Obrazek obyczajowy
Twoja fortunka, choćby i chatka, Będzie się nieźle wydawać, Kiedy sto złotych będzie intratka, A z nich choć dziesięć zostawać; Lecz gdy ci w głowie wielmożność zaświeci, Zechcesz żyć pysznie, pysznie przyjąć gości; Ciche twe szczęście jak z wiatrem uleci, W nędzy zapłaczesz po błogiéj mierności.
P. WINCENTEMU SWIRSKIEMU
na pamiątkę chwil spędzonych z nim w Kamieńcu
Wstęp
I • II • III • IV • V • VI • VII • VIII • IX • X
XI • XII • XIII • XIV • XV
Obrazek obyczajowy
który czytelnikowi wolno opuścić.
BYŁO to już w późnéj jesieni, podobno w połowie listopada; Poczciwy mój zegarek jeszcze nie wydzwonił siódméj;.... przepraszam łaskawych czytelników, że przerwę tu swoje niezmiernie ciekawe opowiadanie, by się wytłómaczyć, dla czego swój zegarek nazywam poczciwym. Oto dla tego, że jest to jeden z najlepszych, z najczulszych, z najukochańszych moich przyjaciół. Jego tiktaki nie są stukaniem wahadła, lecz biciem serca; jego dźwięk nie jest dźwiękiem dzwonka, lecz żywym, radośnym, lub tęsknym głosem, stosownym do błogiéj lub smutnéj godziny mojego żywota. W samotnéj, pustelniczej izdebce mojéj, zaledwie otworzę oczy z porankiem, już on mi na dzień dobry wesoło.szczebioce, a gdy spostrzeże, iż nazbyt długo marzę w pół senny, to, nie obłudny, nie pobłażliwy przyjaciel, ostrym, gniewnym, głosem, wstań! wstań! raz wraz woła, i mruczy i gdera: i zda się, przyśpieszoném kołataniem chyży lot czasu na myśl mi chce przywieść. A gdy już mię ujrzy przed sobą, u biórka, nad którém panuje, nad księgą lub z piórem w ręku by myśli moich nie wikłać, tłumi bicie serca, i szmer oddechu, i dźwięk swego głosu; dopiero, gdy przyjdzie pora udać się do zaprzedanéj pracy, żałośnie smutną godzinę zwiastuje. A gdy po krwawym trudzie powracam w samotne ściany, on, już zdaleka krok mój usłyszawszy, przeze drzwi mię wita radośnym szczebiotem, i ku wchodzącemu rozjaśnioném licem zdaje się uśmiechać. On mi donosi, kiedy mię przyjaciel z tęsknotą wygląda, i w drogę mię do niego wyprawia; a nieraz mi i jego miłe odwiedziny oznajmi, nieraz i o wieściach od moich drogich cóś szepnie i po list na pocztę wyszle. Gdy zaś o przeszłości pogwarzyć zechcę, miły mój gaduła gotów do rozmowy, dość mu spójrzeć w lice, a wnet gwarzyć zacznie i prawi, i prawi poczciwy weredyk o wszystkich boleściach i o wszystkich radościach, o łzach i uśmiechach, o cierniach i różach, o gęstych usterkach, o zbyt rzadkich cnotach, i, to się zachmurza, to pogodną twarzą wesoło spogląda, to głosem ponurym, to radośnym dźwięczy. A gdy zbyt boleśnie serca mego dotknie, gdy łzą zaszłe oczy odwrócę od niego, wnet w inną uderzy stronę, wnet myśl mą w przyszłość pociągnie i każe jej bujać pod lazurowym, gwiazdzistym sklepem nadziei, po mlecznej drodze ufności. A do snu legnę, on mi, jak piastunka dziecku i piosenkę śpiewa, i bajeczki prawi, aż mię ukołysze i sen mi nawionie o cichéj kolebce pod rodzinną strzechą, o rzewnej piosence niańki, i o modlitwie, i o pocałunku, i o łzie tkliwości najtkliwszéj, najlepszéj matki! W chorobie on mię dogląda, on mi z troskliwością lekarstwa podaje.... A za tyle dobroci, za tyle czułości, nic a nic nie żąda; bylebym tylko raz na dzień rękę mu przyjazną podał.... a czuje głęboko, bo gdy o tém przepomnę, gdy się na długo z izdebki wychylę, serce mu z żalu bić przestaje w łonie, i obumiera z boleści.... Jakże go poczciwym nie zwać? Otóż poczciwy mój zegarek jeszcze nie wydzwonił siódméj, a już na Bożym świecie było ciemno, jak w grobie. Wichry rozhukane, obrywając ostatki liścia z drzew drżących z przestrachu, to dziko wyły, jak głodnych wilków gromada, to łopotały złowrogo, jak stado kruków nad świeżem pobojowiskiem; a po niebie szły czarne chmury i kiedy niekiedy kilka kropel deszczu strząsały, — rzekłbyś, matki i żony poległych ciągną żałobnym orszakiem, rzewne łzy roniąc. Od godziny siedziałem z piórem w ręku nad białym arkuszem papieru, gdzie tylko jakiś dziwny tytuł zapisałem, i próżno suszyłem głowę, nie mogąc połapać rozproszonych myśli, któremi szczególniejszy niepokój miotał, jakby harmonizując się z owym wichrem miotającym pożółkłe liście. Gniewało mię to i śmieszyło razem, gdyż pomimo woli przypominało mi się Dumanie Poety, naszego kochanego Syrokomli, i ciągle dudniało w uszach:
Pewnoby i ze mną było to samo; ale, na szczęście, czyjeś śpieszne kroki dały się słyszeć w przedpokoju: drzwi się z trzaskiem rozwarły, i kochany mój Leoś rzucił się w moje objęcia, a cichy pokoik zabrzmiał radosnym okrzykiem i serdecznemi pocałunkami. A Leoś był to mój szkolny towarzysz, przewodnik i nauczyciel we wszystkich szubrawskich figlach i psotach. Z sercem najpoczciwszém, z bujną wyobraźnią, z niewyczerpanym dowcipem, był ulubieńcem calutkiéj szkoły, a moim szczególnie. Przez siedm lat nauk prawie nierozdzielni, opuściwszy szkoły, choć wcale odmiennemi poszliśmy drogami, choć los nas rozpędził w rozmaite strony i nielitościwie rozerwał dłonie złączone w bratnim uścisku, związek serdeczny trwał ciągle jednostajnie silny, a nawet silniejszy, bo oddaleniem i wzmocniony. Dziesięć lat ubiegło, tłukliśmy sie po świecie, jak gdyby kule po bilardzie podczas gry zawziętéj; a jednak ani na chwilę z oczuśmy sobie nie znikli, jak gdybyśmy ciągle na jednéj ławce siedzieli i z jednéj czytali książki. Bo nie było miesiąca, w którymbyśmy nie przesłali sobie kilkoarkuszowych listów, gdzie myśl najprzelotniejsza, najprzelotniejsze uczucie, wiernie zapisane były, słowem cała dusza wydagerotypowana promieniem przyjaźni. Drogie listy Leosia chowam jak świętość, i, gdybym naprzykład był francuzem, gdybym się nie lękał profanacyi, ogłosiwszy je drukiem, dałbym czytelnikom pełny życia i prawdy pamiętnik, jakiego najbogatsza wyobraźnia, najdzielniejsze pióro sztucznie utworzyć nie zdoła. Jest to najwierniejszy dziennik głowy i serca młodzieńca, w drodze z szesnastego do dwódziestego szóstego roku; lecz głowy z najbujniejszą wyobraźnią, lecz serca z najognistszém uczuciem; a więc malownicza ta droga bucha wulkanem i wre kipiącemi potoki!!.. Nie cała wprawdzie, nie cała!... Im daléj, tém rzadsze wybuchy wulkanów, im dalej, tém zimniejsze źródło, a kiedy niekiedy powiewa i ostry wiatr, jakby z krainy wiecznych lodów! Oto naprzykład w przedostatnim liście, nie powiem czyim, by nie wydawać nędznego rymarza, czytam smutną skargę:
Lepiéj więc, że nie chcąc profanować świętości, nie myślę ogłaszać tych listów; bo nie jeden poczciwy marzyciel, przejrzawszy je do końca, gorzką łzę uczułby w oku i na długo duszą by zabolał, widząc nowy dowód, że każdy, kto się, jak Prometeusz, pokusi na ożywianie glinianych zlepków niebieskim ogniem, jak Prometeusz przykuty zostanie do dzikiéj skały, a serce, wiecznie odradzające się w miłości, srogi sep wiecznie wydzierać mu będzie. Lepiéj więc, że nie ogłoszę, bo na cóż zrażać innych? Przestroga w tym względzie jest szkodliwa. Gdyż wiemy już dobrze, żeśmy wygnani z Raju, i że w tułactwie swojém, nauczeni wzorem Chrystusa, obowiązaniśmy do ciągłej cierpliwości. Niech więc giną niektórzy nie płaczmy po nich, zazdrośćmy im raczéj; bo są to święte ziarna, które Bóg wziąwszy w swe dłonie rzuca w otchłań czasów, by cudne kwiecie, cudniejsze owoce ludzkości zrodziły. A ziarno, nim owoc wyda, wprzód samo zaginąć musi.... Lecz wracam do rzeczy. Tak więc gość mój drogi uwolnił mię od ostatecznego podobieństwa do owego poety z Dumania; z podwójnym przeto zapałem uściskałem poczciwego Leosia, mocno, serdecznie a długo. Chociaśmy się nie widzieli z sobą przez długich lat dziesięć, poznaliśmy się od razu; gdyż (wyznam, choćbym miał rozśmieszyć obojętnych czytelników), nie tylkośmy się zwierzali sobie w swoich uczuciach i myślach, lecz z każdą ważniejszą odmianą w obliczach, posyłaliśmy sobie swoje dagerotypy: dał Bóg jednemu wąsy, już wąsata fizys powędrowała z pocztą; drugi zapuścił brodę, i wnet brodatą podobiznę wyprawia do przyjaciela. Nie dziw więc, żeśmy się łatwo poznali. Po serdecznych uściskach, po serdeczniejszych jeszcze pocałunkach, zasiedliśmy przy kominku, z fajkami, obok kipiącego samowara, i dalejże w gawede; a choć długo jeszcze, za lada pretextem, cmokaliśmy się i dusili, gawęda szła swoim torem, kwiecista i żywa, jak piękna łąka, po której wietrzyki skaczą. Bo czyż nie było o czém gawędzić? Ileż to drobnostek przepomniało się w listach! ile ważnych wypadków, o którycheśmy sobie donieśli, trzeba było objaśnić ustnie!... bo któż tego nie wie, że i kilkoarkuszowy list nie zastąpi nawet jednéj godziny przyjacielskiej rozmowy? Minęła północ, a sen nie przychodził na myśl. Wypiliśmy z garniec herbaty, wypaliliśmy z funt tytuniu, i z większego wynurzyliśmy sobie myśli i uczucia. Wtém Leos, spostrzegłszy na biurku ten nieszczęsny arkusz, dziwacznie zatytułowany, nad którym przed przybyciem jego dumałem, zapytał litośnie: — Czy zawsze chorujesz?! Przyznają mi nawet nayniełaskawsi czytelnicy, że zapytanie nadto przyjacielskie było! Połknąłem gorzką pigułkę, ani się zmarszczywszy, i przybrawszy sentymentalną minę, odrzekłem: — Cóż chcesz, drogi Leosiu! Wszak zgodzisz się na to, że każdy człek w życiu musi mieć jakiś główny interes, musi mieć (pozwól, że się tak wyrażę), jakieś swoje słońce, w koło którego dusza jego krążąc bezustanku jak planeta, światła i ciepła, jedném słowem, życia nabiera. — Arcy-sensownie i arcy-poetycznie! cóż dalej? — Otoż i ja muszę mieć swe słońce. Na nieszczęście moje, konstellacya, w której to słońce połyska, nie jest ani Lwem, ani Woźnicą, ani Strzelcem, ani Panna, ale złowrogą Lira; a więc lirniczenie, a więc literatura jest głównym interesem mojego z niej moja dusza światła i ciepła nabiera, bez niejby skrzepła i w pomrok rospaczy zapadła. — Arcy mądrze! jak z książki! — zawołał Leon; ale nie rozumiem. — Więc się wytłómaczę jaśniej, odrzekłem. Nie potrzebuję rozwodzić się przed tobą nad przykrościami mojego stanu, ty je pojmujesz, bo masz poczciwe serce. Ale wiesz takoż, że gdy jęknę, dźwigając swe jarzmo, to nie przeto, bym chciał być wolnym od wszelkich trudów żywota; bynajmniéj! Pracuję krwawo na swój chleb powszedni, i dumny tém jestem, i dziękuję , że mi darmojadem być nie sądził, że mię nie stworzył trutniem w ulu społeczeństwa. To mię tylko boli, że los mię złapał na wędkę i z kryształowego zdroju wyrzucił na brzeg piasczysty, pod słoneczne skwary... że w obcym mi żywiole żyć muszę! I dla tego to stworzyłem sobie świat idealny, apoteozę rodzinnej strzechy, z ojczystą mową i głową, zwyczajem i obyczajem, z krucyfixem na stole tuż obok soli i chleba, z jaskółczém gniazdem przy małém okienku, z bocianem na staréj sośnie, iz gołębnikiem na zieloném podwórku; tutaj się modlę modlitwą swéj matki, tu śpiewam pieśni, których mię uczyła, tu z kochanym kmieciem serdecznie gawędzę, tu gościa bratersko witam, tu śmiało i głośno myśli swe wynurzam, bo mnie profanacya nie trwoży. Zdawało mi się, żem wzruszył Leona: w licach mu zabłysnął żywszy rumieniec, w oczach cóś nakształt łzy mignęło, i kilka chwil zeszło w milczeniu. On pierwszy je przerwał: — Zgoda: pozwalam ci bujać w twoim idealnym świecie, pozwalam bazgrać ile się podoba, choćbyś miał co rok wypisać beczkę atramentu; ale powiedz mi proszę, dla czego się wdajesz w drukowanie? — Dla czego! — odrzekłem, odpowiem ci z najzupełniejszą szczerością, oto dla tego, że na sercu mi się wyryło:
Drugą przyczyną, że na druk się puszczam, jest owe pragnienie jakiegoś silnego interesu w życiu, któryby zobojętnił duszę na wszelką, że tak powiem, prozę ziemskiego bytu. A wreszcie, nie poślednią tutaj gra rolę i chęć podzielenia się swemi myślami, czy też marzeniami, czy w końcu utopiami i z najodleglejszemi przyjaciółmi, w których poczciwém współczuciu mam gotowy balsam na ciężkie rany, które mi zadać mogą dzisiejsi arbitralni pseudorecenzenci, co to pod te czasy, mówiąc po prostacku, jak żaby śród lata z deszczem spadają. Może to zreszą dla tego, że i z pisarzami to samo... — A więc na zdrowie ci, rzekł Leon, możesz się zaciągnąć do rzędu żabek; winszuję ci, ale nie zazdroszczę. — Wolno ci szydzić — odrzekłem, a jednak i zaba, równie jak słowik, zwiastuje powrót dni błogich... — Zgoda już, zgoda! zawołał Leon, bo cię nie przegadam. Nie traćmy czasu, mieląc językami napróżno; ot lepiej przeczytaj mi co ze swych szpargałów. — Najchętniej odrzekłem uradowany. Spowiedź i Dzieciobójcę czytałeś? — Czytałem, odpowiedział Leon, z niesmakiem wykrzywiając usta. — Czegoż się krzywisz? spytałem nieco obrażony. — Bo ci się straszliwie nie udały! jedno mię tylko mocno ucieszyło, żeś je pod przybraném nazwiskiem drukował. Co do Spowiedzi, powiedz mi, jak można było w dzisiejszym wieku czysto-rozumowym, w dzisiejszym wieku czynu, brać za bohatéra powieści jakiegoś mazgaja, który nie spełniwszy żadnego znakomitego czynu, uroiwszy sobie, że zburzył szczęście swojej ulubionéj tém że ją przez parę miesięcy pieścił pocałunkami i sentymentalną rozmową, ucieka w lasy i pracuje nad szczęściem chłopów, a na dobitkę umiera z suchot! w pokoju wybitym kirem!! z portretem kochanki na ścienie!!! i zostawia ci w puściźnie swoję niedorzeczną Spowiedź, którą trzeba było natychmiast w ogień wrzucić. Osłupiałem. — Leonie! czyliż to szczerze mówisz?! zawołałem przerażony. — Powtarzam ci, co twierdzą ludzie pełni wiedzy, ludzie zapatrujący się na świat z czysto-rozumowego stanowiska, dla których innéj dzisiaj pieśni trzeba, dla których nawet zginęły już pieśni, a wstały czyny. Odetchnąłem. Leon ciągnął dalej: — Co się tycze Dzieciobójcy, to takoż nieszpetna banialuka, i wszyscy dobrzemyślący, całe wyższe towarzystwo z odrazą i z oburzeniem o téj bazgraninie wspomina. Bo jak było można wyidealizować mużyka, dać mu w usta jakąś kwiecistą mowę, w serce szlachetne uczucia, w głowę taki rozsądek!... szaleństwo!...Zonia też okropnie nienaturalna! gdzieżeś, proszę, widział chłopkę, któraby rozpaczała dla tego, że się do niej panicz zaleca? Wiesz, że to non plus ultra naiwności!. To się nie spotyka nawet w najwyższém społeczeństwie, gdzie moralność tak wydelikacona, wyarystokracona; owszem, im więcej ma zalotników młoda mężatka, tém szczęśliwsza. A u ciebie chłopka desperuje dla tego, że jej własny dziedzic, uważ tylko! dziedzic! o miłości jéj prawi! Ale pominąwszy to wszystko, jużeś wart ukamienowania za to, żeś się ośmielił w tak złych a fałszywych kolorach malować panów. — Ależ na miłość ! zawołałem w rospaczy, jak można coś podobnego pomyśleć?! wszakże mój panicz jest tylko nieszczęsnym wyjątkiem, wszakże tuż przy nim stoi promienna postać jego poczciwego ojca, dla czegoż jej nie bierzesz za typ obywatela?... — Gadaj zdrów! odpowiedział Leon, — wielu panów, to co i ja mówią. — Może to nożyce brzęczą?... — Ot milczałbyś lepiéj; bo ci kurtę skroją. — Bądź spokojnym, odrzekłem, większość powinna poznać odbicie się własnéj postaci w poczciwym ojcu nikczemnego synala. — Dajmy temu pokój, rzekł Leon, bierz się do czytania! może w rękopismach znajdziem co lepszego. A więc wydobyłem ogromną plikę szpargałów, i rad z powolnego słuchacza, jak ów poeta w Strachach, czytałem bez przerwy aż do trzeciej Czytałbym i dłużej gdyby potężne chrapanie Leona nie ostudziło méj weny. Złożyłem więc opium w skrzyni, a gościa miłego i upokorzenie swoje w łóżku. Nazajutrz przy herbacie, Leon mię zapytał: — Może się gniewasz, żem ci nie dotrzymał placu? — Bynajmniej, odrzekłem, owszem, ja cię przepraszam, byłeś tak znużony drogą, a ja się zabrałem czytać... — No rzecze Leon, nie wiem już czy droga, czy twoje twory mię uśpiły, wiem tylko; żem zasnął na dobre i nic nie słyszałem z tego cóś czytał, oprócz dwóch jakichś utopij socyalnych, jednéj rymowanej, a drugiej nie. Cóś mi się marzy, iż w obu chciałbyś nam dowieść, że główną przyczyną ludzkiej biedy jest wieczne powtarzanie się owéj tragicznej sceny z żabą, pragnącą dorównać wołowi, czyli zapomnienie mądrych słów poety:
Prawda to najświętsza, ale najniezgrabniéj do rzeczy się bierzesz, i najlepszą sprawę złą obroną psujesz. Ale gdy już tak zakochałeś się w tym przedmiocie, to napisz jeszcze jednę ramotę, w tymże rodzaju, co twój Dziwak i Marcin Futornik, do któréj ja ci treść podam z prawdziwego zdarzenia. — Z całego serca dziękuję! rad twéj gawędy posłucham, ale pisać nie będę, bo już Dziwak i Marcin lada moment na świat wyjrzą; a nie wypada nudzić czytelników prawiąc im jedno i jedno, gotowi nazwać fixatem. — Nic to nie szkodzi, odpowiedział Leon; pisz na moje słowo, a bylebyś tylko lepiéj od poprzednich napisał, to ci przebaczą. Zresztą, powiedz w przedmowie, żeś to uczynił na prośbę swego przyjaciela, lub cóś podobnego. — Zgoda, odrzekłem, napiszę i całą winę na ciebie zwalę. — Zgoda, rzekł Leon, bylebyś tylko méj treści nie popsuł niepotrzebnemi dodatkami, bylebyś rzecz wyłuszczył bez żadnych niedorzecznych wybryków, i nie prawił o niebieskich migdałach, czy też ogruszkach na wierzbie. Słuchaj więc z uwagą. I wysłuchałem i napisałem, a że to już trzecia gawęda w tym samym rodzaju, temu winien Leon.
Obrazek obyczajowy
ROZDZIAŁ I.
Pan Jerzy.
BYŁO to na Litwie. A komuż nie wiadomo, że Litwa najpoczciwsza z prowincyi naszych, że w niej i ziemia poetyczniejsza, i serca czulsze, dzielniejsze i szlachetniejsze, i obyczaje i zwyczaje nieskażone obczyzną, i religja czysta i święta, mocno wkorzeniona w duszy? Spytacie mię, dla czego? Tak Pan Bóg dał, moi mili panowie! To nie odpowiedź! Kiedyżbo odpowiedź trudna i dziwaczna!... jednakże muszę ją wyrzec; a jeśli się wam nie podoba, to powiecie, że bredzę. Oto Litwa jest taką dla tego, że obfita w bory, bagna i piaski; że w niej mnóstwo szlacheckich, słomą krytych dworków, których progi nie wysokie na chłopskie nogi, i że w niéj kościoły gęstsze i wspanialsze, niżeli pałace. Nie sądźcie proszę, abym miał być wrogiem cywilizacyi; bynajmniej! tylko ją pojmuję po swojemu; tylko mi się zdaje, że cywilizacya nie jest ani szatanem, ani dumnym pankiem, i że nie uciecze od krzyża i nie wzgardzi ubogą strzechą. Ale mniejsza o to! nic gorszego, jak wdawać się w tak zwane kwestje socyalne! Otoż na Litwie, nad rzeką, nie powiem jaką, abyście, się nie domyślili o kim będę pisał, przed dziesięcią laty stał skromny szlachecki dworek, oddzielony od niewielkiej wioseczki tylko owocowym ogrodem. Domeczek szczupły, ledwie cztéry okienka miał z frontu; po dwa z każdej strony ganeczka, z lipowemi, bielusieńkiemi ławkami. Dach prawie tyleż wysoki co ściany, kryty był gontami, i dźwigał jeden olbrzymi komin; a jego pstra barwa wskazywała razem i wiek sędziwy i rządność właścicieli, bo w miarę jak próchniały gonty, nowemi je zastępowano, tak, że obok czarnych jak węgiel, lub siwym mchem porosłych, błyszczały gdzieniegdzie srebrzyste i szare, co sprawiało, że zdala ów daszek pomimowoli na myśl przywodził szpakowatą głowę krzepkiego staruszka. Nieco opodal stały, gospodarskie zabudowania, a rozmiary obory i szpichlerza, i aż dwa obszerne gumna, świadczyły o dobrym bycie gospodarza. Stare lipy, brzozy i klony ocieniały wszystkie budynki; a całe podwórko, jakby umyślnie zieloną darniną wysłane; z kompasem po środku, było czyściutkie, równe i świeże, jakby malowane! Wszystko to otaczał wyniosły parkan, przy nim szły rzędem piramidalne topole, które chmiel łączył swemi girlandami i zdobił wieńcami. Ma się rozumieć, że u gumna stał na wysokim słupie gołębnik, a na starym dębie nad rzeką gnieździły się bociany; gdyż bez tego żaden szlachecki dworek obejść się nie może. Wioseczka również mile wpadała w oko; a pomimo chat czarnych bez kominów, z małemi zakopconemi okienkami, pomimo nielicznych ogródków przy chatach, miała jakiś widok pociągający, świeży i radośny. Czemu to przypisać? nie wiém; może to było skutkiem braku ruin i pustek, skutkiem porządku i czystości w koło chat i na ulicy, gdzie indziej zwykle błotnistéj i gnojnéj, skutkiem gęstych stert przy gumnach; a może wreszcie wesołe twarze i wesoła mowa wieśniaków, cało i czysto odzianych, tak ożywiały tę okolicę, Powtarzam, że nie wiém, wiém tylko, że tak było. Nie koniec na tém, i dworek i wioskę otaczała okolica tak cudna, tak malownicza, że nawet ani myślę jej opisywać, bo pewno nie potrafię. Powiem tylko, że choć to była równina, ale tak urozmaicona, tak ożywiona krętym biegiem rzeki, łąkami, łanami, gaikami, jeziorkami i piasczystemi wydmami; tak upoetyzowana to krzyżem u drogi, to kapliczką u źródła, to chatką rybaczą lub mogiłą topielca nad rzeką, to wreszcie budką strażnika pod lasem, albo szwedzkiemi mogiłami na piaskach jałowcem porosłych, albo samotną gruszką śród łanu, że trudno było napatrzyć się na nią, że patrząc, zwłaszcza na ustrojoną w wiosenne szaty, serce się rozpływało z jakiejś rzewnej radości, i kto wie czego, oczy zachodziły łzami. Z dwóch stron widnokrąg był zamknięty ciemnym borem, z trzeciej zlewał się z błękitem nieba, tylko wzdłuż rzeki idąc, wzrok napotykał malownicze drobne zaścianki; z czwartej, za rzeką, na pochyłości wzgórza rozległ się po pańsku ogromny dworzec, jak jakie miasteczko, z ogrodem jak las, z pałacem jak kościół, a widać go było prawie o pół mili. Szlachecki dworek, który opisałem, należał do pana Jerzego. Nazwiska, naturalnie, wymienić nie mogę; powiem wam tylko, że pana Jerzego tytułowano Chorążycem: bo u nas na Litwie, jak wam wiadomo czy nie wiadomo, każdy szlachcic musi mieć tytuł. Może wam to i śmiesznem się wyda, dziś, gdy po większej części o urząd dla tytułu się starają; ale ja w naszem tytułowaniu się litewskiem widzę zabytek czegoś, może bardzo dawnego, ale też bardzo dobrego: oto on mi świadczy, że dawniej, gdy od szlachcica nie można było oddzielić wyobrażenia służby publicznej, bądź w wojnie, bądź w pokoju, każdy więc miał tytuł jako godło zasługi, a ztąd nałóg tytułowania, który aż do naszych czasów się dochował. Szkoda tylko, że tytuły dzisiejsze na ic się kończą!... Ale! myśl wyborna! czy tożby nie można było i arystokraty na arystokracica przemienić? byłoby to bardzo właściwie.... Lecz to do rzeczy nie należy; wracam do pana Jerzego. Był to bardzo poczciwy chłopak! Znałem go prawie jak samego siebie, bośmy razem chodzili do szkół, czy też po staroświecku mówiąc, na jednym pieńku leżeli. Pobożny, serdeczny, ostatni szeląg, najmilszą zabawkę rad z duszy poświęcić, byle komu przyjemność zrobić, rad koszulę oddać, byle poratować kogo; a uczył się dzielnie, a swawolił gracko, a dobrą matkę, a rodzinną strzechę nad życie miłował. Jednę tylko miał wadę, małą, nikomu na pozór nie szkodliwą; lecz w gruncie najokropniejszą. Oto nie umiał mierzyć się swoją piędzią przy niepohamowanej skłonności do luxu. Ojcowską biedak odziedziczył nature! Nieboszczyk chorąży takoż, jak drugim tak i sobie nie umiał w niczém odmówić; a za to, umieraijąc zostawił żonie z kilkuset dusz ledwie kilkadziesiąt, które poczciwa pani chorążyna wyrwała z paszczy kredytorów, sprzedawszy wspaniałe cugi i powozy, mahonie i stosy błyskotek, nagromadzonych w przez nieboszczyka, i z boleścią serca pożegnawszy liczną czeredę wszelkiego rodzaju służalców. Wprawdzie nawet to wszystko niewiele by pomogło; ale się znaleźli sumienni dłużnicy, którym nieboszczyk bezal żadnych rewersów, a nawet bez żadnych u siebie notatek ponapożyczał pieniędzy, co w złą godzinę pośpieszyli z ratunkiem wypłacając swe długi. Biedna chorążyna z wielką trudnością dała się przekonać o istocie rzeczy, biorąc zrazu wyznanie dłużników za przyjacielską jakąś ofiarę, z której korzystać nie śmiała, nie mając nadziei, by mogła kiedy ją zwrócić. Otóż, jakem rzekł wyżej, synaczek udał się w ojca, i za najmniejszą pobudką odzywała się w nim ta sama zgubna słabostka. W szkołach dość mu było zaprzyjaźnić się z jakim paniczem, by natychmiast dostać jakiegoś dziwnego szału, czy odurzenia, by na oślep rzucić się na drogę, która go za sto mil wyprowadzała z właściwej sfery. Wnet musiał tak się ustroić jak jego nowy przyjaciel, zdobyć się na taki samy zegareczek, łańcużek, szpileczki, żwierciadełka, grzebyki, szczoteczki, mydełko, perfumy, pomady, słowem cały sklep galanteryjny. Już nie mógł się obejść bez rękawiczek, bez lakierowanych butów, bez gumelastycznych galoszy; już nie mógł pisać na prostym papierze, nie mógł zatemperować pióra prostym nożykiem, nie mógł się uczyć z przepisanego, musiał koniecznieni mieć wszystkie książki i kosztowne dykcyonarze nie to jeszcze zbytkownie oprawne!.... A trzeba i o témo wiedzieć, że nic u niego długo się utrzymać nie mogło, gdyż byleby spostrzegł, że się komu co z jego rzeczy podobało: wnet darowywał. A na majówkę, lub na imieniny swoje musiał koniecznie ugościć kolegów; lecz już nie piernikami i jabłkami, tylko tortami i pomarańczami naturalnie wziętemi na kredyt; bo cały zapas pieniędzy, przysyłanych zwykle pod te porę przez mątkę, nie miał czasu nawet zagrzać się w jego kieszeni! gdybyż przynajmniej szedł na opłacenie długów, bynajmniéj! wnet się poczciwym koleżkom dostawał!... Zbliżały się wakacye, a z niémi pora płacenia la długów. Co biedny Juraś podówczas cierpiał, jak gorzko lekkomyślność swoję opłakiwał; tego opisać nie zdołam. On, co tak miłował matkę, co widział, z jaką troskliwością i z jakiém poświęceniem się pracowała nad zabezpieczeniem mu niezależnego, spokojnego bytu, co tyle razy słyszał jej błagania i zaklęcia, by się rozrzutności wystrzegał; on teraz miał ją powitać pocieszającą nowiną o swoich długach! o długach, zaciągnionych na same fraszki, bez których i mógł i powinien był się obchodzić, których nawet pragnąć było już grzechem! Nie mógł się spodlić do tego stopnia, by zmyślać przed matką jakieś chwalebne powody lub nieodbite potrzeby; bo wiedział, że uwierzyłaby mu pewno. Wszelkiemi więc sposobami starał się o ile możności przynajmniej zmniejszyć summę tych nieszczęsnych długów: i tak trochę spłacał, zbywając za bezcen, wprzód drogo kupione błyskotki, trochę ukrywał, obiecując wierzycielom hojne procenta; a resztę, z gorzkiemi łzami, wyznawał!... Bez najmniejszego wyrzutu, z niewypowiedzianą dobrocią, płaciła kochana matka; a to jeszcze srożéj ranilo serce biednego Jurasia, bo czuł aż nadto dobrze, jak wielkiej kary był godzien. Zachodząc się więc od płaczu, całował nogi najdroższéj matki, przepraszając za lekkomyślność swoję i najuroczyściéj przyrzekając poprawę; a ona bywało tylko zapłacze gorzko a gorzko! przytuli go do serca, ucałuje w czoło, westchnie i na tém koniec; a wróciwszy do domu, modli się i pości, i różne ofiary czyni, by zmiłowanie Boże wymodlić! Wróci Juraś do szkół, hojnie opatrzony tkliwie napomniany i pobłogosławiony, i natychmiast cały kapitalik się rozbieży, to na opłacenie długów ze zbojeckiemi procentami, to na wspomożenie kolegów. Pamiętny łez matki, z półrocza się strzeże wszelkich wydatków, odmawia sobie we wszystkiém, i starannie pokus unika. Lecz raptem nieszczęsna słabość górę nad wolą bierze, energia peka. Juraś znowu szaleje! Uprojektował sobie, że znajdzie sposób opłacenia swych długów bez pomocy matki, bo ma nadzieję instruktorem zostać, lub cóś podobnego; ale nadzieja zawodzi, i znowu też same izy, prośby i przyrzeczenia!! W uniwersytecie to samo, to jest ta sama nierozwaga; ale młodzieńcza wola silniejsza od dziecinnéj była; matka Jurasia nic o jego długach nie wiedziała, on sam je płacił swym własnym zarobkiem. I jeśli grzech był wielki, to i expiacya nie mała, bo wszystkie chwile dnia, bo większą połowę nocy poświęcał najuciążliwszej pracy, by ucząc drugich dla pieniędzy, nie zaniedbać własnej nauki. Tak zeszły dwa lata z górą. W połowie trzeciego roku, wezwany listem jednego z sąsiadów pod rodzinną strzechę, już więcej nie wrócił, bo śmierć ukochanej matki nie tylko najsroższą boleścią serce, lecz i niezliczonemi kłopotami obarczyła mu głowę. Kilka tygodni spędzonych u śmiertelnego łoża, rzekłbyś, zupełnie go zmieniły, jak gdyby jego dusza, współbolejąc z cierpiącą, najukochańszą matką, rozmiękczona głębokim żalem, w inną się formę ulała, a z przestróg i napomnień konającej, niezłomny hart wzięła. Rzekłbyś, że tych kilka tygodni było dlań kilką laty mozolnéj pracy nad wyrobieniem w sobie prawdziwie męzkiego charakteru. Przyrzekł poczciwéj matce w jej ślady wstępować, używać cnotliwie fortunki, poświęconej jéj cnotliwym trudem, kochać jej ukochanych kmieci i dobrych sąsiadów; a przepychu strzedz się jak ognia; i dotrzymywał słowa. Nie upadając pod brzemieniem smutku, w poczciwéj pracy ulgi sobie szuka. I skoro się tylko rozjechali sąsiedzi, co z nim i z włością razem ostatnią przyjacielską posługę chorążynéj oddali, wnet zajął się dworkiem i wioseczką. I w jedném i w drugiém długa choroba matki zostawiła ślady; gdyż i poczciwy stary ekonom pan Gryka; i nieoszacowana jego połowica, co w rządach domu pani pomagała, w smutku potracili głowy, i za łzami świata nie widząc, nie gospodarstwa ale choréj strzegli; a słudzy to do wróżbitów, to do lekarzy raz w raz biegli, to zióła, to cudowne wody z różnych stron znosili.... niestety, wszystko napróżno! Najpierwiéj więc z panem Gryką udał się na wieś; do łazaretu, do domu ochrony, do szkółki; potém od chaty do chaty, by się zapoznać z temi, których mu matka z taką troskliwością tylekroć zalecała, by się dowiedzieć o ich potrzebach, by ich o przyjaźń i zaufanie poprosić. I siwe starcy z chlebem i solą witali go w progu, ze łzą współczucia na oku; a poczciwe wieśniaczki z serdeczném łkaniem chwytały go za ręce, i okrywając je pocałunkami rzewnie zawodziły, zwąc go biednieńkim i drogim sokołem swoim. O! czuły one dobrze jego położenie, bo jego matka i im matką była. Wzruszony do głębi duszy, wrócił do domu z najmocniejszém postanowieniem wszystkie swe siły poświęcić dla dobra tych poczciwych kmieci, i całe swe szczęście w ich szczęściu pokładać; a czuł się tak mocnym w swém młodzieńczém sercu, że gdyby nawet świat cały trzeba było dźwignąć z posady dla dopięcia celu, i na to by się pokusił... biedny!... A wróciwszy, wnet z panią Gryczyną i z Janem i Jędrzejem, dwóma staremi sługami, zajął się urządzeniem dworku. Gracowano i zamiatano ulice, oczyszczano drzewa, poprawiano płoty, parkany, myto i bielono domek; a Jerzy, wszędzie przytomny, robotą kierował, bojąc się by czegokolwiek nie przeinaczono w dawném urządzeniu, gdyż wszystko mieć pragnął takiem, jak za matki było. Zwolna szła robota, zwłaszcza wewnątrz domku, bo więcej płaczu niż pracy było; bo i Gryczyna i Jaś z Jędrusiem, jak ich, nie bacząc na siwe wąsy i spore łysiny, nazywała, — w każdym pokoju, przy każdym sprzęcie, nim co poczęli, musieli wprzód, stanąwszy z załamanemi rękami i ze łzami w oczach, wzdychając i chwiejąc głową, opowiedzieć sobie, jak to z nieboszczką kupili, jak postawili, jak przenosili, jak to nieboszczka lubiła, jak zwykła tego lub owego używać i t. p.; a gdy się już wszyscy troje na dobre rozpłakali, a spostrzegli, że i Jerzego boleśném wspomnieniem zranili, pani Gryczyna, łzy ocierając fartuchem, i żwawo się biorąc do roboty, wołała niby to z gniewem: „da nużbo! Jasiu, czegoż beczycie? jakby nie wiecie, że to Juras... to jest panicza, rozżala? Otbyście swoje robili!“ Kiedyż bo imość zawsze sama zacznie... — „Sama! jak raz sama!“... Tak się pofukawszy, umilkną na chwilę, by za lada pretextem znowu to samo rozpocząć. Ale nareszcie koniec krzątaniny; wszystko po staremu, jak było za życia i zdrowia nieboszczki, jak gdyby tylko według zwyczaju, wyjechała w pole drążkami, lub poszła na wieś do chorych. Tak samo łoże pod pawilonem czysto i świeżo zasłane, nad niem Najświętsza Panna Ostrobramska, z wierzbową gałązką, z wianeczkami i gromnicą, przy niem stoliczek z krucyfixem i książka do nabożeństwa; — daléj pod oknem ten samy kantorek, na nim tabakierka i chusta: karty do passyansu, i pultynek i koszyk z robotą, i okulary na regestrach, a przy nim ogromny staroświecki fotel z stołeczkiem pod nogi, — daléj w kącie na kółkach te same kłębki i motki cieniutkiej przędzy i motowidło, a pod niemi wituszki i kołowrótek królewiecki; a daléj w kącie na kominie ten samy sławny wiedeński zegar misternéj roboty, co nawet zmiany księżyca wskazuje, jeszcze chorążynéj ręką nakręcony, dźwięcznie wybija godziny i gra wesołe kuranty, choć już swojej pani ostatnią godzinę wybił... daléj na piecu, długim szeregiem, tykwy różnych kształtów; dalej ta sama śliczna gotycka szafa, przez której zaszklone drzwiczki wygląda przepyszna saska porcelana, kryształy i srebra i chińskie pudełka na herbatę; daléj, z jednej strony drzwi, ten samy wieniec z dożynek, z drugiej, przybita do odźwierka cynowa czaszeczka z krucyfixem na święconą wodę... wszystko tak samo: tak samo w klateczce wesoło kanarki śpiewają, tak samo na oknach różyczki i pelargonie kwitną, tak samo szpak dobry dzień wywrzaskuje; tylko synogarlice na piecu zdają się jakoś smutniéj pogruchiwać, ulubiony piesek chodzi opuściwszy ogon, i wyje żałośnie... W innych pokojach również nic nie uległo zmianie; żaden sprzęt nie zmienił miejsca, żaden się obraz nie przeniósł. Po dawnemu pan Gryka z swoją imością mieszkał na przeciwku; po dawnemu do obszernego przedpokoju zchodzili się kmiecie na obrady; po dawnemu Jerzy zajmował tylko jednę, izdebkę, gdzie nic a nic nie poruszył z miejsca, zostawując wszystko, jak niegdyś na przyjęcie jego najlepsza matka sama urządziła. Tak się ogarnąwszy koło domu, wnet zebrał exekutorów testamentu matki, na których czele stał jego chrzestny ojciec; patryarcha całéj szlacheckiej okolicy, ośmdziesięcioletni, kuntuszowy starzec, półkownik Jerzy Kartacz; (na cześć to jego chorążyc Jerzym ochrzczony). Lecz o tym poczciwcu pogawędzimy w następnym rozdziale, tu zaś mam mówić o testamencie. Włościanom darowano wszystkie zaległości i całoroczny podatek, i na wieczne czasy skasowano owe niedorzeczne daniny z miodu, kur, jaj, grzybów it. d. Gryka dostał folwareczek na dożywocie, którego przyjąć nie chciał, błagając ze łzami, by mu pozwolono do śmierci Jerzemu służyć, a tylko sobie wspaniały pogrzeb nie daleko od grobów Pańskich. Jan i Jędrzej uwolnieni z całą rodziną i udarowani gruntem, na którym siedzieli. Ci darowiznę przyjęli, bo dziatwy mieli, jak bobu: ale też błagali o pozostawienie ich do śmierci na zwykłej służbie. Inne pobożne ofiary, i przyjacielskie pamiątki pomijam, bo musiałbym jeszcze kilka stronic ich wyliczeniem zająć, a spomnę tylko o najważniejszym punkcie testamentu, to jest o najważniejszym dla powieści mojéj. Była to prośba do półkownika o ojcowską opiekę nad Jerzym, i o dotrzymanie, oddawna danego przyrzeczenia, względem małżeństwa Jurasia z jego ukochaną wnuczką, które po trzech leciech nastąpić miało, naturalnie gdy Juraś będzie godnym takiego szczęścia. Nie raz on słyszał od matki prośby i zaklęcia, by starał się na to zasłużyć, i tutaj jeszcze powtórzyła to wszystko, dodając; że i w grobie spokoju mieć nie będzie, gdy z jego winy uprojektowany marjaż się rozchwieje. Kilku miesięczny przeciąg czasu, w ciągłem zatrudnieniu, pełném myśli o drogiéj matce, złagodził nieco głęboki żal w sercu Jerzego, a raczej przyzwyczaił go do tego rzewnego stanu duszy, który go nie przygnębiał, lecz tylko jakąś uroczystą powagą otaczał; nie odbierał mu energji do życia, nie pogrążał w bezwładnym smutku, lecz dodawał mocy i stałości, lecz każdy krok jego znaczył niezłomną prawością i nieograniczoną dobrocią. A ztąd wkrótce stał się ulubieńcem całej okolicy, delicyą starców, których czcić umiał, upatrując w każdym odbicie się postaci najdroższéj matki i ukochanego — miłym gościem dla płci pięknej, której nie obrażał brutalską natrętnością i nie nudził ckliwemi komplementami, i wzorem dla całej młodzieży, która go miłowała jak brata; słuchała jak wyroczni. Nie mało do tego się przyczynił i zacny półkownik... ale o tém potém. Co się tycze zatrudnień Jerzego, w tych raz na zawsze zaprowadził on stały porządek. Raniutko po kawie, sporządzonej po mistrzowsku przez panią Gryczynę, dosiadał dzielnego szpaka i ruszał na folwark, na wieś, na pole, a obiegłszy całe gospodarstwo, o południu wracał na obiad i zasiadał do stołu z państwem Grykowstwem, którzy go bawili tkliwem opowiadaniem o nieboszczce matce, lub o poczciwym panu półkowniku, o jego wnuczce i rezydentach, albo rozprawiali o potrzebach włościan, lub wreszcie o kurach i indykach, o gęsiach i kaczkach i t. p. A czasem zdarzało się pod jaśniejszą chwilę pogawędzić i o łowach, na których dziwnych rzeczy pan Gryka doświadczył, i o upiorach i o wiłkołakach, które na własne oczy widywał, i o przeklętych wiedźmach, co niezliczone psoty biednéj pani Gryczynie wiecznie wyrządzają, i o rusałkach, co, gdy żyto kwitnie, po całych nocach pod oknami jéj krzyczą. Po obiedzie, kilka godzin wytchnienia przy książce, potém znowu wycieczka w pole, a za powrótem przechadzka po ogrodzie, marzenia pod drzewami, drogą ręką matki sadzonemi, pielęgnowanie miłych jej niegdyś kwiatków i t. p. Potem narada z włością o dniu jutrzejszym, a wreszcie wieczerza podobna obiadowi, i po godzinie czytania, modlitwa i spoczynek. Tak wiosną i latem; w jesieni i zimą mniej przejażdżki i przechadzki, więcej czytania i gawędy, lub wreszcie harce myśliwskie. W niedzielę lub w święto, ruszał pan Jerzy na swoim szpaku o milę do miasteczka, do kościoła; a po mszy, po śniadaniu u zacnego księdza proboszcza, gdzie zwykle ledwie żyw wychodził z uścisków poczciwych sąsiadów, towarzyszył panu półkownikowi, do którego zwykle gromada szlachty się zjeżdżała, a do którego i ja łaskawego czytelnika zapraszam.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Zaraza.
