Kilka zarysów z życia towarzyskiego
DUCH I KREW
KILKA ZARYSÓW Z ŻYCIA TOWARZYSKIEGO
TOM I
WARSZAWA
NAKŁAD I DRUK S. LEWENTALA
Nowy-Świat Nr. 41.
WARSZAWA
NAKŁAD I DRUK S. LEWENTALA
Nowy-Świat Nr. 41.
Kilka zarysów z życia towarzyskiego
DUCH I KREW
KILKA ZARYSÓW Z ŻYCIA TOWARZYSKIEGO
TOM I
WARSZAWA
NAKŁAD I DRUK S. LEWENTALA
Nowy-Świat Nr. 41.
Józefowi Ignacemu Kraszewskiemu
w dowód czci i wdzięczności
Kilka zarysów z życia towarzyskiego
I.
Cichy letni poranek uroczym blaskiem oblewał podolskie niwy, gdzie bujne a gęste plony przenicy, żyta, jęczmienia i prosa, tu ówdzie upstrzone groszkiem, blawatkiem, świerzopem lub kraśnym bodiakiem, obficie operlone kroplistą rosą, iskrzącą się brylantowym ogniem, wdzięcznie powiewały pod przelotem wiatru; i jak okiem rzucić, cała okolica zdawała się jakiémś czarodziejskiém morzém, którego bujające fale dziwnie migotały fantastyczną grą barwy i światła, jak gdyby się w niém zlały roztopione szmaragdy, topazy, szafiry i rubiny A daleko, daleko, pod skalistem wzgórzem, w zieloną strojném dąbrowę, jak gdyby piana téj fali, rozbijającéj się o twarde brzegi, ciągnęła się wąziutka smuga śnieżystej hreczki. Niebo było jasne, przezrocze, głębokie. Przy słońcu tylko, ciężko się podnoszącem u wschodu, bujał różnobarwny rój drobnych obłoczków, a takich jaskrawych, tak cudnie pomalowanych, iż rzekłbyś, że to z antypodów stado rajskich ptaków rozigrane aż tu się uniosło za tem drogiem słoneczkem, co je tak bogato blaskiem swym stroi. Lecz w miarę jak się ono wbijało ku górze, wciąż bladly, ciemniały, słabły; aż wreszcie wiatr je zagarnął i poniósł gdzieś bez wieści; i można już było wyrzec z poetą:
„Niebo tak zdjęło wszystkie chmury z siebie, Że tylko co nie widać Pana Boga w Niebie“.
I kto wie? może to tylko ludzkie, grzechem przytępione oko widzieć Go nie mogło?... Kto wie, czy Go nie widział ów orzeł, co tak rozkosznie, tak lubo nurzał się coraz głębiej i głębiej w niezmierzone tonie lazurowe? Czy Go nie widział ów drobny skowronek, co z taką radością, z taką ekstazą, dźwięcząc poranną swoją modlitewkę, wyrywał się z kwiecistej niwy, i tak szczerze, tak pracowicie słabemi skrzydełkami trzepotał, by tylko wyżej się unieść pod te niebiosa, gdzie ani gałązki na spoczynek, ani ziarnka na pokarm pewno nie szukał?.... Cóż go tam wabiło?.... A powietrze było lekkie, rzeźwiące, słodkie, wskroś przejęte wonią lip, hreczki i młodego zboża i zdawało się, że z każdym oddechem człek rajski nektar połyka, a takie jasne, takie przezrocze, iż doprawdy oko więcej zasięgało świata, niż go w kole widnokręgu było. I czarodziejski był widok okolicy, gdzie z jednego wzgórza, powiódłszy wkoło oczyma, można było widzieć kilkanaście wiosek, miasteczek, dworów i futorów, do którychbyś i za cały dzień nie dojechał, a które tu miałeś jak na dłoni, bieluchne. umajone zielonemi sadami, ozdobione wyniosłemi wieżami o złocistych krzyżach cerkwi i kościołów, to jak równianki rozciągnięte nad rzeką, to jakby wieńce okalające stawy, to jak stado kóz dzikich rozpierzchłe na szarych skalistych wzgórzach, to wreszcie jak pustelnicze samotne domki, tulące się w cienistych głębokich jarach. A tu ówdzie, jak, klomby w ogrodach, umiejętną rzuczone ręką, szumiały piękne dąbrowy; tu ówdzie na rozdrożach u źródeł, wśród wyniosłych topoli, stały zielone krzyże lub białe kapliczki; tu ówdzie między wierzbami turkotaly i huczały niewielkie młynki lub przy gościńcach, przyczajone pod dębami, czatowały łapczywe karczmy. Poranną ciszę zrazu tylko gwar ptasząt przerywal; lecz dalej, dalej, ozwał się ryk trzody i pastusza fujarka i zaturkotaly wozy po skalistej drodze, co, jakby bajeczny ów potwór morski, ów smok olbrzymi, wiła się przez bujające fale suchego oceanu, to się nurzając w szumiące tonie, kędy głębsze jary, to znów błyskając swoim płowym grzbietem, kędy wyższe wzgórza; i z każdą chwilą przybywało życia pięknej okolicy, aż wkrótce wszystkie drogi i dróżki zaroiły się ludem, jak by mrówkami. Była to niedziela, a więc i jarmark w jakiejś okolicznej mieścinie; dla tego to tak się wlekli ludziska. Tak tedy po skalistej drodze żwawo się toczyły, lubem wibijane wozy, krępemi i żwawemi mucykami pozaprzęgane, które pyzaty, rumiany chłopak wesoło poganiał, gdy tymczasem pan ojciec, w wysokiej baraniej czapce z aksamitnym wierzchemi w szarej świtce, bogato naszywanej kraśnemi włóczkami, wesolo gwarzył z panią matką, co w białej koszuli, wrzorzysto haftowanej u ramion, z kilku sznurkami korali na szyi, w dostatniej czupertej namitce, w barwistej kramnej spodnicy, wiozła się do miasta z dziesiątkiem kurcząt, z garnuszkiem masła, lub dzieżeczką séra; tylko kiedy niekiedy stary fuknął na malca, gdy ów rozigrany, puściwszy muce w galop, nie szanował mostków ni jarów. Daléj na dzielnych mierzynkach harcowały raźne parobki, wzajem wyścigając się w biegu i, z uszanowaniem witając panów gospodarzy, a bundiucząc się lub figlując przy wymijaniu dziewcząt, co w ukwiecionych kiczkach z pękami różnobarwnych wstążek rozwianych po ramionach, w jaskrawych spodnicach, śpieszyły tąż drogą, bądź z kobiałkami grzybów lub zieleniny, bądź z wiadrami wiśni lub czereśni. Ówdzie pod figurą siedział przy obrazie stary dziad z dzwoneczkiem, prosząc o ofiarę dla świętego Mikołaja, lub ślepy lirnik, żałosnym głosem wyśpiewujący nabożne pieśni, przy wtórze skrzypiącego swego instrumentu. Tam znowu biedniejsi gospodarze pedzili owce, lub wiedli krówki albo woliki, lub się tarmosili z wrzaskliwemi wieprzami, ciągnąc je na sprzedaż na chleb powszedni, o który na przednówku tak trudno. Dalej poważnie się wlokły ogromne fury, wysoko naładowane garncarskim wyrobem, a przy nich majstrowie troskliwie się krzątali, to z jednej, to z drugiej zabiegając strony i podpierając ramieniem lub podkładając halmy pod koła, by swój kruchy towar od szwanku ochronić. Indziej w granatowych żupanach, w siwych baranich czapkach wysokich a rozszerzonych u wierzchu, jakby kapitele korynckie, wieźli się szewcy, o czem jasno świadczyły wiązki juchtowych i kozłowych butów, poprzyczepiane z tyłu wozów do drągów. Filipońska telega nęciła miłym widokiem wczesnych melonów i ogórków. Dworska klucznica, starannie się kryjąc ze swojem obliczem od słońca, czy ludzi, jechała na prostym wozie, obstawiona dzieżkami i faskami séra i masła. Za nią turkotala bryczka pana ekonoma, co z wystrojoną imością śpieszył niby to na mszę, dumnie spozierając na kłaniających się chłopów. Ówdzie uczepione do wozów, naładowanych kołami, toczyły sie nowe bryczynki; ówdzie piętrzyły się fury beczek, wiader, fasek i dzieżek, między któremi sterczały, zadariszy nogi, stołki i laweczki. Tam znowu wychudłe woły ciągnęly furę siana lub trawy, na której wyciągnąwszy się na brzuchu, gospdarz marzył o jarmarkowych uciechach. Dalej, pod ciężarem swojego kramu zgarbiony, dybal brodaty kacap, niosący się z wstążkami, paciorkami, igłami i prześlicznemi obrazkami na pokusę biednym prostakom, lub raźno czesał z wysoką piramidą sit i przetaków. Zanim pomaluczku wlókł się obszarpany dziadek z workiem drewnianych łyżek na plecach i z pękiem kociub na ramieniu. Nareszcie, co koń wyskoczy, biegły a biegły fury synów Izraela; a gorliwi czciciele złotego cielca, gniotąc się jak śledzie w beczce, zawzięcie o czemś szwargotali z sobą, co wszakże wcale im nie przeszkadzalo mimo jazdem zaczepić każdego kmiotka, u którego tylko coś na wozie spostrzegli, bądź pytając o cenę, bądź szydząc z towaru i zapowiadając. że nikt go darmo nie weźmie. Taki był widok podolskiej drogi, wiodącej do miasteczka Międzygórza, po której na dzielnym szpaczku, w lekką przyodziany bluzę, w słomianym kapeluszu o szerokich skrzydłach, z podróżną sakwą na plecach, klusował raźny młodzieniec, witany życzliwemi ukłony wymijanych wieśniaków, na które również uprzejmie im odpowiadał. Wkrótce też, za zbliżeniem się traktu do krawędzi pagórka, nagle się ukazała rzeczona mieścina, malowniczo nad brzegiem obszernego stawu, w głębokim rozdole, rozrzucona. Bielutkie domki o żółtych przyzbach, o dachach, wdzięcznie się rysowały na tle ogrodów i sadów; lecz najmilej wpadały w oko wysmukłe wieżyczki gotyckiego kościoła, otoczonego świerkami i kasztanami, i trzy zielone kopuły cerkiewki, z pomiędzy lip starych strzelające w obłoki. A po nad ich krzyże wzrok, wybiegając po za mieścinę, z niemałem też upodobaniem spoczywał na przeciw ległem wyniosłém wybrzeżu stawu, nad którym, u stóp poważnego pańskiego dworca, rozścielał się stary ogród angielski, cudnie się źwierciedlący w modrawej jego toni. Ta, nieopadal przecięta wysoką groblą z gustownym mostem, przerzuconym śmiałą arkadą, spadając na koła wyzierającego z pomiędzy smukłych topoli i wierzb sędziwych mlyna, dalej już biegła ścieśnionym prądem między skalistemi brzegami, nim znowu na obszernej niwie w staw się nie rozlała, nim znowu nie spotkała grobli na swej drodze. I tak daléj, i daléj ciągnąc za chwycone oczy uroczem swojem porzeczem między dzikie skały, ukwiecone łąki i malownicze sadyby, aż do samej krawędzi niebios je uniosła. Lecz wróćmy do naszego młodzieńca. Wbiegłszy do miasteczka, skierował konia w stronę kościoła i, nie bez trudu przedarlszy przez barykady wozów i straganów i przez tłum jarmarkujących, stanął na dziedzińcu skromnego dworku, leżącego tuż przy kościelnym cmentarzu. Zeskoczywszy z siodła przed gankiem, puścił swojego szpaczka swobodnie, a ten, jak prawdziwy bywalec, wprost się skierował do stajenki i zarżał u wrót zamkniętych. Wtem z budy, stojącej podle, wypadła potężna brytanica i, warknąwszy zajadle, rzuciła się na niego; lecz, posłyszawszy głos przybylca, wołający z ganku: „Wstydź się, Dyana, wstydź się! tak przyjmować dawnych znajomych: ” — w radosnych susach poskoczyła ku niemu, i łasząc się przy jego nogach, zdawała się prosić o przebaczenie. A w tejże chwili z ogrodu wyskoczył żwawy chłopaczek, którego posiniałe usta wyraźnie świadczyły o pielęgnowaniu czereśni; uśmiechnąwszy się do gościa, otworzył wrota szpaczkowi i pobiegł do ganku, aby zabrać bluzę, szpicrutę i torebkę od jeźdźca, któremu wprzód ucałował rękę. — Jak się masz? Józiku! — Nóżki całuję! dziękuję panu. — A czy smaczne czereśnie? Chłopiec się zarumienił po uszy. — Obmyjże buzię, żeby ci iność czuba nie natarła. — To nie z ogrodu; to mnie ciotka gościńca przyniosła, — protestował chłopak, rękawem ocierając usta. — A cóżeś robił w ogrodzie? — Wróble odpędzałem; bo tak jedzą, aż strach! — Odpędzajże, odpędzajże; bo imość zaraz złoży na ciebie. Chłopiec nastroijł żalosną minkę. — A ksiądz czy jeszcze w domu? — A jużei, kiedy ja w domu. — A prawda! wszakci to on bez ciebie i kroku stąpić nie może. I szedł do pokoju. Ubożuchno tu było, ale porządnie i czysto. Stół jesionowy przed takąż kanapą, pokrytą perkalikiem, i kilka podobnych krzeseł, składały całe umeblowanie. W okienkach z białemi firańkami stały kwitnące róże, pelargonie i gwoździki, Naścianach, w prostych drewnianych ramkach, kilka pięknych sztychów i kika olejnych obrazów religijnej treści, oprócz wizerunku Ojca św. Na kominku, między bukietami kwiatów, staroświecki wiedeński zegar. Na stoliku kilka numerów gazety, Pamiętnik religijno-moralny i parę zeszytów Catechisme deła persetórance. Nie znalazłszy tutaj nikogo, młodzieniec się zbliżył do drzwi przymkniętych przyległego pokoju i zlekka do nich zapukał; a w tejże chwili się rozwarły i wyszedł z brewiarzem w ręku sędziwy kapłan, średniego wzrostu, nieco przygarbiony, bieluchnyjakgołąb”, z dobrotliwym uśmiechem na bladych ustach, z cechą wyższego umysłu w szlachetnóm obliczu i w żywych, choć zapadłych, oczach, z aureolą cierpień i trudów na wyniosłćm czole. — A witajże, witaj, drogi mój baranku! — starzec, tkliwie ściskając i całując w czoło swojego gościa, który się rzucił w otwarte jego objęcia. — Siadajże, proszę, i powiadaj szeroko a długo: gdzieś bywał? coś porabiał przez cały ten tydzień? a najpierwej o zdrowiu pana porucznika. — Dziękuję księdzu dobrodziejowi! — odrzekł młodzieniec, zajmując krzeszło obok gospodarza, — ojciec mój ma się niezgorzej, i przesyłając księdzu dobrodziejowi swoje ukłony, poleca się jego świętym modlitwom. — Boże mu błogosław! — dorzucił staruszek. — Jakże gospodarstwo? siano czy zebrałeś? pasieka jak idzie? — Siano trochę się wyblichowało; ale już dzięki Bogu, zwiezione. Z pasieką pół biedy: lipa kwitła wybornie, hreczka dopisuje i pszczółki nie tracą czasu: byle chwilka pogodna, wnet ulom sporo wagi przybywa. A u księdza dobrodzieja, jakże też idzie? — To jest u mojej Leosi, bo, jak wiesz, ja się do niczego nie wtrącam, a raczej kochana siostrunia tak mię w łapy wzięła, że ani ruszyć się nie mogę. Otóż u Leosi słowo w słowo jak u was; tylko nam możłyłzca parę pni zepsuła, ale zato aż trzy po roje wyszły. — Wybornie! i cóż pani regentowa z niemi zrobiła? — A naturalnie, że kazała wsypać na zamotyliczone, jako subsidium. — U mnie, dzięki Bogu, nie było co poprawiać, to też Omelko nie dał roić się młodzieży i w porę mateczniki pozrywał. Ale gdzież jest pani regentowa? — Moja siostrunia najpewniej w kuchni; bo wszakci to dzisiaj nie obejdzie się bez gości, a jej w to igrajcie! będzie się miała przed kim popisać z swoim kulinarnym kunsztem. Ale musi chyba nie wiedzieć o twoim przyjeździe... zaraz ci ją sprowadzę. — Ależ księże dobrodzieju! proszę nie przerywać zatrudnień pani regentowéj!.... czyliż się godzi dla mnie..... — Oto mi takoz! — rzekł starzec wesoło — dla mnie! to mi skromniś! chcesz chyba, żebym dostał burę z twéj łaski. I otworzywszy drzwi do sieni: — Józik! skocz-no tu żwawo! — zawołał. I wnet jakby z niebios zleciał znany nam chłopaczek, tylko już bez śladu czereśni na ustach. — Gdzie imość? — W piekarni, pomaga Józefowi pierogi z czereśniami robić. — Prośże ją do mnie, a prędko. Chłopak się skręcił na piętach, i wkrótce weszła do pokoju czerstwa, choć już z posrebrzanym włosem, staruszka, dość sporéj tuszy, z wesołém, rumianém obliczem, dobroduszną prostotą tchnącém. W perkalikowym szlafroczku, z zatoczonemi rękawami, podpasana białym fartuchem, z pękiem kluczów u pasa, ręce miała zafarbowane czereśniowym sokiem i oblepione mąką, co wyraźnie o jéj zatrudnieniu świadczyło. Spostrzegłszy gościa, wstrzymała się w progu, i kryjąc ręce za plecy, zawołała z wesołym uśmiechem: — Otożem ślicznie się zaprezentowała! Ach infamis Józik! nic mi nie powiedział o gościu! A gość już stał przed nią, z uśmiechnioną twarzą, z wyciągniętą dłonią po ową pracowitą rękę, co się tak od niego kryła. — Serceż ty moje! — zawołała staruszka, ciągle się kryjąc z rękoma, — nic z tego! nic z tego! nie dostaniesz pierogów przed czasem, a przytem bez cukru i bez śmietany. Daj mi tu lepiej swoją poczciwą główkę, niech ją po macierzyńsku ucałuję. I na pochylonem czole przybylca serdeczny złożyła pocałunek. — A pan porucznik? — spytała. — Rączki pani całuje. — Chyba jak obmyję.... Baw go, bratuniu, a ja pręciuteńko dokończę pierogów, wyczupurzę się ślicznie i zaraz do was przybiegę. — Dobrze, moja Leosiu, — odrzekł staruszek — tylkoż pośpieszaj, bo już blizko dziesiątej; lada pani chorążyna do kościoła przyjedzie, a jam jeszcze swoich pacierzy nie skończył. — Serceż ty moje! natychmiast! wszak u mnie robota ogniem się pali. — I pobiegła żwawo babula. Młodzieniec nagle sposępniał, brwi mu się zbiegły i czoło zmarszczyło, jak gdyby nagły ból serce mu ścisnąl; i stał w miejscu, jak wryty, skrzyżowawszy ręce na piersiach i nieruchomym wzrokiem wpatrując się we drzwi, któremi wyszła staruszka. Ksiądz siedział w milczeniu, a spoglądając z boku na tę niemą boleść, i sam się również zachmurzył. Smutnie zwiesił głowę i czoło oparł na dłoni, jak gdyby chcąc jej dopomódz do podźwignienia srogiego brzemienia wspomnień, co się nagle na nią zwalilo.... Lecz spuszczone oczy padły na krzyż święty, wiszący na jego piersiach, i wnet orzeźwiał, rozpogodził lice i ze zwykłym słodkim uśmiechem zbliżywszy się do gościa, ujął go za ramię, i lekko wstrząsając, rzekł mu łagodnie: — Cóż ci to, Bogusiu? znowu ziemskie smutki! Musialeś dawno duszą w niebie nie bywać?! Bogumił nagle się wstrząsnął, powiódł ręką po czole i rzekł z westchnieniem: — Niedawno, niedawno, dobry mój ojcze! lecz sercu na ziemi braknie téj, z którą się dusza w niebie radnje! A pani regentowa tak mi ją żywo na myśl przywiodła!... I łzami zaszły piękne oczy młodzieńca.... — Ojciec ci pozostał! — rzekł ksiądz uroczyście, — ojciec, znękany kalectwem, smutkiem i starością; zachowajże dla niego umysł wesoły i serce mocne! I raptem, zwróciwszy się do okna i klasnąwszy w ręce: — Otóż ich macie! — krzyknął załośnie, — biedna moja rezeda!... a to wszystko z łaski Leosi, która swoją kapustą z całego świata gąsienice zwabiła! — Serceż ty moje! cóż tam na Leosię wymyślasz? — zawołała pani regentowa, wszedłszy w tej chwili już bez fartucha, ze spuszczonemi rękawami, z umytemi rękoma, z czepcem na siwych, gładko uczesanych włosach, które przedtém chuściną tylko były związane. — Nic nie myślę, tylko najszczerszą prawdę powiadam, że z laski twojej kapusty gąsienice z kretesem zjedzą mi rezedę! — Tyleby i biedy! ale biedna moja kapusta!... I załamała ręce, smutnie chwiejąc głową. — Czyż pani regentowa nie zna sekretu na gasienice? — spytał Bogumil. — Serceż ty moje! alboż jest taki? — zawołała uradowana staruszka. — Jest, i to niezawodny, a bardzo łatwy. — Mójże ty kociku! powiedz, na miłość Boga, powiedz! — błagała babula, składając ręce. — Niech pani każe kilka żywych raków przywiązać na nitkach między grzędami... — Masz-ci za taki sekret! — rzekła regentowa, klapnąwszy gościa po ręku i udając obrażoną, — tak to zazwyczaj: cudza bieda ludziom śmiech! — Ależ, droga pani, czyżbym ja śmiał zartować? szczerze powiadam... — Ej filucie, filucie,! cóż mi te raki pomogą? — A pomogą, — rzecze staruszek z uśmiechem — obaczysz, jak się zawiną, to ci do wieczora wszystkie gąsienice wyduszą... — No, to posadź je sobie na wazonach. — Ależ proszę pozwolić, niech dokończę! — przerwał Bogumił. — Kończ, kończ! — rzekła staruszka — a strzeż się, żebyś drugiego klapsa nie dostał. — Otóż. jak uwiązane raki pozdychają i (z przeproszeniem) gnić zaczną, to niezawodnie wszystkie się gąsienice wyniosą; bo mają podobno węch bardzo delikatny. — A prawda! — zawołała pani regentowa — wszakci to radzą konopie przy kapuście sadzić!... ale raki muszą być lepsze. — A co? czy dostanę klapsa? — Serceż ty moje! niechże cię uścikam — rzekła rozczulona staruszka i, uścisnąwszy młodzieńca po macierzyńsku za głowę, tkliwy pocałunek na jego otwartém czole, on zaś z rozrzewnieniem ucałował jej rękę. — Zwawo po raki! zawolała pani regentowa — zaraz poślę Józika. — Bój się Boga, kobieto! — przerwie jéj staruszek a któż mi do mszy będzie ministrował? posyłaj sobie Józefa. — Ot tak masz! a obiad kto nam zgotuje? chyba już wyprawię Janka. — A któż będzie dzwonił? kto mi pomoże śpiewać? kto świćce zapali?... — No, to cóż robić? — Zaczekaj! — Zaczekaj, zaczekaj! a tu każda minuta droga... No, to już chyba ty mi raków przyniesiesz — dodała, zwracając się do gościa — bo mam nadzieję, że ich nałapiesz niemało, zérkając z po za organów na swoję Bogusię... ot i mam jednego! doskonale!... ale tego szkoda do kapusty, posadź go na kwiatku..... I śmiała się poczciwa babula widząc, jak wspomnienie Bogusi szkarlatem hoże lica młodzieńca okryło. — Bawcież się tu sobie, a ja pójdę pacierz kończyć — rzekł staruszek i wyniósł się do drugiego pokoju. — Siadajże, kociku, i pogadajmy, bo tyle tylko naszego, co przede mszą; na obiad pewnie się któś zdarzy. Bogumił usiadł w milczeniu. — Cóż tak oniemiałeś? — ciągnęła dalej pani regentowa. — Bodaj tych zakochanych! im się musi zdawać, że jak swojej lubéj, tak i każdemu mogą wszystko powiedzieć wzrokiem a wymowném milczeniem! Otoż oświadczam ci z góry, żem już zupełnie zapomniała tego języka; gadaj więc po ludzku. — Przywiozłem pani nową książeczkę. — A czy ładną? — Mam nadzieję, że się podoba pani. Są to Podania litewskie, Chodźki. — Serceż ty moje! dwa razy się podoba, bo i Chodźki, i litewskie! Już dla mnie, jak tylko Chodźki, to ładne; bo to jakoś tak prosto a składnie do serca i rozumu trafia, że aż się dusza raduje! Nic tam wyszukanego, nie mądrego; a takie to poczciwe, choćby i w kościele czytać! A tu jeszcze powiadasz, że są to podania litewskie! Powiem ci szczerze, nie dlatego, żeś waćpan Litwin, ale doprawdy bardzo Litwę kocham, i nigdy nie zapomnę tych kilku latek, któreśmy tam z nieboszczykiem regentem przeżyli. Poczciwe a proste serca, ot jak to pisanie mego drogiego Chodźki, które tak słusznie Obrazami litewskiemi nazwał... Ale dajmy pokój tym książkom!... Dziękuję; tylko nie prędko ci oddam, bo teraz jest i bez czytania dosyć roboty, a mam jeszcze skończyć Kordeckiego, co mi Bogusia dała. — Jakże się pani podoba? — Serceż ty moje! to modlitwa! — zawołała staruszka z ekstazą. — Ale co bo ty ze mną starą prostaczką w literackie gawędy się wdajesz? Zostaw to lepiej dla braciszka mego. A ja ci powiem, że w piątek była u mnie Bogusia; pytała o ciebie i obiecała, że mię we środę znowu odwiedzi; chce się nauczyć ode mnie solić ogórki. Bogumił milczał, a lekki rumieniec znowu mu lica okrasil. — I cóż? nie dziękujesz mi za nowinkę? — Dziękuję, z całej duszy dziękuję! odrzekł młodzieniec; a po chwili dodał posępnie: — A pan Fortunat? — Śmiej się ty z takiego Fortunata! — zawołała staruszka, machnąwszy ręką i uśmiechając się wzgardliwie. — Dziewczyna cierpiéć nie może tego wymokłego pimperleja! — A pani Chorążyna? — przerwał Bogumił. — Pani chorążyna?... Pani chorążyna swoim zwyczajem; powiada braciszek, że się nacieszyć nie może heraldyczną crudycyą pana wojewodzicowicza, jego kolligacyą, jego francuszczyzną i znajomością wielkiego świata; ale z tém wszystkiem związek, któregoby pragnęła, do skutku pewno nie przyjdzie. Że Bogusia dobra, utalentowana, piękna, to pan Fortunat widzi, bo jużciż ma oczy; że arcyświetnego rodu, to słyszy, bo jużciż ma uszy, a chorążyna mu to powtarza; ale cóż po tém, kiedy przezacny wojewodzicowicz słyszał i od ludzi, i od niéjże saméj, że biednej sierocie tylko 20, 000 złotych posagu przeznacza!... Piękne więc mięsko, ale nie posolone! — Przy szczerych chęciach może jedno zero przyczynić! — rzekł Bogumił z westchnieniem. — Bynajmniéj! — odparła pani regentowa — wszakże ci wiadomo, że pomimo swéj dumy jest to kobieta pełna rozsądku i szlachetności. Postanowiła więc niezłomnie, a nawet braciszkowi memu naj uroczyściej przyrzekła, że temu tylko odda rękę Bogusi, kto ją pokocha jako biedną sierotę, a nie jako wychowanicę milionowej pani. Dlatego-to tak głośno gada o tych dwudziestu tysiącach, choć Bóg to wie, co w głębi duszy zamyśla. A w końcu, mówiąc między nami, pominąwszy nawet rozsądek i szlachetność, samaż owa duma niemałą tu gra rolę; bo trzeba ci wiedzieć, że pani chorążyna tak wysokie ma wyobrażenie o znakomitości rodu swojej wychowanki, iż najmocniej jest przekonana, że gdyby nawet jaki udzielny książę o jej się rękę ubiegał, to i to za wielkie szczęście powinienby uważać, jeśliby mu ją choć w jednéj tylko sukieneczce oddała. A na takie warunki, bądź pewnym, że w dzisiejszym złotym wieku żaden się paniczyk nie zgodzi. Bogumił słuchał posępny, ze zwieszoną głową, i tylko zawzięcie naciągał piękne wąsiki swoje. Poczciwa staruszka, patrząc na jego chmurne oblicze, ani się spostrzegła, jak i sama jakoś dziwnie sposępniała, i zamilkłszy, nie mogła już znaleźć treści do dalszej rozmowy. Na szczęście wszedł ksiądz Bartłomiej, i bystrém okiem zmierzywszy oboje, zawolał niby zdziwiony: — Także się to bawicie? pozasępialiście się jak puszczyki! oto mi ślicznie! — Serceż ty moje! — krzyknęła pani regentowa — powiedz-bo co wesołego, żeby go rozśmieszyć! A to ja mu tyle nagadalam tutaj różnych różności, niby na pociechę, że zamiast pociechy, smutek tylko sprawiłam! — Boś mu pewno gadala o Fortunacie? — rzekł starzec z wyrzutem. — Jak ciebie kocham, bratuniu, sam zaczął! — A ty skończyłaś. — Serceż ty moje! cóż ja mu złego powiedziałam? u mnie w konkluzyi wypadło, że chorążyna Bogusi nietylko za pana Fortunata, ale nawet i za udzielnego księcia nie wyda; bo tak wysokie wyobrażenie ma o jej rodzie... — Z pieca na leb, Leosiu! — przerwał ksiądz Bartłomiej — daj już lepiej pokój swoim konsolacyom... Śmiej się z tego, mój ty Bogumile, a wierz temu, co ja ci powiem: pani chorążyna tak mocno kocha pannę Bogumilę, że przy pomocy bożéj, kto wié, czy dla jéj szczęścia nie da się nakłonić nawet do ofiary ze swojej dumy? a żeście oboje Bogu mili, to i nie traćcie nadziei. — Serceż ty moje! niechże cię uściskam! — zawołała staruszka, rzucając się bratu na szyję — jakżeś to ładnie jakoś powiedział! Patrz, patrz! ot i poweselał nasz Boguś! chwała Bogu! chwała Bogu! — dodała, klaskając w ręce — jakoś to będzie. — Dziękuję państwu! — rzekł Bogumil — z całego serca dziękuję za te poczciwe słowa pociecby, a wybaczcie, że was swojemi smutkami smucę. — Dajże bo pokój — rzekła regentowa — a schowaj komplimenta dla obłudników. W téjże chwili przed oknami plebanii przemknął elegancki koczyk, a za nim zgrabna doróżka. — Pani chorążyna! — zawołał ksiądz Bartłomiéj. — Bogusia! — szepnęła pani regentowa, z figlarnym uśmiechem spoglądając na Bogumila. Bogumił pobladł i tylko szepnął ponuro: — Fortunat! — Staruszka smutnie potrząsnęła głową i pogroziła mu palcem. — Chodźmyż do kościoła — rzekł ksiądz Bartłomiéj, zabierając się do wyjścia. — Tylkoż ślicznie mi się spisuj, mój ty organisto, bo pani chorążyna wszystkich gości swoich za sobą powiozła... A imość wyprawno mi czém prędzej Janka do dzwona, a Józik niech do zakrystyi z fajerką rusza. I wyszedł, popychając przed sobą ceremoniującego się gościa.
Kilka zarysów z życia towarzyskiego
II.
Nim się msza skończy, opowiem szanownym czytelnikom moim dawniejsze dzieje osób, które na scenę tej powiastki wprowadzam; a zacznę od księdza Bartłomieja. W późnym już wieku, bo w czterdziestym szóstym roku życia swojego, zostawszy kapłanem, z niepospolitą nauką, z wysokim kaznodziejskim darem, nieskazitelnych obyczajów, mogą być ozdobą nawet biskupiej stolicy, nigdy nie pomyślał o żadnych zaszczytach, owszem najstarannéj od nich się uchylał, i jako wikary przy międzygórskim kościele filialnym, spędziwszy lat dwanaście z zupełném zaparciem się samego siebie, w ciągłym trudzie i poświęceniu się dla dobra swojej owezarni, którą całém sercem ukochał, skromny i cicby, nie pragnął wyższego szczęścia nad to, by mógł aż do śmierci pracować na drogiéj mu niwie, która, dzięki jego staraniom, co rok to piękniejszym zdobiła się plonem. A jego dziatwy duchowej, którą do cnoty prowadził, była dlań największym zaszczytem i najmilszą nagrodą w życiu. Bóg téż błogosławił jego świętym chęciom. W całej okolicy nie było poczciwszych włościan nad międzygórskich: od lat już ośmiu nikt tam nie słyszał o żadném bezprawiu, o kradzieży lub pijaństwie, o waśniach między rodzeństwem; a jeśli się zdarzyły jakie zajścia sąsiedzkie, to, nie ciągając się po sądach, obie strony niezwłocznie biegły do swego ojca dobrodzieja, jednomyślnie do jego się zdania odwołując i ochoczém sercem na jego wyrok się pisząc. Obowiązki włościańskie pełnili najsumienniéj, tak, że gospodarstwo pani chorążyny, choć wdowy, nieświadoméj spraw ekonomicznych, uchodziło za najwzorowsze w całym powiecie i zdumiewało zacnych jej sąsiadów. Chorążyna wiedziała dobrze, komu to winna, i wszelkich dokładała środków, by zadość uczynić skromnym żądaniom księdza Bartłomieja, by już nazawsze w Międzygórzu pozostał. Chciała nawet wyjednać erekcyą międzygórskiej kaplicy na kościół parafialny, i probostwo jemu powierzyć; lecz starzec jak o największą łaskę upraszał, by zaniechała tego, oświadczając, że ślubował Bogu cały wiek swój spędzić w skromnym wikarego stanie. Postanowiła więc innym sposobem dowieść mu swojej wdzięczności, którą mu winna była nie, za same trudy około wychowania jéj włościan. Wychowania, powiadam, bo ksiądz obowiązków swoich nie ograniczał ladajakiém administrowaniem sakramentów świętych, ale wszystkie siły i chęci swoje na to wytężył, by ukochanéj owczarni swojej pokazać drogę do zbawienia, nie przez same modlitwy, posty i spowiedź, nie przez oderwaną miłość Boga, ale przez cnotliwe czyny, przez wypełnienie swoich obowiązków, przez miłość bliźniego, bez któréj niéma milości Boga. Wychowywał więc kmieci międzygórskich, a oprócz tego, pracował razem z panią Chorążyną nad ukształceniem jej wychowanicy, owéj Bogusi, o któréj przed chwilą rozmowę-śmy słyszeli. Chciała więc zacna pani, kiedy się od probostwa wyprosił, naznaczyć mu od siebie pensyę sowitą; ale i za to grzecznie podziękował, mówiąc, że pensya rządowa i jego własne dochody aż nadto mu na wszystkie wystarczają potrzeby. Nie zrażona pierwszą odpowiedzią, długo nie szczędziła prośby i namowy; lecz widząc nareszcie, że mu tém przykrość sprawia, jeszcze innego chwyciła się środka. Zaczęła wymyślać różne intencye pobożne, wotywy, egzekwie i mszy żałobne; ale i to wszystko na nic się nie zdało. Staruszek się modlił chętnie i gorliwie; ale stanowczo oświadczył, że za modlitwy swoje od ludzi zapłaty nigdy nie przyjmie; jeżeli więc pani chorążyna pragnie pieniężną ofiarę zrobić, niech ją do kościelnéj skarbony złoży. A takie postępowanie było niewzruszoną zasadą jego życia. Dla siebie nigdy od nikogo grosza nie przyjął, tłómacząc się przed obcemi, że tak ślubował, a przed Bogumiłem szczerze wyznawał, że uważalby się za świętokradcę, gdyby za posługę duchowną, jak rzemieślnik jaki, zapłaty żądał. Chrzcił więc, błogosławil, grzebał i egzekwie odprawiał darmo, nawet za światło od biednych kmieci nie biorąc; bo za dobrowolne ofiary, do skarbony składane, zaprowadził kościelną pasiekę, która podostatkiem dostarczała mu wosku. Nie koniec na tém: wezwany do duchownéj posługi, nigdy się nie wymówił, ani chorobą, ani złym czasem lub drogą. Nieraz wśród nocy, w zamieć lub słotę, brnął pieszo przez zaspy śniegu lub błoto, by ostatnie chwile konającego oświecić błogą nadzieją wiekuistego szczęścia, a groźne widmo śmierci przy oblec w niebiańską postać anioła, wabiącego duszę w swoje objęcia, by ją na łono Przedwiecznego unieść. A im więcej trudu i niewygody zaznał, tém szczęśliwszym się zdawał. To téż w początkach, do przybycia siostry, nietylko własnych koni nie trzymał, lecz nawet najtroskliwiej się wykręcał od uprzejmości pani chorążyny, która kazała śledzić jego kroki i nieraz swój faetonik w pogoń posyłała za nim. Rzecz naturalna, że skutkiem takiego postępowania zacny ten kapłan zjednał sobie powszechną, nieograniczoną miłość i najwyższy szacunek. Zrazu koledzy i obywatele, żartując sobie z téj egzagierowanej pobożności, uważali go tylko za jakiegoś dziwaka; wieśniacy z niedowierzaniem nań spoglądali, sami nie wiedząc, jak to tlómaczyć: lecz pomału, pomału, inna wcale opinia zaczęła się rozchodzić, i rok nie minął, a cała już okolica świętym zacnego starca przezwala. Szczególnie zaś poczciwi kmiecie uważali go za jakąś nadziemską istotę, za jakiegoś zesłańca niebios, a pobożne wieśniaczki nieraz o mil kilkanaście, jak do cudownego miejsca, peregrynowaly do Międzygórza po to jedynie, by się u niego spowiadać i błogosławieństwo jego otrzymać. Ta wiara w jego świętość z czasem tak się utwierdziła w pospólstwie, że już go inaczej i nie nazywano, tylko nasz święty, zwłaszcza od kiedy podczas cholery, która najstraszliwiej spustoszyła sąsiednie wioski, w Międzygórzu ani jedna dusza nie zginęła, choć przechorowało niemało. Wtedy-to trzeba było widzieć księdza Bartłomieja, by poznać całą wzniosłość i świętość jego wielkiéj duszy. Zdawało się prawdziwie, że to nie ziemska jakaś istota, że to jakiś anioł boży pod człowieczą postacią śród ludzi zstąpił, by im nieść ulgę w cierpieniu. Sen, jadło, chwilowy nawet spoczynek, przez calutki miesiąc, ani mu na myśl nie przy: szły; ale gdzie tylko jęk się dał słyszeć, gdzie tylko łzy się polały, już go tam miałeś z pomocą i pociechą, z lekami dla ciała i duszy, choćby potoki świat zalewały, choćby ziemia w posadach od piorunów drżała. Nieraz, gdy wrócił nade dniem po bezsennéj nocy, zmokły, zabłocony, przeziębły, przybiegała do niego poczciwa pani regentowa z boleścią i trwogą, sądząc, że lada moment siły go opuszczą i nieszczęście piorunem spadnie... Ale jakież jej było zdziwienie, jaka niewymowna radość, gdy go zastawała czerstwym i zdrowym, z wypogodzoném, promieniejącém obliczem, jakby mu lat ubyło, jakby się skąpał w owéj czarodziejskiej, od mładzającej wodzie! Nie posiadając się z radości, rzucała mu się z uniesieniem na szyję i, serdecznemi zalana Izami, okrywała pocałunkami jego promienne czoło; lecz nagle jakaś dziwna trwoga ją przejmowala; mimowoli na myśl jéj przychodziła wiara pospólstwa w świętość jej brata, i gięły się pod nią kolana, i osuwała się na klęczki, i ze lkaniem dłoń jego do ust swych tuliła, póki wesołym żartem nie uwolnił się od téj czułości. Następowały prośby i tkliwe nalegania, by przyjął jaki posiłek, by snem pokrzepił znużone ciało, i czasem, jak się uwzięła poczciwa babina, to i dopilnowała, że przy niéj wypił filiżankę kawy lub rosołu, i Józika przywołał, by mu pościel posłał; ale zaledwie drzwi się za regentową zamknęły, wnet święty starzec padał na klęczki, i długa, rzewna, strzelista modlitwa zastępowała mu i chleb, i spoczynek, i zbroiła duszę tą nadziemską siłą, której profani wydziwić się nie mogli. Lecz nieraz wśród téj jego rozmowy z Bogiem nadbiegał któś, wołając pomocy, i starzec zrywał się ochoczo i śpieszył kończyć miłosiernym uczynkiem modlitwę, zaczętą usty i sercem. A w czyje tylko progi on wstąpil, tam wstępowała za nim widomie laska boża, tam ucichały jęki, a gorzki płacz boleści kończył się lzami radości. I uszczęśliwieni całowali jego ręce i kraj jego szaty, i do nóg mu się rzucali; a on ich do swego lona po ojcowsku tulił z miłością. Odchodził, za nim biegły modlitwy i blogosławieństwa; a nieraz ślady stóp jego skrapiano izami i całowano, jak świętość. A to uwielbienie wysokie czuli ku niemu nietylko parafianie jego. Potęga jego świętości była tak wielka, że nawet żydzi ją uznali; żydzi w zawiłych sprawach bezwarunkowo do jego sądu się odwoływali; a w czasie cholery biegli do niego ze łzami, prosząc o chrześcijańską modlitwę! Bo téż powszechnie wierzono, że jego modlitwy cudowną moc miały. I w samej rzeczy cudotwórcza wiara, którą ten mąż święty umiał przejmować serca swojej gromadki, cuda czyniła. On zaś, zawsze pokorny, zawsze cichy, jak najusilniéj unikał hołdów, któremi go otaczano, jak najtroskliwiej pracował nad przekonaniem swojej owczarni, że grzeszna modlitwa jego nie dojdzie do bożego tronu, jeśli jej nie poprzedzi poprawa życia tych, za których ją zanosi. I każdego, kto doń przychodził z ofiarą na kościół, z prośbą o mszę św., bądź za dusze zmarłych, bądź na uproszenie u Boga zmiłowania w cierpieniach doczesnych, najpilniéj badał, czy owi zmarli nie zostawili po sobie złego wspomnienia u ludzi? czy na ich duszy krzywda bliźniego nie cięży? i czy ofiarujący pamiętał na święte słowa Chrystusa: „a tak jeślibyś ofiarował dar twój na ołtarzu, a tambyś wspomniał, iż brat twój ma co przeciwko tobie, zostaw tam dar twój przed ołtarzem, a odejdź, pierwéj pojednaj się z bratem twoim, a potém przyszedłszy ofiaruj dar twój”. (Mat. R. V. 23,24). A skoro się dowiedział, że nieboszczyk, nie żal, ale zażalenie w sercach ludzkich po sobie zostawił, że przychodzący z ofiarą krzywdy się dopuścił względem współbraci swoich, albo względem rodziny, lub zatopiony w jakim zgubnym nałogu; natenczas umiał w słowach pełnych miłości wytłómaczyć swojéj owieczce, że egzekwie i msza żałobna wtedy tylko ulgę duszy zmarłego przyniosą, gdy krewni zdejmą z niéj krzywdę bliźniego; że modlitwa jego wtedy dla strapionych pociechę zjedna u Boga, gdy ich sumienie oczyszczoném będzie. Z czasem, gdy przez ciągłą styczność z parafianami swymi, poznał dokładnie serca i umysł każdego, gdy się wtajemniczył w domowe życie każdéj rodziny; niewiele potrzebował trudu, by udającym się do niego po modlitwę pokazać prawdziwą do źródła pociechy drogę. A że wszędy i zawsze na pierwszym miał względzie milość bliźniego, więc darowanie uraz i najściślejsze wypełnienie społeczeńskich obowiązków najusilniéj zalecał. Tak więc, kiedy gruchnęły straszliwe wieści o cholerze; gdy przerażone pospólstwo zaczęło pleść smalone duby, swoim zwyczajem, o jakiémś widmie, snującem się po wsiach i dworach, czepiającém się do wieśniaczych wozów, by rychléj na wybrane dostać się miejsce i zatruć swoim oddechem powietrze, wodę i rośliny; gdy biedne wlościanki zaczęły szeptać i zamawiać i zielem święconém kadzić, a kmiecie uradzili postawić po krzyżu na każdéj drodze, do ich wsi wiodącej: zacny ksiądz Bartlo. miéj, dowiedziawszy się o tém wszystkiém, zebrał swoję gromadkę w kościele i w wyrazach prostych, a trafiających do przekonania objaśnił jéj dziwaczność rozpuszczanych baśni o cholerze i niedorzeczność używanych przeciw niéj czarów i zamawiań. — „Co do ziół święconych i krzyżów, o moje dzieci! — mówił z przejęciem, — nie wam nie pomoże dym święconych wianków, któremi okadzacie lepianki wasze, jeżeli wprzód z nich nie wypędzicie kłótni, przekleństwa, próżniactwa, pijaństwa i wszelkich sprośnych uczynków; nie wam nie pomogą krzyże, choćbyście niemi i całą wieś wkoło ogrodzili, jeśli wprzód nie zapomnicie o wzajemnych urazach, jeśli się nie pojednacie z bliźnimi i krzywd im zrządzonych nie wynagrodzicie. Bo wiedzcie o tém, że ciężka plaga, która nas dotyka, jest to dopuszczenie boże za grzechy nasze. Oczyśćmy więc duszę, strzeżmy się grzechu i mocno ufajmy, że czystém sercem gniewu bożego nie ściągniemy. A więc przebaczmy sobie wzajemne urazy, wynagrodźmy wzajemne krzywdy, módlmy się i pracujmy wszystkiemi siłami; a Bóg miłosierny okryje nas swoją opieką i jeden włos nam z głowy nie spadnie. Tydzień wam przeznaczam na pojednanie się z Bogiem i ludźmi; a potém, na wieczną pamiątkę tego pojednania, wzniesiemy krzyże na naszych drogach, by odtąd już po nich nie chodziły grzechy i gniewu bożego za sobą nie wiodły“. Słowa czcigodnego pasterza były artykułem wiary dla jego owczarni, i po tygodniu z serdeczną pociechą się przekonał, że nauka jego przystała do serc słuchaczy, i że, o ile to w siłach ludzkich było, wszyscy za nią poszli. To téż opisać nie zdołam, z jakiém głębokiém, radośném rozrzewnieniem, w uroczystym obrządku poświęcał krzyże, uwieczniając wielki ów akt oczyszczenia się przed Bogiem i ludźmi. Tymczasem cholera osaczyła wkoło Międzygórze i coraz straszliwsze przychodziły do niego wieści. Tam z tysiąca mieszkańców ledwie trzystu zostało, ówdzie cała wioska wymarła, a niepogrzebane trupy po ulicach gniły!... Międzygórzanie, pamiętni nauki swego pasterza, w zadośćuczynieniu, w modlitwie i pracy szukali ratunku. Codzień przed świtem kościoł już był otwarty i ksiądz Bartłomiej klęczał u oltarza, a wierna jego gromadka, przed zaczęciem zwykłej swej pracy, biegła do niego, szukać we wspólnej modlitwie otuchy i pociechy. On ciągle powtarzał: „módleie się i pracujcie, a Bóg będzie z wami!“ A gdy wybiła straszna godzina, gdy i w Międzygórzu nareszcie rozległy się jęki dotkniętych okropną ową plagą, gdy przerażona owczarnia ze lkaniem skupiła się u nóg swego pasterza, jakby szukając przy nim ochrony; gdy kobiety, blizkie rozpaczy, z boleśnym płaczem zaczęły ręce jego całować, wołając: „ratuj nas! ratuj!“; gdy mężowie i starce otoczyli go wkoło z ponurém obliczem, z załamanemi rękami, ze spuszczoną głową, jakby się domagając spełnienia danéj obietnicy; serce mu krwią się oblało, gorące łzy potokiem z oczu się rzuciły! pracujcie, módlcie się i ufajcie!“ jąkał drżącemi usty, a dusza jego czysta, święta, pokorna, lecz mężna niezłomną wiarą, stała przed Bogiem, domagając się także, aby się usprawiedliwił w obietnicach swoich, domagając się cudu Jego miłosierdzia, aby się nie zaćmiła ta wielka wiara, jaką on w sercach swéj duchowej dziatwy rozniecił. I Bóg nie odmówił cudu, bo, jakem rzekł wyżej, nikt w Międzygórzu z cholery nie umarł, a uszczęśliwieni mieszkańcy ocalenie swoje przypisywali księdzu Bartłomiejowi. I słusznie, gdyż on-to napełnił ich dusze owym balsamem wiary, który ich uzdrawiał; on-to niepokalaném swém życiem stał się godnym téj wielkiéj łaski u Boga. A gdy cała okolica wołała: święty! święty! on, w skrytych modlitwach swoich, upadłszy na twarz przed Bogiem, rzewnemi zalewał się łzami, wzywając zmiłowania Jego, błagając o zdjęcie zeń téj aureoli, którą go, jak mniemał, niesłusznie wieńczono, a żebrząc w zamian raczej cierniowej korony potwarzy, urągowiska i prześladowania. I w stosunkach swoich z parafianami jak najtroskliwiej się starał, by niczém na siebie nazbyt oczu nie zwracać, by ani zbytnią powagą i surowością, ani téż przesadzoną skromnością i pokorą nie grzeszyć; i zawsze dobry, łagodny, przystępny, a zarazem pełny godności, świętą naukę miłości bliźnich, którą głosił w kościele prostemi słowy, szerzył na świecie prostotą własnych obyczajów. Ale pomimo to wszystko, a raczej właśnie dla tego samego, aureola jego świętości tém żywszym jaśniała blaskiem, widoma każdemu, kto się doń tylko przybliżył. Bo niepodobna było nie widzieć jego pracy gorliwéj nad chrześcijańską oświatą powierzonej mu owczarni, jego obojętności na doczesne dobra, jego miłosierdzia, z jakiem ostatni grosz swój biednym oddawał. Wyrzekłszy się wszelkich parafialnych dochodów, poprzestając jedynie na pensyi rządowéj, i tę prawie całą na miłosierne uczynki łożył, jednego tylko wydatku na ulubione księgi pozwalając sobie. Zresztą, w ubiorze jak najskromniejszy, w jedzeniu lada czém się obchodził, najczęściej się żywiąc przy swojej czeladzi, złożonej z Janka, Józefa i Józika, trzech opuszczonych sierot, które po ojcowsku przygarnął, a które mu były całą posługą w domu i w kościele. Lecz nie wiem, jak daleko zaszedłby z niemi, gdyby mu Bóg nie zesłał swojej Opatrzności w poczciwéj jego siostrze, pani regentowej. Dziwna i to była kobieta! Rękę swą oddała panu regentowi jedynie pod warunkiem, że nigdy niesłusznej sprawy bronić nie będzie, choćby mu za nią złote góry sypano. A kiedy po dwudziestu kilku leciech najszczęśliwszego pożycia, umierając bezdzietnie, zapisał jej całą swoję fortunę, najpoczciwiej zapracowaną, a wcale nieszpetną (bo jego niezłomna prawość i wielkie prawnicze zdolności, szeroko słynąc, licznych jednały mu klientów), ona dobrowolnie wszystkiego się zrzekła na korzyść krewnych mężowskich, odtrąciwszy tylko szczupły swój posażek, z którym się na mieszkanie do brata przeniosła. Trudno opisać, z jakiém uradowaniem powitał ją ksiądz Bartłomiej w swéj chatce! gdyż, pominąwszy szczęście z oglądania jéj przy sobie, święty ten starzec cieszył się jeszcze i tą myślą, że Bóg mu zesłał nowy obowiązek, że się znalazł powód do nowych ofiar, do nowych poświęceń, w których granicy nigdy sobie nie kładł. Ale jakże się zmartwił, gdy rzeczy wzięły wcale inny obrót; gdy poczciwa Leosia objęła nad nim opiekę, jak nad malutką dzieciną; gdy i pole, i ogród, i spiżarnię zagarnęła w swe ręce, nie pozwalając mu doświadczać ani chłodu, ani głodu, ani jakiegobądź niedostatku! Długo się wykręcał od téj opieki, długo starał się oszukać czułą troskliwość swéj dobréj siostry; ale nareszcie, widząc, że to przechodzi możność człowieka, i tu z rezygnacyą wyrzekł: bądź wola Twoja! i z pokorą poddał się swemu losowi. Dobra więc Leosia gospodarzyła zawzięcie, starając się niezwłocznie wszystko w należy tym postawić stanie; a wiedząc z pewnością, że nie skłoni brata do korzystania z nastręczających się dochodów parafialnych że nie wyprosi litości nad pensyjką rządową, postanowiła przynajmniej nie dać marnować się polu, ogrodowi i łące. A więc cichaczem, ze swojej szkatuły kupiła parę krówek i parę koników, zaopatrzyła śpiżarnię, a gospodarstwo rolne do tak kwitnące. go doprowadziła stanu, że nietylko dość było na domowe potrzeby, nietylko ksiądz Bartłomiej mógł hojnie ubogim sypać, lecz nawet nieraz ukradkiem udało się babinie i przedać jaki-taki korczyk pszeniczki i grosik zdobyć na zapas z korzennego sklepu. Taki stan rzeczy zrazu srodze dręczył księdza Bartłomieja, któremu dostatek i wygody tak dolegały, jak innym nędza i kłopoty; bo mu się zdawało, że dusza jego stanie się ospałą w służbie Przedwiecznego, gdy ją przestaną otaczać ostre cierniska powszedniego żywota! Lecz kiedy spostrzegł, że zmiana materyalnego bytu nie szkodziła bynajmniej jego usposobieniom moralnym, że, wolny od troski i trudów gospodarskich, może tém gorliwiéj pracować w winnicy Pańskiej; powoli, powoli, oswoił się z nowym swym bytem, i Bogu dziękował, że mu tak troskliwą opiekunkę zesłał. Nie koniec na tém. Zacna regentowa nietylko w gospodarstwie była dlań wyręczycielką; ona mu jeszcze większą przysługę świadczyła swoją pomocą w dozorze wiejskiego szpitala i włościańskiej szkółki, które założyła w swych dobrach zacna chorążyna, posłuszna jego namowie, i powierzyła jego opiece. Tak tedy od lat dziesięciu biegło im życie w zgodzie i jedności, nie zakłócone żadném bezpośredniém cierpieniem, a we wszystkich dniach swoich, a raczéj w każdej godzinie, uświęcone najwznioślejszemi cnotami. Cała okolica, od najbogatszych do najbiedniejszych, od najmłodszych do najstarszych, znała, kochała i czciła dwoje błogosławionych tych starców, chlubiąc się niemi, jako najdroższym swym skarbem; a nabożeństwo w międzygórskim kościołku każdej niedzieli ściągało takie tłumy pobożnych, jakich parafie sąsiednie i w najuroczystsze święta nie miewały. To téż o kilkanaście mil wokoło, gdzie jaki odpust przypadał, każdy proboszcz za największe szczęście uważał, gdy mógł parafian swoich uprzedzić, że mu ksiądz Bartłomiej na dzień on pomoc w służbie bożéj obiecał i że z kazaniem wystąpi; bo i w konfesyonale, i na ambonie, duch boży widomie nad nim się unosił, dając mu panowanie nad wszystkiemi sercami. A cóż mam mówić o tém, jak się parafianie ubiegali o zaszczyt oglądania w swych progach księdza Bartłomieja! jak go porywali! jak zapraszali!.... Czcigodny starzec serdeczną miłością płacił im za ich uwielbienie; ale za obrębem swego obowiązku rzadko się udzielał, i zapadle lepianki ubogich kmieci częściej go witały, niż pyszne pańskie salony. Prócz chorążynéj, gdzie prawie codziennym był gościem, jeden tylko ów młodzian, któregośmy w jego domu poznali, miał szczęście parę razy na miesiąc oglądać go u siebie; bo zacny starzec, również jak i jego siostra, żywił ku niemu szczególne jakieś przywiązanie, prawie rodzicielską miłość. Ksiądz Bartłomiej zwał go najdroższym, miłym Bogu barankiem w owczarni swojej (bo się nazywał Baranowskim, a imię mu było Bogumil), a pani regentowa, po macierzyńsku go traktując, nieraz go synem swoim mianowała. I wart był ich miłości poczciwy chłopak. jego mieli niegdyś piękną fortune, lecz smutną koleją losów wszystko od razu stracili, i ojciec, wróciwszy z wojaczki o szczudle, cały okryty ranami, nie miałby gdzie nawet złożyć skolatanéj głowy, gdyby nie poświęcenie się pani Baranowskiej, kté ra dla wyżywienia kalekiego męża i drobnéj dzieciny, nie wahała się i nie wstydziła jąć się ciężkiej pracy. Sprzedawszy co tylko miała z kosztowniejszych sukien i klejnotów, najęła w mieście obszerny dworek i postanowiła utrzymywać studentów; a dawwszy się poznać ze swéj poczciwości rodzicom i zyskawszy serca dziatwy, około któréj jak najlepsza matka chodziła, dbając o wszelkie jéj wygody, a nawet dogadzając wymysłom, takiej nabyła wziętości, że wkrótce już i miejsca zabrakło garnącym się do niéj lokatorom. A przy tak znacznej ich liczbie, nietylko łatwo się mogła utrzymać z mężem i synem, lecz i o nauce tego ostatniego pomyśléć, i dać mu wychowanie, jakiem i najzamożniejsi rodzice chlubićby się mogli. Stołując samych paniczów, miała w swym domu zdolnych mistrzów nauk i kunsztów, i jednych prośbą, drugich bezpłatnym wiktem i kwaterą, potrafiła zjednać dla swego Bogusia, który, przy wrodzonych wielkich zdolnościach, wszystkich zdumiewał swoim postępem, celując w szkole i zachwycając swoich nauczycieli domowych. Szczególnie muzyk, poczciwy Czech staruszek, nie posiadał się z radości, słysząc go grającego na fortepianie, i ze łzami rozrzewnienia w oczach zwał go swoją chlubą, rokując mu najświetniejszą przyszłość. Przy takiém usposobieniu, w szesnastym roku życia, Boguś najchlubniéj skończył szkolne nauki i udał się do uniwersytetu, gdzie przy pomocy swego talentu i znajomości obcych języków, łatwo się mógł utrzymać, nie od rodziców nie potrzebując. W kilka lat później już dostał posadę nauczyciela w jednej ze szkół podolskich; lecz wkrótce musiał ją opuścić, bo mu śmierć zabrała ukochaną matkę, a nieszczęśliwy ojciec jego opieki wyglądał. Kupiwszy więc w sąsiedztwie Międzygórza śliczny futorek z kilkunastu chłopami, zamieszkał tam z nim razem, by go doglądać i pielęgnować w oplakanéj jego niedołężnej starości i żywił go swą pracą, bo w kilku obywatelskich domach zajął się lekeyami muzyki. Między innemi i Bogusia jego uczennicą była, uczennicą najpojętniejszą. I można było o nim powiedzieć, jak o Wallenrodzie; „on ją i tego nauczył, czego dotąd nie umiał, on nauczył ją kochać i sam uczył się wiele“. A choć od roku już muzyki jéj nie uczył, nauka serdeczna szła swoim trybem, bo pani chorążyna często go łaskawie do siebie wzywała, z czego on nie omieszkiwał korzystać. I tak każdéj niedzieli bywał regularnie, bo pominąwszy względy kordyalne, najuroczyściéj przyrzekł księdzu Bartłomiejowi przy każdéj mszy niedzielnéj grać na organach, któremi po mistrzowsku władał, co także niemało się przyczyniało do powiększenia liczby pobożnych, uczęszczających do Międzygórza.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Duch i krew.
