący z pospolitym przekupniem w zawody, lub nędznym groszorobem, dla którego, zda się, zawarta w księgach mądrość bywa li na czasie, jeżeli kryje w sobie oręż, by nim można zdobywać kupy złota, jawnie czy zostrożna... A gdyby prawdą było, żeś jest obojętny na urok ksiąg, że z serca gorącemi tętny nie idzie miłość ku nim, to, mówię Ci zgóry, nauczy Cię je kochać Kardynał de Bury.

Przedziwny to żarliwiec! Mógł popełnić zbrodnię (niewinną, mówiąc szczerze): aby jeno godnie książnicę swą opatrzyć, ulegał pokusie i dał się przekupywać — książkami!... O, musie, o, pędzie niewstrzymany, który, jak się wierzy, niejedną z dusz mu krewnych nawet do kradzieży umiałeś pchać!...

Ja tego, rzecz prosta, nie chwalę, a tylko żal mi ciebie, drogi Kardynale, światłości w mrokach wieków, śpichlerzu wszechwiedzy, o jakiej nie marzyli wszak twoi koledzy, w biskupią strojni mitrę (jeśli, to nie wielu!). Arystotelesowej nauki czcicielu, wyznawco i współwierco boskiego Platona

i wszelkich jego uczniów, których to imiona świeciły w Aleksandrji, w Rzymie, Carogrodzie, a których mądre słowa nie były na wodzie pisane wiotką ręką, jeno ryte w miedzi tak mocno, że w ich znakach ciągła wieczność siedzi! Pochodnio żywej wiary, versatus w skrypturze, na skrzydłach cherubinów wznoszącej ku górze niebieskiej umysł ludzki!…

O, ty — biedny człeku! Przekazuj swoją dolę od wieku do wieku: zawistny los cię ścigał, on, co się nie liczy nawet z powagą śmierci! Wtargnął cham zbrodniczy, wierzyciel, z umarłego zdarł kosztowne szaty, a owoc, z takim trudem zbieran, tak bogaty, rozrzucił gdzieś po świecie, w zapomnienia parów postrącał jego resztki, niepomny zamiarów, z miłości urodzonych!…

Świętych prawd bezliku, obsłonek nie znających, znajdziesz, Czytelniku, w tem dziele, które stworzył ów człowiek bez kłamu, promieni roznosiciel, cny biskup z Durhamu, pokoju druh, wróg wojny, nieszczęsnej potęgi, co niszczy, jak niszczyła dziś, kosztowne księgi…

Cóż więcej o tym szczytnym powiedzieć traktacie? Podaję go wam dzisiaj w jego prostej szacie,

lecz z polska przykrojonej, tak, jak to umiałem. Atoli i tu miłość stała mi się ciałem.

A co zaś do zamiarów — potrąciłem o nie powyżej —, które żywił mistrz buryjski w łonie, do swej się biorąc księgi, bliższe-ć o tem słowa na karcie da następnej

PRZEDMOWA.

Wszystkim wiernym chrześcijanom, do których dojdzie to pismo, zasyła Ryszard de Bury, ze zmiłowania bożego biskup durhamski, pozdrowienie w Panu oraz prośbę, iżby godziwą wobec Boga zachowali o nim pamięć za żywota jego i po śmierci. Cóż mam dać Panu za wszystko dobre, które mi uczynił? pytał pobożny psalmista, król niezwyciężony i pierwszy między prorokami. W wykrzykniku tym, pełnym wdzięczności, pokazał przedsię, iż pozbyć chce się długów rozlicznych wobec Pana, a potem, że chciałby świętszego znaleźć doradcę od siebie: myślał o tem, jak Arystoteles, najdostojniejszy pośród filozofów, który (w trzeciej i szóstej księdze swej „Etyki“) tego jest mniemania, że rada potrzebna nam bywa we wszystkich czynnościach naszych. I zaprawdę, jeżeli taki prorok przedziwny, który wiedział już naprzód o tajemnicach bożych, tak żarliwie rozważać pragnął, w jaki sposób przełaskawie uzyskane wynagrodzić dobro, to jakiż my godny znaleźć mamy sposób odwdzięki, złymi tylko będąc dłużnikami, a tak hojnie od bóstwa bezgranicznemi obsypani dobrodziejstwy? Po bacznym i wszechstronnym namyśle i wezwawszy Ducha z powołaniem się na jego siedm darów, iżby płomienny ogień jego zamiar nasz oświecił, mamy żarliwie dobrej szukać drogi, ażeby Dawcy wszystkich łask nam udzielonych podziękować, bliźniemu w ciężarach jego dopomóc i lekiem jałmużny fałszywe wykupić zobowiązania codziennie grzeszących. Stosownie do uwagi psalmisty, na rozkaz Tego, który uprzedza i wypełnia wolę człowieka, a bez którego nie mamy nawet zdolności myślenia i od którego posiadamy teraz napewne wszystko dobre, które czynimy, — na rozkaz Tego staraliśmy się z żarliwością naszą własną i nie bez porady przyjaciół wywnioskować, jaki z rozmaitych uczynków pobożnych Najwyższemu przedewszystkiemby się podobał i kościołowi wojującemu najbardziej usłużył? I oto rozważając to, ujrzeliśmy natychmiast szereg nieszczęśliwych, raczej wybranych szkolarzy, którym Stwórca świata, wraz z służebnicą swoją, Naturą, dobre zaszczepił obyczaje i wiedzę najrozmaitszą, ale których, na nieszczęście, najskrajniejsza niedomoga ich stosunków w ten ugniata sposób, iż, na niepielęgnowanym gruncie młodości urodzajny posiew cnoty, potrzebnego pozbawion nawodnienia, do usychania wrogą przymuszon jest potęgą. Tak się przecież dzieje, że cnota jaśniejąca ukryta leży w ciemności, ażeby użyć słów Boecjusza, a lampy płonące nie stoją dzisiaj pod korcem, jeno z braku oleju gasną zupełnie. I pole, na wiosnę przystrojone kwieciem, usycha przede żniwami; pszenica zmienia się w zielsko, winograd w suchą gałąź; oliwka dziczeje; giną delikatne drzewiny, a ludzie, rzadkiemi obdarzeni zdolnościami i dzięki umysłowi swemu mogący być silnemi podporami kościoła, porzucają uczelnie i studja. Stworzonych ku sztukom wyzwolonym, do rozważania ksiąg świętych najlepiej przygotowanych, przyjacielskiej pozbawionych pomocy, odtrąca jedynie ubóstwo od czaszy, nektarem filozofji napełnionej, od czaszy, którą już byli do ust swych przyłożyli, a której posmak już tak potężnie ich zmienił i podniecił; pozbawieni środków, niezbędnych do życia, oddają się, iżby wyżyć mogli, rzemiosłom, dopuszczając się niby odstępstwa, zarówno niekorzystnego dla kościoła, jak i poniżającego dla kleru. W ten sposób kościół, matka nasza, dzieci płodzi poronione, niekształne wydaje owoce i gubi swe latorośle, które później mogłyby się stać obrońcami i bojownikami wiary. Ach, jak odrazu rwie się nić tkacza, gdy on zaledwie rozpoczął swe dzieło! Ach, jakże słońce widzi się zaciemnione w najjaśniejszym poranku! A gwiazda, poruszająca się naprzód, jakżeż zostaje naraz cofnięta i przybrawszy przyrodzenie meteoru gaśnie i znika! Azali jest coś smutniejszego dla rozważań pobożnego męża? Cóż godzi bardziej i głębiej w nasze miłosierdzie? I gdzież jest serce tak zimne, iżby na widok ten nie rozpłynęło się w łzach gorących? Z drugiej strony, opierając się na niedawnem doświadczeniu, miejmy to w , że byłoby z korzyścią dla całego chrześcijańskiego świata, gdyby studentów nie Sardanapalowemi otoczono rozkoszami i bogactwy Krezusa, jeno pozwolono im godziwego zażywać umiarkowania, jak przystało szkolarzom. Iluż to widzimy pomiędzy nami, o iluż mówią nam księgi, co ani świetnych nie mając przodków, ni żadnych nie odziedziczywszy majątków, a tylko poparcia od zacnych doznawszy ludzi, zasłużyli sobie na biskupich zasiadać stolicach, rozkazywać gromadzie wiernych, dumnych i wyniosłych pod jarzmo przywodzić kościelne i większą kościołowi gotować swobodę. Z tej przyczyny, kierując się współczuciem i widząc potrzeby ludzkości, w najrozmaitszych postaciach ukazujące się naszym oczom, powzięliśmy zamiar, stosownie do naszego współczucia, nieść pomoc temu przedewszystkiem rodzajowi ludzi poparcia potrzebujących, w których kościół tak wielką pokłada nadzieję, i to nietylko w ten sposób, że troszczymy się o konieczności życia tych ludzi, ale przedewszystkiem o konieczności ich ducha, w potrzebne do studjów zaopatrując ich księgi. O tę przed Bogiem niewątpliwą godziwość od dawnego zabiegamy czasu. I żarliwe umiłowanie ksiąg tak potężną ma nad nami władzę, że, gardząc wszystkiem innem dobrem doczesnem, niczegośmy nie odczuwali, prócz namiętności do ksiąg gromadzenia. Iżby więc zamiar nasz należycie został ocenion przez naszych współczesnych i tych, co przyjdą po nich, i aby, o ile nas się dotyczy, nikczemne gęby plotkarzy zmusić do milczenia, stworzyliśmy drobny ten traktat, napisany w lekkim sposobie dzisiejszych, albowiem śmiesznością to górnym posługiwać się stylem, jeżeli przedmiot jest lekki. I traktat ten (na dwadzieścia podzielon rozdziałów) ulży nadmiarowi miłości naszej do ksiąg, rozpowszechni cel i zadanie gorących naszych usiłowań i szczegóły dzieła naszego w jasny przedstawi sposób. Ponieważ zajmuje się głównie miłością do ksiąg, przeto podobało nam się nadać mu, zwyczajem dawnych łacinników, grecki tytuł „Philobiblon“.

ROZDZIAŁ PIERWSZY.

O tem, iż skarb mądrości znajduje się głównie w księgach.

Pożądania godny skarb mądrości i wiedzy, po który wszyscy ludzie z naturalnego sięgają instynktu, niezmiernie przewyższa wszystkie bogactwa świata: obok skarbu tego tracą wartość kosztowne kamienie, a srebro niczem jest jak łajnem, zaś czyste złoto tak marne jak piasek; blaskiem swoim zaciemnia on światło słońca i księżyca, a przedziwna słodycz jego jest taka, że miód i manna smakują przy niej gorzko. O ceno mądrości, nie zmniejszająca się zczasem, siło wiecznie kwitnąca i odpędzająca wszelkie troski i chmury od tych, których one obciążają! Niebiański darze boskiej hojności, dany od Ojca światła, ażeby ducha ludzkiego podnieść pod same niebiosy! Niebiańskim jesteś pokarmem ducha: spożywający ciebie głód jeszcze czują, pijący ciebie mają jeszcze pragnienie; harmonją swą zachwycasz dusze łaknących, a słuchający ciebie nigdy nie bywa zmieszany. Jesteś miarą i wskaźnikiem obyczajów, a idący za tobą nigdy nie błądzi. Przez ciebie władną królowie i książęta, przez ciebie sprawiedliwe wydają uchwały. Ci, którzy dzięki tobie pierwotnej zbywają się surowości, język swój i ducha swego leczą i wyrywają kolce swych przywar, dochodzą do szczytu honorów i stają się ojcami ojczyzny i towarzyszami książąt, co bez ciebie kierowaliby oręż swój przeciw dworowi i domowemu ognisku i jak ów syn marnotrawny karmiliby wieprze. Dlaczego ty, skarbie nad skarbami, trzymasz się tak nieprzychylnie w ukryciu? Gdzież szukać cię mają dusze łaknące? W księgach zapewne rozbiłeś swój namiot, w którym umieścił cię Najwyższy, światło światłości, księga żywota. Tutaj cię ma, kto cię pragnie; tutaj znajduje cię, kto cię szuka i tem szybciej otwierasz się tym, którzy żarliwie pukają. Cherubinowie rozpościerają skrzydła swe nad księgami, ducha uczących się ponoszą od bieguna do bieguna, od Wschodu do Zachodu, od Północy do Południa. W księgach uczymy się poznawać i kochać Boga Wzniosłego i Niepojętego; w nich ukazuje się wyraźnie natura wszechrzeczy, niebieskich, ziemskich i piekielnych; w nich docieramy do praw wszelakich ustrojów państwowych, do rządów hierarchji niebieskiej i podstępnie zdobytej władzy demonów — do wiadomości, których nie przewyższają myśli Platona i których nie uczy Kato. W księgach widzę zmarłych, jak gdyby byli żywymi; z ksiąg widzę przyszłość; w księgach porządkują się sprawy wojny; z ksiąg wychodzą ustawy pokoju. Wszystko zczasem marnieje i ginie; Saturn nie przestaje połykać dzieci, które spłodził, wszelka chwała świata poszłaby w zapomnienie, gdyby Bóg nie obdarzył był śmiertelnych lekiem, w księgach zawartym. Aleksander, ten władca wszechokręgu; Cezar, ten przywłaszczyciel Rzymu i świata, on, który dzięki Marsowi i własnej chytrości był pierwszym, co państwo powszechne poddał pod władzę jednego siebie; wierny Fabrycjusz i Kato surowy, — oni wszyscy byliby nieznani, gdyby im ksiąg świadectwa zabrakło. Ileż to zamków z ziemią zrównanych, ileż miast zburzonych pogrzebano w zapomnieniu! Królowie i papieże mogą tylko dzięki księgom znaleźć przywilej wieczystego trwania. Księga udziela autorowi nieśmiertelności, jak świadczy Ptolemeusz, wołający w prologu do „Almagesty“: Nie umiera ten, który mówi, iż życie dał wiedzy. Któż mógłby wartość innego gatunku sprawiedliwie postawić obok nieskończonego skarbu ksiąg, któremi uczeni pisarze podnoszą siłę starożytności i czasów dzisiejszych? Prawda zwycięża zawsze nad królem, winem i białogłowami, a kto ją czci i kocha, ten ci pobożny; ona to drogą bez krzywizn, życiem bez końca, a której pobożny Boecjusz dar przypisuje takowy, że się objawia potrójnie: przez myśl, przez słowo i pismo; a pożyteczniej i owocniej nie występują, zaprawdę, dary te nigdzie, niż w księgach. Prawda, objawiona głosem, przemija wraz z brzmieniem, a prawda, ukryta w , jest prawdą oczom niedostępną, skarbem niewidzialnym. Atoli prawda w księgach łatwo widoczna dla człeka bystrego: ukazuje się oczom, jeśli się ją czyta, słuchowi, jeśli czytana drugiemu, a w pewnym rodzaju także i dotykowi, jeśli się ją pisze, poprawia, zbiera i chowa. Prawda, zamknięta w myśleniu, szlachetna to posiadłość duszy, ale ponieważ brak jej towarzystwa, przeto nie bywa tak przyjemną, jak powzięta słuchem i wzrokiem. Pozatem prawda, wyrażona głosem, przystępną jest tylko dla ucha; uciekając natomiast wzrokowi, nasuwającemu nam równocześnie kilka stron rzeczy, przychodzi ku nam jedynie ruchem bardzo subtelnym i kończy się niemal z oddechem, gdy zaledwo się poczęła. Zaś prawda, zapisana w księdze, jawi się ciągle i bez przerwy naszemu wzrokowi, a wnikając duchowym szlakiem oczu do westybulu rozumu i atrium wyobraźni, dociera do sali inteligencji i tutaj łączy się z pamięcią, ażeby stworzyć wieczystą prawdę ducha. Wkońcu jeszcze zauważyć należy i to: jaka dogodność dla wiedzy, jaka przystępna i tajemna nauka mieści się w księgach i z jaką pewnością odkrywamy, bez zawstydzeń, słabości naszej niewiedzy! One są nauczycielami bez kija i rózgi, bez krzyku i gniewu, bez stroju i bez pieniędzy. Przychodząc do nich, nie zastajemy ich nigdy śpiącemi; gdy się ich pytasz, myśli swej nie ukrywają; nie łają, jeśli się mylisz; nie szydzą z ciebie, jeśli okażesz się nieukiem. O księgi, wy, co same jedne posiadacie swobodę, same pozwalacie nam z swobód korzystać, co dajecie wszystkim to, czego od was żądają i oswobadzacie wszystkich, wiernie poświęcających się waszej służbie; ileż to tysięcy najrozmaitszych rzeczy nie zalecacie uczonym za pośrednictwem Pisma, które z bożego pochodzi natchnienia! Wyście głębokiemi kopalniami wiedzy, do których mędrzec posyła swego syna, aby wydobył z nich skarby. Wyście studniami wody bijącej, które pierwszy kopał Abraham, a po nim Izak, a które Filistyni starali się zawsze zasypywać (Gen. XXVI). Wyście kosztownemi kłosami, pełnemi ziarn, które jedynie ręce apostolskie mleć mają prawo, iżby, jako strawa słodka, głodnym dane były duszom (Mat. XII). Wyście naczyniami złotemi, gdzie leżą manna i plastry, z których miód święty cieknie! Wyście piersiami, pełnemi mleka żywota, nie dającemi się nigdy wyczerpać. Wyście drzewem żywota i raju rzeką poczwórną, którą się ludzki napawa duch i która wyschły skrapia rozum. Wyście arką Noego i drabiną Jakóba. Wyście kamieniem probierczym i glinianemi garnkami, zawierającemi lampy Gedeona; wyście pasterską sakwą Dawida, płytkiemi napełnioną kamykami, które zabijają filistyńskiego Goljata. Wy jesteście jako te złote naczynia świątynne, jako bronie rycerzy ducha, ubezwładniających rycerzy zła; jesteście jako owoconośne oliwki, winnice engadyjskie, nieschnące nigdy drzewa figowe i lampy płonące; wyście dobrem wszelakiem, które znajdujemy w Piśmie, a do którego was przyrównać można, jeśli wolno mówić obrazami.

ROZDZIAŁ DRUGI.

O stopniu miłości, jaką przedsię winniśmy księgom.

Jeśli stopień miłości jakiejś rzeczy zawisł od stopnia jej wartości, a rozdział poprzedni postawił zasadę, że wartość ksiąg jest niewypowiedziana, to jasnem będzie czytelnikowi, jaki stąd wysnuwać ma wniosek; nie będziemy kłaść nacisku na wykazywanie tego, przypominamy sobie bowiem, iż zadaniem ludzi wykształconych szukać pewności, skoro rozpoznali, że domaga się tego istota rzeczy, jak mówi o tem Arystoteles w pierwszej księdze swej „Etyki“ i w drugiej swej „Metafizyki.“ Tuljusz nie przyzywa Euklidesa, a ten nie może powoływać się na świadectwo Tuljusza. Usiłowanie nasze zmierza przeto ku temu, ażeby przekonać zapomocą logiki i retoryki, iż w duszy, skierowanej ku duchowości, gdzie duch, będący miłością, przykazuje li miłość, księgi posiadają cenę ponad wszelkie bogactwo i używanie. Nasamprzód, ponieważ księgi posiadają więcej mądrości, niźli to o niej wszyscy wiedzą śmiertelni, a mądrość lekce sobie waży bogactwo, jak to wykazał rozdział . Ponadto w dziesiątym rozdziale trzeciej księgi „O problemach“ zadaje sobie Arystoteles pytanie: „Dlaczego starożytni, w gimnazjach i publicznych igrzyskach nagradzający najdzielniejszych, nigdy nagrody nie przyznają mądrości?“ I odpowiada na nie, w ten sposób mówiący: „W zabawach gimnastycznych nagroda lepszą jest i pożądańszą od tego, za co ją ustanowiono. Ponieważ więc niema nic lepszego nad mądrość, przeto żadnej nagrody przyznać jej nie można“. Dlatego żadne bogactwa i żadne uciechy nie dorównają mądrości i tylko nieświadomy zaprzeczy, iż przyjaźń należy przenieść nad pieniądz, jak potwierdza to mędrzec; atoli najwyższy z filozofów stawia prawdę wyżej nad przyjaźń, a sprawiedliwy Zarobabel stawia ją ponad wszystko. Bogactwa są więc mniej warte, niż prawda. Zasię prawda zawarta jest i zachowana w pismach świętych; co więcej, one same pisaną są prawdą; nie zwracamy zaś uwagi na materjał, z którego księgi te sporządzono, a wszelkie bogactwo, jakiegokolwiek bądź gatunku, jest więc mniej warte od książek, nawet wówczas, jeśli najkosztowniejszą częścią tego bogactwa są przyjaciele, jak również mówi Boecjusz w księdze wtórej swojej „Consolatio“. Prócz tego, ponieważ wiemy, że bogactwa służą przedewszystkiem dla podtrzymania ciała, gdy tymczasem zawartość ksiąg służy udoskonaleniu rozumu, to znaczy szczęściu człowieka, przeto jasnem jest, że dla człowieka, kierującego się rozumem, księgi większą mają wartość, niż bogactwo. A dalej, co najbardziej chroni wiarę, co najlepiej służy ku jej rozszerzaniu i objaśnianiu, to wierzący przedsię miłować winien. W widocznym zamiarze obrazowego zaznaczenia prawdy w pismach, Pan nasz, mężnie walcząc z kusicielem, uczynił sobie tarczę z onej głośnej na wszelkie pytania odpowiedzi: Napisano jest. Niema o tem wątpienia, iż szczęście więcej warte, niżeli bogactwo; atoli szczęście polega na rozważaniu prawd bystrością naszego rozumu, tej najdostojniejszej, — jak mówi książę filozofów w dwunastej księdze swej „Etyki“, — i najbardziej boskiej ze wszystkich naszych zdolności, najrozkoszniejszej ze wszystkich rzeczy poza męstwem walecznem; a, jak dodaje, filozofja dzięki naszej czystości i trwałości jest źródłem najcudowniejszych używań. Rozważanie prawdy nigdy przeto doskonalszem nie będzie, jeśli nie przez księgi; chwilowa bowiem medytacja nad prawdami żadnej w ten sposób przerwy nie doznaje. I przeto też księgi wydają się być najbezpieczniejszemi narzędziami szczęśliwości spekulatywnej, dlatego też korzystniejsza zajmować się filozofją, aniżeli gromadzeniem bogactw, jak o tem mówi Arystoteles, to słońce prawdy filozoficznej, chociaż zmuszony zaiste przyznać, że nędza zniewala ubogiego, iżby majątek przenosił nad filozofję. Ponieważ, jakośmy to w poprzednim pokazali rozdziele, księgi najodpowiedniejszymi są mistrzami, chętnie przyznać będzie trzeba, iż zasługują na to, by je otaczano miłością i poświęcano im uwagę, jaką winni mistrzom. Wkońcu, ponieważ wszyscy ludzie z natury już uczyć się starają, przeto przez księgi nabywać możemy mądrość starożytnych, wiedzę przenosić nad wszystko inne; gdzież byłby więc człowiek, który, posłuszny prawom natury, nie dałby się porwać namiętności do ksiąg? Jakkolwiek widzimy, iż wieprze gardzą perłami, uczucie mędrca przez to się nie zmieni i on musi zbierać perły, które mu nakazano. Nic, co żądzę pobudzić może, nie da się porównać ze zbiorem ksiąg mądrości. A ktokolwiek płomienną znajduje rozkosz w szczęściu, w mądrości, w prawdzie, w wiedzy, ba, nawet w wierze samej, ten musi wyznać również i cześć swą dla ksiąg i miłość swoją dla nich!

ROZDZIAŁ TRZECI.

Dlaczego nieustannie kupować trzeba księgi, prócz w dwóch wypadkach?

Z tego, cośmy w poprzednim powiedzieli rozdziele, nader przyjemny wyciągniemy dla siebie wniosek, z którym przecież tylko niewielu się zgadza, mianowicie, by, poza obawą, że oszuka nas księgarz, albo w nadziei korzystniejszej sposobności, przed żadną nie cofać się ofiarą i kupować księgi. Bo jeśli mądrość, ten jedyny nie wyczerpujący się skarb w oczach człeka, nadaje wartość księgom, a wartości tej, jak przyjęliśmy, wyrazić nie można, to jakżeż chcemy udowodnić, że cena ksiąg jest za wysoka, jeśli dzięki posiadaniu ich bezgranicznego doznajemy szczęścia? Tak domaga się od nas i Salomon, światłość ludzi, iżbyśmy radzi kupowali księgi, a sprzedawali je tylko z niechęcią, mówi bowiem w swoich „Przypowieściach“: „Kupujcie prawdę, a nie wyprzedawajcie mądrości“. A i wypadki dziejowe udowadniają, o czem przekonywa nas logika i retoryka. Arcyfilozof Arystoteles, którego Averroes uważa niby za prawo natury, kupił po skonie Speusipusa księgi tego filozofa za 12.000 sestercyj. Platon, według czasu będący przed Arystotelesem, według mądrości przecież poza nim, nabył za 10.000 sestercyj księgę pitagorejczyka Filolausa, dzieło, z którego wydobył dialog swój o Timeuszu, jak w siedmnastym rozdziele trzeciej księgi „Noctes Atticae“ podaje Aulus Gellius; a czyni to, iżby pokazać głupcom, jak bardzo mędrcowie gardzą pieniędzmi, gdy idzie o księgi. Pewna, całkiem nieznana stara niewiasta, przyszła, jak opowiadają, do Tarkwinjusza Dumnego, siódmego króla Rzymu, ofiarując mu na sprzedaż dziewięć ksiąg, zawierających, jak mówiła, święte proroctwa; żądała jednak sumy tak wysokiej, że król nazwał ją szaloną. Zagniewana rzuciła trzy księgi w ogień i tej samej sumy zażądała za resztę. Gdy król odmówił i tego, rzuciła w ogień trzy następne i tej samej sumy zażądała za trzy ostatnie. Wkońcu Tarkwinjusz, zdumiony ponad miarę, chętnie nabył trzy księgi za tę samą cenę, za którą mógł był dostać wszystkie dziewięć. Stara kobieta znikła, niewidziana ani przedtem ani potem. Były to księgi Sybillińskie, których Rzymianie radzili się jako wyroczni boskiej przez jednego z Quindecemvirów i tu, według tradycji, był początek Quindecemviratu. I cóż innego chciała dumnemu królowi powiedzieć prorokini, jeśli nie to, iż księgi święte stoją ponad wszelką ludzką oceną i że można do nich zastosować to, co Grzegorz mówił o królestwie niebieskiem: Tantum valet, quantum habet?

ROZDZIAŁ CZWARTY.

Skarga ksiąg, skierowana przeciwko niewdzięcznemu klerowi.

Padalcze plemię, co pożerasz własne rodzice; pogardy godny płodzie kukułczy, co, wyrósłszy, mordujesz swoje karmicielki, którym zawdzięczasz swą siłę; zmarniali uczniowie i mnisi, oto czem jesteście względem ksiąg! Weźcie to sobie do serca, wy, niepomni obowiązku i uczcie się z ksiąg, jak macie ich szukać, jak macie je liczyć i zbierać, te twórczynie waszego stanowiska, poza któremi nie znaleźlibyście innego poparcia. Przedsię słuchajcie, co mówią księgi: Szczebiocecie jak dzieci, wleczecie się za nami jak dzieci, myślicie jak dzieci, krzyczycie jak dzieci, prosicie o kilka kropli naszego mleka. Wzruszone waszą łzą. dajemy wam piersi gramatyki, które bez przerwy ssiecie językiem i zębami, dopóki, poniechawszy barbarzyńskiej mowy waszej, nie rozpoczniecie w mowie naszej wymieniać wspaniałych dzieł Boga. I was, coście nadzy i jako ściana, przygotowana do malowidła, przybrałyśmy potem w wyborne suknie filozofji, dialektyki i retoryki, których zapasy miałyśmy i mamy. Bo, iżby zakryć nagość i nieokrzesanie swego rozumu, odziani są wszyscy słudzy filozofji. A iżby wkońcu podnieść was wszystkich, uskrzydlonych, jak serafinów, na wyżynę cherubinów, dajemy wam poczwórne skrzydła Quadrivium i wiedziemy was do Przyjaciela, do drzwi którego dobijacie się z mocą, iżby uzyskać trzy chleby świadomości Trójcy, ostatecznego szczęścia każdego po tym padole wędrowca. Może powiecie, żeście tych darów nie otrzymali, ale my upewniamy was i wiemy, że albo z niedbalstwa zgubiliście to, co wam dano, lub rzecz ofiarowaną zlekceważyliście z lenistwa. Jeśli zarzuty te wydają się nikłemi, wam, niewdzięcznikom, to mamy jeszcze cięższe. Jesteście wybrańcami, zakonem kapłanów-królów, świętym narodem, ludem przeznaczonym na szczególny lud Pana; jesteście kapłanami i służebnikami Pana, nie! zowiecie się prawdziwym kościołem, tak, że laikowie nie mogą uchodzić za Jego sługi; wy, stojący przed laikami, śpiewacie psalmy i hymny w obrębie krat ołtarzowych, wykonujecie służbę bożą, pokazujecie Ciało Pańskie, i w tem wyróżnił was Bóg nietylko z pośród laików, lecz poniekąd nawet ponad samych wywyższył aniołów. Bo do któregoż anioła powiedział Bóg kiedykolwiek: „Od wieka do wieka będziesz kapłanem według obrządku Melchizedeka“, jak mówi się w psalmach? Jesteście szafarzami dziedzictwa Jezusa Chrystusa, a czego od rozdzielców żądać należy, to, iżby okazali się wiernymi, jak Paweł pisze Koryntczykom. Jesteście pasterzami stada Pańskiego, tak przykładem jak nauką, a stado się trzyma, iżby wam za to dawało mleko i wełnę. A jacyż są łask tych rozdzielacze? Nie sąż nimi księgi? Pamiętajcie, prosimy was o to, że nam to zawdzięczacie te wasze wszystkie przywileje i swobody. Przez nas, pijąc z naczyń wiedzy i rozumu, dochodzicie do stolców zwierzchniczych i ludzie nadają wam tytuł mistrzów i panów. Przez nas posiadacie — według zasługi — przedziwne dostojeństwa kościelne i uchodzicie w oczach laików za wielkie światłości świata. Przez nas nosicie od dzieciństwa, z dziewiczym jeszcze meszkiem na licach, tonsurę na waszej głowie, dającą wam obronę według groźnych słów kościoła, zawartych w psalmie setnym i czwartym: „Strzeżcie się dotykać mych pomazańców i nie czyńcie krzywdy moim prorokom“, i że kto czelnie ich się dotyka, ten już samem dotknięciem natychmiastową ściąga klątwę na siebie. Ale gdy do starszego doszedłszy wieku, popadniecie w występek, gdy dotarłszy do widłowatej drogi pitagorejskiej litery, wybierzecie sobie kierunek i zwracając się wstecz, staniecie się towarzyszami złodziei i porzucicie ścieżki boże, któreście sobie przedtem obrali, i tak spadając coraz to niżej, okryci rabunkiem, mordem i wszelakiego rodzaju bezwstydem, sumienie zarówno jak i powagę splamione mając zbrodnią, ręce i nogi skrępowane ścigającą was sprawiedliwością, — gdzież znajdziecie ratunek, zagrożeni najhaniebniejszą karą śmierci? Opuści was sąsiad i przyjaciel i niema nikogo, ktoby nad waszym ubolewał losem. Piotr przysięga, że nie zna Męża, a lud wrzeszczy na sędziego: „Ukrzyżuj Go, ukrzyżuj! Jeśli puścisz Go wolno, to nie jesteś przyjacielem Cezara!“ Zamknięta już droga ucieczki, nadszedł już czas, że musicie stanąć przed trybunałem, a tu niemasz odwołania, czeka was tylko stryczek! A gdy serce nieszczęśliwca pełne jest żałości, i Muzy jedynie, z włosem rozpuszczonym, zalewają się łzami nad jego dolą, słychać go wówczas wydającego krzyki, wzywające naszego współczucia, a iżby uszedł niebezpieczeństwu zawisłej nad nim śmierci, wskazuje wyraźnie na dawną tonsurę, daną mu przez nas i błaga, iżby nas przywołano, abyśmy potwierdziły prawdziwość udzielonego mu kiedyś daru. Wówczas miłosierdziem przejęte, do marnotrawnego przybiegamy syna i zbiegłego niewolnika tego odrywamy od bram śmierci. Otwarto natychmiast znaną mu księgę i gdy on czyta, jąkając się ze strachu, rozpływa się władza sędziego, oskarżony znika, śmierć się ulatnia. O mocy przedziwna biblijnego wersetu! O wybawienie niosące antidotum przeciwko śmierci surowej! O wspaniałe czytanie psałterza, który za to jedynie jest godzien, iżby go zwano księgą żywota! Niech laików ziemska dosięga władza; niech zaszyci w worki płyną do Neptuna, pochowani niech będą w ziemi; niech owoc rodzą Plutonowi, albo, spaleni żywcem, niech wśród słabnących płomieni stosu oddają się Wulkanowi, albo niech będą powieszeni jako ofiary Junony, tymczasem nasz wychowanek, szczególny czytelnik księgi żywota, stoi pod władzą biskupa, a według uznania tegoż surowość zmienia się w łagodność, tak, że w momencie, kiedy laik kroczy placem śmiertelnego wyroku, śmierć uchodzi od kleryka, którego nasze wykarmiły księgi. A teraz pomówmy także o klerykach, będących naczyniami cnót wszelakich. Któż z was stanął na kazalnicy lub zbliżył się do pulpitu, ażeby kazać, nie pokrzepiwszy się przedtem naszą radą? Któż z was zjawił się w uczelni, ażeby czytać, dyskutować lub wykładać, nie ozdobiwszy się kwiatami naszemi? Trzeba, jak Ezechjel, pierwszą połknąć księgę, ażeby wnętrzności pamięci stały się całkiem słodkie; a jako pantery, według podania, oddychają miodną wonią ziół, które pożarły i bydło przychodzi i zwierzęta, by oddychać tym oddechem, w ten sam sposób, jeno jeszcze subtelniej, oddziaływa na was nasza istota i tajemniczo chętnych przyciąga słuchaczy. Co więcej: istnieje wielka ilość ksiąg w Paryżu czy w Atenach, które w ten sam sposób odzywają się echem w Rzymie lub Brytanji. Bo mimo swoją widoczną nieruchliwość zawsze przecież są w ruchu, po wszystkich drogach roznosi je duch słuchaczy. Wkońcu my, według stopnia ich wiedzy, ustanawiamy w hierarchji kościelnej kapłanów, biskupów, kardynałów i papieża. Wszelkie dobro, duchownemu udzielane stanowi, czerpie początek swój w księgach. Ale zatrzymajmy się! Albowiem boli nas przyznać, że wszystkie dary, któremi obsypałyśmy lud kleryków, zostały raczej stracone, niż dane, jako coś, cośmy zmarnotrawiły dla czerni niewdzięcznej. Zatrzymajmyż się przecie na chwilę przy opowieści wszelkiego bezprawia, przez nich pomnażanego jeszcze potwarzami i nowemi krzywdami, jakie zaledwie wyliczyć można w całości i to nawet nie najgłówniejsze. Nasamprzód wypędzono nas mocą i przemocą z mieszkań kleryków, które według odziedziczonego prawa nam się należały. W bezpiecznem wnętrzu zawsze zaciszne posiadałyśmy cele, ale w nieszczęsnych tych czasach wygnano nas za furty i kraty, zaś miejsce nasze zajmują psy i gęsi, częstokroć i owo zwierzę dwunożne, z którem oddawna klerykowi współżyć nie wolno i którego uczniom naszym kazałyśmy unikać bardziej, niż żmii i bazyliszka. Zaledwie to zwierzę miłości, szkodliwe i nieustępliwe, odkryło kąt, w którym schroniłyśmy się jedynie pod opiekę przędzy zmarłego pająka, odrazu z gniewnem wyzywa nas czołem i najgwałtowniejszą spotwarza obelgą; oświadcza, żeśmy najbezpożyteczniejszym sprzętem domu i do wszelkiej służby domowej nieprzydatne, i zapowiada zaraz, że byłoby korzystniejszem na kosztowny zamienić nas czepiec, na jedwabne tkaniny, na barwione podwójnie sukno szkarłatne, na stroje, futra, wełnę czy płótno. I, zaprawdę, nie czyniłoby tego, gdyby mogło wniknąć w głąb naszego serca, gdyby słuchało naszych rad tajemnych, gdyby czytało księgi Teofrasta lub Walerjusza, albo rozumnem wysłuchało uchem choćby tylko dwudziestego piątego rozdziału „Eklezjasty“. Tak to skarżymy się gorzko na gościnę, bezprawnie nam odjętą; nie na to, iżby nam potrzebnych nie dano pomieszczeń, jeno, że te, które oddawna były naszemi, w gwałtownej odebrano nam drodze, tak, że dzisiaj legiwamy na posadzce, tarzamy się po ziemi: rozmaite znosimy cierpienia, grzbiet nasz i boki nasze obrabia choróbstwo; bezwładnie, jakby sparaliżowane, leżymy naokoło i niema człowieka, któryby okazał nam serce, nikt kojącej nie przynosi nam kataplazmy. Przyrodzona i światłością promieniejąca białość nasza zmieniła się w szarość i żółtość, tak, że lekarze, patrząc na nas, nie wątpią bynajmniej, żeśmy nawiedzone żółtaczką. Wiele z nas cierpi na gościec, jak dostatecznym tego dowodem nasze ślimakowato poskręcane kończyny. Dym i kurz nieustannie nas zadżumia, osłabia żywość naszego wzroku i oślepia ciekące już oczy nasze. Gwałtowne walki naszych jelit zużywają nam wnętrze, którego nie przestaje pożerać wygłodniałe robactwo. Dźwigamy zniszczenie w naszych lędźwiach i nie znajdujemy nikogo, co by nas pomazał żywicą cedrową, coby nam po czterech dniach gnicia powiedział: „Łazarzu, wstań!“, nikogo, coby nam robił okłady i zawiązywał rany srogie, któremi niewinnie pokryte jesteśmy. Zdrętwiałe, okryte łachmanami, rzucane bywamy, pomimo łez naszych. do kąta ciemnego, albo na kupę gnoju, jak święty mąż Hiob, albo, co straszliwiej jeszcze wypowiedzieć, do publicznego ustępu. Skarżymy się jeszcze i na inne zło, wyrządzane nam niesprawiedliwie a często. Sprzedają nas jak i służebne i pozostawiają nas jako zastaw po gospodach, bez widoków wykupna; w ten sposób znajdujemy się nieraz po rzeźniach, w miejscach okrutnych, gdzie, nie bez wylewania łez, patrzymy, jak biją jagnięta i woły i gdzie po tysiąckrotnie umieramy ze strachu, który mógłby najsilniejszego powalić męża. Wydają nas żydom i saracenom i heretykom i poganom, których trucizny się obawiamy, albowiem jest pewnem, że wielu z przodków naszych było nią dotkniętych. My, które jako pierwszych panów wiedzy należałoby czcić i które powinnyśmy rozkazywać wydarzeniom nam podległym, przez rokosz ten wydane jesteśmy poddanym, jesteśmy jak najdostojniejszy monarcha, butami chłopskiemi strącony w błoto. Tak każdy krawiec, szewc i każdy rzemieślnik zamyka nas w więzieniu poto, iżby klerykom dostarczał zbędnych a łatwych rozkoszy życia. O innym jeszcze rodzaju hańby pragniemy donieść, poniżającej nietylko naszą osobę, ale to, co dla nas jest najdroższem, nasze dobre imię. Kompilatorowie, tłumacze i przekładacze-nieuki obniżają dzień za dniem naszą dostojność, nadając nam nowe nazwiska autorskie. W ten sposób nasze dawne tracąc szlachectwo, marniejemy coraz to bardziej, ilekrotnie rodzimy się na nowo w naszych rozlicznych naśladownictwach; wbrew naszej woli przyczepiają nam imiona złych ojczymów i synom odbierają nazwiska ich ojców prawdziwych. Tak fałszywy poeta skradł wiersze żyjącego jeszcze Wirgiljusza, a Fidencjusz przypisał sobie dzieła Marcjalisa, który nie pozostawił go potem bez odpowiedzi:

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…