Read here

Kruk

Edgar Allan Poe · 1910 · Free in the US

10,257 words · about 43 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1910 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Kruk._Wybór_poezyi&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Language
Polish
Published
1910
Length
10,257 words · about 43 min
Sections
3 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (3)
  1. Wybór poezyi under 1 min
  2. Wybór poezyi about 43 min
  3. Wstęp under 1 min

Continue:

Wybór poezyi

♢ DRUKARNIA ♢ GŁOSU NARODU E.

Wybór poezyi

♢ DRUKARNIA ♢ GŁOSU NARODU E.

Do słów tych poety dodać jeszcze można, że namiętnością, o której mówi, jest u niego przedewszystkiem namiętność a, płynąca z niezwalczonej tęsknoty za tem co nieuchwytne i gorącego pragnienia rozwiązania ostatecznej zagadki bytu. Nieugaszona ta ciekawość, wiedzie go coraz dalej i dalej, aż po za kres nieubłagany, jaki śmierć kładzie ludzkim wysiłkom. Ztąd też śmierć bywa mu tak często źródłem natchnienia i motywem twórczości. Motyw ten powraca nieustannie na struny jego pieśni, począwszy od głębokich akcentów żalu za odbiegłym, a drogim duchem, aż do rozpaczliwej grozy, y, aby się wreszcie skrystalizować w y, gdzie odzwierciedlają się chyba najwierniej wierzenia poety i duchowe jego aspiracye.

Kruk.

Raz w godzinie widm północnej Rozważałem w ciszy nocnej Mądrość dawnych ksiąg przesławnych Zapomnianych dzisiaj już. W tem znużoną chyląc głowę, Na pożółkłe karty owe Słyszę oto w nocną ciszę Kołatanie do drzwi, tuż. Gość to myślę, u podwoi, Zapóźniony u drzwi stoi. Pragnie wejść choć późno już. Gość, lecz jaki? Któżby? Któż...?

Grudzień to był wichrem śpiewny, Lampy mojej blask niepewny Kładł u stóp mych cienie drżące Jak gasnących płatki róż. Chciałem, nim dnia wróci białość W starych księgach uśpić żałość, Za promienną, rzadką dziewą Gdzieś zniknioną w blaskach zórz. Za straconą, opłakaną Dziś w Niebie zwaną

Co w dal senną, bezimienną Poszła i nie wróci już.

Słyszę smętne snując mary Purpurowej szum kotary. Fantastycznym zdjęty lękiem Nie wiem, co mam myśleć już. Tłumiąc trwożne serca bicie Chciałem lęk ów uśpić skrycie Powtarzając: „U podwoi Gość spóźniony jakiś stoi, Pragnie wejść choć późno już Cóż innego? Cóżby? Cóż?

Wreszcie płonnej zbywszy trwogi Bez wahania szedłem w progi, Gdzie u wnijścia, mego przyjścia Czeka gość wśród nocnych burz. — Panie! — rzekłem — czy też Pani! Wasze lekkie kołatanie Tak ostrożne, ciche, trwożne, Ledwie do mnie doszło już. Bylem senny, śniłem może, Raczcie wejść, wnet drzwi otworzę. Otworzyłem, lecz na dworze Nic, prócz nocnych wichrów, burz.

Nie śmiąc wejść w te pustki ciemne Stałem długo... Sny tajemne... Marząc, jakich nikt śmiertelny... W taką noc nie wyśni już. A przedemną ciemność głucha, Wicher tylko z jękiem dmucha, Niosąc jedno imie smętne, Tej, co zgasła w blaskach zórz. Imię to a! śpiewne, Wyrzekł ktoś... To ja zapewne Sam je rzekłem w tę noc burz Bo któż inny? Któżby, Któż?

Więc na miejsce wracam dawne, By znów badać księgi sławne Lecz znów słyszę, w nocną ciszę Kołatanie, bliżej, tuż! Czując żar płonący w łonie Myślę:... „chyba w nocnej toni Wicher w szyby okien dzwoni, Wichr, co jęczy w tę noc burz. Okno w ciemną noc otworzę Wicher w szyby dzwoni może Cóż innego! Cóżby? Cóż?

Otworzyłem. I wnet potem Szumnym, pewnym, równym lotem Czarnopióry kruk wspaniały

Prosto ku mnie leciał już. Ni się wstrzymał, ani zbaczał, Ku drzwiom moim lot zataczał Gdzie u góry Jak domowy świeci stróż. Na Pallady posąg biały Wzleciał czarny kruk wspaniały Czarnopióry demon burz.

Nie chcąc by gość hebanowy Przejrzał z marzeń mych osnowy Nawał mętnych myśli smętnych Co mój duch obległy już. Rzekłem siląc się na żarty: — Choć czub nosisz mocno zdarty, Wiem, żeś nie jest zwykłym kurem Co przy ziemi gdacze tuż. Tyś wędrowny kruk prastary Co piekielne rzucił mary Z Plutonowych spiesząc wzgórz Powiedz jak cię tam nazwano? Jakie nosisz wśród nich miano A kruk rzecze:

Lęk ogarnął mnie bezradny, Na ten dziw tak bezprzykładny, Że się do mnie ten twór ptasi

Tak odrazu ozwał już. Bo pomyślcie tylko sami! Jak to dziwnie!? gdzieś nad drzwiami Kędy biały biust Pallady Jak domowy świeci stróż Widzieć taki twór ponury, Wyschły, straszny, czarnopióry Co się zowie:

Na popiersiu cicho tkwiący Siedział czarny kruk milczący Jakby w słowie, które wyrzekł Całą duszę zawarł już. Więc ja w smętnej rzekłem mowie: — Jak odbiegli mnie druhowie Jak nadziei jasne gońce, W zmierzch wieczornych zgasły zórz, Tak nim ranny brzask zaświeci Gość skrzydlaty mnie odleci! A kruk rzecze:

Słysząc znów tak trafną mowę, Rzekłem wznosząc trwożnie głowę, Gdzie nad cichą biel posągu Wzleciał czarny demon ż. — Bez wątpienia, w słów twych treści

Echo się dalekie mieści, Myśli smętnych, mar natrętnych, Co obległy w tę noc burz, Pewien duch, którego śladem, Idzie troska z czołem bladem, Wiecznie za nim kroczy tuż By w niezmiennej mu kolei Nucić zgasłych pieśń nadziei Jedną zwrotkę:

Lecz znów chciałem pokryć śmiechem Lęk i smutek. Więc z pospiechem Odwróciłem krzesło w stronę Gdzie posępny zasiadł Potem twarzą w twarz patrzący, Jąłem sam rozważać drżący, Co chciał rzec ten cicho tkwiący Czarnopióry poseł burz? Jakie mógł złowróżbne mary? Snuć upiorny kruk prastary Kracząc swoje:

Na poręczy wsparłem głowę Wciąż domysły snując nowe, Już nie rzekłszy nic do ptaka,

Co nad biustem siedząc tuż Oczy we mnie wpił błyszczące, Jako żagwie dwie płonące, Paląc serce mego łona Jak pożarnych ogniem zórz. I tak w dziwnych mar osnowie Czoło wsparłem o wezgłowie Gdzie się kładły mętne blaski Jak opadłych płatki róż. Na wezgłowiu głowę kładę, Gdzie czoło blade Już nie spocznie nigdy już!

Naraz w nocnej ciszy łonie Słodkie się rozeszły wonie, Jakby mięko, cicho ręką Ktoś wonności rozlał kruż, Chłonąc wonnych dym kadzideł, Usłyszałem jakby skrzydeł, jakby lekkich stóp anielskich Cichy szelest blisko, tuż! — Panie! — rzekłem — Ty łask zdroje Przez anioły szlesz mi swoje, Balsamicznych lek nektarów Gdzieś z niebiańskich zsyłasz zórz. Przychyl ustom wonnej czary, Bym przepomniał smętnej mary A ból we mnie zmilknie stary

A kruk rzecze:

— Kruku! — rzekłem — Hej wróżbito! Czarnych potęg zły najmito! Powiedz czyś ty twór śmiertelny Czy piekielnych mocy wróż? Z jakich burz niezlękłych gromem Nad tym smętnym zwisłeś domem Jakby nocnych wichrów złomem, Z Plutonowych zwiany wzgórz. Powiedz błagam wróżu stary! Czy te rajskich wód nektary? Czy ta Serafinów dłonią Kołysana wonna kruż Zniszczy we mnie żalu piętno, Za marą smętną A kruk rzecze:

— Kruku! — rzekłem znów — wróżbito! Czarnych potęg zły najmito! Niewiem czyś ty twór śmiertelny? Czy piekielnych poseł burz? Lecz na święte Niebios godło Co z nicości nas wywiodło Powiedz, błagam dziwny ptaku! Z Plutonowych zwiany wzgórz

Mów! czy ból mój i tęsknota, Za Edeńskie spłyną wrota, Gdzie duch promienny niebiańskich gości zórz Czy w Edeński kraj daleki Wnijdę złączon z nią na wieki? A kruk rzecze:

Więc gniew we mnie wezbrał mocny I krzyknąłem: ptaku nocny! Niech cię znów na zrąb piekielny Grom niezlękłych niesie burz. Zwiń te skrzydła co się ścielą Nad posągu cichą bielą. Zdejm mi z serca dziób twój ptasi Co jak ostry razi nóż. Niechaj kłamny byt twój zgaśnie Jak przebrzmiałych echo baśni, Snem śmiertelnym cicho zaśnij! W bezpamiętnych toni mórz. Precz odemnie! W kraj daleki Odejdź ztąd, lub zgiń na wieki A kruk rzecze:

I wciąż siedzi cicho tkwiący Czarnopióry kruk milczący

Kędy blady biust Pallady Jak domowy świeci stróż. A wzrok jego w snów pomroce Błyskiem dziwnych skier migoce Jak sennego wzrok demona, Co z piekielnych spłynął wzgórz. Lampy mojej światłość blada Na twór ptasi cicho pada Czarnopióre cienie drżące U stóp moich kładąc tuż. A z tych cieni co się włóczą U stóp moich marą kruczą już mnie żadne moce władne Nie wyzwolą

Milczenie.

Posłuchaj mnie — rzekł szatan kładąc mi rękę na głowie. — Mówić ci będę o posępnej krainie położonej w Libii nad brzegiem rzeki Zairy kędy niema ciszy ani spokoju. Wody rzeki owej o niezdrowej barwie szafranu nie płyną ku morzu, lecz kołyszą się nieustannie pod czerwoną źrenicą słońca, konwulsyjnem wieczystem drganiem. Po obu brzegach rzeki na przestrzeni mil kilku, rozciąga się blade pustkowie pokryte olbrzymimi kwiatami nenufarów. Tęsknią one wiecznie ku sobie i wyciągają po przez zamulone rzeki łożysko, długie upiorne szyje i wzdychając chwieją nieśmiertelnemi głowami. I wychodzi z nich jakby szmer mętny podobny do szumu podziemnego strumienia i wzdychają nieustannie. Granicę posępnej krainy stanowi las wysoki, ponury, ohydny, otoczony gęstwiną drzew drobnych, które jak fale morskie o brzegi Hebrydów, tłuką o ciemne lasu ściany nieustannym wstrząsane dreszczem, mimo że żaden wicher nie wieje. I olbrzymie niebotyczne drzewa kołyszą się wciąż na obie strony z potężnym grzmiącym łoskotem, a z wyniosłych ich szczytów sączy się kropla po kropli rosa wilgotna. U stóp ich wiją się w snach gorączkowych dziwne jadowite kwiaty. Wierzchołkami płyną szare chmury bez końca wciąż na zachód, spływając na kształt katarakty po ognistej horyzontu ścianie. I żaden wicher nie wieje, a nad brzegami rzeki Zairy niema ciszy ani spokoju.. Noc była i deszcz padał, a krople jego póki spływały wyglądały jak krople wody, dopiero gdy na ziemię upadły widać było że to krew. Stałem pośród bagnistego pustkowia gdzie rosły nenufary, deszcz padał mi na głowę, a nenufary wzdychały ku sobie w uroczystem osmuceniu. Aż nagle ukazał się księżyc przysłonięty lekką tkaniną żałobnej chmury i przyświecał barwą ognistej purpury. Wówczas wejrzenie moje padło na wysoką szarawą skałę wznoszącą się nad brzegiem rzeki, oświeconą szkarłatnym blaskiem księżyca, a skała to była szara, posępna, bardzo wysoka, a skała ta barwę miała szarawą. Na kamiennym jej szczycie dostrzegłem wyryte litery. Po przez nenufary zbliżać się zacząłem do brzegu, aby się owym znakom w kamieniu wyżłobionym przypatrzyć, lecz odczytać ich niemogłem. Miałem już powracać między nenufary, gdy nagle księżyc żywszą zabłysnął czerwienią, spojrzałem znów na skałę i dojrzałem wyraźnie wypisane słowo: e. Spojrzałem raz jeszcze w górę i na szczycie skały dojrzałem postać ludzką... Ukryłem się więc między nenufary i śledzić począłem ruchy siedzącego na szczycie kamiennym człowieka. Postawę miał wyniosłą i wspaniałą, a od ramion po stopy owinięty był w starożytną rzymską togę. Kontury postaci jego rysowały się niewyraźnie, a jednak widać było, że rysy jego twarzy są boskie, gdyż pomimo płaszcza nocy, mgły, rosy i księżyca, rysy te promieniały jak rysy bóstwa. Czoło miał wysokie i myślące, wejrzenie troską zmącone, a w zmarszczkach twarzy jego czytałem legendę: smutku, nudy, znużenia życiem i wielkie pragnienie samotności. I człowiek usiadł na skale, a oparłszy głowę na ręku objął wzrokiem krainę a. Spojrzał na wiecznie niespokojne podleśne drzewiny i na niebotyczne drzew wielkich wierzchołki i na niebo szelestów pełne i na księżyc szkarłatny, ja zaś ukryty wśród nenufarów śledziłem jego ruchy i widziałem, że drży w samotności; noc zapadała coraz głębsza, a człowiek siedział na skale. Odwrócił oczy od nieba i wzrok swój skierował na ponurą rzekę Zairę, na żółte posępne jej wody na blade nenufarów legiony. Ukryty wśród nenufarów śledziłem jego ruchy i widziałem, że drży w samotności. I noc zapadała coraz głębsza, a człowiek siedział na skale. Wówczas zapuściłem się głębiej w bagniste pustkowie, a stąpając po oślizłych łodygach lilii wodnych przywołałem hipopotamy mieszkające w bagnie; usłyszały wołanie moje i przyszły wraz z Behemotami aż do stóp skały i ryczeć poczęły głośno i przeraźliwie pod czerwonem światłem miesiąca. Siedziałem ukryty w gęstwinie nenufarów śledząc ruchy człowieka na skale i widziałem, że drży w samotności, tymczasem noc zapadała coraz głębsza, a on siedział wciąż na skale. Wówczas zakląłem żywioły w jedną olbrzymią wrzawę. I wszczęła się burza na niebie przed chwilą tak spokojnem. I niebo zbladło straszliwie pod przemocą burzy, a deszcz smagał głowę człowieka, a fale wód wystąpiły z łożyska rzeki, a rzeka udręczona burzyła się i pianą tryskała, a nenufary krzyczały z głębi swych gniazd, a las szalał pod wpływem wichru, a grzmoty ryczały i błyskawice spadały jedna po drugiej. I skała poruszyła się w swych posadach. Ukryty śledziłem ruchy człowieka siedzącego na skale i widziałem, że drży w samotności, tymczasem noc zapadała coraz głębsza, a człowiek siedział na skale. Wówczas zawrzałem gniewem i rzuciłem klątwę milczenia na rzekę i nenufary, na wicher, las, niebo, grzmoty i na wieczne nenufarów westchnienia. I klątwa spadła na nie i stały się nieme. Księżyc zaniechał swej uciążliwej po niebie wędrówki, grzmoty skonały i nie było już błyskawic. Chmury zawisły bez ruchu. A faje wód powróciły w łożysko rzeki i stanęły nieruchome, drzewa kołysać się przestały, a z kielichów lilii wodnych nie wybiegały już westchnienia. I... szmeru najlżejszego i cienia nawet głosu żadnego dosłyszeć nie było można. Zaniemiała bowiem niezmierna bezgraniczna pustynia. Spojrzałem wówczas na litery w skale wyżłobione i zobaczyłem, że są już zmienione. Na skale wypisanym był wyraze. Zwróciłem oczy na twarz człowieka i ujrzałem ją przerażeniem bladą. Oderwał on szybko głowę od ręki na której ją wspierał, wyprostował się w całej wysokości i pilnie nasłuchiwać począł..... Napróżno! Oniemiała! olbrzymia, bezgraniczna pustynia i nie było w niej żadnego głosu, a litery w skale wyżłobione tworzyły wyraze. Człowiek zadrżał, odwrócił się nagłym ruchem i... uciekać począł... daleko..., a tak szybko, żem go dojrzeć nie mógł.

Księgi Magów, melancholijne księgi Magów żelaznemi spięte klamry, zawierają wiele pięknych . Są tam wspaniałe opisy: Nieba, Ziemi i potężnego Morza. Są powieści o Geniuszach co władały ziemią, morzem i Boską niebios krainą. Wiele też głębokiej mądrości mieściło się w słowach wypowiedzianych niegdyś przez Sybille i wiele wiele świętych rzeczy wysłuchały liście szemrzące naokół Dodony. Lecz jak prawdą jest, że Allach jest żywym, tak bajka ta, którą mi szatan opowiedział usiadłszy przy mnie w cieniu grobu, jest najdziwniejszą ze wszystkich. A gdy szatan ukończył swą opowieść, przewrócił się i tarzać począł w grobu zanosząc się od śmiechu. Lecz ja nie mogłem śmiać się wraz z nim i przeklął mnie szatan za to, że śmiać się nie mogłem. A Ostrowidz wieczny grobu mieszkaniec, wyszedł z grobu i położył się u stóp szatana i patrzył mu prosto w oczy.

Annabel Lee (Li).

Niegdyś przed wielu, wielu laty W królestwie nad mórz pianą, Żyła dzieweczka którą znałem ją zwano.

Dzieweczka z kraju ponad morzem, W Królestwie nad mórz pianą, Żyła tem tylko że mnie kocha I tem że jest kochaną.

Byliśmy dziećmi ja i ona, W onem królestwie nad mórz pianą A miłowaliśmy się miłością Nad miłość innym daną.

A miłowaliśmy się miłością, Ja, z moją Annabel Lee, O jakiej chyba, uskrzydlony Rój Serafinów śni.

I z tej to właśnie, z tej przyczyny W królestwie nad mórz pianą, Wicher napędził kłąb chmur siny W królestwie nad mórz pianą.

I jak Serafin lodowaty W mroźne odziany mgły, Do zimnej wtrącił ją mogiły moją Annabel Lee.

Bo tam, w królestwie nad mórz pianą Każde to dziecko wie, Że zazdrościły Serafiny Annabel Lee i mnie.

I że dla tego wichry mroźne W chmurne odziane mgły Zabiły ją Zmroziły ją... Piękną mą Annabel Lee.

Lecz w naszej miłości choć była dziecięcą Tak silnych uroków moc tkwi Żeśmy się kochali i lepiej i więcej Niż starsi i mędrsi niż my... Niż mędrsi i starsi niż my...

I nigdy anioły co w niebie królują Ni czarnych demonów rój zły, Nie mogły oderwać jej duszy od mojej Ni mojej od Annabel Lee.

I dziś skoro drżąca srebrzystość miesiąca I gwiazd pozłocistych rój

Śnię o niej i czuję na sobie płonące Jej oczy. Mej Annabel Lee.

I co noc w snów bieli, wśród srebrnej topieli Spoczywam z nią razem na zimnej pościeli Tam w jej królestwie nad mórz pianą Tam w jej mogile pod mórz pianą...

Wyspa Czarodziejki.

Lubię zaprawdę patrzeć na mroczne doliny i skały szarawe, na wody milcząco uśmiechnięte i pełne szumów bory, wzdychające wciąż, jakoby w śnie niespokojnym i na dumne, a czujne szczyty gór, patrzące na nas z wysoka. Lubię wpatrywać się w te wszystkie rzeczy, uważając je za to czem są w istocie, to jest za członki olbrzymiej całości, posiadającej własne życie i czucie. Olbrzymie to jestestwo, którego kształtem jest kula, najdoskonalsza i najzrozumialsza z form; odbywa bieg swój, w towarzystwie innych planet. Przesłodką służebnicą jego jest księżyc, a panem udzielnym słońce. Myśl jego jest myślą Bożą, życiem wieczność, rozkoszą świadomość, a przeznaczenie jego gubi się w bezmiarze nieskończoności. My zaś pozostajemy do tworu tego w tym samym stosunku, w jakim znajdują się do nas drobnoustroje gnieżdżące się w mózgu naszym, które bezwątpienia uważają nas za ciała martwe i nieorganiczne, zupełnie jak my ziemię. Teleskopy nasze i dochodzenia matematyczne, pouczają nas, że przestrzeń, a co za tem idzie i objętość, mają ogromną wagę w oczach Najwyższego. Koliste drogi po których poruszają się gwiazdy, są jak najdoskonalej dobrane do ewolucyi jak największej ilości ciał, chroniąc je zarazem od wzajemnych starć. Kształt zaś owych ciał dobrany jest najściślej, celem objęcia pod daną powierzchnią jak największej ilości materyi, a powierzchnie te rozmieszczone są w sposób, który im pozwala przyjąć na siebie ludność o wiele liczniejszą, niżby to było możliwe, przy każdym innym ich układzie. Fakt, że przestrzeń jest nieskończona, nie jest też żadnym dowodem sprzeciwiającym się pojęciu, iż objętość ma ogromną wagę w oczach Boga, bo przecież dla wypełnienia tej przestrzeni, istnieć może nieskończona ilość materyi. A skoro widzimy, że obdarzanie materyi życiem jest zasadą, a nawet, jak można mniemać, samąż istotą działań Bóstwa, nie byłożby logicznem mniemać, że życie owo, nie może być ograniczone do drobnych tylko rozmiarów, w jakich je oglądamy codziennie, z zupełnem wykluczeniem sfery wielkości. Podobnie jak odkrywamy koła w kołach i tak bez końca, a wszystkie dokonywują obrotów dokoła niesłychanie odległego m, którem jest Bóstwo, tak też przypuszczać możemy na mocy analogii, istnienie życia w życiu, najmniejszego w największem, a wszystkich w duchu Bożym. Słowem popełniamy fatalny błąd; wyobrażając sobie przez zarozumiałość, że doczesne i przyszłe losy człowieka, przedstawiają dla wszechświata większą wagę od owego y, który człowiek uprawia, lekceważąc go jednocześnie i któremu odmawia duszy dla tej błahej przyczyny, iż nie dostrzega jej działania. Takie i tem podobne myśli, nadawały dumaniom moim wśród gór i lasów zabarwienie, którego ludzie gminni nie omieszkaliby nazwać fantastycznem. Częste włóczęgi moje wśród tego rodzaju krajobrazów, dostarczały mi szczególnie ciekawych wrażeń, które nabierały w oczach moich tem większego znaczenia, że odbierałem je m. Cóż to za gadatliwy Francuz powiedział kiedyś, że „samotność jest piękną rzeczą, ale mieć kogoś, komu by można było powiedzieć, że samotność jest piękna“. Jako epigramat, jest to wyborne, ale to taka konieczność nie istnieje. Ilekroć zdarzyło mi się błądzić przez mroczne głębie dolin, lub wpatrywać się w lazurowe przeźrocza jezior, wrażenia moje potęgowały się niesłychanie faktem, że błądzę, że patrzę m. Otóż w czasie jednej z samotnych mych wędrówek, wśród okolicy odludnej, pomiędzy górami dziwnie spiętrzonemi, wśród zwikłanych zakrętów, melancholijnych rzek i sennych jezior, napotkałem pewien strumyk z małą na nim wysepką. Znalazłem się tam nagle w czerwcu, owym miesiącu rozwitych liści, a rzuciwszy się na ziemię, pod cieniem aromatycznego krzewu, nieznanego mi gatunku, zamierzałem spocząć tam z oczyma zwróconemi na krajobraz. Czułem, że jedynie w tej postawie napatrzę się dowoli, tak dalece wizyjny charakter, nosił ów widok, który miałem przed sobą. Ze wszystkich stron, z wyjątkiem od zachodu, gdzie się słońce wkrótce miało pogrążyć, wznosiły się zielone ściany lasu. Od strony wschodniej, strumyk załamywał się tak nagle, że dalszy bieg jego, stawał się niewidzialnym dla oczu. Zdawało się skutkiem tego, że został tu nagle uwięziony i że zamyka go od wschodu ciemna zieleń drzew. Z przeciwnej zaś strony, (tak mi się to zdawało, leżącemu twarzą ku niebu) spływała nieustannie w dolinę wspaniała katarakta ze złota i purpury, tryskająca ze słonecznej fontanny zachodniego nieba. W środku prawie, ciasnego widnokręgu, który obejmowałem wizyjnym mym wzrokiem, spoczywała na łonie wód strumienia, mała okrągła wysepka, pokryta przepychem zieleni.

Woda przeźroczysta naśladowała tak dobrze zwierciadło, iż niepodobieństwem było odgadnąć w którym punkcie szmaragdowej pochyłości rozpoczynało się kryształowe jej królestwo. Miejsce, w którem leżałem, pozwalało mi ogarnąć jednym rzutem oka oba krańce wysepki, wschodni i zachodni. Uderzyła mnie też odrazu, ostro odcinająca się różnica obu tych widoków. Zachód promieniał na kształt serajowego ogrodu piękności, czerwieniąc się i płonąc pod ukośnem wejrzeniem słońca i śmiejąc się przepychem wszystkich swych kwiatów. Murawa była tam krótka, i sprężysta, usiana gęsto asfodelami, drzewa rosły proste, smukłe, gibkie, pogodne i świetne, kora ich była gładka, błyszcząca i mieniła się tysiącem barw. Rzec by można, że na tym zachodnim krańcu obrazu, wszystko tchnęło głębokiem poczuciem radości życia. Mimo, że najlżejszy wietrzyk nie unosił się w całość wydawała się ruchliwą, dzięki niezliczonej ilości motyli, fruwających wdzięcznie na kształt tulipanów. Drugi kraniec wyspy, pogrążony był przeciwnie, w jak najczarniejszych ciemnościach, a wszystko było tam owiane ponurą melancholią nie pozbawioną jednak spokoju i piękności. Drzewa zczerniałe, posępne z kształtu i postawy o skręconych konarach, wyglądały jak widma upiorne, symbolizujące pojęcie śmiertelnego smutku i śmierci przedwczesnej. Murawa przybierała tam smętną barwę ciemnych cyprysów, przeginając ku ziemi znużone źdźbła. Tu i ówdzie sterczały małe kopce ziemi, ciasne i krótkie, wyglądające na mogiły mimo, że obrośnięte rutą i rozmarynem. Cienie drzew osuwały się ciężko w fale strumienia, jak gdyby się w nich topiąc i przenikały wodny żywioł coraz to głębszą ciemnością. Naraz wydało mi się, że w miarę jak słońce zachodziło coraz niżej, czarne cienie odrywać się poczęły od drzew, jakby z żalem i zapadały w zimne głębie strumienia, a natomiast powstawały nowe, zabierając miejsca opróżnione przez zmarłych swych współbraci. Od chwili, gdy myśl ta opanowała moją , gubić się zacząłem w niespokojnych marzeniach. „Jeżeli są na świecie wyspy zaczarowane, mówiłem sobie w duchu, to niewątpliwie ta musi być jedną z nich. Musi to być siedlisko jakich wdzięcznych wieszczek, które przeżyły zagładę swego plemienia. Tu zbierają się one zapewne, a zielone te kopce, to może ich mogiły. Czy też słodkie ich istnienia kończą się w podobny sposób, jak życie ludzi, lub też śmierć ich jest tylko rodzajem smętnego zanikania. A może oddają życie Bogu, stopniowo, wyczerpując zwolna swą istność, podobnie jak te odrywające się cienie drzew, które woda chłonie, stając się coraz czarniejszą. W takim razie życie wieszczek, byłoby tem dla śmierci, czem owe cienie są dla fali strumienia“. Podczas, gdy marzyłem tak z oczyma nawpół przymkniętemi, słońce zniżało się szybko do swego łożyska, a wodne prądy obiegające wyspę, niosły na fali białe, świetlne łuski, pochodzące z kory oderwanej od pnia nadbrzeżnych jaworów. Łuski te przybierały w czasie swej wodnej wędrówki tak rozmaitą postać, że przy odrobinie wyobraźni można je było wziąść za jakibądź inny przedmiot. I naraz zdało mi się, że z oświeconego zachodniego krańca wyspy, wyłoniła się jedna z owych wieszczek o których marzyłem i płynęła zwolna ku ciemnościom. Stała wyprostowana na wątłej swej łódce, poruszając marą wiosła. Dopóki znajdowała się pod wpływem promieni słonecznych, cała jej postać wyrażała , ale smutek przyćmił jej twarz, gdy wstąpiła w sferę ciemności. Sunęła tak zwolna dokoła wyspy, aż powróciła do miejsca jasnego. Obrót, jakiego dokonała wieszczka, marzyłem znów, jest zapewne jak gdyby krótkim rokiem jej życia. Przebyła zimę i lato i zbliżyła się już rokiem do śmierci, bo zauważyłem dobrze, że w chwili gdy przebywała ciemności, czarny cień oderwał się od niej i zapadł w czarną falę, która pochłonąwszy go stała się jeszcze czarniejszą. I znów ukazała się wieszczka na swem czółenku, ale w postaci jej było już mniej elastycznej pogody, a przebijały się w niej troska i niepewność. Płynęła tak od światła do ciemności, która pogłębiała się z każdą chwilą i znów cień czarny oderwał się od jej postaci i osunął się w hebanowe fale, pochłonięty przez czarne ich odmęty. I kilka razy jeszcze wieszczka opłynęła wyspę, przy zapadającem coraz to niżej słońcu, a za każdem wynurzeniem się jej na światło, postać jej wyrażała coraz to większe przygnębienie, a sylwetka jej stawała się coraz to bardziej nikłą, wątłą, mglistą i niewyraźną. Aż w końcu słońce zgasło zupełnie, a wieszczka stała się już własnym tylko cieniem i w postawie wyrażającej żal nieutulony, zanurzyła się wraz ze swem czółnem w hebanową toń strumienia. Czy wynurzyła się kiedy z toni? Niewiem, bo ciemność ogarnęła wszystko i nie mogłem więcej dostrzedz czarodziejskiej jej postaci.

Ulalume.

Nieba strop stał posępny i szary, Zwiędłych liści opadał plon suchy Liści zwiędłych i martwych, plon suchy. Noc płynęła przez senne obszary A październik to był, smętny, Mgła spowita mroczne jezioro, We mgle stał puszczy r, ostęp głuchy Groza szła przez oparne jezioro I przez las nawiedzany przez duchy.

Tam aleją cyprysów wspaniałą, Duch mój błądził ze swą Psyche w noc czarną Wśród cyprysów, ze swą Psyche w noc czarną Serce mole, jak wulkan gorzało I jak lawą tryskało pożarną Jak ów wulkan zwany gorzało Co nad strefą wzniesiony polarną ogniem i siarką stopniałą Gdzieś nad strefą płonący polarną.

Mowy nasze były skromne i ciche Lecz już niemoc nas zdjęła zdradziecka I odbiegła nas pamięć zdradziecka, Nie wiedzieliśmy ja, ani Psyche,

Że wróciła już noc staroświecka. Że październik to był smętny, głuchy, W mgieł oparnych tonący pomroce Że już noc powróciła zdradziecka, Noc doroczna, ach ta noc nad noce! Nie widzieliśmy jeziora, Znikł nam z oczu, puszczy ostęp głuchy. znaliśmy to mroczne jezioro I ten las nawiedzany przez duchy.

Lecz już noc się zbliżała do brzasku Gwiezdny zegar wskazywał świtanie, Nadchodzące zwiastował świtanie. W głębi naszej alei w zórz blasku, Już się pierwsze budziło zaranie. I cudownie wschodziła o brzasku Niosąc sierp swój, jak ostrza rozwarte Roziskrzona w porannych zórz blasku Promienista, dwurożna Astarte.

Wówczas rzekłem — Ach! gorętsza od Dyany, Jest Astarte, przez westchnień etery, Szybująca, przez westchnień etery. Snadź dostrzegła w swej drodze świetlanej Łzy nie oschłe i ból wiecznie szczery Łzy na twarzy i ból wiecznie szczery. Więc przybywa od lwa konstelacyi, By niebiańskie rozświetlić nam sfery, I nie bacząc na lwa konstelacyę,

Do Letejskich nas wiedzie przeźroczy, Skąd nie bacząc na konstelacyę Błyszczą ku nam miłośne jej oczy, Błyszczą wielkie, miłośne jej oczy.

Ale Psyche, wznosząc w górę ręce, Rzekła — Gwieździe tej nie ufam zwodnej, Ni bladości jej nie ufam zwodnej. O! spiesz za mną, nie zwlekajmy więcej, Uciekajmy od tej gwiazdy zwodnej. W trwodze wielkiej, mówiła i w męce, Pióra wlokąc, po kurzawie chłodnej I szlochała w żałosnej udręce Skrzydła wlokąc, po kurzawie chłodnej Jasne skrzydła, po kurzawie chłodnej,

Lecz ja rzekłem — Wszak to sen złudzenia! Tu, zostańmy, gdzie nas światło drżące, Kryształowe zlewa światło drżące. Sybilliczne biją odeń lśnienia Czarem piękna i nadziei tchnące. Patrz, jak skrzą się, wśród niebios Migotliwe w dnia świtaniu bladem. Śmiało możem zaufać w ich lśnienia, Za iskrzącym zdążając ich śladem Śmiało możem zaufać w ich lśnienia Dokąd błyszczą w dnia świtaniu bladem.

Ukoiłem pocałunkiem Psyche, Rozpraszając jej żal i skrupuły.

Uśmierzając jej żal i skrupuły. Lecz u krańca cienistej alei Stopy nasze chłód grobu uczuły Bo wstąpiły na wrota grobowe, Starodawne wrota legendowe. — Miła siostro! wyrzekłem do Psyche, Legendowy ukazując Jaki napis wyryto na grobie? Ona rzekła. — To grób Grób straconej twojej e.

Serce me, spopielało w proch szary, Jako liści uwiędłych plon suchy, Jako liści zmartwiałych plon suchy. I przejrzałem przez mgliste opary: Że październik to był mroczny, głuchy. Żem był niegdyś w tem miejscu upiornem, Wlokąc brzemię straszliwe, sieroce, W taką samą noc październikową, Noc doroczną, w taką noc nad noce. — Co za szatan! krzyknąłem, piekielny Tu mnie zawiódł, w puszczy ostęp głuchy. O! znam dobrze, to jezioro I ten tas, nawiedzany przez duchy. Mroczne we mgle tonące jezioro. I las nawiedzany przez duchy.

Cień.

Wy, którzy mnie czytacie, przebywacie jeszcze pomiędzy żyjącymi, lecz ja, który to piszę, będę już wówczas oddawna mieszkańcem krainy cieniów. Bo zaprawdę dziwne rzeczy nadejdą, wiele tajemnic odsłoniętych zostanie i wiele, wiele upłynie wieków, zanim wzrok ludzki spocznie na tych zapiskach. A z tych którzy je odczytają jedni nie uwierzą, inni wątpić będą, a niewielu tylko znajdzie przedmiot rozmyślań w wyrazach skreślonych dziś przezemnie na tych tabliczkach żelaznym stylusem. Rok ten był rokiem przerażeń, rokiem uczuć silniej napiętych niż przerażenie samo i na które niema nazwy na ziemi. Albowiem wiele dziwów i znaków ukazało się ze wszech stron na ziemi i na morzu, a zaraza czarne skrzydła szeroko rozpostarła. Wiadomem też było ludziom uczonym w gwiazdach, że oblicze niebios przybrało złowróżbną postać, a i dla mnie Greka Oinosa, nie było tajemnicą, że wkraczamy w powracający co lat 794 okres, w którym przy wejściu w konstelacyę Byka, planeta Jowisz się musi z czerwonym pierścieniem Saturna. Szczególniejszy ten nastrój nieba wywierał, jak się zdaje, potężny wpływ nietylko na materyalny glob ziemski, ale i na stan dusz, umysłów i na kierunek myśli ludzkich. Pewnej nocy znajdowało się nas siedmiu w jednej z komnat wytwornego pałacu wznoszącego się w posępnem mieście Ptolemais. Siedzieliśmy przy nalanych czarach, wypełnionych po brzegi purpurowem winem Chios. Do komnaty naszej prowadziło jedno tylko wejście przez wysokie spiżowe drzwi bardzo pięknie ukształtowane i wyrzeźbione, przez artystycznego rękodzielnika a. Drzwi te były prawdziwem arcydziełem, a zamykały się od wewnątrz. Ściany i okna melancholijnej tej komnaty przysłonięte były czarnemi draperyami, przez które dojrzeć nie było można gwiazd złowróżbnych ani bladego księżyca ani też posępnych śmiercią wyludnionych ulic. Mimo to nie mogliśmy wygnać z pomiędzy siebie wspomnienia i przeczucia wiszącej nad nami klęski. Było coś dokoła i obok nas, z czego nie umiem zdać jasno sprawy, cośmy jednak dokładnie odczuwali. Rzeczy materyalne i abstrakcyjne, jako to: ciężkość atmosfery, duszność i niepokój tłoczący, a przedewszystkiem ów stan przykry i niemal groźny, w jaki wpadają ludzie nerwowi w chwilach gdy zmysły ich ostro podniecone działają z całą siłą żywotną, podczas kiedy władze ich umysłowe pozostają w stanie odrętwienia i martwoty. Śmiertelny jakiś ciężar przygniatał nas, tłocząc brzemieniem swem członki nasze, sprzęty stojące w komnacie, czary pełne wina któreśmy wciąż wychylali. I wszystko zdawało się upadać obezwładnione pod gniotącym tym ciężarem z wyjątkiem chyba siedmiu płomyków strzelających z siedmiu lamp żelaznych, które przyświecały naszej orgii. Płomyki owe wydłużając się w cienkie świetlane niteczki płonęły nieruchome i blade, a pod wpływem ich blasku okrągły stół hebanowy, przy którym siedzieliśmy, zdawał się być gładkiem zwierciadłem, a każdy z obecnych w niem mógł odbicie własnej bladości i posępny niepokój wyzierający z oczu swych współbiesiadników. Mimo to wybuchaliśmy często głośnym śmiechem, weseląc się po swojemu i śpiewając gorączkowo pieśni Anakreonta, które są samym szałem i spełniając obfite czary, jakkolwiek wino w nich zawarte przypominało nam purpurę krwi. Lecz oto w komnacie naszej znajdował się jeszcze jeden człowiek, a był nim młody Zoilus, który leżał martwy wyciągnięty w całej długości i szczelnie owinięty całunem. On to był demonem i geniuszem tej sceny. Nie mógł już niestety brać udziału w naszej zabawie, chociaż twarz jego wykrzywiona bólem, chociaż oczy, w których śmierć nawet nie zdołała zagasić palącego ognia zarazy, zdawały się wyrażać zainteresowanie uciechą naszą, o ile zmarły zajmować się może tych, którzy umrzeć mają. Mimo, że ja Oinos czułem na sobie oczy nieboszczyka, postanowiłem nie rozumieć pełnego goryczy ich wejrzenia i wpatrzony uparcie w głębie hebanowego zwierciadła, śpiewałem donośnym i dźwięcznym głosem pieśni wieszcza z Teos. Stopniowo jednak śpiew mój przycichał, a echa jego wpadłszy pomiędzy czarne draperye przysłaniające ściany, stawały się coraz słabsze i mniej wyraźne i w końcu umilkły zupełnie. Aż oto z pośród draperyi, w których skonało przed chwilą echo pieśni, wynurzył się czarny nieokreślony. Cień podobny do tego, jaki powstać może z kształtów ciała ludzkiego w chwili gdy tarcza księżyca stoi nizko nad ziemią. Nie był to jednak cień człowieka, ani boga, ani żadnej znanej istoty. Drżał chwilę między fałdami draperyi, następnie wyprostował się i ustalił, zarysowując się wyraźnie na powierzchni spiżowych drzwi. Nie miał jednak kształtów określonych, gdyż nie był to kształt człowieka, ani żadnego boga, boga Grecyi, Chaldei lub Egiptu. Cień spoczął na drzwiach pod łukiem gzymsu, nie poruszał się i nie wymówił słowa, ustalał się tylko coraz bardziej, aż stanął nieruchomy. Spodu zaś drzwi na których spoczął, dotykały martwe stopy owiniętego w całun młodego Zoilusa. My siedzący przy hebanowym stole, ujrzawszy wynurzający się z pomiędzy draperyi, nie śmieliśmy spojrzeć na niego i trzymając oczy spuszczone patrzyliśmy wciąż w hebanowego zwierciadła, aż wreszcie ja Oinos poważyłem się przemówić kilka cichych słów i spytałem Cienia o imię jego i mieszkanie. A Cieli odrzekł: „Jestem Cień, a mieszkanie moje znajduje się w okolicach katakumb Ptolemais, obok ciemnych równin piekielnych okalających nieczysty kanał Charona“. A wówczas my wszyscy siedmiu zerwaliśmy się przerażeni z miejsc naszych i stanęliśmy drżący i zdjęci zgrozą, gdyż głos Cienia nie był wcale głosem jednego człowieka, ale jakby mnóstwa ludzi a zmieniając brzmienie w każdej wypowiedzianej głosce dochodził do uszu naszych zmieszanym dźwiękiem, odtwarzając kolejno głosy dobrze znane tysiąca i tysiąca zmarłych naszych przyjaciół.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…