Read here

Zazulka

Anatole France · 1915 · Free in the US

39,138 words · about 2 h 44 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1915 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Zazulka&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Language
Polish
Published
1915
Length
39,138 words · about 2 h 44 min
Sections
24 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (24)

Continue:

Front matter

SPIS RZECZY:

Дозволено Военной Цензурой

Варшава, 10 Октября 1914 г.

całość

Дозволено Военной Цензурой

Варшава, 10 Октября 1914 г.

Czcionkami Drukami Naukowej, Warszawa, Mazowiecka 8.

ROZDZIAŁ PIERWSZY

ZAPOZNAJE NAS Z DZISIEJSZYM WYGLĄDEM KRAINY ŻYZNYCH PÓL I JEST PONIEKĄD PRZEDMOWĄ OPOWIADANIA.

Całą część lądu, kędy się rozciągało ongiś księstwo Żyznych Pól, zalewa dzisiaj morze. Z miasta i zamku nie pozostało i śladu. Jeżeli jednak wierzyć gawędom rybaków, to o dobrą milę od brzegu, można dojrzeć w dnie pogodne olbrzymie pnie drzewne, stojące nieruchomo w głębi wody. Także wydmę na wybrzeżu, służącą celnikom za posterunek, zowią po dziś dzień Budą majstra Fastrygi. Nie ulega wątpliwości, że nazwa ta jest pamiątką po pewnym majstrze krawieckim, o którym będzie mowa w niniejszem opowiadaniu. Morze, rok rocznie przybierające z tej strony, zagarnie wkrótce i ten płat ziemi wraz z jego dziwacznem przezwiskiem. Przemiany takie zgodne są z prawami przyrody. Z biegiem wieków góry się zapadają, natomiast morze unosi na wysokość chmur i lodowców małże i polipy, pełzające po jego dnie. Bo nic nie trwa wiecznie; morza i lądy przetwarzają się bez ustanku. I tylko wspomnienie dusz i kształtów minionych pozostaje w pamięci ludzkiej przez wiele stuleci i dozwala odtworzyć zdarzenia dawno ubiegłe. Opowieść moja o księstwie Żyznych Pól przeniesie was w bardzo dawne czasy. Oto, jak się zaczyna: ...Okrywszy pukle złotych włosów czarnym kapturkiem, bogato naszywanym perłami, hrabina Srebrnych Wybrzeży...“ Zanim jednak opowiem wam, co się stało dalej, proszę na wszystko, żeby osoby rozsądne i poważne nie brały nawet do ręki tej książki. Bo nie dla nich napisałem moją „Zazulkę“. Stanowczo baśń ta nie nadaje się na lekturę dla istot trzeźwych, gardzących drobnostkami życia i pragnących nieustannie się kształcić. Pisałem ją dla ludzi, których umysł jest jeszcze tak młodzieńczy, że lubią pośmiać się i poswawolić niekiedy. Bo tylko osoby, którym wystarczają puste i niewinne rozrywki, przeczytają „Zazulkę“ od początku do końca. Do nich też zwracam się z prośbą, żeby, jeżeli mają dzieci, zapoznali je z moją baśnią. Szczerem mem pragnieniem było, by książka ta podobała się chłopcom i dziewczynom, ale, prawdę mówiąc, nie wiele mam na to nadziei. Zapewne uznają ją za nazbyt niedorzeczną i „Zazulka“ pozostanie bajką dla dzieci dawnych czasów. Któregoś dnia przeglądałem podręczną biblioteczkę mojej dziewięcioletniej sąsiadeczki. Znalazłem dużo książek o mikroskopach i zoofitach a także kilka powieści naukowych. Na chybił trafił otworzyłem jedną z nich i wzrok mój padł na następujące zdanie: „Mątwa, czyli sepia officinalis, jest mięczakiem głowonogim, posiadającym workowatą jamę skrzelową, któreto skrzela pochłaniają z powietrza tlen rozpuszczony w wodzie, a wydzielają, niepotrzebny dwutlenek węgla“... Moja milutka sąsiadeczka, rozczytuje się w tej powieści z ogromnem upodobaniem. Otóż błagam ją na wszystko, żeby nigdy nie czytała „Zazulki“, bo czuję, że zginąłbym ze wstydu, gdybym ujrzał swoją powieść w rękach tak uczonej osoby.

ROZDZIAŁ DRUGI.

O BIAŁEJ RÓŻY I HRABINIE SREBRNYCH WYBRZEŻY.

Okrywszy pukle złotych włosów czarnym kapturkiem, bogato naszywanym perłami, i opasawszy się wdowim sznurem, weszła hrabina Srebrnych Wybrzeży do kaplicy zamkowej, by jak codziennie pomodlić się za duszę swego męża, zabitego w nierównej walce z groźnym olbrzymem irlandzkim. Ale raptem lica jej zbladły, wzrok się zaćmił, głowa upadła w tył a ręce załamały się Na poduszce jej klęcznika jaśniała biała róża, a młoda hrabina wiedziała, że dzień, w którym hrabiny Srebrnych Wybrzeży znajdują białą różę na klęczniku kaplicy zamkowej — jest ostatnim dniem ich życia. Że więc zbliżała się godzina rozstania się z życiem, w którem w ciągu tak niewielu dni hrabina była żoną, matką i wdową — powstała z klęczek i pośpieszyła do komnaty, gdzie pod opieką niewiast służebnych, spał jej syn, Jantarek. Chłopczyna miał dopiero trzy lata. Długie jego rzęsy rzucały ciemne cienie na zarumienioną od snu twarzyczkę, a usta stuliły się na kształt kwiatu. Był tak jeszcze maleńki i tak śliczny zarazem, że, spojrzawszy na niego, hrabina zalała się łzami: — Synku mój jedyny — szeptała boleśnie — synku mój, dziecię moje najdroższe, nie będziesz znał swojej matki, nie zapamiętasz nawet rysów twarzy, która na zawsze zniknie dla twych słodkich ocząt. A przecież wykarmiłam cię własną piersią, z miłości dla ciebie odepchnęłam wszystkich rycerzy, starających się o mą rękę. — To powiedziawszy, przycisnęła do ust złoty medalion, zawierający jej miniaturę i promień jej złotych włosów i delikatnie przesunęła sznureczek przez główkę śpiącego dziecka. I nagle jedna wielka łza padła z oczu matki na twarzyczkę śpiącego chłopczyny, który poruszył się niespokojnie w kolebce i począł trzeć powieki piąstkami. Hrabina śpiesznie odwróciła głowę i wyszła z komnaty. Bo jakże by jej oczy, mające za chwil kilka zagasnąć na wieki, mogły znieść blask tamtych umiłowanych nadewszystko źrenic, przez które zaczynała przezierać, budząca się do życia, dusza jej dziecka? Rozkazawszy osiodłać rumaka, hrabina udała się do zamku Żyznych Pól w towarzystwie koniuszego Szczerogęby. Księżna Żyznych Pól objęła serdecznym uściskiem hrabinę Srebrnych Wybrzeży. — Najdroższa, jakiż los szczęsny, sprowadził cię w moje progi? — Zaprawdę, los, który mnie przywiódł tutaj, nie jest szczęsny. Posłuchaj mnie, kochana. Weszłyśmy w śluby małżeńskie z najpierwszymi rycerzami kraju nieledwie w tym samym czasie i owdowiałyśmy wkrótce w skutek tych samych przyczyn. Bo w dzisiejszych rycerskich czasach najlepsi giną najwcześniej, a mąż, chcący żyć długo, musiałby chyba nałożyć habit mniszy. Gdyś ty została matką, ja byłam nią od dwóch lat zaledwie. Zazulka twoja jest cudna jak jutrzenka, a mój Jantarek jest najlepszym chłopaczkiem pod słońcem. Wiem, że mnie kochasz, jak ja kocham ciebie. Wiedz zatem, że dzisiaj zrana znalazłam białą różę na poduszce mego klęcznika. Godziny moje są policzone. Tobie powierzam mojego syna. — Księżna Żyznych Pól wiedziała dobrze, co kwiat białej róży obwieszcza hrabinom Srebrnych Wybrzeży. Zalawszy się łzami, przyrzekła hrabinie wychować Jantarka i Zazulkę jakby byli bratem i siostrą i nigdy nie czynić najmniejszej różnicy między nimi. Potem obie matki, splecione uściskiem, pochyliły się nad kolebką, gdzie za zasłoną lekkich i błękitnych jak niebo firanek spała maleńka Zazulka. Oczęta jej były zawarte, ale poruszała przez sen rączkami, a gdy tak rozkładała paluszki, zdawało się, że z każdego rękawka koszuliny wymyka się pięć promyczków różowych. — Jantarek będzie czuwał nad nią — rzekła hrabina Srebrnych Wybrzeży. — A Zazulka odpłaci mu sercem — odpowiedziała księżna Żyznych Pól. — Odpłaci mu sercem — powtórzył dźwięczny cieniutki głosik. Księżna odgadła zaraz, że jest to głosik jednego z duszków domowych, gnieżdżącego się pod kamieniem koło kominka. Powróciwszy do swej siedziby, hrabina Srebrnych Wybrzeży, rozdała klejnoty swe pannom służebnym, kazała się namaścić pachnidłami i odziać w najprzedniejsze szaty, by godnie uczcić ciało, które ma z martwych powstać w dzień Sądu Ostatecznego, a potem wsunęła się na łoże i zasnęła na wieki.

ROZDZIAŁ TRZECI.

JAK ROZPOCZĘŁA SIĘ MIŁOŚĆ ZAZULKI, KSIĘŻNICZKI ŻYZNYCH PÓL I JANTARKA, HRABI SREBRNYCH WYBRZEŻY.

Wbrew ogólnemu twierdzeniu, że, kto ma wiele urody, ten ma mało serca, a kto ma wiele serca, ten ma mało urody, księżna Żyznych Pól była nietylko piękna, ale i dobra. A uroda jej była tak wielka, że najprzedniejsi panowie, raz ujrzawszy jej portret, śpieszyli prosić o jej rękę. Ale księżna odpowiadała niezmiennie: — Mam tylko jedną duszę, więc i jednemu tylko mężowi ślubowałam wiarę. Ale po pięciu latach wdowieństwa księżna zrzuciła kwef czarny i żałobne szaty, bo nie chciała tłumić radości blizkich swemu sercu; pragnęła nawet, by weselono się i śmiano swobodnie w jej obecności. Dobra jej obejmowały niezmierzone obszary land, pokrytych białym wrzosem, liczne jeziora, obfitujące w ryby (niektóre z nich, były magiczne) i straszliwe góry, kryjące w wnętrzu swym podziemne mieszkania Krasnoludków. W zarządzaniu tak rozległymi włościami księżna stosowała się zwykle do rad pewnego starego mnicha, który, uszedłszy z Konstantynopola i napatrzywszy się w życiu wielu gwałtom i łupiestwom, miał nieświetne wyobrażenie o rozsądku ludzi. Mnich ten żył w wieży zamkowej w otoczeniu ksiąg i ptaków, a rady jego ograniczyły się do kilku zaledwie maksym, które brzmiały, jak następuje: „nie należy wprowadzać w życie prawa, które poszło już w zapomnienie; należy natomiast ustępować żądaniom poddanych ze względu na możliwość rozruchów, ale ustępować powoli, gdyż im rychlej wprowadzi się jedną reformę, tem szybciej lud zażąda drugiej. Będzie się więc pokonanym zarówno przez zbyt pośpieszne wypełnianie żądań ludu, jak i przez nazbyt długie odwlekanie tychże“. Księżna chętnie przyzwalała na wszystko, bo nie znała się ani trochę na polityce. Serce jej było pełne współczucia, i gdy nie mogła obdarzyć wszystkich swych poddanych szacunkiem, litowała się przynajmniej nad niedolą, która ich uczyniła złymi. Ubogich wspierała, czem tylko mogła, odwiedzała chorych, pocieszała wdowy i czuwała nad sierotami. Pod czujnem jej okiem, Zazulka wyrastała na dziewczątko pełne ujmujących cnót. Zaszczepiwszy w sercu dziecka przekonanie, że największą przyjemnością jest czynienie dobrze drugim — księżna nie potrzebowała nigdy odmawiać jej żadnej przyjemności. Szlachetna ta istota dotrzymała wiernie obietnicy danej nieszczęsnej hrabinie Srebrnych Wybrzeży. Jantarkowi była prawdziwą matką i nigdy nie czyniła najmniejszej różnicy między nim a Zazulką. Dzieci wzrastały razem i Jantarek lubił bardzo przybraną swą siostrzyczkę, jedno jej miał tylko za złe, że jest dla niego za mała. Pewnego razu, kiedy byli jeszcze bardzo mali, Jantarek zapytał: — Czy chcesz się bawić ze mną? — Chcę — odpowiedziała Zazulka. — To chodź lepić babki z piasku — rzekł Jantarek. Zaraz też zabrali się do roboty, ale Zazulka nie umiała lepić babek i Jantarek uderzył ją po rączce łopatką. Zazulka krzyknęła przeraźliwie, na co koniuszy Szczerogęba, przechadzający się po ogrodzie, odezwał się w te słowa: — Nie godzi się hrabi Srebrnych Wybrzeży podnosić ręki na białogłowę, jaśnie paniczu. Pierwszą myślą Jantarka było nadziać na łopatkę olbrzymie ciało Szczerogęby. Ale że wykonanie tego zamiaru nasuwało trudności wprost nie do pokonania, Jantarek poprzestał na czynności wiele łatwiejszej — przycisnął nosek do najbliższego pnia drzewnego i rozbeczał się w głos. Zazulka ze swej strony usiłowała podsycić potok obficie płynących łez przez sumienne wciskanie obu piąstek w oczy. I w bezgranicznej rozpaczy tarła nosek o pień sąsiedniego drzewa. Już i zmrok zaczął rozsnuwać się nad parkiem, a dzieci płakały jeszcze każde przy swojem drzewie. Wreszcie musiała zejść sama księżna; wzięła dzieci za rączki i odprowadziła je do zamku. Oczka malców były niemniej czerwone od ich nosków, a buzie aż nabrzmiałe od wylanych łez. A wzdychały tak boleśnie i pociągały noskami tak żałośnie, że serce się krajało poprostu. Wieczerzę zjadły mimo to ze smakiem, poczem ułożyły się do snu, każde w swojem łóżeczku. Zaledwie jednak zgaszono światło i zostawiono ich samych w pokoju, z dwóch łóżeczek podniosły się równocześnie dwa małe upiorki, odziane w długie nocne koszuliny i rzuciły się sobie na szyję wśród wybuchów szalonego śmiechu. Tak rozpoczęło się kochanie księżniczki Żyznych Pól — Zazulki i Jantarka, hrabi Srebrnych Wybrzeży.

ROZDZIAŁ CZWARTY.

O WYCHOWANIU W OGÓLNOŚCI I WYCHOWANIU JANTARKA W SZCZEGÓLNOŚCI.

Jantarek wychowywał się zatem w zamku Żyznych Pól i choć widział, że Zazulka nie jest jego siostrą, nazywał ją pieszczotliwie — siostrzyczką. Uczono go wszystkiego, co należało do wychowania młodego rycerza. Miał więc mistrzów jazdy konnej, robienia bronią, tańca, sokolnictwa, myśliwstwa, pływania, gry w piłkę, gimnastyki i wielu innych nauk, miał nawet mistrza nauk wyzwolonych, który go uczył pisania. Był to stary kleryk, z pozoru cichy i pokorny, ale niezmiernie pyszny w rzeczywistości; onto uczył Jantarka pisać różnymi pismami, które uchodziły za tem piękniejsze, im trudniejsze były do odczytania. Jantarek mało korzystał z nauk, udzielanych mu przez kleryka i nie lubił go, tak samo jak i uczonego bakałarza, który go uczył gramatyki, bo nie mogło mu się pomieścić w głowie, żeby trzeba było uczyć się języka, którym się mówi od urodzenia, bo jest naszą ojczystą mową. Toteż najchętniej przestawał z poczciwym Szczerogębą, bo stary koniuszy natłukł się niemało po świecie, znał obyczaje ludzi i zwierząt i układał piękne piosenki, których śpiewać nie umiał. Ze wszystkich mistrzów Jantarka jeden tylko Szczerogęba nauczył go naprawdę wielu rzeczy, bo tylko Szczerogęba kochał prawdziwie swego ucznia, a wiadomą jest rzeczą, że dobrą może być tylko nauka, udzielana przez ludzi, umiejących kochać gorąco. Zawistne okularniki (tak nazywał Jantarek mistrzów gramatyki i pięknego pisania) nie cierpiały się wprawdzie z całej duszy, a jednak porozumiały się we wspólnej nienawiści do starego koniuszego i oskarżyły go przed księżną o pijaństwo. Coprawda Szczerogęba trochę za często zaglądał do „Gospody pod Wrzącym Kociołkiem“. W gospodzie tej szukał ulgi dla swych trosk i kłopotów i w gospodzie układał najpiękniejsze pieśni. Naturalnie że nie miał racyi, bo wszakżeż Homer układał jeszcze piękniejsze pieśni, a gasił pragnienie tylko wodą źródlaną; co do trosk zaś i kłopotów, to przecież wszyscy je mają i nie wino wypite daje zapomnienie o nich, tylko dobro uczynione bliźnim naszym. Ale Szczerogęba był wiernym sługą, posiwiałym w trudach około dobra panów Żyznych Pól, i raczej należało osłaniać drobne jego błędy, niż podnosić je do potęgi i coraz to zanosić nań skargi, jak to czynili mistrze w nauce pisania i gramatyki. — Szczerogęba jest niepoprawnym pijakiem, proszę księżnej pani — szeptał potulny kleryk, pobożnie wywracając ku niebu oczy — ilekroć wraca z „Gospody pod Wrzącym Kociołkiem“, stopy jego opisują najdziwniejsze esy i floresa. Są to jedyne litery, które umie pisać, proszę księżnej pani. Bo niema się co łudzić, Szczerogęba jest nietylko pijakiem, ale i dardanelskim osłem, proszę księżnej pani. A mistrz gramatyki dorzucał w lot: — Szczerogęba, nietylko źle się trzyma na nogach, ale co gorsza wyśpiewuje piosenki, których składnia woła o pomstę do nieba. Zaprawdę ten człowiek nie ma pojęcia o regułach wersyfikacyjnych, proszę księżnej pani. Księżna Żyznych Pól czuła instynktowy wstręt do wszelkich pochlebców i donosicieli. Początkowo robiła, co każdy uczyniłby na jej miejscu. Wszelkie donosy puszczała mimo uszu. Gdy jednak skargi powtarzały się nieustannie, uwierzyła w nie w końcu i postanowiła oddalić ze dworu Szczerogębę. Pragnąc jednak nadać wygnaniu temu zaszczytny pozór, umyśliła wysłać wiernego sługę po błogosławieństwo papieskie do Rzymu. Podróż ta mogła trwać bardzo długo, bo dużo gospód i domów zajezdnych dzieliło księstwo Złotych Pól od Stolicy Apostolskiej. Jakże gorzko pożałowała wkrótce księżna, że pozbawiła dzieci opieki ich najlepszego przyjaciela!

ROZDZIAŁ PIĄTY.

O WYCIECZCE DO PUSTELNI I SPOTKANIU Z OKROPNĄ BABKĄ Z POD KOŚCIOŁA.

Pewnego poranku, było to w Przewodnią niedzielę, księżna dosiadła pięknego gniadosza i eskortowana przez kilku uzbrojonych jeźdźców, podążyła z dziećmi do Pustelni na nabożeństwo. Po lewej jej ręce kłusował Jantarek na karym ogierze, którego kształtną głowę znaczyła strzałka biała, po prawej jechała Zazulka, trzymając obu rączkami trendzle utkane z różowych wstążek. Za orszakiem tym ciągnął tłum wieśniaków, nie mogących oczu oderwać od księżny i dzieci. Bo zaiste trudno wypowiedzieć, jak piękni byli wszystko troje. Blask majestatu bił od księżny, odzianej w długi powiewny płaszcz i zasłonę, haftowaną w srebrne kwiaty, zaś perły, zdobiące jej włosy, przedziwnie harmonizowały z wyrazem słodyczy, rozlanym na jej szlachetnem obliczu. Jantarek, z rozrzuconymi w nieładzie włosami i oczami rozbłysłymi odwagą i radością, wyglądał dzielnie, jak na przyszłego rycerza przystało. Największy jednak podziw budziła mała Zazulka. Trudno było oderwać oczu od jej cudnej twarzyczki o cerze tak delikatnej, że przebijała po przez nią sieć błękitnych żyłek i od jej puszystych, jasnych włosów, przepasanych nad czołem złotym dyademem, zdobnym w trzy piękne kwiaty i spływających na jej , niby płaszcz królewski. Poczciwi ludziska, składali ręce z zachwytu i szeptali w głębokim podziwie — „Niema to, jak nasze jasne paniątko!“ Majster Fastryga porwał na ręce swego wnuczka Piotrusia i wysoko uniósł go w górę. Przyjrzawszy się Zazulce, Piotruś zapytał, czy księżniczka jest naprawdę żywa, czy też może jest zrobiona z wosku jak figury, które widywał w kościele? Piotruś nie mógł pojąć, żeby coś tak białego i delikatnego, jak Zazulka, było ulepione z tej samej gliny, z której ulepiony był on sam wraz ze swoją czerwoną opaloną buzią i koszulką ze zgrzebnego płótna, na wiejski sposób związaną tasiemką na karku. Księżna życzliwem spojrzeniem i skinieniem głowy dziękowała za hołdy i pozdrowienia poczciwych wieśniaków, a widząc, że dzieci rosną jak na drożdżach z dumy i zadowolenia, odezwała się w te słowa: — Jak wam się zdaje, dzieci, dlaczego ci ludzie witają nas tak serdecznie? — Dlatego, że nas kochają — odparła Zazulka. — I że to jest ich obowiązkiem — dodał Jantarek. — Obowiązkiem, powiadasz? a czemuż to jest ich obowiązkiem? Widząc, że Jantarek napróżno szuka odpowiedzi, księżna mówiła dalej: — Posłuchajcie mnie uważnie, dzieci. Od trzystu lat książęta Żyznych Pól, mieczem i lancą bronili wrogom przystępu do tych ziem, by rolnicy mogli w spokoju siać, orać i zbierać plony znojnej swej pracy. Od trzystu lat księżne Żyznych Pól tkają wełnę na odzież dla ubogich, pielęgnują chorych i trzymają do chrztu niemowlęta wieśniaków. Oto dlaczego ludzie ci witają nas tak życzliwie. — Gdy dorosnę, będę, jak moja matka, przędła wełnę dla ubogich — przyrzekła sobie w duchu Zazulka. I jechali przez łąki umajone kwieciem, to gwarząc, to dumając naprzemian. Na widnokręgu ciemniał łańcuch gór o poszarpanych szczytach. Jantarek wyciągnął ku nim rękę: — Czy to ogromny puklerz stalowy, to, co tam błyszczy w oddali? — zapytał. — To raczej klamra srebrna, lśniąca, jak tarcza księżyca — powiedziała Zazulka. — To nie jest ani puklerz stalowy, ani klamra srebrna, moje dzieci — odrzekła księżna. — To Błękitne Jezioro błyszczy w promieniach słońca. Powierzchnia jego wydaje się wam zdaleka gładką jak zwierciadło, ale przebija ją nieustannie niezliczona ilość fal. I wybrzeże jeziora nie jest tak równo wykrojone, jak sądzicie, bo porasta je trzcina o puszystych kitach i kosasiec o liściach, jak miecz ostrych i kwiatach podobnych do źrenic ludzkich. Każdego poranku jezioro skryte jest pod mleczną zasłoną mgieł, — natomiast w godzinie południa gra tysiącami blasków, jak zbroja rycerza. Nie należy jednak nigdy przybliżać się doń zbytnio, bo Błękitne jezioro zamieszkują Boginki wodne, które wciągają nieostrożnych przechodniów w głąb swych pałaców kryształowych. W tej chwili w Pustelni zadźwięczała sygnaturka. — Tu się zatrzymamy — rzekła księżna — i pieszo dojdziemy do kaplicy. Bo nie na osłach, ani wielbłądach jeno pieszo zbliżyli się trzej królowie do Żłobka Świętej Dzieciny. W skupieniu wysłuchali Mszy Św. Nieopodal księżnej klęczała okropna dziadówka w łachmanach. Kiedy po skończonem nabożeństwie księżna wychodziła z kaplicy, umoczyła dłoń w kropielnicy i podała wodę święconą dziadówce, mówiąc: — Pokój z wami, matko. Jantarek spojrzał na nią zdziwiony. — Czy nie wiesz synu, że w każdym nędzarzu należy uczcić wybrańca Chrystusowego? — zapytała Żebraczka podobna do tej trzymała cię do chrztu, razem z zacnym diukiem czarnych skał. Nędzarz także był chrzestnym ojcem twojej siostrzyczki Zazulki. Dziadówka odgadła widać myśli Jantarka, bo pochyliła się ku niemu i zaskrzeczała szyderczo: — Życzę wam, piękny paniczu, byście posiedli tyle królestw, ile ja ich straciłam. Byłam władczynią Wysp Perłowych i królową Złotodajnych Gór. Czternaście gatunków ryb ukazywało się codzień na mym biesiadnym stole, murzyn dźwigał tren mojej szaty... — Jakiż los nieszczęśliwy pozbawił was majętności, biedna kobieto? — zapytała księżna. — Naraziłam się na gniew Karłów, i oni to przez zemstę, wysiedlili mnie z mych włości. — Czyżby Karły były tak potężne? — zdziwił się Jantarek. — Potęgę swą zawdzięczają swej wiedzy, bo, żyjąc w podziemiach, posiedli władzę odkrywania źródeł, odnajdywania najcenniejszych klejnotów i obrabiania wszelakich kruszców — odparła żebraczka. A na to księżna: — Wolnoż wiedzieć, czem naraziliście się na ich zemstę, moja matko? — W pewną noc grudniową — odrzekła dziadówka — przybył do pałacu mego stary krasnolud, prosząc o pozwolenie urządzenia uroczystego przyjęcia w kuchni pałacowej, która, jak twierdził, była znacznie większa od największej z ich sal podziemnych. Kuchnię moją zdobiły liczne rondle, kociołki, makutry, kraty do smażenia ryb, patelnie, złote formy do ciast i pasztetów, tortownice, dzbany mosiężne, kadzie, kufle srebrne i złote, misy pstro nakrapiane, moździerze, że nie wspomnę już o przepięknym rożnie, wykutym artystycznie z żelaza i olbrzymim kotle czarnym, zawieszonym na haku nad kominem. Pomimo, że wysłaniec krasnoludków zapewnił mnie, że ani jeden przedmiot nie zginie i wszystko oddane będzie w największym porządku, odmówiłam jego żądaniu, i karzeł oddalił się pełen gniewu. Śmiałam się z jego pogróżek, gdy nagle w sam dzień Bożego Narodzenia, poseł Krasnoludków zjawił się w mej sypialni o północy, otoczony całą zgrają swych współbraci. Nieprzytomną z przerażenia, wywlekli mnie z komnaty i porzuciwszy w gieźle nocnem w jakiejś zupełnie obcej krainie, oddalonej o tysiące mil od Wysp Perłowych, rzekł: — Tak karzemy bogaczy, którzy odmawiają cząstki swych skarbów, pożytecznemu plemieniu Krasnoludków, w pocie czoła pracującemu w łonie gór i darzącego ludzi bezcennymi kruszcami i źródłami słodkiej wody. Oto, co opowiedziała na progu Pustelni bezzębna dziadówka. Księżna pożegnała ją serdecznymi słowy i obdarzywszy hojną jałmużną, skierowała się wraz z dziećmi na drogę do zamku Żyznych Pól.

ROZDZIAŁ SZÓSTY.

CO ZOBACZYŁY DZIECI ZE SZCZYTU WIEŻY ZAMKOWEJ.

Niedługo potem, dzieci niepostrzeżone przez nikogo wydrapały się krętymi schodkami na sam szczyt wieży wzniesionej pośrodku zamczyska. Kiedy znalazły się na rozległej platformie, poczęły krzyczeć i klaskać w ręce z uciechy. Z wieży roztaczał się rozległy widok na wzgórza i doliny poznaczone ciemną i zieloną kratką pól uprawnych, na ciemne bory i góry, ciemniejące na dalekim widnokręgu. — Spójrz, spójrz, siostrzyczko, jaka ta ziemia ogromna — wołał w zachwycie Jantarek. — Bardzo ogromna — przyznała Zazulka. — Moi mistrzowie zapewniali mnie wprawdzie nieraz, że ziemia jest bardzo wielka, ale, jak mówi nasza ochmistrzyni Gertruda, żeby w coś uwierzyć, trzeba to ujrzeć na własne oczy. Dzieci kilkakrotnie okrążyły platformę. — Wiesz, braciszku, co jest najdziwniejsze — wykrzyknęła nagle Zazulka. Zamek nasz stoi pośrodku ziemi, więc my, którzy stoimy na wieży, zbudowanej w samym środku pałacu, stoimy i pośrodku całego świata ha! ha! ha! Rzeczywiście, widnokrąg otaczał dzieci olbrzymiem kołem; osią jego była wieża zamkowa. — Stoimy w samym środku świata, ha! ha! ha! — śmiał się serdecznie Jantarek. Dzieci zadumały się na chwilę. — To źle, że świat jest taki duży — rzekła Zazulka. Możnaby zabłądzić i na zawsze stracić z oczu tych, co nas kochają. Jantarek wzruszył ramionami. — Ależ to właśnie dobrze, że świat jest taki wielki, bo łatwo o różne ciekawe przygody. Wiesz, Zazulko, jak będę duży, zdobędę te wielkie góry, które są tam, na samym końcu świata. Widziałem nieraz, jak wschodzi z poza nich księżyc. Po drodze zdejmę go z góry i przyniosę ci go w podarunku. — Ach to będzie świetnie! zaraz go wepnę we włosy — wykrzyknęła Zazulka. Potem zaczęli wyszukiwać niby na karcie gieograficznej miejsc i przedmiotów znanych. — Wiem już teraz wszystko doskonale — rzekła Zazulka, (która zupełnie nic nie wiedziała), ale nie mogę odgadnąć, co to są te małe czworokątne kamyczki, rozsypane na tamtem wzgórzu? — To są, siostrzyczko, domy murowane, z których się składa stolica księstwa Żyznych Pól. Pamiętasz to wielkie miasto, przez które przejeżdżaliśmy, udając się na nabożeństwo do Pustelni? Są w niem aż trzy ulice, a jedna jest nawet kołowa. — A ten strumyczek, co się tam srebrzy? — To rzeka. O, a tam dalej nieco stary most kamienny. — Czy to ten, pod którym łowiliśmy ze Szczerogębą raki? — Tak, to ten sam. W jednej z jego framug stoi posąg „Pani bez głowy“. Ale stąd go nie widać, bo jest za mały. — O, pamiętam go doskonale. Ale dlaczego ta pani nie ma głowy? — Pewnie dlatego, że ją zgubiła. Niewiadomo czy Zazulce wystarczyła ta odpowiedź, bo w milczeniu przyglądała się krajobrazowi. — Jantarku — wykrzyknęła nagle. Czy widzisz, co tam błyszczy pod samymi górami! To jezioro! — Tak, to jezioro!! I na wyścigi poczęli sobie przypominać, co im księżna opowiadała o tej wodzie tak pięknej a tak zdradliwej i o Boginkach, wciągających przechodniów w głąb kryształowej toni. — Och, chodźmy tam! — westchnęła nagle Zazulka. Życzenie to tak zdumiało Jantarka, że przez chwilę patrzał na nią z otwartymi w osłupieniu ustami. — Ależ Zazulko — zawołał wreszcie — wiesz dobrze, że księżna-matka zabroniła nam wychodzić samym z zamku. Jakżebyśmy zresztą trafili do tego jeziora, które jest na samym końcu świata, skoro wcale nie znamy doń drogi? — Ach ja nie wiem wcale, jakbym do niego trafiła ale tyś to powinien wiedzieć, ty, który jesteś mężczyzną i uczysz się gramatyki. Jantarek, dotknięty uwagą tą do żywego, odpowiedział dość ostro, że można być nietylko mężczyzną, ale nawet dzielnym mężczyzną, a mimo to nie znać jeszcze wszystkich dróg na świecie, ale Zazulka odęła wzgardliwie usteczka. — Nigdy się nie chwaliłam, że zdobędę błękitne góry i zdejmę z nieba księżyc. I choć wcale nie znam drogi do jeziora i tak zapewne do niego trafię. — Ha! ha! ha! — próbował zaśmiać się Jantarek, czerwony po uszy ze wstydu. — Waćpan się śmiejesz, jak korniszon — rzekła Zazulka. — Ależ Zazulko, korniszony nie mogą się ani śmiać, ani płakać. — Ale gdyby się śmiały, to śmiałyby się z pewnością jak waćpan. Jutro wybiorę się nad jezioro. I podczas, gdy będę podziwiać kryształową wodę, w której głębi mieszkają zdradliwe Boginki, waćpan prząść będziesz wełnę z pannami służebnemi. Zostawię ci na pamiątkę mój kołowrotek i moją lalkę. Pamiętaj bardzo o nie dbać, Jantarku. Pamiętaj bardzo dbać o nie! Jantarek miał swoją dumę. Nie mogąc znieść dłużej tego wstydu, z głową spuszczoną i ściągniętymi w zasępieniu brwiami rzekł głucho: — Dobrze więc! Pójdziemy nad jezioro!

ROZDZIAŁ SIÓDMY.

WYPRAWA JANTARKA I ZAZULKI DO BŁĘKITNEGO JEZIORA.

Nazajutrz po obiedzie, skoro tylko księżna przeszła do swoich komnat, Jantarek ujął Zazulkę za rączkę. — Chodźmy — rzekł krótko. — Dokąd? — Pst... Szybko przebiegli schody i podwórze zamkowe. Kiedy weszli w podziemną galeryę, wychodzącą na gościniec, Zazulka po raz wtóry zapytała Jantarka, dokąd ją wiedzie. — Nad jezioro — odparł Jantarek. Wiadomość ta tak zaskoczyła Zazulkę, że stanęła jak wryta z ustami otwartemi z wielkiego zdumienia. Jakżeż można iść tak daleko, bez pozwolenia mamy i w atłasowych buciczkach do tego? Bo Zazulka miała na nóżkach atłasowe trzewiczki. Niech sobie Jantarek mówi, co chce, ale to zupełnie niema sensu. — Czy ma sens czy nie, pójdziemy nad jezioro i basta! — Taką to zwięzłą odpowiedź dał rycerski Jantarek Zazulce. Przecież nie dalej jak wczoraj Zazulka zarzuciła mu tchórzostwo, a dziś robi taką minę, jakby trzech zliczyć nie umiała. Dobrze, teraz Jantarek dostanie się nad jezioro, a Zazulka niech idzie bawić się lalką i kręcić wrzeciono. Niema co mówić, ładnie to namawiać kogo do awantur, a samej trzymać się fartuszka ochmistrzyni. Wszystkie dziewczęta są jednakowe! Niech Zazulka wraca do zamku, Jantarek z pewnością zatrzymywać jej nie będzie. Ale do jeziora pójdzie i tak. Zazulka uczepiła się jego ramienia. Jantarek ją odepchnął. Wtedy zarzuciła mu rączki na szyję. — Weź mnie ze sobą, braciszku! weź mnie ze sobą! — prosiła, łkając. Tak wielka skrucha wzruszyła wreszcie serce niezłomnego rycerza. — No to chodź — rzekł łaskawiej — ale nie pójdziemy drogą koło miasta, bo mógłby nas jeszcze kto zobaczyć. Najpierw musimy się wdrapać na wał obronny, a potem miedzą wydostaniemy się na gościniec. Dzieci ujęły się za ręce i zaczęły iść śpiesznie ku wałowi, otaczającemu zamek dokoła. Kiedy zeń zbiegli, Jantarek wyłożył Zazulce dalszy plan wycieczki. — Ta ścieżka między polami wyprowadzi nas na drogę, którą jechaliśmy do Pustelni. Z pewnością, jak za tamtym razem, ukaże się nam jezioro, a skoro je tylko zobaczymy, pobiegniemy ku niemu na przełaj przez łąki i pola. Niema co mówić, plan ułożony był znakomicie. Idąc brzegiem rowu, Zazulka zrywała kwiaty, które układała w piękną wiązankę. Były tam maki polne, żółte dziewanny, astry i chryzantemy. Ale kwiaty więdły w rozgrzanych rączkach Zazulki i wyglądały tak biednie, że kiedy doszli do mostu kamiennego, Zazulka, znużona ich dźwiganiem, już chciała rzucić je do wody dla odświeżenia, ale po namyśle postanowiła ofiarować je „Pani bez głowy“. Na jej prośbę Jantarek podniósł ją do góry, poczem Zazulka złożyła kwiaty w skrzyżowane dłonie kamiennej figury. Byli już daleko od mostu, kiedy Zazulka odwróciła się i spostrzegła na ramieniu „Pani bez głowy“ białą gołąbkę. Szli dalej, nie zatrzymując się ani na chwilę. — Tak mi się chce pić — powiedziała nagle Zazulka. — I mnie także — ale rzeka została daleko za nami, a przed nami niema ani strumienia ani wodotrysku nawet. — Słońce tak tu mocno grzeje, że z pewnością wszystką wodę z ziemi wypiło. Cóż teraz poczniemy, braciszku? Dzieci bezradnie rozglądały się dokoła, gdy nagle dojrzały wieśniaczkę, z koszem owoców na ramieniu. — To wiśnie! — wykrzyknął Jantarek. — Jaka szkoda, że nie wzięłem pieniędzy ze sobą. — Ja mam pieniądze! — zawołała Zazulka. Śpiesznie wyjęła z kieszonki sakiewkę, w której błyszczało pięć monet złotych. — Czy moglibyście mi dać tyle wiśni, ile się zmieści w mojej sukience, moja matko? — zwróciła się do wieśniaczki, unosząc obu rączkami brzeg swej sukienki. Wieśniaczka rzuciła jej kilka garści wisien. Zazulka przytrzymała jedną rączką sukienkę, a drugą podała wieśniaczce monetę złotą, pytając: — Czy nie będziecie mieli za mało, moja matko? Wieśniaczka chwyciła złoty krążek, którego wartość przewyższała kilkakrotnie nietylko wszystkie wiśnie, ale i drzewo i grunt, na którym rosło. Wsunąwszy pieniądz do kieszeni, rzekła przebiegle. — Zdałoby się więcej, jasna panienko, ale ja się tam o to nie przymawiam. — Gdybyście jeszcze nasypali wiśni do kapelusza mego brata, to dostalibyście drugi taki pieniążek. Wieśniaczka nie miała nic przeciwko temu. Dała dzieciom jeszcze garstkę wiśni i olśniona skarbem, oddaliła się śpiesznie, rozmyślając w której pończosze i w którym sienniku ukryje otrzymane dukaty. Dzieci niemniej zadowolone zajadały ze smakiem wiśnie i rozrzucały pestki na prawo i lewo. Jantarek wyszukiwał wisien, szczepionych ze sobą ogonkami; wieszał je na uszkach Zazulki i śmiał się radośnie na widok lśniących purpurowych kulek, kołyszących się i łechcących alabastrową buźkę Zazulki. Wesoły ten pochód wstrzymał na chwilę jakiś ostry kamyczek, który wsunął się w trzewiczek Zazulki i dotkliwie uwierał jej nóżkę. Zazulka poczęła się potykać, a przy każdem potknięciu, złote loczki muskały rozgrzaną jej twarzyczkę. Wreszcie doszedłszy do kępy trawy, usiadła, a wtedy Jantarek przykląkł u jej kolan, zdjął z nóżki trzewiczek i wytrząsł zeń mały biały kamuszek. Spojrzawszy na swoje obolałe nóżki, Zazulka rzekła: — Wiesz co, braciszku, jeżeli jeszcze kiedy wybierzemy się do jeziora, nałożymy buty z cholewami. Słońce chyliło się ku zachodowi. Świeży podmuch wietrzyka ochłodził nieco spotniałe twarzyczki i szyje małych wędrowców. Po krótkim spoczynku dzieci odważnie puściły się w dalszą drogę. Szły teraz, trzymając się za ręce i co chwila wybuchały śmiechem na widok wydłużonych swych cieni, powtarzających wiernie każde ich poruszenia. Ażeby dodać sobie animuszu, zaczęły śpiewać w takt odbywanego marszu:

Ale raptem piosenka się urwała. Zazulka obejrzała się niespokojnie. — Jantarku zgubiłam trzewiczek, zgubiłam mój trzewiczek atłasowy! Rzeczywiście jedwabne sznurowadła rozluźniły się w uciążliwym marszu i zapylony trzewiczek pozostał na środku drogi. Zazulka patrzyła po za siebie, a gdy nie dostrzegła na nieboskłonie wyniosłych wieżyc zamczyska Żyznych Pól, serduszko jej ścisnęło się boleśnie, a oczy wezbrały łzami. — Z pewnością zjedzą nas wilki — szepnęła matka nie dowie się nigdy, co się z nami stało i umrze ze zmartwienia. — Ale już Jantarek nadbiegł z odnalezionym trzewiczkiem i uspakajał Zazulkę, mówiąc: — Zobaczysz, Zazulko, że będziemy w domu, zanim dzwon zamkowy wybije godzinę wieczerzy! Chodźmy dalej!

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…