Front matter
BIBLIOTECZKA ILLUSTROWANA
ELIZA ORZESZKOWA
PIEŚŃ PRZERWANA
całość
BIBLIOTECZKA ILLUSTROWANA
ELIZA ORZESZKOWA
PIEŚŃ PRZERWANA
Z illustracyami J. Maszyńskiego
WARSZAWA
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA
1896
Дозволено Цензурою.
Варшава 11 Декабря 1895 г.
Kraków, — Druk W. L. Anczyca i Spółki.
I.
Był to jeden z tych domków, które wydają się uśmiechami wsi, albo jej echami, spadłemi pomiędzy ulice i kamienice miejskie. Maleńki, biały, z ganeczkiem na dwóch słupkach, stał w ogrodzie zaniedbanym, któremu właśnie zaniedbanie nadawało pozór gęstwiny zielonej i świeżej. Dziedzińca nie miał wcale; od ulicy go część ogrodu i parkan z desek, taki wysoki, że ani domku z ulicy, ani ulicy z okien domku zupełnie widać nie było. Z dala — kątek cichy i ładny; z blizka — ruderka, której ściany powyginane od starości, niedbale pobielone, ukrywały się do połowy w splotach fasoli, wijącej się na tykach. Oprócz fasoli, trochę kwiatów rosło na klombie, pod ganeczkiem, na którym stały dwie ławki wązkie i stare. Wewnątrz domku pokoiki były małe, sufity nizkie, podłogi grube, piece niezgrabne z zielonych cegieł. Do jednego z tych pokoików Klara Wygryczówna wbiegła z kuchenki żwawo i nucąc, bo nuciła zawsze, gdy była zadowoloną. Miała na sobie suknię perkalową w różowe i szare paski, fartuch płócienny i rękawy aż do łokci zawinięte. Rękoma świeżo umytemi, jeszcze zaczerwienionemi od zimnej wody, prędko zdjęła fartuch, zwinęła go i schowała do szuflady starej komódki, myśląc: »Trzeba go już wyprać! jest bardzo poplamiony«. Potem odwinęła rękawy i zaczęła do koszyka wkładać kawałki pokrajanego perkalu, nożyczki, naparstek, nici. Obejrzała się po pokoju i ze stojącej w kącie etażerki wzięła książkę, którą także włożyła do koszyka. Wybiegła jeszcze do kuchenki, i przyniósłszy niedużą kromkę chleba, wsunęła ją pod perkal, napełniający koszyk. Wtedy już głośno na nutę walcową: — La, la, la! la, la, la! — i wybiegła na ganek. Tu, zatrzymała się, spojrzała na fasolę i klombik z trochą kwiatów. Fasola miała już trochę strąków, ale tu i owdzie wychylały się jeszcze z pośród jej ogromnych liści kwiaty czerwone jak ogień. Jeden z nich Wygryczówna zerwała i wsunęła we włosy. Były to włosy czarne, kręcące się nad czołem, a z tyłu głowy zwinięte tak luźno, że mnóstwo krętych pasemek rozsypywało się po karku i ramionach. Kwiat fasoli wyglądał w nich jak płomyk. Dziewczyna nie była doskonale piękną, ale miała świeżość lat dziewiętnastu i wdzięk żywości niezwykłej, odbijającej się w , w oczach, w uśmiechach. Uśmiechała się i teraz, patrząc na ogród. Czuła się wesołą. Zrobiła już wszystko, co trzeba było zrobić, i miała przed sobą parę godzin swobody zupełnej. Ojciec był w biurze, brat w szkole, siostra w szwalni; obiad zgotowany oczekiwał na ich powrót w piecu kuchennym. Po uprzątnięciu mieszkania i zgotowaniu obiadu, czuła się trochę głodną. Dlatego wzięła do koszyka kawałek chleba. Zje go szyjąc w miejscu bardzo ulubionem, to jest w altanie z bzu koralowego, która znajdowała się w końcu ogrodu, u samych sztachet, otaczających ogród książęcy. Ilekroć mogła przesiedzieć w tej altance godzinę albo dwie sama jedna, z robotą i swemi myślami, wpadała zawsze w humor wesoły. Ta iskra lubiła samotność. Ta główka młoda miała o czem myśleć. Nigdzie zaś nie czuła się tak samotną, nie myślała tak dobrze, jak w tej altance bzowej. Tam, za sztachetami nizkiemi ciągnęła się alea cienista z drzew bardzo starych, które rozstępowały się naprzeciw altanki, ukazując za trawnikiem rozległym pałac nieduży, ale piękny, z dwiema basztami i trzema szeregami okien wysokich a wązkich. Ciemno-popielata ściana pałacu, jego okna i balkony wysuwały się z nad krzewów rozrzuconych po trawniku wspaniale i tajemniczo. Tajemniczość pochodziła z milczenia, panującego zawsze w i dokoła niego. Okna tam były wiecznie zamknięte, ogród wiecznie pusty. Czasem na drogach i trawnikach pracowali ogrodnicy, ale nikt nigdy po nich się nie przechadzał. Nieopodal altanki znajdowała się w sztachetach bramka, także wiecznie zamknięta. Miejsce to, utrzymywane starannie, było jednak opuszczone. Klara wiedziała ze słyszenia, że właściciel pałacu książe Oskar, nie mieszkał tu nigdy. Nie obchodziło jej w stopniu najmniejszym, czy pałac miał, albo nie miał mieszkańców. Lubiła patrzeć i patrząc doświadczać uczucia piękna, którego miała w sobie instynkty silne. Teraz, siedząc na wązkiej ławeczce, z jednym krzakiem bzu koralowego za sobą, a drugim przed sobą, jeszcze nie patrzała na pałac, ani cieszyła się jego pięknością. Szyła pilnie. Przed nią na stole malutkim, z jedną nóżką, wkopaną w ziemię, stał koszyk z kawałkami perkalu i wyglądającą z pomiędzy nich książką. Na czytanie i na zachwycanie się jeszcze pora nie przyszła. Robota była pilną. Kupiła niedawno perkalu na sześć koszul dla małego brata; szyła zaledwie czwartą. Kiedy wszystkie uszyje, przyjdzie kolej na reparowanie bielizny ojca, a potem będzie musiała uszyć dla siebie nową suknię, bo te dwie, które posiada, już się kończą. Niestety! wolałaby, aby inaczej było, ale już się kończą i trzeba zrobić nową. Najtańsza nawet coś kosztuje, a gdy w którym miesiącu zdarzy się sprawunek podobny, musi dobrze połamać głowę, aby pensyi ojcowskiej na inne rzeczy nie zabrakło. Dotąd jakoś nie zabrakło nigdy, ale ojciec nie zawsze ma wszystko, czego mu potrzeba. Bo potrzebowałby ze swojem słabem zdrowiem jedzenia pożywniejszego, zwłaszcza owoców... Myśl o jedzeniu przypomniała jej kawałek chleba, wzięty z domu. Wyjęła go z koszyka, ugryzła trochę, i położywszy na stole, szyła dalej. W tej samej chwili, aleą, która z trzech stron obejmowała duży ogród sąsiedni, szedł od strony pałacu mężczyzna dość wysoki i bardzo zgrabny, w ubraniu z materyału kosztownego i skrojonym wykwintnie, w małym kapeluszu pilcowym na ciemnopłowych włosach. Z pod kapelusza widać było owal twarzy delikatny i blady, policzki gładko wygolone i wąsik złotawy, ocieniający wargi cienkie, mające wyraz trochę ironiczny, trochę znudzony. Mógł mieć lat trzydzieści kilka; ruchy były młodzieńcze, zgrabne, trochę niedbałe. Szedł zrazu ze spuszczoną głową, a potem przypatrując się drzewom i podziwiając ich Stały one nieruchomo w powietrzu cichem i w złocie słońca już prawie jesiennego, gdzieniegdzie przeświecając liściem zżółkłym lub zarumienionym. Kiedy niekiedy zeschłe liście z małym trzaskiem kruszyły się pod stopami idącego, który coraz zwalniając kroku, wodził wzrokiem po dwóch zielonych ścianach alei, od szczytów, natykanych złotem i czerwienią, do pni grubych, okrytych porostami, jak szmatami koronek zielonawych. Myślał, że wcale uroczym kącikiem jest ten ogród, choć nieduży i znajdujący się w mieście niedużem. Ale może dlatego właśnie jest uroczy, że napełnia go cisza taka, jakiej prawie niepodobna znaleźć w miastach wielkich i nawet w rezydencyach wiejskich, ale wielkich. Długo żyć w takiej ciszy mógłby tylko Kameduła; ale na czas jakiś może być ona bardzo przyjemną. Wydziela się z niej coś kojącego i zarazem obudzającego marzenia niewyraźne. Chciałoby się w tej ciszy i śród tych drzew starych widzieć idyllę. Czy tylko widzieć? Może także brać udział w sielance naiwnej, jak baśnie o pasterzach zakochanych, tajemniczej, jak gniazda ukryte w zielonych gęstwinach. Nie są to zapewne marzenia bardzo mądre, ale w tem miejscu rodzą się w wyobraźni same przez się, niby sny nikłe, po których zostaje przez parę godzin trochę tęsknoty na dnie serca. A cóż zresztą na świecie jest mądre? Gwar i ścisk ludzki, każdy bez wyjątku, ciecze takąż ilością głupstwa, co mądrości; a nawet, jest to proporcya ustanowiona zbyt optymistycznie. Owszem, w i ściskach ludzkich mądrość do głupstwa znajduje się w stosunku szczupłego odsetka. I prawda do fałszu także. Ta cisza i te drzewa nie kłamią przed nikim, ani przed samemi sobą. A proszę mi pokazać wśród ludzi takie cudo, któreby nie znało udawania, obłudy, pochlebstwa, zalotności! Mężczyźni są pochlebcami, kobiety zalotnicami, a nieraz spotkać można oba te piękne przymioty połączone w osobnikach płci każdej. Przyjaźń mężczyzny i miłość kobiety — żart natury, ukazujący ludziom ideały dlatego, aby przez całe życie byli dziećmi, goniącemi motyle. Ale nie każdy pozwoli aż do końca wyprowadzać siebie w pole. Są tacy, którym doświadczenie nawet niezbyt długie, udziela przekonania, że z motyla pochwyconego wkrótce pozostaje na dłoni trupek dość obrzydliwy. Takim miło jest odetchnąć niekiedy ciszą i samotnością, z których wydziela się zapach idylli, — będącej blagą poetów. Bo w rzeczywistości idylla miewa ręce czerwone, a w sercu pociąg magnetyczny do kieszeni pasterza zakochanego. Tu, zdala od ludzi, korzystnie byłoby czytać Rochefoucauld’a. Co za penzel ciemny i wierny prawdzie życia — ciemnej! Trzeba koniecznie przyjść do tej alei z Rochefoucauld’em, i pod drzewem usiadłszy... Czy są tu jakie ławki? Dla zobaczenia czy w alei starej i cienistej jest jakie miejsce, w mógłby usiąść z Rochefoucauld’em, podniósł głowę i stanął jak wryty. O kilka kroków przed sobą, tuż za sztachetami zobaczył dziewczynę w sukni perkalowej w różowe i szare paski, na wązkiej ławeczce, pod krzakiem bzowym, szyjącą pośpiesznie. Kwiat fasoli gorzał jak płomyk w jej czarnych włosach; czarne kędziorki wiły się po karku schylonym nad robotą i po białej szlarze, obejmującej szyję u brzegu stanika. Średniego wzrostu, wątła i zgrabna, z cerą bladawą i ponsowemi usty, miała pozór delikatny i zarazem bardzo świeży. Szybkość, z którą szyła, nie przeszkadzała jej sięgać kiedy niekiedy po kromkę chleba, leżącą na stoliczku zbitym z dwu desek grubych i od starości popękanych. Odgryzała kawałek i przeżuwając go szyła znowu. Chleb był ciemny, zęby, które się w nim zatapiały, białe i równe, jak perły. Dwie, trzy minuty szycia, i znowu ręka, błyskając naparstkiem, wyciąga się po kromkę, coraz mniejszą. Za to roboty już wykonanej przybywa. Zszywanie dwu kawałków perkalu zbliża się do końca. Jeszcze jeden kęs chleba i jeszcze ściegów kilkanaście, jeszcze jeden i jeszcze kilkanaście, aż białe ząbki, zamiast chleba, przecinają nitkę zaprawioną: dziewczyna wyprostowywa kibić, z przechyloną nieco głową przypatruje się robocie wykonanej i snadź uznaje, że robota jest dobrze wykonaną, że chleb był smaczny, że pogoda piękna, bo z ust jej wybiega wesoła nuta walca: — La, la, la! la, la! la, la, la! Młodzieniec postąpił kilka kroków i wyszedł z za drzew, przez których gałęzie dość długo przypatrywał się dziewczynie. Suche liście zaszeleściły mu pod stopami. Ona szybko obróciła twarz, okrytą wyrazem zadziwienia. W oczach jej ze źrenicą złotawą i błyszczącą było nieco przestrachu. Odkąd przychodzi tu, więc od lat trzech przeszło, pierwszy raz widzi kogoś przechadzającego się po tym ogrodzie. Ale przestrach trwał krótko. Powierzchowność człowieka, zobaczonego niespodzianie, sprawiała wrażenie miłe. Był też widocznie grzeczny, bo spotkawszy się oczyma z jej spojrzeniem, podniósł nad głową kapelusz, co odsłoniło czoło pięknie wykrojone i mające pomiędzy brwiami zmarszczkę pionową. Ta zmarszczka, wobec młodości postawy i twarzy, od pierwszego wejrzenia rzucała się w oczy, zarówno jak podłużny kształt i białość ręki, podnoszącej kapelusz. Przez parę sekund zdawał się wahać, czy namyślać; potem szybko przystąpił do sztachet i z kapeluszem ciągle podniesionym nieco, bardzo grzecznie wymówił: — Czy mogę zapytać panią, kto mieszka w tym ładnym domku? Oczyma wskazywał białą ruderkę, topiącą się w splotach fasoli. Ona, zmieszana trochę, odpowiedziała: — My tam mieszkamy... Zaraz jednak poprawiła się. — Ojciec mój, Teofil Wygrycz, ja i rodzeństwo moje... Układ jej i sposób mówienia objawiały, że była nawykłą do uprzejmego obchodzenia się z ludźmi, i że zmieszana zrazu, prędko odzyskiwała śmiałość. — Miłe ustronie, — zauważył. — O, bardzo! — potwierdziła z oczami pełnemi zachwytu; — tak zielono tu jest i spokojnie... — Gniazdko zaciszne, — dodał i zaraz zapytał jeszcze: — Któż to zasadził przy domku te piękne rośliny, które ocieniają go w sposób tak malowniczy? Uradowana pochwałą, odpowiedziała z żywym blaskiem oczu: — Nie prawdaż, że ślicznie fasola wyrosła nam w tym roku? Sadzimy ją z siostrą każdej wiosny, ale nigdy jeszcze nie była tak wysoka i gęsta... — Jest istotnie wysoka i gęsta na podziw. Na klombie też widzę kwiatki. Czy także są przez panią zasiane lub zasadzone? — Trochę lewkonii i rezedy... tylko trochę, ja i siostra moja nie mamy czasu uprawiać więcej... — Siostrzyczka pewnie starsza?... — Owszem, młodsza ode mnie o lat cztery... — Więc ma lat? — Piętnaście... Umilkli; ona, znowu zmieszana, spuściła twarz nad robotą i szyć zaczęła; on, oparty o sztachety, patrzał na nią i nie odchodził. Zmieszanie, które ją ogarnęło, pochodziło właśnie ze sposobu, w jaki patrzał na nią. Zdjął był przed chwilą kapelusz i oczy jego w oprawie podłużnej, duże, bardzo szafirowe, miały pod czołem, przekreślonem zmarszczką głęboką, uśmiech żartobliwy. W tym uśmiechu oczu, w postawie, w sposobie mówienia, trochę powolnym i rozdzielającym sylaby wyrazów, nie było wcale niegrzeczności, ale z całej osoby nieznajomego uderzała pewność siebie i wytworność, które ją mieszały. Przytem wiedziała, że młoda panna nie powinna wdawać się w długie rozmowy z ludźmi nieznajomymi, ale paliła ją poprostu ciekawość: kto to taki? Skąd i jakim sposobem znalazł się w tem miejscu, zazwyczaj bezludnem? Myślała: jakby to się zapytać? — ale żadna forma zapytania nie przychodziła jej do głowy. Szyła tedy, a przez głowę jej mknęły myśli: Może odejdzie sobie? Może ja powinnam wstać i odejść? Ale byłoby to niegrzecznie. Po cóż mam uciekać? Jestem przecież w swojej altance. Niech on sobie idzie skąd przyszedł! Któż to taki? Kto to być może? Przystojny... głos szczególnie ma bardzo miły... On, pomilczawszy parę minut, głosem istotnie bardzo miłym, mającym w sobie coś z miękkości aksamitu, przemówił znowu: — Co to pani robi? Nie podnosząc głowy ani oczu, odpowiedziała; — Szyję koszulę dla brata... Nie widziała uśmiechu, który przemknął po ustach nieznajomego. — Braciszek dorosły? — O nie, o dziesięć lat młodszy ode mnie... — Więc pani jest najstarszą z rodzeństwa? — Tak. — Ale ja w jednem powiedzeniu pani spostrzegłem pewne opuszczenie... pewien brak... Mówiła pani: mój ojciec, ja i rodzeństwo moje... A mama? Po kilku sekundach milczenia odpowiedziała z cicha: — Od czterech już lat nie mamy matki... umarła... — I pani zastępuje ją rodzeństwu... Wciąż szyjąc z głową pochyloną, cicho odpowiedziała: — Staram się o to... pragnę bardzo... o ile podobna... Z ust i z oczu nieznajomego zniknął uśmiech żartobliwy, ramię jego silniej oparło się o sztachety, po chwili też przemówił: — Widzę książkę w koszyczku... pani lubi lekturę? — Tak, bardzo lubię czytać... — Cóż to jest... ta książka? Wyciągnął rękę nad sztachetami, ona, nie zaraz i z wahaniem, jednak podała mu przedmiot żądany. Cóż on sobie myśli, doprawdy? Stoi i stoi! Rozmawia i rozmawia. I nie mówi kim jest! To niegrzecznie, choć z drugiej strony... jest bardzo grzecznym! Książka miała okładkę grubą i zniszczoną, cała zresztą była zniszczona, czytana zapewne po wiele razy i przez wiele osób. Nieznajomy otworzył ją, zaczął przewracać kartki i zatrzymał wzrok na wierszach, przy których znajdował się znak zrobiony ołówkiem. — Czy to pani podkreśliła te wiersze? — Tak, — cichutko odpowiedziała. — Tak się pani podobają?... Półgłosem zaczął czytać wiersze podkreślone:
Jakkolwiek półgłosem tylko, czytał jednak pięknie. Dziewczyna doświadczyła wrażenia . Nigdy w życiu nie słyszała poezyi czytanej głośno, a ten głos był taki aksamitny, przejęty pieszczotą z czemś jeszcze na dnie, jakby z trochą smutku... On głos ten swój zawiesił na chwilę i pomyślał: — Jednak daleko znalazłem się od Rochefoucaul’da... w stronie zupełnie przeciwnej... I czytał dalej:
Jej, nie wiedzieć skąd i dlaczego, łzy zaczęły cisnąć się do oczu. Bywało z nią tak zawsze, ilekroć słuchała muzyki, co zdarzało się niezmiernie rzadko. Zawstydziła się ogromnie, a obok wstydu, uczuła trochę gniewu. Cóż znowu? Nie tylko rozmawia z nią, ale nawet czyta sobie głośno jej książkę, jakby od stu lat byli z sobą znajomymi! a nazwiska swego nawet nie powiedział. Zebrała się na śmiałość i, ręce z robotą na kolanach składając, z poważnym, nawet surowym wyrazem twarzy, zapytała: — Pan daleko stąd mieszka? Czuła sama, że wymówiła to pytanie głośniej, niż chciała, i że zanadto już brwi ściągnęła. Ale to tak zawsze: kiedy trzeba zdobyć się na wielką śmiałość, zawsze się coś przesadzi! On podniósł oczy z nad książki i trochę niedbale odpowiedział: — Bardzo blizko... Potem przeczytał jeszcze dwa wiersze:
Ale jakby w czasie czytania tych dwóch wierszy namyślił się, zamknął książkę i rzekł z ukłonem: — Dotąd jeszcze nie przedstawiłem się pani. Nie przypuszczałem, aby rozmowa nasza mogła się tak przeciągnąć. Ale teraz, widzę, że będę pragnął, aby mogła się powtarzać... Spuścił na chwilę oczy, pomyślał, potem dokończył: — Jestem Juliusz Przyjemski, mieszkam w tym dużym domu... Wskazał pałac książęcy. Dziewczyna poweselała; czuła, że przyzwoitości towarzyskiej stało się zadość; ale była trochę zdziwiona. — Myślałam, że w tym pałacu nikt nie mieszka... — Dotąd, oprócz służących, nikt w nim nie mieszkał, ale wczoraj przybył tu, na czas jakiś, jego właściciel. — Książe?! — zawołała. — Tak; książe, który z powodu interesów majątkowych zabawi tu czas jakiś... Ona pomyślała chwilę i z wahaniem zapytała: — A pan przyjechał z księciem? — Tak, — odpowiedział — przyjechałem z księciem Oskarem. — Pan jest zapewnie u księcia Oskara w gościnie? — Bynajmniej, pani. Jestem domownikiem księcia, jeżdżę i przebywam z nim wszędzie i zawsze... Zastanowił się chwilę i dodał jeszcze: — Jestem domownikiem i zarazem przyjacielem najbliższym księcia. Pomyślała, pewno sekretarz albo plenipotent księcia! Wiedziała o tem, że wielcy panowie miewają plenipotentów i sekretarzy. Co ona tam zrestą wiedzieć mogła, jakie urzędy znajdują się przy dworach książęcych! Pewno są liczne i rozmaite. Ale uczuła zadowolenie z tego, że świeżo poznany człowiek nie był gościem książęcym. Wcale nie wiedziała, dlaczego ją to ucieszyło, ale ucieszyło. — Czy książe jest młody? — zapytała. Przyjemski zawahał się chwilę, a potem z uśmiechem, który wydał się jej trochę dziwnym, odpowiedział: — Tak i nie; żyje niezbyt długo, lecz doświadczył wiele... Potakująco wstrząsnęła głową. — O, tak! Wyobrażam sobie, ile szczęścia i przyjemności doświadczyć musiał! — Pani tak myśli? — Naturalnie. O, Boże! Będąc tak bogatym, może robić zawsze co mu się tylko podoba! Cienkimi palcami przerzucając od niechcenia karty książki, odpowiedział: — I nieszczęście jego w tem tylko... że mnóstwo rzeczy przestało mu się podobać. Zastanowiła się chwilę. — Pewno, — rzekła — wiele rzeczy może okazać się nie takiemi dobremi, jak z początku, albo zdaleka... — Pani to już rozumie? — z niejakiem zdziwieniem zapytał. Z wesołym uśmiechem odpowiedziała: — Żyję niedługo, ale już wiele doświadczyłam... — Naprzykład? — zapytał żartobliwie. — Miałam już kilka albo i kilkanaście takich wypadków, w których czegoś bardzo chciałam, o czemś bardzo marzyłam, a potem przekonałam się, że nie warto było chcieć i marzyć... — Naprzykład? — powtórzył. — Naprzykład, pragnęłam mieć przyjaciółkę, ale taką serdeczną, serdeczną, z którą moglibyśmy żyć prawdziwie razem. — Co to znaczy: żyć prawdziwie razem? — To znaczy: nie mieć nic osobnego, tylko wszystko wspólne. Wspólnie myśleć o wszystkiem, wzajemnie pomagać sobie we wszystkiem, wspólnie cieszyć się i biedować... — Piękny program! czy udał się pani? Spuściła oczy nad robotą. — Nie udał się. Już ze dwa razy myślałam, że mam taką przyjaciółkę i byłam ogromnie szczęśliwą, a potem... — Pani pozwoli dokończyć?... potem przekonała się pani, że po pierwsze: te przyjaciółki były daleko mniej mądre od pani, więc niepodobna było razem z niemi myśleć; po drugie: że prawdziwie nie kochały pani... Tak?... Szyjąc ciągle, twierdząco skinęła głową. — Nie wiem, czy były mniej mądre ode mnie, ale że nie kochały mię prawdziwie, to pewna. On mówił zwolna: — Ogadywały panią... kopały przed panią dołki... za byle drobnostkę obrażały się na panią, a same co moment obrażały... Zdziwiła się ogromnie i podniosła głowę: — Skąd pan wie? Zaśmiał się. — Książe doświadczał tego samego, tylko na bardzo szeroką skalę. Był z początku niezmiernie czułym i naiwnym, wierzył w przyjaźń, w miłość, w szczęście... un tas des choses w tym rodzaju, a potem przekonał się, że jedni ludzie jego nudzą, a innych on nudzi, że każde serce ma na dnie interes, a każda radość zdradę... jest zarazem i młodym i starym... Słuchała uważnie, a potem ze współczuciem szepnęła: — Biedny! Taki bogaty, a taki biedny! Przyjemski zamyślił się. Stał ciągle oparty o sztachety, wzrok spuścił ku ziemi, i zmarszczka pomiędzy brwiami, stając się głęboką, rzucała mu na twarz wyraz znużenia i cierpienia. Ona przez chwilę patrzała na niego z zamyśleniem, a potem z żywem błyśnięciem oczu zawołała: — Jednak są rzeczy zawsze miłe, piękne, dobre, i książe, chociaż tyle doświadczył, musi być jednak bardzo szczęśliwym... Podnosząc powieki, zapytał: — Jakież to rzeczy? Żywym gestem wskazała ogród za sztachetami: — Naprzykład, taki ogród! O, Boże, ileż razy siedząc tu myślałam, jakie to szczęście módz sobie zawsze, gdy tylko się podoba, chodzić i siedzieć pod takiemi drzewami, patrzeć na piękne kwiaty, mieszkać w domu z taką piękną architekturą... Ja szczęśliwą już jestem, ile razy siedzę tu i tylko patrzę na linie tego pałacu, takie zgodne i eleganckie, na te drzewa, na ten trawnik... Wie pan, w kwietniu tyle fiołków bywa na tym trawniku, że trawa znika prawie pod nimi i robi się on cały fioletowy, a zapach idzie od niego tak silny, że aż do naszego domku dochodzi... — Pani jest bardzo wrażliwą na piękność... Ona ożywiła się teraz ogromnie. Z żywymi gestami, wesoło odpowiadać zaczęła: — Co ja się też napracowałam i nastarałam o to, aby w tym domku zamieszkać!... Zobaczyłam go raz wypadkiem. Przechodziłam ulicą, brama w parkanie była otwarta i przy niej stał stragan z owocami. Zaszłam, aby kupić trochę owoców dla ojca. Patrzę, taki śliczny domek stoi w ogrodzie jednym, a tuż obok drugi ogród, daleko większy, z takiemi pięknemi drzewami. Tak mi się zachciało, aby ojciec i dzieci mieszkały w tym domku, pomiędzy tą zielonością, w takim spokoju miłym... sama też Bóg wie co dałabym była za to, aby tu mieszkać... Ale było bardzo trudno... Musiałam wynaleźć właściciela, dobić się do niego, bo jest to bogaty człowiek i mieszka w środku miasta, w kamienicy ogromnej. Kilka razy do niego chodziłam, nim zechciał rozmówić się ze mną. Potem okazało się, że to dla nas trochę za drogo, że trzeba było czekać, że przenosiny kosztują wiele!... Mnóstwo było bied i trudności rozmaitych, ale przezwyciężyłam wszystkie, i dzięki Bogu przenieśliśmy się tutaj... Już przeszło trzy lata temu... — Więc pani miała lat szesnaście, kiedy dokazywała takich czynów bohaterskich. Zaśmiała się. — Do bohaterstwa to daleko, ale trzeba było silnego postanowienia. Jestem też przekonana, że zdrowie ojca podtrzymuje się jako tako tylko przez to, że mieszka w takiem powietrzu i w takiej ciszy. Gdybyśmy byli pozostali na dawnem mieszkaniu, w zaułku brudnym i krzykliwym, kto wie, coby było? A tu, ojciec ma się nie lepiej wprawdzie, ale i nie gorzej, i wszystkim nam dobrze... — Dobrze! — z zamyśleniem powtórzył Przyjemski, — więc pani czuje się zupełnie szczęśliwą, odkąd tu mieszka?... Szyjąc, smutnie wstrząsnęła głową. — Niezupełnie; bo wcale, wcale nie jestem spokojną o zdrowie ojca i przyszłość dzieci... — A o swoją? Tym razem podniosła na niego oczy ogromnie zadziwione: — O swoją przyszłość? A cóż mi się stać może? Jestem już przecie dorosłą i w każdym wypadku dam sobie radę... — To pani szczęśliwszą jest od księcia, bo on nie może dać sobie rady... — Z czem? — Ze wszystkiem. Sam nie wie co ma robić z sercem zrażonem, bo powielekroć zranionem, z dniami i godzinami, które nie mają celu. — Biedny! — westchnęła znowu, ale po chwili, bardzo żywo mówić zaczęła: — Mnie się jednak zdaje, że książe mógłby być szczęśliwym, tylko albo nie chce, albo nie umie. Doprawdy, może jestem zarozumiałą, ale zdaje mi się, że będąc na jego miejscu, wiedziałabym, co zrobić z sercem i z życiem. — Doprawdy? Cóżby pani robiła? — Weszłabym na szczyt tej baszty, widzi pan... tej... na sam szczyt... i obejrzałabym z niego caluteńkie miasto. Zobaczyłabym wszystkich, którzy tylko w niem żyją, cierpią, czegokolwiek potrzebują i... Urwała i najniespodzianiej zapytała: — Widział pan kiedy medalik z Matką Boską Paryską? — Zdaje mi się... zapewne... dobrze sobie nie przypominam... — Matka Boska Paryska stoi, a z obu Jej rąk leją się potoki promieni, które pocieszają, oświecają i od złego bronią... Gdybym była na miejscu księcia, weszłabym na tę basztę, spuściłabym ręce i lałabym z nich potoki, potoki promieni... O, Boże, jaka byłabym szczęśliwa!... Mówiąc, czyniła gesta odpowiednie. Ukazywała szczyt baszty, potem spuściła ręce i wstrząsała niemi, jakby coś z nich sypała na ziemię. Przyjemski słuchał, oczy jego pod zmarszczką głęboką, nabierały blasku i miękkości. — Ładnie, bardzo ładnie! — szepnął do siebie. Ale zaraz, z trochą ironii przemówił głośno: — Święta wiara w zbawienne skutki filantropii! Nie będę jej pani odbierał. Nie trzeba pani nic odbierać i... nic dodawać... Nie wiem jak tam z księciem, ale co do mnie... Z lekkiem uchyleniem kapelusza, który przed chwilą włożył był na głowę, dodał: — Szczęśliwy jestem, że traf pozwolił mi panią poznać... Twarz jej okryła się rumieńcem karminowym. Zaczęła prędko, prędko wkładać robotę do koszyka. — Pora mi już do domu... — Już? — zapytał z żalem. Spojrzał na książkę, którą trzymał w ręku. — Czy pani będzie łaskawa pożyczyć mi tej książki do jutra? — Owszem, z przyjemnością, — uprzejmie odpowiedziała. — Oddam ją pani jutro... gdy pani znowu o tej porze przyjdzie do tej altanki. Dobrze? — Dobrze — bez wahania odpowiedziała, — ja tu codzień przychodzę, kiedy tylko pogoda piękna... — Oby jutro była piękną!... Od strony domu głos dziecinny zawołał: — Klarciu! Klarciu! Na ganeczku z dwoma słupkami stał malec w mundurku gimnazyalnym, trochę więcej niż dziesięcioletni, i obu ramionami machając ku altance, na cały ogród wołał: — Klarciu! Klarciu! Już przyszedłem! Ojciec też idzie, i zaraz z magazynu przyleci... Chodź prędzej i daj obiad! Okropnie jeść chce się!... — Idę, idę! — odkrzyknęła, i skinąwszy głową nowemu znajomemu, odbiedz miała, gdy on zatrzymał ją jeszcze słowami: — Niech pani mi na pożegnanie rączkę poda... Bez wahania, z uprzejmem dygnięciem wyciągnęła rękę, i wtedy dopiero, gdy ta ręka zgrabna, ale ze skórą trochę zgrubiałą i szorstką, znalazła się w dłoni białej, miękkiej i obejmującej ją uściskiem miękkim, długim, rumieniec karminowy oblał twarz jej od czarnych kędziorków nad czołem do białej szlarki, otaczającej u szyi brzeg stanika.
II.
Dużo przed południem, Juliusz Przyjemski, siedząc z książką w ręku na ławce ogrodowej, spoglądał często na domek, stojący w fasoli pośród ogrodu sąsiedniego. Sztachety nizkie i gałęzie drzew, rozstępujące się w alei pozwalały widzieć dokładnie wszystko, co się dzieje dokoła tego domku. Widział naprzód człowieka wysokiego, chudego, z siwiejącymi włosami, który wyszedł na ganek w paltocie znoszonym, w czapce z gwiazdką, ze szczupłą teczką pod ramieniem. Za nim wybiegła Klara, i obie ręce położywszy mu na ramionach, coś mówiła do niego, aż podała mu czoło do pocałowania i do domku wbiegła. Chudy, siwy człowiek poszedł zwolna ku bramce w parkanie, prowadzącej na ulicę, ale był w połowie drogi, gdy zatrzymało go głośne wołanie z wnętrza domku: — Tatku! tatku! Dziewczyna w sukni jeszcze nie dosięgającej ziemi, w błękitnej chusteczce na głowie, uczepiła się jego ramienia i razem już wyszli z ogrodu. Przyjemski uśmiechnął się. — Tatko poszedł do biura, siostrzyczka do magazynu... Ten Benedykt to sprytny ptaszek!... Powiedziałem mu wczoraj: »Dowiedz się!« — i dziś z rana już wiedział. Trzydzieści rubli na miesiąc, phi! bieda musi aż piszczeć. Naturalnie. Od tego są idylle, aby poetyzować na głodno! Czarny chleb zajada, a w koszyczku poematy nosi... Spuścił wzrok na książkę, którą trzymał w ręku. Nie był to Rochefoucald, ale ta stara książka w podartej oprawie, którą wczoraj pożyczył od swojej nowej znajomej. Znowu kilkanaście wierszy zakreślonych ołówkiem; znowu więc ustęp ulubiony. Zobaczmyż jaki?
Podniósł wzrok z nad książki, zamyślił się. — Jak ja to dawno czytałem! jeszcze w dzieciństwie... Bardzo to ładne! Tu szczególnie pod temi drzewami, w tej ciszy, lektura bardzo stosowna... Dziś jeszcze nie oddam jej tej książki i przeczytam ją od początku do końca... Ciekawym, co też ona robi w tej chwili... za tą fasolą? Dowiedział się o tem natychmiast. Na mały ganek wyszła Klara, dźwigając w obu rozpostartych rękach coś ciężkiego. Przyjemski pochylił się naprzód aby lepiej widzieć, i zobaczył, że dziewczyna, z rękawami sukni do łokci zawiniętymi, niosła małą balię, napełnioną płynem, który wylała zdala od domku, za rozłożystą jabłonią i krzakami agrestu. Gdy wracała z pustą już w opuszczonych rękach, zauważył, że miała przód sukni okryty fartuchem płóciennym. — Zapewne pierze, skoro ma do czynienia z balią. Taka jednak delikatna i z rozumkiem... Jak ona wczoraj mówiła o tej Najświętszej Pannie Paryskiej... bardzo ładnie... bardzo ładnie... Czytał, myślał, odchodził, powracał, odszedł na długo i w parę godzin po południu wrócił znowu prawie o tej samej porze, o której wczoraj zobaczył Klarę. Usiadł na ławce z tą samą książką w starej oprawie i co chwila podnosił wzrok z nad jej kartek, spoglądając w ogród sąsiedni. Po pewnym czasie, szybkim ruchem pochylił się, aby lepiej widzieć przez gałęzie. Ktoś wyszedł na ganek z domku, nawet dwie osoby wyszły. Jedną była staruszka w czarnem ubraniu, w czarnej chustce na siwiuteńkich włosach, drugą Klara, ubrana jak do wyjścia na miasto, w zarzutce ciemnej i kapeluszu słomianym, opasanym wstążką. Zeszły z ganeczku i prędko przeszedłszy ogród, wyszły przez bramkę w parkanie na ulicę. — Basta! — uśmiechnął się Przyjemski, — poszła sobie i tu już pewno nie przyjdzie. Spłoszyłem ptaszynę. Szkoda, bo jest milutka!... Ruchem nerwowym zamknął książkę i poszedł ku pałacowi z pogłębioną zmarszczką pomiędzy brwiami. Klara od samego rana myślała nad tem: pójść, czy nie pójść? Dając śniadanie ojcu i dzieciom, sprzątając mieszkanie, gotując obiad, piorąc fartuch swój i różne drobiazgi dziecinne, co chwila zapytywała siebie: pójść, czy nie pójść do altanki bzowej, gdzie z pewnością zjawi się zaraz, po drugiej stronie sztachet, p. Przyjemski? Roboty szły jej dziś nie tak gładko jak zwykle, bo co chwila wstawała i myślała o spotkaniu wczorajszem. Dziwny wypadek! Spotkać człowieka nieznanego, rozmawiać z nim tak długo i nawet książkę mu pożyczyć! Nie słyszałam nigdy, aby ktokolwiek tak pięknie czytał. Jaki on miły! Dziwna ta jego zmarszczka na czole, taka głęboka, a pod nią oczy takie szafirowe, szafirowe, czasem śmiałe i śmiejące się, a czasem takie smutne! Jaki on miły! Raz tak jakoś na mnie popatrzał, że chciałam wstać i uciec... Uczułam coś takiego, jakbym się na niego , nie wiedząc za co, ale potem zaczął mówić o księciu takie rzeczy zajmujące... Jaki on miły! Jak on to powiedział: »Pani nie trzeba nic odejmować i nic dodawać!« Jaki on miły!... Ogień kuchenny rumieńcem gorącym okrył jej policzki; stawała też często przed otwartem oknem i z rozkoszą czuła powiewy wiatru, muskające ją po twarzy. Im więcej zbliżała się pora, w której zazwyczaj szła do altanki, tem większy niepokój ją ogarniał. Wreszcie zrobiła już wszystko, odjęła fartuch, wyjęła z szafki koszyk z robotą. Jeszcze raz: pójść, czy nie pójść? Przy spojrzeniu na koszyk przypomniała sobie książkę pożyczoną wczoraj. Jakże? trzeba pójść, choćby dlatego, aby tę książkę odebrać. Naturalnie, gdyby nie przyszła, cóżby uczynił z tą książką? Musiałby chyba ją odsyłać, i sprawiłoby mu to kłopot z jej przyczyny. Ma się rozumieć, że pójdzie. To jej altanka, ma prawo w niej przesiadywać, a ten pan może sobie tam przychodzić, albo nie przychodzić, co jej do tego! Jaki on miły!... I cóż w tem złego będzie, jeżeli znowu trochę z sobą porozmawiają? Postanowienie powzięte tak ją ucieszyło, że biorąc koszyk i biegnąc ku drzwiom, zanuciła: — La, la, la! la, la, la! Ale drzwi otworzyły się, nim do nich dobiegła, i ukazała się w nich staruszka, trochę krępa i ciężka, w czarnej sukni, z twarzą okrągłą i rumianą, pod włosami jak srebro błyszczącymi, przykrytymi czarną chusteczką wełnianą. Klara z uciechą pocałowała ją w rękę, ubraną w wełnianą mitenkę. — Niech pani droga usiądzie... — zapraszała. — Nawet siadać nie będę — ciężko dysząc odpowiedziała staruszka, ale przez chwilę nie mogła mówić dalej, bo z niejaką wyjmowała coś z kieszeni sukni. Były to dwa rumiane jabłka i garstka cukierków, na straganie kupionych. — Jabłuszka dla tatki, a cukierki dla dzieci, — rzekła, kładąc na stole przedmioty przyniesione. Oczy jej duże i bardzo błękitne śmiały się pod siwemi brwiami, i uśmiech dobroduszny rozchylał szerokie usta. Klara pocałowała ją znowu w rękę. — Dlaczego pani nie chce usiąść? — A bo mi pilno, i przyszłam po ciebie. Teraz masz czas i możesz pójść ze mną do sklepów. Trzewiki nowe muszę kupić; widzisz, w jakich chodzę... Wysunęła z pod czarnej sukni i pokazywała Klarze nogę dużą, płaską, w białej pończosze i prunelowym trzewiku, wydeptanym i znoszonym. — Bez ciebie nie kupię. Oni mię oszukają, Bóg wie jakie dadzą, będę miała niewygodę. Szlarek mi też trzeba do czepeczków; te, co były, podarły się na nic. Bez ciebie nie kupię. Zarzuć tam co na siebie i chodźmy. Klara słuchała z głową pochyloną. Zrobiło się jej bardzo smutno, ale zaraz podniosła oczy i przemówiła raźnie: — Dobrze, pójdę zaraz, tylko wezmę okrycie i kapelusz. Zaraz też wyszły. Wyszedłszy, Klara zamknęła na klucz drzwi domku i klucz włożyła do kieszeni sukni. Ojciec miewał zawsze drugi przy sobie. Gdy przechodziły przez ogród, staruszka mówiła: — Rozmienimy w sklepach pieniądze i dam ci na wpisowe dla Stasia. Już pora zapłacić, prawda? — Dziękuję pani — szepnęła Klara. — Gdyby nie pani dobroć, nie wiem, jakim sposobem moglibyśmy Stasia posyłać do gimnazyum. — Co tam, co tam! Ręka rękę myje. Ogarnirujesz mi czepeczki nowemi szlarkami, a? — Z największą ochotą! Przed bramką, prowadzącą na ulicę, obejrzała się na altankę bzową, przytuloną do ściany drzew wysokich i rozłożystych. — Adieu! — pomyślała, i znowu zrobiło się jej ogromnie smutno. Po zrobieniu sprawunków ze swoją starą znajomą i dobrodziejką, biegła do domu śpiesznie, gdy w bramce ogrodu spotkała się oko w oko z jedną z tych swoich przyjaciółek, o których wczoraj Przyjemskiemu i które ją zawiodły. Zawiedziona, popłakała była trochę, ale nie chowała urazy do dziewczyny, która przyjaźniąc się z nią, wyśmiewała się z niej przed znajomymi, nazywając ją praczką, fląderką i t. p. Nie była już z nią w przyjaźni, ale przebaczyła jej oddawna, i widywały się z sobą niekiedy. Blondynka świeża i różowa jak wiosna, wystrojona, z kwiatami na kapeluszu ślicznym, objęła ją i pocałowała. Na Klarze jej pocałunki sprawiały przykre wrażenie czegoś fałszywego, ale poddała się im uprzejmie. Paulinka była u niej i znalazłszy drzwi zamknięte, odchodziła. Na zaproszenie Klary, aby , odpowiedziała, że nie ma czasu i że miała wpaść do niej tylko na chwilkę, bo dziś, za godzinę, wybiera się na przechadzkę zamiejską z towarzystwem dość licznem. Idą do lasu, biorą z sobą różne jedzenie w koszykach, bawić się będą bardzo wesoło. Szkoda, że to towarzystwo jest nieznajome Klarze, bo może wzięłaby udział w tej przechadzce... — Ej nie — przerwała Klara, patrząc na jasną i strojnie zrobioną suknię rówieśnicy, — domu nie zostawiłabym na tak długo. — A ojciec? — Ojciec sypia po obiedzie. Ja ze Stasiem lekcye powtarzam. Chciała pożegnać towarzyszkę, ale jakoś nie wypadało. Ta zaś mówiła, że dzień wczorajszy w jej sąsiedztwie, u dozorcy pałacu książęcego, z którego żoną przyjaźni się jej matka. — Zawsze cię namawiałam, abyś się z Perkowskimi zapoznała, mieszkając tak blizko... ale nie chciałaś. Wczoraj było nam wesoło, tańczyliśmy nawet trochę, i jeden był tylko zawód: pan Przyjemski nie przyszedł... Klara doświadczyła uczucia małego uderzenia w piersi, ale tak dobrze opanowała siebie, że nawet powieka jej nie drgnęła. Paulina zaś trzepała dalej: — Bo książe Oskar w tych dniach przyjechał i przywiózł z sobą sekretarza, który nazywa się pan Juliusz Przyjemski, jest w wielkich łaskach u księcia, u Perkowskich był parę razy dla interesów, naturalnie, przecież musiał pomówić o różnych rzeczach z rządcą pałacu. Otóż oni go zaprosili na wczorajszy wieczorek, a pomiędzy nami mówiąc, nawet i wydali ten wieczorek dlatego, aby sekretarza księcia zaprosić i przyjąć! Aż tu wziął i nie przyszedł. Szkoda, bo ogromnie byłam ciekawa tego p. Przyjemskiego! Młody podobno, brunet, przystojny i bardzo wesoły... — Brunet!... — powtórzyła Klara. Ale Paulinka śpieszyła się i wygadawszy co miała najważniejszego, żegnała ją, znowu obejmując i całując. — Szkoda mi ciebie, moja duszko droga, że tak ciągle w domu siedzisz... Do widzenia, do widzenia! Lecę na obiad, a potem na przechadzkę... Klara, wchodząc do domu, powtarzała sobie w myśli: — i śmiała się: Wcale nie brunet, tylko ciemny blondyn. I niebardzo wesoły, ale owszem, trochę smutny. Paulinka, jak zawsze, trzepie o wszystkiem, co wie i czego nie wie. Ktoś jej powiedział, że brunet bardzo wesoły, ona też powtarza. Pewno państwo Perkowscy zaprosili go na zbiorową przechadzkę za miasto, tak jak wczoraj na wieczór, i on pewno będzie im towarzyszył. Bo któżby nie chciał pójść za miasto, do lasu?... Jak im będzie przyjemnie i wesoło! Chciałaby tam być, w lesie, z tem towarzystwem; takby chciała, że aż obu łokciami oparła się o starą komódkę i dłonie przycisnęła do oczu, które napełniły się łzami. Po dwóch minutach takiego z łokciami na komódce i twarzą w dłoniach, zobaczyła ojca, wchodzącego z ulicy do ogrodu, i wybiegła na jego spotkanie. Dzień przeminął i wieczór się kończył. W domku pomiędzy fasolą nawet już się skończył, bo małe okna jego pogasły oprócz jednego, należącego do pokoiku Klary. Ona szyła jeszcze, ale po godzinie dziesiątej zostawiła robotę na stole, z zamiarem powrócenia do niej wkrótce i wybiegła na ganek. Wywabiły ją z pokoju ciche szelesty fasoli, poruszanej małym wiatrem, i gwiazdy, które świeciły naprzeciw niej, za oknem. Ganek miał parę wschodków, podziurawionych i kołyszących się od starości. Usiadła na jednym z nich, dłonią twarz podparła i wpatrzyła się w wieczór piękny, cichy. Cicho tu było bardzo. Nikt już nie przejeżdżał o tej porze ulicą, ciągnącą się za parkanem, ustronną i prawie zamiejską. Od środka miasta dochodził szum daleki, przez odległość stłumiony i monotonny. Wielkie drzewa w ogrodzie książęcym czasem szumiały z cicha, czasem milkły i stały wśród zmroku, jak ściana czarna. Niebo sierpniowe było pełne gwiazd, które ciemność nocy czyniły podobną do zmierzchu wieczornego, pozwalającego rozpoznawać zarysy dość oddalonych przedmiotów. Klara rozpoznawała swoją ulubioną, przerwę w wielkiej alei i w głębi perspektywy, otwartej przez tę przerwę, ścianę pałacu, zarówno jak ściana drzew czarną wśród zmroku. Ale na jej tle czarnem jaśniał rząd świateł, które Klarze wydały się zrazu gwiazdami, z za drzew przeświecającemi. Wnet jednak rozpoznała, że były to okna oświetlone. Rzęd okien pałacowych, długich i wązkich na górnem piętrze był oświetlonym. Odkąd Klara zamieszkała w sąsiedztwie pałacu, zdarzyło się to raz pierwszy. Nic dziwnego, skoro w tej chwili przebywał w nim właściciel. Ciekawość, czy tylko książe znajduje się za temi oknami oświetlonemi, czy także i sekretarz jego? Zapewne oni często, albo i zawsze bywają razem. Ale pan Przyjemski może jeszcze nie wrócił z tej przechadzki zbiorowej za miasto, którą urządzili państwo Perkowscy. Może zaledwie teraz towarzystwo powraca z lasu. Czegoż mieliby się śpieszyć? Pogoda śliczna i oni pewno weseli. Przez kilka godzin chodzili po lesie, w którym o tej porze paprocie są takie ogromne i wrzos kwitnie... Już przed kilku minutami oparła była łokcie o kolana i twarz położyła na obu dłoniach. Teraz z twarzą w dłoniach myślała o tym lesie zamiejskim, w którym była kilka razy w życiu i obraz jego przedstawiał się jej bardzo wyraźnie, z drobnymi nawet szczegółami. Wyraźnie widziała gęstwiny zielone, pod któremi biegła ścieżyna kręta, z obu stron ścieżyny brzozy cienkie z białą korą, wrzos liliowy, mech siwy, paprocie krzaczyste. Tą ścieżką idzie para ludzi: pan Przyjemski i Paulinka... Idą obok siebie i rozmawiają z sobą ciągle... On patrzy na nią szafirowemi oczyma, z pod tej dziwnej zmarszczki, i mówi: »Pani nie trzeba nic odbierać i nic dodawać...« Wszystko to: las i parę przez las idącą widziała pod zamkniętemi powiekami tak jasno, jak w dzień jasny, ale za to w niej samej robiło się ciemno... Nagle usłyszała głos aksamitny, który dzieląc nieco sylaby wyrazów, tuż nad nią wymówił: — Dobry wieczór pani! Nie wiadomo, co było w niej silniejszem: zdumienie czy radość. Byłaby raczej spodziewała się wszystkiego, niż usłyszenia w tej chwili tego głosu i zobaczenia człowieka, który stał przed nią, z kapeluszem w spuszczonej ręce, z twarzą, na której dojrzała pomimo zmroku uśmiech przyjazny i trochę żartobliwy. — Przechadzając się po ogrodzie, zobaczyłem panią na ganku i nie mogłem oprzeć się pokusie powiedzenia pani: »Dobry wieczór«. Piękny wieczór, nie prawdaż? W tej chwili szczególnie stał się bardzo pięknym. Pani tak była zamyślona! O czem? Z początku nie słyszała co mówił, tak silnie uderzało jej serce. Potem też, nie była jeszcze dość przytomną, aby na zapytania jego odpowiedzieć. Stojąc na stopniu ganku, wskazała wązką ławeczkę. — Proszę, niech pan usiądzie... — A może tu lepiej będzie... pod gwiazdami... Ręką z kapeluszem wskazał niebo i usiadł na stopniu ganku, który silnie zakołysał się pod nim. Ona usiadła także, nieco zdala. Już odzyskiwała przytomność umysłu i śmiałość; uczuciem panującem stało się w niej teraz uradowanie ogromne, które też dźwięczało w głosie, gdy zapytała: — Którędy pan wszedł do naszego ogrodu? — Drogą bardzo pospolitą. Przez bramkę w sztachetach. — To prawda! Nigdy nie jej otwartej, zapomniałam, że istnieje... — Zawiasy i zamek były zardzewiałe i otwierały się z trudnością, którą pokonałem. O czem pani myślała? Otwartość wrodzona i radość coraz większa podyktowały jej odpowiedź wymówioną w sposób wesoły: — Myślałam, czy też państwo wrócili już, albo może jeszcze wracają z przechadzki zamiejskiej... Podniósł twarz ruchem oznaczającym zdziwienie. — Kto to: państwo? — zapytał. — Państwo Perkowscy i pan. Mówiła mi jedna znajoma moja, że państwo Perkowscy zaprosili pana na przechadzkę zbiorową, która musiała być bardzo ... Ale dlaczego pan nie był wczoraj na wieczorze u państwa Perkowskich? Bardzo pana tam czekano. Przyjemski dość długo nie odpowiadał, a kiedy zaczął mówić, w głosie jego czuć było trochę śmiechu. — Ani na wieczorze, ani na przechadzce zbiorowej państwa Perkowskich nie byłem. Ale jeżeli pani pozwoli, będziemy mówili o czem innem i daleko przyjemniejszem, niż... państwo Perkowscy. Bardzo dziękuję za książkę, którą mi pani pożyczyła, i jeszcze jej nie oddaję. Przeczytam całą i za dni parę zwrócę. Wspaniały poemat! Znałem go, ale zdaleka. Wdzięczny jestem pani za to, że zawiązałem z nim blizką. A teraz, niech mi pani powie, jak pani cały dzisiejszy dzień przepędziła i czy nie wydał się pani długim? Dla mnie był bardzo długim. Co pani dziś robiła? — To co robię codzień; niema o czem opowiadać... — Ale przeciwnie; jest bardzo o czem i proszę pani, bardzo proszę... Zaśmiała się wesoło. — Owszem, czemuż nie miałabym opowiedzieć? Cóż? Uprzątnęłam mieszkanie, zgotowałam obiad, wyprałam sobie fartuszek, robiłam sprawunki dla znajomej... cóż więcej? Pomagałam bratu uczyć się lekcyi, nalewałam herbatę, szyłam... Wszystko to wypowiedziała , z widoczną nawet przyjemnością. On zapytał: — A nie czytała pani dziś wcale? — Owszem, czytałam trochę, kiedy ojciec spał jeszcze, a Staś już lekcye umiał. Frania dziś nastawiała samowar, a ja trochę sobie poczytałam. Książki dostaję od jednej pani, która była na pensyi nauczycielką moją... — Pani była na pensyi? Opowiedziała, że matka jej, z zawodu nauczycielka, uczyła ją sama do lat dwunastu, a potem zaczęła posyłać na pensyę, której jednak skończyć nie mogła, gdyż po śmierci matki ciągła obecność jej w domu stała się konieczną dla ojca i malutkiego wówczas rodzeństwa. Przestawała chodzić na pensyę z wielkim żalem, ale , wcale, wcale nie żałuje tego, bo przekonała się, że jest w domu potrzebną koniecznie, że ojciec i dzieci nie mogą w żaden sposób pozostawać bez opieki... — Tak poważnej! — uśmiechnął się Przyjemski. — Poważnej! — zaśmiała się: — gdzie tam! Wiem sama, że wiele mi brakuje... ale robię, co mogę... — Aby być aniołem pociechy i pomocy — dokończył z cicha. Jej te słowa spłynęły w serce słodyczą wielką; przechyliła głowę i umilkła. Ale dla niego nawiązanie rozmowy przerwanej nie stanowiło trudności najmniejszej. Trochę pochylony ku niej, zaraz zapytał znowu: — Któż to taki ta staruszka, z którą pani dziś wychodziła do miasta? — Skąd pan wie? — Widziałem z alei, w której siedziałem, trzymając w ręku książkę, a myśląc o pani. Ta staruszka była panią Dutkiewiczową, wdową po weterynarzu, chrzestną matką jej matki, osobą niezmiernie zacną, dobrą i czyniącą im wiele dobrego. Jest to prawdziwa ich przyjaciółka i dobrodziejka. Dopomagała im nieraz w okolicznościach trudnych, teraz płaci wpisowe za Stasia. — Więc to osoba majętna? — zapytał Przyjemski. — O, majętna! — z zapałem potwierdziła Klara; — zajmuje dla siebie jednej trzy pokoje, trzyma służącą... — Życie zbytkowne — zauważył, a ona opowiadała dalej. — Mąż jej miał dochody znaczne i pozostawił majątek duży. Mówiła ojcu sama, że ma kapitału piętnaście tysięcy... — Majątek duży... — powtórzył Przyjemski. — Bardzo duży, — potwierdziła Klara — ale też używa go dobrze. Oprócz nas, dopomaga jeszcze kilku innym osobom... — Czemużby nie? Ma czem się dzielić! — Tak; i to jest dla niej wielkiem szczęściem; inaczej, nie mając dzieci, nie miałaby żadnego celu życia. On dokończył: — Ponieważ zaś posiada piętnaście tysięcy, majątek duży, może naśladować Najświętszą Pannę Paryską! Oparł się łokciem o wyższy wschodek, głowę pochylił na ręku i zamyślił się tak głęboko, że Klara spostrzegła i odczuła to zamyślenie. Umilkła też, nie śmiejąc już mówić dalej. Trwało tak ze trzy minuty, poczem Przyjemski wyprostował się i z podniesioną głową patrzał w gwiazdy. Przy ich świetle Klara zobaczyła, że zmarszczka jego pomiędzy brwiami, była bardzo głęboką. Po chwili przemówił z cicha: — Gwiazdy spadają. Ona, także zniżając mimowoli głos, odpowiedziała: — W sierpniu zawsze wiele gwiazd spada. A po chwili dodała: — Powiadają, że gdy gwiazda spada, trzeba tylko, nim zgaśnie, wymówić w myśli życzenie, a będzie spełnione... O, widzi pan? spadła znowu... I tam! i tam! widzi pan, jak spadają! Patrząc w niebo, z którego to tu, to ówdzie spadały duże iskry złote, wnet gasnące w zmroku podniebieskim, rzekł zwolna: — Niech pani wymawia życzenie... spada ich tak wiele, że zawsze skończy je pani wymawiać przed zgaśnięciem którejkolwiek... Milczała; on twarz obrócił ku niej. Siedział tak już blizko, że wyraźnie widziała blask i wyraz jego oczu. — O co prosiłaby pani gwiazdy spadającej? Usiłując mieć głos swobodny, odpowiedziała: — Jestem szkaradną egoistką. Gdybym wierzyła, że spadające gwiazdy spełniają życzenia ludzkie, prosiłabym ich ciągle: niech ojciec mój wyzdrowieje, niech dzieci uczą się dobrze i będą dobre!... — A dla siebie? — zapytał. Zadziwiła się bardzo. — Jak to? Przecież ta prośba byłaby właśnie o to, czego pragnę najwięcej... więc prosiłabym dla siebie. — Egoizm szkaradny! — zauważył; — ale czyż doprawdy nie chciałaby pani, aby gwiazdka złota przysłała pani jakieś... jakieś szczęście, takie wielkie, że serce przemienia w gwiazdę pałającą i zawieszoną wysoko nad wszystkiem, co jest na ziemi? Ona czuła, że serce jej przemienia się w gwiazdę pałającą, i właśnie dlatego, że to czuła, zażartowała wesoło: — Jeżeli już koniecznie prosić o coś dla siebie jednej, to prosiłabym, aby tego lata jeszcze pójść za miasto i całe pół dnia przepędzić w lesie. Ogromnie lubię las. Potem dodała zaraz: — A pan, o co najwięcej prosiłby gwiazdy spadającej? — Ja? Z zamyśleniem mówić zaczął: — Prosiłbym gwiazdy złotej o wiarę, że są na ziemi serca dobre, czyste, wierne, i o to, aby jedno z takich należało do mnie... Umikł trochę, a potem mówił dalej: — Prosiłbym jej: Gwiazdo jasna, daj mi zapomnieć o snach ciemnych, których miałem wiele... Słuchała słów i głosu, czując smutek, zmieszany z goryczą. Słodycz szła od melodyi głosu, smutek od znaczenia słów, mających dla niej głębię niezrozumiałą, ale ciemną... On wstał i już swobodnie przemówił: — Może przejdziemy się po ogrodzie... Wstała posłusznie i poszli w kierunku altanki bzowej, po trawie zroszonej, pomiędzy dwoma rzędami krzaków agrestowych. — Prosiłaby pani gwiazdy spadającej o zdrowie ojca... Czy nie czuje się zupełnie zdrowym? — O, tak! jest bardzo słabego zdrowia... od dawna... — Cóż jest ojcu pani? — Coś piersiowego... — To smutne; zapewne się leczy?... — Leczył się przed kilku laty, ale teraz już nigdy nie wzywa lekarza. Kuracye wiele kosztują, a pomagają niewiele, zapewne z powodu pracy biurowej, ciężkiej i nużącej. Cała rzecz w tem, aby zachowywał jak najlepiej hygienę przepisaną. Musi wcześnie udawać się do snu, pić mleko, jeść jak najwięcej owoców. Przyjemski zauważył: — To ostatnie musi być bardzo łatwem do spełnienia. Mieszkając w ogrodzie dość dużym i mając pod bokiem drugi jeszcze większy... Ogród księcia ma owoce wyborne. Klara uśmiechnęła się w zmroku. Jaki on dziwny! Co to ma jedno do drugiego, że ojciec jej potrzebuje dla zdrowia owoców i że ogród księcia ma ich wiele? Pomiędzy dwoma tymi faktami niema związku najmniejszego. On, milcząc, patrzał na nią, jakby czegoś od niej oczekiwał. Potem tonem opowiadania niedbałego zaczął mówić: — Dziś właśnie oglądaliśmy z księciem brzoskwiniarnię, ananasarnię, inspekty, i jest tam tak wiele różnych... dobrych rzeczy, że książe powiedział mi, abym je posyłał państwu Perkowskim i wogóle znajomym moim, jeżeli mam tu jakich... Znowu przestał mówić i patrzał na nią. Ona zauważyła: — Książe musi być bardzo grzeczny. I zaraz wskazała pałac. — Jak ładnie wygląda teraz pałac z oknami oświetlonemi! Wie pan? Kiedy dziś wieczorem pierwszy raz spojrzałam w tę stronę, wzięłam te okna za gwiazdy, przebłyskujące pomiędzy drzewami. Stali przy sztachetach tuż obok altanki. W powietrzu cichem, naprzód zlekka zaszumiały drzewa, a potem, jakby w odpowiedź temu akordowi natury, rozeszły się w powietrzu dźwięki muzyki. Szły od pałacu z za okien oświetlonych i wnet umilkły. Ktoś tam wziął kilka akordów na fortepianie i zaraz grać przestał. — Co to? Ktoś gra w pałacu? — szepnęła Klara. Przyjemski odpowiedział: — To on. Jest wielkim amatorem muzyki i często grywamy razem. — Pan gra także? — Grywam na wiolonczelli, on mi akompaniuje na fortepianie, i odwrotnie. Czy pani lubi muzykę? W pałacu znowu zabrzmiały akordy i tym razem trwały dłużej, zlewając się ze słabym szumem, który znowu poszedł po drzewach i wnet umilkł, a akordy fortepianowe jeszcze śpiewały. Klara z cicha odpowiedziała: — Nie mogę nigdy słuchać muzyki bez takiego jakiegoś wzruszenia. — A często pani jej słucha? — Od śmierci mamy, która ojcu wieczorami, słyszałam muzykę u znajomych może dwa albo trzy razy... Przyjemski zawołał ze zdziwieniem: — Czy podobna! Przez cztery lata słyszeć muzykę tylko dwa albo trzy razy. Jak pani może żyć bez muzyki?... Odpowiedziała z uśmiechem: — Cóż to tak ważnego, że nie mam tej przyjemności?... — To prawda; — potwierdził — cóż to ważnego nie mieć w życiu przyjemności... szczególnie w takim wieku... — To prawda, — zgodziła się śpiesznie — oddawna już jestem dorosłą... Spojrzał w górę. — Czy gwiazdy jeszcze spadają? Ona także, patrząc na niebo, odpowiedziała: — O, spadają jeszcze! Widzi pan, teraz spadła jedna, tam nad tem wielkiem drzewem... a teraz druga... nad samym pałacem, widzi pan! — Widzę... Niech pani mówi: chcę posłuchać pięknej muzyki: Zaczęła śmiać się, ale on nalegał. — Proszę powiedzieć: »Gwiazdo złota, daj, aby twoja siostra ziemska posłuchała dziś pięknej muzyki!« Proszę powiedzieć... Niezdolna do oparcia się jego prośbie, ze śmiechem na ustach drżących zaczęła powtarzać: — Gwiazdo złota, daj, aby twoja siostra... Ale urwała, bo powietrzem muzyka, już nie z akordów oderwanych złożona, lecz z tonów splątanych i ciągłych. Na twarzy jej, podniesionej jeszcze ku gwiazdom, odmalowało się zachwycenie. Z ustami rozwartemi nieco w uśmiechu wzruszonym i z oczyma, które pomimo zmroku miały blask złotawy, stała jak przykuta do ziemi, zasłuchana. Jego zaś mowa zniżyła się do szeptu. — Widzi pani, jak prędko gwiazdy spadające spełniają życzenia swych sióstr ziemskich! Ale ja źle porównałem panią do gwiazdy. Porównania tego nadużywano ogromnie i przypomina ono zjawiska zupełnie inne... Przychodzi mi na myśl co innego... Czy pani wie, kto to był Heine? — Poeta niemiecki — szepnęła. — Tak; otóż przyszedł mi do pamięci wierszyk Heine’go, którym chcę dziś pożegnać panią... Spuścił głowę i przez chwilę może przypominał sobie wierszyk Heine’go. Muzyka w pałacu stawała się coraz melodyjniejszą i wyraźniejszą; drzewa z cicha zaszumiały. Z melodyą muzyczną i cichym szmerem drzew złączył się głos aksamitny, pełen pieszczoty, który mówił:
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Pieśń przerwana.
