Front matter
Powieść dla młodzieży
PRZEZ
arolinę zaniawską.
całość
Powieść dla młodzieży
PRZEZ
arolinę zaniawską.
Zalecona do druku na konkursie „Przyjaciela Dzieci” w roku 1894.
Nakładem księgarni G. .
Marszałkowska 143.
—
1896.
Дозволено Цензурою.
Варшава, 12 Іюня 1895 года.
Warszawa. W Drukarni A. Ginsa. Nowozielna № 47.
I.
Odjazd matki.
ch! droga mateczko, i pocóż ja mam zostać sama w tym nudnym starym domu? — mówiła duża, najmniej czternastoletnia dziewczynka, siadając na kolanach matki, niby małe dziecko. — Powiedz tylko, a w trzy minuty się wybiorę i pojedziemy razem. — Bezwątpienia, że wybrać się możesz, ale, Naciu, do Warszawy powołują mnie interesa, muszę dużo chodzić po mieście, siedziałabyś w hotelu, a tam z pewnością dużo nudniej. — Mateczko, najdroższa mateczko, ja tu bez ciebie nie wytrzymam — prosi dziewczynka, obejmując szyję młodej jeszcze i przystojnej kobiety, która mięknie widać pod wpływem pieszczot i waha się potrosze. Wyjęła elegancki notes, przegląda go z uwagą i zapisuje kilka cyfr, podnosi oczy na córkę, to znowu zagłębia się w liczeniu. Oczy te piękne i duże są u matki i córki jednakowe prawie, tylko pierwsze jaśnieją bardzo łagodnem spojrzeniem, w drugich strzeliła błyskawica gniewu. Strzeliła, lecz zgasła natychmiast; dziewczynka, zapanowawszy nad sobą, raz jeszcze do matki z prośbą się zwraca. — Jedno słówko, mamo, a za chwilę będę gotowa. Młoda kobieta zamknęła książeczkę i rzekła tonem stanowczym. — Nie, Naciu, mimo najszczerszej chęci zabrać cię nie mogę. — Umrę tu z nudów! — Masz lekcye z panną Julią, masz ogród, fortepian, książki, wreszcie Manię. — Panna Borejkówna woli gęsi i prosięta, niż moje towarzystwo. — Uprzedziłaś się do niej. Dziewczyna dobra, a przytem rozsądna. Nacia odwraca się do okna z dąsem na twarzy i stałaby tam Bóg wie jak długo, lecz podano kolacyę. Krzywiąc się niemiłosiernie, spałaszowała talerz kluseczek na mleku, później mięsa kawałek, do herbaty moc sucharków, a wszystko z miną istoty srodze pokrzywdzonej. Panna Julia, osoba już niemłoda, lecz bardzo sympatycznej powierzchowności, zwracała się kilkakrotnie do niej, pragnąc zawiązać rozmowę, Nacia jednak nie odpowiadała wcale. Turkot na dziedzińcu przerwał niemiłą ciszę, a po chwili przed gankiem stanął powóz zaprzężony w cztery dzielne rasowe konie. Jednocześnie Nacia wybiegła z pokoju. Ignacy, lokaj, zabrał walizę, służba rzuciła się do rąk pani, by ją pożegnać w niewyszukanych, lecz serdecznych słowach: niech Bóg prowadzi! Ubrana już zupełnie i do drogi gotowa, rozejrzała się po pokoju. — Gdzie Nacia? — Gdzie Nacia? — powtórzyła panna Julia — doprawdy nie wiem. — Przed chwilą widziałem panienkę — zawołał Ignacy. Janowa, stara niańka, pobiegła na ogród i między kwiatami, oraz w krzakach agrestu, zaczęła szukać panienki, jak gdyby kapryśnica była jeszcze maleństwem, pielęgnowanem przez nią od rana do nocy. Dawne to już lata, a Janowej się zdaje, że dopiero z rąk spuściła paniuńcię, drepczącą po dywanie różowemi nóżkami i zajętą łamaniem zabawek. Babina biegnie przez ogród, schyla się od czasu do czasu w krzakach bzu i jaśminu, poszukuje zguby, później wpadła w lipową aleję, wytkniętą prosto jak strzelił, bo tam na samym końcu mignęła jej przed chwilą różowa sukienka. Zmęczyła się bardzo, na twarz zoraną wystąpiły krople potu, rozczerwieniona, ledwie dysząc, spotyka się oko w oko z Magdą, której kaftanik w błąd ją wprowadził. — Co ty tu robisz dziewko? — pyta, aby cośkolwiek powiedzieć. — Wracałam ze wsi od matki — tłomaczy się Magda, kraśniejąc jak piwonia, a że tędy bliżej, wlazłam bez płot i lecę, bo nasza pani ma zaraz wyjechać. — Czy tylko nie kłamiesz? — Jako żywo, święta prawda! Myślicie, że byłam w karczmie? Nie postałam tam nogą od niedzieli. — Może spotkałaś panienkę? — Naszą pannę ze dworu? Alboż ona kiedy chodzi po chałupach? Co innego wielmożna pani, niech jej Matka Najświętsza da długie życie, ale panienka.... — Milcz! zawołała Janowa — i biegaj duchem do kuchni. Magda ruszyła kłusem, bijąc czerwonemi piętami o twardy żwirek ogrodu, a stara niańka idzie dalej. — Pewno, mówi sama do siebie, pewno aniołek modli się pod figurą o dobrą drogę dla matki. Ani chybił, toć ona! Zbliżywszy się jednak, spotyka gromadkę wiejskich dzieciaków, które przyszły ubrać kwiatami i liśćmi białą statuę Rodzicielki Bożej. Najstarsza dziewczyna musiała pewno przenieść tutaj czworo małych bębnów i całe pęki modraku, z którego wiją teraz wieńce. U stóp dziewczyny roczny dzieciak gramoli się po ziemi, chciałby usiąść, lecz o własnej mocy zrobić tego nie może i przewraca się raz po raz nosem do ziemi. — Naści Antek, rzecze starszy chłopiec, gdy maleństwo skrzywiło buzię do płaczu i wtyka mu w rękę olbrzymi kawał chleba, sam zaś ujrzawszy Janową, kryje się za siostrę. — Może stara obije!? — szepcze wylękniony. — O Jezu, po co Hanka bez płot nas przeniosła! woła czarne sześcioletnie dziewczątko. Janowa nie myśli dzieciom zrobić krzywdy, lecz najdobrotliwiej głaszcze Jagusię, która wygląda w tej chwili, jak gdyby wielki ciężar spadł jej z serca. — Słuchajcie — rzecze — dawno panienka tędy przechodziła? — Myśmy nie widzieli — odpowiadają chórem. Obszedłszy cały ogród, babina wolniejszym krokiem powraca do dworu i na ganku spostrzega zgubę. — A to się nachodziłam, serduszko ty moje! woła uradowana. Szukałam niby szpilki! oczyska nie dowidzą, to trzeba nogami dokładać. Ujrzawszy panią Brzozowiecką obok Natalki, babina cofa się z uszanowaniem. Rozprawiają coś bardzo seryo. — Ach mamo, jęczy Nacia, ty nie wiesz, jak tu mi będzie źle. Mam tylko ciebie, gdy odjeżdżasz, zostanę samą. Nikt tu o mnie nie dba, nikt mnie nie kocha. — Co za niesprawiedliwość! Wszyscy cię kochają, tylko ty im odpłacaj miłością, a będziesz najszczęśliwszą w świecie. — Kochać sługi i chłopów! Mamusia odemnie tyle wymaga.... — Ludzi wszystkich bez wyjątku, a najprzód tych, których masz blisko siebie. Co zaś tyczy się domu. — Obrzydł mi!... Ach, jak nudno siedzieć całe życie w tych samych ścianach! Zazdroszczę mieszkańcom miast, którzy się przeprowadzają, naturalnie dla rozmaitości. — Nie miły ci ten dom?.... a wiesz, że gdy po śmierci rodziców ja wychodziłam za twego ojca, padłam do nóg bratu, by wziął dwa razy tyle ziemi, ile mu z działu wypada, a mnie oddał Zabory. Nie dla wartości folwarku, ani porządnie prowadzonego gospodarstwa, lecz ponieważ nie byłam w stanie opuścić starej siedziby, która była kolebką moich najdroższych. Przez ośm pokoleń Zaborowscy tu przebywali, w dziewiątem prawo miecza ustąpiło wobec miłości braterskiej. Adaś moją prośbę uwzględnił.... Dziś dla mnie to nie jest dom, córko, lecz świątynia pamiątek. Pokochaj ją i naucz się szanować. — Szanować, mamo? — W pokoju błękitnym przyszli na świat twoi dziadowie, w bibliotece, która jest twoją szkołą, prababka Honorata żegnała i błogosławiła trzech synów na drogę, z której już nigdy nie mieli powrócić pod dach rodzinny, a zostało jej tylko jedno, roczne niemowlę. — Odjechali na zawsze? — Tak.... Uniosła ich burza, niby liście pędzące w świat na falach. — Trzech odrazu? — Tak dziecię. Bawialnia znowu przyjmowała na dwie doby każdą trumnę. — Straszno tam.... — Nie straszno wśród drogich.... Miło nawet, że otaczają nas ich cienie. W wielkiej sali odbywały się wesela i przedślubne błogosławieństwa. W stołowym po raz pierwszy ujrzałam twego ojca, a pokój chiński był świadkiem naszej najsłodszej rozmowy. Zrozumiej, że urągając temu gniazdu, sprawiasz mi przykrość. — Ja tego wszystkiego nie pojmuję. — Może.... skoro powiadasz, ale jak dziecię uczy się na pamięć katechizmu, którego treść z czasem dopiero będzie dlań jasną, i ty się ucz, byś pamiętała. W tej chwili na ganek wyszła panna Juka. — Spóźni się pani — rzekła — ciemno już. — Nic nie szkodzi, gdybym się spóźniła, lecz jestem pewną, że tak nie będzie. Błażej umie trafić na czas, a pośpieszył dziś trochę zanadto. Daj buziaka, Naciu, jeszcze, jeszcze, bądź zdrowa i.... lepsza. W twoim wieku trzeba już nad sobą panować potroszę, niedługo przestaniesz być dzieckiem — piętnasty roczek od miesiąca zaczęty. — Blisko od dwóch, mamo! — Tem bardziej.
II.
Burza.
ziewczynka obudziła się nazajutrz bardzo wcześnie. Zamiast, jak to było jej zwyczajem, ziewać, mrużyć oczy wyspane już doskonale i nie chcące się przymykać, wstała raźno, pobiegła do okna i otworzyła je razem z okiennicą. Potoki światła zalały sypialnię — ogród kąpał się jeszcze w kroplach rosy, które migotały na słońcu, gwar ptasząt walczył o pierwszeństwo z gdakaniem kur na dziedzińcu, gruchaniem gołębi i przenikliwym krzykiem pawia. Nacia nie rozumiała zupełnie przyjemności, jaką daje oczom i płucom piękny letni ranek. Bo i co tu pięknego, co osobliwego? Jak zapamięta, zawsze kwitły w swoim czasie jaśminy i rozwijały się róże, z których najpiękniejszą odrazu umiała wynaleść, powąchawszy oskubać i rzucić na ziemię. Wszak to dla niej!.... Dla niej też wartko za ogrodem płynąca rzeka ma w lecie kąpiel świeżą i czystą, dla niej las woń żywicy roznosi. Nacia w modrych falach się pluszcze i żywiczny zapach w siebie wciąga, nie zastanawiając się nawet, że to wszystko jest wielką rozkoszą i cudownym darem Stwórcy. Czy wogóle nie potrafi ona myśleć? Bynajmniej! tylko hojność darów, jakiemi ją Bóg obsypał, szczęście, w jakiem wzrosła, zepsuło ją trochę. Chciałaby może jeszcze gwiazdki z nieba, to co posiada wydaje jej się za mało warte. Z cudów poranku najczęściej nie korzysta — lubi długo sypiać, dziś zerwała się wyjątkowo, ponieważ zastąpi mamę w gospodarstwie. Dopilnuje wszystkiego, w każdy kąt zajrzy, musi być tu i tam jednocześnie. Brak wprawy! bagatela! nie święci garnki lepią, a wreszcie trzeba przecież kiedyś zacząć. Piętnasty rok! to już panna — wszyscy słuchać jej muszą — wykrzyczy też sługi przy najpierwszej sposobności. Trzeba się odpowiednio ubrać, ale jak? Różowa sukienka będzie może za strojna! Batyścik? właśnie dobrze, bo lekki, jasny, nie znać na nim kurzu. Tak rozmyślając, przygładziła trochę włosy, bo nie ma czasu na rozplatanie warkocza i ubrała się z pośpiechem. Mając już wyjść przez okno, dla oszczędzenia drogi a zapewne i czasu, wróciła leciutko na palcach. — Muszę zobaczyć, czy moja Gderalska śpi, rzekła sama do siebie i zbliżywszy się do sąsiedniego pokoju, zajrzała przez szparę drzwi niedomkniętych. Śpi — to dobrze, ma dosyć czasu się wyspać, zanim ja gruntownie wszystkiego dopilnuję. W chwilę później wyskoczyła na ogród i obszedłszy gazon, połyskujący brylantami rosy, skierowała się w stronę folwarku. Przy furtce, wiodącej na dziedziniec, powitał ją ukłonem ogrodnik, zajęty przy warzywie, którego pełny wózek, ciągniony przez kuca, wyruszał właśnie na targ. Ciemną zieleń ogórków urozmaicała różowa marchewka, żółtawe pietruszki i pęki krwistych buraczków; koszyk z cukrowym grochem trząsł się w podskokach, gdy wjechano na kamienie, drugi zaś, przedstawiający poezyę przy tej prozie, pysznił się masą bukietów, z których układania ogrodnik słynął w miasteczku. Kucyk do biegu naganiać się nie dawał, lecz przyspieszał kroku. Niedługo też zniknął wraz z wózkiem na skręcie drogi, tylko tuman kurzu unosił się jeszcze przez chwilę. Droga ta znośna, chociaż piaszczysta, wiodła w stronę lasu. Ujęta dwoma szeregami drzew, sadzonych przez dziadka Naci, zamiłowanego w ogrodnictwie, była podczas upału prawdziwą oazą dla jadących i pieszych, bo niedość, że osłaniał ją cień drzew, mocno już rozgałęzionych, ale i soczystym ich owocem pożywić się mógł każdy, ile zechciał. Ogrodnik miał o tych drzewach staranie, a lud wiejski otaczał je opieką, niby wspólną własność. Zdawien dawna wszyscy przywykli ich pilnować, nie było wypadku, by kto postrącał niedojrzały owoc, lub nadłamał gałęzie. Najlichsza dziczka ma mniej zabezpieczoną całość swoich cierpkich płodów, niż te drzewa, sadzone przez nieboszczyka pana na publicznej drodze. Szanowano je niby drogą pamiątkę, których po starym „jegomości“ pełno było przecież wszędzie: w kościele, w ogrodzeniu cmentarza, budynku szkolnym i różnych ulepszeniach. Rwąca się do zwiedzenia obór, chlewów i kurników, Nacia jak gdyby zapomniała zupełnie o celu wycieczki. Wzrok jej szedł za śladem kół wózka, zamiast w stronę folwarku. Machinalnie, czy też powziąwszy odrazu jaki zamiar, zwróciła się na drogę, wiodącą do miasteczka. Wózek już zniknął za najbliższem wzgórzem, tylko biedka żydowska toczyła się leniwie, napchana po sam wierzch różnemi towarami, w których gęś najgłośniejszą, chociaż może niegłówną grała rolę. Żydek drzemał, a koń, rad z cieniu, gdyż mimo wczesnej pory, upał już dokuczać zaczął, wlókł się noga za nogą. Świergot wróbli aż głuszył. Raczyły się wiśniami hałaśliwie, niby wielomówne kumoszki, ciesząc się, czy może sprzeczkę wiodąc między sobą. Nacia szła prosto przed siebie, a ponieważ słońce dogrzewało coraz mocniej, skręciła do lasu, którego ciemna wstęga zarysowała olbrzymie półkole. Zna tutaj każde drzewo; z zamkniętemi oczyma wskazać by też mogła, w której stronie znajduje się moc orzechów, gdzie na poczekaniu w jesieni wyrastają grzyby, gdzie obfitość poziomek, lub rydzów. Na samym krańcu stoi domek gajowego, dalej zaś ciągną się znaczne przestrzenie lasów książęcych. Ptaki leśne rozśpiewane, jak gdyby brały udział w wielkim koncercie, zagłuszały się wzajem, od czasu do czasu odezwała kukułka, dzięcioł obrabiał sosnę, moc wróbli świergotem napełniała powietrze. Wesołość ptasząt oddziaływała na Nacię coraz widoczniej; robiło jej się w duszy tak błogo i słodko, że rada była śpiewać z niemi i z motylkami się gonić! Biegnąc w podskokach, nuciła piosenkę, lub śmiała się sama do siebie. Coś zaszeleściło w krzakach.... To wiewiórka z drobnem potomstwem umykała do najbliższego drzewa. Nacia zaczęła je gonić — najmniejsza znalazła się już, już prawie w jej rękach, po rozpaczliwym jednak wysiłku dopadła sosny i oto spogląda z wysokości na swoją prześladowczynię. Rozśmieszona tym widokiem Nacia, podniosła z ziemi jakiś patyk, niby grożąc wiewiór- ce; zgrabne stworzonko uciekło jeszcze wyżej, aż pod sam wierzchołek i po gałęziach przemknęło na najbliższe drzewo, ztamtąd dalej i dalej, aż zmęczona dziewczynka dała pokój gonitwie. Pot kroplami zalewał jej czoło, upał nie łagodzony teraz najlżejszem tchnieniem wiatru, piekł bez litości. Jakiś niewidzialny ciężar siadał na piersiach i tłumił oddech — aż huczało w głowie. — Czas by do domu — pomyślała Nacia. Była też nie tylko zmęczoną, ale głodną. Bieganie po lesie obudziło szalony apetyt. — Odpocznę cokolwiek — rzekła w duchu, siadając pod drzewem. Ułożywszy się wygodnie, przymrużyła oczy od wielkiego blasku, który płynął z nieba na ziemię, złocąc mchy, paprocie i najmarniejsze badyle. — Jak tu dobrze — zawołała, kładąc rękę pod głowę, i uśmiech opromienił jej rysy. Zamiast piec się na słońcu, odpocznę chociaż z godzinę. Gderalska poczeka. Oczy w jeden punkt zapatrzone stawały się coraz mniejsze, ręka opadła bezwładnie. Cały szereg miłych obrazów układał się w jakąś olbrzymią panoramę. Rozumiała jeszcze, że to wszystko jest złudzeniem, radaby jednak w tej krainie czarów pozostać jak najdłużej. Mama nie jej zabrać, a ona widzi Warszawę i teatr — prześliczne kostyumy grających, ogród botaniczny, szerokie ulice i wspaniałe wystawy sklepów. Kąpie się w tym przepychu.... oglądając różne świecidła, wybiera z nich mnóstwo dla siebie. Nie wiadomo jakim sposobem znalazła się na balu, na prawdziwym balu, znanym jej tylko ze słyszenia. Co za ogromny salon, wspaniałe stroje dam, a muzyka!... Orkiestra różnych instrumentów. Zupełnie, jak opowiadają przyjaciółki, te starsze, którym już wolno nie nosić krótkich sukien. Mazur zabrzmiał, ktoś ją do tańca prosi.... nogi ma jednak dziwnie spętane, drepcą w miejscu, podczas gdy szereg par ją wyprzedził. Taki huczny mazur. Brzmi coraz głośniej! coraz potężniej, aż urwał się nagle po wspaniałym akordzie. Nacia w mgnieniu oka z miejsca powstała. Co to znaczy? Zciemniło się — las szumi drzewami — śpiewacy leśni umilkli, nigdzie ani śladu żywego stworzenia. Noc że to, czy nie noc i czemu ona tutaj się znajduje? Wtem zahuczało wśród olśniewających blasków, przed któremi dziewczynka aż zamknęła oczy. Burza!.... Niebo, czarne od chmur, stanęło teraz w ogniu krzyżujących się błyskawic, potem zro- biło się jeszcze ciemniejsze; wiatr wstrząsał konarami starych dębów i rwał z nich Ustki, jak gdyby w przystępie dzikiego gniewu. Młode drzewka gięły się kornie do ziemi, bijąc pokłony mocarzowi, którego tchnienie w jednej chwili mogło je zdruzgotać. — Przeczekam burzę przed drzewem, czy też lepiej, co siły popędzę do domu? rozmyślała Nacia, obudzona już kompletnie i zdająca sobie sprawę z położenia. Zeszłego roku dworski pastuch, schroniwszy się pod drzewo, zginął od pioruna — biedz prędko jest również niebezpiecznie. Próbowała jednak przyspieszyć kroku, lecz wiatr ją pchnął w stronę przeciwną. Zamiast iść na prawo, ulegając przemocy, zbacza co chwila i pędzi z zamkniętemi oczami, gdyż tumany piasku się zrywają. Zmęczona forsownym biegiem, Nacia, pomimo strachu, radaby usiąść, bo już jej sił zabrakło — ledwie to pomyślała, jak gdyby się otwarły upusty niebieskie, deszcz lunął strumieniem. Sukienka przemokła i przyległa do ciała — pantofelki stały się ciężkie — wody w nich pełno. Gdzie się ukryć przed ulewą? Niby cudowne zjawisko, zamajaczyła w oddali jakaś półrozwalona chatka, ledwie widoczna wśród ulewy. Zbierając siły, Nacia biegnie ku niej i drżącemi ustami szepcze modlitwę. Stanęła nareszcie u progu, ciężka od wody. Nie objęły ją tam wszakże gościnne ramiona, ani zajaśniał ogień tak potrzebny dla zziębniętej — chata była pusta, tylko garść barłogu pod oknem świadczyła, że mieszkali tu niegdyś ludzie, a wyszczerbiony garnek dopełniał świadectwa. Lecz na kominie ognia ani śladu, nigdzie też kawałka drzewa nie widać. Uradowana w pierwszej chwili możnością schronienia się przed deszczem, dziewczynka rozejrzawszy się po chacie, załamała dłonie. — Ach! jak zimno! jęknęła, drżąc, i osunęła się na podłogę wyczerpana zupełnie. W oczach zrobiło jej się ciemno, głowę zaległy dziwne szmery, niby echo burzy szalejącej tam za oknami, pośród huku i trzasku drzew. Straciła przytomność....
III.
Zmartwienie nauczycielki.
e dworze tymczasem zatrudnienia szły codziennym trybem. Ignacy zabrał się do sprzątania w pokojach, a Kabalska, stara klucznica, pilniej nawet niż zwykle pod obecność pani, krzątała się około gospodarstwa. Panna Julia, wstawszy rano, zdziwiła się trochę, że Nacia lubiąca długo sypiać, już ją wyprzedziła. Pewna, że za chwilę Nacia przyjdzie, panna Julia kazała podać śniadanie, a sama tymczasem usiadła do fortepianu. Przegrawszy jakąś etiudę na ogród okiem rzuciła, potem grała jeszcze, w końcu zaniepokojona pobiegła do ogrodu, ztamtąd na folwark, wypytując wszędzie o panienkę, której nikt nie widział od wczoraj. Ogrodnik, jedyny świadek wycieczki był dotąd na targu, a gdyby nawet wrócił, któżby pomyślał do niego się udawać z zapytaniem. Stara Janowa i Kabalska biegały po wszystkich kątach. Ignacy rzucił robotę i z polecenia nauczycielki chodził już i do kaplicy przydrożnej i sprawdził, czy łódka na stawie u brzegu się znajduje, był nawet w inspektach i do suszarni zaglądał. — A może biedactwo z tęsknoty za panią ukryło się gdzie w krzakach i płacze — powtarzała od czasu do czasu Janowa. — Głodna całkiem! lamentowała klucznica. — A głodna.... potwierdził Ignacy, sprzątając ze stołu trzykrotnie odgrzewaną czekoladę. — Jeszcze tam gdzie zamrze! jęknęła Kabalska. Panna Julia zdecydowała się wysłać ludzi do najbliższej stacyi kolejowej. Wczorajsze nalegania i uparta chęć wyjazdu kazały przypuszczać, że Nacia podążyła za matką. Miała zawsze trochę własnych pieniędzy, któremi wolno jej było rozporządzać, gdyż pani Brzozowiecka chciała tym sposobem dostarczyć córce okazyi wspomagania biednych, lecz fundusze te rzadko bywały nadwerężane. We wsi, cieszącej się opieką dworu panowała względna zamożność — gdy kto podupadł, dźwignięty w porę, stawał na nogi, ściśle też biorąc, brakło tam obrazów nędzy, któreby poruszyły samolubne serduszko. Ale trafiały się przecież wypadki pożaru, klęski, powodzie; w takich razach, nie zastanawiając się, ale też i nie odczuwając, Nacia czerpała ze swojej kassy. Gdy wspomożeni padali do nóg dziedziczce, z sercem wezbranem wdzięcznością za każdy uśmiech, za przychylne słowo, ofiara panienki była przyjmowaną z zakłopotaniem. Chłodna wyniosłość Naci mroziła dusze nieszczęśliwych — przyjmowali datek — i ucałowawszy jej rękę, wysuwali się z pokoju. Ponieważ od dłuższego czasu Nacia nie znalazła tak widocznej sposobności przyjścia z pomocą biednym, sakiewka, zasilana stale przez mamę, mogła dostarczyć pieniędzy na awanturniczy wyjazd. Przypuszczenie miało wszystkie cechy prawdopodobieństwa, osłabiał je tylko wniosek, że zamiast iść do kolei pieszo, mogła zażądać koni. Tymczasem, nikogo ze służby nie brakowało i konie znajdowały się w komplecie. Wróciwszy z miasta, ogrodnik przyniósł jak codzień koszyk owoców do kredensu i już miał się oddalić, gdy spostrzegł przez okno zapłakaną nauczycielkę. — Czego ta panna desperuje? rzekł do Ignacego. Ja gdybym tyle po łacinie umiał, poszedłbym na księdza, a ta cierpi Boży dopust i tylko płacze. Ignacy oburknął go z gniewem. — Cierpi! — zawołał. Komuż tu u nas tak źle, żeby miał cierpieć? — Toż chyba nie ze śmiania oczy jej podpuchły. Zresztą ja w ogrodzie często widzę, jak lamentuje. Nasza panienka potrafi dokuczyć. Ignacy na ogrodnika się porwał. — Wara! zawołał — wara od panienki. Bóg wie, czy ją kiedy zobaczymy. — A coż się stało? — Zginęła. — Żarty was się trzymają! zawołał ogrodnik. — Żarty!.. wybuchnął lokaj prawie z płaczem. Może się utopiła, może cygani ją porwali. Nikt nawet nie wie, gdzie szukać. — Ja wiem! zawołał tryumfująco ogrodnik. Ja panienkę widziałem. Na to oświadczenie wpadła do kredensu Janowa i z wielkiej radości aż złożyła ręce. — Mów, Tomaszku, mów, królu, prędko! powtarzała, uśmiechając się przez łzy. — Widziałem panienkę o piątej rano. Huk gromu wstrząsnął ścianami — zrobiło się ciemno jak w nocy — Janowa blada ze strachu na kolana upadła. — O święty Antoni, miej nas i ją w opiece! wołała nawpół przytomna. — Ratuj nas Jezu! powtarzali wszyscy razem. Gdy się uspokojono, Tomasz uzupełnił zeznanie i powtórzył je w obecności nauczycielki. Panienka nie poszła na kolej, gdyż widział ją na drodze do Kleczewa. Pomimo burzy szalejącej już teraz na dobre, otucha wstąpiła w zmartwioną pannę Julię. Wie chociaż, gdzie zwrócić poszukiwania, które bez straty czasu rozpoczęto. Zaprzężono do powozu i wśród ulewy, błyskawic oraz grzmotów, nauczycielka puściła się w drogę ze starą niańką. Po parogodzinnem błądzeniu bez celu ściśle określonego, wróciły obie — Naci nie było. Zrozpaczone kobiety odchodziły od przytomności, gdy im jeszcze Kabalska krzyknęła na powitanie: — Pewno biedaczkę piorun zabił! — nie oponowały wcale przeciw temu przypuszczeniu. — Może zabity mój kwiatuszek! moje maleństwo! łkała Janowa. — Na cóż ci zeszło, biedne chudziątko! lamentowała Kabalska. — Nie czekał że cię los świetny przy takiej fortunie! może jaki hrabia! Byłabyś jeszcze większą panią od naszej dziedziczki! — A mało-ż ci to koni, wołów i owiec! mało stert na polu i stogów siana! mało lasu i łąk! w szafie sukienek i bielizny cieniutkiej i pończoszek z jedwabiu! zawodziła już na cały głos Janowa. — Nie doczekała nasza święta pani pociechy, ani wnuków kołysać nie będzie, bo tyś była u niej jedna jedności! skarżyła się w dalszym ciągu Kabalska. Zdenerwowana lamentem kobiet, panna Julia uciekła do swego pokoju szukać ratunku w modlitwie. Ignacy tymczasem pobiegł do rządcy, który przed chwilą z drugiego folwarku powrócił, i opowiedział co się stało. Pan Borejko zabrał fornali, oraz wyżlicę Dyanę i wyruszył natychmiast, żonę zaś posłał do dworu, by zaopiekowała się panną Julią. Mania, córka rządcy, panienka ledwie o pół roku starsza od Naci, ale nader poważna i taktowna towarzyszyła ojcu. Wizyta pani Borejkowej we dworze okazała się dobrodziejstwem — wszyscy bowiem potracili głowy. Kabalska i stara niańka, ochrypnąwszy od ciągłego gadania, siedziały w kącie — jedna pod oknem, druga pod piecem, a panna Julia z zapuchniętemi oczyma błąkała się po całym domu. Wejście pani Borejkowej powitano z radością. Nauczycielka padła jej na szyję, a klucznica i Janowa chciały znów rozpocząć lament. Energiczna kobieta przerwała go natychmiast. — Pani Kabalska zarządzi tam pewno jakie jedzenie — rzekła z uśmiechem, — byśmy tę figlarkę zaraz nakarmić mogły, jak tylko się zjawi, Janowę zaś poproszę o opiekę nad moim Kaziem, bo Nastka, rada że wyszłam, zbytkuje tam pewno w kuchni, zamiast siedzieć przy dziecku. Jak koń ukłuty ostrogą, klucznica z miejsca się porwała i do swoich zatrudnień pobiegła; Janowa też, ucałowawszy rękę pani Borejkowej, wyszła z pokoju. Panna Julia, wzmocniona energią litwinki, przestała płakać i wypiła nawet szklankę kawy, podaną w chwilę później przez chmurną nieco gospodynię.
IV.
W opuszczonej chatce.
rzmoty ucichły, burza jednak nie ustała zupełnie, lecz podążyła dalej, ciągnąc długim szlakiem; błyskawice zapalały się często w dwóch przeciwległych krańcach horyzontu, lekki wietrzyk poruszał gałązkami drzew. Nacia leżała dobrą godzinę w opuszczonej chatce przy smolarni. Szczególne osłabienie paraliżowało jej ruchy, nieprzytomna krótką tylko chwilę, wróciwszy do siebie, rada była powstać, lecz nie mogła. Jakiś ciężar do ziemi ją tłoczył. Gdy elektryczne błyski zaglądały do okna, przymykała źrenice, dopiero widząc, że burza się uspokaja, zaczęła swobodniej oddychać, nie powstała jednak z ziemi. Nagle drzwi skrzypnęły i jakiś wesoły głosik ożywił ściany izdebki. — Aha! widzicie, że tego pałacu nikt teraz nie zajmuje — możemy tutaj deszcz przeczekać. — Jest nawet ławka, a co ważniejsze komin! zawołano z — Felo bo zawsze do komina trafi. — Jak gdybyś wiedział! Napalę, będzie przynajmniej pewna rozmaitość. Pójdę szukać drzewa. — Ależ, waryacie, zmokniesz! Drzewo nie będzie się paliło. — Bajki, musi tu być komora, niepodobna, bym tam nie znalazł resztek półki, tapczanu albo stołków; połamię je i rozniecę ogień. Na drodze do komory potknął się o garnek i teraz dopiero spostrzegł leżącą dziewczynkę. — Nieba! zawołał — a to co znowu? Chodźcie, moi państwo, oddać pokłon księżniczce zaczarowanej. Prawdziwa śnieżka, królowa karłów. — Felo improwizuje! żartowano. — Znalazł księżniczkę w rozwalonej budzie! — Chodźcież, ja nie żartuję! Na garści słomy, w sukience mokrej i pomiętej, leżała dziewczynka, bladością ze znużenia i głodu podobna do zmarłej. Żyje wszakże, bo uniosła głowę i zamglonym wzrokiem rzuciwszy parę razy, przymknęła oczy. — Umiera! krzyknął Felo. — Ależ zmokła! nie ma na sobie suchej nitki. — Ognia co żywo! Nie mówiłem, że ogień potrzebny? Ruch powstał w chacie. Teraz już nie tylko sam Felicyan, ale szydzący przed chwilą towarzysz i dwie panienki — wszyscy do komina się porwali. Wkrótce ogień buchnął płomieniem i ożywił poczerniałe ściany izdebki. Nie pytając nawet z kim mają do czynienia, panny, wyprosiwszy za drzwi chłopców, rozebrały Nacię — jedna ofiarowała swój płaszczyk, druga pled na nogi, suknia zaś, spódniczki i pończochy rozwieszone na kiju przed kominem, mogły niedługo stać się zdatnemi do użytku. Otulona ciepłem ubraniem, Nacia zamiast się ożywić, pobladła bardziej, blizka zemdlenia. Panny potraciły głowy. Jedna łamała ręce, druga zaczęła płakać, gdy ukazał się Felo z olbrzymim dzbankiem gorącego mleka i glinianym garnuszkiem. Resztkami sił dziewczynka dłoń wyciągnęła. Wręczono jej garnuszek, napełniony po brzegi. Za chwilę był pusty. Nalano powtórnie mleka, Nacia wypiła z chciwością, aż pot wystąpił jej na czoło. — Jeszcze dziś nic nie jadłam — rzekła, posiliwszy się gorącym — Ach, jakie dobre, jakie smaczne! — Uratowaliście mnie jeżeli nie od śmierci, to od choroby, dziękuję, ach! dziękuję serdecznie. — Proszę o tem nie mówić — odezwała się starsza, jasna blondynka. — Cudownie się stało, żeśmy tutaj weszli, z namowy Gucia, naszego brata. Przy słowach siostry, młodzieniec wystąpił naprzód i zamaszyście się ukłonił. — Ma pani przed sobą — rzekł — Marcię i Gustawa Skrodzkich, kucharz zaś jest moim kolegą i przyjacielem, a zwie się — Felicyan Wolski. — Niedawno mieszkamy w tych stronach — dorzuciła ciemnowłosa Marta — gdyż ojciec dopiero przed trzema miesiącami objął leśnictwo u książąt. — A ja jestem Natalia Brzozowiecka, najbliższa sąsiadka, bo las nasz graniczy z książęcym. W jaki jednak sposób, zamiast wrócić do domu, przyszłam tutaj, nie wiem doprawdy. — W czasie takiej burzy, jak dzisiejsza, można stracić głowę — tłomaczył Gustaw. Zaturkotało przed chatą. Genia pobiegła do okna. — Gajowy przyjechał po nas — rzekła do Naci. — Zabierzemy panią, bo trzeba będzie wypocząć i chociaż na parę godzin pójść do łóżka, aby uniknąć choroby. — Nasza doktorka ma racyę! zawołał Gustaw. To profesor medycyny, przebrany za pannę. Nacia ani myślała się sprzeciwiać. Ubrano ją, tymczasem chłopcy poprawili siedzenia na długim drabiniastym wozie, przykrytym derkami z samodziału. Brak obuwia przedstawiał pewną trudność, pantofelki pokurczone i wykrzywione urągały swoim wyglądem kapryśnej panience. Probowała je wszakże włożyć na nogi. Ani sposób! — Proszę wziąć moje buciki — rzekła Marta i łącząc czyn ze słowem, zdjęła obuwie! — Ależ dziękuję, to niemożliwe! — Podziękujemy później — zadecydował Gucio i wziąwszy siostrę na ręce, wyniósł ją z chaty. Po chwili wóz ruszył i skierował się na drogę. Chłopcy zaczęli śpiewać, panienki zaś co chwila pytały Nacię. — Jakże pani się czuje? może źle siedzieć? — Pyszna kareta! chwalił Gustaw. Las po rzęsistej kąpieli przedstawiał cudowny widok. Zieloność odzyskała świeżą barwę, przybrudzoną paroma tygodniami suszy. Najdrobniejsza roślina podniosła główkę, bo deszcz ją pokrzepił i nowych sił dodał. Żywiczny aromat jodeł i świerków łączył się z ostrym zapachem macierzanki, powietrze było cudowne. Konie pędziły po równej drodze, wreszcie oczom Naci ukazał się z za drzew wysoki i duży dom z werendą, na której przygotowywano właśnie do jedzenia. Krępa jakaś dziewczyna wychyliła się z ganku. — Panienki i panicze jadą! — zawołała — uciekając do sieni, zkąd wyniosła za chwilę ogromny samowar. — Przybywamy w porę — rzekła Genia — dziś mój dzień, dalej do samowara! To powiedziawszy, ledwie wóz stanął, wyskoczyła i do zatrudnienia swojego pobiegła. Chłopcy zsadzili Nacię, a Marta pytała: — No cóż? dobrze było jechać? pewno panna Natalia z takiemi karetami wchodzi po raz pierwszy w bliższą poufałość. Na werendzie ukazała się pani domu, a za nią gospodarz. Gdy panny zaznajomiły rodziców ze swoim gościem, Genia, szepnąwszy coś do matki, zniknęła. Ledwie upłynął kwadrans, podano Naci porcyę pachnącego befsztyku, a obie siostry usługiwały jej na wyścigi. Gdy pożywiona doskonale, Nacia z dziewczętami do bażantarni się wybierała, pani Skrodzka zwróciła jej uwagę. — Może do Zaborów posłać umyślnego? tam pewno się martwią i szukają panny Natalii. — Eh! — odparła, machnąwszy ręką z — Mama przecież w Warszawie. — Ale chyba ktoś w domu został? — ciocia, kuzynka starsza.... — Tylko panna Julia. — A więc panna Julia.... — Nie jest naszą krewną. To nauczycielka. — Ach! żal mi jej bardzo! zawołała pani Skrodzka, a Nacia uczuła na twarzy rumieniec wstydu. Domyśliła się, że ganią jej postępowanie, to też choć o pannę Julię nie szło jej ani trochę, rzekła do pana Skrodzkiego: — Pragnęłabym wrócić do domu jak najprędzej. Może pan będzie łaskaw.... — Niech pani się uspokoi, przerwał Wolski. Pojadę konno. — A czy znasz drogę? zapytał Gustaw. — Dopłynąłem raz łódką pod sam ogród, a przeszłej niedzieli zwiedziłem psiarnię. — Ten wszędzie trafi, mruknął Gustaw. Nie wiem kiedy miałeś czas takie wyprawy urządzać. Wolski się nie tłomaczył, bo już go w pokoju nie było, a za parę minut pędził jak szalony wązką ścieżką przez pola.
V.
Odnaleziona.
ania, umieszczona dosyć niewygodnie, pomiędzy ojcem a starym lokajem, który koniecznie jechać się naparł, rozmyślała ze łzami o rozpaczy pani Brzozowieckiej, gdy powróciwszy nie zastanie córki. Ile łez wyleje biedaczka, ona, której najmilszem zadaniem jest łzy ocierać!... — O Naciu, Naciu! — westchnęła mimowolnie. — Gdzie? Gdzie nasza panienka? pochwycił lokaj, sądząc, że Mania spostrzegła zaginioną. — Uspokój się moje dziecko — perswadował rządca. Jęki nic nie pomogą — trzeba szukać, a znajdziemy ją przecież. Wyżlica biegła przed końmi, to puszczając się daleko, to wracając znowu niedługo, jednak nie trzymała się drogi prostej, lecz w las na prawo popędziła. Pan Borejko przystanąć kazał i zszedłszy z bryczki udał się w ślad za suką. Mania została, bo deszcz padał ulewny, Ignacy zaś towarzyszył panu Borejce. Dyana rozpoczęła formalny taniec, puszczając się naprzemian, to w prawo, to w lewo, okrążała niebotyczne sosny, manewrowała pośród rozłożystych dębów z głośnem szczekaniem. — A to nas wodzi! skarżył się lokaj. Co takie głupie stworzenie rozumie? Bałamuci tylko. Już tchu w piersiach nie czuję. — Wróćcie na bryczkę, rzekł pan Borejko. Dam sobie rady bez was. Przemokliście strasznie — gotowa choroba. — A pan rządca? — Oho! nie taki deszcz z moją burką wojował! To rzemień, to skóra! Od rana do nocy może na nią padać, zanim przemoknie do gruntu. Wyżlica naszczekiwała, węsząc pod drzewem i skrobiąc ziemię łapami. — Doszuka się tam naszej panienki! urągał lokaj. E, panie rządco, suka z nas żartuje. — Nie tak bardzo! zawołał litwin, biegnąc do drzewa, przy którem Dyana znalazła jakiś przedmiot. Ignacy podreptał za nim, a gdy rządcę dogonił, pan Borejko oglądał cieniutki płatek batystu, który mu suka w zębach przyniosła. — Czy są jakie litery? — Jest monogram dosyć niewyraźny, bo całkiem biały, a chusteczka mokra. — Panna Marja pozna się lepiej na takich kobiecych fatałaszkach. — Idźcie więc do niej z tym gałgankiem, a ja będę pilnował suki. Chociażby błądzić do jutra rana, nie wrócę inaczej do domu tylko z panną Natalią. Mania, zaciekawiona co się stało, myślała już zejść na ziemię — wyciągnęła też skwapliwie obie ręce do starego sługi i z wielką radością poznała chusteczkę pani Brzozowieckiej. Wypogodziło się nieco, deszcz ustał, konie szły noga za nogą, niepodobna było przedzierać się wśród gęstwiny za panem Borejką, trzymały się wszakże kierunku jego drogi. Gdy słońce błysnęło, Mania opuściła bryczkę i poszła za ojcem. Nagle suka zrobiła zwrot niespodziewany. Zaczęła węszyć, biegać i przeskoczywszy wał graniczny, puściła się jak strzała do książęcego lasu. Tam głośne jej szczekanie zwabiło gajowego, który ukazał się zaraz i opowiedział, że przed paroma godzinami panienka odwiezioną została na leśniczówkę. Uspokojeni o los panny Brzozowieckiej rządca i jego córka, szli już tylko przez ciekawość za suką, by sprawdzić, czy trafi ona do chaty, w której Nacia znalezioną została. Wyżlica pędziła w tą stronę, litwin kroku przyśpieszał i niedługo wrócił, niosąc wstążkę z warkocza Natalki. — Zuch Dyana! krzyknął Ignacy, ze łzami w oczach. — Hura! niech żyje! zawołał pan Borejko. — A to ci zmyślne suczysko — to ci mądre! powtarzał gajowy. Mania nagliła do pośpiechu, gdyż pilno jej było zobaczyć Nacię zdrową i bezpieczną. Ruszyli też zaraz i spotkali się w drodze z wolantem państwa Skrodzkich.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Nacia.
