Z pamiętników młodego lekarza
BIBLIOTECZKA ILLUSTROWANA
Maryan Gawalewicz
DUSZE W ODLOCIE
Z PAMIĘTNIKÓW
MŁODEGO LEKARZA
NOWELA
Z ilustracyami E. Lindemana.
WYDANIE DRUGIE
WARSZAWA
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA
KRAKÓW. — G. GEBETHNER I SPÓŁKA
1897
I • II • III • IV • V • VI
VII • VIII • IX
Дозволено Цензурою.
Варшава 13 Августа 1896 г.
KRAKÓW. — DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI.
Z pamiętników młodego lekarza
BIBLIOTECZKA ILLUSTROWANA
Maryan Gawalewicz
DUSZE W ODLOCIE
Z PAMIĘTNIKÓW
MŁODEGO LEKARZA
NOWELA
Z ilustracyami E. Lindemana.
WYDANIE DRUGIE
WARSZAWA
NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA
KRAKÓW. — G. GEBETHNER I SPÓŁKA
1897
Дозволено Цензурою.
Варшава 13 Августа 1896 г.
KRAKÓW. — DRUK W. L. ANCZYCA I SPÓŁKI.
Mogę sobie powinszować: jednego dnia trzech pacyentów. Jak na początek wcale nie źle. A już myślałem, że ta praktyka, którą rozpocząłem, nie przyniesie mi chyba ani grosza w tym miesiącu. Bo ktoby się tam leczył u takiego doktora, co niedawno mundurek zrzucił i wygląda jeszcze jak młokos, prawie gołowąs? Przecież nie będę ludziom się tłómaczył, że mam lat dwadzieścia pięć skończonych, tylko że mi ta broda jakoś urosnąć dotąd nie chciała. Coś tam się ledwie zasiewa: trzy włosy w pięć rzędów. Nieboszczyk ojciec golił się całe życie z tego samego powodu, że zarost miał lichy. Wielka rzecz!... alboż to broda człowiek? Zawszeby jednak trochę poważniejszej fizyognomii przydało się panu konsyliarzowi. Ale skąd jej wziąć?... nalepiać sobie wąsów większych nie będę. Komu jednak powiem, żem doktor, każdy patrzy z niedowierzaniem, niektórzy z uśmiechem, jakby mówili: — Taki dzieciak?... to być nie może! A mnie to trochę gniewa, bo co w tem tak nieprawdopodobnego?... alboż to tylko brodaczom wolno być czemkolwiek w życiu?... Śmieszni są ci wszyscy, co mnie według zarostu chcą oceniać. Poczciwe moje matczysko!... ona jedna nie uważa, aby mi tej ozdoby brakowało; jej się to nawet podoba, że Tadzio ma twarzyczkę gładką, jak panienka. Mój doktorat otworzył dla niej siódme niebo i nie może dotąd bez łez mówić o tem, taka szczęśliwa i taka dumna. Jeszcze skoro jej jutro napiszę, żem dostał trzech pacyentów, to na trzy msze da pewnie księdzu Tomczykowi i będzie o tem opowiadała w całym Radomiu. Prawdę mówiąc, nie wiem sam, czy się cieszyć z tych moich chorych, czy nie. Ciężkie wypadki. Zapewne z tego nie wiele będzie. Wezwali mnie ot, tak, aby był doktor, ale mi się zdaje, że tamby i sam Chałubiński z Baranowskim nie wiele poradzili. Jeszcze może tego małego Szlarkiewicza jako wyratuję, ale to takie wątłe, anemiczne, przeźroczyste, skóra i kosteczki, nawet nie kości; same chrząstki. Czternaście lat; co to za wiek!?... Musiał być od urodzenia źle odżywiany. Nie miałem czasu wypytać się lepiej o niego. Matka musi być widocznie szwaczką, bom widział maszynę i jakiś stanik rozpoczęty w jej rękach. Mieszkają w oficynie, na trzeciem piętrze, w jednej izdebce z kuchenką. Bieda wielka; to widać ze wszystkiego. Chłopak zaziębił się, wracając z konserwatoryum. Nic dziwnego. Ta paltocina, co na nim leżała, wiatrem podszyta, a bucięta takie połatane i powykrzywiane stały pod łóżkiem, że aż litość brała pomyśleć, iż w nich chodzić musiał na te mrozy. Jakże nie miał dostać zapalenia płuc?... Prawy bok ma zajęty, gorączka 40 stopni, kaszle i dreszcze ma ciągłe. Podły stan, jeszcze przy takiej kompleksyi... A tę matkę widać kocha bardzo, bo kiedym go auskultował, patrzył w nią wystraszony, jakby się obawiał o nią, nie o siebie, i szeptał, choć go biedaka krztusiło: — Nic, nic, mamo, to nic... już mi trochę lepiej teraz... Ale!... gdzieby tam nic; w prawem płucu gra mu, jak w organach, a na policzkach takie ma czerwone makówki od gorączki, że aż bucha z nich, jak od rozpalonych głowni. Pneumonia, jak tego trzeba. Ha, zobaczymy, co będzie po bańkach; jutro z samego rana tam pójdę. Kazałem przysłać po siebie choćby w nocy, gdyby się pogorszyło. Z tą panną Lewońską także bieda. Suchotnica; zdaje się nawet, że w ostatnim stopniu, choć tak na oko nie wygląda na to. Dostała w południe ataku duszności takiej, że wszyscy w domu głowy potracili. Ojciec tu wpadł do mnie bez kapelusza z piętra, jak waryat. Nic nie mógł wydobyć z siebie, tylko: — Panie konsyliarzu, ratuj!... Minia mi się dusi! Zbiegłem natychmiast na dół z nim razem i — daję słowo — miałem sam takie emocye, jak gdybym tę jakąś Minię znał od Bóg wie jak dawna i nie był lekarzem, przyzwyczajonym do rozmaitych ataków, konwulsyi i torsyi w szpitalu. Nie wiedziałem nawet, że jacy Lewońscy mieszkają ze mną razem, pod jednym dachem. Zdaje się, że to ludzie zamożni. Trzy ruble dali za wizytę; pierwsze trzy ruble, które zarobiłem na tem nowem mojem mieszkaniu. Mam ochotę schować je sobie na szczęście. Ładne szczęście z cudzego cierpienia!... ale to już tak w naszym zawodzie. Zdaje mi się, że byłbym prawdziwie zadowolonym dopiero wtedy z mojego doktoratu, gdybym miał duży majątek i medycynę traktował, jak filantropię; leczyłbym wszystkich darmo bez wyjątku, ubogich czy bogatych. To może śmieszne, ale ten papierek, który mi wsuwać będą w rękę przy pożegnaniu u każdego chorego, za poradę i pomoc, będzie mnie chyba długo jeszcze w kłopot wprawiał, zanim się przyzwyczaję brać pieniądze od ludzi w ten sposób. To mi jakoś na łapówkę wygląda, a przecież wiem, że mi się honoraryum całkiem słusznie . Z czegóżbym zresztą żył?... to mój zarobek, mój chleb. Od Szlarkiewiczowej nic nie wziąłem; nie miałem serca, choć mi tam coś wsuwała w rękę przy wyjściu. Jakoś nie mogłem. Zdawało mi się, że biedę ograbię, jeśli przyjmę jej rubla, może ostatniego... Powiedziałem sobie: — Niech to będzie dobrym uczynkiem. Tak mnie wzruszyła jej pokorna, cicha, zgnębiona mina!... Prawie odzywać się do mnie nie śmiała, tylko patrzyła zalękniona nieszczęściem, które na nią spadło, bo ta choroba jej Józia to musi być wielkie nieszczęście dla niej. Nawet nie miała odwagi mnie spytać, jak stan jej dziecka znalazłem, ale w wystraszonych oczach czytałem wyraźnie to pytanie. Nie wiem, skąd mi się wzięło na odchodnem powtórzyć jej kilka razy: — Będzie lepiej, będzie lepiej!... Zrobiła taki ruch, jakby się chciała pochylić do mojej ręki za te słowa i pocałować ją przez wdzięczność. Tegoby jeszcze trzeba!... co to, ja ksiądz?... U Lewońskich jakoś tyle skrupułów nie miałem, ale tam co innego mnie wzięło. Dwadzieścia, może dwadzieścia jeden lat najwyżej i śmierć przed sobą!... Żeby była zdrową zupełnie ta panna Minia, możeby mi się nie podobała. Pewnie nie nawet na mnie i ojciec by mnie do niej nie sprowadzał, ale jako moja pacyentka, i to z takim surowym dekretem na jutro czy pojutrze, inaczej mi się wydała. Kiedym na nią spojrzał, w pierwszej chwili coś mnie od razu tknęło, żem ją gdzieś widzieć musiał. — Lewońska?... Lewońska?... — zaczęło mi chodzić po głowie — co to za Lewońska?... te oczy duże, niebieskie, rozmarzone, schowane głęboko w oczodołach, ten nosek grecki nad ustami, jak u dziecka, ten profil taki delikatny, jak na płaskorzeźbie z alabastru, prawie przeświecający w konturach, te włosy blond, takie duże, bujne, w grube dwa warkocze splecione i szpilką szyldkretową spięte, gdzie ja to wszystko widziałem kiedyś?... I jakem zaczął w nią się dłużej wpatrywać i przypominać sobie, tak i wpadłem w końcu na to, że ją jednak znam skądciś. Tak, to ta sama, co śpiewała raz na naszym koncercie, będzie temu ze trzy a może cztery lata. Przypominam sobie coraz lepiej; niewątpliwie, to ona. Należałem przecież wtedy do komitetu i utrzymywałem porządek na sali z innymi kolegami. Barcewicz grał, Michałowski grał, ktoś tam deklamował, bodaj nawet czy nie Wisnowska, a ona śpiewała pieśni Szuberta i Moniuszki. To mi się w pamięci zostało, bo zostawiła mi wrażenie dziwnie poetyczne. Wyglądała naprzód jak lilia, cała w bieli, wiotka, smukła, przeźroczysta niby obłok, w którym tylko te duże, niebieskie gwiazdy świeciły. Nie weszła, ale spłynęła na estradę i zaśpiewała, a po słuchaczach przeszedł jakiś prąd magnetyczny, który i oczy i serca pociągnął ku niej. Głos miała słaby, to także pamiętam dobrze, ale taki jakiś słodki, dobry, kochany głos, co się przytulał do duszy, a brzmiał jak echo srebrnych dzwonków z daleka. Klaskaliśmy wtedy wszyscy i domagaliśmy się bisów natarczywie, ot, jak to bywa na koncertach studenckich. Wychodziła na estradę z malutkim ledwie znacznym na swoich ustach dziecięcych, i kłaniała się nieśmiało, jak panienka z pensyi, zawstydzona i zakłopotana cała swem powodzeniem. Robiła na mnie wtedy na prawdę wrażenie lilii, którą lekki wiatr pochyla w ogrodzie, albo konwalijki raczej, z tą swoją główką spuszczoną... Widzę, że mi się przypominają moje studenckie lata, kiedy to próbowałem wierszydła pisać i w każdej pannie upatrywałem zaraz kwiatek, albo ptaszka, albo anioła, albo coś innego, ale skrzydlatego koniecznie i pachnącego, jak świeży fiołek. Terazbym dwóch rymów nawet nie skleił, nie dlatego, aby mi ich brakło, ale że mi jakoś nie wypada, odkąd zostałem doktorem Medycyny. To za poważny stan, aby w nim wiersze pisać. Ale niech tam sobie mówią, co chcą, poezya zawsze jest poezyą i kiedy się ma do niej żyłkę, jak ja ją miałem, to żadnym skalpelem nie da się wypruć z człowieka. Dzisiaj się znowu przekonałem, że we mnie siedzi dwóch ludzi, jeden — to ten pan konsyliarz, pan doktor, który patrzy na pacyenta, jak na okaz patologiczny, na chory organizm, na coś, co składa się z kości, muskułów, nerwów, z serca, płuc, kiszek, wątroby i t. p., a drugi — to ten, co wiersze swojego czasu pisał. I kiedy pierwszy bada puls, ogląda język, mierzy temperaturę, drugi przygląda się także, ale widzi co innego. Ja naprzykład zaraz zobaczyłem, że ta Lewońska była podobną do białego gołąbka, zdyszanego i omdlałego, który spadł z powietrza na ziemię, wyrwawszy się ze szpon jakiegoś drapieżnego krogulca czy sępa, co go chciał zdusić. I to porównanie nie chce mi się z myśli odczepić.
Widzę ją ciągle, jak tam, na tym dużym fotelu, obłożona poduszkami siedzi w swoim kaszmirowym szlafroczku białym, puszkiem obszywanym, a w tych chudych, cienkich, drżących rączętach gniecie zakrwawioną chusteczkę koronkową i przyciska ją do piersi, i ciągle chce coś przemówić, lecz nie może głosu wydobyć. Ojciec i obie ciotki pochylali się nad nią i patrzyli, co to będzie?... Stary głowę jej podtrzymywał i płakał a łzy mu kapały z oczu, jak groch i spadały na jej włosy. Kobiety go pocieszały i spoglądały na mnie, mówiąc: — Ależ to nic, to przejdzie, prawda, panie konsyliarzu?... to przecież tylko chwilowe. Daj pokój Edziu, denerwujesz ją tylko bardziej!... Kto widział zaraz tak głowę tracić!... Ja się nie odzywałem wcale, tylko swoje robiłem, jako lekarz, bo co miałem powiedzieć?... szkoda słów. Cuciliśmy ją i ratowali z pół godziny, ale przyszła do siebie i uspokoiła się. Ojciec mi ręce ściskał, jakbym był zbawcą jego córki. — Widzi pan, to moja jedynaczka, moje ostatnie dziecko — mówił, gdyśmy przeszli do jego gabinetu — troje już pochowałem. O nią zawszem się najbardziej obawiał, bo to było takie delikatne od urodzenia. Matka umarła na suchoty — dodał ciszej z westchnieniem, pełnem bolesnej rezygnacyi — po niej odziedziczyła... Zaczął mi opowiadać, jak się to złe rozwinęło; oczy ocierał, głową kiwał, ręce łamał, przerywając sobie tylko dwoma słowami: — Ot, nieszczęście!... Jeździli z nią już do Szczawnicy, do Meranu, radzili się najpierwszych powag za granicą, byli u Kocha w Berlinie; nic nie pomogło. Cóż ja pomogę? także nic. Alem ojcu tego otwarcie nie powiedział, bo po co starego gnębić jeszcze bardziej. Sam nie ma żadnej nadziei, lecz utwierdzać go w tej beznadziejnej rezygnacyi, to nieludzkie. Ledwiem wyszedł od Lewońskich, spotkałem na schodach jakąś babę rozczochraną, w chustce brudnej i połatanej, która mnie zagadnęła: — Proszę łaski pana, gdzie tu doktor?... — A czego chcecie?... po poradę?... — Nie, tylko pan Gierda mnie przysłał, a właściwie to z apteki naprzeciwko pedzieli, co doktora można stąd sprowadzić, kiedy tak nagle potrza. — O cóż chodzi?... — No, o doktora, skoro mówię. — To też mówcie, ja jestem doktor. Spojrzała na mnie z pod oka niedowierzająco i głowę odwróciła. — Gdzieżby też?... taki młodziusieńki i jużby miał być doktorem!... Nie chciała ze mną nawet czasu tracić na rozmowie. Jakoś ją jednak przekonałem, więc mnie zabrała z sobą do pana Gierdy. — Cóż to za pan? — pytałem ją przez drogę. — A no mój pan; ja mu ta posługuję, już trzeci rok będzie na Święty Michał. — Stary, młody?... — Bogać tam młody!... Starszy ode mnie. Młodyby nie umierał.. Ładnie mnie uprzedziła!... było po co iść, skoro się pacyent na drugi świat już wybierał. Poszedłem wszelako, cóż robić?... dobrze i to, choć ostatnie chwile ulżyć komu. W naszym zawodzie niema wyboru. Na rogu ulicy, w dziedzińcu na parterze, między pralnią jakąś a warsztatem szewskim mieszka mój trzeci pacyent. Z ciemnej sionki wchodzi się do przedpokoju, od którego klucza baba szukała z dobrych dziesięć minut za pazuchą i po wszystkich kieszeniach, zanim go znalazła i drzwi otworzyła. — To przy waszym panu niema nikogo, aby go dozorował? — spytałem. — A kto ma być? — wzruszyła ramionami, jakby się dziwiła, że można pytać o coś takiego. — Jak trza wyjść, to muszę drzwi zamykać i klucz biorę z sobą, aby kto nie wlazł. Mało to się włóczy różnego luda po kamienicy?... Weszliśmy wreszcie. — No, ma pan doktora — zameldowała mnie z progu i usunęła się na bok. W pokoju był zmrok; zielona stora, do połowy spuszczona, zabierała resztę tego żółtego, spłowiałego światła, które się tu z dziedzińca przedostawało. Przy piecu na łóżku, kołdrą przykryty, z nogami spuszczonemi, w szlafroku popielatym o niebieskich niegdyś wyłogach, w czapeczce paciorkowej siedział chory i zdawał się drzemać. Oprócz łóżka, stolika, kilku szaf z książkami i ogromnego kufra nie było więcej żadnych sprzętów w obszernym pokoju o jednem oknie; do alkierza wejście zasłonięte było zieloną firanką. — Pan doktor? — odezwał się głos gruby, nizki, astmatyczny. Dałem potakującą odpowiedź i zbliżyłem się do łóżka, na którem siedział mężczyzna przeszło sześćdziesięcioletni, prawie zupełnie siwy, tęgiej tuszy, z dużą kudłatą głową, z brodą kłaczastą, z brwiami krzaczystemi, z twarzą pomiętą i zarosłą, wyrazem ponurej melancholii nacechowaną. Chyba Samson albo Goliat w późnej starości mógłby tak wyglądać. Podniósł zwolna swoje grube, obrzmiałe powieki i przypatrywał mi się czas jakiś uważnie, w milczeniu, potem spytał: — Pan naprawdę doktor?... — Skądże ta wątpliwość? — Może pan dopiero student medycyny? Widziałem, że moja fizyognomia budzi w nim takie wątpliwości. Wskazał mi ręką krzesło i poprawił się, stękając. — Proszę się nie obrażać — po chwili — młody jesteś... trudno uwierzyć, abyś już praktykował. Ale niech tam! świat dziś szybko dojrzewa. Może być, żeś i doktor... Przymknął oczy i zdawał się zapominać o mnie; wpadał w drzemkę. Mogłem mu się lepiej przypatrzeć przez tę chwilę; poruszał ustami, jakby szeptał, nozdrza mu drżały przy każdym oddechu, a koło ust zarysował się ten cień fizycznego bólu i wysiłku, z jakim stare piersi pracowały, pompując w płuca powietrze. Ja to znam, napatrzyłem się dosyć temu w klinice. Od pierwszego rzutu oka nie miałem wątpliwości co do stanu pacyenta; chyba nie wiele mu się należy!...
Twarz obrzmiała, ręce jak nalane, nogi z pod okrycia wystające, jak kłody; niema czego badać nawet. Puchlina i astma, a Bóg wie, co tam jeszcze się kryje po rozmaitych kątach organizmu. Stracony człowiek; ale ten przynajmniej swoje odżył na tym świecie, starość go przygarbiła i , że nadźwigał się lat niemało. To nie czternastoletni dzieciak, ani dwudziestoletnia panna. — Czy wasz pan dawno choruje? — spytałem półgłosem kobiety przy drzwiach; stała z miną jakąś zafrasowaną, ręce złożyła w małżyk, głowę opuściła i patrzyła w gwoździe na podłodze, jakby je oczyma powyciągać stamtąd chciała. Nie zmieniając pozycyi, odpowiedziała mi z krótkiem westchnieniem: — Pewnie, że dawno; przy mnie to już tak kwęka trzeci rok. — Któż go leczy stale? — Abo to chce się leczyć, pan myśli?... żebym sama nie sprowadziła kogo do porady, to pewnikiemby się sam o to nie . Rzodkiew mu dawałam, bo to pomocna rzecz, i ziółka jeszcze na jesieni, co mu bardzo dobrze robiły, aby ta woda trochę z niego spadła, no i tak jakoś było do tej pory. Ale teraz, to już chyba nie wiem, jak bedzie. Może pan doktor tu co poradzi, ale jakoś mi się nie widzi... Głowę przekrzywiła i z niedowierzaniem patrzyła na nas obu. Musiał słyszeć, cośmy rozmawiali, bo nie otwierając oczu, odezwał się: — I mnie także, moja Banasiowa, i mnie także!... Potem zwrócił się do mnie i dodał: — Finis, konsyliarzu!... ostatnie podrygi, prawda?... nie bój się przyznać, jam nie dziecko, ani baba; nie przestraszę się tego. Życie powinno uczyć umierać spokojnie; ja to potrafię, potrafię!... Wziąłem go za puls i zacząłem rachować uderzenia. — Kiepsko, co?... — zagadnął, podnosząc z trudem powieki — sprężyna się rozkręca do reszty, jak w zegarku, a kluczyk u Pana Boga. Czas się wynosić; werk zepsuty, niema już czego naprawiać. Kiwnął głową obojętnie i szepnął: — To i lepiej, Brzmiała w jego głosie rezygnacya taka, jak gdyby sobie nic nie robił ze śmierci i gotów był od razu iść do trumny. Szczególny jakiś człowiek; życie nie zdaje się mieć dla niego żadnej wartości. — Może pan dobrodziej pozwoli mi się zbadać? — odezwałem się. Sam nie wiem, skąd mi się wzięło nazywać go »panem dobrodziejem«; ta atencya jednak instynktownie się we mnie zbudziła wobec sędziwego wieku jego i stoicyzmu, z jakim swój los traktował. Skinął na Banasiowę, aby mu pomogła podnieść się i szlafrok rozpiąć na piersiach. — Nie dosłuchasz się i nie dopukasz niczego dobrego — mówił, stękając ciężko — wszędzie ci odpowiedzą: finis!... I serce, i płuca, i nerki złamanego szeląga już nie warte... Stare rupiecie, tandeta, tylko na śmiecie wyrzucić; odrobiły swoje i basta. Miał słuszność zupełną; znał się na tem, jak fachowy patolog. — A widzisz — zaczął znowu po skończonej auskultacyi — mówiłem ci, że niema czego badać?... stary garnek, nawet go drutować więcej nie warto. Coś mu tam powiedziałem, ot tak, aby powiedzieć cośkolwiek, ale usta wydął z lekceważeniem i mruknął: — Dobrze, dobrze... gadaj sobie zdrów!... ja wiem swoje. Chciałem wstać i obejrzałem się na stolik, szukając pióra i kawałka papieru na receptę. — Ja tu panu dobrodziejowi zapiszę proszki — rzekłem tym obowiązkowym tonem, którego się nauczyłem już od dawna w szpitalu, a który choremu zawsze dodaje otuchy, bo sobie myśli wtedy, że skoro mu piszą receptę, to jeszcze nie wszystko stracone i nie tak rychło wezmą się do napisania sepultury. Podniósł z trudem swą opuchniętą rękę i położył na mojem kolanie, zatrzymując z zapytaniem: — Na co?... — Proszki panu ulżą. — Daj pokój!... nie o to mi chodzi. Mnie ulgi nie potrzeba. — Ulgi mu nie potrzeba — pomyślałem — to po cóż mnie wzywał?... Musiał dojrzeć moje zdziwienie, bo nie pytany rzekł: — Radbym wiedzieć tylko, jak długo jeszcze mogę pociągnąć... Czy to się da dokładnie obliczyć?... jak myślisz, konsyliarzu?... Wy się przecie na tem znacie. Dzień, dwa, trzy?... może mniej?... Nie krępuj się, powiedz otwarcie, jeśli możesz. Patrzył mi w oczy tak spokojnie, jak gdyby pytał: »która godzina?«... Coraz bardziej mię zaczynał zajmować. Widząc moje zakłopotanie, uśmiechnął się nawet lekko, przyczem twarz jego przybrała wyraz dobrotliwej ironii. — Dziwi cię, że stary taki ciekawy?... Wam młodym się zdaje, że życie jest wieczne i dlatego nie pytacie nigdy, kiedy się skończy, ale my starzy wiemy, że to podróż nie długa, i jak na kolei żelaznej, im bliżej kresu, tem częściej spoglądamy na zegarek i dopytujemy się konduktora, czy jeszcze ta ostatnia stacya... Trzeba będzie wysiadać i węzełki pozbierać. Zadyszał się, więc musiał wypocząć chwilę. Dalibóg, łatwiej mu było pytać, kiedy umrze, niż mnie odpowiadać na to. Wykręcałem się, jak mogłem, ale mi to szło niezręcznie. Jakże tu powiedzieć człowiekowi w oczy: — Pakuj się jegomość, bo trzeba będzie wysiąść za jaki tydzień albo za dziesięć dni najdłużej!... To tak, jakby mu wyrok śmierci przeczytać. Zresztą, czy to można być kiedykolwiek zupełnie pewnym w takich razach?... Nauka swoje wie, a natura swoje robi. Doktor nie jest przecie magistrem, tylko ministrem natury. Nie chciał mnie wypuścić, dopóki w tej drażliwej kwestyi nie dam stanowczej odpowiedzi; więc mu otwarcie wyznałem, że tak dokładnie nie da się tego terminu obliczyć, że stan jest wprawdzie ciężki, ale i z takiego jeszcze ludzie wychodzą, że w najgorszym razie choroba jego może się pociągnąć, zwłaszcza przy pomaganiu naturze. — Tak mnie koniecznie chcesz, jak widzę, swoimi proszkami uraczyć, co?... — przerwał mi z wyrazem jakiejś niechęci — ha!... to już tam napisz, co ci się podoba. Będę miał więcej czasu porządnie się spakować do drogi. Zdawało mi się, że miał minę niezadowoloną i że się czego innego po mnie spodziewał. Przepisałem mu środek na wzmocnienie energii serca i sił zanikających. Na odchodnem rzekł, podając mi rękę: — Jeśli ci to konsyliarzu czasu nie zabierze, to zaglądnij do mnie jeszcze jutro, albo pojutrze. Pójdę jutro, wracając od Szlarkiewiczowej. Ten oryginał ma w sobie coś imponującego dla mnie w tym spokoju, z jakim się na drugi świat wybiera...
Jestem ciągle pod wrażeniem wczorajszego dnia i rozmowy z Gierdą. Przechodząc ulicą dzisiaj, przypatrywałem się ludziom i robiłem rozmaite refleksye dziwaczne, a zdaje mi się nie bardzo właściwe, jak na doktora. Skąd mi się nagle takie karawaniarskie myśli do głowy przyczepiły?... bo czy to jest sens jaki, żeby mi ni stąd, ni zowąd przychodziły tego rodzaju uwagi: — Świat cały składa się z delikwentów, którzy mają z góry podpisane wyroki śmierci. To nie jest przecie żadna nadzwyczajna uczoność, ani wielka filozofia, ani genialne odkrycie, bo przecie każdy człowiek wie, że umierać trzeba, i że to takie prawo natury, z pod którego nikt a nikt się nie wykupi za żadną cenę, — ale dlaczego mi się to od wczoraj nowem wydaje i dlaczego ja tak uparcie myślę o tem, jak gdybym Amerykę odkrył?... Spoglądam na ludzi, jak karawaniarz; daję słowo, aż mi wstyd tego. Co spojrzę na kogo, to sobie zaraz przypominam słowa Gierdy: — Wam młodym się zdaje, że życie jest wieczne i dlatego nie pytacie nigdy, kiedy się skończy... Dziękuję ślicznie!... gdybyśmy ciągle, w każdej chwili o to pytać mieli, ładniebyśmy wyglądali. Cóż to, życie ma być entreprise des pompes funèbres, czy co takiego?... Bodaj tego starego dziwaka!... co on mi narobił swoją rozmową. Ja teraz, gdy spojrzę na najświeższą i najzdrowszą twarzyczkę, choćby dziecka, zaraz mi się wyobraża ona w odbiciu moich rozmyślań, blada, z zapadniętymi policzkami, z zamkniętemi oczyma, z tą obojętną martwotą w rysach, w których zdaje mi się czytam ów straszny wyraz: Finis. Może dlatego i ten biedny Józio Szlarkiewicz wydał mi się dzisiaj jakiś mizerniejszy jeszcze, niż wczoraj. Niby mu nie gorzej, ale i nie lepiej. Patrzył we mnie przez cały czas tak jakoś, jakby chciał się o coś spytać, albo coś bardzo smutnego mi zwierzyć w tajemnicy przed matką. Chcąc go w dobry humor wprowadzić, zaraz na wstępie powitałem: — No, jak się masz zuchu?... Oczy mu się takie zrobiły, jak talary, patrzył na mnie przez chwilę i jakby się dziwił, że się do niego uśmiecham i że go zuchem nazywam; potem swoje spieczone usteczka otworzył i szepnął smutnie: — Nie wiem. W nocy miał gorączkę, ale po bańkach niby to lżej mu się , tylko osłabione biedactwo i blade, jak ten opłatek, w którym mu matka proszki przy mnie dawała. — Kole cię jeszcze w boku? — spytałem go, ale nie chciał widocznie odpowiedzieć przy matce, dopiero gdy się odwróciła, kiwnął do mnie głową, że tak. W spojrzeniu jednak wyczytałem pokorną prośbę, aby tylko mamie nie mówić o tem. Pokazał swojemi chudemi palczętami nieznacznie, w którem miejscu, jakby się obawiał, by matka tego nie dostrzegła przypadkiem. Jej się wydaje, że mu lepiej i to znacznie od wczoraj. Jakoś się przyzwyczaiła do mnie już trochę, bo mi sama, nie , zaczęła opowiadać o swoim Józiu, że go ma tylko jednego, że się chłopak uczył i cztery klasy gimnazyalne ukończył w roku zeszłym, że go zaczęła posyłać do konserwatoryum, bo do muzyki się rwał od maleńkości. — Panowie powiadają, że ma talent — mówiła nieśmiało — i mnie się to samo zdaje. Jeszcze nut nie znał, a już wszystko wygrał ze słuchu. Żeby go pan konsyliarz widział, jak on na tych skrzypeczkach swoich grać zacznie, to się cały w oczach zmienia, całkiem inne dziecko z niego się robi. To, proszę pana konsyliarza, będzie tak grał godzinę, dwie, trzy i nawet odezwać się do niego nie można wtedy, bo jakby ogłuchł zupełnie. Już ja nie wiem, co jest takiego w tym chłopcu do muzyki, ale nic go innego nie bawi i nie zajmuje, tylko to granie. Kiedy ledwie odrósł od ziemi, to najmilszą zabawą dla niego było, wziąć dwa patyki, jeden pod brodę, drugi w rękę, i niby to smyczkiem rzępolić i śpiewać sobie przy tem niestworzone rzeczy. Rozgadawszy się, opowiedziała mi, że ojciec miał także wielki talent, ale znów do fortepianu; także grał, tylko ze słuchu, nic z nut, bo ciemny był i instytut kończył. — Zmarło mu się — szepnęła, połykając łzy ukradkiem. — Dawno?... — O, jeszcze Józio był maleńkim. Chodził grywać do tańca po domach w karnawale, a tak, to gdzie się zdarzyło, czasem w restauracyi, czasem w ogródku jakim na Kępie; aby żyć i zarobić na nasze utrzymanie. Gdyby żył, byłoby nam inaczej!... Nie chciała mówić, że musiało jej to życie być ciężkiem bez męża i ojca dla swego dziecka. Przyrzekłem jej, że będzie miała lekarstwa po zniżonej cenie, bo pewnie nie ma skąd brać na to. Założyłbym się, że musiała zastawić ślubną obrączkę, którą wczoraj widziałem na jej palcu, a dzisiaj już jej nie miała. Chociaż ja nic nie biorę, ale wydatki są: felczer, i aptekarz, i życie we dwoje. Nie śmiałem się jakoś spytać, czy ma pieniądze na lekarstwo, ale jutro spytam. A może najlepiej będzie, nie pytając wcale, podłożyć jej kilka rubli cichaczem; po co ma się wstydzić i dziękować?... Choć to tylko uboga szwaczka, ale zdaje się, że ma dużo . Dawała mi do poznania, iż nie była do takiego losu stworzona; wspominała coś tam o jakimś folwarku, o ojcu, który trzymał dzierżawę, o siostrze, która wyszła dobrze za mąż; ale mówiła tylko półsłówkami, bo widać nie śmie jeszcze wciągać mnie obcego w swoje konfidencye. Trzeba się jej przed kim wyżalić, to poznać zaraz, a najpewniej nie ma nikogo. Musiała pójść za mąż trochę późno, bo dzisiaj już ma przeszło czterdziestkę i taka jakaś zwiędła, zahukana, sterana pracą i niedostatkiem, że aż przykro spojrzeć na nią. A tego chłopca swego musi kochać, i on ją!.... Chwilami przypomina mi moją matkę, w tych czułych szeptach i spojrzeniach na swego Józia. Kiedym już miał odchodzić, chłopak mnie za rękę przytrzymał i błagalnie niemal, z krótkim oddechem przemówił: — Niech pan będzie taki dobry i powie mamie, że ja będę zdrów zupełnie, aby się nie gryzła i nie płakała po kątach!... ja to przecie słyszę, choć mama udaje, że tylko nos sobie uciera. Mnie już dzisiaj... Nie mógł dokończyć, bo się zakaszlał i twarzyczka mu się boleśnie skrzywiła, ale próbował to zaraz pokryć takim jakimś biednym, bladym, wymuszonym uśmiechem, aby jej nie przestraszyć. — To nic, mamo; jak mamę kocham, to tylko ślina... zakrztusiłem się i już... o!... zupełnie mnie nie ukłuło nigdzie a nigdzie. Niech pan doktor powie! — zwrócił się do mnie i musiałem skłamać z nim razem, a ona uwierzyła, choć miała oczy wystraszone i znowu pełne łez. — Nie, Józieczku, nie, to katar, dziecko — wymawiała się przed nim, nie chcąc się przyznać, że jej na płacz się zbiera nieustannie — pan doktor mi także przepisze co; zobaczysz, zaraz mi lepiej będzie jutro, tak jak tobie. Jedno przed drugiem udaje, biedactwo!... Wieczorem samym chyba pójdę go jeszcze raz dzisiaj zobaczyć; co mi to szkodzi?... Czasu mam aż zanadto, a pacyentów tylko trzech, to dlaczego nie mam ich odwiedzać choćby trzy razy dziennie. Gierda mnie z godzinę zatrzymał u siebie; powiada, że mu się po moich proszkach lepiej zrobiło, ale się tem nie łudzi. Ciągle mówi o »pakowaniu«. Jakiś był rzeźwiejszy i rozmowniejszy, niż wczoraj. Wypytywał mnie o moje stosunki, kiedym skończył medycynę, co myślę dalej robić z sobą, dlaczego matki nie sprowadzam do siebie?... Szczególny człowiek!... wybiera się na drugi świat, a troszczy się wszystkiem, co się dzieje, a o sobie nie chce nawet mówić. — Co tam ja! — przerwał mi, gdym mu zaproponował, czy nie zechciałby wezwać konsylium — stary jestem, nie mam żyć po co dłużej, ani dla kogo. Sam jestem, jak wierzba w polu... spróchniała wierzba do tego. Nawet mnie nie namawiaj, abym się wypraszał panu Bogu od śmierci. Banasiowa jedna pójdzie za trumną i będzie baba płakała, ja wiem — więcej nikt. Dostanie za to te graty wszystkie i pościel, tylko z książkami nie wiem, co zrobię. Doktor masz bibliotekę?... — Mam medyczne dzieła głównie. — Ja mam i medyczne; kiedyś tem wszystkiem się zajmowałem. Czego to człowiek przez ten mózg, jak przez przetak, nie przesiał!... i co z tego?... Pokiwał głową i westchnął. — Najmędrszą książką jest samo życie — szepnął — tylko trzeba umieć w niej czytać, bo hieroglifami pisana. Rozmawiał dzisiaj ze mną już tak, jak gdybyśmy się znali od roku. Wtrąciłem coś o Szlarkiewiczowej i jej chorym Józiu, bo mnie pytał, czy dużo mam pacyentów; słuchał z takiem zajęciem, jakby go to więcej obchodziło od jego własnej choroby, i zdawało mi się, że mu ten ponury wyraz na twarzy rozpływał się w jakiś łagodny cień smutku i współczucia. Niema w nim ani śladu tego samolubstwa i obojętności na cierpienie cudze, jaką mają ludzie ciężko chorzy, zajęci myślą jedynie o sobie. — Ot, widzisz — odezwał się — takiego biedaczka ratuj wszelkiemi siłami i nie pozwól go zabrać; to twój obowiązek i zasługa!... Będzie cię błogosławiła matka... Banasiowa przyniosła mu mleka na śniadanie; nie chciał pić pomimo mojej namowy. — Z czegóż pan będzie żył? — zrobiła uwagę stojąc nad nim i z politowaniem przypatrując mu się przez kilka minut. — I to, proszę pana konsyliarza, zawsze tak było, nawet za zdrowych czasów. Żeby to pan wyszedł kiedy, zobaczył ludzi, świat, nałykał się trochę powietrza, ale gdzie zaś!... cięgiem ino w tej izbie, w zaduchu, zamknięty; oknaśmy przez całe lato nie otwarli ani razu, tylo co ten lufcik trocha dla przewiewu. Prawda, co prawda, że z podwórza w lecie tylko fetor idzie, bo to także mieszkanie takie, Boże zmiłuj się, aleć zawsze... Poruszył się niechętnie i szorstko ją zgromił, że się wtrąca w nieswoje rzeczy. Poszła do alkierza urażona, mrucząc: — O ja wiem, za twoje dobro, kolką cię w ziobro!... to tak zawsze. Zepsuła mu humor odrazu; stracił ochotę do rozmowy i nie zatrzymywał mnie dłużej. Ofiarowałem się mu, że jestem w każdej chwili na jego usługi, gdyby mnie potrzebował; nawet mi nie podziękował za to, jak gdybym mu był natrętny. Osowiał i z pod oka spoglądał na zieloną firankę, poza którą słychać było, jak Banasiowa płukała i przemywała statki z dnia wczorajszego. Odszedłem prawie bez pożegnania. Do Lewońskich nie zaglądałem dzisiaj; czekam, aż mnie sami zawezwą, jeżeli będę potrzebny. Nie chcę się im narzucać, aby nie myśleli, że na trzyrublówki poluję.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Dusze w odlocie.
