Read here

Drogą czwartaków od Ostrowca na Litwę

Władysław Orkan · 1916 · Free in the US

38,268 words · about 2 h 41 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1916 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Drogą_czwartaków_od_Ostrowca_na_Litwę&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Władysław Orkan
Language
Polish
Published
1916
Length
38,268 words · about 2 h 41 min
Sections
14 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (14)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 20 min
  3. Rozdział pierwszy about 4 min
  4. Rozdział drugi about 5 min
  5. Rozdział trzeci about 4 min
  6. Rozdział czwarty about 6 min
  7. Rozdział piąty about 5 min
  8. Rozdział szósty about 10 min
  9. Rozdział siódmy about 5 min
  10. Rozdział ósmy about 4 min
  11. Rozdział dziewiąty about 15 min
  12. Rozdział dziesiąty about 8 min
  13. Rozdział jedenasty about 7 min
  14. Rozdział dwunasty about 7 min

Continue:

Front matter

WŁADYSŁAW ORKAN

DROGĄ CZWARTAKÓW

OD OSTROWCA

całość

WŁADYSŁAW ORKAN

DROGĄ CZWARTAKÓW

OD OSTROWCA

NA LITWĘ

1915

W KRAKOWIE 1916

NAKŁADEM CENTRALN.

BIURA WYDAWNICTW

N. K. N.

OKŁADKA I ZDOBNIKI RYSUNKU LEONA CZECHOWSKIEGO.

ODBITO CZCIONKAMI DRUKARNI NARODOWEJ W KRAKOWIE

PUŁKOWNIKOWI

BOLESŁAWOWI ROJI,

BOHATERSKIEMU DOWÓDZCY CZWARTAKÓW

DZIENNIK NINIEJSZY

~ OD OSTROWCA NA LITWĘ ~

W HOŁDZIE ZOŁNIERSKIM

OFIARUJE

ROZDZIAŁ PIERWSZY.

Długo pamiętnym dla Piotrkowian zostanie dzień 15. lipca 1915 roku. gdy uformowany właśnie pułk czwarty Legionów wyruszał w pole. A zwłaszcza moment ten, dla wielu przez łzy wzruszenia na zawsze wpamiętniony, gdy po mszy polowej, na błoniu, wobec jasnego nieba, wobec zebranej licznie publicznośći i władz wojskowych, defilowały oddziały pułkowe przy dźwiękach »marsza czwartaków«... Jechał poprzód pułkownik, o głośnem już, zdobytem w bojach karpackich imieniu — jechali za nim inni oficerowie pułku, wiodąc bataliony swoje, kompanie — szły równo, równo, sprężone, mocne szeregi: — a gdy mijali oczy żegnające, salutując, dreszczem przysiężnej powagi uderzały światła ócz żołnierskich i światła wzniesionych szabel o serca ostających. A dało się z tych przysięgłych, dumnie podniesionych głów odczuć jeszcze jedno, co cień tragizmu pewnego, niby refleks przeszłości, na mijające szeregi rzucając, giest osobliwy tej formacyi legionowej tłomaczyło: — to w świadomości odchodzących krewieństwo niejakie z onym »tysiącem walecznych« — myśl o sobie, świadoma zadań bojowych: »Czwartacy«.

~~~~~~~~~~~~~~

Rozkazem Komendy Legionów w ostatniej chwili do pułku czwartego przydzielony, zdążyłem jeszcze w nocy do pociągu, którym odjeżdżał batalion trzeci. Pierwszy i drugi już były odjechały. Kolej dochodziła do Ostrowca, gdzie też naznaczona była pierwsza kwatera pułku. Po ulewie nocnej dzień nastał 17. lipca, pogodny, świeży. Wczesnem ranem wyruszył pułk z Ostrowca, szosą, w kierunku na Ożarów. Pochód odbywał się dla ćwiczenia marszem ubezpieczonym. To znaczy: naprzód patrol przednia, t. zw. szpica, za nią w odstępach pewnych, pojedynką, widzące się jako słupy telegraficzne — łączniki; po obu stronach drogi w oddaleniu znacznem — patrole boczne, za ostatnim łącznikiem — kompania wysunięta, ubezpieczająca; zaczem bataliony w odstępach krótkich od siebie, z oddziałami karabinów maszynowych, w bojowym porządku, na końcu treny. Postępował tak pułk rozwinięty szosą, drzewami cienioną, wił się na zakrętach, przeginał się w zgurbach, niby ruchliwe zwoje spojonych dość luźno ogniw, to spiętrzał się w nurt ciemny, łyskliwy, gdy szosa wycinała prosto. Oczy spotykały po obu stronach szosy łany zbóż przejrzałych, gdzieniegdzie wzdłuż jakby strumieniami powodzi stłoczone. Przepłynęło tu widać przed nami sporo wojsk, którym nie starczyło ławy drogi. Ścieliły się też łąki o wtórnej, przygasłej trawie, i wyświecały sie tu ówdzie łachy ściernisk. Uderzały wzrok napół zebrane pola, częścią w kopach, częścią na pokosach — jak gdyby ktoś przemożny robotników od polnych żniw odwołał. I oto ziemia świętuje. Żywej duszy — jak zagony długie — nie widać. Gdzie ten naród-właściciel, który nad wszystko cenioną ziemię rodną w takiem opuszczeniu ostawia? — Odpowiedź na to miała nam wyjść naprzeciw po wielu wiorstach drogi. Słońce, wytoczone nad spory okraj nieba, zalewało, padając z ukosa, ściernic, łąki, zboża, z rosy deszczu nocnego jeszcze nieobeschłe, kładło się w poprzek maszerującym kolumnom. Pułk święcił w tym pochodzie pierwszy dzień swego wystąpienia w pole. Ta świadomość, popierana świeżością wonna pogodnego rana, napawała żołnierza zrozumiałą dumą i podnosiła krzepka tężyznę oddziałów. Szły raźnie szeregi młode, pełne poczucia swojej wartości bojowej i spodziewanych w krótkim czasie niezwyczajnych czynów. Komendant pułku, ów głośny ze swoich przewag karpackich Bolesław J. Roja, jadący poprzód ze sztabem swym, zatrzymał się u wylotu drogi bocznej i lustrował zostrzonym wzrokiem nadpływające oddziały. Pierwszy szedł batalion kapitana Andrzeja Galicy. Mimo, że był to materyał świeży, przeważnie z Królestwa w ostatnich miesiącach zwerbowany, szeregi niosły się sprężyście, postawnie — znać było w ich postawieniu wojskowem szkołę dobrą. Jadący na czele kapitan Galica, były komendant Batalionu uzupełniającego, mimo, że po raz pierwszy udawał się na front, wyglądał, jakby żołnierzem sie już był urodził: tak w nim się zjednolicił giest junacki z postawą. Pobok jechał jego adjutant, równie postawnej formy, chorąży Relidzyński. — Pierwszą kompanię prowadził doświadczony i dzielny oficer, por. Bończa-Uzdowski. — Oddziałem pierwszym karabinów maszynowych, wchodzącym w skład batalionu, kierował młodziutki chorąży Ajdukiewicz, któremu aż oczy śmiały się na myśl, że wkrótce swoich grzechocących maszynek spróbuje. Batalion drugi wiódł kapitan Sikorski, człowiek młody, a już w kampanii karpackiej dobrze zasłużony. Batalion jego składał się też przeważnie z Karpatczyków. — Oddział drugi karabinów maszynowych wiódł chorąży Wasung. Trzeci batalion prowadził podeszły w leciech a krzepki jeszcze porucznik Szerauc, który również kampanię zimową w Karpatach przebywszy, od szeregowca do rangi tej trudem zasług doszedł. Zdobił zaś batalion, jak mak zboże, adjutant jego, chorąży Brzozowski, zawsze elegancyą kwiecisty. Tren prowadził chorąży Gwiżdż. Pułkownik, zrobiwszy przegląd, poprawiwszy to i owo w pochodzie, ruszył koniem i wkrótce znalazł się znów z gromadką oficerów swych na przedzie pułku. Pułk maszeruje dalej, brnąc piersią, ochoty pełną w powietrzu czystem, bezpylnem, w kierunku wschodnim. Wdzięcznie przyjmują oczy — w miarę mijanych wiorst — kraj nowy, nowe, odkrywające się obszary radomskiej ziemi o znacznych falistościach. Po długo opatrzonej monotonii równiny piotrkowskiej, wzrok z lubością zatrzymuje się na wzgórzach, nierzadko wieńcami lasu ocienianych. A myśli wybiegają naprzód, ku niewiadomemu końcu drogi. Tają jak ptaki w niedojrzy powietrznej — i nikną. Rzeczywistość bogata drobnych spraw pochodu pulku i rzeczywistość dookolna zapanowują w umyśle nad wszystkiem. To jest, co jest. Idee gdzieś tam sobie fruwają nad glową... Klęski? nadzieje? — jest tylko pewność drogi — wzrok wybystrzony — uwaga. I serce jakieś przyjazne wszystkiemu. — Gdzieś, mówią, wojna — i my ponoć na wojnę jedziemy. Nawet gdzieś blizko. Dziwne. Słońce zaczyna przygrzewać. Kompanie, przynużone marszem i wstającem już gorącem przedpołudnia, aby sobie dodać ochoty, poczynają w przyoslabły rytm szeregów śpiewać. Zrazu nieśmiało, próbnie, aż wreszcie z kompanii przodującej wybija się chełpliwość piosenki czwartackiej:

Huknęło mocniej — kompania następna poparła:

I już cały batalion śpiewa:

Gdy mocniej nad inne wygrzmiały ostatnie słowa, czuło się, że prawdę tęsknoty legionowej wyrażają. To pragnienie tkwiło w piersiach wszystkich — od komendanta, do ostatniego w szeregach.

ROZDZIAŁ DRUGI.

Okolice, gdyśmy dalej załaniali się w ziemię radomską, zachodziły przed nas pagórami, coraz bardziej pofałdowane. Dawały się też zauważyć z drogi żółte rozrzuty rowów, a pod wyniesieniami gdzieniegdzie rwane linie okopów: świadectwo niedawno minionych tu walk. Zachodzi przed myśl droga pierwszej brygady — gdzieś tu niżej ku południowi krwawiące się: Opatów, Konary, — ciężkie tamże przeprawy. Tędy droga ta musiała przechodzić, prowadząc w kierunku północno-wschodnim. Czoło pułku dcszło schyłości szosy, która się zwolna wynosiła na rozległy płaskowyż. Dążąc pod górę, mogliśmy z »blizka oglądać rowy strzeleckie, po obu stronach co pewien czas w różnych odstępach spotykane. Widać było nerwowość w ich rozmieszczeniu i robocie. — Stąd atak szedł, ku górze. — Na wzniesieniu pod lasem i na otwartej przestrzeni Wyznaczały się puste łuki okopów rosyjskich. Również za przechyleniem w kilku odstępach — rowy rosyjskie, rezerw. Łan zboża stłoczonego, a dalej wieniec ciemny lasu. Zjeżdżamy po schyleniu wolnem, a później w dół, ku jakiejś wsi, czy miasteczku, jak wskazują wyłaniające się w zagłębiu rozwidlonem na prawo załamy ciemne domów i na wzgórzu przeciwległem, w okoleniu drzew, mury biale kościółka. Czyżby to wymieniony w rozkazie rannym Ożarów? Teren zachylny przesłania. A pragnienie nużące — bowiem z południa już było — nasuwa naprzód całe winnice pokrzepień, jakie nas tam czekają. Pierwsza od wyruszenia spotkana osada ludna. Gościnność wyjdzie z wdzięcznym uśmiechem naprzeciw... Mury się pokazują... zapewne miasteczko. Pragnienie się niecierpliwi. Naraz — oczy się wzdrygły. Co to jest? Prawda to — czy majak ohydny? Kominy czarne, nic więcej. jeszcze jakieś szczątki murów. To wszystko. Zbliżamy się — wjeżdżamy wolno, z zalękiem w ulicę. Groza przywitała nas u wstępu... Takiej ohydy zniszczenia oczy nasze jeszcze nie widziały. Przerażający obraz gwałtu i barbarzyństwa. Stoją one kominy zczerniałe, — pięści pomsty bezsilnej w pustkę ku niebu wzniesione. Czerepy ścian, patrzące oczodolami otworów okiennych. Zwały gruzów, cegieł skruszonych, przepalonych, zczerniałych kamieni, jako też kupy stężałe popiołu — zalegają miejsca podłóg. Doły piwnic otwarte.

Gdzieniegdzie szczyty samotne ostałe, dziwną siłą jeszcze nie upadłe. Widać z nich, jako i z ułamków ścian, że mury wyprowadzone były jednomodnie, z gładzonego, białego, piaskowca. Ni jednego domu ocalałego. Spalone wszystko doszczętnie. Nawet ocembrowania studzien ogień pożarł — snać i wodę z nich wypił. Wieńce czerwone uschnitych drzew otaczają ozdobą śmierci te ruiny i zgliszcza. Jedziemy wolno środkiem tej martwoty. Znikąd żywej duszy, żywego wejrzenia. Wszystko umarło. Tu ówdzie na placu do cna wypalonym, który sadem był może lub dziedzińcem dla zabawy dziatwy, zwęglone pnie drzew kikutami zczerniałymi straszą. Z uliczek, zawalonych gruzami, oczy rozszerzone pustki wychodzą. Na pustych progach, wkątach sieni odkrytych — przerażne opuszczenie. Nareszcie... W otwartem wnętrzu jakaś postać. Niewiasta młoda — o pięknej, lecz bladej i zamarłej twarzy — szalem splowiałym owinięta, z dzieckiem na ręku. Mijamy, niezauważeni. W uliczce coś się rusza. Człek, czy psina? Szare coś między zwaliskami. Na placu szerszym, na kupie gruzów — grupa niewielka żydów. Dziw — żaden głowy nie odwrócił, gdy przejeżdżamy mimo. Żadne oczy ku nam nie spojrzały. — Wzrok zastygły, w jeden punkt gdzieś wczepiony. Dłonie jak szpony koło kolan splecione. Tak siedzą. Człek jakiś szary zaszedł z boku. — Jak sie ta miejscowość nazywa? — Ożarów, panie. — Kto tak zniszczył? Moskale spalili.

~~~~~~~~~~~~~~

Daremny otrząs myśli, by zrzucić z siebie ten obraz tłoczący. Długo jak zmora cieżyć będzie oczom, grozą padać na serce. Wyjechawszy nad Ożarów na wyniesienie rozciągłe, mieliśmy sposobność obejrzenia zblizka pozostałych rosyjskich pozycyi. Doskonale wybrane i urządzone. Wzdłuż całej krawedzi wzniesienia, na schyleniu — jak łukami szła — ciągnące sie okopy zakryte, z kątami wysuniętymi, z bocznikami, z rozległemi przedpolami płotów odrutowanych. Niepodobieństwem wydaje sie, by pozycye te były wręcz zdobyte, chyba obejściem, tak się też podobno stało. Minąwszy połogi grzbiet wyniesienia, zbaczamy na prawo, na drogę polną z gościńca i zjeżdżamy wąwozem głębokim do Janikowa. Nad wąwozem, niby czarny olbrzymi zewłok upadłego ptaka, resztki wiatraka spalonego. I Janików spalony. Dwurząd kominów zczerniałych — jak wieś była rozłożona, po obu stronach drogi. Zaledwie kilka domostw czy stodół u końca wsi zostało. Ocalały jeszcze: powyżej na uboczu położona szkoła, kościół i plebania, gdzie też stanęła kwaterą Komenda pułku. Z dziedzińca plebanii widne bylo zgliszcze wsi całe jak na dłoni. Nawodzić mogło podobieństwem cmentarz żydowski. Jak nagrobki jednorówne dźwigały się opuszczone kominy, podmurówki, idąc rzędem, to wychylając się z poza rzadkiej przesłony drzew o barwie późnej jesieni. Ksiądz tłómaczył: — Już dzień poprzód przygotowali sobie snopy z pola, które pokryli poza chaty. Pułkownik zdradził sam, że ma rozkaz palić przy odwrocie. Plebanie na prośbę minęli, bo tu komendant stal kwaterą. A może też już i nie mieli czasu. Prędko to poszło. Ktoś wyraził podziw dla widzianych pozycyi. — To też im do płaczu niemal przychodziło, że takie stanowiska piękne muszą opuścić. — Czy tu bitwa była? — A jakże, pozycye ich szły pod same ściany kościoła. Przez dwa tygodnie dzień i noc armaty grzmiały. Istne piekło. Pociski padały aż tu na dziedziniec. Szczęściem Bóg strzegł, plebanijka wyszła cało — kościół też, tylko w dwóch miejscach, na dzwonnicy i nad oknami, małe uszkodzenia od szrapneli. A jeźliście panowie ciekawi — dodał — to wam mieszkanie, w którem przez czas tej walki przebyłem. — Prosimy. — Tylko trzebaby światła... — Mamy latarki. Zaciekawieni, ruszyliśmy za nim, a on nas wiódł w kąt dziedzińca, pod kościół. Stanął przed otworem. — Proszę za mną... Wchodziło się po schodach ziemistych, jak do piwnicy. Dalej była sień. Szliśmy jeden za drugim, poświecając latarką. Gdzieniegdzie ściany się zwężały. — Ostrożnie — radził ksiądz — by nie powalać ubrań. Ówdzie ściany się rozszerzały w komorę, ówdzie nisza jakaś, wnęk czy ława — wszystko ciosane w glinie lepkiej i żółtej. Całe wnętrze widać było samą gliną; w której łatwo dało się to wyciosać. — Oto moje mieszkanie — mówił ksiądz z pewną dumą. — Przez dwa tygodnie tu przebyłem. — I jakże się ksiądz w niem urządził? — Jakoś znośnie, niewybrednie, ale znośnie. Ot tam łóżko stanęło — tam rzeczy trochę. Co się dało przynieść, to się zniosło. Kuferek z cenniejszemi rzeczami... — A z życiem jak? — Różnie. Czasem dało się wyjrzeć na świat. Zresztą donoszono. Bo i służba się tu chowała w dniach krytyczniejszych. Spało tu i po siedm osób. Krowinę też wewiedli — tam stała u wejścia. A i beczułeczka wina, co ocalała od gości — to się ją tam w tej niszy schowało. — Kunsztowne katakomby! — podziwialiśmy. — A jeszcze jedno najważniejsze panom pokażę. Proszę poświecić dalej. Korytarz zwężał się i zniżał. Trzeba było schylonym i ostrożnie postępować. Widać było przy końcu światło dnia. Dostający się w to światło widział się jakby na dnie studni, okrągło w niebo wychodzącej. — A to co? — pytamy. Drugie wyjście! — rzecze ksiądz z dumą. — Tu stała drabinka, do wierzchu sięgająca. I gdyby n. p. pierwsze wyjście granat zasypał, to tam możnaby się wydostać. Ot, co! Z rzetelnem uznaniem wyrażaliśmy — swoje zachwyty nad pomysłowością księdza proboszcza. — Nowoczesne katakomby. — Ot, co. — Że też to cały naród tak się nie urządził. Jeszcze jedno zawdzięczamy odkrycie pomysłowości księdza proboszcza z Janikowa, lecz to już z dziedziny polityki. — Panowie ta bliżej tych wszystkich spraw, i ja ta nie wchodzę, skąd co na co. Ale jakby to powiedzieć... Bo my tu różnie i z ziemianami mówili, nim jeszcze ta burza nas doszła...

ROZDZIAŁ TRZECI.

Na godzinę 6 rano (dnia następnego) naznaczona zbiórkę batalionów na szosie pod Szymanówką. Dzień wstał, po osuszy słonecznej dnia poprzedniego, jeszcze jaśniejszy. Na oznaczoną godzinę spłynęły z trzech stron bataliony, formując się na szosie w podobnym porządku, jak przy wczorajszym wymarszu z Ostrowca. Na końcu treny. Przeszła obok kompania techniczna Komendy Legionów, kwaterującej w sąsiednim dworze Podlesie... Poszła naprzód dla stwierdzenia, a w razie potrzeby dla ułatwienia przeprawy przez Wisłę. Orkiestra uderzyła w rytm »Marsza Czwartaków« Pułk ruszył. Kolumny wyciągnęły się, budząc w oczach patrzących otuchę. Batalion pierwszy, drugi, trzeci. Łączne z nimi oddziały karabinów maszynowych, ze swymi jukami na grzbietach małych a mocnych koników, przypominają jakąś kawalkadę z południa. Dalej szare płachty trenów, przerywane ciemnem bateryami kuchni kompanijnych. Przemknęło pobok szosą kilka samochodów Komendy Legionów. Za chwilę powozy nas — i na swojej kwadrydze, jako wódz rozparty, gruby kucharz sztabowy. Dążymy w kierunku wschodnim. Ziemia się rankiem słonecznym uśmiecha. Idą za nami zmory widzianych zgliszcz, popielisk wojny — Ożarów, Janików — ale gdy wkraczamy znów w bezosiedlne obszary, w pustać słońcem obsianą, radosną, widzi się, że to majak był, jak sen przykry a nierzeczywisty — znowu duszom radośnie sie czyni, gdyż maszerują wprost naprzeciw słońca.

»Wyszło słońce o ranne] godzinie I stanęło w poprzek mojej drodze — Już mię pewno szczęście nie ominie, Poimane przyprowadzę wodze« — —

śpiewa się niejednemu ballada o sobie samym. Najsłuszniej jednak bez urazy prawdy, możnaby ją przypisać pułkownikowi onemu, który jako witeż dawny w osępieniu na czele pułku swego jedzie: wprost w słońce — bo stamtąd wstało, z nad przeczuwanej już śpiewem serc Wisły. Wykręcił się w siodle i w tył za siebie po ruchliwych falach głów — jak szeregi się kołyszą — parny... Oczy, zniechęcone powolnością węża długiego kolumn, znów ku słońcu przed siebie obraca. Dotknie konia ostrogą — i naprzód ruszy. Wnet zakryje go mgła gościńca. Utonął w słońcu — tam, za tem wzgórzem świetlistem.

Komendę pułku w zastępstwie objął kap. Galica. I on balladę o sobie w sercu swojem nuci, Chrobat-Podhalanin jasny. Pułk maszeruje. Wzgórza sie podnoszą, wstają z obu stron coraz wyźniejsze pagóry, odkrywają się zbocza nagle a miękko spadziste, to sie dźwigają niegroźne ostrysy, o kopicach drzew, przerozmaicie zielonych. Pośród nich łąki, proszące o uśmiech, niespodziane i miłe zacisza. — Piękna ziemia. Warto za nią sie trudzić. Myśl ku Podhalu wybiega wiąże tamto piękno surowe, wysokie, z tem tu bratniem poniżem, rylu pokusami oczu umajonem. Dąży, dąży pułk w kierunku wschodu, z którego już słońce odchyliło się znacznie ku południowi, idąc wyżej. Dyszy pułk ku wzniesieniu dwutysięczną piersią szeregów, które sie spieszą, spieszą, jak na uroczystość blizką. Nareszcie — czoło wzniesienia, przechylenie — — marzona dolina Wisły sie odsłania... Serca pieśnią radości uderzą. A na pamięć przychodzi miejsce one z powieści o »Udałym Walgierzu«, gdy trzej mężowie (onże Walgierz, Mściw i Wydrzyoko), jadąc doma, nad doliną wiślańska stanęli. Bo tak to istnie musiało być... »Stanęli mężowie w strzemionach, nakryli dłońmi oczy od blasku rannego słońca, co sie w wodach dalekich nurzało. Patrzą w dół... Góry przed nimi, góry wielkie, okrągłe i pochyłe. Cudne błamy lasów... Tam i sam osłoniona jest ziemia jeno pawłoką brzozowych bugajów, co zstępują ku dolinie uroczej«.... Śpiew serc: — Dolino moja... da-dana! »Wiślańskie łęgi! Widać z wyżyny kwieciste, nieogarnione oczyma. Wierzby tam po nadwodziu rosochate, wilde się srebrzą w porannej mgle. Daleko szumią kępy sokorów, daleko w błękitach toną białe brzozy. W brzegach rozkosznych płynie połyskliwa Wisła-woda«... Zstępujemy z weselem w rozłoż wiślańskiej doliny. Pieśni radosne przed nami zlatują i zdają się pozdrawiać mijane w biegu lasy, łąki, pola, aż przypadną w zachwycie do lśniących stóp Rzeki. Widać u końca łąki, roztoczonej Jej słoneczną pojawę, i łuk świecący brzegu naprzeciwko. Poniżej pale spalonego mostu. Kolumny zeszły na rówień nadrzeczną. Krótki odpoczynek na łące — sformowanie na nowo pułku — i przeprawa. Batalion pierwszy wkracza na ławy piachu i na położony na wodzie pontonowy most. Za nim drugi batalion, trzeci... Oficerowie konie za uzdy prowadzą. »Przejdziem Wartę, przejdziem Wisłę«...

~~~~~~~~~~~~~~

Ważność tej chwili każde serce żołnierskie odczuwa. »A gdy Turek napoi białego konia w Horyniu«... Dudnią kroki szeregów i kopyta koni po spojonym dość luźno pomoście. Drżą, uginają się pod ciężarem kolumn łodzie-pontony. Przewalają się pieściwie — od Śląska, od Tatr płynące — nurty Wisły. Poniżej pionierzy odbudowują most spalony. Brzeg drugi znagła górzysty. Wąż kolumn wpełznął na brzeg i, przewijając się zakrętami drogi, — olbrzymi, szary — piął się w górę, połyskał coraz wyżej, wyżej — aż zgasł za przechyleniem. Przyostałe treny mają teraz święto przeprawy. Zwolna, zwolna wozów setka sie posuwa po pomoście. Grzbiety pontonów zrazu niepewne, przyszły wnet do równowagi. Zważyły, iż nieciężkie jest mienie Legionów. Na górzystym brzegu rozłożył się Annopol, mieścina, całe miejscu temu wysokiemu nieodpowiednia. Minął ją też pułk ochotnie i wparł na drogę w kierunku Księżomiesza, gdzie kwatery noclegu były naznaczone. Echa dalekich dudnień armat, które z północnej Strony z przestankami niedużymi od wczora słychać było, teraz ustały zupełnie. Natomiast ukazały się na skłonie nieba ku północy ledwoznaczne dymy. Co oznaczać mogło tylko jedno: iż Moskale palą wsi w odwrocie.

ROZDZIAŁ CZWARTY.

Wkroczył pułk w ziemię lubelską, ziemię rodzajną, wysoką, od wyniesionych brzegów Wisły rozciągłymi płaskowyżami — płatami lasów, przestrzenią pól — jak morze wzdęte o leniwych falach, pod zarząd slońca układzioną. Krótki postój na czas obiadowy w lesie, a potem żmudny marsz piaszczystą drogą w kierunku wciąż wschodnim o wychyleniu na północ. Czesto zachodziły po drodze przed oczy groby samotne lub po kilka razem o krzyżach prostych, drewnianych. Są to już odtąd powszednie zjawiska, te krzyże jedno albo dwuramienne, w świeże wetknięte kopce. Jasny dzień zachmurzył się. — Z deszczem już zdążyliśmy pod wieczór do Księżomiesza. Batalionom naznaczono miejsca w różnych odnogach rozległej wsi. Komenda pułku stanęła na plebanii postronnej. Wieś przedstawiła się jako zamożna dziedzina, ludzie przyjaźnie nam życzliwi, kilku parobczaków — z niewielu, jacy we wsi pozostali — odrazu do nas »przystało«. Księżomiesz uszedł zniszczenia z tej tylko przyczyny, iż Moskale za szybko musieli się cofać. na plebanii proboszcz z sąsiednich Dzierzkowic mówił, że uszedł ledwo, a wieś jego w zgliszczach. To samo wsie okoliczne. — Ludzi zajmują, strasząc ich Niemcami, a potem palą. Tak wszędy, gdzie jeno czas mają. — Gdy naród strachów ich nie słucha, to gwałtem zagarniają. — W jakim celu to czynią? — Trudno cel jaki dojrzeć. Dzicz i koniec. Dochodził nas grzmot armat od strony północnego wschodu. Długo w noc trwało owe pogłośne dudnienie. Rano dnia następnego (19) zaczęło się ulewą. Armat nie słychać. Rozkazem wczesnym na godzinę 6 min. 40 naznaczony jest przegląd pułku przed Komendą korpuśną. Przegląd wypadł mimo ulewnego deszczu zadawalniająco. Poczem rozkaz wymarszu (na g. 11), w którym powiedziano, że »Moskale cofają się na całej linii« i że idziemy do Urzędowa, gdzie spotkamy się z Brygadą pierwszą. Deszcz ustał, lecz pochmurnie. Wyruszywszy z Księżomiesza drogą błotnistą pod górę, dążymy dalej przez działy-rozłogi w kierunku oznaczonym, północno-wschodnim. Pułkownik z adjutantem swym i paru ordynansowymi pojechał naprzód. Zastępstwo objął kap. Galica. Pochmurność nieba, osęp pól po deszczu i cieżkość drogi nie usposabia weselnie. — Dążą szeregi w milczeniu. Nic też szczególniejszego oczom błądzącym nie podpada. Dopiero w połowie drogi, gdy przechodzimy koło ściany lasu, mamy sposobność podziwiać kunsztownie sporządzone wille z cienkich okrąglaków i gałęzi, w różnym lecz głównie we wietrznym — można nazwać — lub przewiewnym stylu, stajnie palowe o dachach chrustowych — cały willowy zakład leśny, godny wystawy wojennej. Niby zabawa dzieci. Czyj to pomysł, niewiada. Artyzm pewien, zbytek w urządzeniu schronisk wskazywałyby na robote Niemców. Zarządzono odpoczynek na skraju lasu, a że kuchnie nadjechały — i obiad. Humory się poprawiły. Przy wymarszu zagrała orkiestra pułkowa. Ruszono ochoczo dalej. Przy końcu w lesie, wzdłuż którego pułk maszerował, oglądaliśmy przemyślnie maskowane rowy strzeleckie Moskali kryte pomostami pochyłymi, zarzuconymi ziemią, chrustem, trudne nawet z blizka do odróżnienia od podłoża lasu. Przed nimi w przerwach zdradzieckie zasieki z drzew... Niektóre sosny stoją nadpiłowane: — nie mieli czasu ich zwalić. Po drodze najdują się często porzucone naboje rosyjskie: wiele trafia się kul spiłowanych przemyślnie lub ponacinanych na końcu, aby działały w skutku jak kule »dum-dum«. Nadjechał oficer ordynansowy z rozkazem, że pułk ma iść przez Urzędów, Ludwinów, do Ratoszyna, marszem ubezpieczonym, od Urzędowa w wojennem pogotowiu. Wysłano więc naprzód kompanię , wysunięto łączniki — bataliony, ścieśnione, ruszyły. O śródwieczerz dojeżdżamy do Urzędowa. Dowiadujemy się, że sztab Brygady I. stoi w Ludwinowie, że tu przedwczoraj była bitwa, w której brała udział znaczny Brygada I. Na wstępie tuż po lewej stronie, błotnistej ulicy wzdłuż płotu widać okopy na prędce zrobione, to zasłony z darni, tak samo i w rogu cmentarza, który ku drodze wychodzi. Zacięte były tu walki. Urzędów — obszerna wieś, wzdłuż po obu stronach łąki rozłożona, jeszcze przykrzejszy, chociaż mniej upiorny, przedstawia widok, niż Ożarów. Wieś zupełnie po barbarzyńsku przez cofających się Moskali spalona. Ludność z dziećmi i dobytkiem zagarnięta przez nich. Tu ówdzie snuje się po zgliszczach jakiś człek szary, ostały przypadkiem, jakaś obłędna kobieta. Z domów zostały tylko okopcone kominy i piece. Na jednym z takich pod niebem otwartych pieców widzimy, gdy przejeżdżamy mimo — dwa garnki stoją na blasze, ogień pod blachami się pali; koło pieca, na kupie gruzów, przykucnięta, siedzi z podparta głową na dłoni stara kobieta: warzy sobie wieczerzę. Jak w domu. Tylko brak ścian i powały. Kościół również spalony. Mury tylko ostały. We wsi stoi (nie pozazdrościć kwatery) wcześniej tu przed nami przybyła Komenda Legionów. Mieści się szpital polowy i kręci się trochę Legionistów z pierwszej Brygady. Mijamy zgliszcza domostw. Słyszymy, że był do podpalań odkomenderowany, oddział cały pod dowództwem oficera. Spotykamy pobok ulicy na podwyższeniu mały domek nietknięty. Dziwno nam, że ostał się cało. — Dał dziesięć rubli — tłómaczy nam jakiś nawiniety sąsiad — i podpalacz wyminął. Lecz było, że pieniądze brali i palili. Jednego z takich podpalaczy — słyszymy — baby tej wsi, gdzieś wśród opłotków dopadłszy, kijami i widłami zatłukły. Za wsią na pagórku 5 krzyży świeżych, świeże, żółte kopce. Dwaj Legioniści tam leżą, trzej Moskale. Minąwszy Urzędów, bataliony dostają zlecenie: naładować broń. Krótkie zatrzymanie dla wypełnienia rozkazu — poczem marsz dalej w pogotowiu. Deszcz zaczyna rosić. Mimoto, mimo utrudzenia, długim marszem i zgnębienia ócz przerażnymi obrazami zniszczenia, ochotność w szeregach nie gaśnie. Krzepi utrudzonych — świadomość spotkania się niezadługo z Brygadą pierwszą. Zwłaszcza wśród Karpatczyków, którzy rok cały tej chwili czekali, marzyli o niej na przełęczach bukowińskich i w chatach huculskich, dzień ten ma wyjątkowo uroczystą barwę, choć tak zchmurzony i dżdżysty. Oto spotkają się z tymi braćmi broni, którzy na swojem dziedzictwie dawali odpór wrogowi, gdy oni po obcych horach-dolinach, w tęsknocie... Z tymi, którzy pierwsi wkroczyli na ziemię

, których pierwsze śmiałe czyny dały pobudkę innym, a którzy od Wodza swego wzięli oblicze, iż są jak jeden mąż. Jak ich też powitają, jak przyjmą? Jakiem sercem wyjdą im naprzeciw? To spodziewanie było w pułku całym — u oficerów, jak i szeregowców. Późnym już wieczorem wśród deszczu dobijamy do Ludwinowa. Na wstępie koło lasku spotykamy artylerzystów Brygady. Znajomi witają się. Przychodzi zmiana rozkazu: Pułk zatrzyma się na noc w Ludwinowie, zajmując 10 chałup w południowej części wsi (resztę zajmuje Brygada). Wieś ocalała z powodu szybkiej ucieczki Moskali, nocą wśród deszczu. Pułk przechodzi batalionami na wyznaczone kwatery. Z trenem nieco zamieszania, gdyż noc ciemna, »że oko wykol«, lecz to się jakoś uładza. Idąc w głąb ciemnej ulicy, zalanej błotem, spotykam przed chałupą, w której stoi sztab Brygady, lekarza pułku kap. Dra B. Bobrowskiego i kap. Galicę, który zdał raport Brygadyerowi, jako zastępca komendanta pułku. Czekają na odprawę. Nie mogąc się doczekać odprawy i nie mając wieści od pułkownika, który pojechał do Ratoszyna, kap. Galica udaje się ku swojej kwaterze, ja z nim. Brniemy ciemną ulicą wsi. Po sadach, wśród napół rozebranych opłotków: fury trenowe, okryte płachtami, ludzie, konie, ogniska. Koło kuchni polowych — gromady. Warzą wieczerzę, gwarzą, spierają się o lepsze, t. j. suchsze miejsca. Naraz z mroku nocy od wschodu rozlega się dziwne, skłócone pranie, niby bezładna młocka w stu blizkich stodołach. — Co to? Skręcamy w bok i stajemy za opłotkiem sadu, gdzie przestrzeń pól się zaczyna, by lepiej objąć słuchem te dziwne odgłosy. Rozróżniamy teraz wyraźnie: Zmieszane, gorączkowe strzały karabinów, jak bicie setek cepów w drewniane boisko. Coraz to prędzej, nerwowiej... Zdaje się: tuż za ścianą mroku. Czyżby atak nocny? Dziwnie osobliwe, niepokojące wrażenie. Jak wobec czegoś nieznanego a groźnego, co się w mroku zaczaja. I trwoży i pociąga razem. Na moment pranie wydycha — wtedy zaświecają się rakiety w ciemni. I znów kotłowanie strzałów bezładne, prędkie — rośnie w gorączkę zaciekłą — do czego dołącza się przegroźnie obojętne trajkotanie karabinu maszynowego. Różaniec śmierci. Powiada Galica: — Widzisz chłopie, to tak wygłąda... Ale młócą! — Zdaje się, tuż zaraz za wsią. — Tak się wydaje. Będzie 10 wiorst lub więcej. W każdym razie trzeba pluton ubezpieczający na noc postawić. Wracamy w ulicę, objętą życiem obozu. Koło ognisk kręcą się sylwety, koczują gromadki zbite w okolu światła. Już sen niektóre na ziemię mokrą powalił. Przy wozach swary o wymarzone miejsce pod dachem płóciennym. Konie parskają, chrupiąc jakiś porzucony barłóg. Wchodzimy do chałupy: kwatera komendy I. batalionu. Zaduch, brud. Na ziemi, na garści słomy śpi kilku półrozebranych oficerów. Lóżka dwa, słomą i jakimiś łachmanami pokryte, wolne. Proponują kanpitanowi jedno — mnie, jako gościowi, drugie. Wieczerzy niema. Przemęczeni, mimo odrazy do pościeli, rzucamy się jak jesteśmy w płaszczach na one łóżka, w momencie usypiając. Rano wstawszy, dowiadujemy się, że dzień poprzód gościli tu Moskale — jeszcze na blachach pieca stoją garnki (jeden z kawą, drugi z herbatą), których nie zdążyli opróżnić. Słychać od strony wschodu armatni bój. Z poza chałup ze wzgórza obserwujemy kierunek i działanie strzałów — widać stanowiska austryackich bateryi, linię tyralierską i linie rezerw. Pozycyi rosyjskich nie widać — przesłania je grzbiet przeciwległego wzniesienia — można tylko miarkować ich położenie z dymów i ogni pękających nad niemi szrapneli. Kolo południa nadjechał pułkownik. Sztab zajął chałupę przy końcu wsi. Znalazła się i słoma czysta, najbardziej zaiste upragniona rzecz.

ROZDZIAŁ PIĄTY.

Wczesnem ranem, nazajutrz, 1. lipca wyruszył pułk z Ludwinowa. Również miała opuścić Ludwinów Brygada i posunąć sie naprzód. Moskale cofnęli swoje pozycye. Przy deszczu roszącym zdążały oddziały rozmiękłemi polnemi drogami w kierunku naprzód południowym, później znagła wschodnim. Przed południem stanął pułk w Kazimierzowie, wsi niedużej, na płaskowyżu ładnie położonej. Tu naznaczone kwatery. Komenda pułku zajęła izbę w domu schludnym, murowanym, jakoby sołtysim.

~~~~~~~~~~~~~~

Gospodyni domu, która warzyła mleko na blasze, gdyśmy weszli, na propozycyę, by nam je odstąpiła, odrzekła, krasząc uśmiechem odmowę: — To dla babuśki. Ale mogę panom zwarzyć jeszcze. Poniosła garnek przez sień do drugiej izby. Rozumieliśmy, że ta »babuśka« to najważniejsza tu osoba w domu, ważniejsza od wszystkich sztabów. Rozgościliśmy się w izbie. Naniesiono słomy żytniej, roztoczono pod ścianami — miejsca było dość, mimo, że piec duży zajął cały kąt. Izba obszerna o trzech oknach — ławy, stół, stołki — ściany i sufit bielone. W jakiś czas później (mleko, drugi raz warzone, dostaliśmy), gdy każdy oddał się zajęciu swemu lub wypoczynkowi, drzwi z sieni ustąpiły, weszła kobieta stareńka, smietnia może, chuda jak skrzydełko. Weszła, stanęła, wsparta na koszturku i wzrokiem dziwnym potoczyła wokoło po izbie. Co było w tym wzroku? Przychodził jakby z dala, z innego świata. Rozświetlał się powoli świadomością zobaczonych rzeczy, i stanęło w nim zdumienie. Słoma na ziemi, nieład — jacyś skądś nieznani ludzie siedzą, leżą na ziemi na słomie — w tej izbie, której ona była przez lata jedyną władną gazdynią. Co to takiego? Poruszyła bezdźwięcznie ustami. jakieś słowa, sobie samej rzeczone. I wyszła. — jak widmo. To ta »babuśka«, dla której mleko gospodyni warzyła, gdyśmy weszli. Wytrąciła i ją wojna z normalnego trybu życia, rzuciła w niedogodę. Kąta swojego spokojnego niema — ktoś wchodzi w jej prawa — jakieś się rzeczy dzieją, których nie może zrozumieć.

~~~~~~~~~~~~~~

Rozpogodziło się. Bój armat się wzmógł. Pułkownik z adjutantem pojechał ku pozycyi. Z otwartej przed wsią płaskowyżnej przestrzeni obserwujemy ruchy rezerw wśród zbóż na opodalnym zboczu wyniesienia, (linie pierwsze zachylenie skrywa) przemykanie różańcem miedzami kawaleryjskich oddziałów i groźną czynność armat. Tuż pod grzbietem wzniesienia pod laskiem przyczaiła się ruchliwa baterya polna, sześć raz po razu dając w odstępach wystrzałów. Szukają jej szrapnele rosyjskie, co chwila wykwitają dymki rdzawe nad laskiem i pobok. Na dole, skryta za chałupą w osłonie drzew, pracuje ciężko baterya haubic. Błyski uprzednie wybuchów zdradzają tylko oczom źródło grzmotu. Nie widząc skutków tych niszczących działań, mogło się odnieść wrażenie, że się jest w obliczu manewrów. Lecz i skutki dość rychło dały się nam widzieć. Przejeżdżają wozy z rannymi — sznur długi. We wsi w dole mieści się stacya opatrunkowa. Stamtąd odwożą ich dalej, na tyły. Na jednym z wozów znajduje się ranny legionista z naszego pułku. Skąd? jak? co? Gromada otoczyła wóz. Dowiadujemy się, że siedmiu ich, nie mogąc się doczekać walki, gorącością porwanych, wymknęło się nocy ubiegłej na linię, i z tych oto ten ranny, kilku poległo. Po południu przeprowadzają kolo nas partyę jeńców z 750 ludzi. Warto przytoczyć okoliczności, w jakich tych jeńców dostano, a jakie nam odprowadzający ich landszturmiści 2 pułku 40 (rzeszowskiego) z tryumfem opowiadają. Stali owi Rzeszowiacy, jako rezerwa, w lesie. Oficerowie poszli na obiad do wsi. Im się poczęło przyłożyć. Tedy przyszło im na myśl, że tam za górą pod lasem stoi tren rosyjski. Dobrać się do tego trenu, oplaciłoby się. Zanim oficerowie powrócą z obiadu, oni już mogą być z powrotem na stanowiskach. Nie długo radząc, bo przeciwników tej myśli nie było, pod dowództwem podoficera ruszyli. I bylaby się im sztuka udała. Gdy niespodzianie naszli rosyjskie rezerwy. Zgniewani, rzucili się na nie i prawie bez walki pojmali. Ale o trenie już gadki nie było — przestrzeżony strzałami, nie czekał. Wracali z jeńcami, już nie kołując, lecz na wprost brzegiem lasu. Na grzbiecie trafili akurat na skrzydło pozycyi rosyjskich, o las się opierające. Wywiązała się bitwa krótka. Moskale, z tyłu napadnięci, bronili się mimo to zaciekle. »Twarde to chłopy przy bitce. Taki oficer od maszynowego karabinu... Ja go kolbą po łbie, a ten nic, ino strzela... taki zbój« — opowiada nam, zgorszony takim oporem Rzeszowiak. Dobrali jeszcze jeńca i do wsi na dół przywiedli: razem 750 ludzi, oficerów kilku i karabin maszynowy. Tymczasem, zanim ich oficerowie obiad jedli. Nie wiedziala Komenda, czy ich sądzić, czy im ma dziękować. Dostali naganę za to, że bez rozkazu poszli, a pochwałę, że jeńców przyprowadzili. »Wyprawa jednak nie udała się: do trenu nie dotarli«. Popołudnie wśród zajęć obozowych przeszło. rozmieściły się wygodnie, po chatach i stodołach, w nadziei dłuższego poatoju. Komenda pułku zaprosiła dowódzców batalionowych z adjutantami ich na kolacyę, podaną w sporządzonej prowizorycznie altanie. Jakiś oficer Polak z sąsiadujących austryackich oddziałów przyniósł krakowskiej kiełbasy, likieru — więc uczta. Humory niemal weselne. Kazano grać orkiestrze pułkowej, która dżwiękami zapełniła wieś, ściągając gromady żołnierskie na plac koncertowy. W przerwach wesole pogwary, śpiewy, beztroski nastrój. »Jak na majówce« — mówią chłopcy. Naraz — depesza. Alarm. Pułk dostaje rozkaz udania się na pozycyę. Niezwłocznie zarządzony wymarsz.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…