Read here

Cmentarna lilja

Selma Lagerlöf · 1910 · Free in the US

37,560 words · about 2 h 38 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1910 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Cmentarna_lilja&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Selma Lagerlöf
Language
Polish
Published
1910
Length
37,560 words · about 2 h 38 min
Sections
12 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (12)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 19 min
  3. Rozdział I about 12 min
  4. Rozdział II about 5 min
  5. Rozdział III about 4 min
  6. Rozdział IV about 11 min
  7. Rozdział V about 3 min
  8. Rozdział VI about 10 min
  9. Rozdział VII about 7 min
  10. Rozdział VIII about 6 min
  11. Rozdział IX about 8 min
  12. Rozdział X about 13 min

Continue:

Front matter

DODATEK BEZPŁATNY (LISTOPAD)

DLA PRENUMERATORÓW „KURJERA WILEŃSKIEGO“

SELMA LAGERLÖF.

całość

DODATEK BEZPŁATNY (LISTOPAD)

DLA PRENUMERATORÓW „KURJERA WILEŃSKIEGO“

SELMA LAGERLÖF.

CMENTARNA LILJA

WILNO

NAKŁADEM „KURJERA WILEŃSKIEGO“

1910

Druk Józefa Zawadzkiego w Wilnie

ROZDZIAŁ I.

W końcu trzeciego dziesiątka ubiegłego stulecia na jednem z przedmieść miasta uniwersyteckiego Upsala, w miejscu dość odludnem, stał wysoki dom, pomalowany jasno-żółtą farbą. Jaskrawy kolor ścian łagodził rozpięty winograd, rozrosły tak bujnie, że tworzył gęste ramy naokoło trzech okien 2-go piętra. W pokoju, przy jednem z tych okien, siedział student i pijąc ranną kawę, podziwiał przepych cudnego dnia jesiennego. Młody chłopak wysokiego wzrostu, rysy twarzy miał regularne i pewną elegancję w całej swej postaci; ubrany był dostatnio i wykwintnie. Pokój studenta był ładnie urządzony. Pod ścianą stała wygodna otomana, między oknami — duże biuro, wyściełane krzesła, stoły i szafa do książek dopełniały umeblowania; książek tylko w szafie było uderzająco mało. Na stole leżały piękne włoskie skrzypce obok kosztownego futerału. Zaledwie student skończył pić kawę, gdy do pokoju wszedł gość, także student. Przybyły miał wygląd wręcz odmienny od naszego studenta; był nizki, przysadzisty, o twarzy szerokiej, brzydkiej. — Dzień dobry, Gunnarze, rzekł, przyszedłem powiedzieć ci słów kilka, ale to słów bardzo poważnych. — Co ci się stało? Czy co nieprzyjemnego? — Mnie? nic, a nic. To się ciebie tyczy... — odparł. Ale djablo nieprzyjemnie mówić o tem. — A więc nie mów, odpowiedział Gunnar, uśmiechając się z uroczystej miny kolegi. — Właśnie, że dłużej milczeć nie mogę, — rzekł przybyły, dawno mi to już leży na sercu. Powiesz zapewne: jak wam się podoba ten Gustaw Olin, syn naszego sługi, a ma się za tak ważną, osobę, że śmie mnie morały prawić. — Co znowu Olinie! — rzekł Gunnar, proszę cię, nie sądź, abym mógł coś podobnego pomyśleć! Mój dziad również był synem chłopa. — Tak, ale o tem już obecnie nikt nie pamięta, — odpowiedział Olin i zamilkł, patrząc uporczywie na Gunnara, giestykulował przytem zawzięcie, jakby gwałtowne ruchy rąk miały mu dodać męstwa. — A więc zaczynam. Gdy pomyślę o różnicy położenia naszych rodzin, to zdaje mi się, że powinienem milczeć, a gdy sobie przypomnę, że to twój ojciec dał mi możność wstąpienia na uniwersytet, czuję, że powinienem mówić. Gunnar spoglądał na kolegę z przyjaznym uśmiechem, zachęcając go do mówienia. — Słyszę, rzekł Gustaw, jak ludzie mówią — Gunnar się nie uczy; mówią — że podczas tych czterech semestrów, które tu jesteś zapisany jako student, książki prawie nie otworzyłeś. Mówią, — że całemi dniami tylko zajmujesz się muzyką. Muszę wierzyć, bo i przedtem, gdyśmy jeszcze chodzili do szkoły w Falunie, również nie lubiłeś się uczyć. Gustaw poruszył się niespokojnie na krześle. Przykra sytuacja gnębiła go coraz bardziej, odważnie jednak prowadził rzecz dalej. — Zapewnie ci się zdaje, że z takim majątkiem, jak Münkshütte, masz prawo robić, co ci się podoba, a nie robić tego, do czego nie czujesz ochoty. Zdasz egzamin — dobrze, nie zdasz — również dobrze, bądź co bądź pozostaniesz właścicielem kopalni i całe życie przepędzisz w Münkshütte! — tak zapewne rozumujesz? Gunnar milczał, a Gustawowi nieraz się zdawało, że Gunnar jest otoczony taką aureolą powagi, jaką dawniej dla niego otoczeni byli jego ojciec i matka, pan radca górniczy i pani radczyni — górnicza. — Lecz, czy ty wiesz, że twój majątek, już nie jest taki, jakim był , gdy w kopalniach jeszcze było żelazo, przyciszając głos, mówił Gustaw, — to już wiadome było samemu radcy górniczemu i dlatego przed swą żądał, abyś ty wstąpił na uniwersytet. I twoja matka, to wie, tak samo, jak i cała parafja. Jedyny człowiek, który o niczem nie wie, to ty, Gunnarze. — Mylisz się, wiem, że kopalnie nie dają mi już dochodu, rzekł Gunnar nieco obrażony. — O tem, naturalnie, wiesz, odparł Gustaw, lecz tego nie wiesz, że właściwie sam majątek — już prawie nie istnieje. Osądź sam, czy można wyżyć tylko z roli w zachodniej Dalekarlji? Doprawdy nie rozumiem dlaczego pani radczyni ukrywa to przed tobą. Rządzi samodzielnie majątkiem i dlatego zapewne nie uważa za potrzebne pytać o twoje zdanie. Wszyscy wiedzą, że nawet mało w domu przebywa. Mówią, że wciąż odwiedza lichwiarzy. Być może, że nie chce cię niepokoić i liczy na to, że jakoś poradzi sobie do czasu, aż ty skończysz uniwersytet. Nie chce sprzedać wsi, chowa dla ciebie przytulne gniazdo, gdy skończysz naukę i wrócisz do domu. Gunnar wstał, przeszedł się kilka razy po pokoju i stanął przed Gustawem. — Jaki masz cel w tem, aby mnie przekonać, że nie mamy majątku? — Trzeba, żebyś zrozumiał, że skoro już nie masz majątku, nie możesz żyć, nie zarabiając, a tylko tracąc pieniądze. — Matka powinna była mnie uprzedzić rzekł Gunnar. Jestem ci wdzięczny, Olinie, lecz sądzę że cię nastraszyła jakaś plotka. — Wiedziałem, że o niczem nie wiesz, upierał się przy swoim Olin, tam, w Münskhütte, pani radczyni skąpi sobie we wszystkiem, oszczędza i pieniądze tobie posyła do Upsali. Odmawia sobie wszystkiego, abyś ty mógł wesoło i przyjemnie czas spędzić. A ty siedzisz tu i nic nie robisz, nie widzisz, że bieda nadciąga. Nie mogę obojętnie patrzeć, jak wy nawzajem się oszukujecie. Pani radczyni myśli, że ty się uczysz, a ty sądzisz, że ona jest bogatą. Nie mogłem milczeć, widząc, jak marnujesz swą przyszłość. Gunnar przez długą chwilę milczał, wreszcie podał rękę Gustawowi. — Czuję, że prawdę mówisz, trudno mi w to uwierzyć, w każdym razie, — dziękuję ci. Oczy Gustawa zajaśniały radością, silnie uścisnął dłoń Gunnarowi i rzekł: — Gdybyś zaczął pracować, mógłbyś jeszcze wszystko poprawić. Przy twoich zdolnościach, zdałbyś egzaminy w ciągu 3 — 4 lat. Gunnar wyprostował swą wysoką postać. — Bądź spokojny, Olinie, teraz zacznę serjo pracować. Olin wstał i skierował się ku drzwiom, lecz doszedłszy do progu, — wrócił. — Chcę cię o coś prosić, rzekł mocno zmięszany. Chciałbym, abyś mi dał na przechowanie twoje skrzypce, — do czasu, dopóki się nie wciągniesz do systematycznej pracy. — Oddać ci skrzypce? — Tak. Zawiń je w jedwabne pokrycie, zamknij w futerale i pozwól mi je zabrać ze sobą, — w przeciwnym razie nic nie będzie z twoich zamiarów. Zaczniesz znów grać, gdy ja opuszczę ten pokój. Tyś tak przywykł do tego, że nie oprzesz się pokusie, dopóki będziesz miał skrzypce pod ręką. Nie dasz sobie z tem rady, jeśli ci kto nie pomoże. Ta namiętność zbyt już cię opanowała. Gunnar się zasępił. — Głupstwo! — rzekł. — Nie, nie głupstwo. Odziedziczyłeś zamiłowanie do muzyki po twoim ojcu, masz tę namiętność we krwi. Od czasu, gdy rozporządzasz sobą, od czasu, gdyś przyjechał do Upsali, nic innego nie robisz, tylko grasz. Dlatego wybrałeś sobie to mieszkanie, abyś nikomu nie przeszkadzał grą. Ty sam nie zapanujesz nad sobą i dlatego — oddaj mi skrzypce. — To prawda. Grałem i przestać nie mogłem, ale teraz rzecz inna. Teraz, gdy idzie o Münkshütte, moje gniazdo rodzinne jest mi droższe od muzyki! Olin nie ustępował i domagał się stanowczo pozwolenia zabrania skrzypiec. Gunnar zniecierpliwił się. — A zresztą, cóż to pomoże? Gdy zechcę grać, to przejdę kilka kroków i dostanę inne skrzypce. — Wiem o tem, odrzekł Olin, — lecz nie sądzę, aby każdy instrument był dla ciebie pożądany. Największą pokusą dla ciebie są — twoje włoskie skrzypce. Oprócz tego radziłbym ci nie wychodzić przez czas jakiś, — dopóki nie przywykniesz do pracy. Olin nie przestawał prosić, a Gunnar nie zgadzał się. Jakże on mógł się zgodzić na areszt domowy? Olin z wysiłku i przejęcia, zaczerwienił się jak burak. Na nowo, tonem serdecznym i szczerym rozpoczął swe dowodzenia: — Muszę zabrać skrzypce ze sobą, inaczej cały wysiłek na nic. Liczyłem, że nie będę zmuszony poruszyć jeszcze jednej okoliczności, ale mnie do tego zmusza twój opór. Otóż na wiosennym balu studenckim spotkałem młodą dziewczynę, o której mi mówiono, że jest twoją narzeczoną. Ja nie tańczę, ale z przyjemnością śledziłem za zwinnemi ruchami młodej dziewczyny, która promieniała wdziękiem i skromnością, jak lilja polna. Gdy mi powiedziano, że jest twoją narzeczoną, — żal mi się jej zrobiło. — Dlaczego? — Bo wiedziałem, że nie osiągniesz celu, żyjąc w dalszym ciągu, jak dotąd. Wówczas dałem sobie słowo, że to dziecko nie zmarnuje swego życia, łudząc się nadzieją, która się nie urzeczywistni. Nie powinna zwiędnąć, czekając na ciebie. Nie chcę jej spotkać za lat kilka z bruzdami żalu naokoło zbladłych ust. Nagle Gustaw zamilkł. Gunnar spojrzał mu przenikliwie w oczy, — zrozumiał, że Gustaw kocha jego narzeczoną. Uczuł się głęboko wzruszony bezinteresownością kolegi, pragnącego ratować go wbrew własnym uczuciom. Zniewolony tem, ustąpił i wręczył mu futerał ze skrzypcami. Po wyjściu Olina przez całą godzinę pilnie czytał, wreszcie znużony rzucił książkę. — Jaką korzyść da mi nauka? przed trzema, czterema laty nie skończę kursu, a kto mi zaręczy, że do tej pory majątek nie będzie sprzedany z młotka. Odezwała się w nim miłość dla gniazda rodzinnego. Przerażenie ogarnęło go na myśl, że je utracić może. Stary dwór, każdy pokój, każde drzewo w parku — stanęło mu przed oczyma; nigdy nie będzie się czuł szczęśliwym, gdy je utraci. Siedzieć nad książką podczas, gdy gniazdo ukochane może się wymknąć z rąk jego! Coraz większe wzburzenie wzbierało w nim, krew waliła w skronie, jak w gorączce. Opanowała go rozpacz; — gdyby to mieć skrzypce i grać, grać aż do utraty pamięci. — Ten Olin doprowadzi mnie do szaleństwa! opowiada takie nowiny i zabiera mi skrzypce! muszę mieć smyczek w dłoni podczas godzin wesela, a tem bardziej smutku. Pragnę i ja się czegoś dobić, zarobić dużo pieniędzy, owszem — lecz w tej chwili nie mam ani jednej myśli w głowie, czyż ja mogę myśleć bez smyczka w ręku? Nie mógł zagłuszyć w sobie uczucia, że go pozbawiono swobody. Zdawało mu się, że Olin działał podstępnie, zły był na niego do tego stopnia, że gotów był obić go, gdyby się w tej chwili zjawił. Naturalnie, że grałby teraz, gdyby mu nie zabrał skrzypiec, — właśnie powinien teraz grać.

Gdy tęsknota Gunnara za muzyką dosięgła najwyższego napięcia, na podwórzu, pod jego oknem rozległ się piskliwy brzęk strun skrzypcowych. Stary, ślepy grajek wędrowny, grał fałszując i bez wyrazu, lecz Gunnar tak był zaskoczony tem zjawiskiem, że ze łzami w oczach stanął w oknie i z najwyższem skupieniem słuchał prostej piosenki wędrownego artysty. Po chwili nagłym ruchem otworzył okno i czepiając się łozy winogradu spuścił się na podwórze. Przyszła jego przyjaciółka serdeczna, aby go pocieszyć w nieszczęściu. Ruchem błagalnym wyciągnął ręce, prosząc ślepca o pożyczenie nędznych skrzypiec. Towarzysząca ślepemu mała dziewczynka spojrzała na Gunnara przenikliwie i wyjąwszy skrzypce z rąk grajka podała mu je, mówiąc: — Proszę zagrać „Brata myśliwego“. Gunnar spełnił jej życzenie. Obojętne było, co miał grać, aby tylko czuć smyczek w dłoni. Struny wraz do niego przemówiły: „Jestem tylko tanią nędzną skrzypeczką, pomimo to jestem pociechą i podporą ślepca. Jestem światłem, kolorem i blaskiem w jego życiu, starości, biedzie i ślepocie“. Dusza Gunnara poczęta się dźwigać z pod ciężącego nad nią brzemienia. „Jesteś młody i silny, śpiewały struny, możesz walczyć; dążyć naprzód. Nie wolno ci upadać na duchu, miej nadzieję, że zwyciężysz trudności. Nie smuć się!“ Otucha wstąpiła do duszy Gustawa, podniósł oczy dotąd opuszczone, i — ujrzał się otoczony gromadką dzieci i przechodniów, których zwabiła jego gra. Obok niego stał pajac w trykotach naszytych blaszkami. Pajac był już niemłody i wynędzniały, ale miał ogniste oczy i zapał bił z jego spojrzenia. Jego żona, mała kobiecina, również już nie pierwszej młodości, stała obok niego uśmiechnięta wesoło, zręczna w swojej gazowej, oszytej falbanami sukience. Pierwsze takty walca obudziły ich czujność. Wzięli się za ręce i poczęli tańczyć na małym dywaniku rozpostartym na bruku podwórza. Gunnar zauważył ich dopiero, podczas ekwilibrystycznych ćwiczeń, które nastąpiły po przetańczonym walcu. Pracował tylko mąż, a żona uśmiechając się zbierała datki od publiczności. Mało to interesowało naszego studenta. Smyczek szybko biegł po strunach i opowiadał o szczęściu, które znaleźć można w walce zwycięskiej. Gunnar czuł się w swoim żywiole. Grał dla siebie, nie myśląc o otoczeniu. Naraz zrobiło się małe zamięszanie. Pajac zaprzestał koziołków, jego żona już się nie uśmiechała. Objęli się i kołysali w takt granego przez Gunnara walca. Z rosnącym zapałem grał Gunnar. Po „Bracie myśliwym“ zaczął grać stary szwedzki taniec „Nekkens Polska“, ulubiony taniec na zabawach ludowych. A pajace tańczyli. I jak tańczyli! nie schodząc z małego dywanika, opasywali go małemi, eleganckiemi kręgami. Nagłe zwroty i różne pas wykonane były z precyzją i zręcznością wyjątkową. A lica ich jaśniały szczęściem, ożyła miłość i zapał minionej młodości. Tłum był zachwycony. Mała dziewczyna z poważną buzią również się uśmiechała, a Gunnar także był wzruszony. — Oto, jak działa jego smyczek, — niesie ludziom cenny dar — zapomnienie wszelkich trosk. W jego rękach siła ogromna. W każdej chwili, gdy zechce może wstąpić w to swoje państwo. Gdyby mógł popracować przez lat kilka pod kierunkiem dobrych profesorów zagranicą, objechałby następnie cały świat i grą swoją zdobyłby i sławę, i majątek. Dziś, ci nędzni akrobaci zjawili się tylko po to, aby mu odkryć jego właściwe powołanie. Oto droga, po której iść powinien — ona doprowadzi go do świetnej przyszłości. Chcę być artystą-muzykiem i będę nim. Będę czarował muzyką, i zdobędę nią potrzebne na wykupienie rodzinnego gniazda pieniądze. Uniwersytet mi tego nie da. Urwała się pieśń. Gunnar przestał grać. Tancerka podeszła do niego ze słowami uwielbienia dla jego pięknej gry. Podszedł mąż jej i przedstawił się: nazywa się Blomgren, ale występuje pod przybranem nazwiskiem. Pracował dawniej w cyrku, pani Blomgren także znaną była pod imieniem Violi. Pomimo, że wystąpili z cyrku, pozostali artystami z duszy i ciała, i dlatego nie mogli oprzeć się urokowi jego gry. Gunnar z akrobatami pozostał jeszcze kilka godzin. Nie mógł się rozstać ze skrzypcami i zapał akrobatów dodawał mu energji. — Muszę się przekonać, czy jest we mnie materjał na prawdziwego artystę, zobaczę, czy uda mi się porwać tłum, czy on za mną pójdzie. Przechodząc z podwórza na podwórze Blomgren narzucał na ramiona stary, podbity wiatrem płaszcz, a pani Blomgrenowa otulała się zniszczoną bronzową, sukienną peleryną i szła obok Gunnara, papląc bezustannie. Pan Blomgren miał niewyczerpany zapas opowieści o laurach, zbieranych przez niego w czasie gdy występowali w cyrku. Dyrektor cyrku uwolnił jego żonę pod pretekstem, że zbyt już ociężała, jemu nie dano dymisji, sam podziękował. Czyż mógł pracować u dyrektora, który nie cenił jego żony! Pani Blomgrenowa kochała swoją sztukę i dla niej jej mąż zdecydował się prowadzić życie wędrownego artysty. Zimą, gdy mróz nie pozwala na produkcje na świeżem powietrzu, dają przedstawienia w szopach. Mają na ten cel zupełnie inny repertuar: pantominy, sztuki magiczne. Porzucili cyrk, ale nie sztukę, służą jej wiernie i służyć będą aż do śmierci. Milcząc słuchał ich Gunnar. Myśli jego krążyły z przedmiotu na przedmiot. Wierzył, że bywają spotkania, jakby drogowskazy, należy iść za nimi. Przygoda jego dzisiejsza ma zapewne tajemne jakieś znaczenie. Należy odcyfrować tajemnicze znaki i iść za ich wskazówkami. Blomgren zwrócił uwagę Gunnara na dziewczynkę, prowadzącą ślepca. — Czy widział pan podobne oczy? niezawodnie takie oczy nie są dane dziewczynie bez przyczyny. Takie oczy może mieć tylko istota przeznaczona do dokonania czegoś wielkiego. Gunnar przystanął i spojrzał na mizerne dziecko. Prawda! na bladziutkiej, chudej twarzyczce oczy świeciły, jak dwie gwiazdy promienne. — Wie Pan Bóg, co robi, rzekła pani Blomgrenowa, zapewne była to jego wola, aby taki artysta, jak pan student grał na ulicy, jak zwyczajny grajek. Lecz jakie znaczenie mieć mogą oczy tej dziewczyny i ten dziwny jej uśmiech? — A ja powiem, rzekł Blomgren, że pomimo tych oczu i uśmiechu, nie ma ona żadnych zdolności artystycznych. Słowa Blomgrena nie były przeznaczone wyłącznie dla Gunnara; dziewczynka, idąca za nim czuła, że i do niej były zwrócone. — Ma dopiero 13 lat, a więc jeszcze nie na naukę, cóż, kiedy niema ani iskry talentu. Ucz ją pan szyć, ale nie ucz jej stać na głowie. Jej uśmiech ludziom głowy zawraca, dodała pani Blomgrenowa, są rodziny, które ją chcą adoptować — z racji jej oczu i uśmiechu. Mogłaby żyć w bogatym domu, gdyby się zdecydowała opuścić swego dziadka. A pocóż jej te oczy i uśmiech czarujący, gdy nie chce wleźć na trapez, ani na grzbiet konia? — Znamy artystów, rzekła pani Blomgren, którzy podejmują dzieci z ulicy, uczą swego rzemiosła i następnie korzystają z ich pracy. Niejednemu uda się wyhodować gwiazdę, i ciągnąć z niej duże dochody. My tego nie pragniemy bynajmniej, marzymy tylko o tem, aby dożyć czasu i zobaczyć jak Ingryda błyszcząc cekinami i klejnotami, skakać będzie przez obręcze, z konia na koń, a cyrk będzie drżeć od oklasków. To byłoby koroną naszego życia. Kochamy tę małą, żyć bez niej nie możemy. Dla niej tylko trzymamy jej dziadka, nie jest to artysta wcale, tylko dla niej, dajemy mu przytułek. A ona jest niewdzięczną; czyż nie powinna się wstydzić, że dotąd nie nauczyła się naszej sztuki. Gunnar spojrzał na dziewczynę. Wyraz dojmującego cierpienia wykrzywił jej rysy; widocznie biedactwo wierzyło w to, że człowiek nie umiejący chodzić po linie, godzien jest najwyższej pogardy. W tej chwili weszli na nowe podwórze, lecz, nim artystyczne małżeństwo rozpoczęło swoje produkcje, Gunnar siadł na przewróconą taczkę i przemówił do nich w obronie Ingrydy. W imieniu bladej, małej dziewczynki błagał ich o nieoddawanie jej na pastwę ordynarnym widzom, którzy będą ją pieścili i bili brawo przez czas jakiś, a gdy się zestarzeje i straci zdrowie, skażą na żebraninę o chłodzie i głodzie. I ten jest artystą, kto zdoła dać szczęście. Ingryda niech zachowa swe oczy i uśmiech dla jednego, a ten jej da opiekę i wdzięczny będzie za upiększenie mu życia. Łzy zamigotały w oczach Gunnara, mówił dla siebie, niewiele zwracając uwagi na otoczenie. Zabłysły oczy dziewczynki, wdzięczność z nich biła dla obrońcy, — odczuła i zrozumiała powagę jego słów, — i wyprostowała się jej biedna, skurczona figurka, jakby to on jej przyznał prawo do życia. Blomgrenowie również uważnie słuchali, a gdy Gunnar skończył — kolejno uścisnęli jego rękę i uroczyście obiecali, że nie będą już namawiać Ingrydy do gimnastycznych ćwiczeń. Niech idzie drogą, jaką jej los przeznaczy. Rozczulił ich pan student, oni — artyści, artyści ciałem i duszą, odczuwają i rozumieją znaczenie uczuć, o których pan student chciał mówić. Po kilkugodzinnej wędrówce Gunnar pożegnał towarzystwo i poszedł do domu. Już nie szukał klucza tej dziwnej przygody. Był pewien, że miał do spełnienia misję: przekonać tę małą męczennicę, aby się przestała dręczyć brakiem zdolności do akrobatyki.

ROZDZIAŁ II.

Münkshütte, majątek Gunnara Gede, położony był w samym środku lesistej parafji zachodniej Dalekarlji. Parafja obejmowała dużą przestrzeń, ale mało była zaludnioną. Kamieniste, lasem porosłe pagórki, dużo łąk i niewielka ilość ziemi uprawnej, niedostatecznie żywiącej swoich pracowników. Z tej przyczyny dalekarlijczycy zmuszeni byli trudnić się handlem. Ubóstwo ziemi i surowość klimatu wynagradzano sobie rojeniami o zdobyciu bogactw. W mizernych zaściankach opowiadano sobie bajki o biedakach, którzy wyszli z domu z tłomokiem towaru na plecach, a wracali do domu w złocistej karecie i z pełną skrzynią złota. Bohaterem najbardziej fantastycznych bajek był ojciec Gunnara. Syn ubogiego grajka, wyrósł ze smyczkiem w dłoni. Mając lat 17, rozpoczął wędrówkę, jako przekupień, a skrzypeczki oddawały mu przytem ogromne usługi. W każdej wsi grał mieszkańcom do tańca, a sprzedaż igieł, grzebieni, chustek i fartuchów, szła żwawo pod takt wesołej muzyki. Przekupień dużo zarabiał, tak dużo, że po upływie paru lat kupił majątek ziemski od pewnego podupadłego barona. W ten sposób został obywatelem, a piękna córka barona — jego żoną. Od tej chwili, stary pan „radca“, jak go nazywano, miał tylko jedną troskę — upiększenia swej siedziby. Nad jeziorem zbudował obszerny pański dom, skąd roztaczał się cudowny widok na pola i lasy. Wokoło domu zasadzono park z drzew liściastych, a wśród lasku sosnowego wyrąbano ścieżki, prowadzące do jeziora. W parku zbudowano kioski, altany. Na tarasie przed domem stały w dużych kubłach prześliczne róże sztamowe, pokoje napełniono kosztownemi meblami holenderskiemi. Postawiono wysoką ścianę dla ochrony sadu od wiatrów północnych. Stary radca miał zawsze dobry humor, był bardzo gościnny i cieszył się powodzeniem u kobiet. Otaczający go obecnie dobrobyt nie zatarł w nim pamięci o nędzy lat młodych. W gabinecie, na ścianie zawieszony był worek skórzany, w którym niegdyś towary po wsiach roznosił, a na biurku leżały proste skrzypce, na których wówczas do tańca grał swoim klijentom. Z pewną dumą stary pan radca pokazywał odwiedzającym go sąsiadom te zabytki z lat dawnych, podstawy jego majątku. Po śmierci jego, skrzypce i worek pozostały w poszanowaniu na swojem miejscu, a gdy padły na nie oczy synów i wnuków starego pana radcy, wdzięczność wzbierała w ich sercu ku skromnym przedmiotom, które pomogły do zdobycia ukochanej Münkshütte. A piękniejszej wsi nad Münkshütte nie było na całym świecie. Przyjemnie, bez troski płynęły dni i lata mieszkańcom dworu. Znano ich w okolicy z wyjątkowej iście gościnności, i również wyjątkowemu wprost przywiązaniu do swej wsi rodzinnej. Gunnar tak samo fanatycznie miłował swoje gniazdo rodzinne. Gdyby mógł przestać być niewolnikiem swego starego domu, lasów, kilku włók pastwiska i sadu pokrzywionych jabłoni — to powinien był porzucić niezwłocznie uniwersytet i wyjechać, aby popracować serjo nad muzyką. Zamiast tego Gunnar pojechał do domu sprawdzić stan interesów, i przekonał się o prawdzie słów Gustawa Olina. Gniazdo było zagrożone, groziła przymusowa sprzedaż, należało znaleźć fundusz na uratowanie. Dla zdobycia go Gunnar porzucił marzenia o muzyce i za przykładem swego dziada zdecydował się zostać przekupniem. Matka i narzeczona opierały się temu postanowieniu, radziły sprzedać wieś, zamiast gubić swą przyszłość, ale decyzja Gunnara była nie do zwalczenia. Sprawił sobie ubranie chłopa dalekarlijskiego i z tłómokiem na plecach powędrował w świat. Miał nadzieję, że przez lat kilka zdoła tyle zarobić, aby wykupić z długów gniazdo rodzinne. Zamiar się udał, lecz biednego Gunnara spotkał okrutny los. Po roku mozolnej wędrówki zdecydował się na większy interes, mogący mu dać duże korzyści. Udał się daleko na północ i zakupił stado kóz liczące kilkaset głów. Wraz z jednym tylko towarzyszem miał zamiar przepędzić swoje stado na jeden z rynków Wermlandu, gdzie cena kóz była dwa razy wyższą, niż na północy. Jeżeli się uda szczęśliwie przeprowadzić stado, zrobi doskonały interes. Gdy Gunnar wyruszył ze swoimi kozami w drogę, był listopad, zimny wprawdzie, ale suchy. Pierwszy dzień drogi przebyli dobrze; lecz — gdy weszli w las, ciągnący się na przestrzeni kilku mil, zaczął padać śnieg, z początku suchy i drobny, następnie coraz obfitszy, aż przeszedł w silną zamieć. Zwierzęta przerażone, zmęczone posuwały się z trudnością naprzód. Kozy, jak wiadomo; są wytrzymałe, lecz zamieć trwała dwie doby, śnieg zasypał trawy i biedne kozy nie miały się czem pożywić. Po dwudniowej wędrówce po śniegu zaczęła im schodzić skóra z odmrożonych nóg, coraz trudniejszą stawała się droga, aż wreszcie kozy iść już nie chciały. Pierwszą, która padła, Gunnar zarzucił sobie na plecy i poniósł. Lecz, gdy za przykładem pierwszej pokładło się następnie coraz więcej sztuk, Gunnar rad nie rad tylko głowę odwrócił w inną stronę i szedł dalej. wiecie czem jest las na przestrzeni mil 10-ciu? Ani dworu, ani chaty — na całej drodze nie spotkasz człowieka, — widzisz tylko las. Wysokie sosny z koroną gałęzi u szczytu, z korą twardą, jak żelazo, bez śladu młodych pędów, któremi zwierzęta mogłyby się pożywić. Gdyby nie śnieg, to przez las taki można się przedostać, lecz podczas śnieżnej zamieci, staje się to wręcz niemożebnem. To też Gunnar ze swym towarzyszem ledwie zdołali się ocalić, a kozy wszystkie zginęły w lesie. Przez całą drogę nie spotkali nikogo, ktoby im przyszedł z pomocą. Z początku Gunnar próbował usuwać śnieg, aby zwierzęta mogły choć mchem się pożywić, lecz śnieg przymarzł mocno i dwóch ludzi nie wstanie było go usunąć. Skąd w podobnych dostać paszy dla setek sztuk zwierząt? Mężnie przenosił trudy podróży Gunnar, dopóki kozy nie zaczęły się skarżyć. W pierwszym dniu podróży stado było wesołe, hałaśliwe i wciąż trzeba było rozbrajać walczących ze sobą kozłów. Gdy zaczęły się trudności przeprawy, usposobienie ich szybko się zmieniło, humor znikł. Zaczęły beczeć, jęczeć, tak żałośnie, nie cicho, jak zwykle, a głośno, coraz głośniej i głośniej, w miarę powiększania się grozy położenia. Żałośne beczenie kóz niezmiernie dręczyło Gunnara, zdawało mu się chwilami, że dostanie pomieszania zmysłów. Las ciągnął się bez końca, — pomocy znikąd nie można się było spodziewać, a kozy kładły się jedna za drugą drogi. Padający bez przerwy śnieg nakrywał je białym całunem, — a gdy Gunnar oglądał się wstecz, widział szereg białych kopców, z pod których sterczały kopytka lub rogi nieszczęsnych zwierząt. Widok ten plątał mu myśli. Próbował poganiać kozy, świszcząc nad niemi długim biczem, bił je nawet, lecz one już nie miały sił dźwignąć się. Brał je za rogi i ciągnął — wstawały wówczas, lecz nie postąpiły ani kroku. Gdy brał je za rogi lizały mu ręce, prosząc o pomoc. Przejścia te tak silnie działały na wrażliwe usposobienie młodzieńca, że myśli jego plątały się coraz bardziej. Niewiadomo jakby się to wszystko skończyło, gdyby Gunnar po tej katastrofie nie był pojechał do narzeczonej. Pragnął ją widzieć, doznać ukojenia, poradzić się. Ze ślubem, wobec poniesionej straty, należało jakiś czas poczekać. Chciał się przekonać, czy ona go kocha i gotowa czekać, aż się znów dorobi pieniędzy. Spodziewał się, że obecność narzeczonej zatrze w nim wspomnienie przejść doznanych w lesie. I dziewczynie niezawodnie by się to udało, gdyby zechciała. Lecz ona nie chciała. Gniewało już ją dawno, że Gunnar przebrał się w chłopski strój i został wędrownym przekupniem. A gdy jej oznajmił, że z powodu poniesionej straty trzeba termin ślubu odłożyć, kto wie, czy nie na lata odpowiedziała, że czekać na niego nie będzie. Wówczas Gunnar zwariował. Automatycznie chodził w dalszym ciągu od wsi do wsi ze swoim ciężkim tłomokiem na plecach. Kpiono i żartowano sobie z niego, ale dość dużo sprzedawał i sporo zarabiał. Po upływie kilku lat zebrał tyle pieniędzy, że po spłaceniu długów, mógł żyć bez troski w swojej wsi, lecz niepokój wewnętrzny i potrzeba ruchu gnała go od zaścianka do zaścianka, wlókł się krokiem ociężałym, zgarbiony, nie zdając sobie sprawy ze swoich czynów, ani też do jakiej klasy społecznej należy.

ROZDZIAŁ III.

Wysunięta na północ granicy Dalekarlji i Wermlandu leży parafja Rockland. Piękny i obszerny jest dom, zamieszkany przez starego pastora; natomiast maleńki jest domek zajęty przez jego pomocnika. Pomimo ograniczonych środków, mieszkańcy małego domu przyjęli na wychowanie Ingrydę. Płaczącą rzewnie spotkał ją pewnego dnia pastor i na jego życzliwe zapytanie, odpowiedziała, że płacze z żalu za zmarłym dziadkiem. Innych krewnych nie posiada, opiekuje się nią para akrobatów, są dla niej dobrzy, a ona się im niczem wywdzięczyć nie może, bo z powodu swej głupoty nie może się nauczyć chodzić po linie. Szczery ból dziewczynki wzbudził współczucie pastora. Pomyślał, że nie powinien pozwolić na zatratę tej młodej istoty. Udał się do Blomgrenów i oznajmił im, że gotów jest wziąć na wychowanie sierotę. Cyrkówka zaczęła płakać i żalić się, że pomimo braku zdolności Ingrydy do sztuki, kocha ją czule, gotowa się z nią rozstać tylko dla jej dobra, licząc, że dziewczynie będzie lepiej żyć w domu pastora, niż tułać się z nimi po drogach. Zgodzi się ją oddać, jeżeli pan pastor jej obieca, że będzie Ingrydę kochał jak własne dziecko. Pastor obiecał i od tej pory chowa się w jego domu. Wychowawcy bardzo polubili cichą i usłużną dziewczynkę. Z biegiem lat natura Ingrydy uległa zmianie. Świat legend i baśni pociągnął ją nieprzeparcie, zamyślała się często aż do utraty poczucia rzeczywistości. Oczywiście, praca jej wówczas nie szła wcale. Żona pastora, kobieta bardzo pracowita nie uznawała marzycielstwa, nazywała dziewczę leniuchem i próżniakiem i często ją z tej przyczyny strofowała. Surowe obejście źle wpływało na Ingrydę, stała się znów zahukaną i nieszczęśliwą. Gdy skończyła lat 19-cie niebezpiecznie się rozchorowała. Niewiadomo, co jej się stało, doktora nigdy w tej okolicy nie było, — otoczenie i kumoszki zdecydowały, że dziewczyna żyć nie będzie. Ona sama prosiła Boga o wyzwolenie, nie chciała żyć. — Tak chciałabym już umrzeć — mówiła. Zdawało się, że Pan Bóg spełni jej życzenie. Pewnej nocy zrobiło jej się zimno, zesztywniała, i było jej tak, jakby miała usnąć. Umieram, — pomyślała z zadowoleniem. Dziwiło ją tylko, że nie traci przytomności. Widziała siebie leżącą sztywnie na łóżku, — widziała jak ją ubierano i położono w trumnę. Nie bała się bynajmniej: Jedna myśl ją zajmowała, — nareszcie będzie mogła odejść, odejść od życia, przykrego, ciężkiego życia, odejść na zawsze. Trwożyła ją tylko myśl, że otoczenie spostrzeże jej śmierć pozorną, i nie pochowają jej. Jakże ciężyć musiało życie dziewczynie, jeżeli śmierć nie przejmowała jej trwogą. Jednakże nie zauważył nikt, że Ingryda żyje. Wyniesiono ją do kościoła, z kościoła do grobu. Grobu nie zasypano. Według obyczaju roklandzkiego, gdy chowano w niedzielę — przed nabożeństwem grobu nie zasypywano. Orszak udawał się do kościoła i po skończeniu nabożeństwa wracał na cmentarz dla zakończenia smutnego obrzędu. Ingryda znała ten obyczaj, wiedziała, co ją czeka i — nie bała się. Obecnie, gdyby nawet chciała, nie mogła dać znaku, że żyje. Leżała sobie cichutko i cieszyła się, że już umarła. Właściwie nie można było powiedzieć, że żyje: świadomość jej i uczucie zanikły, żyła tylko tą częścią duszy, dzięki której nawiedzają nas w nocy marzenia senne. Nie była nawet w stanie zdać sobie sprawy, jak strasznem będzie jej położenie, gdy grób zasypią. Nie panowała nad myślami swemi tak, jak człowiek śpiący nie panuje nad marzeniem sennem. — Przekonałam się, że na całym świecie nie ma nic takiego, co obudziłoby we mnie ochotę do życia. Gdy ta uwaga przesunęła się przez myśl dziewczyny, zdawało się jej, że wierzch trumny i chusteczka, leżąca na jej twarzy, stały się przezroczyste: ujrzała przed sobą ogrody z cudnemi owocami, piękne suknie i skrzynię srebrnych pieniędzy. — Nie, to mnie nie znęci, rzekła i zamknęła oczy przed temi wspaniałościami. Gdy po chwili otworzyła oczy poprzednie widzenie znikło, natomiast na brzegu mogiły siedział anioł z białemi skrzydłami. — Witaj, aniele boży, przemówiła do niego. — Witaj Ingrydo, — odrzekł, leżysz tu sobie próżnując, pomówmy nieco o dawnych czasach. Wyraźnie dochodziły do uszu Ingrydy słowa anioła, nie były podobne do mowy ludzkiej, głos brzmiał, jak dźwięk skrzypiec, lub harfy. — Czy pamiętasz Ingrydo, jak pewnego dnia, żył wówczas jeszcze twój dziadek, spotkał was student i chodził z wami dzień cały i grał na skrzypcach dziadka twego? Uśmiech rozjaśnił twarz umarłej. — Czy pamiętam? nie minął dzień, abym o nim nie wspomniała, przez te wszystkie lata. I ani jednej nocy, abyś o nim nie śniła. A gdy umrzesz, nie zobaczysz już nigdy tego, którego tak dobrze zapamiętałaś, dokończył anioł. Po tych słowach dziewczyna zrozumiała szczęście, jakie dać może wzajemna miłość, — lecz i to jej nie skusiło. — Nie, nie, boję się życia, chcę umrzeć! Anioł podniósł rękę i dziewczyna ujrzała piasczystą pustynię, bezwodną i spaloną żarem. Na piasku leżały nakształt złomów skalnych dzikie zwierzęta z przerażającemi pazurami i kłami. Czatowały na zdobycz. W dali ukazał się student, zbliżał się niefrasobliwie, nie podejrzewając czatujących na niego bestji. — Przestrzeż go, przestrzeż go, prosiła Ingryda anioła. Powiedz mu, by miał się na baczności. — Mnie nie wolno z nim rozmawiać, — rzekł anioł. Przestrzeż go sama! Pozornie zmarła chciała się dźwignąć, — przekonała się przerażona, że siła śmierci nałożyła jej okowy. Po wielu wysiłkach serce zaczęło bić, krew krążyć, sztywność śmiertelna ustępowała. Podniosła się i pośpieszyła na spotkanie Gunnara...

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…