Front matter
Klemens Junosza.
BUDA
NA
całość
Klemens Junosza.
BUDA
NA
KARCZUNKU.
POWIEŚĆ
Z życia szlachty zagonowej.
WARSZAWA.
1897.
Дозволено Цензурою Варшава 18 Іюня 1896 г.
Вильна. Типографія п. ф. Іосифа Завадзкаго.
(Замк. пер. соб. домъ).
I.
roga szła pod górę, ciężka i piasczysta; koń stąpał powoli; z leniwie obracających się kół spadał drobny piasek. Nad koniem unosiło się mnóstwo much, żądnych jego krwi; daremnie wstrząsał łbem, oganiał się ogonem, na białej szerści coraz przybywała smuga czerwona. Chłop usiłował odpędzić krwiożercze owady kłonicą, ale próżna robota: coraz nowe zastępy rzucały się na konia. Po obu stronach drogi ciągnął się las, przerzedzony dosyć; zachodzące słońce napełniało go promieniami rzucanemi z ukosa, złocąc paprocie, trawę, mech, różnobarwne kwiatki leśne, czerwone poziomki. Drobne ptaszęta świegotały wśród gałęzi, dzięcioł twardym dziobem kuł sosnę. Gorąco było, pomimo że dzień już się kończył, duszno — chłop zdjął z siebie sukmanę, a jego starozakonny towarzysz rozpiął kamizelkę, trzeci podróżny, w białym kitlu płóciennym, obojętnie palił fajkę i rozglądał się dokoła. — Ciężka droga — rzekł chłop, zsuwając się z wozu — trzeba koniowi ulżyć. — Czekajcie, ja też zlezę — odezwał się żyd — nogi mi zdrętwiały od siedzenia, pić mi się chce bardzo. Nie ma tu gdzie blisko wody? — Zkądżeby tu być mogła. Za górą będzie. — A ile jeszcze tej góry? — Pierwszyzna wam tędy jechać? — Na moje sumienie, nigdy tu jeszcze nie byłem. — Dziwna rzecz. — Nie trafiło się. Ja mieszkam w miasteczku o cztery mile ztąd, chodzę po wsiach, ale nie w tej okolicy. Pierwszy raz dziś wypadł mi tu interes, przysiadłem się do was i trochę jadę. Nie dziwujcie się, że pytam. — A dokądże wy dążycie? — Do Jastrzębia. Znacie wieś Jastrząb? — Znam, znam. Dwie mile drogi jeszcze. — Przecie podwieziecie mnie? — Nie; ja zaraz za górą stanę, tam pan Siulc wysiądzie, a ja z powrotem do domu. — Pan jest pan Szulc? — zapytał żydek jadącego. — Jo. — Pan Niemiec jest? — Jo. — Pewnie kolonista? — Ne. — Młynarz? — Ne... — E! — wtrącił chłop — jakże to wy, żydku, po świecie chodzicie, po jarmarkach bywacie, a nie wiadomo wam, kto jest pan Siulc. Cieśla to znaczny, w zeszłym roku stodołę w Żabimbrodzie na folwarku stawiał. — Kościola też — bąknął Niemiec. — Toć pamiętam, robiłem i ja przy panu Siulcu i mogę przyświadczyć, jako majster jest odpowiedzialny, porządny majster. — Jo, jo... — Kto to nie jest majster? — rzekł żyd — każdy ma swoje majsterstwo... Chłop spojrzał na swego towarzysza z wyrazem powątpiewania. Chudy, mały żydzina, bynajmniej nie miał powierzchowności rzemieślnika; twarz jego blada, o wystających kościach policzkowych, pierś wąska, ręce drobne, świadczyły, że ich właściciel nie mógłby podźwignąć młota, ani topora. — Co się tak patrzycie? — A no, myślę sobie, jakie to wasze majsterstwo? Juści chybaście nie cieśla, nie kowal, nie stolarz... — Nawet nie krawiec — dodał żyd. — Tedy jakże? — Ja jestem taki sobie majster, bez warsztatu, ale niechno mi wpadnie trochę pieniędzy do ręki, to obaczycie, jaki ja będę mechanik; niech się wszystkie majstry schowają. Niemiec roześmiał się. — Jo, jo!... — rzekł. — Pieniądz jest ladny instrument. — Juści prawda — dorzucił chłop — pieniądz dobra rzecz. — Wy się na tem nie znacie, gospodarzu. — Dlaczego? — Bo tak jest. Gospodarz, jak nazbiera pieniędzy, to je zaraz w ziemię zakopie. — A no, juści; ma trzymać na wierzchu, dla złodzieja? — Wcale nie trzeba trzymać. Pieniądze nie lubią trzymania, one są jak ptaszki, im trzeba fruwać po świecie. — Któż to was tak nauczył? — Mądrzy ludzie, bardzo mądrzy ludzie; alboż u was ich brak? W naszem miasteczku jest dużo uczonych, takich uczonych, co ich każde słowo ma swoją wagę i znaczenie. Oni mają mądrość od ojców, a tamci ojcowie znów od swoich, to jest nauka. Oj, gospodarzu, wy mnie nie znacie... — Zdaje mi się, żem was już kiedyś widział, tylko nie mogę sobie przypomnieć, gdzie... — Pewnie na jakim jarmarku. — A toć właśnie! Teraz już wiem. Temu będzie trzy roki kupiliście odemnie pół korca grochu i daliście mi dwie złe dziesiątki. — Fe, to nie może być. U mnie się to nigdy nie praktykuje. — Nie trzeba się zapierać, bo ja pretensyi nie mam do was. — Ktoby mógł mieć pretensyę? — Ja nie mam, bo zaraz kupiłem od waszego brata czapkę i te dwie dziesiątki... — Daliście memu bratu? — Ano, myślałem sobie: niech ta przy jednej familii zostaną... — Jo... to dobra jest — rzekł Niemiec. — Takim sposobem, gospodarzu — odezwał się żyd — wy pewnie wiecie, że ja się nazywam Icek Ufnal. — Ano, teraz wiem. — A wy zkąd jesteście? — Ze wsi Grzędy... — Jak was nazywają? — Mikołaj Dąbek. — Ja teraz widzę, że my się dobrze znamy. Pewnie nieraz spotykaliśmy się na jarmarkach, na targach. Ja bardzo kontent jestem, żem znalazł starego znajomego; my się jeszcze nieraz spotkamy... — Dlaczego nie. Powiadają, że góra z górą się nie zejdzie, a człowiek z człowiekiem często... — A żydek z gospodarzem jeszcze częściej... Na górze ukazała się bryczka parokonna, po pochyłości konie biegły szybko; Niemca, chłopa i żyda zasłonił tuman kurzawy. — Będziesz ty po śmierci chodził po bagnach i cmentarzach — mruknął chłop, patrząc na oddalającą się bryczkę. — Co wy gadacie, Mikołaju — spytał Icek. — Mówię, że będzie chodził. — Jakim sposobem on może chodzić po śmierci? — Takie jego prawo. Nie wiecie chyba, Icku, że to omentra... Mało to taki za żywota niedomierzy? — Nu, niech go dyabli wezmą. — Nie wezmą, bo musi chodzić i domierzać... Ja wiem, zkąd on jedzie; on tu za górą kolonie mierzył, grunt, który szlachta kupiła... Wóz znalazł się na najwyższym punkcie wzgórza; dalej droga była lżejsza, twardsza, po łagodnej pochyłości ciągnęła się ku polom i łąkom rozrzuconym w nizinie. Słońce zaszło już za las, niebo mieniło się barwami złota, seledynu, purpury, z łąk aromatyczny zapach skoszonego siana, wiatr zaczął wiać od rzeki i niósł chłód, tak bardzo upragniony po całodziennym skwarze i spiekocie. Na szerokiej przestrzeni pod lasem, wśród pni niewykarczowanych, bieliły się świeżo obrobione belki, czerwieniły cegły, gdzieniegdzie wznosiły się żórawie tylko co wykopanych studzien, szałasy sklecone naprędce z desek i gałęzi, widać było kilka grubych klonów na wysokich kozłach. Ludzie mijali się wśród tego obozowiska, krowy kołatały klekotkami, kilkanaście koni spętanych pasło się na ugorze. Tu i owdzie rozpalone ogniska płonęły, a nad niemi białe słupy dymu wznosiły się ku górze. Słychać było oddalony gwar, śmiech goniących się dzieci i donośny głos dziewczyny, śpiewającej o «ptaszku krogulaszku, co wysoko lata.» Icek przypatrywał się bacznie temu widokowi i nie mógł zrozumieć, co się w dolinie dzieje. — To cygany? — zapytał chłopa i nie czekając odpowiedzi, dodał: — Zkąd się wzięło tyle tego łajdactwa? Tfy! Ja nie rozumiem, dlaczego nie zabronią im chodzić po świecie. — Nie lubicie cyganów? — Niech oni zginą! Czy mało złego zrobili dawnym żydom w Egipcie? — Cygani? — No, przecież to jedno pokolenie, to dzieci tamtych dawnych cyganów. Oni kazali żydom deptać glinę, robić cegłę, budować wielkie domy... a teraz co? Teraz żydki są bardzo porządni ludzie, kupcy, obywatele, szynkarze, a cygani włóczą się po świecie, konie kradną, albo w kryminałach siedzą. Niech oni wszyscy siedzą! — Może to być, Icku, i prawda, co wy powiadacie — rzekł Mikołaj — ale owe ognie, co się tam palą, one szałasy, ono obozowisko — nie cygańskie jest. — A czyje? — Koloniści to wszystko, szlachta, grunt kupili, prócz tego po wyciętym lesie nowiny będą darli, a teraz oto siedziby sobie fundują. — Nową wieś? — Juści, że nie co. Sami robią i majstrów zwożą. Właśnie pan Siulc do nich , jako cieśla... Będzie tam roboty niemało. Kilkanaście domów ma stanąć, a prócz tego stodoły, obory, chlewy, wszystko, co potrzeba..... Majstry zarobią dużo pieniędzy. — Jakie majstry? — zapytał Icek. — Toć wiadomo, jak przy budowie: cieśle, mularze, zduny, kowale, stolarze. No, ale mój żydku, bywajcie zdrowi. Nam droga do onych ogni, na lewo, wam zaś do Jastrzębia — wprost przed się. — Ja z wami jadę. — A po co? — Po co? Ciekawy jestem. Ja w mojem życiu widziałem już dużo różnych wsi, bardzo dużo, ale to wszystko były stare, takie, co oddawna już są, ale nigdy nie miałem zdarzenia być świadkiem, jak się robi wieś z nowości. Niech raz zobaczę, co wam to przeszkadza? — Jak chcecie. — Przytem ja właśnie teraz przypomniałem sobie, że też jestem majstrem. — Oho! majster od geld! — wtrącił Niemiec. — Nie, nie, panie Szulc, prawdziwy majster od roboty. — Toć samiście mówili, żeście nawet nie krawiec... — Zapomniałem, że mam fach, śliczny fach, właśnie do budowania. Jeżeli ja nie przyłożę ręki do domu, to taki dom wcale nie będzie dom. — Cóż to za fach? — Ja jestem... szklarz! Niemiec śmiechem wybuchnął. — Majster, majster! — rzekł — aber gdzie pan Icek praktykował? — Dziwne pytanie. Gdzie szklarz ma praktykować? — przy oknie. Pan Szulc myśli, że ja nie widziałem szyby, ani lufcika, że nieznani kitu, że nie wiem nic o dyamencie?... Nieboszczyk mój dziadzio szklarzem był, wujaszek też potrafił lufcik zreperować, mój szwagier tylko tem się trudni. W całej naszej familii taka zdolność jest; mały bachurek, to już bębni palcem po szybie, bo wie, że jeżeli kiedy weźmie się do majsterstwa, to napewno będzie szklarzem. — A ile się teraz placi skrzynka szkło? — zapytał cieśla. — Rozmaicie, jak można wytargować; drożej, czasem taniej, jak do skrzynki. Różne szkło bywa. — Ile zaplacil Icek ostatni skrzynka? — Ach, pan chce, żebym ja to miał pamiętać. Zapisane jest u mnie w książce, ale ja nie mam jej z sobą, ona w domu. Zresztą ja sam tego szkła nie kupowałem. — A kto? — Moja żona. Oj, to jest jedyna kobieta do szkła! Jej ojciec też wielki znawca był na szkło. — Szklarz? — Nie, szynkarz. Alboż to nie szklarstwo? Szklarstwo, tylko wilgotne trochę, dobry fach. Wóz toczył się szybko po pochyłości, koń, nie dręczony już przez muchy, biegł raźno; może go nęcił zapach świeżo skoszonego siana i nadzieja odpoczynku po ciężkiej drodze i dniu upalnym, dość, że Mikołaj musiał pilnie trzymać za lejce, aby tamować pośpiech. — A dy nie leć, zatracony! — wołał — nie pali się, nie pilno... Ickowi było bardzo pilno. Czuł on geszeft w powietrzu, nęciło go miejsce nowe, świeże, zapewne jeszcze nie zajęte. Zamówi się jako szklarz do roboty, podejmie wstawienia szyb we wszystkich nowych domach. Wprawdzie szklarzem nie jest, w życiu swojem ani jednej szyby nie wstawił, ale ma rzeczywiście szwagra szklarza. Cóż łatwiejszego, jak zawiązać współkę, sprowadzić tego fachowca — niech robi, niech kituje, niech zarobi. Icek weźmie tylko porękawiczne, faktorne. Jego szyby nie nęcą; on chce w tej nowej wsi być... chce być tylko żydem. Żyd w każdej wsi potrzebny, idzie o to, aby się zaczepić. Icek zaczepi się, osiedli, zasiedzi mocno, a potem nie wpuści już nikogo; będzie mógł powiedzieć do każdego intruza: — Idź do dyabła, ja tu jestem od początku samego, od założenia. Czy można mieć lepsze prawa? Po wąskiej, świeżo wyrobionej drożynie, pełnej korzeni i piasków, stoczył się wóz na koczowisko nowych osiedleńców. Wnet obstąpili go ludzie z szałasów. Mężczyźni, kobiety, dzieci, wszyscy słowem, zgromadzili się, ciekawi, kto przybył. — Niech będzie pochwalony!... — rzekł Mikołaj. — Na wieki! — odpowiedziało kilkadziesiąt głosów. — A, to pan Szulc! — Pan Szulc! Witamy, witamy! — Jo, ja Szulc — odrzekł Niemiec, z wozu schodząc. — Gdzie pan Wincenty? — Zaraz nadejdzie. O, idzie już! Zbliżył się do Niemca człowiek wysoki, poważny, z białemi wąsami i takąż głową. — Pan Wincenty? — Jestem, jestem. Dobrze żeście przyjechali, panie Szulc, zaraz możemy zacząć mowę... o robocie. — O pan Wincenty, ne, ne! Ja aber nie kot, żebym po nocy widzial. Jutro jak świt robota, a teraz... — Cóż teraz? — Ja mial swój sznaps i swoja wurst; pan kazal gotować kartofel, ja zaraz jeść i spać. — Schowajcie sobie, panie majstrze, wasz sznaps i co tam powiadacie; skoro jesteście u nas, nasze będziecie pili i jedli; taki tu obyczaj się praktykuje. — No, gut... — I wy, gospodarzu — rzekł zwracając się do Dąbka — nie powrócicie głodni... Puśćcie konia na ugór, do naszych, chłopcy go dopilnują, a wy się posilicie. Nie mamy jeszcze domów, ani kominów, ale w garnek jest co wsypać, a baby i na dworze, przy ognisku uważa... Chłop rzekł: — Dziękuję, a przytem życzę państwu na nowej posiedzialności: «Szczęść Boże!» — niech się chleb rodzi, dobytek mnoży; żyjcie sobie na tem miejscu we zdrowiu i szczęśliwości... — Bóg zapłać za dobre słowo. Icek wnet się odezwał: — Państwo myślą, że ja nie winszuję? Ja też winszuję: niech państwo mają dużo pieniędzy — to najlepszy interes jest. — Dziękujemy! A ty żydku, co za jeden jesteś i czego żądasz? — Ja jestem Icek Ufnal... — No?... — Trochę szklarz... — To dobrze; szklarza nam trzeba. — Ja to wiedziałem... — A no, gdzie dom, tam i okna potrzebne. — Ja mogę, choćby zaraz. — Powoli, do jutra, pogadamy... Będziesz nocował? — Ojoj!... — Ale czem cię pożywić? — O co kłopot? Chleb mam swój, a jeżeli państwo dacie kieliszek gorzałki, to będzie bardzo fajn kolacya. — Dobrze. — Jutro o tem szkle? — Jutro... Teraz noc krótka, a snu potrzeba. Przed największym szałasem, na dwóch beczkach położono deskę i na tym improwizowanym stole zastawiono jedzenie. Zasiadła przy nim rodzina Wincentego, Szulc, zaproszono też Mikołaja. Rozmowa nie szła, wszyscy byli senni. Icek między szałasami myszkował, usiłując wybadywać, stosunek jakiś zawiązać, ale zbywano go krótko. Po całodziennej ciężkiej pracy ochoty do gawędy nie ma, oczy się kleją, głowy szukają oparcia, i znużenie robi swoje, organizm domaga się snu. Ledwie przed największym szałasem naczynia ze stołu sprzątnięto, rozległ się dźwięczny, srebrzysty głos kobiecy i zaintonował «Wszystkie nasze dzienne sprawy...» Z głosem tym połączyły się grube basy i tenory mężczyzn, soprany kobiet, piskliwe dyszkanty dzieci i zabrzmiał chór uroczysty, poważny, rozlegał się nad łąkami, po rosie, powtarzał echem w pobliskim lesie... W chwilę później nastała cisza; z łąk zaczęły się podnosić białawe opary, na niebie mrugały gwiazdy, w dolinie czerwieniły się ogniska...
II.
rok nocny rozpraszał się powoli, opadała mgła, gwiazdy bladły coraz bardziej, aż wreszcie zniknęły zupełnie z horyzontu. Na wschodniej stronie niebo przybierało barwy coraz jaśniejsze, złotawe, różowe, ptaki zaczęły się budzić i świegotać. Letnia noc kończyła swoje krótkie istnienie, a zapowiadał się dzień długi, gorący, upalny. Słońce nie weszło jeszcze, ale było już widno i cała okolica rysowała się wyraźnie. Widać było pola pokryte zbożem, łąkę, rzekę, dużą przestrzeń poleśną, na której sterczały pnie ściętych drzew, a dalej las sosnowy. Na łąkach wznosiły się kopice świeżo skoszonego siana, na nowinie gdzieniegdzie chwiały się cienkie sosenki, niewiedzieć jakim cudem ocalone od siekiery, a na polach, a raczej na miedzach, stały grusze dzikie, przysadziste, rozrośnięte szeroko. Na nowinie wznosiły się budy słomiane i szałasy z gałęzi, stały porzucone bezwładnie wozy i gospodarskie narzędzia, bieliły się świeżo obrobione belki, czerwieniła cegła ułożona w sześciany. Icek Ufnal przebudził się bardzo wcześnie, najwcześniej ze wszystkich ludzi, przepędzających noc w tem obozowisku. Nie bardzo wygodny miał nocleg; pod gołem niebem i na gołej ziemi budziły go ciągle szmery nocy letniej, a bardziej jeszcze przeszkadzały mu spać myśli własne... A teraz dużo ich było i tak rozmaitych! Nowa wieś, nowe kolonie, nowi nowe potrzeby, nowe stosunki, świeży Byle go tylko złapać, byle wziąść się do rzeczy umiejętnie, zręcznie, nie po fuszersku. Dlaczego po fuszersku?... Bywa to czasem, ale Icek jest człowiek wypraktykowany, nie dzisiejszy, więc nie sfuszeruje, tylko musi wpierw rozpatrzeć się dobrze w sytuacyi, poznać ludzi, wiedzieć, z kim będzie miał do czynienia. Podniósłszy się z ziemi, Icek poszedł do rzeki; umył ręce i zwróciwszy się w stronę wschodu, odmówił krótką modlitwę; następnie wszedł na wzgórze, z którego całą płaszczyznę doskonale mógł okiem objąć. Usiadł na kamieniu i zapalił fajkę, patrzył i kombinował. Sądząc z ilości szałasów, ze stosów nagromadzonego drzewa, zmiarkował, że powstanie kilkanaście, może nawet dwadzieścia nowych osad, będzie to więc już wioska, nie nadto duża, ale też i niezbyt mała. Zachodzi pytanie, czy bogata? I na to odpowiedź nie trudna; kto kupuje grunt, kto stawia budowle, ten biednym nie jest, a choćby nie posiadał kapitału, to już przez to samo, że ma grunt i , jest odpowiedzialny i można z nim handlować. W ogóle Icek przyszedł do przekonania, że tu będzie można coś zrobić i postanowił poznać wszystkich kolonistów i ich potrzeby.. Tak, czy owak, trzeba zacząć od początku, innego sposobu nie ma. Niebawem na karczowisku ruch się zaczął. Kobiety rozpalały ogniska, biegły z konewkami po wodę, doiły; mężczyźni szykowali wozy, ostrzyli kosy, niektórzy zaś wzięli się do obrabiania drzewa. Słychać było nawoływania, gwar, łoskot siekier; tracze piłowali grube kloce. Icek zeszedł z góry, na drodze spotkał chłopa, z którym wczoraj przyjechał. — A co to — rzekł chłop — jeszczeście tu? — Jeszcze. — Mieliście świtem iść do Jastrzębia? — Jastrząb nie ucieknie, zabawię tu jeszcze parę godzin... — A może chcecie wracać do domu, to podwiozę. — Dziękuję, mam jeszcze różne interesa. — Ha, jak wasza wola. Chłop pojechał dalej, Icek zaś wkrótce znalazł się wśród szałasów i zbliżył się do gromadki ludzi, wśród której w blado-niebieskim spencerku stał pan Szulc. — Dzień dobry, panie majster — rzekł Icek. — Dobry... — Będziemy mieli dużo roboty. — Jo. Jeden z gromady, mężczyzna wysoki, barczysty, z ponurem wejrzeniem, zapytał Icka: — A ty co za jeden? — Ja majster. — Cieśla? — Trochę szklarz. — To jeszcze czas na ciebie. Odejdź i nie przeszkadzaj. — Ja insze rzeczy też potrafię. — Idź. — Co brakuje, mogę sprowadzić, co potrzeba, dostarczyć. Każdy interes potrafię załatwić jednej chwili, w jednej minucie. Ponury człowiek nic nie odrzekł, tylko zmarszczył brwi i z groźnem wejrzeniem i z wyciągniętą ręką posunął się ku Ickowi. — Franciszku! — odezwał się Wincenty — daj pokój, a ty, żydku — dodał — odejdź i zaczekaj gdzie na uboczu. Skoro będziesz potrzebny, zawołamy cię, teraz nie przeszkadzaj nam naradzać się z majstrem. Icek odszedł i aby nie tracić czasu, udał się do szałasów, w przekonaniu, że potrafi wkraść się w łaski kobiet. W tej chwili gotów był zostać na poczekaniu kramarzem, przekupniem towarów łokciowych, czem kto chce. Wprawdzie nie miał przy sobie towarów, ale to mała rzecz; może się podjąć dostawy i nazajutrz przyjechać z pełną skrzynią najrozmaitszych przedmiotów. Koloniści otoczyli Szulca i rozpoczęły się narady; przechodzili z miejsca na miejsce, oglądali i mierzyli place, przeznaczone pod budowę, obliczali ilość potrzebnych materyałów. Cieśla sprzeczał się, odchodził, znowuż powracał, kłócił się z kolonistami, wreszcie, po długim targu, Wincenty doprowadził do zgody. Szulc podjął się postawić domy według wymagań ; domy porządne, na urząd, według wszelkiej formy, z ganeczkami na słupach, z okienicami, żeby zdaleka można było poznać że to nie chłopskie chaty, lecz dworki. Szulc podjął się sprowadzić stolarza i zduna, wskazał, gdzie można dostać robotników do siekiery, gdyż pomoc miejscowa nie była wystarczająca. Aby czasu nie tracić, wzięto się zaraz do roboty z temi siłami, jakie były na miejscu. Szulc zrzucił z siebie spencer, wydobył z za cholewy składany łokieć i wielki ołówek ciesielski i zaczął odmierzać podwaliny dla pierwszego domu. Postanowiono jednozgodnie, że przedewszystkiem ma stanąć dom dla Wincentego. I nie mogło być inaczej; Wincenty bowiem był w gromadzie najgłówniejsza osoba, głowacz i pieniężnik i latami najstarszy i w sprawach różnych, procesach, wypraktykowany i taki jakiś zawsze poważny i spokojny, że go każdy słuchał i szanował. On to właśnie kupno ziemi, na której się teraz mają osiedlić, do skutku doprowadził, on pokierował sprzedażą gruntów na dawnej siedzibie, on u adwokatów, regentów, w hypotece, długi czas strawił, aby wszystko dobrze zakończyć, aby kupno było bezpieczne, pewne jak mur, niewzruszone. Oczywiście, że takiemu należało się pierwszeństwo, bo go każdy za głowę uważał, a chociaż znajdował się w gromadzie jeden i drugi taki, co na przewagę Wincentego krzywem okiem spoglądał, jednak odzywać się z tem głośno nie śmiał, bo wiedział, że poparcia nie znajdzie, że go wszyscy wyśmieją i zakraczą. Ludzie wiejscy, rolnicy, zawsze na ziemię są chciwi i każdy radby jej jak najwięcej posiadać, ale w owym czasie prawdziwa gorączka kupna gruntów panowała. Dość było słówko szepnąć, że jaki folwark jest do nabycia, wnet kupcy, jak muchy do miodu, spieszyli i brali ziemię na działki, prawie nie targując się, byle tylko ją posiąść. W tym właśnie czasie ruszył się Wincenty i pół wioski rodzinnej wyprowadził za sobą. Trafił się do kupna duży folwark, Wincenty porozumiał się ze swoimi i jeszcze z jednym szaraczkiem, który na handlu końmi dobre pieniądze zrobił i folwark ten kupili. Koniarz wziął dwór z zabudowaniami i dwanaście włók przyległych, kolonistom dostała się reszta: pola, łąka, nowiny poleśne i lasu kawałek. Musieli się całkiem z nowego budować i zagospodarowywać. Na poprzednią swą własność, na ziemię, porozrzucaną długiemi, wąskiemi zagonami w rodzinnej wiosce Sakowie, wnet nabywców znaleźli w osobach swoich najbliższych sąsiadów. Sprzedali więc je, porzucili stare swoje śmiecie i poszli za Wincentym dorabiać się na nowem i na większem. Każdy z kolonistów Sakowski się nazywał, ale tylko w metryce i urzędowych dowodach, w życiu sąsiedzkiem, prywatnem, pod przydomkami ich znano, a te przydomki, z ojca na syna przechodząc, prawie nazwiskami rodowemi się stały. Wincenty naprzykład Wąsalem był zwany; podobno dziadek jego, dla wielkich wąsów, jakiemi się odznaczał, to przezwisko otrzymał i tak już przy rodzie pozostało. Nie przejdzie już ono w dalsze pokolenia, gdyż jedyny syn Wincentego umarł i pozostała po nim tylko córka Hanusia. To dziecko, po śmierci matki, która niedługo męża swego przeżyła, wzięli do siebie Wincentowie. Hanusia chowała się szczęśliwie, rosła i wyrosła na śliczną dziewczynę. Dla jej urody, dobroci, a wreszcie dla majątku, jaki kiedyś w przyszłości po dziadku odziedziczyć miała, nie brakło jej konkurentów, ale ku wielkiemu zmartwieniu dziadka i babki, Hanka nie chciała nawet słuchać o kawalerach; mówiła, że jej dobrze w domu i że nie ma czego się śpieszyć. Były czasem z tego powodu sprzeczki; Wincentowa gderała, Wincenty gniewał się, ale dziewczyna zawsze potrafiła znaleźć sposób ułagodzenia staruszków i wszystko zostawało do jakiegoś czasu po dawnemu. Na nowej siedzibie Hanka spokojniejszą i bardziej swobodną się czuła, przypuszczając nie bez racyi, że dziadek, zajęty interesami gromady i urządzeniem nowego gospodarstwa, nie będzie miał czasu myśleć o jej małżeństwie. Zresztą, gdzieżby wyprawił wesele? W szałasie — nie, a zanim nowy dom stanie, zanim się wszystko do porządku doprowadzi, dużo jeszcze wody w rzece upłynie... Z piosnką na ustach, wesoła, uśmiechnięta, wybiegła przed szałas, przysłoniła dłonią mądre oczy, bo je raził jasny blask słoneczny i patrzyła przez chwilę w stronę lasu. Tam w oddaleniu, wśród pni, na wzgórzu, odosobniona od ogólnego koczowiska, stała buda, sklecona z gałęzi sosnowych, przed nią przy ognisku, z którego dym wznosił się słupkiem białawym do góry, uwijała się kobieta. Hanka zarzuciła chusteczkę na głowę i szybkim krokiem udała się ku wzgórzu. W parę chwil później, zmęczona trochę, zarumieniona, znalazła się przy ognisku. — Hanusia! — zawołała staruszka — tyżeś to, kochanie! — Czyżbyście nie poznali mnie, pani Józefowa? — Oczy moje coraz gorzej widzą — rzekła starowina — o zmroku nic już nie widzę, a przy blasku, kiedy słońce świeci, to mi się każda rzecz mieni. — Moja droga, złota pani Józefowa, ja tu przybiegłam, żeby wam dać znać. — Co takiego? — Cieśla jest, domy będą stawiali... — To i cóż? — No, kiedy jest, to niechby i dla pani zarządził, jak co zrobić. — Dziękuję ci, kochaneczko, za twoją pamięć i serce dobre, ale ja domu stawiać nie będę... — A jakże będzie? — Jak Bóg da. — Przecież bez dachu nad głową nie sposób. — Musi się obejść. — Moja droga pani!... — Siadaj, kochaneczko, ot, choćby na tym pieńku, wszystko ci powiem. Chaty nie postawię, bo nie mam za co. Wszystko, co tylko miałam ze sprzedaży cząstki mojej w Sakowie — poszło na kupno gruntu. — Nie ma się o co frasować, ja poproszę, to dziadzio pani pomoże. — Bóg zapłać. Ja wiem, że Wincenty-by pomógł, bo dobry człowiek, ale choćbym miała za co, to bez Jasia budowli stawiać nie będę. Moje gospodarstwo na tym świecie niedługie, jemu zaś do życia; niech buduje sam, jak mu będzie lepiej i dogodniej. — Zawsze... Ach, mój Boże, ja nie wiem! Lato zbiegnie ani się obejrzeć kiedy, nastanie jesień, chłód, deszcze, a pani zdrowia nie ma. — Jaś przyjedzie, to zaradzi. — A jeżeli nie przyjedzie? — To dopóki będzie można, tu posiedzę, a gdy zima zaskoczy, na komorne do , albo do miasta się wyniosę; ale ja mam takie przeczucie, że on przyjdzie, przyjdzie do ziemi swojej własnej, do matki rodzonej, przyjdzie i do... — Do kogo jeszcze? — spytała z uśmiechem. — Wiesz ty dobrze... Ale, bodajże... Jakaż pamięć moja! Od wczoraj wypatruję ciebie, chciałam już iść do was, a zobaczywszy cię, zapomniałam! Oj, głowa, głowa! I ty chcesz, żebym ja swoim rozumem dom synowi stawiała! Toż ja mam list. — List? — Wątorek Franciszek wczoraj w mieście był i z poczty mi przywiózł... — Od kogo? — zapytała dziewczyna, a gorący rumieniec oblał jej ładną twarzyczkę. — Od kogo? A kogóż ja mam, prócz niego na świecie? Ktoby inny do mnie mógł pisywać? Zadrżałam, gdy mi to pismo oddano. Ogarnęła mnie ciekawość i niepokój. Bóg wie, co się z chłopakiem dzieje... — A cóż pisze, pani Józefowa kochana, cóż on pisze? — To też, powiadam ci, Haniu, że ręce mi drżały, nogi się trzęsły podemną. nie mogłam znaleźć okularów; zdawało mi się, żem je schowała do skrzyni... Nie ma! Nareszcie znalazły się w książce do nabożeństwa. Biorę je coprędzej, chcę czytać... nie mogę, nie dojrzę... Zapłakałam gorzko. do ciebie pójść, nie miałam siły, chciałam Frankę posłać, ale gdzież tam! Zapędziła się za krową, co się zbłąkała w lesie, a gdy wróciła, było już późno. Trzeba było do rana czekać. Właśnie chciałam powlec się do was, aż tu ciebie mi Bóg przysyła. Z radości, żeś przyszła, zapomniałam o liście. Taka to moja stara głowa, Hanusiu. Jego ja kocham i ciebie kocham; może jego więcej, bo on mi syn, a może ciebie więcej, boś ty taka serdeczna... — Moja droga matusiu! — rzekła dziewczyna, całując pomarszczone ręce staruszki — moja droga!... — No, masz ten list, przeczytaj mi go... Mój Boże, ja cię nauczyłam czytać, a teraz mam za to nagrodę; ja cię zawsze nazywałam mojem oczkiem — i naprawdę oko mi zastępujesz. Dziewczyna czytała głośno: — «Kochana matko moja! Donosiłem , że za parę miesięcy już powrócę do was, matko, i nie opuszczę was więcej. I byłbym już pewnie z wami, ale Pan Bóg zrządził inaczej. Miałem wypadek, spadłem ze znacznej wysokości, złamałem nogę. — Mój Boże! — zawołała dziewczyna, przerywając czytanie. — Dalej, dalej! — rzekła staruszka surowo, prawie z gniewem — ma co złego być, niech odrazu będzie... Czytaj! — ...złamałem nogę i wzięli mnie do szpitala, gdzie zapewne kilka tygodni, a może i ze dwa miesiące przeleżę. Nie martw się, matusiu, doktór obiecuje, że wrócę do zdrowia i będę znów zdatny do roboty, jak i przed wypadkiem. W Bogu nadzieja. Nie martw się też, że mi tu źle lub że mi czego brakuje. Nie, mam na wszystko, z zarobku zaoszczędziłem trochę pieniędzy i nawet tobie, matko, przyślę, bo na nowem gospodarstwie wydatków nie brak. Znam ja ten kawałek ziemi, co nam z podziału kupionego gruntu wypadł, dla innych on niełakomy, ale dla nas będzie dobry i aby ci tylko, matko, Bóg użyczył zdrowia, to zobaczysz co się z niego zrobi. Całuję twoje ręce, moja droga matko, ukłony załączam dla wszystkich dobrych znajomych i sąsiadów naszych, a najbardziej dla Hanusi. Napiszcie do mnie parę słów; dla chorego, to najlepsze lekarstwo, wiedzieć, że jest ktoś przychylny, co o nim myśli i za jego wyzdrowienie się modli. A o mnie nie bójcie się, doktór mówił, że będzie dobrze. Bywajcie zdrowi, matusiu.
Wasz przywiązany syn
— Już? — zapytała staruszka. — Już wszystko — odrzekła Hania. — Żeby nie tak daleko, pojechałabym do niego... pilnowałabym, nie odstępując, bez przerwy — ale taki kawał drogi za Warszawą, pod pruską granicą, gdzież sposób? — Prawda, prawda! — Stara, chora, niewidząca, może zamarłabym gdzie na drodze, a przecież serce wyrywa się. Rozumiesz, to Hanusiu. — Rozumiem — odrzekła z westchnieniem — rozumiem... Dwie duże, ciężkie łzy stoczyły się po jej twarzy, ale niedostrzegła ich zmartwiona matka. Ona nic bo nie widziała w tej chwili, tylko jakąś daleką, daleką przestrzeń, zupełnie obcy, cudzy dom, a w tym domu swego cierpiącego syna. — Hanusiu — odezwała się cichym, stłumionym głosem — Hanusiu. — Słucham, jestem tu. — Idź ty, kochanie moje, do domu, idź, może tam babka cię potrzebuje, może dziadek szuka. — Wypędzacie mnie? — Nie, ale on pisał, że dla chorego najlepsze lekarstwo, gdy się kto modli o jego wyzdrowienie. — Idę, zostańcie z Bogiem, pani Józefowa. — Przyjdź jutro, kochaneczko, teraz ja muszę być sama... przed obrazem Pocieszycielki strapionych.
III.
dość znacznej odległości od tymczasowych siedzib kolonistów, za lasem, nad samym prawie brzegiem rzeki, znajdował się dwór z ogrodem i folwark, nabyty przy parcelacyi, wraz z większą przestrzenią gruntu, przez zamożnego szaraczka, który się na handlu końmi sporego grosza dorobił. Była to niegdyś ładna rezydencya; dom obszerny, na wysokiej podmurówce, z dużemi weneckiemi oknami, z gankiem i pięterkiem; przed domem rozciągał się dziedziniec szeroki, z klombami i trawnikiem, za domem zaś był ogród, w części dziki, w części owocowy, ozdobiony aleją grabów, ciągnącą się dokoła całego ogrodu, wzdłuż parkanu. Z tej alei, po łagodnej pochyłości wzgórza, schodziło się do rzeki. Zarówno dom, jak i ogród świadczyły, że niegdyś mieszkali tu ludzie zamożni, dbający o wygodę i porządek, ślady tego pozostały jeszcze, ale w ogóle znać było, że przeszedł po nad tą siedzibą duch zniszczenia i upadku. Kilka szyb stłuczonych zaklejono papierem, na dziedzińcu trzoda ryła trawniki, a na sztachetach, tuż koło domu, suszyła się bielizna, wisiały garnki, dzieżki od mleka, skopki i różne statki gospodarskie. Brama od ogrodu była otwarta na oścież; jedna jej połowa, wyrwana z zawias, leżała na ziemi, druga ledwie się na jednym haku trzymając, podobnego oczekiwała losu. Kury, kaczki, prosięta wchodziły swobodnie i niszczyły resztki kwiatów na rabatach, źrebaki pasły się na ślicznie kiedyś utrzymanych gazonach. Folwark też dość dziwnie wyglądał; zabudowania obszerne, jak dla wielkiego majątku, zawielkie były dla siedmiowłókowego gospodarstwa, a materyał budowlany miał taką wartość w oczach kolonistów, że podzielić się nim w naturze. Rozebrano więc ogromne stodoły, obory, owczarnie i szopy, wywieziono drzewo i cegłę, a na folwarku pozostały zabudowania ucięte, skrócone do jednej trzeciej lub jednej czwartej części poprzedniej długości. Dziwny sprawiały widok te poobcinane budynki, połatane tarcicami, gałęźmi sośniny, słomą. Przestrzeń pomiędzy niemi zwiększyła się, drzewa mające stanowić ochronę od ognia, znalazły się odosobnione, ogólna symetrya zniknęła, a zrujnowany i połamany parkan dopełniał obrazu zniszczenia. Na miejscu stodół były twarde klepiska, na miejscu obór i owczarni kupy mierzwy, poprószonej słomą, wszędzie pełno gruzów, rumowiska, wiórów, potłuczonej cegły, powyważanych z fundamentów kamieni. Przykry to widok był, sprawiał wrażenie pustki, ruiny, cmentarzyska. Oczywiście chwilowem to tylko być miało, przejściem do nowej formy życia, do innych sposobów pracy, przez innych robotników podjętej. We dworze osiedlił się nowy właściciel, pan Gerwazy. Nazwisko miał takie, jak i wszyscy koloniści z Sakowa, ale znano go pod przydomkiem Talara, a jako człowieka bogatego, przez grzeczność Talarowskim . Jakże-bo prostym talarem ma być człowiek, liczący w swoim majątku, jak fama niosła, dwadzieścia kilka, a może nawet i trzydzieści tysięcy rubli. Tak przynajmniej ludzie twierdzili. Dawniej takich w rzędzie krociowych pieniężników stawiano, a chociaż obecnie pojęcia o krociach uległy pewnej reformie, jednak urok bogactwa, choćby niezbyt wielkiego, istnieć nie przestał, zwłaszcza dla tych, co sami posiadają niewiele. Gerwazy przyszedł do fortuny własną tylko zabiegliwością i sprytem; po rodzicach dostał niewiele: trzecią część biednego gospodarstwa, kilkanaście długich i wązkich zagonków, odpowiedni dział z zabudowań i dobytku. Żona mu też fortuny wielkiej nie wniosła w posagu, gdyż wówczas, kiedy powziął zamiar wejścia w związki małżeńskie, nie miał jeszcze majątku i do wielkich partyj nie mógł być zaliczony, a tem samem o bogate panny konkurować. Wziął dziewczynę ładną i tęgą, podług upodobania i wyboru serca, ale z posagiem bagatelnym: rubli, kilka zagonków, trochę ruchomości, dwie krowy — dobrali się wszakże oboje, jak w korcu maku i zaraz z początku wieść im się dobrze zaczęło. Ona gospodarstwo prowadziła sama, on po jarmarkach się włóczył; konie kupował, sprzedawał, zamieniał i doskonale na tym handlu wychodził, kapitał podwajał i potrajał, a zakres działalności swej wciąż rozszerzał. Dzieci im się nie wiodły; z tylko jeden chłopak przy życiu pozostał; inne pomarły, zaledwie od ziemi odrósłszy. Jedynak był dumą i nadzieją rodziców, zwłaszcza matki; on też stał się głównym powodem kupienia folwarku i przyjęcia udziału w parcelacyi. — Tak nie może być — mówiła pani Gerwazowa do męża — na małej cząsteczce szlacheckiej nasz Adaś się nie wyda i nie do tego on jest, żeby sochę dźwigał i za broną chodził. — A do czegóż taki wisus? — mruknął Gerwazy, który oponował żonie z zasady, chociaż w gruncie rzeczy zupełnie jej zdanie podzielał. — Co on lepszego odemnie? — Nie do tego się mówi, żeby co lepszego miał być, ale ty wiesz sam, że kiedyś był w jego latach, musiałeś głową kręcić i pracować. — To i on niech pracuje. — On bogaty. — Nie on, tylko ja. Ja i ty — dodał po chwili. — Do trumny majątku nie weźmiemy, a milej ci będzie widzieć, że twoje dziecko jest w lepszym stanie. Już ja dużo, dużo, nad tem myślałam. — Ciekawość, co też wymyśliłaś? — Tobie się zdaje, że kobieca głowa, to nic. Możesz ty mieć swój rozum do koni, a ja mam swój do dziecka. — Ciekawość, ciekawość... — Tylko tak sobie nie dworuj; ja wiem, co mówię. Nasz syn nie może tak pozostać, jak teraz. Dwadzieścia cztery lat chłopcu na Boże narodzenie minęło, żenić mu się czas. — Oho! — Nie chciałbyś to wnuków doczekać — co? — Tak mi z wnukami, jak i bez — odrzekł Gerwazy. — To nieprawda. — Skoro mówię... — Ale tak nie myślisz; wiem, że co innego masz w głowie. Zresztą, zawsze na świecie taki porządek był i ty go nie odmienisz. Kto się żeni, pragnie dzieci; kto wychowa dzieci, prosi Boga o wnuki. Żebyś ty sto rozumów miał, żebyś tysiące jarmarków obejrzał i nie wiem jak mądrował, to nic inszego nie wymądrujesz, tylko, że trzeba Adamka ożenić. — A no, wreszcie, niechby tam. Juści kiedyś musi to się stać. — Źle, że się dotychczas nie stało. — Nie wspominałaś nigdy, że ci tak pilno babką zostać. — Jakiś ty dziwny, Gerwazy, jakże miałam wspominać? Dokądże to nasz Adaś przyprowadziłby żonę? Do tej marnej chałupy, w której gromadą siedzimy, jak żydy, z parobkiem, z dziewkami, z dobytkiem. Nasza synowa inszej wygody potrzebuje. — Jeszcze jej nie znasz, a już wiesz, jakiej wygody zażąda. — Nie znam, ale wiem, jakąbym chciała mieć. — E! co grymasić, niechby jej tylko dobry posag dali, to może być jaka chcąc. — A właśnie, że nie. Adaś jest bogaty i może nie patrzeć koniecznie na posag, tylko podług upodobania osoby. — O, o!... — Ma się rozumieć. Nasz syn jest edukowany, w szkole był, mundur nosił. — Juści nosił, bo nosił, ale tak mu się chciało uczyć, jak żydowi orać. — Zawsze trzy klasy skończył, a ty nic. — Bo ja nie miałem takiego ojca, żeby wikt za mnie opłacał i odzienie mi sprawiał. — On, dzięki Bogu, miał i skoro jest edukowany, to i według małżeństwa musi mieć osobę edukowaną. — Aha! może jeszcze z fortepianem? — Dlaczego nie? — I może, żeby po francusku... — A cóżby to przeszkadzało? — Pewnie; ona zacznie szwargotać, a ja będę z tobą jak na niemieckiem kazaniu. Taka może nas dyfamować, brzydkie słowo powiedzieć, a my będziemy się cieszyli, że to politycznie i z edukacyą. Ot, wybij sobie to z głowy, bo i twój kochany Adaś tyle rozumie po francusku, ile ja po turecku. — Właśnie, że rozumie. — A ty zkąd wiesz? — Bo wiem, on jest taki zdatny, że każdą rzecz zna. — No, no... — Sprzeczasz się ze mną tylko dla przekory, ale sam miarkujesz, że trzeba coś zrobić. — Może. A cóżbyś ty chciała? — Dwór mieć swój, folwark, żeby było po pańsku. — Alboś to nie pani na swoich śmieciach? — A cóż mnie? Jabym tu do śmierci siedziała, ale dla dziecka. On panicz, jemu trzeba innego posiedzenia, obejścia, innej mody. Folwark kupmy. — Gdzie go szukać? Ja nie czasowy, swego muszę pilnować. — Już się nie frasuj, ja znajdę, a prawdę mówiąc, już znalazłam. — Gdzie? — Wincenty kolonistów zbiera, na wielki majątek się rzucają, akurat dla nas byłby dwór z folwarkiem i jakie dziesięć włók gruntu, a dla nich reszta. Pójdźno do Wincentego, pogadaj z nim. — Gdzie mnie na takie duże gospodarstwo? Kto się niem zajmie, kto zarządzi? — Adaś. — Też znawca! — Właśnie, że znawca. Rozważ sobie dobrze, a zresztą cóż ci szkodzi? Kupić, nie kupić, potargować wolno... przymusu nie ma. Dotąd Gerwazemu dokuczała, dotąd przynaglała go, aż poszedł i rozmówił się z Wincentym. Ponieważ warunki kupna były dogodne, a sama myśl posiadania folwarku, chociaż nie przyznawał się do tego, wydawała się szlachcicowi ponętną i łechtała jego próżność, przystąpił do współki i stał się właścicielem ziemi i owego dworu i folwarku, po nad którym przeszedł duch zniszczenia. Nie żałował Gerwazy wydatku i kupna; po biednej chacie w Sakowie, dwór nowo nabyty wydawał mu się pałacem, tak w nim było przestronno i obszernie. Gerwazowa, jako doskonała gospodyni, postanowiła zużytkować pokoje, aby pustką nie stały; zapełniła je tedy beczkami, workami, skrzyniami wszelkiego rodzaju i byłaby niezawodnie cały dom zamieniła na spiżarnię i ogromny skład rupieci, gdyby nie opozycya Adasia, który powiedział wręcz matce, że to niepolitycznie, że u wielkich państwa jest zupełnie inna praktyka. Zawstydzona kobieta tłómaczyła się przed synem, że to jest tylko tymczasowo i przyrzekła, że skoro tylko wyporządzony zostanie lamus i spiżarnia, to pokoje będą uprzątnięte, zamiecione i urządzone według wskazówek Adasia. — Ty, moje dziecko — mówiła — znasz świat i modę, rządź-że więc i dysponuj, jak ma być. Ja kobiecina swego chowu, na tem się nie rozumiem. Niech wszystko będzie ładnie i dobrze, a ty sobie pannę piękną upatrz, żeń się i w tych pokojach szczęśliwie mieszkaj. Chłopak nic na to nie odpowiedział, nacisnął czapkę na głowę i wybiegł na dziedziniec. Gerwazy, był to mężczyzna średniego wzrostu, krępy, barczysty, twarz miał ceglastego, opaloną od słońca, tylko czoło białe, jak słoniowa kość. Oczy niewielkie, żwawe, bystro spoglądały z pod brwi gęstych, czarnych, wąsy były równo przystrzyżone nad wargą, żeby nie przeszkadzały w jedzeniu. Włosy miał trochę szpakowate, głowę nosił wysoko, w każdym jego ruchu, w każdym geście, znać było pewność siebie i przeświadczenie o swoim rozumie, wyższości i bogactwie. Ubierał się nie z waszecia, ale zupełnie po miejsku. Na codzień, na podróże, włóczenie się po jarmarkach, na targi, używał butów z wysokiemi cholewami, kożucha i burki z kapturem, ale w święto nosił krochmalone gorsy, kołnierze i mankiety, nie zapominał o jaskrawym krawacie i szpilce z koralową główką. Miał czarny garnitur, kamasze, kapelusz kastorowy, porządne palto, w razie niepogody kalosze i parasol. Używał okularów w talmigoldowej oprawie, miał «porte-cigarre» skórzane i tabakierkę srebrną. Żona jego do elegancyi przyzwyczaić się nie mogła; żwawa i ruchliwa kobiecina w zwykłym domowym wełniaku i w chustce na ramionach, traciła wszelką swobodę ruchów w sukni, przez krawca zrobionej, żenował ją kapelusz na głowie, nabawiały kłopotu rękawiczki, a parasolki nie potrafiła otworzyć. Trudno ją było namówić do wyjazdu, jeżeli wyjazd połączony był z koniecznością ubrania się w «cudaki», tylko w niedziele i święta to czyniła, jedynie z pobożności, gdyż nie opuszczała nigdy sumy i kazania. Synek był wielki elegant, marzył tylko o tem, ażeby się stroić, bawić i używać wszelkich przyjemności życia. Krawcy miasteczkowi nie mogli mu dogodzić ani krojem, ani gatunkiem materyału. Gniewał się na nich, przeklinał, przyrzekał, że nigdy w życiu nie da im nic do roboty, że pojedzie do Warszawy umyślnie tylko po to, aby się w elegancką garderobę zaopatrzyć — ale po niejakim czasie znowuż odwiedzał Judkę lub Abrama i nowe zamówienia robił. Judka, człowiek doświadczony i znający stosunki swoich klientów, uśmiechał się do młodego człowieka, prosił go siedzieć, pokazywał próbki materyałów, wreszcie brał miarę. — Ny — mówił — ja wiedziałem, że pan do mnie przyjdzie, że pan nie będzie szukał warszawskich majstrów. — To już ostatni raz... A jeżeli Judka sfuszeruje, ubrania nie wezmę. Szukajcie kogo, żeby je kupił. — Panicz powiedział kilkanaście słów, a w tych słowach trzy omyłki. — Jakie omyłki? Co znów? — Pierwsza omyłka, że Judka sfuszeruje. Panicz wie dobrze, że to się nigdy nie zdarza, bo Judka jest majster i dla pierwszych panów szyje. W zeszłym tygodniu przerabiałem szlafrok. Jak pan myśli: czyj to był szlafrok? — A licho go wie! — Za przeproszeniem, to był hrabiowski szlafrok! Pana starszego hrabiego z Oblazłówka. A jak panicz myśli, jaki to był szlafrok? — No przecież Judka mówił — hrabiowski. — Nietylko hrabiowski, ale i aksamitny też był. Ha, ha! śliczne odzienie, śliczny kawałek roboty! Jak go przerobiłem! Nie chwalę się, ale stanik od damskiej sukni nie może tak być dopasowany do damy, jak ten szlafrok był dopasowany do swojego . Hrabia w nim tak wygląda jakby go kto ulał z aksamitu! No, to widzi pan, że Judka nie jest fuszer. Druga omyłka w tem, że panicz ubrania nie weźmie. O to ja się nie boję. — Bo nie wezmę, jeżeli będzie źle leżało. — A w czem panicz będzie chodził? — Moja w tem głowa. — Z przeproszeniem, ale głowa nie jest krawiec i ubrania nie zrobi. Trzecia omyłka w tem, że panicz powiedział: ostatni raz. — Ma się rozumieć. — Oj, oj, żebyśmy tak oba mieli szczęście, jak przed tym ostatnim razem było dużo ostatnich razów i jak po tym ostatnim razie jeszcze będą ostatnie razy. — Warszawa nie za morzem. — I to prawda, ale czy tam są porządni krawcy? — Juści lepsi niż tu. — Co panicz mówi? Oni są fuszery, oni nie umieją ludzi szanować, liczą drogo i chcą mieć pieniądze zaraz, na stół. Czy oni wiedzą, że panicz jest pana Talarowskiego synek, że u takiej osoby mieć pieniądze, a w banku mieć pieniądze, to wszystko jedno jest; czy oni co wiedzą? Panicz powiada: ładny krój. Niech nasze wrogi będą tak skrojone! Warszawski krawiec umie tylko wykroić komu kieszeń, a my jesteśmy delikatni ludzie i wiemy, jak komu dogodzić i ile pokredytować. Ten ostatni argument był bardzo ważny, gdyż Gerwazy pieniędzy synkowi dawał nie wiele, o oszczędności zaś i potrzebie szanowania grosza mówił bardzo dużo, a chłopak zasad tych nie podzielał, rwał się do życia i jego przyjemności, wiedział, że jest synem bogatego ojca i chciał imponować ludziom, rzucać pieniądze. Z biedniejszymi rówieśnikami swymi we wsi wdawać się nie lubił, pracy z nimi nie podzielał, nie stanął tak, jak oni, do kosy, sierpa lub cepa, nie chodził za pługiem, nocą z końmi na pastwisko nie jeździł, uważając się za wyższego pod względem stanowiska i rozumu. Natomiast lgnął do pisarzy, do kancelistów z miasteczka, lubił z nimi zabawiać się wesoło, w karty grać i kieliszki wychylać, a rozpacz ogarniała go na myśl, że pieniędzy dość na to nie posiada. robili mu niekiedy przycinki, wspominając w rozmowie o skąpstwie, o bogatym biedaku, a każde takie ironiczne słówko, każdy złośliwy uśmiech wstrząsały nim, niby prąd elektryczny. Bladł i czerwienił się naprzemian, zagryzał wargi aż do krwi i w takiej chwili gotów był bez namysłu ważyć się na wszystko, byle tylko zaimponować towarzyszom, byle im pokazać, że i on potrafi być rozrzutnym. Przy braku zatrudnienia, przy zupełnej swobodzie, w chłopaku zaczęły kiełkować, a następnie krzewić się złe ziarna, a nie było komu wykorzeniać tego chwastu, gdyż ojciec ciągle prawie po za domem przebywał, matka zaś kochała swego jedynaka do szaleństwa, patrzyła na niego, jak w obraz i miała to przekonanie, że cokolwiek Adaś robi — dobrze robi, że jako kawaler bogaty i edukowany powinien bywać w świecie i szukać lepszego towarzystwa, aniżeli to, jakie znaleźć można w cichej wiosce szlacheckiej, wśród pracowników pługa i kosy. Matka też radziła, i dość skutecznie nawet, na skąpstwo ojca. Miała ona w skrzyni, gdzie ubranie chowała, na samem dnie, pod stosem szub, kożuchów, spódnic, płótna i drelichu własnego wyrobu, oszczędności z kobiecego gospodarstwa, przez długie lata zebrane — i kiedy tylko Adaś był smutny, kiedy użalał się na los, na niemożność zabawienia się i życia z ludźmi, głaskała go po głowie i mówiąc: nie martw się, dziecko drogie — znikała w komorze. Po długiej chwili, gdyż niełatwo było do tak ukrytego skarbu się dostać, powracała z paczką banknotów w ręku, uradowana, uśmiechnięta, na myśl, że Adaś rozweseli się i ożywi. Chłopak czasem dziękował rodzicielce swej za pomoc, czasem nie, wymykał się z domu natychmiast i znikał, przepadał na cały dzień, czasem i na kilka. Gdy się Gerwazy przeprowadził na nową siedzibę, gdy zamiast cząstki posiadał folwark, gdy zamieszkał we dworze, żona potrafiła mu wytłómaczyć, że Adaś, jako panicz, powinien mieć swego własnego konia i jeździć wierzchem, nie zaś trząść się na wozach lub na starej bryczce. Gerwazy z początku kręcił głową, ale wkrótce przekonany, ustąpił żonie, machnął ręką i rzekł. — Niech tam. — Więc przyprowadzisz mężu, kupisz? — No, no... — Ale co porządnego, nie byle podjezdka lub hetkę. Przecież ty znawca na koni, potrafisz wybrać... Gerwazy ramionami wzruszył. — Ot, gadanie!... Czy ja się znam?... A któż u kaduka będzie znawca, jeżeli nie ja? — Ale słuchajno. — Czegóż jeszcze? — Kup też i siodło porządne z całem przysposobieniem, jak należy. — Eh! moja Tekluniu, prawdziwie to mówią, dać kurowi grzędę... — Jakże bez siodła? — Jest stare na górze. — Grat! — Nie gadaj, rzemień zdrowy, ani jednej sprzączki nie brak. — Ileż to taki nowy statek może kosztować? — spytała. — Juści kosztuje, darmo rymarz nie da. — Bo widzisz, ja... chciałabym ze swojego. Też przecie bez grosza nie jestem. — Ot, kobiece zażądanie! Jak się uprze, rób co chcesz. — Ale kupisz, kupisz... Mnie obiecywałeś nową szubę, to wolej nie sprawiaj, mam w czem chodzić. — No, no! — mruknął Gerwazy, fajkę zapalił i wyszedł przed dom. W tydzień później przyprowadził z jarmarku siwego źrebca, na widok którego Adasiowi aż oczy zabłysły. — No, co? — pytał Gerwazy z dumą. — Ładna sztuka, hę? — Śliczności! — Ile wart, jak myślisz? — Albo ja wiem... — To mu się przypatrz. Czterolatek, z dobrej stajni. Tfu! jak ty konia oglądasz! Na łeb mu patrzy, znawca! Ty na nogi uważaj, na piersi, na krzyż, na lince go przepędź, obacz, jakie chody ma! Pod generałem mógłby chodzić, a harmatę toby w pojedynkę ciągnął. Weź go, daruję ci. Siodło nowe w bryce znajdziesz z trenzlą, z całym przyborem. Jeździj sobie, jeno trzymaj się , bo choć z dobrego konia spaść nie żal, ale jakbyś kark skręcił, tobyś już nie mógł spaść drugi raz... Rozgadał się, małomówny zwykle Gerwazy, bo konia dobrego przed sobą widział, z taniego kupna się pysznił, przypomniał mu się jarmark i żyd, który od ręki pięćdziesiąt rubli odstępnego mu dawał... W godzinę później Adaś dosiadł źrebca i zaczął harcować po dziedzińcu. Matka patrzyła z dumą na swego jedynaka, a jednocześnie przejmowała ją obawa, aby go koń nie zrzucił. — Nie bój się, Tekluniu, uspakajał ją Gerwazy, alboż nie chłop dorosły, nie ma siły, czy co? A zresztą, chociażby i spadł, to nie do nieba poleci, jeno na ziemię gruchnie. Obawa matki była próżna. Na hardym, niepokornym a gorącym koniu chłopak się trzymał nie sztuką, lecz siłą swoich muskułów. W podskokach szalonych objechał kilkakrotnie dookoła dziedziniec, a potem zwrócił ku bramie, popuścił cugle i jak wicher popędził w stronę nowych kolonij. Matka stała na ganku, Gerwazy, z fajeczką w ustach, na ławce przed domem usiadł. — Ślicznie jeździ nasz chłopak! — rzekła kobieta. — O! wielka sztuka! — odrzekł. — Ja stary, a też potrafię. — Ty co innego, ty z maleńkości... — Jakto co innego? Toć ojciec jego jestem! — I panicz on — mówiła półgłosem — i edukowany i ładny... Prawda, Gerwazy? — A juści... Tylko, że mu po łbie wiatr chodzi.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Buda na karczunku.
