Read here

Ulana

Józef Ignacy Kraszewski · 1855 · Free in the US

53,747 words · about 3 h 46 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1855 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Ulana&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Józef Ignacy Kraszewski
Language
Polish
Published
1855
Length
53,747 words · about 3 h 46 min
Sections
19 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (19)
  1. Front matter under 1 min
  2. I about 11 min
  3. II about 3 min
  4. III about 9 min
  5. IV about 3 min
  6. V about 3 min
  7. VI about 7 min
  8. VII about 7 min
  9. VIII about 13 min
  10. IX about 7 min
  11. X about 6 min
  12. XI about 8 min
  13. XII about 8 min
  14. XIII about 7 min
  15. XIV about 11 min
  16. XV about 6 min
  17. XVI about 4 min
  18. Przedmowa autora about 1 min
  19. całość about 1 h 53 min

Continue:

Front matter

ULANA.

POWIEŚĆ POLESKA

PRZEZ

I

I.

Jeśli jaki kraj cichy, jeśli jaki spokojny, to Polesie nasze. Kiedy przez którą wieś gościniec pocztowy albo trakt kupiecki nie przechodzi, to prócz pospolitego odgłosu wsi, który jest jakby jéj oddechem, nic nie słychać obcego, nic nie widać cudzego. Wszystkie świty jednakowo siwe, wszystkie chustki jednakowo białe, i sosny jednakowo zielone i chaty jednakowo nizkie i nieforemne, i ten sam zawsze dym czarny ponad ich dymnikami się wzbija. Jednakże jak dwóch liści jednakowych na krzaku, tak dwóch wiosek zupełnie jednakowych w Polesiu nie znajdziesz; tam cerkiew wyższa z ciemnemi galeryami dokoła, tam las gęstszy, tam chat więcéj: wszystkie podobne jak siostry rodzone, a dwóch nie ma jednakowych zupełnie, jak dwóch ludzkich twarzy. Spojrzyj ponad to jeziorko, co ciche i spokojne położyło się u stóp wzgórza, zajętego przez dwór pański: jestto jedna z najpiękniejszych wiosek wołyńskiego Polesia, co go otacza. Gdy zjedziesz z pagórka, po którym droga się wije, widzisz przed sobą wieś rozsypaną nad brzegiem jeziora; za niém dwór bieleje, a od przyjazdu twego trzykopulna cerkiew stara, na wzgórku stojąc, pogląda na okolice. Droga idzie spadzisto ponad jeziorkiem aż do karczmy, która wieś rozpoczyna. W oddaleniu naokoło jednaki las sosnowy, mniéj więcéj zniszczony, niższy lub wyższy, ogradzający każdy widok na Polesiu; piasek, błoto kępiaste przez które sączy się rzeczułka okryta trzcinami, a nad tém niebo pochmurne. Przez wieś ciągnie się błotnista ulica, gdzieniegdzie przedzielona dróżką od chaty do gumna, paździerzem lub wiórami i trzaskami wysłaną. Otaczają ulicę naprzemian chaty, chlewy, gumna całe i pozawalane, zwieszone, w węgłach rozparte, z słupami pochylonemi, z dachami zapadłemi, lub zaczynające się dopiéro klecić; między niemi kawałki tynu (płotu z dębowych szczepów), i starego ogrodzenia z kołków i chrustu. Tu i owdzie z zagrody blada jarzębina wychyla się na ulicę, stara grusza wygląda, lub długi żuraw od studni kołysze się powolnie nad głową przechodnia. Z przodu chat nizkich, pokrytych nie szczelnie czarnemi już od dymu dranicami, zaledwie do krokwi przymocowanemi, widzisz tylko pod okapem wystającym niewygodną przyźbę, często z położonéj pod ścianą odartéj z kory kłody składającą się; nizkie drzwi od dziedzińca, zniżone jeszcze wysokim progiem, nie dopuszczającym wejścia do sieni blizko stojącéj kałuży; małe okienka, z umyślnych szyb okrągłych zielonych, do dna butelek podobnych, złożone. Rzadko nieforemne szybki bielsze z cienkiego szkła pospolitego, kupione z gotowém oknem na jarmarku, zastępują pospolite, krągło-szybowe okienko. Nad okopconym dachem wysokim, wznosi się dymnik drewniany, czarny od dymu, w kształcie trąby lub czworogrannego słupa. W zimie, a często i innych por roku, niedość dymnika na wypuszczenie dymu zebranego pod dachem chaty: ciśnie się on wszystkiemi szczelinami, oknami, drzwiami, ścianami i dachem tak, że się zdaje, jakby chata wewnątrz płonęła i za chwilę płomień się miał ukazać. W takiéjto atmosferze smolnych, gęstych, sosnowych drew wyziewów, pary i swądu, całe swe życie przepędza Poleszuk. Środek chaty, tego samego ubóstwa czy niedbalstwa dowodzi: sień błotnista zwyczajnie, po któréj świnie się przechadzają, zarzucona grabiami, przygotowaném na zimę łuczywem, drwami olchowemi, drabinami i ułamkami soch i bron popsutych; z niéj wejście do jedynéj izby z piecem i ławami naokoło, ciemnéj, małéj, dymnéj, bez podłogi. W środku stół jeden, dzieża, matka chlebodajna; w rogu izby na ławie pod świętym obrazkiem, czasem jeszcze kołyska dziécięcia i krosna tkackie. Nic zbytkowego, nic nad najpiérwsze potrzeby życia, wspomnienia, żadnego uczucia przywiązanego do przedmiotu nie znajdziesz. Jestto jeszcze stan wpół dzikiego ludu, nie myślącego o niczém, nad zaspokojenie piérwszych swych potrzeb zwierzęcych. Zaledwie dziecinne młynki na rowach, i ogródki pod chatami, w których złoci się nogietek, kwitnie czasem malwa i mak czerwony jaśnieje, dowodzą, że i tu dzieciom młodym wolno się czasem pobawić. Niedługo jednak i dziécię zaczynając od pastuszkowania i niańczenia młodszego rodzeństwa, wchodzi w żywot pracy, rzuca swoje zabawki nazawsze, a dziéwczę wyszedłszy za mąż, nie myśli sadzić kwiatków, ni stroić się w kwiatki. O! jak lżéj, swobodniéj nad jeziorkiem, niż w téj chacie smutnéj i brudnéj. Na wzgórzu masz dom dziedzica, który wiankiem otoczyły topole przeglądające się w wodzie; ostawiony śpichlerzami, gumnami, stértami i stogami siana. Wśród drzew widać tam i gołębnik, i żuraw studni, i próżnujący wiatrak z tyłu na pagórku, któremu wiatr lasy kradną: to téż większą część roku spoczywa. Daléj na drugim brzegu wyniosłym jeziora, cerkiew czarna, mała, stara: krzyż koło niéj i dzwonnica; milcząca cerkiew, któréj jeszcze życie wraca, kiedy się pieśnią jéj ściany rozlegą, dzwony uderzą, lud ją przepełni. Od niedzieli do niedzieli milcząca, głucha, patrzy na wioskę, jak staruszka na dzieci, co się grzebią w piasku. W oddaleniu na żółtem polu, wśród zagonów chłopskich jest cmentarz wiejski pogarbiony mogiłami, nad któremi stoją czarne krzyże podwójne, potrójne, od drobnych, które nastąpisz nogą, do wysokich jak sosny: proste i malowane, z męką i bez męki. Nad wszystkie wyżéj wyniósł się krzyż Semena Bartnika, pokryty zielonym daszkiem; syn mu go postawił: wziął po nim sto barci, więc było z czego! Teraz pytaj, jak ci ludzie żyją, którzy w tych chatach mieszkają, w téj cerkwi się modlą, na tym leżą cmentarzu. Życie to smutne, a jednak nawyknieniem lekkie, byleby Bóg rodził, byleby ich zbyt obfity ryb połów głodem nie straszył, bo wierzą w przysłowie: kiedy się ryba łowi, żyto się nie rodzi. Łatwo wytłumaczyć tę przypowiastkę: ryby najlepiéj się łowią, gdy wiele wody, a nizkim gruntom Polesia zalewy grożą nieurodzajem. Zapomnieliśmy jeszcze jednéj z najważniejszych we wsi budowli, któréj w opisie ominąć niepodobna. Widzieliśmy już dwór, który dla kmiecia reprezentuje władzę i zwierzchność, cerkiew, skarbnicę niebieskich przyszłego żywota nadziei: zostaje karczma, miejsce uciechy codziennéj. Wszystkim tym trzem wkoło siebie ustawionym ogniskom, wieśniak musi dać z siebie życie, musi odpracować, odpłacić za opiekę panu, za nadzieję księdzu, za uciechy arendarzowi; wszyscy trzej żyją z niego, ale i on bez nich żyćby nie potrafił. Pokażcie mi wieś bez dworu, cerkwi i karczmy? — będzieto chyba biedna jakaś sierota, mająca gdzieś nieopodal opiekunów. Jeszczeż obejdzie się bez dworu łatwo, jako tako bez cerkwi (bo są miejsca, gdzie o milę chodzą się modlić i grzebać umarłych); ale gdzież jest wieś bez karczmy? Byłobyto stworzenie bez serca. Karczma bowiem jest miejscem schadzki, rady i wesela: w niéj się wszystko zawiązuje i rozwiązuje, w niéj żal jeden drugiemu wylewa, w niéj się kłócą i biją, i swarzą i godzą, i kochają! Karczma, to serce wsi, tak jak cerkiew jéj głową, a żołądkiem jéj dwór; ręce i nogi tego ciała, to chaty wieśniacze. W téj długiéj walącéj się budowie, w któréj razem mieszka żyd z familią, bydło, kozy, gęsi i kury przez ścianę tylko od niego, a czasem nawet w jednéj izbie; jest główne miejsce schadzki i rady, dzisiejsze horodyszcze wieśniaków. Nad jéj dachem wznosi się arystokratyczny biały komin, okna ma podobne chłopskim, ale znacznie większe; u okien okiennice, u drzwi czasem żelazne klamki, jeśli nie pierwotne zasuwki drewniane. Piérwsza izba, prócz łóżka żydowskiego (które w każdéj izbie być musi) ma stół szynkowny, szafę szynkowną z odmalowanemi na niéj kwartami i wieńcami z obwarzanków; piec z przypieckiem i komin szeroki, na którym i w lecie palić się musi dla Poleszuka; wiadro z wodą, bezpłatnym napojem podróżnych bez grosza, trochę bachurów, błota wiele smrodu. W drugiéj izbie może być zabita koza, baran lub cielę, pełen kąt kartofli, dziesięcioro przykazań w kącie, znowu kilka łóżek z wysłanemi betami, ławka, stolik. Jeszcze tu gęściejsza ludność, jeszcze dziwniejsze (jeśli być mogą) wyziewy. Otóż karczma poleska — serce wsi. Tu to zobaczysz starców wlokących się, żeby zalać w głowie resztę rozumu i pamięci; kobiéty oszarpane i brudne niosące krupy, jaja, kury, często ostatnie berdo z warsztatu, za kwartę wódki; dziéwczęta pijące dziesięcią łykami jeden kieliszek, chłopców zziębłych, zasługujących się pani arendarce za kropelkę tego czarownego napoju. O! ileż tu scen, których połowa ludzi, że są nizko, nie widzi, druga połowa nie sądzi godnemi bliższego przypatrzenia się i zajęcia. Ile tu ciekawych rozmów obija się o te brudne ściany, ile kłótni, ile powiastek! I nikt nie patrzy, i nikt ich nie słucha; a przecie i to są ludzie. Tu najszczerzéj w nich może odkrywa się niczém nieskrępowana natura ludzka, nagi człowiek jak wyszedł z rąk bożych, którego tylko trochę udawania nauczyli panowie, a trochę wiary duchowni. Ale czas zajrzéć do dworu i wyjść z karczmy. Pan téj wioski, sam jeden, nieżonaty, niedawno powrócił z miasta; młody jeszcze, głowa zapalona, serce wrzące. Wszystko złe, jakie kiedy książki przewracając głowę zrobić mogły, na nim zrobiły. Tadeusz Mrozoczyński nie skończywszy nauk za życia rodziców, poczciwéj szlachty; odumarły sierotą, resztę szkół i uniwersytetu odbył sam, swobodny, w mieście. Szczęściem czy nieszczęściem dla niego, nie wpadł on w towarzystwo młodzieży zupełnie zepsutéj, lecz obłąkanéj; z tego obcowania z nią, z ulubionych ksiąg, dostał zawrotu poetycznego i jakiegoś przekonania, że aby być wielkim człowiekiem, dosyć jest prawie być wielkim dziwakiem. Co téż za dziwactwa dokazywał w mieście i czego sobie nie pozwalał, opisać, wypowiedziéć trudno. Nie uznając za obowiązujące żadnych przyjętych prawideł towarzyskiego życia, żadnych względów nie mając na ludzi i opinią, robił to tylko, co mu się podobało: często szlachetnie, a po większéj części tylko nierozważnie postępując sobie. Byłto młody chłopiec bez rozwagi, bez uczucia potrzeby hamulca, brnący wpław wszystkiego, za uczuciami, namiętnością; walczący z mu się światem, nie zrażony długo przeciwnościami, śmiesznością własną — niczém. Jątrzyło go wszystko, ale nic nie wstrzymywało. Nareszcie, w skutek wypadku, z którego wyszedł haniebnie oszukany, gdyż chciano skorzystać z jego prostoty, szlachetności i ślepoty dobrowolnéj, a przypadek ledwie go od nieszczęścia ocalił; Tadeusz zbrzydził sobie świat, zasmakował w myśli samotnego, pustelniczego życia, wyjechał na wieś do swego jeziora, i tu przedsięwziął czytać tylko, dumać, i tak całe spędzić życie. Łatwo było przewidziéć, że to nagłe, namiętne, nierozważne postanowienie, jedna chwila zburzyć mogła, a rok ciężarem swym przełamać musiał; lecz jemu się zdawało, że w tém życiu wytrwa, że je poślubi nazawsze. Dziwna rzecz, jak człowiek we wszystkiém co czyni na przekor naturze swojéj, zawsze chce sobie wiekuistość budować; nie mogąc ręczyć za jutro, przysięga do śmierci, i sto razy zawiedziony, poczyna setne piérwsze doświadczenie od nieopatrznych zobowiązań na wieki! Cieszył się Tadeusz tą myślą życia, powiedziawszy sobie, że nie ma przyjaciół, że nie ma krewnych, że nie ma żadnych związków na świecie, że jest sam jeden, wziął los swój na ramiona, przesadzając go, i nie chciał już znać i widziéć nikogo, żyć z nikim; i nad swojém jeziorem, wśród niedostępnych błot i lasów, ze strzelbą, wyżłem i książką, myślał wiek cały przepędzić. Dom jak zastał po rodzicach, tak religijnie zachował: nic w nim nie ruszył, nie zmienił; a choć widział piękniejsze, choć mógł miéć wygodniejszy, cenił w nim ostatnią, żywą pamiątkę tych, co go jedni prawdziwie kochali, a których już na świecie nie było. Wybrał sobie jeden pokoik na rogu, do tamtych tylko jak w gościnę uczęszczając. Widok opuszczonych mieszkań, z których zda się wczoraj dopiéro życie uciekło, mieszkańcy wyszli jakby na długą przechadzkę, był smutny, ale dziwnie przejmujący. W pokoju matki, na kominie szedł codziennie nakręcany zegar, śpiewały stare kanarki, leżała pończocha niedokończona, poduszka pod nogi, książka otwarta na loretańskiéj litanii, założonéj wstążeczką. Łóżko nawet pod czerwonym pawilonem, posłane stało, i klucze od komodek i kantorka wisiały na ćwieczku, wbitym przed ćwierć wiekiem. W pokoju ojca tenże porządek: — strzelba na haku, torby i trąbki, kalendarz na sznurku, wyschły kałamarz na stoliku, na którym leżał zegarek kieszonkowy z pieczątką herbowną, woreczek zielony od pieniędzy, i tabakierka z konchy. Olchowe drewka niedopalone na kominku, i zapas ich w skrzyni. Na pułeczce świéca, siarniczki i fidibusy do fajek, postrzyżone z listów. Daléj szafa z odzieniem, łóżko z obrazkiem Matki Boskiéj Częstochowskiéj; w głowach gromnica, któréj już użył ten, co na niém sypiał. A wszystko jakby wczoraj opuszczone, jakby tylko co porzucone jeszcze. Co chwila spodziewać się było można usłyszéć głos zmarłych, zobaczyć ich wchodzących: żyli tu jeszcze w czci, jaką im syn oddawał. Nie każdy byłby mógł sam jeden, w obec tak rozdzierającéj, tak dojmującéj pamiątki zmarłych, wytrzymać, wyżyć i patrzéć na nią bez strachu lub boleści niepokonanéj: potrafił to Tadeusz, i jemu lubo było cieniami rodziców zaludniać te puste pokoje, w których tylko matczyne świergotały kanarki i stary zegar zdał się szeptać ciągle:

Wieczne odpocznienie.

On nic nie ruszył z miejsca, nic nie dozwolił przestawić: szanował nawet węgle w kominku ojca i popiół z ostatniéj przez niego wytrząśnionéj fajki i próbkę pszenicy rozsypaną na oknie, którą tylko myszom jeść było wolno. Takie samotne, pustelnicze życie pana Tadeusza trwało już miesiąc czy dwa podobno: i to wiele, bardzo wiele! Książki, polowanie, przechadzka, dumanie, zajmowały czas cały; czuł się spokojniejszym jeśli nie szczęśliwszym, a choć czasem poziewał, choć codzień śniło mu się wrzące miasto, i turkot powozów, i łoskot muzyki i gwary ludu; gdy się obudził przy szumie jeziora, przy odgłosie dzwonu cerkiewnego, czuł, że mu tu lepiéj było, i doznawał jakby słodkiego napojenia dokonaną zemstą, mówiąc: — Obejdę się bez świata i ludzi. Jeden tylko sługa dość niezgrabny, lecz milczący, bo p. Tadeusz ze sługami rozmowy nie lubił, cały dwór jego składał. Ekonom, kucharz, szafarka, rzadko mu się pokazywali; dawał rozkazy, patrzał czy je spełniono, lecz się do nich więcéj nad konieczną potrzebę nie odzywał. Często Jakób, służący, nosił tylko rozkazy, i Jakób był téż ważną figurą we dworze, bo on jeden do pana przystępował: byłto jakby piérwszy minister. W pokoju Tadeusza było łóżko ciasne i twarde, stolik z książkami, na ścianie strzelby i torby, pies przed zawsze zapalonym kominem grzejący się, szafka zamknięta u drzwi: oto cały sprzęt jego. Strój składał się z tych fantazyjnych części ubrania, które opiérają się modzie i rozkazów jéj nie słyszą: kurta szara, czamarka czarna, lisiurka zielona, czapka z baranem, kapelusz słomiany, i twarde rękawice łosiowe. Niedawno piérwszy strojniś w mieście, na wsi przyjął ten rodzaj stroju powszechnego, który go nie odróżniał od innych, a uwalniał od myślenia o najgłupszéj ze wszystkich reguł towarzyskiego życia — o modzie, skomponowanéj dla próżniaków. Całkiem pustelnik, wyrzekłszy się świata, bo nawet do najbliższego nie jeździł miasteczka, chciał żyć sobie tylko, nie zważając na nic i nikogo, i całym dniem rozporządał jak chciał, jak zamyślił. Nie miał interesów żadnych, nic mu nie przeszkadzało, i rad był swojéj swobodzie, przekładając ją nad życie miejskie, a w duchu obiecując sobie, że do niego już nigdy a nigdy nie wróci. — Czyż jeszcze niedość znam ludzi? — mówił do siebie. — Czyż znowu cierpieniem miałbym nowe doświadczenia płacić? Na co! Czyż mi nie dość? Ilużto ludzi nie ma téj swobody, takiego kątka, takiego życia jak moje, niezawisłości mojéj. Ilużto jeszcze mogłoby mi zazdrościć? Na co mi świat, kiedy mi wystarcza Jakób, pies, strzelba i kilka ulubionych książek; kiedy mam las, wodę, ziemię, powietrze moje, kawałek mojego nieba; kiedy o nic nikogo nie proszę i nie mam natrętów, i jestem tak dobrze, tak spokojnie sam jeden! I tak życia łódkę do brzegu dobić można, nie szukając szérszego morza i burzy. To mówiąc zawsze jednak wzdychał Tadeusz, jakby żałował, że mu się przeszłość nie udała, jakby czegoś więcéj wymagał jeszcze od życia, jakby roił nadzieję, do których sam sobie nie chciał się przyznać. Sam żal przeszłości, samo do niéj odzywanie się, malowało stan jego duszy nieukołysanéj jeszcze, niespokojnéj, wyglądającéj wynagrodzenia za boleść doznaną, tak jak zwykle po każdéj człowiek od losu wymaga zapłaty. Jest w nas przeczucie szczęścia: zranione serce czuje, że mu się coś za jego bliznę należy, ale ślepo szuka nagrody na pobojowisku, gdzie bój panuje tylko ze śmiercią i zniszczeniem.

II

II.

Bardzo rano po wczorajszém polowaniu obudził się pan Tadeusz, ale od dziewiątéj wieczornéj, do trzeciéj rano dosyć wypoczął; już się téż na dzień zbierało i przez okno słychać było świergotanie ptasząt koło domu w porzeczkach i leszczynie. Skrzypiał jeszcze żuraw studni, co głosem swym Tadeusza zbudził. On porwał się z łóżka, przetarł oczy i poprawiwszy na kominie wygasły ogień, usiadł do herbaty, przygotowanéj już przez Jakóba, sposobiąc się wyjść znowu ze strzelbą, sam jeden jak zawsze. Zadumany, myślący, chodził po izdebce swojéj; bo co ranka tak, nim się przejął nowém swojém życiem, wstawał ze snu, świeżo upojony marzeniami przeszłości, które mu się całą noc roiły, które potém opędzać musiał jak muchę natrętną. O! przeszłość zerwana, niedokończona, kamieniem cięży na sercu. Wstawszy od herbaty, wdział prędko swój ubiór myśliwski i nie czekając wschodu słońca i ciepła, wybiegł na brzeg jeziora drożyną do lasu wiodącą. Byłto piękny, cudowny ranek wiosenny; piękny jak dziécię co się rumiane budzi w kołysce uśmiechem, pokropiony rosą perlistą, wonny, smętny, a tak spokojny! Nad jeziorem unosiła się mgła lekka kołysząca z wiatrem, pachniały kwitnące czeremchy, śpiewały słowiki, a na wschodzie czerwieniało niebo, tam, gdzie za chwilę słońce się miało urodzić. Przed nim wiła się piasczysta drożyna, przez pola do lasu wiodąca. Za nim został dwór, jezioro, wioska; przed nim rozwijał się czarny, szumiący poważnie bór sosnowy. Tadeusz się i głowę spuścił, i szedł tak dość długo, aż pies jego wierny towarzysz zaszczekał, a ktoś krzyknął bojaźliwie. Tadeusz obejrzał się, — i zobaczył prostą wsi swojéj kobiétę: boso, w siwéj świtce, w białéj chustce na głowie, idącą zapewne do lasu po wiosenne grzyby, bo na plecach niosła krubkę na czerwonym zawieszoną pasie. Spojrzał i mimowolnie zatrzymał na niéj oczy, bo było coś tak wdzięcznego na jéj twarzy, w jéj postawie, a nawet prostym ale zręcznym ruchu, iż nie mógł pojąć, jakim sposobem tak piękna kobiéta była tylko prostą wieśniaczką. Patrzał i patrzał myśląc, że to był chyba ktoś przebrany. Twarz tak biała, usta tak świéże, włosy tak gładko uczesane pod białą chustką, ruch tak zręczny. Zkądże to na wsi, w Polesiu! Spojrzał na kosy chcąc wiedziéć czy była zamężną i nie postrzegł ich. Miała więc męża! Tadeusz zbliżył się do niéj i uporczywie na nią spoglądał; ona się rumieniła i szła ciągle z rękoma w kieszeniach świty, z głową spuszczoną, jakby się wstydziła, że była tak piękną. Nie było uśmiechu na jéj twarzy, jaki u prostych kobiét przybywa na usta, gdy są rade spojrzeniu i pochwałom. Spuszczała głowę, niespokojna i zarumieniona. — A z witki ty? (A zkąd ty?) — spytał Tadeusz. — Z seła (z wioski). — Z Ozera? — Z Jeziora, — odpowiedziała po polsku. — Umiész po polsku? — A cóż? (zwyczajna odpowiedź w Polesiu, zamiast prostego, tak) umiem. — Gdzieżeś się nauczyła? — We dworze. — Gdzież byłaś we dworze? — Tu, u państwa. — Jak się nazywasz? — Ulana. — A twój mąż? — Oxen Honczar. Wszystko to mówiła Ulana cicho i niezrozumiale, oglądając się wkoło i przyspieszając kroku coraz bardziéj. Ale Tadeusz nadto był zdziwiony tą niebieską twarzą anioła w szacie tak lichéj, żeby jéj się dozwolił przegonić. Spojrzał na nogi: nóżki miała małe, ale zbłocone i czarne; wyjęła rękę z kieszeni poprawując włosy, i ręka była mała, różowa, a jak na prostą kobietę, niepojęta. Twarz czasem się trafia, ale ręka? ręka, co jest wyłączną ozdobą tych, co nic nie robią i mają ją tylko piękną, zdaje się na to, aby nią się chwalić; ręka była cudem! Już Tadeuszowi brakło zapytań; jéj serce biło i lice się paliło i tak uciekała, że nakoniec musiał ją porzucić, ale jeszcze szedł zdaleka. — Dokąd idziesz? — W las za grzybami.... Tadeusz odwrócił się drożyną w drugą stronę i poszedł zamyślony. W jego głowie to objawienie się tak pięknéj kobiéty, wywołało tysiąc wspomnień, tysiąc bolesnych pamiątek. O! mówił do siebie oglądając się na bielejącą świtkę Ulany w oddaleniu — jestto zaniedbany piękny kwiat wśród chwastów; kwiat, który od wielu naszych oranżeryjnych byłby piękniéjszy, gdyby tylko na grządce ogrodu zszedł był, a nie w lesie. I nie Oxen Honczar, ale ilużto lepszych od niego, umiejących kochać, kochaliby ją. Jakżeby z nią ktoś mógł być szczęśliwym! Bo te oczy nie kłamią, jest w niéj dusza, ale ta dusza spi i spać będzie całe życie. O! byłby z nią szczęśliwy, powtórzył. I nie jeden! dodał zaraz z szyderskim uśmiechem. Nie jeden: dwóch razem, może pięciu, dziesięciu z kolei! Te ostatnie słowa tak dziwaczne, przywołały na usta jego wspomnienia dawnéj miłości, w któréj dziejach nie on sam, nie on jeden był tylko — podobno aż dwóch naraz szczęśliwych! Wspomnienie jeszcze go gryzło. Tadeusz spuścił głowę smutnie i poszedł w las z myślami.

III

III.

W kilka dni potém, wszyscy byli na polu, a Tadeusz przeciw zwyczajowi swemu kierował się ulicą ku wsi wiodącą, do chaty garncarza. Po co? — sam nie wiedział; a kiedy się sam zbadał i uczuł dlaczego to robi: śmiał się z siebie. Szedł jednak jak zwierzę ciągnione na powrozie. Jak często w jednym człowieku jest wyraźnie dwóch ludzi? Zimny tylko jednym rozumem i głową rządzący się, nie czuje nigdy rozdwojenia w duszy. Dla innych, jest ono cierpieniem nieznośném. Często śmieje się jeden z płaczu drugiego, wyszydza jego czynności, grozi przyszłością, i wśród najżywszéj rozkoszy wskazuje chmury rodzące się na niebie, rozbija rozkosz analizując ją, obnażając ją niedowiarstwem swojém. Zimnyto rozum, co jak strażnik siedzi wysoko, patrzy pod nogi, i ostrzega i szydzi. Rzadko człowiek mu posłuszny i mści się rozum na nim szyderstwy, mści się wyrzutami późniejszemi. Im go mniéj słuchają, tém ostrzéj dojada, tém boleśniéj kąsa, tém więcéj szydzi. O! to męczarnia! Serce leci do świata, człowiek wyciąga ręce, czuje się już szczęśliwym, chwyta swoje szczęście, a ten głos okropny Cassandry, którą w łonie swém nosi, krzyczy mu nad głową nieustannie: zobaczysz jutro to twoje szczęście! Albo: przypatrz się coś otrzymał! — I naówczas człek patrzy, zaczyna nie wierzyć, przestaje być szczęśliwym. Ten głos ducha zawsze się przeciwi woli człowieka, zawsze z groźbami staje wpoprzek jego drogi. Niestety! on zawsze prorokiem zniszczenia i prawdziwym prorokiem! A człowiek opuszcza głowę, zamyka oczy, dogadza namiętności i nie otwiera powiek, aż zbudzony szatańskim śmiechem tryumfującego rozumu. Rozumto, czy jak chcesz go nazwiesz, nieznośny, uparty, nieubłagany. Głos jego nieustannie obija ci się o uszy i nie daje spokoju; zagłuszyć go niepodobna: on z tobą wszędzie, jak twoje sumienie, on jest częścią ciebie, ale częścią oderwaną, niezależną, co plwa ci w oczy, tarzając się z tobą w błocie, a nie zwala się; co szydzi z twoich rozkoszy, wyśmiewa płoche zamiary, zuchwałe plany wskazuje rozbite na ziemi. Któż z was nie zna tego towarzysza nieodstępnego, tego węża, co opasawszy ciebie, ssie z twéj piersi spokojność, i czarną przyszłością jeszcze nim przyszła straszy, ściérając z brzegów osłodzonéj czary życia odrobinę miodu, co przepaści goryczy nagradza??? Któż z was nie zna tego nieznośnego natręta, przed którym nawet w głębinach własnego serca skryć się nie można? Nie uciec od niego, nie przypochlebić mu się; a nieznośny przekora im go chciał ująć, tém ostrzéj ci jeszcze dogryza. Właśnie Tadeusz walczył z tym wrogiem. Dwóch ludzi w nim mówiło: jeden zimny, rozsądny, szyderski; drugi nieopatrzny, namiętny i dziecinny. I piérwszy nielitościwie wyśmiewał drugiego, męczył go, upokarzał; a drugi jakby nie słyszał, jakby nie czuł, jakby nie rozumiał. — Cóżto? pokochałeś garncarzychę, prostą wieśniaczkę? — mówił szyderca. — Szkarada! Zgorszenie! Wstyd! Będzieszże śmiał, potrafiszże, odważyszże się, wiész co to wiedzie za sobą? Na to wszystko Tadeusz nic nie odpowiadał. Szedł, słuchał i milczał. W istocie coś się z nim działo niepojętego. Zaszła jakaś odmiana. W nocy, nie miasto ze swym gwarem, nie las z kołyszącemi się sosny i wonnemi brzozy, ale piękne oczy garncarzychy mu się śniły; a temi oczyma patrzyła na niego z tysiącem obietnic i rozkoszną jakąś tęsknicą. A! ta co go zdradziła! Zawsze ta jeszcze, taż sama!! I widział ją i widział inną, dwie w

a gdy się obudził i wyszedł w las, na pole, niespokojny obracał się, szukał oczyma, czy gdzie nie ujrzy znowu Ulany.

Posłuszny gwałtownéj żądzy zobaczenia oczu téj kobiéty, szedł ku chacie garncarzychy. We wsi cicho było, tylko się dzieci na ulicy bawiły: staruszka niosła kaszląc wiadro wody i co chwila spoczywała, maleńkie dziéwczątka w jednych koszulkach, śpiewając, tańcowały po błocie przed chatami, pobrawszy się za ręce korowodem. Wszedłszy w wieś, zbliżywszy się ku chacie, Tadeusz się wstrzymał i zawstydził sam siebie. — Szalony! — zakrzyczał mu ten drugi ja, co nigdy nic nie robi, a nieustannie z wszystkich czynności człowieczych się śmieje. — Po co idziesz? co myślisz? A pokorne drugie ja, wykłamując się ze swéj czynności, któréj rzucić nie chciało, mówiło: — Dajże mi pokój, jéj pewnie nie ma w chacie, ona być musi w polu. Na to szyderca paplał do ucha niezmordowany: — A jeźli ona w domu, a ty do niéj wejdziesz, wszyscy o tém będą wiedzieli; ją mąż obije, choćby nie było za co. A tobie będzież ci z tém lepiéj? swobodniéj, weseléj? Pomoże ci to? — Wstąpim napić się wody — powiedział drugi ja pocichu. — Cóż w tém doprawdy złego? Nawet bardzo mi się pić chce, tak gorąco! Już stał przy nizkich drzwiach chaty, poruszył skoblem — wszedł. A szyderca zaśmiał się sowim głosem i zawołał: — O! ślicznie! prześlicznie! wybornie! idźże prędzéj po zawód nowy i nowe cierpienie. Ulana była w domu, stała w sieni około drobiu coś robiąc. Postrzegłszy pana, zaczerwieniła się, pobladła i osłupiała z podziwienia i przestrachu. Trzeba albowiem wiedzieć, że Tadeusz nigdy po wsi nie chodził, nigdy w chatach nie bywał. Biédna kobiéta to zrozumiała wszystko, zadrżała i milcząc czekała co jéj powié. — Dajcie mi wody Ulano — rzekł zcicha Tadeusz przestępując próg. Pobiegła prędko garncarzycha do wiadra do piérwszéj izby i cała jeszcze zaczerwieniona i drżąca, wyniosła kubek z wodą. Tadeusz pijąc ją niby patrzał, ale pił powoli, a patrzał ciągle. Ulana zakrywała się ocierając fartuchem twarz i nie wiedziała co począć. Dworscy tak ją przyzwyczaili do grubiańskich zalotów, od których się bronić było potrzeba pięścią i kułakiem jak od wilka; że nakoniec widząc zimne na pozór lice pana, nieruchomą jego postawę, zaczynała wątpić o tém, co wprzód jéj na myśl przyszło. — Cóż tu robicie sama? — spytał po chwilce. — A cóż? zwyczajnie w domu znajdzie się robota. — Wszyscy w polu? To pytanie znowu nastraszyło kobiétę i milczała, ale jakby za odpowiedź dały się słyszéć głosy dziécięce z ulicy. — Możeś mi nie rada w chacie? — O! i bardzo — odpowiedziała z przymusem i zimno, ociérając znowu twarz fartuchem — ale chata uboga, czémże przyjąć pana? — Bogata, kiedyś ty gospodynią, moja piękna Ulano — rzekł pomieszany i niewiele wiedząc co mówi Tadeusz. — Albożto bogactwo! — odpowiedziała garncarzycha wzdychając. — Wszyscy kochają. — Tém gorzéj. — Dlaczego? — Czyżto pan nie wié? Jak ludzie kochają, to mąż nie kocha, a jak mąż nie kocha, nie ma zgody w domu: płacz tylko i biéda — gorzéj głodu. — A mąż bardzo cię kocha? — Ja nie wiem, musi kochać. — Stary on, czy młody, bo wy czasem za młodszych od siebie mężów idziécie! — O! mój stary! — Jakto! stary? Któż ci kazał iść za niego. — Zwyczajnie: ja z ubogiéj chaty, on bohatér. — Biédna! — rzekł zcicha Tadeusz. — Taka piękna! — Czyżto na długo! — pogardliwie szepnęła kobiéta. We wszystkich jéj odpowiedziach był jakiś smutek, który równie jak niepokój w jéj głosie i w postawie się malował. Tadeusz trzymał kubek w ręku jeszcze, jakby na wymówkę swéj przedłużonéj w chacie bytności: nie śmiał wychodzić. Siła wzroku téj kobiéty, wzroku, który w sobie miał coś niepojęcie uroczego, wzroku, co od niéj saméj był piękniejszy, trzymała go przykutym u drzwi. — I nie wiész nawet, czy cię twój mąż kocha? — powtórzył Tadeusz. Kobiéta spojrzała, milczała. — Musi mnie kochać — odpowiedziała po chwili — bo bardzo zazdrosny. Wieleżto razy za to, że ze mną dworski który pożartował, wybił. — Jakto? wybił! — zawołał Tadeusz zdziwiony — śmiał ciebie uderzyć? — Cóż to dziwnego? albożto ja nie jego żona? — Prawda! lecz cóż ty temu winna, żeś piękna i wszyscy to widzą. — Ja temu nie winna, ale ja za to pokutuję. O! i wieleżto razy modliłam się do Boga i Matki Boskiéj, żeby mię od ludzkich napaści uwolnił! — I nie lubisz kiedy cię kto pokocha? — Na co się to zdało! I jeszcze mąż bije za to! A gdyby i nie bił, co to ich za kochanie! Na ten wykrzyknik zcicha, dziwnym jakimś głosem, z westchnieniem wyrzeczony, zadrzał p. Tadeusz i oczy na nią zwrócił. — Jakto? a jakież inne wiész kochanie? — O! wiem — odpowiedziała spuszczając oczy kobiéta — słyszałam o niém będąc we dworze; nieraz słyszałam jak mówili i widziałam jak kochali po pańsku! O! to, to nie tak jak dworacy i my! Tamto pańskie kochanie bardzo jakieś piękne, trochę smutne, a choć smutne to miłe. I kończy się, mówią, zawsze niewesoło. Tak ludzie mi we dworze powiadali. — Prawda, prawda, to co innego; nie wasze, nie chłopskie zaloty Ulano — odrzekł Tadeusz — ale u was na wsi, kiedy mąż wybije, matka połaje, kobiéta zapłacze, a chłopiec się upije, to i po wszystkiém. Tam na tém nie koniec: za tém pańskiém kochaniem idzie choroba, i śmierć często idzie. Kobiéta nic nie powiedziała, ale kryjąc jakieś uczucie widoczne na twarzy, czy może, odwróciła się do kur, a Tadeusz wyjść musiał. Wyszedłszy uczuł jak go wstyd ogarniał, razem z blaskiem słonecznym dnia i świeżém powietrzem. Wspomniał z czém wchodził do chaty, a z czém wychodził z niéj. A serce mu biło, a twarz pałała: i wszystko dla jednéj prostéj kobiéty, dla wieśniaczki, dla Honczarychy! — I ona — mówił do siebie — wié, że jest jakieś insze kochanie, że jest jakieś lepsze szczęście, warte ofiar; że na tymże świecie Bożym, na którym ona pędzi szare godziny między kolébką dziecka, stodołą i chlewem, jest insze życie uczucia: życie serca, obłąkania i szczęścia. Biédna Ulana, na cóż jéj było do dworu zaglądać i bajek słuchać, i bajkom wierzyć. Bajkito pańskie, trucizna!! Nie lepiéjże dla niéj byłoby jak inne, zostać szczęśliwą, zepsutą; zepsutą, jak jéj siostry, niż biédną i czystą, jak niewielka liczba wybranych męczenników, których między jéj równemi nie znaleźć. Terazby się pocieszała z jakim dworakiem, nie dbając o męża, nie czując téj za drugiém jakiémś kochaniem; nie byłoby jéj nudno w chacie! Aleto dzieciństwo! dzieciństwo! marzenie! dziwactwo! Chytrato dworka i nic więcéj zapewne! Cha, cha! i mnie na chwilę podeszła. Filut baba ze swoją rozprawą o kochaniu: musiała go probować! Tak myśląc, szedł p. Tadeusz brzegiem jeziora ku domowi, ze spuszczoną głową; niekiedy poglądał na dwór samotny, cichy, jak było jego nowe życie; to znów na wieś i na czarną cerkiew starą, a w głowie jego zwieszonéj jakby ciężała, plątały się dumania wieczorne i niespokojne pytanie przyszłości o jutro. Bo każdy człowiek ma trzy życia w sobie: jedno, po którém płacze; drugie, w którém żyje i stęka; trzecie, którego się spodziewa. Temi trzema żywotami w pełni dopiéro żyje człowiek; z tych trojga zwija się wieniec jeden, a gdzie brak z nich jednego, tam srogie miejsce jego zastępuje cierpienie: i zarówno płakać przeszłości, i tęskno się do niéj odzywać, boléć na ciężar teraźniejszości i spoglądać w przyszłość jaśniejszą potrzebujemy wszyscy. Tego trzeciego brakło w téj chwili Tadeuszowi, i dlatego tak dumał smutnie. Jedna kobiéta, jedno wejrzenie, słowo, już mu obrzydziły to życie, które przed kilką dniami jeszcze za najspokojniejsze, najszczęśliwsze uważał. Jedna kobiéta, i jakaż kobiéta? A wieczór zstępował na ziemię cichy, spokojny, wiejski; słońce czerwieniało za lasem sosnowym, bydło wracało z pola i samo szło z spuszczonemi głowy do swoich obór i chlewów, skakały kozy, których tyle Poleszucy trzymają; niewiele owiec z długą wełną na cienkich nóżkach, biegły becząc ku chatom, leciały dzikie kaczki nad jeziorem, wiatr podnosił jego fale i rozbijał je o brzeg nad drogą, dając im głos jakiś niezrozumiały, a drażniący jak wszystkie dźwięki otaczającéj nas natury. W tém widoku tak pospolitym, tak codziennym, był jakiś urok tęskny, było życie; lecz życie, którego widok nie wystarcza cokolwiek szerszemu sercu: może zbyt ciche, może zbyt bez celu. Tadeusz patrzał, widział to, co go otaczało pięknem, a razem coś tak smutnego biło w jego sercu, że się zatrzymał i usiadł czując potrzebę smutku, potrzebę tęsknoty. Cały ten ruch wieczorny wsi przeszedł drugim brzegiem jeziora naprzeciw niego, i posunął się mimo karczmy do sioła. On siedział i patrzał, a mimowolnie oczy jego zwracały się na chatę Ulany, z któréj dymnika czarny, smolny dym się unosi. Słychać tam było w téj stronie z rykiem bydła pomieszane głosy wracających z pola, i dzieci witających matki, i śmiechy! Są jednak szczęśliwi w tém życiu, pomyślał: — może prędzéj i mniejszym kosztem niż w inném. Chléb dla nich wszystkiém, a dzięki Bogu, nie są głodni i nie będą. Jakiś szelest dał się słyszéć za nim, ktoś przeszedł mimo. Jakby naumyślnie na rozdrażnienie go, byłato Ulana. Tadeusz powstał, chciał ją zatrzymać. Ona biegła z wiadrem wody, spojrzała, uśmiechnęła się i uciekła. Nie chciał jéj gonić, bo z drogi widać ich było, mógłby był kto zobaczyć: a mąż! Wówczas byłoby piekło w chacie. Wstydząc się i sam sobie różnego rodzaju robiąc wyrzuty, Tadeusz wrócił do dworu. Nikt na niego nie uważał, nikt do niego nie przemówił: poszedł i zamknął się w swoim pokoju.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…