Read here

Hekuba

Eliza Orzeszkowa · 1910 · Free in the US

34,312 words · about 2 h 24 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1910 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Hekuba&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Eliza Orzeszkowa
Language
Polish
Published
1910
Length
34,312 words · about 2 h 24 min
Sections
7 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (7)
  1. Front matter under 1 min
  2. I about 10 min
  3. II about 23 min
  4. III about 24 min
  5. IV about 37 min
  6. V about 29 min
  7. VI about 21 min

Continue:

Front matter

'

(R. 1863).

I • II • III • IV • V • VI

I

I.

Starą nie była jeszcze; nie miała więcej nad lat czterdzieści i w pierwszej młodości swej ładną być musiała, bo wyraźne ślady tego pozostały w zgrabnym rysunku twarzy jej, niepospolicie pięknych oczach, w obfitości włosów, teraz jeszcze do kolan długich i barwę gorejącego złota mających. Ale nie w głowie były jej młodość i piękność: dbała o nie jak o piąte koło u wozu. Gdy jej ktoś z sąsiadów żartem raz powiedział: „pani Teresa, gdyby ładnie ubrała się i uczesała, a kroczkiem trochę mniej zamaszystym chciała chodzić, toby jeszcze śliczną kobietką być mogła!“ Zdziwiła się zrazu, potem się rozgniewała i sąsiada ofuknęła. — Także koncept! Niechże mi pan Ignacy głowy głupstwami nie zawraca, a powie lepiej: czy pożyczy mi tego grochu na zasiew, po który przyjechałam, czy nie pożyczy, bo jeżeli nie, to siadam na bryczkę i jadę! Czasu nie mam! Wiecznie czasu nie miała, śpieszyła, biegła, o coś starała się, coś pilnego do czynienia miała. Co czyniła? Boże wielki! Ani wyliczyć, ani opowiedzieć! Wszystko, co czynić trzeba było, mając folwarczek malutki, dzieci sześcioro i męża, który był naprzód hulaką i marnotrawcą, potem próżniakiem i pieczeniarzem, a potem umarł i ją wdową pozostawił. Niektórzy na pracowitość jej fenomenalną, ruchy energiczne, na oczy błyszczące, a niekiedy aż gorejące, spoglądając, mawiali: co za temperament! I mieli słuszność. Niezwykłość temperamentu była tem właśnie, co losami jej zarządzało. Niegdyś ośmnastoletnią, ładną, dość posażną i szeroko spokrewnioną będąc, tak się była w sąsiedzie nicponiu zakochała, że perswazje, ani wzbraniania żadne nie pomogły. — Hulaka, — mówiono jej, — próżniak, bałamut, bankrut! A ona. — Niema na świecie aniołów. Każdy człowiek ma wady i on je ma także. Ale ja go z wadami i pomimo wad kocham i nigdy aż do grobowej deski kochać nie przestanę! A kiedy matka i najbliżsi krewni stanowczo małżeństwu temu opierać się próbowali, oświadczyła, że w razie stawiania jej dalszych przeszkód, z domu ucieknie, ani domyślą się jakim sposobem i kiedy ucieknie, z wybranym swoim w jakim ustronnym kościołku ślub weźmie, a potem matkę i krewnych o przebaczenie poprosi. Że przebaczą, to dla niej wątpliwości nie ulega, bo ją kochają przecież — i jak jeszcze! A w dodatku szczęście jej przepraszać ich za nią będzie. Bo ona pomimo wszystkich przepowiedni czarnych i krakań kruczych ani na chwileczkę o przyszłem szczęściu swem nie wątpi. Znając ją, wszyscy wiedzieli, że to, co mówi, może próżną groźbą nie być. Tak żywą i śmiałą była, tak dzielnie matce w gospodarstwie dopomagała, tak ochoczo do każdej zabawy, albo roboty stawała, że kozakiem — dziewczyną ją nazywano. Mogła bardzo uczynić to, co inne stworzenie, potulne i nieśmiałe, zdobyć by się nie potrafiło. Przytem, zdawało się nawet, że ten kościołek ustronny i takie w drodze niezwykłej złożenie dowodu miłości wybranemu, posiadać dla niej mogły urok pewien, poetyczny czyn romantyczny, bo za poezją wogóle przepadała i pomimo niezwykłej żywości swej, do marzycielstwa miała skłonność. Dużo za północ nieraz w poemacie jakimś zaczytać się umiała, albo na pięknie zachodzące słońce, na ładny widoczek leśny, na łąkę bogato rozkwitłą zapatrzyć się tak, że jak ze snu budzić ją było trzeba, a gdy wybrany zasiadał do fortepjanu i głosem bardzo miłym śpiewać zaczynał: „Stój, poczekaj, moja duszko, skąd drobniuchną strzyżesz nóżką“, albo: „Dwa gołębie wodę piły, a dwa ją mąciły“, do najciemniejszego w pokoju kącika usuwała się i po świeżej, jak jutrznia, jej twarzy, cichuteńko spływać zaczynały perliste łzy. Matce, krewnym, przyjaciółkom wszystkim, którzy ją przed złym wyborem i losem ostrzegali, mawiała. — Od ruiny majątkowej posagiem swym go wyratuję, do porządnego życia przyzwyczai się, bo mię kocha. A czyż może być na świecie szczęście większe, wyższe, jak wyratować, uszczęśliwić, uszlachetnić, udoskonalić człowieka kochanego. I gdy to mówiła, piwne źrenice jej sypały złotemi skrami, a policzki przemieniały się z płatków jaśminowych w ponsowe róże. Nie było rady. Pobrali się i po krótkiej przerwie, która zdawała się urzeczywistniać marzenia kozaka—dziewczyny, w sercu, w głowie, w sposobie życia jej wybranego wszystko poszło po dawnemu. Tak jak dawniej począł próżniaczyć, w karty grać, na huczne polowania jeździć, różnym paniom i nie paniom głowy zawracać, jej posag i resztki majątku swego galopem roztrwaniać. Uszlachetnienie i udoskonalenie kochanego człowieka nie udały się, czy i szczęście także? Naturalnie, ale tego domyślać się tylko można, bo p. Teresa, pomimo prawdomówności i wielomówności swej, o losie swym i wszystkim, co on jej przyniósł, jak grób czy kamień milczała. Byłaż w milczeniu tem ambicja skarg i użaleń się nie znosząca, czy pomimo wszystkiego trwające kochanie? Jedno i drugie, zapewne, lecz może więcej drugie, niż pierwsze. Może pani Teresa należała do tych natur głębokich, w które, gdy raz kochanie zapadnie, to go ani gorzkie łzy zawodu zalać, ani palące żelazo bólu wypiec nie są zdolne. I to tylko widzieli wszyscy, że jak przedtem męża, tak potem dzieci, gdy na świat przychodzić zaczęły, kochała z czułością i troskliwością niezmierną, entuzjastycznie, bez granic. Inaczej, widać, kochać nie umiała i taka właśnie miłość musiała być koniecznym i wierzchołkowym wykwitem jej natury. Sprowadziła też miłość ta w jej życiu dalszem następstwo dość osobliwe. Kiedy ostatecznie majątkowo zrujnowani, ona i mąż jej, z trojgiem już dzieci, zamieszkali w folwareczku malutkim, jedyną już ich własność stanowiącym, p. Teresa wnet obejrzała się po niedużych kawałkach pola, łąki, lasu, po zabudowaniach gospodarskich, po rachunkach dzierżawcy, który im w małym domku miejsca ustępował i — zabrała się do pracy. Zrozumiała, że wiosczyna ta, w cichą samotność równin poleskich rzucona, stanowiła warsztat jedyny, na którym wyprząść i wytkać trzeba było byt tych, których kochała, że ten domek pod słomianą strzechą, pomiędzy stare lipy i grusze wtulony, musi stać się opoką dla stóp drobnych, dla długiej przyszłości jej dzieci, i że ona jedna tkać na warsztacie, opokę przed skruszeniem się uchować potrafi. Pomocnika, tembardziej wyręczyciela, nie miała, nie! Więc do warsztatu i opoki zabrała się sama żwawo, energicznie i rozpoczęło się dla niej życie twarde, szorstkie, jak wór sieczką, napełnione drobiazgami, które tak, jak źdźbła sieczki, były dla dotknięcia ostre i kłujące, dla oczu szpetne i przykre. On, licznych i mniej albo więcej majętnych krewnych mając, jeździł od dworu do dworu, tu tygodnie, tam miesiące bawiąc się i bawiąc, dla obyczajów gładkich i humoru wesołego wszędzie mile witany i widziany, zawsze jeszcze paniom podobający się i przypodobający, ładnie śpiewający, na polowaniach umiejący strzelać celnie, a potem o nich najśmieszniejsze anegdoty opowiadać. Do domu zaglądał kiedy niekiedy, w zgrabnych ramionach dzieci przez czas jakiś pohuśtał, żonę pieszczotami i czułościami osypał, a potem poziewać z nudy, wyciągać się w całej długości na sprzętach, nad nieszczęściami swemi biadać zaczynał, aż po niedługim czasie, następowała pora humoru piekielnego, posępności grobowej, fukania na wszystko i wszystkich, czasem nawet gróźb rychłej, a bodaj nawet samobójczej śmierci, aż na koniec, dłużej już życia w tej norze, tej dziurze, w tym czyścu ziemskim wytrzymać nie mogąc, odjeżdżał znowu, aby po tygodniach lub miesiącach, powrócić na dnie niedługie. I zdarzyło się, że nigdy już nie powrócił. W domu daleko mieszkających krewnych srodze na polowaniu przeziębiwszy się — umarł. P. Teresa zaś długo po nim z twarzą od płaczu spuchniętą chodziła. Patrzący wówczas na nią mawiali pomiędzy sobą: „ma też kogo tak długo i wiele opłakiwać"! Ona jednak płakała długo i wiele. Taką już była... Zresztą, jak przedtem, tak i w dalszym ciągu, chodziła po polach, dozorowała robotników, stróżowała nad orką, młócką, zasiewem, sianokosem, żniwem, doglądała inwentarza, z pomocą paru dziewek ogrody uprawiała, nierzadko własnoręcznie gotowała strawę, a w długie noce zimowe szyła odzież dla siebie i dzieci. O pierwszych brzaskach dziennych, na mróz, deszcz, śnieżycę, wichurę, czy na rajskie od ros świeżych i świtań błękitnych poranki letnie, pierwsza wychodziła z domu, aby nieliczną czeladź budzić, wraz z nią roboty dzienne rozpoczynać. Oprócz tego, często do sąsiednich wsi i miasteczek jeździła, wszystko, co trzeba było sprzedając, kupując, braki różne zapełniając, stratom zapobiegając, o drobin tego twardego bytu dobijając się z trudem, z targiem, z troską, od których nieraz poty perliste na czoło jej występowały. W dodatku, zupełnie już niewiadomo jakim sposobem, czy jakim cudem, zdołała śród tego, wszystkich trzech synów z kolei do szkół przygotować i wysłać, córkę jako-tako wyedukować i dwoje dzieci najmłodszych, drobnych jeszcze doglądać... Cóż dziwnego, że od lat wielu już w sposób taki żyjąc — straciła formę. Było to wyrażenie jednego z sąsiadów, który patrząc raz na nią przez pokój idącą, zcicha rzekł do obecnych. — Pani Teresa zupełnie straciła formę... I prawdziwem to było do tego stopnia, że gdy szła, to z pewnego oddalenia trudno było powiedzieć na pewno, czy to kobieta, albo mężczyzna idzie, albo zblizka znowu, każdy nic o niej nie długo namyślaćby się musiał przed zadecydowaniem, do jakiego stanu społecznego i poziomu cywilizacyjnego niewiasta ta należy. Nie była wcale otyłą, a jednak w pasie, ramionach i całej sobie była grubą. Pochodziło to ze zgrubienia, czy rozrostu muskułów, które wciąż mocowały się z chłodem, gorącem i fizycznym trudem, a nadawało jej pozór bryłowaty, ciężki, dziwnie znowu sprzeczający się z żywością i energją ruchów. Po jaśminach i różach jej twarzy, śladu już nie pozostało i ogorzałą, zgrubiałą skórą powleczona twarz ta, zachowała tylko piękny zarys ust i czoła, a także te duże, w niepospolicie piękną oprawę ujęte oczy, których piwne źrenice, teraz jeszcze umiały w chwilach wzruszenia, czy zamyślenia sypać złotemi skrami, lub świecić jak gwiazdy. Ale do tego stracenia przez p. Teresę formy, więcej jeszcze od zgrubiałości muskułów i twarzy, przyczyniało się ubranie. Byłże to był dla wytwornych i strojnych sąsiadek skład dziwów nad dziwami w tem ubraniu, które nigdy nic wiedzieć nie chciało o modzie i elegancji, a wiedziało tylko o taniości i wiecznym braku czasu! Więc spódnice jakieś zbyt krótkie, a co gorsza, z jednej strony dłuższe, z drugiej krótsze, kaftany jakieś źle skrojone i z pierwotną prostotą uszyte, buty grube i stukające, chustka na głowie zamiast kapelusza. I tylko włosy... Do tych p. Teresa słabość snać miała, bo zawsze lśniące i w gładki warkocz zaplecione, zwijały się z tyłu jej głowy nakształt węża, któryby miał barwę mieniącej się w blasku słońca łuski kasztana. Zapracowała się p. Teresa, zaniedbała samą siebie i „straciła formę", lecz nie zdawało się to jej martwić ani zawstydzać, ani zrażać do bywania kiedy niekiedy w domach sąsiedzkich, do brania udziału w licznych nawet zebraniach towarzyskich. Był w niej pociąg do życia towarzyskiego; wesołą pomiędzy ludźmi bywała, mówną. Gdy z bryczuszki, w dwa małe koniki zaprzężonej przed domem sąsiadów wysiadłszy, krokiem swoim zamaszystym i stukającym, w sukni z jednej strony krótszej, z drugiej dłuższej, do pięknego, wykwintnego, ludnego salonu wchodziła, na ustach miała uśmiech szeroki, który rząd zębów, jak perły białych, odsłaniał, a na powitanie, ręce obecnych tak mocno w stwardniałych od pracy dłoniach ściskała, że niektórzy aż z bólu sykali. Na kanapie albo jakim paradnym fotelu ją posadzić, zupełnem było niepodobieństwem. Wykręcała się od zaprosin, zawieruszała się pomiędzy towarzystwem, gdzie to tu, to ówdzie, słychać było jak całowała się z paniami, żartowała z panów, o różnych rzeczach i sprawach rozprawiała głosem, przyzwyczajonym do przemawiania w polu, w ogrodach, w stodole, więc zbyt donośnym i niekiedy wpadającym w tony tak grube, że trudno było zdala zrozumieć, czy to jest męskie albo niewieście mówienie. Ale u siebie w domu, w Leszczynce swojej, gdy nikt obcy na nią nie patrzał, miewała często czoło zmartwione, a oczy pełne zadumy, czy tęsknoty. Nieraz, gdy w gorące żniwa, po dniu na skwarze słonecznym spędzonym, z pola do domu powracała, krok jej zamaszystość swą utracał i powolnym stawał się, zmęczonym, a wzrok ku górze podniesiony, błąkał się po obłokach, przez letni przedwieczerz malowanych i złoconych. Zbaczała nieco z drogi, wprost do małego dworku prowadzącej, wchodziła na łączkę przydrożną i tam, wśród mietlic rozczochranych i koniczyn kwitnących, siadała. Rozczochrane mietlice, koniczyny wysokie, gronami białych pereł obwieszone, szczawie o potężnych, czerwonych kitach ogarniały ją i zasłaniały aż po szyję, tak że nad tą topielą puszystą i różnobarwną widać było tylko jej głowę z bujnym, ognistym warkoczem i z twarzą od znoju wilgotną. Lekkie wiatry przedwieczorne muskały wtedy tę twarz uznojoną, a przed oczyma, od zmęczenia przygasłemi, powstawała nad niedalekim lasem zorza wieczorna, złota i różowa. I patrzały wtedy oczy te na zawieszającą się pomiędzy niebem i ziemią zasłonę świetlną, patrzały, podziwiały, modliły się, wielbiły, aż poczynały nabierać od niej blasku, aż powracały od nich siła i radość życia, aż marzące, smutne, rozmodlone, zachwycone nad gęstwiną mietlic, koniczyn i szczawiów — świeciły jak gwiazdy. Zdarzało się również, że w noce zimowe, za domem białe od śniegu, w domu ciche od powszechnego uśpienia, ogarniały ją zadumy, do fal gorzkich, posępnie szemrzących podobne. Dzieci w przyległym pokoju spały spokojnie, a ona w izdebce swojej, u jedynego jej okna, przy świetle małej lampy odzież ich naprawiała. Wysoki stos białych płócien wznosił się przed nią na stole, wiatr za oknami szumiał, czasem gałęź wiatrem poruszona sucho i twardo w szybę zastukała lub świerszcz odezwał się pod piecem. Z głową pod światłem lampy pochyloną szyła, wysuwała się z jej palców i czoło na dłoń opadało. Z czołem i oczyma zakrytemi dłonią siadywała nieruchomo i tylko czasem, jakby czemuś dziwując się bezdennie, lub nad czemś boleśnie biadając, głową powoli wstrząsała lub w obie strony kołysała. Dziwowała się tak losowi własnemu? Biadałaż nad omyłką w dniach kwitnącej młodości popełnioną? Niekiedy także wśród takiej zadumy nocnej z ust jej wychodzić poczynały nuty piosnki starej: „Dwa gołębie wodę piły"... Nigdy więcej nad ten początek piosnki nie zanuciła, opamiętywała się zaraz, milkła... Byłoż to echo do wiosny życia w tę noc zimową przywiane, echo i odbłysk miłości jedynej w życiu, zawiedzionej, zdeptanej?... Ale w sąsiedniem pokoju jedno z dzieci niespokojnie poruszyło się na posłaniu, drugie wśród snu krzyknęło. Pani Teresa w mgnieniu oka na nogach, biegła ku sypialni , a gdy po chwili, przekonawszy się, że nic złego nie zaszło, powracała, oczy jej, usta, twarz cała jaśniały od błogiego uśmiechu. — Robaki moje, kwiatki, brylanty, pociechy, skarby moje! Wśród licznych jej znajomych byli tacy, w których budziła szacunek lub podziw, i tacy, których bawiła albo nudziła, którzy też ją potrochu wyśmiewali. Dość powszechnie zresztą przyczepiano do niej nazwę Virago. Życie zaś inną jeszcze nazwą obdarzyć ją miało...

II

II.

Tej wiosny, syn najstarszy p. Teresy, dwudziestoletni student, od paru lat w dalekiej stolicy przebywający, razem ze skowronkami do Leszczynki zleciał i już z powrotem nie leciał. Gdyby p. Teresa do powrotu go namawiała, nie usłuchałby pewnie, ale ona nie czyniła tego i raz go tylko, oburkliwie krótko zapytała: — Cóż będzie, Julek? Nie pojedziesz? — Nie, matuchno, — odpowiedział. Nie pojadę... Czoło jej zbiegło się w dwie grube zmarszczki i przez chwilę stała ze wzrokiem w ziemię wbitym, posępna i zgnębiona. Potem jednak głowę podniosła i spokojnym głosem już rzekła: — Ano! Cóż robić? Kiedy inaczej być nie może... — Nie może, matuchno! — Ja to i sama wiem. A kiedy inaczej być nie może, to i basta! Do gospodarstwa odeszła. Ale kiedy z pękiem kluczy w ręku szła przez mały dziedziniec do świrna, w którym różne zapasy żywnościowe się , krok jej cięższy i powolniejszy był, niż zwykle. Bóg jeden tylko wiedział, z jakiemi trudnościami, przeszkodami, troskami zdołała ona syna tego do szkół przygotować, w szkołach utrzymać, do stołecznego uniwersytetu wysłać. Parę razy ktoś z krewnych dopomógł nieco i oto za lat trzy Julek skończonym medykiem zostanie, a jakim będzie medykiem i jakim człowiekiem, to już ona jedna tylko wiedzieć mogła, która go najlepiej ze wszystkich ludzi znała i tyle już dziwów, o jego zdolnościach, o jego duszy, o jego przyszłości wyrobiła. W rojeniach tych zresztą, wcale nie wszystko było urojeniem i powszechne zdanie w okolicy panowało, że pani Teresie syn najstarszy dobrze się udał. W zimie, która tę wiosnę poprzedziła, sąsiedzi często słyszeli ją mawiającą. — Oho! Niechno tylko Julek nauki skończy i na własnych nogach stanie, to już ja o przyszłość Janka, Olka, Brońci i Ludwinki spokojną będę. Choćbym i oczy zamknęła, choćby na Leszczynkę nieurodzaje i inne klęski spadły, on zginąć im nie da! — A dlaczegóż to pani — ktoś raz zauważył — wszystkie dzieci wymieniając, o pannie Inie zapomina? Na to pytanie radość na twarzy jej zgasła i oczy niespokojnie zaczynały migotać. Inka! no cóż Inka! ośmnaście lat kończy, już dorosła... — Za mąż rychło ją pani wyda, co? — Może... pewnie... na to przecież rosną dziewczęta... — Patrzeć tylko, jak chłopiec jakiś porwie ją od pani... Jakże, takie śliczności... — A pewnie, że śliczna jest! co prawda, to prawda! rozpromieniała się znowu p. Teresa, lecz wnet z nowem zaniepokojeniem oczu i czoła dodawała. — Tylko, że ta śliczność tak samo, nam kobietom nieszczęście jak szczęście sprowadzać może. At! W ręku Boga los ludzki! Jak Bóg da!... Znać było, że wspomnienie o ślicznej Ince, niepokój w niej budziło, ale dlaczego, nikomu o tem nie mówiła. Właściwie dziewczynie tej, za którą, gdy tylko się gdziekolwiek ukazała, panowie, jak słoneczniki za słońcem, się obracali, na imię było: Michalina, ale ona, imię to zbyt ladajakim znajdując, gdy tylko dorosła, zaczęła wszędzie, gdzie tylko mogła nazywać się i podpisywać: Ina. Dla dogodzenia jej, wszyscy tak samo nazywać ją zaczęli, bo dogadzać jej każdy czuł potrzebę, mus niemal. Nie byłaż śliczną? Dzień był kwietniowy, bardzo pogodny i ciepły. Wiosny tej kwiecień przyszedł na świat takim, jakim zazwyczaj maj przychodzi. Przedwczesne upały dopiekać zaczynały i wszystko przedwcześnie rozzieleniało się rozkwitało. W Leszczynce, szare ściany małego domu, oblewał blask słońca, na strzechę, mchem błękitnawym poplamioną, lipy kładły pełne listowia gałęzie, przed kilku małemi oknami kwitło na grzędach trochę narcyzów i piwonji. Na małym dziedzińcu, budowelkami gospodarskiemi otoczonym i w znacznie większym ogrodzie owocowym i warzywnym panowała cisza, którą napełniał niezmierny, radośny gwar ptactwa. Mnóstwo tego pierzastego drobiazgu gnieździło się tu w gruzach drzewach i metalicznym szczebiotem, jak winem musującem, napełniało czarę kryształową czystego powietrza. Julka ani Inki nie było w domu. On teraz często puszczał się na wyprawy po sąsiedztwie i całym powiecie, ją sąsiadki na dość długo zabrały, aby im w jakichś pilnych, zbiorowych robotach pomagała. Pani Teresa szła z ogrodu warzywnego, gdzie klika kobiet wiejskich jakąś zieleninę na zagonach rozsadzało, a dwie kilkoletnie dziewczynki, w krótkich sukienczynach, wysoko nagie ich nożęta odkrywających, krok w krok za nią wśród agrestowych krzaków dreptały. Niezwykle zamyślona p. Teresa, zdawała się nie słyszeć dwóch cienkich głosików, które tuż za nią, to po kolei, to razem wołały. — Mamciu! Mamusiu! Matuchno, Mamciu! Myślała. Jak on teraz, ten Julek, często wyjeżdża z domu, jak się pomiędzy rozmaitymi ludźmi po wsiach i po miasteczkach kręci, a gdy powraca, jaki mu czasem żar pali się w oczach. Zawsze miał takie oczy błyszczące, ale teraz to tak zupełnie, jakby kto żaru w nie nasypał... Nic nigdy o tem, gdzie był i co robił, nie mówi nawet przed matką. Tak i powinno być; ona do niego o to żadnej pretensji nie ma, ale sama domyśla się, że snać, już, już... pora nadchodzi... Oj, ciężka pora... Tak się boi, tak się okropnie boi... — Mamciu! Mamusiu! Matuchno! Nie słyszy. Westchnęła głośno. Za ojczyznę, za wolność, prosta to rzecz i naturalna. Ona to dobrze rozumie. Ona tak samo myśli i czuje, jak Julek. Czy chciałaby, aby on myślał i czuł inaczej? Nie! broń Boże! za tchórza i za gałgana miałaby go, gdyby tak było. Wolałaby do grobu go położyć, niżeli widzieć tchórzem i gałganem. Już dawno powiedziała sobie, że inaczej być nie może i — basta! Ale na sercu ma taki ciężar, taki okropny ciężar. — Mamciu! Mamusiu! Mameczko! Nie słyszy. Idzie coraz powolniej i głowa jej sztywną, muślinową chustą przed upałem osłonięta, coraz niżej na pierś opada. Co z tego będzie? Co będzie? Zamiar wielki i święty, tak, święty! ale skutek jaki? — powiadają, że jeśli nikt nie pomoże... ale to jest głupie gadanie. Pomódz, to pomogą, bo, alboż to ludzie na świecie z kamienia są, albo z błota, aby widząc taką sprawę świętą, takie męczeńskie targanie się, nie ujęli się, nie ratowali? W Bogu nadzieja, że tak będzie, jak młodzi Konieccy onegdaj mówili. Interwencja nastąpi i wszystko dobrze pójdzie. Ale tymczasem... kule... A gdyby jedna z nich... w Julka... 0, nie daj Boże! O nie pozwól! Pod Twoją opiekę i obronę uciekamy się, święta Boża Rodzicielko!... — Mamo! Matuchno! Mamo! Nakoniec usłyszała, a raczej uczuła czepiające się sukni jej cztery łapki. — Czego chcecie?! Dwie drobne twarze rumiane, pyzate podnosiły się ku niej i jedna ze śmiechem, druga z nadąsaniem, rzekły: — Jeść chce się! Splasnęła dłońmi i krzyknęła: — A prawda! Toż to wy dziś nic jeszcze nie jadły! Toż ja o was zapomniałam! A biednieńkie wy moje, mileńkie... głodne... Chodźcie prędzej, chodźcie do domu, chodźcie... Raźnie już, szerokiem krokiem iść zaczęły, a przed nią dwa maleństwa szybko po zielonej trawie bosemi stopkami przebierały, wkrótce też przez boczne drzwi domu do małej sionki wbiegły. Ale panią Teresę, wejść tam za niemi mającą, w progu ogarnęły i prawie nad ziemię uniosły męskie jakieś ramiona i, nim opamiętać się zdołała, po sionce ją okręciwszy, do przyległego pokoju walcowym krokiem wciągnęły. Przytem głos młodzieńczy, wesoły, wołał: — Dzień dobry, mamci! Dzień dobry matuchnie! Jak matuchna ma się? I, kręcąc się z nią jeszcze po sieni, śmiał się. — Cha, cha, cha! A ona zdyszana i z twarzą w ogniu krzyczała: — Puść, Julek! Ach, ty swawolniku, warjacie, nicponiu! Puść, mówię, bo tchu już nie złapię... I tak samo, jak on śmiała się. — Cha, cha, cha! Aż gdy wypuścił ją z objęć, ku drzwiom od kuchni skoczyła i krzyknęła: — Teleżukowa! Daj maleńkim śniadanie. I wnet do syna powróciła z ustami pełnemi zapytań. — No, jakże masz się? Tydzień cię w domu nie było. Daleko jeździłeś? Skąd teraz przyjechałeś? Co się tam na szerokim świecie dzieje? On ją kilka razy w obie ręce pocałował, poczem, na starej kanapce usiadłszy z miną uroczyście nastrojoną mówić począł. — Uczynki miłosierne co do ciała: głodnego nakarmić, spragnionego napoić... a dopiero, gdy się tego dokona, przyjdą tamte, co do duszy: niewiedzącego uwiadomić, pytającemu odpowiedzieć... — No, no, już rozumiem! Zaraz nakarmię i napoję! Oj ty, swawolniku mały! I już ku drzwiom od kuchni śpieszyła, ale gdy około niego szła, za rękę ją pochwycił i z oczami ku niej podniesionemi, głosem zniżonym rzekł. — A potem pójdziemy do pokoju mamy na rozmowę poważną. Mam do powiedzenia mamie coś bardzo ważnego... Ona zbladła na twarzy i oczy jej zmąciły się, jak gdy kto kamień na wodę rzuci. — Coś ważnego... powtórzyła szeptem. Ale wnet uspokoiła się. — Dobrze, pomówimy, tylko ci do zjedzenia cokolwiek przyniosę. Sam pozostawszy, Julek z kanapki się zerwał i mały pokój szybko wzdłuż i wszerz przebiegać zaczął, drobnego wąsika pokręcając, z głową pochyloną, zamyślony. Jednak pomimo zamyślenia, z pod drobnego wąsika ładnym tenorem zanucił. „Cicho, cicho, ktoś nadchodzi, serce mówi"... I urwał. Tonęła piosnka młodzieńcza w falach myśli, szumnie i tłumnie toczących się przez głowę. Swawolnikiem był od dzieciństwa najmniejszego aż dotąd, ale małym to niebył bynajmniej. Wzrost wprawdzie mierny miał, ale barki szerokie, w stosunku do wzrostu nawet za szerokie, co trochę krępym go czyniło; jednak z kształtów i ruchów biła mu taka rzeźkość i żywość, że zgrabnym się wydawał, a przedewszystkiem za doskonałe upostaciowanie zdrowia i siły mógł uchodzić. Po matce wziął czuprynę gęstą, ładny wykrój czoła i piękne, piwne błyszczące oczy, lecz na razowym chlebie macierzyńskim policzki mu nieco zanadto spulchniały, tak że okrągłe i rumiane, przypominały pyzatych aniołów, na obrazach niekiedy malowanych. Z twarzy jej ogień młodości gorącej, namiętnej, aż tryskać się zdawał. Nie tak wyglądał, gdy w zimie minionej, całe szeregi nocy spędzał w trupiarni, gdzie blady od bezsenności z ciekawością namiętną badał na ciałach, które śmierć rozkładała, tajemnice ludzkiego życia. Ale teraz nie znać było na nim ani tych nocy pracowitych i ponurych, ani innych wrażliwych, które w izbie studenckiej, w obłokach tytuniowego dymu spędzał, na namiętnych sporach i rozprawach z tłumem kolegów. Teraz wszystkie prace, wszystkie przedmioty sporów i rozpraw, wszystkie dążenia i zamiary jak drobne świeczniki pogasały przed blaskiem jednej myśli, jednej nadziei, jednego zamiaru i celu. Wnet po wczesnym i krótkim obiedzie rzekł do matki. — Może do mamy pokoju na rozmowę pójdziemy, bo tam bębny najmniej przeszkadzać będą... — Jakie tam bębny! Janek i Olek zaraz znowu do wioski, albo do lasu polecą... — Są jeszcze dwa mniejsze bębenki... — No, te robaki... nic jeszcze nie rozumieją! Ale idź do mego pokoju, a ja tylko Teleżukowej coś powiem i tam przyjdę... Niebawem wchodziła do tego pokoju, który był właściwie izdebką wązką, o jednym, na ogród wychodzącem oknie, a tuż za nią wysoki próg przestąpiły Brońcia i Ludwinka. Dwa też cienkie głosiki zadzwoniły. — Matuchno! Mamusiu! Mamciu! — Czego chcecie? Z oczyma na matkę podniesionemi, chwilę milczały, a potem najspokojniej i najpoważniej w świecie odpowiedziały. — Niczego! Z matką i przy matce być chciały tylko, a przytem lubiły niezmiernie tę izdebkę, do której wstęp bez niej, z powodu rachunków stół do pisania okrywających, był im wzbroniony. Mogłyby sobie z tych papierów zabawki powykrajać, lub na wiatr je puścić. — No, kiedy niczego! to idźcie stąd sobie! Do Teleżukowej idźcie!... Z zadartemi główkami uczepiły się czworgiem rącząt spódnicy matczynej i Brońcia brunetka śniada, żałośnie, a Ludwinka, lnianowłosa i różowa, z gniewnem tupaniem nóżek, jednogłośnie zawołały. — Nieeeeee! Julek pochylił się i w mgnieniu oka jedną na jedno ramię, drugą na drugie pochwyciwszy, z nad ziemi je podniósł. — E! Niech robaczki trochę sobie przy Teleżukowej popełzają! Tu niepotrzebne! Śmiejąc się z izdebki je wynosił, a one śmiały się także głośno i nagie, długie, ogorzałe ich nożęta, kołysały się w powietrzu, z ramion braterskich zwisając. Pani Teresa tymczasem stanęła przy otwartem oknie, za którem rósł wysoki i gęsty krzak bzu, już rozkwitać poczynającego. Krzak ten tak zasłaniał okna, że nic przezeń widać nie było, oprócz kawałka błękitu niebieskiego za najwyższemi szybkami. Kiedy Julek, powracając, drzwi za sobą zamknął, izdebka zdawała się być szczelnie przed wszelkiem okiem i uchem ludzkiem ukrytą. — Cóż, co mi masz do powiedzenia? — rzuciła się ku synowi p. Teresa. Pobladłą twarz i zmącone źrenice jej widząc, uspokajać ją począł: — Nie to, nie to jeszcze co mama myśli. I to przyjdzie, naturalnie, ale nie teraz jeszcze. Teraz coś innego, ale także ważnego. I tu, u otwartego okna stojąc, począł mówić dość głośno, bo i pocóż miałby szeptać, skoro nikogo w pobliżu nie było i nikt podsłuchiwać ani myślał. Czy tylko nikt? Coś jednak za krzakiem bzowym zaszeleściało i coś ciemnego wśród gęsto splątanych gałęzi zaszarzało. Ale p. Teresa i Julek uwagi żadnej na to nie zwrócili. Małoż to skrzydeł ptasich za oknami trzepoce, a byłoż im w tej chwili do przyglądania się grom barw i świateł w krzakach? Tymczasem po drugiej stronie bzowego krzaku, dwie postacie chłopięce, jedna nie dorosła, a druga wcale jeszcze dziecinna, w postawach wyprężonych i ze skamieniałemi od wytężonej uwagi twarzami, podsłuchiwały. Tak samo, jak Brońcia i Ludwinka, Janek i Olek poszli jeden w matkę, drugi w ojca. Włosy ciemne i złote, jednostajnie krótko przystrzyżone, oczy piwne i błękitne, jednostajnie w tej chwili od ciekawości namiętnej rozbłysłe, cery jednostajnie przez wiosenne wiatry i upały opalone. Tylko, że starszy wysmukły był i wydawał się sprężystym, gibkim, a z twarzy bladawej wrażliwym i zapalczywym, młodszego zaś krępość, czy przysadzistość kształtów, łączyła się z rumiannością, powlekającą pyzate, zupełnie jeszcze dziecinne policzki. Zresztą lat niespełna piętnaście i trzynaście, stare jakieś, już za krótkie i za ciasne mundurki szkolne, stopy bose, ślady świeżej wędrówki po drogach piasczystych i podłożach leśnych, na sobie mające. Z kikogodzinnej wędrówki po wsi chłopskiej i lesie powróciwszy, zaraz spostrzegli, że pomiędzy matką i Julkiem coś jest, jakiś sekret, niepokój. Przy stole obiadowym matka mniej, niż zwykle mówiła, nawet ich za niezgrabne jedzenie gderać zapomniała, a Julek zamyślał się często i ani razu z nich nie zażartował. Oni oddawna już czegoś domyślali się, coś w powietrzu czuli, o czemś z zasłyszanych rozmów pomiędzy starszemi wiedzieli. W szkołach jeszcze, tam w mieście, skąd na świąteczne wakacje do domu przyjechali, wiele już o tem, co ma stać się, pomiędzy kolegami mowy było. A dlaczego po przejściu wakacji świątecznych, matka do miasta i szkoły wrócić im nie pozwoliła? Oho! Słyszeli dobrze jak raz do Julka powiedziała: „w czasach takich, kto wie, co z dziećmi stać się może. Niech lepiej w domu zostaną". Julek zauważył, że rok czasu w szkole stracą, a ona odpowiedziała: „Niech lepiej rok stracą, a żywi i cali zostaną!" Ot, co zaszło! Aby żywi i cali zostali! Inni to mają prawo rozporządzać się swojem życiem i swoją całością, a oni niech przy fartuszku maminym siedzą i hańbą choćby okrywają się, zdrajcami kraju zostają, byleby... Bo zdrajcą kraju jest i hańbą okrywa się ten, który teraz... A skądże pewność, że Julek żywy i cały zostanie? Jednak zamierza czynić to, co mu serce czynić rozkazuje, ku czemu ciągnie go przykład wszystkich bohaterów rzymskich i polskich, a mama na to zgadza się... Dlaczegóż to jemu wolno, a im nie? Względem starszego brata coś nakształt zazdrości uczuli i oddawna już kroki jego śledzić, rozmowom przysłuchiwać się zaczęli. Ale na podsłuchiwanie, zdobywali się dziś poraz pierwszy. Jakże można było nie zdobyć się, skoro tuż za progiem stojąc, nie chcący usłyszeli byli, jak Julek mówił. „Do mamy pokoju na rozmowę pójdziemy, bo tam bębny najmniej przeszkadzać nam będą"! Na te słowa, w starszym aż coś zagotowało się, zawrzało. „Słyszysz, Olek? — bębny"! A Olkowi łzy zakręciły się w błękitnych oczach. Cicho, jak myszy, mały dom dokoła obiegli, na ławce pod krzakiem bzu przysiedli i w stronę okna do izdebki matczynej słuch wytężyli. Janek wyprężył się, jak struna ku matczynemu oknu cały wygięty, ręką kurczowo brzeg ławki ściskał, Olek zaś zgarbił się, napuszył i rumiane policzki tak wydął, jak gdyby czasem na rozkaz matki ogień w samowarze rozdmuchiwał. Słuchali. Jakkolwiek Julek nie zniżał bardzo głosu, jednak pomimo woli może zniżał go nieco, więc wszystkiego, co mówił, słyszeć nie mogli i w słuch im wpadały czasem zdania niecałe, czasem wyrazy oderwane: „Dziś po zachodzie słońca... wprost do Dębowego Rogu... tu nie zajadę“... A potem, zapytanie matki... Wiele tam tego będzie? I odpowiedź Julka. — Szabel... rewolwerów... kos... Jankiem od stóp do głowy dreszcz wstrząsnął. Jedną ręką ściskając brzeg ławki, drugą brata za kolano pochwycił. — Słyszysz, Olek? słyszysz? Ten drżeć zaczął jak w febrze. — Aha! szab... szab... szab... le... — Ciiii — cho! Matka mówiła znowu. — Motyki do kopania ziemi wziąć trzeba... A Julek. — Ja z Teleżukiem. Czy on w domu? — Pewnie... powiem mu... Chwila milczenia, poczem znowu Julek mówi. — Tylko z chłopcami... żeby nie wiedzieli... — E! Także! głupstwo! Błazenki te, co oni... — Niech mama tak... niech mama tak nie... oni i bardzo nawet... spostrzegam... — Nie może być! Swawole im jeszcze w głowie i Janek w książkach cały... — No, no! Tak się mamie... materjał palny... — Spać im iść każę... dla twojej spokojności... Tu drzwiczki z izdebki matki do pokoju dziecinnego prowadzące przeciągle zaskrzypiały i jednocześnie dwa cienkie głosiki rozległy się tak donośnie, że aż za oknem słychać było. — Mamciu! matuchno! mamo! — Ot już tam i wjechały małe — sarknął Janek. — Wszystkiemu koniec będzie. Zmykajmy! Chyłkiem, zerwawszy się z ławki, w pobliskiej gęstwinie drzew i krzaków zniknęli. Tam, za gęstą zasłoną z zieleni na ziemi siedząc długo, zawzięcie pomiędzy sobą szeptali. Nad ich głowami, blisko ku sobie pochylonemi i czołami w srogich namysłach, jak u starych ludzi zmarszczonemi, młoda zieloność liści powiewała i na zabój śpiewały ptaki. Pani Teresa z izdebki swej wypadła, dwa „robaczki“ za drobne ręce nie prowadząc, ale ciągnąc. — Niech dzieci grzeczne będą... bo do kąta iść każę i krzesłami pozastawiam! Proszę mi zaraz gdziekolwiek spokojnie usiąść i książeczkę z pieśniami czytać, a za mną teraz nie łazić... bo przepędzę... do kątów... Wiedziały „robaczki", czy, jak je Julek nazywał, „bębenki“, że gdy matka takim tonem przemawiała żartów niema. Cichutko więc wysunęły się z domu i na wschodach małego ganku do drewnianego słupka przytulone nad książczyną drobne głowy pochyliły tak, że aż prawie zetknęły się z sobą ich ogorzałe czoła i zmięszały się włosy lniane i brunatne. Książczyna, w okładce zszarzałej i zmiętej, antykiem była, starym dokumentem rodowym, w który z rozkoszą wczytywały się niegdyś oczy p. Teresy, gdy była dzieckiem, potem Julka w tejże porze życia, potem Janka i Olka. Spadała w dziedzictwie z matki na dzieci, z dzieci starszych na młodsze, była pierwszym drukiem, które oczy ich poznawały pierwszą opowieścią, która im do krwi i mózgu zatliwała iskrę przyszłego płomienia. Teraz na kolanach Brońci otwartą, pożółkłemi kartami odbijała na tle spłowiałej sukienczyny z różowego perkalu. Brońcia nie bez pewnej jeszcze trudności czytać zaczęła. — Mieczy—sław Stary... — Nie chcę Miecislawa... przerwało jej kapryśne sarknięcie Ludwinki... Cierpliwie starszy „robaczek“ kilka kartek przerzucił i zaczął. — Władysław Ja... Ale młodszy przerwał znowu. — Nie chcę Wladislawa... — No, to czego chcesz! Porwała Ludwinka książczynę z kolan siostry i, na swoich ją rozłożywszy, z wydętemi od wysiłku wargami, przez chwilę karty przewracała. Poczem zaczęła z wielkiem trudem i jąkaniem. — L-e-le-s-i-ek — Lesiek. — Daj! — „Przez dworaków opuszczona, Helena w stroju niedbałym"... Duży ptak furknął z pod niebieskiego dachu i nad głowami dzieci przemknąwszy, lotem strzelistym pomknął w dal. — Jaskółka! Niewiedzieć czego porwały się i niewiedzieć czego, na całe gardziołka śmiejąc się, pobiegły w tę samą stronę, w którą jaskółka uleciała. A pani Teresa, pierwszy raz w życiu, zapewne, zdawała się o samem istnieniu najmłodszych swych dzieci zapomnieć. W końcu dziedzińca, pomiędzy szaremi ścianami stodółki i świrna, z chłopem barczystym i rosłym, w siwą siermięgę ubranym, . Był tak rosłym, że, aby w twarz mu patrzeć, głowę wysoko podnosić musiała, więc z wysoko podniesioną głową, z rękoma, zwykłym sobie ruchem, na kłębach opartemi, mówiła o czemś długo, cicho, a oczy jej w cieniu szarej stodółki, jak iskry błyszczały. Chłop długiej jej mowy wysłuchał, milcząc z twarzą nad jej głową pochyloną. Na twarzy jej grubej w grube fałdy pogiętej, gęstym włosem siwiejącym z dołu porosłej, nie odbijało się wrażenie żadne. Nieruchoma, zaspana jakby czy leniwa, podobną była do rzeźby z grubego kamienia, który barwą swą chleb razowy przypominał. Jednak, z bliska patrząc, można było dostrzec, że z tej niemej, ciemnej twarzy chłopa oczy spoglądały na podniesioną ku niemu głowę pani Teresy miękko jakoś i przychylnie, a zarazem nieco z ironją. Rzecz dziwna! pod krzaczystemi, obwisłemi brwiami, siwe oczy chłopa błyskały iskrą ironji. Po długiem, milczącem słuchaniu, bez żadnego poruszenia w postawie tak samo cicho, jak ona mówiła, a przytem powoli, senliwie jakoś, czy leniwie, przemówił: — Ej, pani! Szczo z toho bude? Czy wy to tylko rozumnie i dobrze robicie? Czy z tego biedy wielkiej dla was nie będzie? Czy wy dzieci swoich... Nie pozwoliła mu dokończyć, ale porywczo szeptać zaczęła: — Teleżuk tego nie rozumie! Ja to Teleżukowi kiedykolwiek wytłómaczę! Tak już stało się i inaczej być nie może, a kiedy inaczej być nie może — to i basta! Ja Teleżukowi, jak przyjacielowi, wszystko powiedziałam i jak przyjaciela proszę... ale kiedy Teleżuk nie chce, to i nie trzeba... to my sami... Już uniosła się obrazą, czy ambicją, cała rumieńcem oblała się i ruch do odejścia uczyniła, ale chłop poufale za rękaw sukni ją ujął. — Zaczekajcie, pani! Ot, wy zawsze taka prędka! Jak do dobroci, tak i do złości prędka! Po ustach, jakby z ciemnego kamienia wyrzniętych uśmiech mu się prześliznął pobłażliwy i wnet zniknął. Zniknęła też z oczu iskra ironiczna. — Co ja sobie myślę, to myślę, ale zrobię, jak każecie... Ja wszystko zrobię, co każecie... ja wasz poddany... Pani Teresa aż żachnęła się, aż krzyknęła. — Głupi Teleżuk jest ze swoim poddaństwem! Najpierw to, że niema już poddaństwa, a potem, czy, kiedy jeszcze było, ja Teleżuka za poddanego uważałam, czy za przyjaciela? a? Niech Teleżuk zełże, że za poddanego... a? On ręką wzgardliwie machnął. — Et, z babą gadać, wodę mleć. Czy ja o takiem poddaństwie gadał? Ja w poddaństwo do was poszedł wtedy, kiedyście wy rękami własnemi z żony i dzieci moich zarazę srogą ścierali... P. Teresa żałośnym ruchem ręce rozłożyła. — Cóż, kiedy nie udało się! — Z żoną udało się... z niemi nie... ale ja od tego czasu wasz sługa, wasz pies... Czego tylko odemnie chcecie, to zrobię... bądźcie spokojni... co sobie myślę, to myślę, ale zrobię... — Niech Teleżuk nic sobie nie myśli, dopóki ja nie wytłomaczę. Kiedykolwiek wszystko opowiem i wytłomaczę. Ale tylko... Z nogi na nogę przestępowała, myślą jakąś zaniepokojona. — Niech tylko Teleżuk nikomu o tem nie mówi, nikomu, a nikomu... Chłop ze wzgardliwością niewypowiedzianą ramionami wzruszył. — Ot, pani niby to, a kiedy baba, to taki i durna! Odwrócił się i już odchodził, silny, rosły, z pochyloną kamienną twarzą. Ona, z rękami opartemi o biodra, śmiejąc się, za nim patrzała. Wrócił jeszcze. — A kolyż to bude? — krótko zapytał. — Gdy tylko ściemnieje... — Gdzie te cztery wielkie dęby? — Aha. Ja tam już będę. — W Dubowym Rohu? — Aha! Dzień dobiegał do końca, słońce zaszło, zorza wieczorna zagasła, na bezmiesięcznem niebie świeciły gwiazdy. Nieszeroką drogą, pośród pola do bliskiego lasu prowadzącą, dwoje ludzi szło szybkim krokiem i zamieniało się nielicznemi słowy. — Czy byłeś w Lublinie? — Byłem... a jakże! Tam my często... — Inka tam jest? — A jest. — Widziałeś ją? — Naturalnie; jakże mógłbym nie widzieć! Ona przecież zawsze między rówieśnicami, jak lilja między... jakże tam... niech będzie między... trawami. — Także brednie! powiedziałbyś lepiej, co ona tam robi? — Cóż Inka może robić? Każdego, kto się na oczy jej nawinie, kokietuje! — Julek! — No i cóż takiego? Alboż mama sama o tem nie wie? Zresztą, one tam wszystkie konfederatki dla nas szyją, koszule jedwabne i różne tam różności... oprócz tego śpiewają sobie, szczebioczą. Kobieta westchnęła głośno. — Julek... — Co mamo? — Żebyś ty ze mną o siostrze choć raz serjo porozmawiał! — Kiedy bo, moja mamo, o Ince trudno jest mówić serjo. — Głupstwo! Dla czegóż to? — Bo w niej samej niczego serjo niema. Dziewczyna pusta, w piękności swej, jak nasza szlachta okoliczna mówi, zadufana i w Leszczynce nudzi się piekielnie, a jak w świat wyleci, to sobie fruwa. Psychologja nie trudna i nie osobliwa. — Aha! ale bieda osobliwa może być... — Jaka tam bieda! Za mąż — i już. Umilkli. Z obu stron drogi, w zbożu już dobrze podrosłem, przebiegały ciche szelesty, szmery, chody glist i kretów, albo podloty ptaków nad świeżo uwite gniazda. Las był już blisko; w ciemnej ścianie jego coś ćwirknęło, gwizdnęło i na chwilę umilkło, aż po zmroku gwiaździstym, nad polem cicho szemrzącem rozległ się głośny, dźwięczny, przeczyście srebrny tryl. Rozległ się, pół minuty trwał i umilkł. Julek podniósł głowę. — Słowik! — szepnął i w szepcie tym, jak w źwierciadle ludzkiego serca, odbiła się tajemniczość wieczoru, gwiazd, ciemnego lasu i słowiczego trelu. — Wcześnie w tym roku słowik... zaczęła p. Teresa i nie dokończyła. — Oj, ten rok! ten rok! ten rok! Słowa te, jak z podmuchem wiatru, wyszły z jej piersi z ciężkiem, trzęsącem się westchnieniem. A w tej że chwili, w lesie znowu, lecz w dalszej głębi, w innej stronie, zabrzmiał taki sam, jak przedtem tryl srebrem dzwoniący, przez oddalenie od tamtego cichszy i tak, jak tamten, umilkł, a bujne runie po obu stronach drogi i u brzegów ich majaczące w zmroku drobne twarze kwiatów, zdawały się w nieruchomości słuchać, czekać. — Słyszysz, Julek? Ten drugi, to właśnie tam zaśpiewał... — W Dębowym Rogu? — Gdzie te cztery najstarsze dęby rosną... — Mama i w ciemnościach dęby te rozpozna? — Oj, oj! Ile razy ja tam byłam. Ile ja tam... Miała już powiedzieć: przepłakałam! ale wstrzymała się, umilkła. Zawsze wstyd jakiś czy hardość niepokonana wstrzymywały ją od głośnego wspomnienia o przelanych kiedykolwiek łzach. Więc milcząc szła dalej i tylko myślała o tem, ile razy w dnie letnie albo i jesienne biegła tą drogą, wpadała do tego lasu i ku owym dębom dążyła, aby w gęstym cieniu ich listowia, ukryć dolę swoją i z nich wyciekające łzy. „Dwa gołębie wodę piły"... Mój Boże! ileż razy, gdy piosnka ta głosem kochanym śpiewana, przebrzmiała dla niej, wciąż jednak — brzmiąc dla innych, — jeden z gołębi wił się z bólu i płaczu na mchach szmaragdowych, u potężnych stóp czterech najstarszych w tym lesie dębów! Teraz szła ku temu miejscu ucieczek swych od oczu i uszu ludzkich z myślą ukrycia w nich czegoś innego niż łzy i szlochania. Weszli do lasu i gdy szybko szli naprzód, omijając pnie drzew i gęste sploty gałęzi przed sobą rozchylając, ogarniały ich miejscami ciemności grube, a miejscami, tam, gdzie rozstępowały się nieco drzewa, zmroki przezroczyste, zlekka przez gwiazdy rozświetlone i u dołu, przy samej ziemi, usiane drobnemi twarzami, które zdawały się patrzeć na gwiazdy. Były to anemony obficie i bujnie rozkwitłe, te narcyzy leśne, które nocami nawet odrzynają się od ciemności bielą śnieżystą. Dwa słowiki, to tu, to tam, odezwały się z kolei, ale krótkiemi nutami, które wnet milkły. Jakby próbowały tylko swych instrumentów muzycznych, jakby je nastrajały... Wtem, przed dwojgiem ludzi przez las idących stanęła grubsza, gęstsza, wyższa, niż gdziekolwiek indziej, ciemność i z ciemności tej gruby, stłumiony szept zawołał. — Pani! pani! Toż to tu!... — Teleżuk? Tak, tak! to tutaj! A turkotu nie słyszałeś jeszcze? Czy od strony Dziatkowicz turkotu nie słychać? I stanęła jak wryta; o parę kroków od niej stanął też jak wryty Julek. W ciemności zaś ozwał się ten sam, co wprzódy, gruby szept: — Ot i jadą! Słuchali. W dalekiej jeszcze głębi lasu toczył się turkot powolny, koła jakieś z głuchemi stukami uderzyły o wystające nad ziemią korzenie drzew, czy o wystające nad mchami leśnemi kamienie. Słuchali i w turkot ten powolny, a coraz bliższy, wyraźniejszy wsłuchani, nie usłyszeli kilku szelestów, które ozwały się w pobliżu. Kędyś w pobliżu, w zarośli leszczynowej, złamała się z głuchym trzaskiem gałąź, nadeptana czyjąś stopą, zaraz potem ktoś bardzo ostrożnie, jednak nie bez szelestu prześliznął się wśród leszczyn i gdyby oczy dwojga nieruchomych ludzi nie były wytężone w stronę, od której zbliżał się turkot, mogłyby dostrzedz dwie małe postacie, dwa raczej małe cienie, które wyśliznąwszy się z pomiędzy leszczyn, szybkim jak myśl ruchem zanurzyły się w padającą od drzew potężnych ciemność. Jednocześnie Julek na spotkanie turkotu zupełnie już niedalekiego poskoczył i po lesie rozeszło się trzykrotnie powtórzone, krótkie, lecz przenikliwe gwizdnięcie. U stóp grubej, wysokiej ciemności, która przestrzeń pomiędzy czterema potężnemi dębami zawartą napełniała, zatrzymał się wóz dwukonny, wysoko czemś naładowany i ktoś wysmukły, zgrabny, sprężystym ruchem młodzieńczym z niego zeskoczywszy, w mgnieniu oka przed panią Teresą się znalazł. — Pan Gustaw — szepnęła — pan sam? — Naturalnie, że sam. To najbezpieczniej. Takiego Teleżuka, jak pani, nie mam. W rękę ją na powitanie pocałował. — Julek, do roboty! a! i Teleżuk jest! Tem lepiej! We trzech prędzej pójdzie! We trzech! Zapewne! Bez pani Teresy rachował młodzieniec, z wozem naładowanym przybyły. Jeszcze tego świat nie widział, żeby ona gdy robota pilną była, sama lub wespół z innymi do niej się nie zabrała. — Teleżuk! Ile rydli przyniosłeś? — Cztery, pani. — Ot, sprytny! wziął jeden i dla mnie. Chłop spokojnie odpowiedział. — Wiadomo. I dźwignął z wozu grubą więź przedmiotów jakichś, szczelnie w coś owiniętych, które, gdy w silnych ramionach je podnosił, metalicznie i ostro szczęknęły. Niedaleko stamtąd, za grubym pniem dębowym jakiś mały cień, przysiadłszy do ziemi, zaszeptał. — Słyszysz, Olek? A z za sąsiedniego pnia, szept inny, jak liść na wietrze drgający, odpowiedział: — Sza... sza... szab... le!... Było to tak, jakby dwa małe robaki po ostrych kończynach traw przepełzały i nie mogli tego usłyszeć ludzie, krzątający się około wozu, tembardziej, że w tejże chwili, kędyś blizko, jak zdrój z podziemia, wytrysnął z ciemności rozgłośny, pełny już teraz, śpiew słowika. Cztery stare, najstarsze w lesie dęby splatały w górze liściaste gałęzie i była to jakby kaplica napełniona ciemnością, ze stropem gdzie niegdzie ucentkowanym złotemi oczyma gwiazd. Unosiła się nad tą ciemną kaplicą nieprzerwana pieśń słowicza, a na podłożu jej poruszały się sylwety czworga ludzi i kiedy niekiedy pobrzękiwał metal. Pobrzękiwania te, to dłuższe, to krótsze, to mniej, to więcej ostre zdawały się towarzyszyć słowiczej pieśni, tak jak akordy instrumentu muzycznego towarzyszą ludzkiemu śpiewowi. Czasem jeszcze wydawać się to mogło rozmową tonów podniebieskich, czystych, wolnych, wzlotnych, z przyziemnemi, ostremi, groźnemi zgrzytami. Oku, we wnętrze tej kaplicy patrzącemu, trzeba było tylko oswoić się z ciemnością, aby rozpoznać robotę poruszających się w niej ludzi. Wykopywali doły, pogrążali w nie przedmioty z woza zdejmowane i nakrywali je warstwami ziemi, pełnej ziół i mchu. Widać było szerokie chwilami rozmachy ramion p. Teresy i silnie w jej rękach, uderzające o ziemię narzędzie pracy. Pracowali w milczeniu, czasem tylko kilku słowami przerywanem. — Niech mama odpocznie! — Także gadanie! Na tamtym świecie wszyscy wieczny odpoczynek mieć będziemy! A potem szept przybyłego z wozem młodzieńca. — Oj, zmęczyłem się! I odpowiedź p. Teresy. — Także dziw! rączki do roboty nie przyzwyczajone! Potem, pracy nie przerywając, trochę zdyszanym głosem mówiła. — A ja powiem, że nie szkodziłoby panom, oj, nie szkodziłoby dobrze sobie czasem pomachać siekierą, czy tam kosą, albo nad pługiem oblać się takim potem, żeby z nim razem wszystkie głupstwa, a to i grzechy, z kości i duszy powychodziły... Dwa młodzieńcze głosy zaśmiały się, a ona w odpowiedź śmiechowi temu sarknęła. — Niema czego śmiać się: prawdę mówię! Żelazco rydla głęboko w ziemię pogrążając, dodała. — Nie do Julka to mówię... on od dzieciństwa do roboty nawykł... — Do mnie pani to mówi? — A pewnie! Małoż to grzeszków: polowanka, baliki, koniki, pieski, zawracanie główek dziewczętom... No, czy nie było? Niech pan Gustaw sam powie... małoż to tego było?... On, po krótkim odpoczynku, znowu do kopania ziemi się zbierając, odpowiedział: — Już nie będzie. Nie żart, ani żal, ani smutek, lecz uroczysta powaga w odpowiedzi tej brzmiała. Czuć w niej było potężny wiew czasu, który w dalekość niezmierzoną odniósł od ludzi baliki, koniki, pieski i dziewczęce główki. — Ty, Julku, do domu teraz nie wrócisz, ale ze mną teraz pojedziesz... potrzebnyś! — Wedle rozkazu, panie setniku! Długo pracowali. Już i drugi słowik kędyś tam dalej na drodze się rozśpiewał i konie u wozu zniecierpliwione długim staniem, parskały i czasem wydawały krótkie rżenia. Gdy p. Teresa, narzędzie pracy na ziemię rzucając, rzekła: — Skończone! Teraz wy sobie jedźcie, a ja z Teleżukiem do domu powrócę. Teleżuk zbierał rydle i w jakimś krzaczystem schronieniu pomiędzy dębami je składał. — Nie zabierzesz tego do domu? — Ot! żeby jeszcze nieśpiący ludzie zobaczyli! Już ja lepiej wiem, kiedy po to przyjść trzeba. Bądźcie spokojna pani. Po kilku minutach nikogo już pomiędzy staremi dębami nie było. W głębi lasu odezwał się czasem turkot wozu coraz słabszy i dalszy. Na drodze, pośród pól od lasu biegnącej dwoje ludzi pośpiesznie szło ku majaczącemu w swych gruszach i lipach dworkowi. Wtedy z gęstwin leszczynowych, z za pni dębów, wyskoczyły dwa małe cienie ludzkie i rzuciwszy się ku sobie szybko, namiętnie zaszeptały: — Teraz, Olek! Teraz, albo nigdy! Ziemia świeżo poruszona, odkopać łatwo... — I rydle są... — Widziałem, gdzie schował. — I ja! i ja! — Szabel nie można — za duże, ale pistolety... — I kindżały... — A jakże... Naboje do pistoletów też... — Tylko, Olek, z całej siły kopać... z całej siły... — Już ty mnie nie ucz, Janek, ja sam... — Bo drugi raz już tak nie zdarzy się... — Chodźmyż prędzej! — Prędzej, prędzej! Zniknęli w ciemnej kaplicy dębowej i nic już w lesie słychać nie było, oprócz dwu pieśni słowiczych, które tony i trele zachwycone, rozmarzone, romantyczne, to razem, to naprzemian rzucały pod świecące nad ciemnym, nad cichym lasem gwiazdy.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…