Front matter
Dzwonek
świętej Jadwigi.
Obrazek z życia spółczesnego
całość
Dzwonek
świętej Jadwigi.
Obrazek z życia spółczesnego
w 3 aktach
przez
ś. p. Karola Miarkę.
Mikołów — Warszawa.
1910.
Osoby:
Jan Czarniecki.
Barbara, jego żona.
Kazimierz, ich syn, czeladnik ślusarski.
Anna, ich wychowanica.
Gałka, handlarz.
Stach, stary wolarz.
Lehman, fabrykant.
Wilhelmina, jego żona.
Hermina, ich córka.
Żebrak.
'
SCENA I.
(W domu Czarnieckiego na Gołębowicach).
(Barbara wydobywa z pudełka srebrną szpinkę: jej mąż przechodzi się wielkimi krokami po izbie).
Czarniecki. I pocóż wydobywasz twój klejnot? czy się stroisz na jaką uroczystość? Barbara. Czyż zapomniałeś, że dziś nasz Kazimierz w świat daleki wychodzi? Czarniecki. Wiem o tem, lecz nie pojmuję, dla czego srebrną szpinkę, którą szanujesz jak relikwie, właśnie dziś wydobywasz z ukrycia? Barbara. Cóż oprócz ciebie, kochany mężu, posiadam na świecie droższego oprócz syna naszego i srebrnej szpinki. Syn jedynaczek, nadzieja i pociecha naszej starości, a srebrna szpinka droga pamiątka po pra-pradziadku moim, który bronił Częstochowy przeciw Szwedom i na pamiątkę od bohaterskiego przeora, księdza Kordeckiego, otrzymał tę srebrną szpinkę z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej. Czarniecki. Wiem o tem, ale nie pojmuję, jaki związek między synem i szpinką. Barbara. Sam mi często opowiadałeś, jak straszne zepsucie panuje w wielkich miastach, dlatego też lęka się serce macierzyńskie o dziecię, które w młodocianym wieku wysyłamy do Berlina, gdzie tak wiele niebezpieczeństw grozi jego cnocie i wierze. Czarniecki. I mnie to bardzo obchodzi, lecz cóż robić? Gdybyśmy byli właścicielami wielkiego gospodarstwa, Kazio nie byłby się uczył ślusarstwa, ale oprócz chaty i małej zagrody nic nie posiadając, musimy zabezpieczyć jego los rzemiosłem: dlatego koniecznie potrzeba, aby wędrował w świat i w wielkich fabrykach szukał udoskonalenia w rzemiośle. Ufajmy w Bogu, że go zachowa od niebezpieczeństwa. Barbara. Serce moje bardzo stroskane, wierzaj mi, że mi żal, żeśmy go dali wyuczyć rzemiosła: lepiej, żeby był został w wiosce i podług naszego zwyczaju chwalił Boga. „Cóż człowiekowi pomoże, chociażby zyskał cały świat, lecz przytem duszę utracił.“ Czarniecki. Z każdego stanu mamy świętych, rolników i rzemieślników, żołnierzy i królów; próżne są twoje obawy. Zresztą, najwięcej zależy od Kazia, jak sobie będzie postępował. Barbara. I od łaski Bożej. Dlatego też dam dziecku jako pamiątkę moją srebrną szpinkę z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, aby go Najświętsza Panna wspomagała i chroniła od złego. Wiesz kochany Janie, że szpince mojej przypisuję całe nasze szczęście. Gdym ją, będąc dziewczyną, zgubiła, ileż się napłakałam nad tą stratą: tyś mi ją znalazł i oddał. Była to pierwsza przyczyna naszego poznania się, naszej miłości, a później, dzięki Najświętszej Pannie, naszego szczęśliwego małżeństwa. Gdyś ciężko i wszyscy zwątpili o twojem życiu, zawiesiłam na szyi twej poświęconą szpinkę, a zaraz ci się polepszyło. Wiadomo ci, co matka moja, Boże świeć jej duszy, opowiadała o szpince, jak ją nasza rodzina od pra-pradziadów szanowała i strzegła, jak świętą relikwię, jak najdroższy skarb. Czarniecki I ja szanuję świętą pamiątkę i dlatego obawiam się, abyś wraz ze szpinką nie wysłała z domu naszego szczęścia. Barbara. Kazio jest całem szczęściem naszem, jeżeli on będzie szczęśliwym, to i my z nim; w przeciwnym razie, co uchowaj Boże... (z). Gałka. Niech będzie pochwalony Jezus Chrystus! Czarniecki., Barbara (m). Aż na wieki! Witamy Pana serdecznie! Gałka. Dostałem list z Berlina z rozkazem, abym jak najśpieszniej dostarczył 40 wołów; dlatego jeszcze dziś udam się w podróż i proszę, abyście wszystko przygotowali, bo wieczorem o godzinie 7 wyjeżdżamy z wioski. Barbara. Mój Boże, tak nagle mam stracić moje dziecię, które dopiero wczoraj powróciło z terminu! (e). Gałka. Ej, moja sąsiadko, nie macie się czego smucić. Fabrykant, do którego zaprowadzę Kazimierza, jest poczciwym i bardzo szlachetnym panem; mówi dobrze po polsku, bo dawniej mieszkał w Poznaniu. Dziękujcie Bogu, że do tak zacnej fabryki dostanie się wasz syn i zaraz na pierwszy raz pobierać będzie 20 talarów miesięcznej płacy. Towarzysze pozazdroszczą mu takiego szczęścia. Barbara. A czy fabrykant jest katolikiem? Gałka. Ej, tego nie wiem; a zresztą tacy panowie nie troszczą się o wiarę! Barbara. Tem gorzej, jeżeli przyjdzie Kazimierz do pana bez wszelkiej wiary. Stach. (i). Niech będzie... (e). Gałka. I pocóżeś przyszedł Stachu? Stach. Ano, kiedy mnie przysłali... Gałka. (e). Po co? Stach. Ano, nie pojmuję, coście tacy nagli? Gałka. (e). A niechże cię gęś kopnie! (o). I któż cię to przysłał? Stach. Kto? ano, gospodyni. Gałka. A cóż jej potrzeba? Stach. Gospodyni? tej nic nie potrzeba. Gałka. A po cóż cię przysłała? Stach. Ano, po was. Gałka. I czegoż mnie niecierpliwisz i nie powiadasz o co chodzi? Stach. Ano chodzi o tego koślawego woła. Gałka. I cóż woła? Stach. Ano, ano, bezmała zdycha. Gałka. A to nieszczęście! kosztował mnie 27 dukatów! a ty gapiu, czemuż mi zaraz nie powiedziałeś? Stach. Ano, kiedyście się ciągle o co innego pytali. Gałka. Oj z takim niedołęgą! Więc przygotujcie się na podróż; ja śpieszę do domu, może się da uratować. (e). Barbara. A wy, Stachu, pojedziecie także do Berlina? Stach. Ano podobno. Barbara. I znacie Berlin? Stach. Jak własny dom! wszakże tam co tydzień odstawiam woły; ano! Barbara. Pójdzie z wami nasz Kazimierz; to też dobrze, bo później będziecie nasze listy zabierać do niego. Stach. Ano, jak napiszecie. Barbara. Teraz potrzeba zawołać Kazia; niech się zbiera; Andzia mu musi pomódz. (i). Czarniecki. A ja pójdę do policyi po paszport (a). Stach. Anno. (e). Niemasz Anneczki! ano to i ja pójdę (i). Anna. (i). Boże mój, Boże mój, czy ja myślałam, że on tak prędko opuści nasz dom! Radowałam się, że pozostanie jeszcze kilka dni; on taki miły, taki grzeczny, jego opowiadania tak zajmujące, że prawdziwie szczęśliwą byłam w jego towarzystwie. (ą). Już wiem, co zrobię! pochowam niektóre rzeczy Kazia, będą szukać, nie znajdą. Gałka nie będzie chciał czekać i Kazio musi zostać. (o). Rodzice mogliby się bardzo rozgniewać... (m) niema rady! Zresztą coby na to sam pan Kazimierz powiedział, gdyby poznał. On szczęśliwy: wyuczył się rzemiosła, pójdzie do wielkiego miasta, będzie bogatym panem, a ja? biedna sierota! (i). Drogiej matki mojej nie zaznałam, bo mnie odumarła, kiedy ledwie parę miesięcy liczyłam: o najukochańszym ojcu już od ośmiu lat nic nie słychać. Oj pamiętam dobrze ostatni dzień naszego pożegnania. Dokoła otaczał nas straszny ogień, a w pośrodku uzbrojonej i wrzeszczącej zgrai wiązano w łańcuchy zbladłego ojca. W kilka dni później dzisiejsi moi rodzice zawieźli mnie gdzieś do dużego miasta. Tam w bramie jednego z największych domów, spostrzegłam między żołnierzami mego kochanego ojca. Wybladły, znękany, strumieniami mu łzy płynęły, gdy mnie zobaczył. Dość długo rozmawiał z Czarnieckimi, potem nachylił się ku mnie i pocałował w usta i czoło. Uścisnąć mnie nie mógł, bo mu tak strasznie ręce w tył skrępowali, że mu kajdany krew z za paznokci wyciskały. Wiem, że mówił jeszcze coś do mnie, ale już nie pamiętam co, bo bardzo wtedy płakałam. Starszy zakomenderował, żołnierze wsadzili ojca na wóz, a woźnica podciął konie. Próżno krzyczałam, próżno wyciągałam ręce za odjeżdżającym ojcem; odwrócił się tylko, skinął głową i znikł. Później opowiadano mi, że ojciec miał kilka wiosek w Królestwie Polskiem, że Moskale wszystko zrabowali, spalili i ojca zabrali (e). Zabrali i nie oddali więcej. Przed trzema laty opowiadał nam nieszczęśliwy rodak, powracający z Syberyi, że na drodze do Syberyi, na wielkiej rzece Wołdze przy przeprawie lód się załamał, i że cała kompania wygnańców tam grób znalazła, a między nimi miał być i mój kochany ojciec (u): „O drogi ojcze, złączony przed tronem przedwiecznego Boga z matką najdroższą, proście o pomoc dla waszej sieroty!“ Kazimierz. (j): „I cóż to za przyczyna smutku pani?“ Anna (u). Pan Kazimierz mnie podsłuchiwał? Kazimierz. Dopiero co wszedłem i tylko ostatnie słyszałem słowa modlitwy o pomoc dla sieroty. Czyliż pani jest nieszczęśliwą? Zwierz mi się Anneczko, jeżeli będę mógł, pewnie ci pomogę. Anna. Przypomniało mi się moje sieroctwo właśnie dziś, kiedy pan odjeżdżasz!... Kazimierz. To cię mój odjazd martwi? doprawdy? Anna. (o). Kazimierz. (ę). Moja Anneczko, nie martw się, wszakże nie odjeżdżam na zawsze; za roczek lub dwa powrócę i przywiozę Anneczce najpiękniejszy upominek z Berlina. Anna. Może w wielkiem mieście, wśród ustrojonych dam miejskich zapomni pan o ubogiej wieśniaczce. Kazimierz. I o to Anneczko możesz mnie posądzać? nie znasz Kazimierza. (ę). Oto, ile razy spojrzysz na mój obraz, przypomnij sobie, że Kazimierz nigdy o tobie nie zapomni. A cóż mi Anneczka da w zamian? Anna. (o). Kiedy nie mam fotografii! lecz oto pierścionek poświęcony, pamiątka po nieznanej matce, więc najdroższą spuściznę oddaję panu. Kazimierz. Dobra Anneczko, będę chował pierścień jako najdroższy skarb; będzie to klejnot, z którym się nigdy nie rozłączę. Anna. (ą). Anneczko, Andziu! (c). Przygotowałaś wszystko do podróży Kazia? Anna. (zbierając rzeczy). Zaraz będzie wszystko gotowe. Barbara. I cóżeś dotąd robiła? bawisz tu przeszło godzinę; myślałam, że już wszystko gotowe, a ty dopiero zaczynasz? Kazimierz. Niech się mameczka nie gniewa. Barbara. Jakże się nie gniewać, kiedy Gałka za pół godziny odjeżdża, a wiesz przecie, że nie lubi czekać. Kazimierz. W ostatniej chwili chciałbym mameczkę widzieć wesołą, więc wybacz! Anna. (a). Już wszystko urządzone mameczko złota. Barbara. Nie można się gniewać na tak dobre dziatki. (e). A teraz chodź Anneczko ze mną, bo trzeba przysposobić wieczerzę. (ą). Kazimierz. (i). Dobra moja matko, jakże ci się kiedy odwdzięczę? (e). Odpocznę sobie jeszcze raz przed odjazdem i pożegnam się z domem, który był świadkiem moich lat dziecinnych. Żegnam was obrazy Świętych, przed któremi, klęcząc obok mojej nabożnej matki, każdodziennie uczyłem się chwalić Boga! żegnam cię miły kąciku, w którym na łonie ojca przepędzałem całe wieczory, przysłuchując się zajmującym opowiadaniom żywotów bohaterów Ojczyzny i Świętych: żegnam was drzewa, któreście mnie tak często obdarzały ulubionymi owocami, i chowałyście gniazda moich śpiewaków. (Wchodzą do izby ojciec, matka i Gałka). Gałka. Zbieraj się Kazimierzu, bo konie na nas czekają, żeby nas kolei nie odjechała. Czarniecki. Oto paszport, i spodziewam się, że nie splamisz imienia Czarnieckich. Trzymaj się mocno Wiary świętej, miej zawsze przed oczyma przykazanie Boże, a Anioł Rafael, który prowadził Tobiasza i ciebie szczęśliwie doprowadzi do rodziców, którzy codziennie będą się modlić o twoją pomyślność. Barbara. Dziecię moje, matka twoja prosi cię tylko o jedno! Kiedy dziś w świecie rozmnaża się oziębłość względem Wiary, ty mój synu wypełniaj ściśle wszystkie obowiązki wiernego katolika; wszędzie i zawsze, czy na osobności, czy w towarzystwie, wyznawaj z radością, że jesteś synem naszego Kościoła św. (i). Czarniecki. Dzwon nas wzywa, pozdrówmy Najświętszą Pannę. (ą). Barbara. Długi może czas przeminie, zanim usłyszysz głos naszego dzwonu; lecz i w Berlinie mieszkają katolicy i chwalą Boga w naszych kościołach; i tam się codziennie odzywać będzie głos dzwonu rano, w południe i wieczór, przypominając ci, abyś w nabożnym „Zdrowaś“ szukał obrony przed niebezpieczeństwem świata. Dziecię! jeżeli kochasz matkę i chcesz zostać godnym twego ojca synem, przyrzecz mi, że każdodziennie ile razy wieczorny dzwon zabrzmi, po odprawionej modlitwie usiądziesz w zaciszu i w myślach przeniesiesz się do rodzinnego domu; że sobie przypomnisz nasze ostatnie napomnienia. I my w tym czasie o tobie mówić i myśleć będziemy, aby w jednej i tej samej chwili nasze myśli połączyć. Jeżeli mej prośby nigdy nie zapomnisz, możesz być pewnym opieki Najświętszej Maryi Panny, która nie dopuści twego upadku na ślizkiej drodze wielkiego świata. Na pamiątkę weźmij nasz klejnot, szpinkę z obrazem Matki Boskiej Częstochowskiej, której pomocy tak często doświadczaliśmy. Niech ci zawsze przypomina obowiązki twoje i twoich rodziców, którzy się spodziewają, że im będziesz podporą w późnej starości. Kazimierz. (w). Matko, ojcze! bądźcie pewni, że nigdy nie zapomnę waszych przestróg. (a).
II.
SCENA I.
(W domu Lehmana, fabrykanta w Berlinie).
(Lehman i Wilhelmina, jego żona).
Lehman. Dzięki Bogu, odkryliśmy złodziei, którzy oddawna maczali ręce w mojej kasie. Wilhelmina. I jakżeście tego doszli? Lehman. Wiesz, że od kilku tygodni niepojętym sposobem ginęły z kasy mniejsze lub większe sumy. Ponieważ przytem zamku nie naruszono, słusznie domyślaliśmy się, że to sprawka jednego z domowych. Wziąwszy każdego na osobność, wypytywałem się, kogoby o to posądzać można? Większość głosów padła na młodego Polaka. Wilhelmina. On miałby być złodziejem? Chłopiec tak skromny? Lehman. Zaraz się dowiesz, tylko posłuchaj. Gdym nareszcie przesłuchał i Kazimierza, odpowiedział mi: Podług mojego zdania, jeden z pańskich pisarzy okrada pana, a może też i wszyscy do spółki należą, bo ciągle budują, bawią się, szastają pieniędzmi, a na to przecież, choćby nawet trzy razy tyle pobierali pensyi, nigdyby im nie starczyło. „W jakiżby sposób dojść tego?“ zapytałem go, a on mi na to: Pozwól panie, że przez kilka nocy ukryty będę czatował. Zaraz na pierwszej straży udało mu się odkryć złodzieja. Dziś o drugiej w nocy zapukał do moich drzwi, donosząc mi, że mój kasyer wytrychami otworzył żelazne podwoje i potrójny zamek u żelaznej kasy, a zabrawszy nieco pieniędzy, pozamykał drzwi napowrót i cichuteńko się wymknął. Wilhelmina. I nie przytrzymał go? Lehman. Dobrze zrobił. Zawołaliśmy nocnej straży i niespodzianie złapaliśmy ich właśnie w tej chwili, kiedy się w domu u kasyera cała kompania moim groszem dzieliła. Wilhelmina. Widzisz, że się nie zawiodłam na Kazimierzu. Ja umiem ludzi poznawać; dlatego nie uwierzyłam, żeby się on do tego posunął. Z oczu tego dziecki można wyczytać jego poczciwość; w każdem jego poruszaniu, w każdem słowie przebija się dobre wychowanie. Ta pogoda na jego twarzy świadczy o czystem sumieniu; złoczyńca tak nie wygląda. Lehman. Pod każdym względem zasługuje na naszą wdzięczność, z której też będę chciał zaraz mu się wywiązać. Już mu powiedziałem, że pod jego zarząd oddam całą moją fabrykę i kontrolę nowych pisarzy, o których trzeba się będzie postarać. Wilhelmina. A więc wszyscy kradli? Lehman. Bez wyjątku. Hermina. (u). Prawda to mój ojcze, że Kazimierz wykrył rabusiów twojej kasy? Lehman. Tak, moje dziecię, i odtąd Kazimierz został dyrektorem całej fabryki. Hermina. (e). O jaki to wspaniałomyślny mój drogi tatuś. Jabym radziła, żebyś go przyjął za wspólnika zamiast Dietricha, za którego rzetelność niczembym nie ręczyła. Lehman. Pomału... pomału... moje dziecię; tak wielkich zasług nie zjednał sobie jeszcze. Zdaje mi się, że go dostatecznie wynagradzam, podwyższając mu pensyę do tysiąca talarów. Jeśli tak dalej będzie postępował, to tam i o tem później możemy pomówić... Teraz muszę śpieszyć na giełdę, bo trzeba się starać o nowych pisarzy. (a). Wilhelmina. I ja kazałam zaprządz, bo muszę jeszcze przed południem załatwić kilka sprawunków. (i). A ty nie pojedziesz ze mną? Hermina. (i). Wiesz moja mameczko, że imieniny ojczulka niedaleko, a ja jeszcze wiele mam pracy około poduszki, która ma być mu na wiązanie. (ą).
SCENA II.
Hermina. (a). Co za szczęśliwy dzionek, w nocy marzyłam o nim, a rano rozpaczałam, widząc przestrzeń, która biednego pracownika oddziela ode mnie, córki bogatego fabrykanta. Opatrzność Boska to zrządziła, że przez odkrycie kradzieży mój oiciec poznał szlachetny charakter młodzieńca, którego od pierwszej chwili tak szczerze pokochałam. Jego wywyższenie na dyrektora wprowadzi go w towarzystwo wyższych stanów; a kochać dyrektora to przecież co innego jak prostego czeladnika... (o). Mój Boże!... marzę ciągle o nim, a któż mi zaręczy, że on odpowie uczuciom biednej Herminy. (o). Właśnie wychodzi z fabryki... zbliża się ku nam... a jak tu wejdzie, cóż mu powiedzieć? Gdyby to nie nasza skromność, wyznałabym mu wszystkie uczucia mojego serca, lecz tak, my biedne stworzenia musimy czekać... (i) puka do drzwi! jakże go przywitam? usiądę, aby nie spostrzegł mojego niepokoju (a). Czemuż nie wchodzi? Nie zaprosiłam, może odszedł... (a) wolno, proszę! (i, i). Kazimierz. Przepraszam panią. Hermina. Owszem, ja przepraszam, że zajęta haftowaniem nie słyszałam stukania. Kazimierz. Przepraszam... może przeszkadzam... Szukam pana Lehmana. Hermina. Ojciec co tylko wyszedł z domu za interesem... ale myślę, że wkrótce powróci. Proszę siadać. Kazimierz. Nadejdę później. Hermina. Pan zawsze tak zajęty, że nawet nie uwzględnia mojej prośby? Kazimierz. Jeżeli pani pozwoli... Hermina. Przy tej sposobności chcę panu podziękować za ocalenie naszego majątku. Kazimierz. To było moim obowiązkiem, za który pan Lehman sowicie mie wynagrodził. Hermina. Więc moja wdzięczność pana nic nie obchodzi? Kazimierz. Owszem, bardzo ją cenię, ale nie wiem, czy na nią zasłużyłem. Hermina. Bardzoś pan skromny, i zdaje się, że pragniesz, aby świat o tem nie wiedział. Kazimierz. Przyznam się, że mnie świat niewiele obchodzi, a jeżeli pan Lehman ze mnie zadowolony, jestem zupełnie spokojny. Ścisłe wypełnianie powinności względem zwierzchnika swego uważam za rzecz obowiązującą, konieczną. Tak mnie nauczała moia matka, tak mawiał zawsze mój kochany ojciec. Te wpoili we mnie zasady, podług tych postępując, nie szukam u świata nagrody, a jeżeli ją zyskuję, uważam to za niezasłużone dobrodziejstwo. Hermina. Jakie to piękne zasady... jakim one pana szlachetnem udarowały charakterem. Ufając w pańską zacność, prosiłabym pana o szczerą odpowiedź. Dla czego pan unikasz towarzystwa, i jak się zdaje, szukasz samotności? Kazimierz. Charakter tutejszych towarzystw nie zgadza się z mojemi zasadami. W naszych stronach panują staropolskie obyczaje; miłość braterska wiąże rodaków, życzliwość zdobi każde towarzystwo, bezinteresowną przyjaźnią tchnie każde serce, a cnota gościnności nie zna granic. Zupełnie przeciwnym charakterem odznaczają się tutejsze towarzystwa. Pijaństwo trzyma górę; chciwość wiąże chwilową przyjażń; rozpusta jest godłem inteligencyi. a hazardowe gry najmilszą zabawą. Oj, u nas to zupełnie inaczej. Hermina. To u was prawdziwy raj, za tęsknię, od pierwszej młodości. O gdybym całe moje życie mogła przepędzić między twymi rodakami. Kazimierz. Wątpię, czyby się pan Lehman na to zgodził. Hermina. A więc byłabym panu bardzo wdzięczną, żebyś pan zamiast ukrywać się w samotności, częściej nas odwiedzał i uprzyjemniał nam wieczory opowiadaniem o swojej ojczystej ziemi. Moi rodzice będa tem bardzo zadowoleni. Kazimierz. Życzenia pani są dla mnie rozkazem. Hermina. Pan zajmująco opowiadasz. Proszę, opisz mi bliżej życie waszego ludu, naprzykład charakter dziewcząt. Kazimierz. Dziewoje nasze żyją skromnie i pobożnie w zaciszu rodzinnego domu, a unikając wrzawy wielkiego świata, nie tracą nigdy tych pięknych przymiotów, dodających każdej dziewczynie tyle czarującego uroku. Hermina. Wierz mi pan, że i dla mnie nieznośnym jest ten gwar wielkiego miasta, i gdyby to tylko ode mnie zależało, całe życie przepędziłabym pod spokojnem wiejskiem niebem. Więc dusza moja sympatyzuje z uczuciami waszych dziewcząt; dlatego też możesz mnie pan śmiało uważać za swoją rodaczkę. Kazimierz. Wdzięcznie przyjmuję tę ofiarę. Hermina. Zgoda, ale sobie wypraszam, że podług waszego zwyczaju, będzie między nami panowała otwartość. Kazimierz. Postaram się zasłużyć na zaufanie pani i będę wdzięczny za łaskawe względy, któremi mnie pani zaszczycać raczysz. (ę). Hermina. Pan Kazimierz przyrzekł mi, że odtąd będzie częstszym u nas gościem i będzie nam opowiadał o swoim kraju i swoich ziomkach; a wiesz mamo, że zajmująco opowiada. Wilhelmina. Bardzo nam będzie miło witać pana u siebie, tylko prosimy o częste odwiedziny. Dla zawiązania szczerej przyjaźni, zapraszam dziś na obiad. (i). Hermina. Złota mameczko, co to za szlachetny człowiek, a jaki miły w towarzystwie... nikt z całej młodzieży berlińskiej nie wyrówna mu w jego zacnym charakterze. Wilhelmina. Dziecię, nie zapominaj się, pamiętaj, że jesteś córką bogatego fabrykanta i pierwszego z królewskich liwerantów. Hermina. Mamo, niewdzięcznaś! Zapominasz o jego zasługach. Wilhelmina. Oho, co za wierna adwokatka. Za zasługi hojnie go ojciec wynagrodzi; wreszcie pamiętaj, że nam nierówny. Hermina. Jeżeli cnoty stanowią wartość człowieka, to przecież nie jest gorszym od nas. Wilhelmina. Nie lubię podobnej dysputy, i dlatego jeszcze raz cię napominam, abyś się z Kazimierzem obchodziła, jako z człowiekiem od nas zależnym, bo to ludzie na wszystko zwracają uwagę. (i).
II. (Odsłona 2).
SCENA I.
(W pokoju Kazimierza słychać dzwon).
Kazimierz. (ę). Witaj błoga chwilo, w której przenoszę się myślą do rodzinnego domu i obcuję z najdroższemi w świecie osobami. Właśnie dziś już pewnie odebrali list mój, zasiedli około stołu, Anna go czyta, a ojciec i mateczka z zajęciem słuchają. Sąsiedzi nie uwierzą, że Kazimierz Czarniecki, ubogi ślusarczyk, dosłużył się posady dyrektora fabryki i pobiera rocznie 1000 talarów pensyi. Czuję radość i szczęśliwość drogich rodziców, którzy w tej chwili klękają przed obrazem Najświętszej Panny dziękując Jej za moją pomyślność. Mój dobry Pan wyliczył mi dziś kwartalną płacę z góry 250 talarów, upominając, abym sobie sprawił piękny ubiór i urządził się wygodniej, jak na dyrektora przystoi. Jutro odwiedzę magazyny, aby zakupić nowy ubiór i ładne meble. (ę). Ale czyż się nie można bez tego obejść?... wiem, co zrobię! poślę rodzicom 150 talarów, a reszta przecież wystarczy na konieczne potrzeby. Wszakże dotąd wyżywiłem się i przyodziałem, pobierając kwartalnie 50 talarów. Dzięki Ci Boże, żeś mi dał sposobność odwdzięczenia się drogim rodzicom! Gałka. (i). Dobry wieczór panu dyrektorowi! Kazimierz. A... witam pana Gałkę... cóżto, już wiecie o tem?... Gałka. Wiem może jeszcze o większem szczęściu, które pana dyrektora czeka. Kazimierz. Pewnie dobre nowiny z Drogi panie, powiadajcież prędzej, jak się powodzi rodzicom, Annie i całej wiosce? Gałka. Stąd nic nowego nie przynoszę; rodzice zdrowi, a zresztą idzie wszystko starą koleją. Ponieważ odjeżdżałem nagle, więc ani pisać nie było czasu. Przybywszy do Berlina, dowiaduję się, że panu dyrektorowi służy niesłychane szczęście. Kazimierz. Dzięki Bogu, otrzymałem posadę, o której nigdy nie marzyłem: rozważ sobie pan, „tysiąc talarów rocznej pensyi!!“ Gałka. To jeszcze nic naprzęciwko temu, co ja wiem. Kazimierz. Ja nic nie wiem i nie chcę nic więcej. Gałka. Lecz jak się zdarzy, to przecie pan dyrektor ine odepchnie od siebie, co? Kazimierz. Nie rozumiem pana. Gałka. Bo pan dyrektor jeszcze nic nie wie, na co się zanosi. Kazimierz. Ciekawy jestem... na co się zanosi? Gałka. Pan dyrektor przystojny kawaler, pensyi tysiąc talarów, z takiemi cnotami i przymiotami można szczęście zrobić; tysiąc bogatych dziewcząt rwać się będzie o pana. Kazimierz. Mój panie, daj sobie spokój, co mi tam po tem. Gałka. Trzeba żąć i grabić kiedy pora; kto czeka do jesieni, traci najlepsze ziarno; tak też z młodzieńcem. Młody kawaler to wędka, za którą się tysiące tych pięknych rybek ugania; stary, to jak zwiędły kwiatek, który każdy z pogardą odrzuca. Kazimierz. Ej, powiedz mi pan lepiej co o Gołębowicach. Gałka. Nie, ja muszę z panem dyrektorem pomówić o ważnym interesie, bo mam polecenie. Kazimierz. Od kogo? Gałka. To tylko pod sekretem mogę panu powiedzieć. Kazimierz. Proszę siadaj pan. (a). Gałka. Jedna tu dziewczyna szaleje za tobą... Kazimierz. (obojętnie). Ej, co tam w żarty się bawić. Gałka. Ale to nie żarty! młoda, ładna, niezmiernie bogata; hrabiowie i baronowie ubiegają się o nią. Kazimierz. (z szyderczym uśmiechem). A ja ani hrabia, ani baron. Gałka. Ale szaleje za tobą; tyś w jej oczach więcej, jak tysiąc baronów. Kazimierz. (e). I któraż to mnie uszczęśliwić pragnie? Gałka. ślepa młodości! widzisz ją codziennie i nie poznajesz się na miłości, którą ja, obcy tu górnoślązak przy pierwszem spotkaniu się z dziewczyną odkryłem. Kazimierz. Nie domyślam się, a tem mniej wierzę, bo w Berlinie nie znam nawet ładnej dziewczyny. Gałka. znasz ją dobrze i widujesz się z nią codziennie. Kazimierz. Nie rozumiem pana i dlatego proszę nie trapić mojej ciekawości. Gałka. (e). Hermina, córka pana Lehmana. Kazimierz. Ha! ha! ha! to zabawne! kpij sobie pan z poczciwych ludzi. Gałka. Ależ to szczera prawda. Kazimierz. Jakżeś pan odkrył tę miłość? Gałka. Czekając na pana dyrektora, usiadłem na schodach, aż nadeszła panna Hermina i dowiedziawszy się, kto i skąd jestem, zaprosiła mnie do ogrodu i tu się zdradziła. Kazimierz. (e). Zartuj pan ze mnie, ale nic z dziewczyny... przecież ona na szacunek zasługuje. Gałka. A... tak bardzo ją szanujesz. Ej to dobry początek, bo z szacunku do miłości niedaleko. Kazimierz. Sługa powinien szanować rodzinę chlebodawcy. Gałka. I cóż to złego, jeżeli się córka chlebodawcy w tobie kocha? Kazimierz. Ale powiedzże mi pan, na czem opierasz twoje zdanie? Gałka. Wypytywała się najprzód o twoją rodzinę, a potem z uwielbieniem wychwalała cnoty i zasługi pana dyrektora. Kazimierz. I cóż stąd? Gałka. Oho... umiem ja poznawać kobiety! byłem po trzykroć wdowcem i znam się na miłości tak dobrze, jak na podolskich wołach, a może i lepiej! Skoro dziewczyna wychwala młodzieńca, jest to najpewniejszym znakiem, że w nim aż po uszy zakochana. Kazimierz. Przypuściwszy że tak jest, byłoby to dla mnie nieszczęściem. Gałka. Co mi to za nieszczęście, jeżeli młoda i ładna córka bogatego fabrykanta dostanie się panu dyrektorowi. Kazimierz. Ojciec nigdyby nie zezwolił na to, i prędzejby mnie wydalił ze służby. Gałka. Jak się córka uprze, to i ojciec zezwolić musi. Kazimierz. Państwo Lehman są ewangelicy. Gałka. Ej, i cóż to przeszkadza. Pierwsza moja żona była przechrzcianką, druga luterką, trzecia rusinką, a dopiero ostatnia rodzoną katoliczką, a zgadzaliśmy się. Kazimierz. Chociażby rodzice moi dozwolili, czego nie można przypuszczać, ja jednak nigdy nie zawarłbym mieszanego małżeństwa. Gałka. Jeżeli ci o to chodzi, to sobie ją nawróć. Zakochana dziewczyna da się do wszystkiego nakłonić. Kazimierz. Ja tam o tem nie wiem i nie chcę łapać ryb przed siecią. Gałka. Trudno tego wodzić — Kto sam nie chce chodzić. Trzeba iść, bo tam moje woły jeszcze pod gołem niebem stoją. Rozważ sobie wszystko, panie dyrektorze, a jutro pomówimy więcej o tem. (ą). (Zasłona spada).
II. (Odsłona 3).
SCENA I.
(Sześć tygodni później).
(Lehman, Wilhelmina, żona jego i Gałka).
Wilhelmina. Jeżeli pan wiesz jaki ratunek, doradzaj, a szczodrze panu nagrodzimy; tyś ziomkiem Kazimierza, znasz jego rodzinę, a jak nam pański sługa Stach powiedział, jesteś zawołanym lekarzem i jużeś mnóstwo ludzi wyleczył. Gałka. A przecież tu w Berlinie jest niemało profesorów i doktorów. Wilhelmina. Ej, tutejsi lekarze nic nie rozumią; pamiętam, że kiedy na wsi zwichnęłam nogę, stary owczarz uleczył mnie zupełnie i to w krótkim czasie. Gałka. Proszę... cóż to za rodzaj choroby? Lehman. Lekarze nazywają ją chorobą serca. Wilhelmina. Pozwól, że ja panu chorobę obszerniej opiszę. Nasza córka zaczęła słabnąć, cera zbladła, na miejsce dawnej wesołości nastąpiła jakaś tęsknota i smutek, bo często w ukryciu płakała; co najdziwniejsza, na nasze zapytania odpowiadała zawsze, że żadnego bólu nie czuje. Nareszcie przyłączyła sie febra nerwowa tak gwałtowna, że lekarze zaczęli o jej życiu wątpić. Lehman. Na kilka dni przed jej ostatnią chorobą nagle bez wszelkiej przyczyny opuścił Kazimierz moją fabrykę i poszedł do fabryki Borsika za dozorcę. Gałka. I nie oznajmił panu przyczyny. Lehman. Napisał list do mnie, wyrażając najgłębszą wdzięczność za wszystkie dobrodziejstwa, oświadczając zarazem, że dla ważnych przyczyn, które zostaną tajemnicą, u mnie dłużej pozostać nie może. Żądałem piśmiennie i ustnie bliższego objaśnienia, lecz otrzymałem tylko tę odpowiedź, że go sumienie obowiązuje do tego kroku. Wilhelmina. Rozważ sobie pan tak dziwaczne postępowanie: u nas jako dyrektor pobierał 1000 talarów pensyi, a u Borsika został za 400 dozorcą. Cóż pan na to? Gałka. Proszę opowiedzieć mi dalszy ciąg choroby. Wilhelmina. Ponieważ córka w febrze ciągle marzyła o Kazimierzu i nieustannie dziwną z nim prowadziła rozmowę, uznali lekarze za niezbędnie potrzebne, aby Kazimierza sprowadzić do siebie i pozwolić widzieć go chorej. Lehman. Cieżki to dla mnie był krok; prosić chłopaka, który moją służbą pogardza, lecz cóż ojciec nie uczyni dla chorej jedynaczki? Wilhelmina. Przyszedł Kazimierz i od tego czasu polepszyło się Herminie; odwiedza ją codziennie i widocznie powraca zdrowie. Oto właśnie dziś wyjeżdża Hermina z lekarzem po pierwszy raz na świeże powietrze. Gałka. Więc wyzdrowiała. Wilhelmina. Lekarze przepowiadają, że jej choroba nie łatwo do uleczenia, czemu wierzymy, ponieważ naprzemian raz się jej polepsza, to znów pogarsza. Gałka. Jeżeli co doradzić mogę, to koniecznie muszę się z nią zobaczyć. Lehman. (o). Proszę... oto właśnie odjeżdża. (a). Wilhelmina. Uważaj jak blada. Lehman. (m). Dla Boga! cóż woźnica robi! (o). Wstrzymaj konie! Wilhelmina. (e). Ratujcie dziecię moje! (i). Gałka. Upamiętajcie się! konie zatrzymano. Wilhelmina. (ę). O Boże... moje dziecię! Lehman. Uspokój się... wszystko dobrze... O zacny młodzieniec!... Patrz, Kazimierz rzucił się do koni i w największym pędzie zatrzymał je. Gałka. To zuch! po ojcu wziął odwagę. I dla czegoż woźnica nie pomaga? konie się spinają... mogą go zabić!... Wilhelmina. Panie lekarzu, pomagaj Kazimierzowi! Lehman. Nieszczęście! Kazimierz pod końmi! Gałka. Bieżmy sami na ratunek. (ą).
SCENA II.
(e).
Gałka. Oj żebym tu miał ze sobą balsam pustelnika, wyborne to lekarstwo na wszystkie podobne wypadki. Tymczasem dajcie octu. Lehman. Octu, octu! (a). Gałka. Pokaż ranę (ę). Dzięki Bogu, niezłamana, ciało poranione, ale żyły i kość nienaruszona. Lehman. (t). No cóż, jakże tam? oto ocet. (e). Wilhelmina. Czy prawda, że Kazimierz bardzo potłuczony, że rękę złamał? Gałka. Ej, niema tam wielkiego niebezpieczeństwa; młodemu to się prędko zgoi. Podajcie octu, może są jakie bandaże, przynajmniej chustka płócienna? Hermina. Oto (ę). Gałka. A... to szkoda, kawałek starego płótna. Hermina. Proszę, panie Gałka, zawiążcie prędko. Gałka. (macza w occie i zawięzuje rękę). Zanim ocet obeschnie, to się rana zagoi pod chustką takiej pieknej panienki. Wilhelmina. (do córki). Dziecię, tyś taka zmęczona, idź do swojej stancyi, prędzej się uspokoisz. Hermina. Mnie nic nie jest ale on taki blady, potrzebuje opieki. Lehman. Bądź spokojna, my się nim będziemy opiekować. Hermina. On dla mnie życie na niebezpieczeństwo wystawił, uznaję za świętą powinność pielęgnować jego rany dla mnie poniesione. Lehman. Hermino! Gałka. Dajcie spokój. Gdy ciężko chorowała. Kazimierz przyczynił się do jej wyzdrowienia, pozwólcie jej się odwdzięczyć. Kazimierz. Rozczula mnie wasza troskliwość, nie jestem tak słaby, pozwólcie mi wracać do domu. Hermina. To pan Kazimierz nie przyimuje mojej usługi? Gałka. (m). Nie sprzeciwiajcie się, niech go pielęgnuje; ja wam tymczasem odkryję przyczynę choroby waszej córki i podam jedyne lekarstwo, które ją uleczyć może. Lehman. I cóż było przyczyną choroby? Gałka. (o). Córka wasza cierpi na sercową chorobę. Wilhelmina. A wy znacie na to lekarstwo? Gałka. Tylko Kazimierz tę chorobę uleczyć może, bo on jest jej przyczyną. Lehman. Nie rozumiem pana. Gałka. Córka wasza zakochała się w , a ponieważ Kazimierz opuścił dom wasz i znikł jej z oczu, uważała go za straconego i to też było przyczyną jej choroby. Wilhelmina. Ja to już dawno poznałam. Lehman. A mnieś ani słówka o tem nie powiedziała? Wilhelmina. Nie chciałam cię martwić, znając twój popędliwy charakter. Lehman. W tak ważnej sprawie zamilczać przed ojcem, kiedy chodzi o życie dziecięcia?... Wilhelmina. Czyżbyś ty zezwolił na taki związek? Lehman. Nigdy!... O rękę mojej córki starają się hrabiowie, a ja miałbym ją wydać za prostego rzemieślnika. Gałka. Więc ją wolicie wpędzić do grobu, aniżeli widzieć przy boku poczciwego młodzieńca? Choroba wam pokazała, że bez niego żyć nie może i przekonaliście się, że sam widok jego wyprowadził ją z choroby. Jeżeli ich rozłączycie, stratę jedynego dziecka będziecie mieć na sumieniu. Lehman. O biedny ojciec, cóż ja pocznę. Moja droga wyprowadź Herminę, muszę z Kazimierzem cokolwiek sam nasam pomówić. (ć). Lehman. Zostań chwilkę Kazimierzu, mam do ciebie ważny interes. Kazimierz. Jeżeli mogę służyć? Lehman. Chciałbym się wywiązać z wdzięczności, na którą sobie zasłużyłeś. Kazimierz. Proszę pana... Lehman. Nie przerywaj mi. Jeżeli względem mnie wielkie sobie zjednałeś zasługi przez łotrów, którzyby mnie z czasem może byli zniszczyli, dzisiejsze wybawienie mojego dziecięcia z niebezpieczeństwa daje ci prawo do jeszcze większej wdzięczności. Powiedz otwarcie, czem chcesz być wynagrodzony. Żądaj śmiało, choćby połowę mojego majatku. Gałka. (a). Wygrałeś, żądaj córki. Kazimierz. Ale... za cóż mnie panie chcesz wynagradzać. Jeżeli byłem dziś tyle szczęśliwy zatrzymać konie, to toż samo uczyniłbym i dla każdego obcego, a tem więcej dla najłaskawszego dobrodzieja mojego. Lehman. Któregoś bez najmniejszej przyczyny niedawno opuścił. Kazimierz. Panie... wierzaj, że mnie do tego ważna przyczyna spowodowała, ale to zostanie tajemnicą. Lehman. Ubolewam nad tem, lecz moje sumienie świadczy mi, żem ja do tego nie dał powodu. Kazimierz. Broń Boże! nie mówię tego, może przyjdzie czas, w którem pan poznasz, żem go tylko z życzliwości opuścił. Gałka. Jabym to panu wyjaśnił; mnie się zdaje, że pan Kazimierz uciekł przed panną Herminą. Lehman. I jakże się to zgadza panie Gałko z doniesieniem twojem o przyczynie choroby. Gałka. Kazimierz uczynił to z delikatności, lękając się podejrzenia. Lehman. Panie Kazimierzu, prosi cię ojciec chorującego dziecięcia, żebrze twój najwierniejszy przyjaciel, powiedz mi szczerą prawdę: „Kochasz Herminę?“ Kazimierz. Zasłużyła na mój szacunek. Lehman. Dalej nie sięga twoje przywiązanie? Kazimierz. Panie... jestem prostym rzemieślnikiem, synem ubogiego pracownika; czyż miałbym być zuchwałym i mieszać spokój rodzinie zacnego pana? Lehman. Więc nigdy nie mówiłeś z córką o miłości? Kazimierz. Na honor, ani słówka.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Dzwonek świętej Jadwigi.
