Read here

Spowiedź

Antoni Pietkiewicz · 1854 · Free in the US

51,966 words · about 3 h 38 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1854 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Spowiedź_(Pietkiewicz)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Antoni Pietkiewicz
Language
Polish
Published
1854
Length
51,966 words · about 3 h 38 min
Sections
22 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (22)

Continue:

Ustęp z życia mego przyjaciela

USTĘP Z ŻYCIA MEGO PRZYJACIELA.

Ustęp z życia mego przyjaciela

USTĘP Z ŻYCIA MEGO PRZYJACIELA.

'

naszę Litwę! bogdajto nasze Polesie! Mówcie wy sobie co chcecie: chwalcie, wysławiajcie to wasze Podole razem z Ukrainą; te wasze stepy niezmierzone okiem, i te wasze wzgórza, i Dniestr i Bug i Dniepr wasz, ja się nie zachwycę, ja się nie uniosę; — i choćbyście rzekli, że natura wilka do lasu ciągnie, zawsze będę wzdychał do Polesia i do Litwy, do tych puszcz odwiecznych, do bagnisk, piasków, do łąk i jeziorek; i jednéj kropelki z Niemna nie oddam za wszystkie wody Dniestru, Bugu i Dniepru. Zresztą już sławcie sobie Podole, sławcie Ukrainę; lecz nie wspominajcie, proszę, o jakichś tam Włoszech, o Szwajcarji jakiejś! I bogdajbym nigdy z Niemna wody nie pił, i bogdajbym nigdy nie zadrzemał w cienia litewskiej jedliny, uśpiony jej szeptaniem cichem, jeżeli nie prawda, że wolałbym z kijem pielgrzymim wlec się do moich lasów, niżli najwygodniej do tych zachwalonych podróżować krajów. Tak to ja kocham Litwę, nie dziw więc, że lubię często gwarzyć o niej, ze i teraz będę o niej opowiadał; tylko mię słuchajcie, i, choć na króciutką chwilkę, zapomnijcie proszę, o Montechristo i wszystkich zagranicznych tułaczach i podrzutkach. A jeśliście się niedawno rozstali z nimi, to nawet lepiej nie słuchajcie gadaniny mojej, ona wam serca nie w zruszy; — wietrzyk, przelatując ze świeżej doliny, przemknie się bez śladu po bałwanach morskich, z któremi burza bujała przed chwilą. Cokolwiek bądź, zaczynam. Niedawno; bardzo niedawno, z pod Grodna przeniósłszy się w okolice Bobrujska, poznałem człowieka, z którego życia ustęp tu przywiodę. Okolice Bobrujska zachowały jeszcze cząsteczkę tych wspaniałych lasów, co niegdyś tak pięknie naszą ozdabiały ziemię. Tam znajdziesz jeszcze niedostępne miejsca do mateczników podobne, znajdziesz niejedno drzewo, co śpiewu kura nigdy nie słyszało, (a wszystkim wiadomo, że z takiego drzewa zrobiona skrzypica, głosem swym choćby zmarłego na nogi podniesie i w taniec puści); znajdziesz, jeśliś śmiały, wiele krętych ścieżek, którem i człek nie chodził nigdy, i spotkniesz się o barłóg niedźwiedzia, uwięźniesz w borsuczej jamie; a kiedy, zbłąkany, oczy w górę, by słońce o drogę spytać, iskrzące ślepie rosomacha z pomiędzy iglastej gęstwi nieraz cię zatrwożą. Idź dalej: tam dzik z przeraźliwym świstem drogę ci przebieży, lub stado łosi czy sarn pierzchliwych, na karku złożywszy rosochate rogi, z topotem z gęstwi się wynurzy. Kto lubi dzikie wrażenia, kto lubi marzyć w całem znaczeniu wyrazu, dla tego te lasy nie zrównany urok zawierają w sobie. Ja nieraz w późnej jesieni po całych dniach w nich błądziłem, nieraz i noclegowałem nawet. Młody, z bujną czy niedowarzoną głową, na świat przez romantyczne okulary patrząc, nieraz, ubrawszy się w siermięgę, przypasawszy, jak istny Poleszuk, kaletę z nożem, krzemieniami i hubką, i długie krzesidło, i zarzuciwszy na plecy strzelbę, trąbkę i borsuczą torbę ze słoniną, chlebem, solą i xiążką, ruszałem do lasu, by kilka dni z rzędu koczować. Niekiedy wzywałem z sobą starego Poleszuka Hryhora, z wyłysiałem czołem, z posiwiałą brodą, lecz z iskrzącemi się młodzieńczym ogniem oczyma, z niezmordowanemi nogami, z niewyczerpanym zapasem skazek i bajek, które uroczym sposobem opowiadać umiał. On mi zwykle źwierza upatrywał i wyśledzał, a najczęściej i zabijał; a w nocy, gdy w głębi lasu, roznieciwszy ogromne ognisko, zasiadałem do pieczenia rydzów, on, rozmarzony szklannicą starego miodu, obracając nad żarem kawałek słoniny na małych widełkach, i chleb skrapiając sączącą się tłustością, prawił mi tymczasem dziwy nad dziwami; i ani jedzenie, ani nieodstępna luleczka z krótkim cybuczkiem, gawędy mu nie przerywały. A ognisko jaskrawym słupem rosło i rosło; u góry kitą się dymu wieńczyło; a nad niém gęste wiechy sosen dziwnie powikłane tworzyły jakby zielone, wsparte na wysmukłych kolumnach sklepienie, co z głuchym, sobie tylko właściwym szumem, lekko falowało z burzą szalejącą nad niém, choć w dole, jak w chacie, zacisznie było. Czasami do gwaru burzy, łączyło się szczekanie lisa, lub wilka dalekie wycie. Kto podobnych wrażeń nie doznał, temubym napróżno o ich powabie prawił; wiém tylko; że o téj przeszłości najmiléj mi marzyć. Koczując takim sposobem, nieraz zdybywałem jakiegoś człowieka, który ze strzelbą zarzuconą na plecy po borze się błąkał, choć nigdy żwierzyny przy nim nie widziałem. I komuż nieznane to dziwne uczucie, które od pierwszego wejrzenia, pociąga nas pomimo woli ku osobie obcej, jak gdyby nam była starym przyjacielem, dawno niewidzianym. Inni je zwą sympatją jakąś; ja zaś przywykłem uważać to za spotkanie się dwóch dusz, co jeszcze przed wygnaniem na świat, znały się i kochały czule w krainach szczęśliwszych. Taki mimowolny pociąg uczułem od razu do nieznajomego, któregom spotykał w lesie. Był to mężczyzna średniego wzrostu, szczupłego, delikatnego składu; blade, piękne wyrazem duszy oblicze, zdobiły, pełne uroczego smutku i cierpienia, oczy; a z głębokiej rysy na wyniosłém czole znać było, że ostry miecz losu ciężko weń ugodził. Nieraz probowałem zagaić rozmowę, lecz zawsze mię zbywał jak prawdziwego natręta, i rychło w głąb puszczy się zanurzał. Wreszcie jednego razu, kiedy sam jeden wybrawszy się na łowy, zabłądziłem w borze, a nie mając ani gwiazd, ani słońca nad sobą, żeby się spytać o drogę, ani też kierunku wiatru rozpoznać nie mogąc, w rozpaczliwym byłem położeniu, znów mój nieznajomy zjawił się przede mną. — Przebacz mi, Panie — rzekłem, zawsze ci natrętnym jestem; lecz teraz najkonieczniejsza potrzeba zmusza mię do tego: drugi dzień już błądzę, a zgubionej drogi odszukać nie mogę. — Chętniebym ją wskazał, odrzekł z uśmiechem, który bardzo dziwnie na ustach jego wyglądał (widocznie, że rzadkim na nich był gościem); lecz daruj Pan; że się domyślić nie mogę jakiej szukasz drogi. — Do Janówki pod Kluskiem. — Pod Hłuskiem! a to nieszpetny kawałeczek drogi! wszak to mil ze cztery będzie. Ale co gorsza, że drogi Panu pokazać nie zdołam, bo tu w tej puszczy, lak jak na morzu, bussolą tylko kierować się można. Widocznie był zakłopotany, nie wiedząc, co ze mną począć; a po chwili milczenia dodał: — Jedyna przysługa, jaką Panu wyświadczyć mogę, że go zabiorę z sobą do mojej chaty, a tam już pomyślimy co czynić. Najczulej podziękowałem mu za grzeczność jego, i ruszyliśmy w drogę; a po czterech godzinach uciążliwej wędrówki przez moczary, pni, wywroty i głuche gęstwinie, odbytej w milczeniu, wyszliśmy nareszcie na małą polankę. Stał na niej dworek nieznajomego. Niewielki domeczek, stajenka, oborka, gumno otoczone ulami, a na dziedzińcu studnia, gołębnik, wędlarnia i syrnica wysoka. Wszystko szczupłe, ale porządne, czyste, aż miło! Domek miał dwa ganeczki: jeden prowadził widocznie do izby czeladnej, drugi do pokojów gospodarza; przy obu rosły rozłożyste lipy. Nikt nas nie spotkał. Przewodnik mój, dobywszy klucz, otworzył drzwi do izby, do której mię wprowadził. — Daruj, dobry Panie, rzekł wskazując mi stołek, jeśli przyjęcie moje nie zbyt gościnnem będzie; na chęciach mi nie zbywa, lecz nie mam ani matki, ani też siostry, coby po swojemu gościa przyjąć mogły; a sam, po męzku witając, może nie odpowiem moim własnym chęciom. Prosiłem, żeby się o mnie nie troszczył, żeby mi tylko pozwolił nieco wypocząć, zaczekać do świtu, o którym wyruszę w drogę, gdy mi ją wskaże. Gdy wyszedł, miałem czas obejrzeć izbę. Ponurość jej zasępiła mię bardzo. Miała tylko dwa okna od dziedzińca, zewnątrz zacienione lipami, wewnątrz zielonemi brankami; w przeciwległej ścianie drzwi do drugiego wiodły pokoju, lecz były na klucz zamknięte. Przeciw drzwi wchodowych stał duży stół lipowy; stołki i kanapa bez materaca, były z tegoż drzewa, bialutkie, wymyte. W kącie stała niewielka szafa, a przez szklarnie szyby widać było xięgi, które, gdy zdjęty ciekawością, z tytułów poznałem, z najżywszą roskoszą przeświadczyłem się o pięknym smaku właściciela. Wszystkie były w języku ojczystym, najlepszej treści tak z literatury pięknej, jako też i z nauk ścisłych. W drugim zaś kącie był obszérny komin. Na ścianach kilka obrazów historycznej treści, i kilka portretów naszych autorów. Chociaż w tém wszystkiém nic nadzwyczajnego na pozor nie było, jednakże zewsząd wionęła jakaś dziwna tajemniczość, i wszystko mi zdawało się mówić, że mój nieznajomy był niepospolitym człowiekiem. Gdy wrócił, stary Poleszuk, po wiejsku, lecz czysto ubrany, wniósł za nim przekąskę; ale się uwalniam od nudnych prozaicznych szczegółów, i pomijam jedzenie, picie, sen i nużące grzeczności. Nazajutrz, jak na złość, ulewny deszcz nie dozwolił mi opuścić mojego przytułku. Pomimo zaparcia się, muszę o śnie wspomnieć: nocowałem w stodole, na wonnym murogu; gospodarz sam mię odprowadził i oddał dobranoc. Nazajutrz o świcie jużem go zastał w pierwszym pokoju nad regestraturą. Żadnegom razu nie widział drzwi do drugiego pokoju otwartych, co mię niezmiernie zaintrygowało. Dzień spłynął niepostrzeżenie na miłéj dla mnie gawędce, z której z niewymówną radością spostrzegłem, że mój gospodarz nieco się pozbył pierwotnéj swojej oziębłości dla mnie, i że sympatję moję podzielać zaczął. W tém miłém przekonaniu jeszczem się bardziej utwierdził, gdy nazajutrz zrana prosił mię, abym mu jeszcze jeden dzień darował, na co najchętniej przystałem. I on mieszkał niegdyś na Litwie, znał wiele osób mnie znajomych, i lubił o nich rozmawiać. Jakem przekonał się później, ta wspólność wspomnień, była pierwszém ogniwem w łańcuchu przyjaźni naszéj. Najmiléj mu było rozmawiać o rodzinie Pana Sedziego Harbuzka. Kiedym raz pierwszy ją wspomniał, jakiś dziwny wyraz boleśnéj radości wybił mu na lice; a chociaż najczęściej w tę stronę rozmowę zwracał, zawsze widać było rzewny smutek w twarzy, i głos się mu tłumił od głębokiego wzruszenia. Szczególniéj lubił mię słuchać, gdym mówił o synowicy Pana Sędziego, Pani Alinie. Oto jej prosty, króciutki, lecz smutny życiorys, znany mi podówczas. Czy był prawdziwym, dowiemy się potém. Młoda i piękna, wzbudziła namiętność w Panu Sędzicu, który pod maską światowej ogłady, ukrywał zimną, prozaiczną duszę egoisty, i pokochała go wzajem namiętnie. A chociaż w pożyciu z Panem Adamem spostrzegła, że mąż jej najmilszy, aż nadto dalekim był od ideału, kochała go jednak najtkliwiéj. I gdy raz, w czasie zasadzki, niedźwiedź skaleczył Sędzica, tak, że omal tego życiem nie przypłacił; wypadek ten tak ją przeraził, tak nad tém uczuła, że chociaż mąż wrócił zupełnie do zdrowia, ona codziennie widocznie nikła i nikła. W nieutulonym pogrążona smutku, niczém się rozerwać, niczém się ani na chwilę rozweselić nie mogła. A gdy ze zdrowiem znikły i wdzięki, przy których się trzymało całe przywiązanie Adama, to i ono znikło; a przykry, szorstki charakter jego, co dzień boleśniej czuć się jej dawał. Znosiła wszystko z cierpliwością świętéj męczennicy; znosiła oziębłość, nawet blizką grubiaństwa, a całą swą tkliwość na kilkoletniego synka przelała. Ludzie widzieli tylko jéj chorobę; lecz Bóg widział więcej, bo przed nim codziennie biedne wynurzała serce, gdzie tkwiło boleśne uczucie, jak złamany sztylet, które ją wreszcie ze świata zabrało. Tak młoda!... ledwie w 25 roku życia!... Jéj teść poczciwy, co więcej niżli mąż ją kochał, sam jeden płakał na jéj smutnym grobie, bo zacna Sędzina uprzedziła go w niebie; a wreszcie i sam u progu swojej kaplicy Bogu ducha oddał. Jego wierny sługa Bartłomiej, stawiąc krzyż nad jego ciałem, z ostatniem westchnieniem i duszę mu posłał. — Pan Adam, zaledwie zrzucił żałobę, której nie było w sercu, ożenił się z Panną Karabelówną, której zacny ojciec, przyjaciel Pana Sędziego, w kilka dni po nim w grobie się położył. Wszystko to, jakem uważał, dobrze było znaném Panu Konstantemu, (takie było imie mego gospodarza); jednakże mię słuchał, jak gdybym mu nowe rzeczy opowiadał, a każdy najdrobniejszy szczegół, najżywiéj go interesował. Trzeciego dnia rozstaliśmy się z sobą; odjechałem końmi Pana Konstantego, pożegnany jakby najlepszy przyjaciel, proszony o pamięć, o życzliwe serce. Upłynął rok cały; widywaliśmy się prawie codziennie; bo albo na polowaniu spotykałem Pana Konstantego, albo u niego gościłem. U mnie nigdy nie był przepraszał mię za to najczuléj. — Nazwij to dziwactwem, mówił, lecz nigdzie nie bywam, prócz chat moich poczciwych chłopków; to ślub mój najświętszy. Widząc głęboki smutek mego przyjaciela, nieraz się z niedyskretném wyrwałem pytaniem o jego przyczynę. — Na co ci to wiedzieć? — odpowiadał mi wzruszonym głosem, nie przenikaj tajemnic téj biédnéj duszy, bo mię odepchniesz, jak zbrodniarza. Ale ta odpowiedź jątrzyła tylko ciekawość moję. Smuciła mię razem, bo Konstantego znałem z tak pięknej strony, że wierzyć nie mogłem by mu na sumieniu jaki ciężar leżał, bo przykro mi było, że nie znając źródła cierpienia, pociechy mu przynieść nie mogę. Widoczném było, że wiele przebolał; że dzisiaj zdala od świata, w poświęceniu się dla dobra tych, którymi podli pogardzają, traktując ich na równi, a może i gorzej od bydląt roboczych, szuka zapomnienia, a przynajmniej chwilowéj ulgi w cierpieniach. To też stan jego kilkunastu poddanych, którzy byli ostatkiem niegdyś kwitnącej fortuny, zniszczonej nieszczęść koleją, był tak pomyślnym, że gdyby ogół tyleż uczynił, wszystkieby się błogie proroctwa spełniły. Jednego razu, po kilkudniowém niewidzeniu, przybywszy do Konstantego, chciałem go uściskać według zwyczaju; lecz on z boleśnym wyrazem na twarzy, cofnął się ode mnie: — Nie dotykaj mnie, mój drogi! ja mam suchoty, wyrzekł cichym głosem. Te słowa, jak grom uderzyły w me serce! osłupiały stałem pośród izby, i łzy mimowolne wybiegły mi z oczu. I on się rozrzewnił, i jego oczy, błyszczące gorączkowym ogniem łzami się zwilżyły. — Nie płacz, mój drogi! raczej ciesz się ze mną, że wkrótce świat ten opuszczę, na którym tak długo nieużytecznym byłem ciężarem..... Zawcześnie wprawdzie, zawcześnie, patrząc na me lata! Lecz widać, że powołanie moje spełnione.... Okropne! dodał po chwili, dłonią twarz zakrywszy. Dziś jeden na świecie, nie mam nikogo, na czyjebym szczęście jedynie pracował; a wielu razem uszczęśliwić niezdolny, pocóż mam dłużéj na ziemi zabawiać? Gdym nieco ochłonął z mego przerażenia, starałem się wmówić sobie i Konstantemu, że się on myli, że choroba jego urojeniem tylko, i na inny przedmiot zwróciłem rozmowę. Przywiozłem mu jeden zeszyt biblioteki Warszawskiej, gdzie był mistrzowski obrazek Korzeniowskiego: Xiądz Gwardjan. Częstośmy czytywali razem, to jest, ja mu czytałem, bo przykry ból w piersiach czytać mu głośno nie dozwalał. Jam czytał, on słuchał z najżywszém zajęciem; doszliśmy nareszcie do najszczytniejszego ustępu, który tu przytoczę, jest to opowiadanie Xiędza Gwardjana. „Byłem żołnierzem — walczyłem z rozpaczą, bom już w 23 roku nie żałował życia, nie cenił go, i zaczynał nie wierzyć w jego obietnice. Jednak ta piérwsza rozpacz minęła, jak mija wszystko w młodości, i nie odjęła mi jeszcze wszystkich złudzeń. wśród pracy bojów zużywały się dni i lata mijały; wśród towarzystwa ludzi materjalnych, czysto ziemskich, wierzących tylko w siłę swego miecza dla zdobycia tak nazwanéj chwały; w siły swego ciała dla zdobycia chwili roskoszy i używania, i moje serce odpoetyzowało się i straciło resztę tej młodzieńczej barwy, jaką wyniosłem z domu pobożnych rodziców, jaką mi dało jeszcze uczucie dla istoty anielskiej, poświęconej głupstwu i dumie. Z używającymi kolegami używałem także; żyłem prędko i gwałtownie, dziś pod baterją najeżoną armatami, jutro za stołem, gdzie się sypały zdobyte na nieprzyjacielu dukaty i lało się wydarte mieszkańcowi wino; dziś w objęciu Niemca, zawalanego błotem pola bitwy i dymem wystrzałów, jutro w objęciu lubieżnej Włoszki zabrudzonej życiem bezwstydném i oddającej się z zapałem za pieniądze swoich braci. Łatwo Pan wniesiesz, że wśród takiego zamętu, wśród takiej, że tak powiem, zupełnej, całkowitej ziemszczyzny, wszystkie uczucia, które łączą człowieka z niebem, zagasły, zakrzepły, skryły się i silnym letargiem na dnie duszy zamarły. O modlitwie, o kościele, o paciérzu, nie było wzmianki między nami. Drwiliśmy sobie z mnichów, żartowali ze spowiedzi, i biwakując nieraz w kościele, i siedząc na ołtarzach, paliliśmy fajki i zajadali śniadanie. Wtenczas więc nie mogła we mnie powstać ta chęć, która mię przyprowadziła do tego czém jestem; i jestem całą duszą, całém sercem, z całą wdzięcznością dla téj okropnéj chwili, która mi ją natchnęła, i dla religji, która przygotowała życiem człowiekowi przytułek bezpieczny, port niezachwiany i burzami życia niezdobyty. — Chwili okropnéj? mówisz X. Gwardjanie! — dodałem nieśmiało, pragnąc go wyciągnąć na szczegóły, których silny interes przewidywałem. Zatrzymał się jakby uderzony tém mojém zapytaniem, spuścił głowę i pomyślawszy nieco, rzekł: — Tak, mój kochany Panie! chwili okropnéj, która rozwiązała oczy człowiekowi doświadczonemu, bywalcowi, który przeszedł przez wszystkie stopnie ułudy i odczarowania, niedowiarkowi, który wiedział dobrze, ile w którym kwiatku ziemskim jest słodyczy, a ile trucizny, a który przecież dał się olśnić cudném widziadłem, szedł za niém ślepo, sadząc, że go zaprowadzi do roskosznéj krainy i uśpi na różach, i doszedł wreszcie nad przepaść i postrzegł, że go prowadził za rękę skielet obrzydliwy, który mu jéj bezdenną głębią z szyderstwem ukazał. Słowa te wymówił zakonnik głuchym głosem, który widać ocknął dawno zamarłe echo w jego duszy. Dreszcz mię przejął, gdym słuchał tych wyrazów i patrzył na postać mówiącego. Gdy umilkł i potarł ręką blade swe czoło, nie śmiałem ust otworzyć, aby go zachęcić do mówienia. On postąpił kilka kroków naprzód i rzekł cichym i złamanym głosem: — Lat temu dziewięć, przebyłem noc bezsenną na Bielanach. Była równie jak ta ciepła i pogodna. Taki sam księżyc pływał nad moją głową i zaglądał do serca, w którém nie było żadnego uczucia, postanowienia nic wyraźnego, tylko cały ostatek życia zalegał je w brudnych mętach, w jakiejś mgle gryzącej i ciemnéj. Tak przeleżałem na pochyłości brzegu pod olbrzymią sosną nie słysząc szumu jéj gałęzi, nie widząc tych fal szérokich, które równo, spokojnie uciekały u stop moich, igrając ze światłem nocy i pluskając harmonijnie o brzegi. Dopiéro gdy rankiem odezwał się dzwonek Kamedułów, ocknąłem się z odrętwienia. Huk armaty możeby mię był nie obudził i nie zastanowił, a ten dzwonek silném echem, jakby wyrzut sumienia, rozlegał się po mojéj duszy. Zerwałem się przestraszony, uciekłem w głąb lasu i tak szedłem prędko, długo, nie wiedząc dokąd i po co idę, dla czego mię ten srebrny i łagodny dźwięk prześladuje, dla czego serce moje ciągle go pragnie i lęka się i drży, gdy do uszu doleci. Już było po dwunastéj, gdym bezsilny i znękany, nie wiem jakim głosem wiedziony, czyją prowadzony ręką, stanął na Miodowej ulicy przed kościołem Kapucynów. Oparty o mur przeciwległego domu, z nachyloną głową, potrącany co chwila przez przechodniów, pędzących za sprawami lub marnościami życia, nie wiedząc dokąd się udać, gdzie znaleźć koniec i stanowcze wytchnienie. Nagle dzwonek Kamedułów zabrzmiał znowu w moich uszach. Czy rzeczywiście zadzwoniono, czy to było przypomnienie ranniejszego wrażenia, nie wiem, ale podniosłem głowę i zobaczywszy kościół jeszcze otwarty, wszedłem szybkim krokiem. Kościół już był pusty, nabożeństwo skończone, kilku tylko starców siedziało tu i ówdzie po kątach modląc się i wzdychając. Przed wielkim ołtarzem, na którym tylko lampa się paliła, klęczał samotny zakonnik ze złożonemi rękami, z oczami wlepionemi w wizerunek Bóstwa, do którego widać i dusza się jego wyrywała. Zmęczony tém wszystkiem, czegom w dniu wczorajszym lękał się, co w tej straszliwéj nocy w okropnéj rzeczywistości przed oczami mojemi stanęło, wycieńczony dwudniowym głodem i niespaniem, usiadłem w ławce i tak siedziałem przez chwilę bez ruchu, bez myśli, bez żadnego żądania, bez żadnéj nadziei. Stopniami cisza świątyni owionęła mię jakiemsiś błogiém tchnieniem. Ciału robiło się lżej, i piersi zaczęły wolniej oddychać. Wszyscy ludzie wyszli z kościoła; zostałem tylko sam jeden, a przed ołtarzem ów zakonnik, który się coraz goręcéj modlił. Ten widok przeniknął mię; czułem, że mi łzy podchodzą do oczu i z serca zsuwa się nieznośny ciężar. Chciałem naśladować starca, który mi to dobrodziejstwo wymodlił; ukląkłem w ławce, przeżegnałem się i chciałem zmówić pacierz. Ale język mi się splątał odwykły przez lat kilkanaście od tych słów prośby i oddania się w ręce tego, co nas zesłał na ziemię. Czym zapomniał pacierza, czym był strwożony myślami, które mię dręczyły i szarpały wszystkie siły duszy, nie wiem, ale kilka razy zaczynałem i nigdy nie mogłem trafić do końca. Zakonnik jednak nie wstawał i głos jego coraz czystszy, coraz rzewniejszy rozchodził się po kościele pustym i cichym. Wtenczas to jakieś Boskie światło błysnęło przed mojemi oczami; powstałem i przystąpiwszy do ołtarza, ukląkłem obok modlącego się starca. Spójrzał na mnie łagodnie, się w piersi i przeżegnawszy się, powstając, rzekł: — Czego Pan tu żądasz o téj porze? już nabożeństwo skończone i wkrótce zamkną kościoł. Ale Pan jesteś bardzo blady, czyś nie chory? — Ojcze rzekłem wówczas, zostawszy na kolanach w pokorze i zawstydzeniu — ojcze! naucz mię pacierza. — Pacierza? zawołał zdziwiony. Więc w tym wieku nie umiesz pacierza? — Zapomniałem! rzekłem z przejęciem. W dzieciństwie modliłem się codzień rano i w wieczór. Rodzice pobożni włożyli te słowa w moje usta i serce; świat i życie wyjęły mi je z ust i z serca. — A teraz zapewne nieszczęście przyprowadza cię do stóp ołtarza, i nie wiesz jak do niego przystąpić? jakim głosem wyprosić ulgę i pociechę? Głębokie westchnienie wyszło z piersi moich na te słowa. Zakonnik nachylił się ku mnie, założył rękę na moich ramionach i rzekł jeszcze łagodniej: — Dawnoś się spowiadał? — Lat temu z piętnaście, odpowiedziałem cicho. — Czy chcesz teraz złożyć na moje łono ten wielki ciężar, który cię tłoczy? Tu niéma nikogo, tylko Bóg, którego ręka widać prowadzi cię do skruchy, a który ci już pewno przygotował przebaczenie i pociechę. Rzewne łzy puściły się z moich oczu. Postrzegł to dobry starzec i dodał: — Chodź, chodź za mną. Nie lękaj się starca, który wie co to życie i zna te nici, któremi duszę. — To powiedziawszy, postąpił kilka kroków, usiadł na krześle, a ja mimowolną siłą ciągniony, poszedłem za nini, upadłem na kolana, i wszystko co od lat tylu leżało na mojém sercu, wymówiłem, wyspowiadałem, czując jak za każdém słowem odpada od duszy grzech po grzechu, złudzenie po złudzeniu, ból po bolu. Gdym umilkł i nachylił się do nóg jego, zaczął starzec modlitwę długą i rzewną. Każde jego słowo rozchodząc się po odbijających je sklepieniach, wnikało do mojej duszy, i dopełniało aktu oczyszczenia i wyzwolenia jej z kajdan nieszczęścia i marności ziemskich. Wkrótce uderzony z lekka po ramieniu, podniosłem twarz bladą, i oczy łez pełne zwróciłem z oczekiwaniem na to lice poważne i spokojne, na to czoło, na którém pokój nie był gościem przemijającym, ale stale na niém i bezpiecznie przemieszkiwał. — Dokądże teraz pójdziesz pokutować, biédny, znękany wędrowniku! rzekł do mnie z wyraźném spółczuciem. — Z tobą ojcze pójdę! odpowiedziałem prędko, czepiając się jego sukni. Nie odpychaj mię od siebie. Tam mnie nic nie wiąże, nic nie ciągnie, tam ból, zamęt i nędza; a ja potrzebuję czasu do myślenia, pokoju do pokuty.“

Gdy głos mi drżał w ustach od najżywszego wzruszenia, i łzy natrętne do oczu biegły, rzewne, boleśne tkanie Konstantego, myśl mą oderwało od księgi. On wsparty na dłoniach, któremi twarz zakrył, — Boże mój! Boże! — zawołał — czemużeś mi takiego kapłana zesłać nie raczył? I mnie, na bezdrożu życia mój Anioł dobry za rękę ująwszy, u stóp oftarza pociechy szukać rozkazał. Lecz zamiast rzewnych, serdecznych słów miłości, nadziei i wiary, powitał mię gromiący głos jakby pogańskiego kapłana, co ogniem i piekłem mię straszył w pełnej szorstkości i odrażającego zimna mowie. Wyuczone frazesy na postrach tłuszczy grobowym chłodem owiały mą duszę; najgłębsze rany, na które balsamu przyszedłem ubłagać, zakryłem, aby nie jątrzyć; i chory, i świętokradea odszedłem od namiestnika Chrystusa! Boże mój! przebacz mu, bo nie wiedział, co czynił; lecz srogo, boleśnie pozbawił mię ostatniej pociechy w życiu! I rozrzewniony, łzami zalany upadł mi na łono, i w pełnej boleści mowie, rany swéj duszy otworzył. Czytelnik znajdzie tę smutną spowiedź w ostatnich rozdziałach pamiętników jego, które mi na pamiątkę i przestrogę darował. Gdy skończył, rzekł, błagającym wzrokiem patrząc mi w oczy: — Ty mię rozgrzeszasz? ty piekła na biédną duszę nie przywołasz?... Przebacz mi! przebacz, a i przebaczy! Płakałem jak dziecię, i w tkliwym uścisku tuliłem do tona biédnego Kostusia, wołając: tyle cierpiałeś, męczenniku biédny! że i największego zbrodniarza grzechy, zgładzićbyś już zdołał. Przez kilka dni nie mogłem odwiedzić przyjaciela mego; gdym wreszcie doń przybył.... o Boże! pocóż to okropne wspomnienie obudzam!?... W tym tajemniczym pokoju, gdziem nigdy nie wchodził, biédny mój Konstanty spoczywał już w trumnie!.... Ściany i wszystkie meble, były powleczone kirem z białemi taśmami; stół czarném suknem nakryty, a na nim czarny krucyfix. Na ścienie nad stołem portret Adamowéj, nad łóżkiem portrety rodziców zmarłego. Sądziłem, że to po jego śmierci tak izbę kirem przybrano; lecz nie, tak oddawna było. Na stole ujrzałem pakiet zaadresowany do mnie. Tam obok rzewnych słów pożegnania, znalazłem pamiętnik, który się ośmielam ogłosić; bo zmarłych pamięci uwłaczać nie będzie, a żywych może ostrzeże. Portret Adamowéj, darowany mi razem z pamiętnikiem, mam dzisiaj u siebie. Nieraz, gdy myśląc o smutnym losie biédnego Kostusia, przez łzy spoglądam na piękne rysy oblicza Aliny, nieraz mi się zdaje, że życie w nich się obudza, że wyraz nieograniczonéj boleści na nie wybija i czarne oczy czystą łzą zachodzą.

I.

'

mię tak nie nudzi, jak miejskie życie; i jeżeli jakim nieszczęśliwym trafem, mam rzucać moję kochaną wioszczynę, tak mi niemiło, tak mię serce boli, jak gdybym się do więzienia wybierał. Jeszczeż w stolicy pół biédy, tam się człek przynajmniej operą uraczy, zapomni o ludziach, zapomni o sobie i o smutku po wsi; ale w tych naszych gubernskich i powiatowych miastach, w tych naszych miasteczkach i małych mieścinach!.... nie wymówię reszty, bo grzech przeklinać; ale wyznam szczerze, że nic im dobrego nie życzę. Nie wiem jak kto inny; lecz ja w nich niczém się zająć, niczém się rozerwać nie mogę, i ledwie gęby nastarczę na ciągłe ziewanie. Jedyną mi wtedy obroną od zabijającéj nudy, jest ciągłe wałęsanie się po najludniejszych ulicach, gawronienie na otaczające mię postacie, które mi się zdają najwyborniejszemi aktorami wielkiej komedyi życia. Może mi kto powić, że można przyjemnie czas spędzić przy kawie albo przy bilarze śród dobrych znajomych? Łatwo to powiedzieć, ale nie łatwo znaleźć tych dobrych znajomych, coby zechcieli gawędzić z tobą, przy swéj własnej kawie, coby grali w bilard bez chęci ogrania ciebie; wolę więc bezpłatnie komedyi się przyglądać, niźli zapłaciwszy, pozostać aktorem. Otoż jednego razu, siedząc w Nieświeżu z jakimś nudnym interesem, gdy się na zwykłą wybrałem przechadzkę, nieszczęśliwym trafem znalazłem ulice dość puste, i wałęsając się dość długo, jeszcze się gorzej znudziłem. A że już nadeszła godzina, o której miałem się udać w méj sprawie do zamku, zwróciłem się więc ku tamtéj stronie. Ulice były puste, com już powiedział, i ciche, czegom nie mówił jeszcze, — gdyż było to w Sobotę, i żydzi, co główne tony stanowią gwarliwéj muzyki naszych miast Litewskich, nie byli w chórze; było więc cicho i pusto. Szedłem zamyślony, w dół oczy spuściwszy; wtém nagle przede mną zaśmiał się któś cichutko, ale tak szczerze, że aż się we mnie serce poruszyło i uśmiech na usta wysłało. Spójrzałem: o kroków dwieście naprzeciw, szedł jakiś jegomość średniego wzrostu, dość sporéj tuszy, w białej tkackiej kapocie, w żółtych nankinowych szarawarach, w słomianym kapeluszu z szerokiemi połami, przepasanym czerwoną wstęgą związaną w kokardę, z grubą nasieką w ręku. Szeroki pas wypłowiały, grubym obręczem otaczał go w koło w ekliptyczném położeniu, bo na przodzie zniżony piastował na sobie dość ciężki brzuszek jegomości. Twarz rozjaśniona tego sampana, dała mi poznać, że z niej to przyleciał do mnie ów serdeczny śmieszek. Gdy w tém i drugi taki, nieco głośniejszy tylko, nie dość żem posłyszał na własne uszy, lecz i na własne oczy obaczyłem na tejże poczciwéj, rumianej twarzy, pod śnieżystemi wąsami; a razem obie ręce jegomości, jedna z różkiem na tabakę i kolorową chustką, a druga z potężnym kijem, zaczęły się podnosić jakby do uścisku, choć jeszcze ode mnie był o sto kilkadziesiąt kroków. Nie zbaczałem z drogi, jegomość przyśpieszał kroku i śmiał się coraz serdeczniej i coraz wyżej i szérzéj podnosił ręce. Ucieszony tém oryginalném spotkaniem się, szedłem wprost ku niemu, on się zachodził od śmiechu, rozkrzyżował ręce, wpadł na mnie i porwał mię w objęcia swoje szerokie, gorące usta na twarzy mojéj położył, i nakrył mię dachem swego kapelusza. Ale że kij i rożek, przyciśnięte do mojego karku, boleśnie czuć się dawały, rzekłem więc, uwalniając się z uścisku: — Nie mam honoru znać Pana Dobrodzieja. Lecz on jeszcze mocniej dusił mię w objęciach, wołając żałośnym głosem: — Ach! Święty Jacku! Czyż ty mnie nie poznał! Także to ja Sędzia Harbuzek! O mójże ty Kociu! jaki ty niedobry! jaki ty niedobry! A tyż z moim Adasiem do klassy chodziłeś, a jaż ciebie bywało, posadziwszy sobie na kolanach śpiewam: jedzie, jedzie pan, na koniku sam! A widzisz?! — Pan Sędzia! zawołałem zdziwiony — bodaj mnie! no proszę, i ja nie poznałem!... Kochany Pan Sędzia, tak się poprawił, odmłodniał!... tak dawnośmy się widzieli!... I zacząłem ściskać i całować poczciwego starca. — Widzisz, Święty Jacku! dobrze to mówią: góra z górą nie zejdzie się, a człowiek z człowiekiem, ojajaj!... A dobrze wyglądam? — dodał z zadowoleniem na brzuch spoglądając Bo widzisz, ożeniłem Adasia, wybrałem mu żonkę malinkę, da i sam odżyłem. — Chwała Panu Bogu! To Pan Adam teraz szczęśliwy jak w raju. — Ojaj! Święty Jacku! jak w raju! jak w raju! Dałem mu ptaszka, dałem mu i klatkę, a za to mam już i wnuczka, ot takiego bębna, chwat chłopiec! aż miło. — Widoczna więc prawda, że dziad we wnuku się odradza. — Cha, cha! Święty Jacku! Nu, a sam jak żyjesz? Masz żonę? — O nie! wolę sam jeden biédować. — Czy tak? brzydka sprawa! Ależ, Święty Jacku! skąd ci ta biéda? Wolno się nie żenić, lecz na co biédować? Na co to licho wspominać? Nie budzi licha, kali licho śpić! Nie wywołuj wilka z lasu! Oj szkoda, szkoda, że ty daleko odemnie; jabym cię już dawno ożenił! Ale co tu stać mamy? Chodź do mnie, ot tu blizieńko, tylko co nie widać; tam lepiéj gawędzić, bo jak miadok saładok na stole, to i gawędka weselsza. — Z całego serca, kochany Sędzio, ale nie teraz. Muszę pośpieszyć do zamku, bo mam tam sprawę. Wracając zajdę, zajdę nieodmiennie; bom się serdecznie ucieszył, spotkawszy kochanego Pana Sędziego, i gotów jestem całą noc z nim gawędzić. — Święty Jacku! zuch chłopiec! tylko nie figlować! verbum nobile. Ja stoję u Chaima przy Bernardyńskim kościele. — Do nóg upadam. — Bądź zdrów! a pamiętaj, czekam! — Przyjdę, pewno przyjdę. — A ja tymczasem pójdę do X. Jakóba; psiawełna dobrą ma tabaczkę. Szczéra bernardynka! Wczora wziąłem funcik, a dziś już ani kropli niéma. — Do nóg upadam. Takeśmy się rozstali. Pan Sędzia przed ośmią laty był moim dobrym znajomym. Przez sześć lat kolegowałem z jego Adasiem; zawsześmy kwaterowali razem i kochaliśmy się szczerze. Adaś mię wychwalał przed ojcem, i poczciwy Sędzia, pokochał mię takoż. Ale że przed ośmią laty Sędzia był tylko Harbuzkiem, a teraz stał się prawdziwym Harbuzem, nie mogłem go od razu poznać. Bardzo się cieszyłem, że go spotkałem: obiecywałem sobie kilka chwil przyjemnych w jego towarzystwie spędzić, gdyż był nadzwyczaj wesołym rubachą, gadułą z poczciwém sercem na ustach.

II.

'

z zamku; sprawy poszły dobrze; byłem w najlepszym humorze, i mogłem z głową i sercem oddać się kochanemu Panu Sędziemu, do którego teraz śpieszyłem. Dom Chaima był tuż przy Bernardyńskim kościele, którego krzyż zdaleka widać było, (Sędzia zazwyczaj wybierał kwaterę blizko kościoła); mogłem więc rwać z oku, i biegłem wązkiemi uliczkami, dla skrócenia drogi. Wtém słyszę jakiś głos poważny: — Chodź Waspan tu! Oglądam się: po prawej stronie ulicy stał mały, schludny domeczek; ściany miał ślicznie bielone, woknach calutkie i czyste szyby, przez które widać było na tle karmazynowych firanek miłą zieloność geranium, róży, rozmarynu i mirtu, a pośród niéj, jak drobne muszki i motylki, świeciły różowe, białe i purpurowe kwiateczki, świeciły w jedném okienku błękitniutkie oczki, świeżutkie usteczka, które kto inny, widząc za zielenią pomiędzy kwiatami, wziąłby za kwiatki takoż; ale mój wzrok trafny zaraz je odróżnił. Przed oknami rosły wysmukłe topole, na które się pięły powoje. Ale ani domek, ani okna, ani kwiatki, ani topola z powojem, ani nawet owe oczki i usteczka nie rzekły do mnie: chodź Waspan tu! Na ganku, w cieniu wystającego dachu, siedział szanowny starzec, ubrany w błękitny dymowy żupan, kilkakrotnie szerokim otoczony pasem, i w czerwone bóty, w których się kryły rypsowe spodnie. Wzrost jego był prawie olbrzymi, oblicze czerstwe i piękne na wyniosłém czole, szeroka blizna, na głowie włos śnieżnéj białości, a pod orlim nosem was długi i gęsty zwisał mu na wargi, i błękitny dymek ulatał z pod niego; bo starzec miał w ustach króciutki, wygięty cybuszek, na którym osadzona była drewniana, w miedź oprawna luleczka. Tento staruszek powiedział poważnie: chodź Waspan tu; i do mnie to mówił, bo widziałem dobrze, jak mię palcem wzywał; a w końcu jeszcze raz wyrzekł: — Chodź Waspan tu. Możeby kogo bardzo zadziwiło, możeby nawet trochę rozgniewało to prostoduszne, poufałe wezwanie osoby nieznanej wcale, lecz mi się nadzwyczaj ono podobało. Do takich staruszków czuję mimowolny pociąg, i nic niéma w świecie, na cobym im nie pozwolił. Wolno im nawet i palcem pod nos mi i w kaszę mi dmuchać. A więc pośpieszyłem zaraz na wezwanie. Grzecznie się skłoniłem, starzec uprzejmie kiwnął mi głową, i spytał, rzucając mi w oczy obłoczek nie bardzo wonnego dymu: — A kto Waspan taki? Powiedziałem imie i nazwisko swoje, dodając z grzecznością: do usług Pana Dobrodzieja. Staruszek znów kiwnął głową, i dalej badał: — Herbu? — Jastrzębiec. — To czy nie krewny Waspanu czasami ten, co to był w Mińsku, pan Mateusz, powiémże Waspanu, Skarbnik, co to się ożenił z Małgorzatą, siostrą pana Antoniego N. herbu Podkowa, co to był Szatnym u xięcia Karola, powiémże Waspanu, panie Kochanku? — Ja bardzo mało znam kolligacje familji mojéj. — Mało, to głupio, powiémże Waspanu. Jak to możno nie znać?! Krewniaków znać trzeba, choćby dla tego tylko, żeby im dopomódz w biedzie, gdy sam nie potrzebujesz łaski. A w razie, to i samemu lepiéj w nieszczęściu udać się do swego, niżli do cudzego. Nu, a Teodor, powiémże Waspanu, Sędzia z Bobrujska, co to jego siostra poszła za Półkownika B. co to zginął pod Ostrołęką? Czy i tego nie znasz? — Nie znam. — Nu proszę! Oto mi, powiemże Waspanu młodzież! To Waspan ciemny jak tabaka w rogu! Nu, a jak imie waścinemu ojcu? może i tego nie wiesz. — Ambroży. — A matce? — Agnieszka. — A z domu? — Jaślińska. — Jaślińska, herbu, powiémże Waspanu Korab. Czy nie córka czasem pana Ignacego, co to był Marszałkiem w Słucku; co to miał proces z panem Kopytkiem, herbu Kij? Nie wiedziałem i tego, ale nie chcąc do reszty upaść w mniemaniu szanownego starca, powiedziałem śmiało: — Tego samego. — Otoż! To Waspan mój krewniak! A widzisz! Nu gdybyś tego nie wiedzial, tobyśmy się rozstali, powiemże Waspanu jak obcy. Bo to ja jestem sobie Karabela herbu Topor, Porucznik; a rodzę się z panny Hilareckiej, córki pana Józefa Hilareckiego herbu Lis. Otoż pan Józef Hilarecki, powiémże Waspanu Podkomorzy, rodzi się z panny Korduli Gąsakiewiczówny, siostry pana Podczaszego Adama, co to zmarł na sejmiku apoplexią tknięty, a córki pana Jacka Gąsakiewicza herbu, powiémże Waspanu Cholewa, co to był Barskim konfederatem, a potém umarł w niewoli... ale o czémże mówię?... aha! Otoż matka panny Korduli Gąsakiewiczówny, z pierwszych ślubów pani Gąsakiewiczowa, wyszła powtórnie za pana Piotra, powiémże Waspanu Jagiełkę, herbu Žuk, który był cioteczno-rodzonym bratem pana Łowczyca Jakóba Turkota, herbu Pawęż, którego siostra, powiémże Waspanu Anna, była małżonką pana Ignacego Jaślikowskiego herbu Korab’, byłego Marszałka, tego co to miał proces z panem Błażejem Kopytkiem, herbu Kij, a matką, powiémże Waspanu, waścinéj matki, a waściną babką. Przyznam się, że ta genealogia mózg mi przewróciła, i choćby mi pan Porucznik ciosał koł na głowie, nie potrafiłbym mu za nic powtórzyć dowodu pokrewieństwa naszego; jednakże rzekłem, ściskając jego kolana. — Bardzo się cieszę, żem poznał mojego szanownego krewniaka, bardzo szczęśliwym się mienię. — A widzisz Waspan! jakże to nie dbać o kolligacje swoje. I pan Porucznik podmuchał w cybuszek, wydłubał luleczkę przetyczką drócianą wiszącą przy niéj, dobył z jednéj kieszeni szczyptę tytuniu, a z drugiéj skórzaną kaletę z błyszczącym guzikiém; nałożył, a raczéj napakował lulkę; wziął cybuszek w zęby; dostał z kalety krzemyk, hubkę i krzesiwko; potarł hubkę o krzemyk, uderzył krzesiwkiem, iskry rzęsiste prysnęły, i hubka się zajęła od razu. Staruszek się zaśmiał. — A co Mospanie hubka! — Wyborna! — rzekłem, jednakże lepsze zapałki. — Jechał ich, powiémże Waspanu sęk. Nasmrodzą, napszykają, i w gardle i w nosie staną, Nie ma jak hubka! i dobra i nic nie kosztuje. Weź Waspan siekiérę, pójdź Waspan do lasu, i z pnia brzozowego, a jeszcze lepiéj wierzbowego odrąbaj, powiémże Waspanu grzyba; a powróciwszy obedrzyj mu skórę, i namocz ją na tydzień w ługu, potém wysuszywszy, wywałkuj dobrze obuchem; nazbieraj krzemyków w polu; kup za trojaka, czy tam za pięciórkę, powiemże Waspanu stali; ot i po wszystkiém. Będziesz miał hubkę, jak moja, co to ani razu nie chybi. Mu, ot patrzaj tylko. Oderwał kawałeczek od wielkiego kąska, potarł o krzemyk, uderzył stalą; — Czérk! ot się i pali. No jeszcze raz. Czérk! Ot i znowu. Ile chcesz, powiemże Waspanu. — Wyborne! nieodmiennie zrobię wróciwszy do domu. — A gdzież Waspan mieszkasz? daleko? — W Dudkach pod Kopylem. — Sam sobie panujesz? — Sam grykę sieję. — Nu, to nie kupuj-że siarniczek, a zrób sobie hubkę. A teraz chodź Waspan; pokażę Waspanu moję Imość i moję Olesię. Olesia dobra dziéweczka! Dla niéj to ja tu siedzę, puściwszy w arendę Bochenki swoje. Bo to i po francuzku powiémże Waspanu, gada. Hitlowa w Słucku pokazywała jéj z mężem języki; i na fortepjanie te, te draperje wygrywa, i w gardle dudę ma niezłą, i skacze, powiémże Waspanu ślicznie; słowem wszystkiego trochę spróbowała, ale nie dokończyła jeszcze. Myślę ja sobie; z Olesi mojéj ni pół psa, ni pół kozy; zawiozę ją do miasta, to mogą być z niéj i ludzie. Ale chodź-no Waspan, pokażę Waspanu.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…