Front matter
DRZEWO PRZEKLĘTE
PRZEZ
ADAMA PŁUGA.
całość
DRZEWO PRZEKLĘTE
PRZEZ
ADAMA PŁUGA.
Wydanie Drugie.
ŻYTOMIERZ,
w Drukarni J. Chrząszcza i Spółki.
—
1861.
Pozwala się drukować.
Kijów, dnia 6 Marca 1860 r.
Cenzor Nowicki.
I.
Kto z was nie słyszał o czarodziejskiéj własności cudownego kwiatu paproci? Kto nie wie, że szczęśliwy jego posiadacz, wraz z nim, dziedziczy wszechmocny dar pojmowania mowy całej natury, dla innych śmiertelników nieméj i martwéj? Pewnoście wszyscy o tém słyszeli, ale ani wątpić, że mało kto po za wiek błogi dziecięctwa wyniósł wiarę w prawdę tego podania. A przecież tak jest w saméj istocie. Zacząwszy od gwiaździstych stropów niebieskich, które opowiadają chwałę Bożą głosem potężnym, aż do bezdennych morskich otchłani; zacząwszy od orła siekącego chmury gromonośne skrzydły dzielnemi, do najdrobniejszéj muszki, kryjącéj się w kwiatów kielichu; od niebotycznéj Czymalary, do maluczkiego pyłku pod stopami naszemi; od wspaniałych cedrów i baobabów, do najmniejszego trawki ździebełka: wszystko ma swoja mowę właściwą, a mędrszą, bogatszą i świętszą od ludzkiéj; zdolną nauczyć nas prawd najwznioślejszych, bylebyśmy tylko posłyszeć i zrozumieć ją mogli:... bylebyśmy tylko mieli kwiat paproci. A nie myślcie, proszę, że to tak trudno go posiąść, jak wam stara niańka prawiła; że go szukać potrzeba w głębi puszcz mrocznych, w straszną północną porę; że chcąc go zdobyć, walczyć należy z piekielnemi zastępy upiorów, wiedźm i złych duchów. Bynajmniej! Każdy z was wyhodować go może na żyznéj roli serca własnego, byle jéj stosowną uprawę dać umiał, byle jéj nie dozwolił zakrzepnąć w chłodzie mędrkowania, albo się przepalić w skwarze złych namiętności; byle miał dla niéj dość łagodnego ciepła w wierze i miłości, dość rosy niebieskiéj we łzach przeczystych. Przy takich warunkach, najczęściéj sam on zakwitnie mimo naszéj woli i wiedzy, i pokornych prostaczków w mędrców wielkich zamieni, jak tego kmiotka, o którymeście także od niańki pewno słyszeli, co szukając wołów, w lesie zabłąkanych, w cudowną noc Kupajły, przypadkiem strząsnął w obuwie kwiat ten czarodziejski i stał się sławnym na wszystek świat Znachorem. Nie miejcież mi tego za samochwalstwo zuchwałe, kiedy wam powiem, że w życiu mojem nieraz mi się trafiały chwile takie błogosławione, w których wyraźnie czułem jako ten kwiat w duszy mojéj rozkwitał, i dzięki mocy jego cudownéj, rozumiałem mowę wszystkich istot martwych i niemowych, i w uroczystem podniesieniu ducha słuchałem i téj wielkiéj pieśni, którą arcy-mistrz najwyższy gromami i piorunami gra na wszystkich żywiołach, naciągniętych jak stróny, przy wtórze duchów wszystkich, i tego hymnu rzewnego, który nucą rzesze kłosów na niwach, bijące Bogu nieustanne pokłony, i tych modlitewek serdecznych, które szepcą muszki złociste w powietrznych celkach swoich, zbudowanych z wonnych listków róży i lilji; słuchałem i tych dziwnych powieści, które opowiadały mi starych zamków zwaliska i stepowe kurhany, i pochyłe krzyże na rozdrożach, i białe ludzkie kości z grobów wywiane! Boże mój wielki! gdybym mógł znaleźć w naszéj biednéj mowie człowieczéj wyrazy, zdolne to wszystko wiernie powtórzyć, jakiż to cudowny poemat bym wam wyśpiewał! Ale ich nie ma, niestety! i poemat mój, podsłuchany u największego poety, u wszechświata, musi pójść ze mną do grobu, zkąd go już chyba trupia czaszka moja, lub duch bujający z wichrem pod gwiazdami komuś powtórzy... Nie mogę się jednak powstrzymać, aby wam nie opowiedzieć, ku zbawiennéj nauce, dziwnéj jednéj historji, którą mi kiedyś prawiła spróchniała deska trumienna, wygrzebana wiatrem z cmentarzyska starego. Słuchajcież proszę.
II.
Raz w dalekiéj podróży wypadł mi nocleg w lichéj mieścinie, któréj wszakże imie bardzo mi drogiem było, wiążąc się ze wspomnieniem pewnéj zacnéj rodziny, co przez kilka pokoleń dziedzicząc tę posiadłość, w ostatnich potomkach burzą losów przeciwnych na kraj świata zagnana, tylko groby swych przodków na ojczystéj ziemi pozostawiła, czci im przysporzywszy własną cnotą obywatelską. Chcąc się u tych grobów pomodlić, choć można jeszcze było kawał drogi ujechać, przed zachodem słońca na noc stanąłem, i do kościoła poszedłem z serdeczną moją dla tych zmarłych ofiarą. Mury téj świątyni wyłożone były kilkunastą marmurowemi tablicami, których napisów czytać nie potrzebowałem, bo we własnem sercu i pamięci, żywemi głoskami miałem wyryte zacne imiona tych ludzi i czyny ich, wiekopomnéj godne pamięci. Ukląkłem tylko, i rozrzewnioną myślą objąwszy dzieje kilku wieków, a w nich dzieje tego rodu bohaterskiego; wspomnienie spraw jego poświęconych duchem ofiary, składałem przed tronem Bożym, jako najmilszą niebu modlitwę. I zanurzony w tém rozpamiętywaniu, ani się spostrzegłem, jak mrok głęboki kościół ogarnął, jak go blask księżycowy zwolna rozproszył, aż mię dziadek kościelny, niecierpliwie w klucze brzęknąwszy, z zapomnienia mego ocucił. Wyszedłem, i rozmarzony, zamiast się udać na spoczynek, ku wielkiemu zdumieniu i trwodze mego przewodnika, jąłem się błąkać po cmentarzysku, kościół otaczającem. Położone na piaszczystym pagórku, smutny i ponury dawało ono widok. Grobowce murowane na ruchomym gruncie, jedne do połowy żółty piasek zasypał, drugie wicher podkopał, pochylił lub obalił; darnina rość tu nie chciała, drzewka i krzewy cherlały, nie mogąc wyżyć tą trupią strawą, która jedynym była dla nich posiłkiem; gdzie niegdzie też i kość ludzka bielała, wygrzebana z mogiły świętokradzką wiatru swawolą. Ze ściśniętem sercem przechadzałem się po tym grodzie umarłych, gdy nagle się potknąłem o spróchniałą deskę trumienną, sterczącą z pod kupy gruzów zburzonego pomnika, w odleglejszéj stronie cmentarza, gęsto zasianéj kośćmi białemi. Drewno, potrącone niebacznie przezemnie, jękło żałośnie, skarżąc się pocichu. Stanąłem, zdjęty zdumieniem, i modlić się za umarłych zacząłem; ale deska trumienna skarg swych nie przerywała, coraz silniejszy głos podnosząc, jakby uradowana, że się znalazł ktoś taki, co ją zrozumie i co da jéj się z bólów swych wyspowiadać. Ciekawość przemogła we mnie trwogę i zdziwienie; usiadłem na zwalisku grobowca, dając się za chętnego słuchacza, i zagadnąłem drewno jęczące o jego dzieje. Deska trumienna, po chwilowem milczeniu, w którem snać zbierała długich lat wspomnienia, westchnąwszy smutnie, tak opowiadać zaczęła: „Dawno to temu, lat już pół tysiąca, byłam jeszcze drobném ziarenkiem i z gronkiem kilkunastu braci i siostrzyczek, zamknięta w szysce zielonéj, wisząc u gałęzi sosny rozłożystéj, stojącéj na skraju puszczy odwiecznéj, ponad brzegiem rzeki, bujałam wesoło w swéj rozkosznéj kolebce, między niebem a ziemią, słuchając gwaru fali, prawiącéj drzewom sędziwym o cudach krajów dalekich, które przebiegła, i rzewnéj pieśni sosny matki mojéj, co mnie do snu kołysząc, nuciła mi uroczo o tém, co od fali, od przelotnych obłoków i od ptaków słyszała: o masztach wyniosłych, strojnych w żagle białe i flagi o dworcach i kościołach wspaniałych, i o krzyżach wysokich... raz tylko kruk czarny coś mi o szubienicy zakrakał... Rozmarzona piosenką matczyną śniłam rozkosznie, jak z czasem urosłszy w drzewo olbrzymie, igrać będę w okręcie na morskich wałach spienionych, albo się położę na podwalinę wielkiego dworu, gdzie poczciwa a dzielna szlachta odpoczywać będzie po chwalebnych trudach bojowych; lub w palisadzie twierdzy bronić będę drogiéj ziemi rodzinnéj od napaści wrogów; albo w krzyżu stanę przy drodze i świętemi ramiony błogosławić będę bogobojnym wędrowcom...
III.
Właśnie się zbliżała już pora, gdy matka-sosna miała postawić na ziemi naszą kolebkę, w któréj słoneczne promienie pootwierały już obsłonki, długo nas trzymające w ciemności i zaciszu, i z niecierpliwą radością oczekiwałam téj chwili, kiedy już nowem, samoistnem życiem żyć zacznę i bezpośrednio z ziemi i z nieba czerpać jego zdroje cudowne. Tymczasem z ciekawością najwyższą wpatrywałam się w piękny świat Boży, chciwie chwytając rosę rzeźwiącą, i kąpiąc się w balsamicznem powietrzu, z zazdrością spoglądałam na matkę-sosnę i jéj rówiennice, majestatycznie rozrosłe. Raz w noc pogodną, spoglądając z zachwytem po szerokiéj rzece, któréj fala modrawa migotała miljonem złotych płomyków, zapalonych przez księżyc, spostrzegłam cień jakiś, czarnym słupem w poprzek nurtów sunący, i lepiej się wpatrzywszy, poznałam w nim człowieka, który niebawem dotarłszy łodzią do brzegu, z łukiem na plecach, z wielkim mieczem u boku, i z toporem w ręku skoczył w zarośle. Po chwili straszny łoskot zagrzmiał śród puszczy, drzemiącéj w nocnéj ciszy... Niewiem czemu zadrżała matka moja sosna, i nas wszystkich w kolebkach naszych dziwna trwoga przejęła. Wkrótce łoskot umilknął, a człek ów znowu się zjawił na brzegu, wlekąc długie wici za sobą, świeżo wycięte w lesie. I zabrał je do łodzi, i płynąc powoli mierzył głębokość toni, i w miejscach najpłytszych wbijał tyki wysokie, znacząc drogę z brzegu do brzegu. Z trwożnem zdumieniem spoglądałam na to ze szczytu drzewa; a stare sosny z gwarem złowrogim i jękiem dzikim miotały się rozpacznie, jakby w walce z wichrem szalonym, jakby się wyrwać z ziemi pragnęły i gonić za owym człowiekiem; i ptastwo zbudzone tym niespodzianym hałasem, zakwiliło żałośnie, i zakrakały kruki złowieszcze... I znowu łódź do naszego brzegu przybiła, i wyskoczył z niéj żeglarz ów tajemniczy, i pięść zaciśniętą wznosząc do góry: ha! zgrzytnął z szyderczym uśmiechem, — zobaczymy teraz, Królu chłopów czyje na wierzchu?! Przyprowadzę ci gości, co już nie jeden łan kmiecy, za który tak się ująłeś, ale wszystkie królestwo twoje stratują!“ I skoczył na rumaka uwiązanego u drzewa, i jak wicher gdzieś w świat pogonił; a z ostatniém echem kopyta straszna cisza puszczę zaległa, smutna zaduma ogarnęła drzewa sędziwe, i poczerniało niebo żałobnie, i ciemność wielka nastała. Aż oto nagle blask dziwny oblał całą rzekę, łuną jaskrawą zażegł całe niebiosa i rozświecił mroczną puszczy głębinę. Drżąc z mą kolebką, wpatrywałam się w tę stronę, z kąd blask wytrysnął i ujrzałam trzy złote łodzie mknące po fali, a w trzech złotych łodziach, trzech młodzianów w długich szatach złocistych, ze złotemi skrzydły u ramion, z obliczem dziwnéj piękności i jasności słonecznéj. Złotemi wiosły lekko trącając nurty, chyżo mknęli młodzieńcy wzdłuż brzegów rzeki; a kiedy zrównali się z wiciami, przez owego człowieka postawionemi, wszystkie one same z miejsca się ruszyły, i płynęły za nimi równym szeregiem, aż doszły do miejsca, gdzie, jak to nieraz słyszałam flisów powiadających, toń niezgłębiona była. Tu się wstrzymali dziwni żeglarze, tu i wici stanęły, jak wbite w wodę. Żeglarze i łodzie rozwiały się nagle w powietrzu, wici pozostały na miejscu, i znowu cisza i ciemność ziemię ogarnęły. Dzień nastał, lecz mrok się prawie nie rozproszył, bo niebo chmur nie zdjęło i wiatr ich nie ruszył, i puszcza stała milcząca, nawet kwileniem ptasząt nie ożywiona. I znowu noc przyszła... chmury opadły, księżyc jasny zabłysnął, i miljony płomyków sypnął na modrą falę i rozświecił wiechy śród niéj nieruchomo sterczące. A cisza trwała jak wprzódy; kiedy niekiedy tylko dreszcz nagły matki méj sosny i drzew sąsiednich świadczył mi o drżeniu ziemi, wstrząsanéj tajemną jakąś zgrozą czy trwogą... Po niejakim czasie drżenie to coraz częściéj powtarzać się zaczęło i zagwarzyły sosny pocichu, jedna drugą pytając, coby to znaczyć miało?... Aż nagle cała puszcza strasznym zakipiała szumem i łoskotem, i wściekłym napełniła się rykiem, jakby chmura gromowa z wichrem niszczącym przez nią się parła, rwąc i łamiąc drzewa po i w tejże chwili wypadła z niéj tłuszcza nieprzeliczona jeźdźców uzbrojonych, i z dzikim wrzaskiem, pędem szalonym, skoczyła w nurty rzeki, tam gdzie owe wici były utkwione. Mała tylko garstka pozostała na brzegu, aby się patrzeć na zgubę swoich współbraci, co się rzuciwszy w otchłań bezdenną, porwani prądem gwałtownym, po chwilowéj walce z nim nadaremnéj, przepadli w rozhukanéj rzeki odmętach. — Zdrada! zdrada! — zawyli pozostali na brzegu, i cała puszcza przeciągłém echem po dwakroć powtórzyła: zdrada! I wszyscy ze wściekłością zwierzęcą rzucili się na jednego, co stojąc nieco opodal, ze zdumieniem i przerażeniem na tę straszną klęskę spoglądał. Był to ów żeglarz nocny, co mieliznę znaczył wiciami i gości królowi swemu zapowiadał. Obskoczony i ściągnięty z rumaka, daremnie się wypraszał... zarzucono mu powróz na szyję i powleczono ku drzewom. W szeregu sosen, stojących na brzegu lasu, moja tylko matka najniżéj opuszczała gałęzie. Na widok wleczonego owego zdrajcy, zadrżała aż do rdzeni, i ze zgrozą chciała umknąć w górę wszystkie konary swoje; ale daremny był rozpaczny wysiłek! Zatrzęsła się tylko jéj bujna wiecha, zaszumiała gwałtownie, jakby w nią wicher mocny uderzył i ani jednéj gałązki nie podniosła, i zdrajca na niéj nikczemnego ducha wyzionął!! Oprawcy jego z przekleństwem i wyrzekaniem poszli skąd przyszli.
IV.
Mamże powiadać jak okropna rozpacz, jaki ból niezmierny ogarnął moją matkę nieszczęsną, któréj sądzono służyć za szubienicę temu potworowi?.... mamże powiadać jakeśmy wszystkie wraz z nią bolały i z jakim wstrętem, z jaką ohydą spoglądałyśmy na wisielca bujającego pod nami, z twarzą obróconą ku onym wiechom, w które się zdawał z przerażeniem wpatrywać krwawemi, wybiegłemi na wierzch oczyma... Cała puszcza podzielała nasze uczucia; drzewa pobliższe miotały się i szamotały gwałtownie, jak gdyby pragnąc uciec od naszéj matki, któréj przeklinały sąsiedztwo, złorzecząc jéj naturze, za to, że tak nisko konary swoje trzymała! Nieszczęsna matka moja długo targając się daremnie, i trzęsąc aby zrzucić cielsko obmierzłe, wysilona tą walką, smutnym już tylko szumem modliła się do Nieba, błagając odeń wichru lub gromu, coby ją zgruchotał i koniec jéj męczarniom położył. I wysłuchało Niebo litościwe: ryknęła burza i pierwszy piorun roztrzaskał biedną męczennicę, a wszystkie jéj członki ostatnim wysiłkiem tak się szarpnęły, że obok trupa ani jedna trzaska, ani jedna gałązka, ani szpileczka nawet niepozostała.. ja tylko, nieszczęśliwa ofiara fatalizmu jakiegoś, padłam mu na piersi i zaplątałam się w szaty tuż koło serca! Obumarłam z bólu, wstydu i hańby! niestety nie na wieki!... powróciłam do życia w nowéj postaci, wyjrzałam z pieluszek zielonemi szpilkami i uczułam, że biorę soki żywotne z tego serca sprośnego, na które piorun mię wonczas rzucił! Snać tego cielska ni zwierz, ni ptak drapieżny nie tknął, mijając je ze wstrętem w głodzie nawet największym, bo i kościska calutkiego szkieletu dokoła mnie bielały, a żebra osłaniały mię wkoło, jakby umyślnie, aby za ochronę mi służyć. Ach, jakżem złorzeczyła téj ochronie ohydnéj! jak gorąco umrzeć pragnęłam! Daremnie! grunt użyzniony sercem owém podłem, służył mi wybornie; rosłam, bujałam, jak żadna z rówiennic moich! Pocieszałam się myślą, że jak mi przyjdzie przez owe żebra się przeciskać, co nademną sterczały, to one mię zgniotą.... Gdzie tam! przeszłam pomiędzy niemi swobodnie, a późniéj mój pieniek rozparł je, odepchnął i rósł i wzmagał się szczęśliwie, dziarski i bezpieczny. Jedna mi już tylko pozostała otucha, że jak dorosnę jakiéj takiéj miary, to mię poczciwe flisy złamią na tyczkę, albo fujarkę ze mnie ukręcą. Myśl ta ostatnia najmiléj mi się uśmiechała, bo mogłaż być dla mnie dola szczęśliwsza, jak stać się pośredniczką w rzewnéj tęsknoty jakiegoś biedaka, co płynąc na kraj świata, płacze po ziemi rodzinnéj i ukochanych swoich! O ręczę że nie byłoby rzewniejszéj piosnki nad tę, któraby się ze mnie wylała!.... Niestety! daremna była otucha! Mijały dni, miesiące, lata, lat dziesiątki, minęły trzy wieki, a niczyja ręka mię nie tknęła, i wyrosłam drzewem olbrzymiem, wystrzeliłam głową nad całą puszczę wspaniałą!... a wraz z mojém ciałem, rozrósł się i wybujał i ból mój i uczucie méj hańby! Mnożyły się one z każdym szeregiem nowych gałęzi, z każdą nową na mnie szpileczką, i trzy długie wieki było tych męczarni! trzy wieki! Zrozumieszże to ty człowiecze, co tak rychło zacierasz miłe i niemiłe wrażenia w swoim umyśle, tak rychło zmieniasz uczucia, i pamięć o nich tracisz? zrozumiesz?... chyba w wieczności!... Ale nie koniec na tym bólu głównym, pierwiastkowym!... Wyraźnie przeklęstwo jakieś ociężało nademną! Zaledwie na kilka łokci podniosłam się od ziemi, zaledwie doszłam do wieku, w którym jaką taką korzyść zdolnam była przynosić w ogólnéj harmonii świata i poczciwą służbę na nim sprawować, służbę od jakiéj nawet głaz martwy wolny być nie może, z największą zgrozą spostrzegłam, że mi sądzono było same tylko klęski sprawować! Pierwsza mrówka, co wpełzła na me gałązki, zagrzęzła biedna w lepkiéj mojéj żywicy, i w długich, strasznych męczarniach, życie skończyła; pierwszy chrząszczyk co na mnie przysiadł odpocząć, wnet był pożarty przez ptaka; pierwszy ptaszek, co ku mnie z wesołą piosnką przyleciał, upadł strzałą przeszyty, krwią mię swoją zbroczywszy. Pierwszy strzelec, co podemną stanął na przesmyku, przez rozjuszonego odyńca śmiertelnie był raniony; pierwszy wędrowiec, co u pnia mego legł na nocny spoczynek, zginął pod nożem zbójeckim!... słowem, co mię tylko dotknęło, co się tylko do mnie zbliżyło, wszystko przy mnie zgubę znalazło! i zliczyć nie potrafię tych ofiar, które u stóp moich przez dwa wieki poległy....
V.
Nareszcie zabłysła dla mnie chwila szczęśliwa! Raz kilkunastu ludzi przyszło z toporami w tę stronę puszczy, gdzie rosłam, i zaczęły się walić drzewa w koło mnie. Błoga otucha w serce moje wstąpiła, że rychło kolej przyjdzie i na mnie... Jakoż w saméj rzeczy, potężne cięcie siekiery, w pień mój wymierzone, wraz z bólem straszliwym najżywszą radością wskroś mię przejęło, i zadrżałam rozkosznie aż do saméj rdzeni, i uroczystym szumem wszystkich gałązek, Bogu dzięki posłałam... Cios po ciosie bił we mnie chyżo, topór coraz głębiéj wjadał się w moje wnętrzności i głośne echo biegło po lesie; a ja mu wtórząc hymnem dziękczynnym, z pokorą chyliłam się ku ziemi, w uszczęśliwieniu bólu nie czując.... Runęłam wreszcie i łoskotem stu gromów całą puszczę zatrzęsłam, a rozpacz i ból na nowo mię przejęły; bo i w ostatniéj chwili jeszcze sądzono mi było stać się sprawczynią cudzéj niedoli: kilkadziesiąt młodych drzewek złamałam, tysiące ziół i kwiatów zmięłam na miazgę, tysiące wymordowałam owadów, i zgruchotałam człowieka, co mi największe dobrodziejstwo wyświadczał, życie mi chcąc odebrać! Przez pół przywalony ciężarem potężnego pnia mego kmieć nieszczęśliwy, jak wąż wijąc się z bólu, daremnie jękiem żałośnym wzywał ratunku! Cała gromada jego towarzyszów nie miała dość siły na to, aby mię z miejsca poruszyć. Po bezskutecznych wysiłkach jęli się żwawo do siekier, aby odrąbawszy część mego ciała, przygniatającą biednego cieślę, łacniéj go z pod niéj wyzwolić. O jakże cierpiał! jakże wyrzekał, głosem konającym polecając Bogu żonę i drogie dziatki swoje!! Szczęśliwy! nim mię przecięto, już on skończył męczarnie, a ja nieszczęsna, co wraz stokroć srożéj odeń cierpiałam, co wraz z jego jękiem żałośnym, słyszałam jęków i złorzeczeń tysiące, miotanych przez te wszystkie istoty, które sobą przygniotłam; ja z rozpaczą szaloną w owéj chwili spostrzegłam, że z pnia strącona żyć nie przestałam, i że mi już wieki wieczne tak cierpieć i światu szkodzić; że nawet kiedy mię ogień w popiół, albo zgnilizna w proch obróci, to i wtedy jeszcze użyznię ziemię pod jakieś ziele trujące!... Wydobyto nareszcie trupa z podemnie; okrzesano mię z gałęzi, porąbano na sztuki, zwalono na kilka wozów, na jednym z których złożono i nieboszczyka, i żałobny karawan powlekł się smutnie ku wiosce. We wrotach zaszła nam drogę gromadka kobiet, co spieszyły z dziatwą na spotkanie swych mężów, wracających z roboty. Spojrzały i strasznym płaczem uderzyły w niebiosa! Jedna z nich z trojgiem dziatek przypadłszy do woza, na którym przy mnie spoczywały zwłoki zakrwawione, jęła je ściskać, całować i rzewnemi łzami oblewać, rozpaczliwie zawodząc; a tyle bólu we łzach tych było, że kiedy z nich jedna na mnie się stoczyła, ja, drewno już ścięte i poćwiartowanie, większéj doznałam boleści, niż te razem, które przez trzy wieki przebyłam. Na jęk ten wysypała się cała ludność w ulicę, i otoczywszy wóz, na którym ja wraz z zabitym człowiekiem leżałam, szła przy nas, płacząc i wyrzekając wzdłuż przez całą wioskę, a złorzeczyła i panu, co nieboszczyka rąbać drzewo był posłał, i drzewu, co go zabiło, i godzinie w z ziarnka wyjrzało, i ziemi co je wydała!... Słuchając skarg tych i przeklęstw, cierpiałam srożéj niż zbójca na rusztowanie wleczony:... srożéj, bo ten się może pocieszyć myślą o niedalekim swym kresie; a dla mnie i téj pociechy nie było!... Widziałam i ja wprawdzie rusztowanie wzniesione na dziedzińcu dworca, do którego wozy zmierzały; słyszałam jak tam chrobotały mordercze zęby piły, ćwiertującéj ciała moich współbraci; lecz byłam pewna, że tam się moje męki nie skończą.
VI.
Od dworskiéj bramy gromadka kmieci nazad się cofnęła, i tylko biedna żona nieboszczyka z trojgiem dzieci przy mnie pozostała, płacząc, i za wozem weszła w podwórze. Na ganku dworu starego stał jakiś mężczyzna, snać dziedzic téj włości. Ten ujrzawszy wozy i płacz posłyszawszy przy jednym, zbliżył się ku nam, aby się dowiedzieć co to było. Spostrzegłszy trupa, ze wstrętem wnet od wozu odskoczył, i brwi marszcząc, groźnie się spytał, co to się stało? Żona zabitego, za całą odpowiedź do nóg mu się z płaczem rzuciła, a w ślad za nią i dzieci, srodze na nieszczęście swoje się skarżąc i zmiłowania błagając; a chłopi z pokłonem zaczęli opowiadać smutną przygodę. Pan, nie zważając na płacz kobiety i dzieci u stóp jego leżących, z gniewem zawołał: — Pocożeście go tutaj przywieźli? precz z nim! i któż mu winien, że głupiec wlazł pod walące się drzewo?! I zawrócił się ku dworowi gniewny i groźny; a twarz jego i ruchy przypomniały mi kogoś bardzo znajomego z czasów dalekich.... I zdało mi się, że jak żywy stoi przedemną ów żeglarz nocny, co mieliznę w rzece tykami znaczył i gości strasznych królowi swemu zwiastował; co późniéj wisząc na ramieniu méj matki, ducha wyzionął, a mnie w ziarnku do serca swego przyjął, bym zeń na narzędzie pomsty Bożéj wyrosła... Miałżeby to być jego potomek?... Miałożby niebo we mnie, po długich leciech, wprowadzać karę i zgubę do téj rodziny za straszny grzech jéj przodka?... Kobiéta z dziećmi powlekła się za nim na klęczkach, wiążąc mu się do kolan z rzewném błaganiem. On się obrócił, nogą ją odtrącił i krzyknął: — Precz mi z oczu natychmiast! zabierz ztąd cielsko tego bydlęcia, a zakopawszy, myśl o komornem, bo grunt i chałupa bez gospodarza zostać nie mogą! Padła nieboga, z bólu zmysły straciwszy; dzieci z jękiem żałosnym na jéj się łono rzuciły, a pan srogi w dworcu się zamknął. Po chwili zrzucono mię z wozu na stos innego drzewa, trupa wywieziono z dziedzińca i cisza z nocą nastała. Nazajutrz zajęczały dzwony żałośnie w wiejskim kościołku, i aż do mnie doszedł lament bolesny, w którym zaraz poznałam płacz biednéj wdowy i jéj trojga sierotek; musiał to być pogrzeb owego chłopa... Żal serce mi ścisnął i zapłakałam łzami żywicznemi.... O! i nie mało ich wylałam, leżąc na wierzchu stosu wielkiego, bezwładna, martwa na pozór, a codzień to nowe zbrodnie szerząca i opłakująca!... Pająki mię obsnuły zdradzieckiemi sieciami, i roje muszek codzień przy mnie ginęły; kot chytry przy mnie codzień siadał na czatach i chwytał biedne myszki i ptaszęta; puszczyk podemną obrał sobie mieszkanie, zkąd na łup nocny
VII.
I długo tak leżałam na tém podwórzu, patrząc jak nieopodal tłum robotników dom nowy wznosił, i jak codzień to nowe kłody na rusztowanie wleczono i ćwiertowano piłami. Nareszcie przyszła kolej i na mnie. Sądzono mi było z większą niż inne paradą pochód ten odbyć. Sam dziedzic z kilkoletnim swym synkiem wyszedł przyglądać się robocie, a po chwili stanął przed nim kapłan sędziwy, wiodąc z sobą ową biedną kobietę, któréj męża zabiłam przed dwoma laty. Nieraz ją widywałam na pańskiem podwórzu, z płaczem przychodzącą i z płaczem powracającą, a coraz to smutniejszą, coraz to nędzniejszą w twarzy i w odzieży. Zrazu z trojgiem dziatek u drzwi pańskich stawała, potém tylko z dwojgiem, a w reszcie z jednem najmłodszem, ledwie cztéroletniem. Zrazu gorzko płakała i wyrzekała, potem płakała tylko, a wreszcie i płakać przestała; ale cała jéj postać, każdy ruch, każde spojrzenie smutniejsze nad najsmutniejszy płacz było!! I teraz łachmanami okryta, wychudła, sina, czarna, z włosami rozczochranemi, z wzrokiem osłupiałym, z twarzą jakby zastygłą na wyrazie strasznéj rozpaczy, stała przy księdzu drżąca, bezmyślna, trzymając za rączynkę czteroletnią dzieweczkę, co jak i ona łachmanami okryta, wynędzniała jak ona, miała jednak twarzyczkę piękną anielsko, bladziuchną wprawdzie, ale przezroczystéj białości, cudnie odbijającą przy złocistych kędziorach, rozwianych po niéj bezładnie, i ożywioną błękitnemi oczkami, ale tak błękitnemi, że aż blade liczko zdawały się błękitnem światłem rozświecać!... A jeszcze niebożątko uśmiechało się wdzięcznie, patrząc na igraszki syna dziedzicowego, co się dokoła stosu raźnie uwijał, z psem wesoło igrając. Kapłan, w imie Chrystusa powitawszy dziedzica, nie bacząc na gniewne jego spojrzenie, jakiem niewiastę ową przyjął, rzekł uroczyście: — Przychodzę domagać się sprawiedliwości dla téj nieszczęśliwéj, przychodzę upomnieć się o pogwałcone prawa człowiecze!... Przejeżdżając dzisiaj przez wioskę Waszmości, wioskę śród najżyźniejszych położoną łanów, najpiękniejszym plonem okrytych; znalazłem w niéj walającą się na śmiecisku wdowę z sierotą, poddankę waszmości, która ani przytułku, ani łyżki strawy w téj bogatéj włości znaleźć nie może, a którą waszmość do téj nędzy strasznéj przywiodłeś!!... — A toż jakim sposobem? — spytał się pan, brwi marszcząc. — Jakim? mamże powiadać? Drzewo zabiło jéj męża, pracującego dla waszmości; a waszmość, nietylko żeś jéj nie osłodził srogiéj téj straty ojcowską swoją opieką, lecz jeszcze z trojgiem drobnych sierotek wyrzuciłeś ją z chaty ojczystéj, kazałeś iść w komorne, a słudzy twoi, zbrojni twą wolą, domagając się od niéj spełnienia wszelkich powinności poddańczych, i uiszczenia się ze wszelkich opłat gruntowych, rychło ją ze wszystkiego wyzuli. Niebawem już jéj kąta we wsi zabrakło, i nieszczęśliwsza od bydlęcia, co ma przecież chlew jakiś, po ulicach się z dziećmi walać musiała, nim litościwi ludzie (litościwi!!) dwojga starszych na pastuszków nie wzięli! Trzecie jéj pozostało; tego już nikt wziąść nie chce, bo je i nakarmić, i umyć, i odziać trzeba, a korzyści zeń żadnéj! A ją samą każdy z chaty wypędza, bo się prostactwo jéj boi, bo z nędzy i żalu w wielką chorobę nieboga wpadła i za opętana we wsi uchodzi! I gdzież się dzieje to wszystko? kraj-że to chrześciański? Chrześcjanin-że pan téj włości?... — Ależ mój dobrodzieju! — odparł dziedzic z gniewnem szyderstwem, cóż to do waszmości należy i jakiem prawem mię upominać i gromić? — Jakiem prawem?!.. prawem wziętem od Boga, którego sługą jestem. Weź waść natychmiast tę nieszczęśliwą do swego dworu wraz z jéj dziecięciem, daj jéj pomoc lekarską, daj jéj opatrzenie potrzebne, a przedewszystkiem daj jéj okruszynę chleba powszedniego! — Ho! ho! dobrzebym też wyszedł, żebym wszystkie włóczęgi zbierał po śmieciskach i do domu mojego garnął! — W imię cię Chrystusowe zaklinam, opamiętaj się człowiecze, i nie wywołuj strasznéj pomsty Bożéj! — Najpokorniéj przepraszam waszę wielebność, ale mi czasu braknie do słuchania perory... a zresztą kto tak pięknie umie nauczać, powinienby i pięknie czynić; tu otwarte pole do popisu... do nóg upadam!... — O Kazimierzu! Kazimierzu! — zawołał kapłan w uniesieniu szlachetném, — powstaćby ci z grobu, a na potomkach dokończyć téj nauki, którąś na przodkach zaczął... Żegnam waszmości: obyś w pierwszém swojem nieszczęściu nie przypomniał sobie téj chwili, w któréj tak srodze odepchnąłeś Chrystusa, żebrzącego twojéj litości... I ująwszy za rękę biedną kobietę, niemą i bezwładną w swojéj boleści, rzekł do niéj głosem łez pełnym: — Pójdź ztąd niebogo! pójdź za mną z sierotką twoją; znajdę jeszcze dla was kawałek chleba, a jego niechaj Bóg sądzi!...
VIII.
I poszedł, wiodąc za sobą niewiastę i dziecię, a pan za nim spojrzał z uśmiechem urągowiska, i wnet się ku robotnikom zwróciwszy, którzy zaniechawszy swéj pracy, ciekawie się tej scenie przypatrywali, groźnie zakrzyczał: do roboty hultaje! Chłopi stojący na stosie drzewa, z którego właśnie mnie mieli brać na rusztowanie, porwali się spiesznie do drągów, założyli je podemnie, szarpnęli z całéj mocy i potoczyłam się na dół z wielkim łoskotem, po nad który nagle wybuchnął krzyk rozpaczliwy pana, podobniejszy do wycia wilka wściekłego, niż do ludzkiego głosu... — Syn mój! syn mój najmilszy! ryczał on w bólu szalonym i przypadł do ziemi, i na ręce zgruchotane ciałko swojéj dzieciny, która się rozigrawszy, nierozważnie do stosu drzewa podbiegła jak raz w tę chwilę, gdy ja na ziemię się stoczyłam, i padła zgnieciona ogromem cielska mojego! porwał je ojciec, i jak obłąkany poleciał z niem do dworu... Robotnicy, postawszy chwilkę w smutném milczeniu, pokiwali głowami, popatrzyli ku wiosce, któréj ulicą sędziwy kapłan wiódł jeszcze biedną wdowę z sierotą, i znowu się wzięli do pracy, a wkrótce zawleczona na rusztowanie, zajęczałam pod żelaznemi zębami piły. Nazajutrz śpiewem żałobnym napełnił się dworski dziedziniec, a wraz z tym śpiewem rozległy się i jęki boleśne biednych robotników, których pan gniewny smagać rozkazał, za ich nieuwagę zbrodniczą!... Nieszczęsny zapomniał, że tak w nich Boga swego biczował... Rozpiłowana niebawem na kilkanaście cząstek, przebywszy rozmaite zmiany i katastrofy i niemało jeszcze nieszczęść wywoławszy, ujrzałam się nareszcie między czterema ściany murowanéj komnaty, aby za podłogę jéj służyć. Sto kilkadziesiąt lat tam przeleżałam, deptana stopami trzech ludzkich pokoleń, patrząc na ich życie domowe, i coraz to nowe klęski im przynosząc. Pomijam drobne, codzienne wypadki: o ważniejszych tylko chcę mówić. W pierwszych latach mego istnienia w tym nowym stanie, najczęściej imie Jana Kazimierza obijało się o moje uszy, a gwarne życie szlacheckie jakie się wiodło w tym domu, rychło mię oswoiło z biegiem owoczesnych wypadków, rychło mi bracia szlachta wciąż się tam zjeżdżająca, opowiedziała wszystkie, co najważniejsze sprawy publiczne. Dowiedziałam się tedy o wtargnięciu do Polski i o bratobójczéj waśni w narodzie, i ze wstrętem najwyższym wkrótce uczułam, że i po mnie deptać zaczęły stopy tych łupiezców, z którymi pan tego domu przeciw królowi swemu się związał. Nieraz też byłam świadkiem, jak jego żona z ukochaną swą córką, korzystając z jego nieobecności, głośno wyrzekały na ten sojusz haniebny i rzewnemi się łzami biedne zalewały, żebrząc Bożéj litości, i o dobre natchnienie modląc się dlań gorąco. Przy nim niebogie ust nie śmiały otworzyć, był to człek bowiem strasznéj gwałtowności, ręki i woli żelaznéj. Żona mu była sługą, niewolnicą; córka bez drżenia spojrzeć nań nie mogła, bladła jak ściana ilekroć doń się zbliżyć musiała, a częstokroć biedaczka na hożéj swéj twarzyczce, jak wypalony ślad jego dłoni nosiła! Syn niemniéj srodze był traktowany: mimo lat dwudziestu truchlał w obec niego, i bez szemrania jego chęciom ulegał; a mimo to nieraz, gdy powalony na ziemię, jęczał pod srogiemi razami bizuna, któremi za lada winę, a czasem i bez winy ojciec go okładał, czułam to dobrze ile strasznego gniewu, nienawiści i pragnienia zemsty było w tém sercu, które biciem gwałtowném we mnie kołatało, jakby przeczuwając, że do mnie pomsta należy. I on też raz jeden, raz jeden tylko, półgłosem sarknął przed matką i siostrą na pobratanie się ojca ze Szwedem, jednakże nieszczęsny i sam za nim iść musiał, tak go tyrańska wola tego człeka owładła!... Ojciec i syn rzadkimi byli gośćmi w swym domu; a ilekroć wpadli na chwilę z swoją zbrojną drużyną, zawsze musiałam się nasłuchać niecnych przechwałek partyzanta szwedzkiego, ile to wiosek i dworów w gruzy obrócił, ile braci oddał w moc wrogów, albo życia pozbawił! Syn milczał chmurny, żona z córką łzy połykały gorzkie; a on wykrzykiwał: „ho! ho! zna się też na méj wartości i Król jegomość! i wieleby dał za to, żeby mię w ręce swe dostać; ale nie łacno! nie łacno i nierychło!“ I biegł znowu na mord i łupieże.
IX.
A pod niebytność jego, czasami się zjawiał we dworcu młodzian urodziwy, w pięknym stroju rycerskim, i przybyciem swojem wielką radość przynosił matce i córce; córce pono największą. I spoglądał na nią wzrokiem pełnym lubości, i szeptał jéj słówka pieszczone, i żyć i umierać dla niéj przysięgał, a ona go słuchając, płonęła wdzięcznym rumieńcem i łzami tylko rzewnemi na uroczą jego mowę odpowiadała; a matka nieboga modliła się tylko po cichu, Bogu ich polecając; wiedziała bowiem dobrze, przeczuwała sercem matczynem, że ojciec nigdy połączyć im się nie da, bo młodzian ów był wiernym praw swego króla i ojczystéj ziemi obrońcą. Truchlała też i bladła na każdy gwar w dziedzińcu, bojąc się by mąż niespodzianie tam nie wpadł, pewna że wtedy śmierć młodzieńcowi, a jéj z córką męki najsroższe, i do zgonu krata klasztorna. Na szczęście nigdy się z nim w domu nie spotkał; a słudzy, całą duszą pani swéj wierni, pana nienawidzący, tajemnicę chować umieli. Raz, gdy powróciwszy z wyprawy, szwedzki ten partyzant z przyjaciołmi swoimi, podochociwszy sobie więcéj niż kiedy, chełpił się haniebnemi swemi sprawami, a złajawszy żonę i w twarz uderzywszy córkę za to, że się nie radowały jego tryumfem, prawie nieprzytomny legł na spoczynek z towarzyszami szabli i kielicha; córka z krwawą plamą na bladem liczku, z oczyma nie łez, ale już ognia pełnemi, drżąca, zrozpaczona, okropna, przywoławszy sługę wiernego, długo mu coś szeptała, i kartkę w rękę mu wcisnąwszy, składając ręce błagalnie: spiesz! spiesz! wołała — spiesz na miłość Boga!... A kiedy ona stojąc przez chwilę, niema, bezwładna, z oczyma osłupiałemi, z uchem natężonem, posłyszawszy nareszcie lekki tętent w podwórzu, jakby przerażona okropnością swego postępku, porwała się za głowę i z głuchym jękiem rzuciła się w dziedziniec... Cisza dwór cały zaległa, wszystko usnęło, usnęło, aby się śród największéj zgrozy obudzić. W godzinę po północy zadrżały ściany dworu od tętentu pocztu zbrojnego, runęły drzwi wyparte, królewscy wpadli do izby, do poddania się partyzantów szwedzkich wzywając. Ci ze snu się zerwawszy, krzykiem: do broni! odpowiedzieli na ich wołanie, i zaświstały kule, i szczęknęły pałasze, i wściekłą wrzawą dom się napełnił. Po chwili wszystko znowu ucichło, pierzchnęli szwedzcy, ustąpili królewscy; kilku tylko rannych i dwa z nimi trupy na moich piersiach leżały. W jednym z nich, przy blasku ognia pełgającego w kominie, z wielką boleścią poznałam owego szlachetnego młodziana, co pod niebytność pana domu do nas przyjeżdżał, i córce słowa pieszczone szeptał.. Krew drugiego, z serca przeszytego kulą, na mnie płynąca, dziwne jakieś wrażenie we mnie budziła, wrażenie straszne, okropne... Zdało mi się, żem znowu, ziarnkiem maluczkiem, zarzucona piorunem w serce owego człowieka, z którego pierwsze soki czerpałam, a z niemi wieczne przeklęstwo!... i aż się spaczyłam w rozpaczliwym wysiłku, chcąc się wyrwać z podłogi i uciec z pod tego trupa, daremnie! pękłam tylko i na miejscu zostałam! Był to trup pana mojego... Do zwłok młodziana przypadła wkrótce z jękiem nieszczęśliwa jego kochanka i głowę jego skrwawioną na swém łonie złożywszy, łzami ją obmywała rzewnemi, i całowała usta jego zsiniałe, ślubem się z nim wiążąc pośmiertnym. I matka jéj stała tam przy nim, ręce załamawszy w nieméj boleści, umęczona męczarnią dziecka swojego! A trup pana domu leżał samotny, odstąpiony od wszystkich, od żony, córki i syna, który opatrywał towarzyszów broni ranionych. Mijam lat kilka jedną tylko wzmianką, że młody pan, po ojcu objął rządy domu, i nową panią wprowadził, a jego matka z obłąkaną swą córką zamknęła się w klasztorze. I wiek cały też w krótkiem, treściwem, zamknę wspomnieniu, nie chcąc się rozwodzić nad nieprzerwanem pasmem tych nieszczęść, na które codzień patrzyłam, albo na które skargi przy mnie wciąż brzmiały. Dość jest powiedzieć, że niepodobna klęski takiéj wymarzyć, jakaby się nie znalazła w tym rodzie: śmierć istot najdroższych i straszniejsze od niéj ich przeniewierstwo, nadużycie władzy rodzicielskiej i buntownicze zuchwalstwo dzieci, z jednéj strony przemoc tyrańska w narzucaniu związków nienawistnych lub w przymuszaniu do zakonnych ślubów, z opór i samowolność, lub zdradzieckie wykradanie się z pod rodzinnego dachu, a nawet i z za krat klasztornych; gwałtowność panów, sług nienawiść i zemsta skryta; pozwy i procesa bezecne, zajścia i najazdy sąsiedzkie; ciężkie choroby, pomorki, nieurodzaje, pożary: wszystko to z kolei parło się w mury tego nieszczęśliwego domu, do którego ja weszłam z straszną pomstą Bożą. A cóż mówić o burdach i bachanaljach epoki saskiéj? co mówić o tych zjazdach przedsejmikowych, które ilekroć się tutaj zebrały, tylekroć z beczek węgrzyna zaczerpnięto natchnienia do jakiéjś nowéj, zgubnéj dla ojczyzny, uchwały! Co mówić o powtórnéj szwedzkiéj napaści, a z nią o wojnie domowéj, w któréj ta rodzina, raz wraz się przerzucając to od Sasa to do Lasa, to znów od Lasa do Sasa, szła nie za poczciwością, nie za dobrem ojczyzny, tylko za własną korzyścią, lub żądzą pomszczenia krzywd osobistych?...
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Drzewo przeklęte.
