Read here

Lodowe pola

Zofia Nałkowska · 1927 · Free in the US

29,038 words · about 2 h 2 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1927 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Lodowe_pola&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Zofia Nałkowska
Language
Polish
Published
1927
Length
29,038 words · about 2 h 2 min
Sections
36 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (36)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 1 min
  3. I under 1 min
  4. 1 about 5 min
  5. 2 about 2 min
  6. 3 about 1 min
  7. 4 about 1 min
  8. 5 about 5 min
  9. 6 about 1 min
  10. 7 about 1 min
  11. 8 about 1 min
  12. 9 about 1 min
  13. 10 under 1 min
  14. 11 about 2 min
  15. 12 about 4 min
  16. 13 about 1 min
  17. 14 about 1 min
  18. 15 about 2 min
  19. 16 under 1 min
  20. 17 about 3 min
  21. 18 about 5 min
  22. II under 1 min
  23. 1 about 3 min
  24. 2 about 2 min
  25. 3 about 3 min
  26. 4 about 4 min
  27. 5 about 1 min
  28. 6 about 1 min
  29. 7 about 1 min
  30. 8 about 2 min
  31. 9 about 1 min
  32. 10 under 1 min
  33. 11 about 1 min
  34. 12 about 3 min
  35. 13 about 3 min
  36. 14 about 2 min

Continue:

Front matter

A

A

POWIEŚĆ

całość

A

A

POWIEŚĆ

A MCMXXVII W A NAKŁAD T‑WA WYDAWNICZEGO W WARSZAWIE

PSZCZOŁY W NIM SĄ, ALE MIODU NIEMA“.

I

1.

Opasuję się powojami kwitnącemi i wyką, na głowę uplatam sobie wieniec z bławatków i kładę się na polanie lasu twarzą w niebo. Jest pogodne popołudnie letnie, upał. Górą między sosnami idzie cichy szum — przeciągły, trochę smutny; wiotkie, delikatne brzozy lekko szeleszczą listkami. Ale samego wiatru nie czuć. Leżąc, śpiewam półgłosem, jednostajnie. Śpiewam o jakiemś marzeniu sennem, o miłości gorącej, wreszcie przyzywam śpiewem leśnego fauna, bo mam na niego ochotę. Ciepło jest, cicho, ptaki delikatnie, urywanie ćwierkają — prawie szepcą. Z pomiędzy białych pni brzóz powinna wyjść zamyślona kozica z długim rogiem nad oczami... Zamykam powieki przed słońcem, które przez drżące listki brzozowe sieje po igliwiu niespokojnie rozmigotane centki. Widzę wielką, świetlną plamę, później majaczenia siedmiu barw, później czerwone płomienie. Ciepło jest i cicho. Macierzanka pachnie. A ja jestem nimfa leśna i czekam fauna. Rzuciłam moje niezmierzone lodowe pola, moje zorze polarne i zimne, srebrne sny w stalaktytowych grotach — i wyszłam na spotkanie życia — słoneczna i silna. Witam je śmiechem dzwoniącym, który wynika z długich dni męki i daremnego myślenia, skazuję się na nie z rezygnacją, nie z bezsiły zrodzoną, lecz z nadludzkiego wysiłku, poddaję się brutalności jego bez drgnienia wstrętu i buntu. Na gruzach moich marzeń mistycznych wyrósł bujny kwiat, twardy kult życia i rozkoszy. Wspaniałomyślna i królewska jest moja rezygnacja. Kocham życie — mimo wszystko. Depcę duszę moją — krwiożerczą, nienasyconą, chmurną duszę, która zabiła mi szczęście. Chcę zerwać dzisiaj czerwony, płomienny kwiat życia. Śpiewem przyzywam fauna. Ale faun nie przychodzi. Zamiast jego kopyt słyszę w oddali tętent konia. Przykładam ucho do ziemi — tak. Wiem — to Janusz mię szuka. Przestaję nucić i leżę cicho, nie poruszając się, w nadziei, że jadąc drogą leśną, nie dostrzeże mnie tu może między sosnami. Jednocześnie zaś wiem, że gdyby minął mię i pojechał dalej — uczułabym pewien zawód. Mimo to wciąż leżę cicho, bo nie kłamać staram się przed sobą tylko. Janusz dostrzega mię zdala przez rzadkie pnie brzóz i sosen — i popędza konia. Zbliża się z poza mnie tak, że go nie widzę. Wiem, że jadąc szybko, chce wywołać we mnie jakąś reakcję, przerazić mię lub wogóle poruszyć... Dlatego zupełnie nie zmieniam pozycji i z rękami splecionemi pod głową patrzę w niebo. Rozpędzony koń zatrzymuje się w odległości dwóch kroków poza mną. Janusz zrozumiał odrazu wyzwanie — jest zły, czeka w milczeniu. Z trudem utrzymuje konia w tem samem miejscu, bym musiała pierwsza obrócić ku niemu głowę. Ja również czekam, wstrzymując śmiech. Słyszę chrapanie i niecierpliwe przestępowanie kopyt, grzebiących ziemię. Wreszcie koń, zdenerwowany muchami i bąkami leśnemi, robi parę kroków, objeżdżając mię. Widzę teraz Janusza. Jest ładny. Nozdrza drgają mu ze złości. Ma jasną dżokejkę, obcisłe bryczesy i buty z lakierowanemi cholewami. Kłania mi się sztywno i wyjmuje prawą nogę ze strzemienia, by zsiąść. — Myślałam, że pan mnie nie dostrzeże i pojedzie dalej — mówię, uśmiechając się lekko. — A jednak zobaczyłem panią. — Tak — to widzę. — Czy pani chciała, żebym pani nie zobaczył? — Tak. — Dlaczego? — Miałam bardzo dobrą chwilę, poprostu — chciałam być sama. — A ja mimo to nie odjadę — mówi, zawiązując trenzlę na sosnowej gałęzi. Milczenie. Janusz siada naprzeciwko mnie na ziemi, usunąwszy z niej przezornie parę szyszek. Podnoszę się również i opieram głowę na pniu sosny. — Czy pani nie uważa, że między nami jest walka? — Może być — mówię lekceważąco. — A skąd pan wiedział, że jestem w lesie? — Śledziłem panią. — Czy tak? — Z mego balkonu widać wszystko. Szła pani miedzą nad wąwozem — prawda? I wreszcie zniknęła pani w lesie. — Ja przyjechałem tu gościńcem — daleko krótsza droga. — Ale mniej malownicza — no i prosta. — Oczywiście mam to rozumieć alegorycznie? — Nie — nie — niekoniecznie... Uśmiecham się pobłażliwie i zaczyna się flirt. Janusz jest z tych, co lubią «inteligentne» rozmowy. Z całem swem wyrobieniem towarzyskiem zniżam się do jego poziomu. Kokietuję go nie tem, że jestem ładna, lecz moją duszą, którą obracam obecnie na usługi ciała. Stosownie do psychiki przedmiotu zmieniam rodzaj mej kokieterji — i dlatego stoi ona zawsze na wyżynach sztuki. A w dziedzinie tej kieruję się prawem kontrastu. Rosławskiego naprzykład usiłowałam interesować z początku żywiołowością mej natury. Później dopiero wszystko to się zmieniło. Na Janusza działam jako kobieta — ale właśnie mądrością mą, sprytem, oryginalnością. Mogłabym być o połowę brzydsza, a nie straciłabym nic w jego oczach, jako kobieta do kochania. Po jego ładnie zbudowanej twarzy przechodzą łuny. Nie spuszcza ze mnie oczu. Ja zaś, mieniąc się, jak kameleon, srebrząc całem bogatwem mego wdzięku, obserwuję go zupełnie objektywnie — z pewnem czysto artystycznem zainteresowaniem. Lubię u niego ten nastrój. Robi na mnie ze swemi drgającemi nozdrzami wrażenie ładnego, rasowego zwierzęcia. Oczy — zwykle lśniące migotliwie — matowieją mu teraz, jakby schną — jakby ich żar przygaszony sam siebie przepalał. Spuszcza je raz po raz pod mym wzrokiem i stara się poczciwie uśmiechać, ale w tym spokojnym uśmiechu jego białe zęby połyskują źle. — Komar siedzi panu na czole — zwracam mu uwagę. Spędza go niedbale. — To nic — mówi z uśmiechem — może mię gryźć, mam aż za dużo krwi. W głosie jego drży nuta pewnej pychy. Myliłam się, sądząc, że nie zna gatunku swej siły. Bawi się szyszkami, celując niemi w konia, który zaniepokojony wspina się i wierzga. Radzę mu, by za cel obrał sobie raczej pień sosny, sama zaś zbliżam się do konia, który mierzy mię nieufnie mądrem spojrzeniem swych ślicznych oczu, i klepię go po karku. — Panno Janino, niech się pani tak do niej nie przysuwa… Może panią uderzyć. — A nie lękał się pan tego, gdy kara stała tuż nad moją głową? — pytam z uśmiechem. — Trzymałem ją wtedy — mówi opryskliwie. Zbliża się do mnie i wyciąga rękę, by mię przemocą odciągnąć od konia. Ale pod mem jasnem, zdziwionem spojrzeniem pokornieje nagle. — Niech mi się pani pozwoli pocałować w rękę — prosi szybko, stłumionym głosem. Stoi tuż przy mnie. Na chwilę robi mi się gorąco, ale nie odsuwam się od niego. Odwrócona profilem, oparta o grzywę konia, nie poruszając się, nie chowając rąk, odpowiadam spokojnie: — Nie. Janusz cofa się posłusznie, jak pies, i odchodzi na parę kroków. — Chodźmy już do domu — mówię po chwili milczenia. — Albo niech mi pan odstąpi konia. — Z największą chęcią — tylko jak pani to zrobi? — O, to nic, usiądę sobie po damsku. Przełożymy tylko strzemię. Z jego ręki lekko wskakuję na siodło. Janusz skraca rzemień i w strzemię wkłada mój pantofel. Na twarzy jego znowu widzę łuny. — Niech pani mi pozwoli ją prowadzić. Jest niepewna i może panią zrzucić. — Dziękuję panu, nie boję się zupełnie. Nagle Janusz obejmuje mię znienacka i z całej siły głowę swą przyciska mi do kolan. Jednocześnie prawie uderzam klacz szpicrutą i odjeżdżam szybko, nie oglądając się poza siebie. Z trudem udaje mi się utrzymać równowagę. Uciekam nie od niego i nie z trwogi: chcę tylko, by nie zobaczył mego rumieńca, który nie jest ani rumieńcem wstydu, ani rumieńcem oburzenia.

2.

Janusz wyjechał na parę dni do L. Zostałam sama z Martą i jest nam okropnie dobrze. Oto jedyna istota pod słońcem, z którą zdolna jestem podzielać rozkosz czytania mądrych i ładnych rzeczy. Rozumie i odczuwa wszystko tak, jak ja. Czytając razem, wzajemnie sprawiamy sobie radość głębokością i subtelnością naszych spostrzeżeń. Wytwarza się rozkoszny nastrój, w którym przestajemy wzajemnie odczuwać naszą obecność. Odbieramy wrażenia jednocześnie, z jednakową bezpośredniością: dość nam spojrzenia, gestu, by się zrozumieć. Stajemy się zupełnie takie same, te same. Jesteśmy oderwane od wszystkiego, co nas otacza — i porozumiewamy się gdzieś na wyżynach, schodzimy się, spotykamy na niebotycznych mostach, łączących nad otchłaniami dwie dusze, gdzie mało kto chodzić umie, bo te mosty są zrobione z koronkowych wiązań. U podnóża duszy łatwo ludzie schodzą się ze sobą, ale ku wierzchołkom oddalają się coraz bardziej — i przepaść między nimi coraz głębsza się staje. A misterne mosty, rzucane od szczytu do szczytu, kruszą się i zapadają pod lada cięższem, brutalniejszem stąpnięciem... Mimo to, niema uczucia między mną i Martą, nawet nie bardzo się lubimy. Nie nazywamy się również przyjaciółkami. Obie zgadzamy się na to, że między kobietami niemożliwa jest szczera miłość. Nigdy też nie kłamiemy jej sobie. A chociaż nie wszystko mówimy szczerze słowami, znamy się i rozumiemy doskonale. Jedynem, coby nas mogło rozłączyć, byłoby stanięcie sobie na drodze w miłości do mężczyzny. Na szczęście jednak Marta i tej nie uznaje. Z usposobienia jest ascetką i chwali się tem, że nigdy dotąd nikt jej nie kochał. Lubi wogóle grać «zapoznaną», nieocenioną przez świat i ludzi. Robi to zresztą z wdziękiem, bo jest bardzo ładna — i właściwie nikt tego na serjo nie bierze. — Życie moje — mówi — czyste jest, jak biała karta, bez jednego pocałunku, rumieńca, dreszczu. Jedyną moją wiarą jest świadomość, że życie cudze przechodzi koło mnie, ociera się o mnie i nie pozostawia mi na sukni nawet złotego pyłu kwiatów swoich — ta nieskazitelność mej duszy, która z wędrówki po kopalniach węgla wychodzi biała, jak śnieg… Jedynym dogmatem moim, jedynem ukochaniem jest ta myśl, że przejdę przez życie z bezgraniczną, spokojną słodyczą, estetycznie i szlachetnie, że w historji ziemi będę ładnem, słonecznem zjawiskiem... Tak umrę. Nie chcę miłości, choćby nawet szczęście dać mi miała… Czasami o błękitnym zmierzchu gra Der Frühling Griega. I wtedy wiem, że kłamie. W muzyce jej cicho i miękko błaga o coś bezgraniczna tęsknota. Jej ładna biała dusza łka boleśnie i marzy, zawsze marzy o miłości.

3.

Jestem malgre tout, młoda i ładna — więc chcę żyć. Nietzsche każe nie zapominać kija na kobietę, Amiel — należeć do jednostki i mieć swą odrębną, płciową etykę, Garborg — chodzić wszędzie z guwernantką, by przyszłemu mężowi nie dać żadnej możliwości podejrzenia. A mimo to ja chcę jednak być kobietą. Dotąd jeszcze nie urobiłam sobie pojęcia, co to znaczy. W epoce Rosławskiego wierzyłam święcie, że cechą charakterystyczną kobiety jest estetyzm, ale — wszak Ellen Key mówi, że kobieta kształtuje się zawsze wedle pragnień mężczyzny. Niechaj tym jedynym będzie jakiś pierwotny, silny, despotyczny — a będę mu sjestę i cygaro uprzyjemniała moją mądrą rozmową, będę rozplatała włosy i tańczyła w oczach jego, bijąc takt w tamburyno, będę innym odsłaniała tylko moje oczy, zakrywając twarz czadrą… Chcę być kobietą, tylko kobietą — czy może aż... O, jakże ciężko dźwigać na białych, toczonych ramionach całe brzemię wiedzenia, że się jest człowiekiem.

4.

Czasami Janusz jest łagodny, jak młody, oswojony wilk. Z oczu znika mu akcent dzikości. Wtedy pozwalam mu całować moje ręce i tulić do nich rozpalone policzki. Gdy choć na chwilę zaśnie w nim zwierzę, dobry jest i miły, jak dziecko. Ale i wtedy nawet czuję w nim tę siłę potencjalną, która w każdej chwili nanowo może wybuchnąć, siłę, która nie wiem dlaczego, wydaje mi się wroga. — Cudnie byłoby móc sobie powiedzieć o pani «ukochana» — mówił dzisiaj, siedząc u nóg mych na ławce darniowej i ocierając się z pieszczotliwością kota o brzeg mej sukni, leżącej na trawie. Patrzyłam z góry na jego wielkie, opuszczone rzęsy, świeże usta, ładnie modelowany nos — i myślałam: więc czemu nie powiesz? — jabym cię tylko parę razy długo, miłośnie pocałowała w usta i odeszła bez słowa żalu... — Czy pani się gniewa? — spytał, podnosząc na mnie oczy. Ściągnęłam lekko brwi, ale nie mogłam ukryć uśmiechu. — Tak. — A jednak wciąż się pani uśmiecha... Czemu się pani uśmiecha tak dziwnie?... I z pod brwi zrośniętych patrzy na mnie wzrokiem od którego fala ciepła przypływa mi do głowy. Nigdy nie czułam tego w czasie długich, mądrych rozmów z Rosławskim o literaturze.

5.

Wieczór u Sedniewskich w Topolowie, jakieś imieniny. Jedziemy: ja, Marta, dziadek i Janusz. Zjazd dosyć liczny. Panny z barwności i świeżości podobne zupełnie do kwiatów. Młodzież częścią sprowadzona umyślnie aż z L. Wchodzę świeża, z twarzą osmaganą wichrem od szybkiej jazdy, z rozsypanemi włosami. Tło miłe i oryginalne: wielki salon o niskim suficie, oświetlony z góry staroświeckim, rozgałęzionym kandelabrem, sypiącym wokoło skry i tęczowe odblaski. Pod ścianami szeregi ładnych, starych mebli. Na tarasie orkiestra zcicha stroi instrumenty. Wchodząc, robię wrażenie — jak zwykle. Przez chwilę ja jedna przeciwstawiam się wszystkim, na mnie zbiegają się wszystkie spojrzenia. Nie znam tu nikogo prawie, ale ani przez chwilę nie czuję się zmieszana. Pewien wrogi nastrój, idący ku mnie od ludzi, jakieś poczucie osamotnienia w tłumie — daje mi dziwną, hardą, wyzywającą energję. Czułabym się zmieszana wtedy raczej, gdybym tego wrażenia nie robiła i weszła nie zwracając niczyjej uwagi. Witając się z panią Sedniewską, spostrzegam wysoką, biało ubraną pannę, utrzymaną ściśle w stylu angielskim. Milczy i spokojnie wytrzymuje mój wzrok. Po zapoznaniu się ze wszystkimi, z nią właśnie zaczynam rozmawiać. Nazywa się Imszańska, ma brzydkiego narzeczonego i ładnego brata, który wydaje mi się najciekawszym z pośród całej młodzieży. Zapytuje mię zdawkowo, jak podobają mi się tutejsze okolice. Później rozmawia z Martą, która w wieczorowej sukni gorzej wygląda, niż zwykle, jest blada i w twarzy ma pewien przymus. Po podwieczorku — tańce. Tańczyć lubię w równym prawie stopniu, jak jeździć konno. Raz po raz widzę się w któremś z luster długich do ziemi — jasna w jakichś czarnych ramionach, jakby ociągająca się, leniwie i sennie wtył przegięta, ukazująca z za czerwonych warg białe, mocno zaciśnięte zęby; gaza sukni opływa mię luźno, jak woda. Odrazu zaczynam mieć powodzenie — tak, iż panny udają, że nic im nie przeszkadzam i nawet, owszem, lubią mię. Jedna poprawia mi grzebień we włosach. Współzawodniczenie o pierwszeństwo odbiera zabawie przyjemność bezpośredniości, ale daje jej wzamian urok gry — trudnej często, zato upajającej zwycięstwem. Muzyka płynie, jak długa łódź po szafirowej wodzie, cicho gra fala, uśpioną piersią gra... Ożyły kwiaty ze szmaragdowych, ze srebrnych w słońcu łąk — i same plotą się w wieńce, plotą się w barwny, rozmigotany krąg, podają sobie cudne, białe ręce — lekko się chwieje łańcuch wiotkich rąk. A później idą w senny, zasłuchany wir... To pieśń stłumiona złotostrunnych lir, od śpiących wód pieśń cudna idzie zdala... Hen — płynie łódź po szafirowej wodzie, nad lustrem wody tańczy srebrna mgła — cicho gra fala, uśpioną piersią gra... A kwiaty idą w senny, zasłuchany wir i mdleją z żaru w złotym, skrzącym pyle... Posłuchaj — kwiaty szemrzą — daj nam po żarze światła i barw na świeżych łąk kobierzec szmaragdowy upaść na chwilę, daj nam pochylić upojone głowy na ros perłami szyte posłanie traw — i we śnie słuchać pieśni złotostrunnych harf... Nie — nie — raz jeszcze raz splećcie się w żywe, migotliwe wieńce, raz jeszcze raz szczepcie w łańcuchy miękkie, białe ręce... To sen... to sen... Muzyka płynie, jak długa łódź po szafirowej wodzie. Idzie pieśń cicha złotostrunnych harf... To sen... to sen... Po odtańczonym z Imszańskim bostonie idę z Januszem do oberka. Z nadzwyczajną energją prowadzi dzisiaj tańce — w tej dziedzinie jest sans peur ni reproche. Z nim lubię tańczyć najbardziej. Ponosi mię, jak rozhukany koń. W największym pędzie przyklęka nagle i zrywa się znowu z błyskawiczną szybkością, nie zdradzając najmniejszego wysiłku. Po okręgu niewielkiego koła, pochyleni silnie ku jego środkowi, wirujemy z jakąś zawrotną szybkością, jak oszalałe planety. Mocno spleceni uściskiem, kładziemy się na fali rozpędu i tak mkniemy z półprzymkniętemi oczami — bez woli i prawie bez świadomości. Otacza nas jakiś półmrok świetlisty, stężały, duszący — światła, lustra, barwny krąg widzów przestał już wirować wkoło nas, wszystko miesza się z sobą w jedną, ogólną barwę upojenia. W oczach Janusza palą się dzikie ognie, źrenice migocą mu, jak djamenty w słońcu. Ten pęd szalony i odurzające dźwięki skocznej melodji podniecają go, jak ludzi pierwotnych tańce wojenne. A ja spokojna jestem, chociaż gorący jego oddech oblewa mię żarem. Mdlejąc ze zmęczenia, oddaję się obojętnie na łaskę jego porywającej, dzikiej siły. Wracam wreszcie na miejsce. Ogłusza nas grzmot oklasków. Dziękuję ukłonem głowy, ale nic jeszcze nie widzę. Jednocześnie prawie brzmi zupełnie spokojny głos Janusza, który poleca orkiestrze grać mazura. — Tańczy pani, jak łabędź — mówi panna Imszańska, siadając przy mnie. — Brat mój utrzymuje, że nigdy nie widział nic podobnego... W przerwach między tańcami przechadzka po obszernym, cienistym ogrodzie. Bielejące wśród czarnych trawników tytonie wydają dziwnie odurzający zapach. Na mnie schodzi obłąkane jakieś rozmarzenie. Zdaje mi się, że nie jestem na ziemi, tylko w piekle kwiatów, muzyki, piękności, tryumfu nocy. Opieram się mocno na ramieniu Janusza i prawie tulę do niego. W ciemności błyskam zębami i mrużę półsennie długie moje rzęsy. Janusz pochyla się ku mnie i szuka wzrokiem moich oczu. — Spojrzyj — szepce gorąco, niecierpliwie. Płomień mię ogarnia, ale odwracam głowę i patrzę z uporem w czarną gęstwę krzewów. W myśli zaś powtarzam szybko, prawie błagalnie: «pocałuj mię teraz właśnie, teraz, teraz...» Przed chwilą majaczyła jeszcze przed nami jasna plama jakiejś sukni. Obecnie jesteśmy zupełnie sami. Oczy nasze przywykają zwolna do ciemności, rozróżniamy już kształty drzew, widzimy smugę wąskiej, ujętej w prawidłowe ramy wysokich żywopłotów ścieżki. Przed spojrzeniem naszem uciekają szybko czarne, kłębiące się cienie, a potem napływają znowu. Nagle za gardło ściska mię dreszcz straszliwej, nieludzkiej trwogi. — Jezus Marja! — Co? co?... Zakrywam ręką oczy i przyciskam się do niego, cała drżąc z przerażenia. — Tu, pod nami, głęboko w dole, strasznie głęboko — jest woda... — Wiec cóż? — niech się pani nie boi, znam ten ogród: to kanał prowadzący do stawu. — Chodźmy stąd, chodźmy prędko... Taki dziwny był ten połysk — w ciemności, przez liście — i tak strasznie głęboko... I to w tem miejscu, gdzie pewna byłam, że jest równy klomb... — Ale nie moglibyśmy tam wpaść, bo tu jest barjera kamienna... — To nic — szepcę nieprzytomna z trwogi — nie mogę tam patrzyć... Chodźmy stąd!... Wracamy szybko. Janusz milczy, ramieniem wyczuwam, że drży także. Mógł mię był uspokoić jednem powiedzeniem: «przy mnie nie bój się niczego», bo przed chwilą jeszcze ufałam mu bezgranicznie. Teraz widzę, że i on się boi. Dochodzą nas dźwięki strojonych instrumentów, z za czarnych drzew wybłyska rząd pełnych światła okien. — Nie boję się lasu w nocy — mówi Janusz, jak dziecko, — nie boję się rozbójników, ani zwierząt dzikich, ale nie lubię rzeczy niewytłomaczonych... Rozumiem — właśnie i ja również, ale zdawało mi się... Tańczę wesoło do rana. Przykre wrażenie mija zupełnie. Za powrotem zmieniamy miejsca. Marta jedzie z dziadkiem, ja z Januszem. W brzasku majaczeją cudne krajobrazy, wzgórza, porosłe czarnym lasem, białe, jak śnieg, rżyska. Po całym świecie rozlewa się dziwna, chłodna światłość. Na coraz silniej różowiejącem niebie rysują się kolejno wciąż nowe zarysy czarnych wzgórzy, samotnych grusz polnych, szeregiem wyznaczających szosę wąskich, czarnych topoli. Jedziemy długo drogą pełną wybojów, wspinającą się kolejno wgórę i spadającą w doliny. Wschodzi słońce i rzuca wyraźny, długi, potworny cień na drogę od powozu, koni i naszych postaci. Jestem odurzona bezsenną nocą, mam twarz gorącą i palą mię usta. A drżę z zimna mimo pledu i dery. Zamykam oczy i głowę przechylam na oparcie powozu. Słyszę skrzypienie kół, tętent kopyt, parskanie koni i nieśmiały, urywany świegot budzących się ptaków. Nie śpię — i marzę. Janusz pochyla się nademną i delikatnie, jakby nie chcąc mnie zbudzić, dotyka ustami moich ust. Nie poruszam się zupełnie, udaję, że śpię, chociaż wiem, że Janusz wie, że nie śpię...

6.

Jeden z ostatnich upalnych dni letnich. Idziemy z Martą kąpać się do stawu za parkiem. Lubię patrzyć na nią, kiedy jest rozebrana. Ona oburza się niby, ale tak długo nakłada swój trykot, że mam czas przyjrzyć się jej doskonale. Po kąpieli — czyste i chłodne — kładziemy się w parku na puszystej, żywiołowej trawie. Wkoło nas stoją amfiteatralnie wysokie, nagie pnie drzewne, a gdzieś w górze dopiero, pod samem niebem, rozpościera się jasno-zielone sklepienie liści. — Ciekawam — mówię — co myślą sobie brzydcy ludzie... My tak przywykłyśmy do tego, że jesteśmy ładne. — Zdaje mi się, że gdyby mi to odjęto — to nie umiałabym dalej żyć... Dlatego tylko jestem taka silna wobec ludzi. — Na słońce idę bez kapelusza, w salonie siadam w pełnem świetle, twarzą do lampy, w tłum wchodzę z podniesioną głową — bez onieśmielenia, bez trwogi, bo wiem, że mój widok sprawić im może tylko przyjemność. Ja dlatego tylko dobra jestem, że jestem ładna — nie zazdroszczę nikomu, nikogo nie nienawidzę, jestem pełna pogańskiej jakiejś, słonecznej, królewskiej miłości dla ludzi. — A jak sądzisz, która z nas jest ładniejsza? — zapytuje Marta. — Nie wiem... Właściwie każda uważa się za ładniejszą od drugiej i dlatego możemy o to się nie spierać. Formalnie ona jest ładniejsza, ale mniej ma odemnie wdzięku. Ja mam takie złote oczy, jakich nigdy jeszcze u nikogo nie widziałam.

7.

Często chodzę z Martą parę wiorst do lasu, gdzie leży cmentarz żydowski, tak zwany kirkut. Ociosane, równo ustawione tablice kamienne stoją, wyciągnięte w długie, równoległe rzędy, na nich malowane dziwne jakieś kabalistyczne znaki, lwy, złamane świece, półki z książkami, jakieś dekoracje tajemnicze. Niewidzialne prawie wzniesienia grobów pokrywa mech, wrzos i macierzanka, płot drewniany, przez który zawsze przełazić musimy, ginie między pniami sosen. — I tak wśród napozór nieporuszonego ręką ludzką lasu wyrastają prawidłowe rzędy tablic kamiennych. Mam wrażenie, że cofnęłam się w jakąś zamierzchłą przeszłość. Lubię cmentarze, lubię patrzyć na triumf życia nad śmiercią. I nie boję się już wtedy śmierci... Śmierć zabija jednostki tylko, przypadkowe przejawy życia — a samo życie trwa... Więc myślę wtedy, że jestem całą ludzkością, że to ja właśnie jestem życiem. Byłam zawsze i zawsze będę. A śmierć śpi cicho pod memi nogami. I doznaję rozkosznego wrażenia nieskończonej jakiejś potęgi. Nie widzę krańca trwania mego i mego panowania. Nie jestem na ziemi, nie jestem Janką Dernowiczówną, nie jestem ładna ani brzydka — jestem wieczna, nieuśpiona świadomość, jestem wszechświat. A Janusz na cmentarzu robi się smutny i rozprawia na temat znikomości rzeczy ziemskich. To ładne zwierzę boi się śmierci. ...Może to prawda, że zwierzęta nie mają duszy?

8.

Miewam chwile niczem nieusprawiedliwionej, szarpiącej tęsknoty za tym człowiekiem, który przez życie moje przeszedł — jak huragan. Czasami tęsknię do moich lodowych pól i zórz polarnych... Zapytał mię kiedyś, czy nie chciałabym z kimś wspólnie czuć, myśleć — i wspólnie walczyć. A ja roześmiałam się, bo nie lubię patosu. Nie lubię mieszania miłości z braterstwem dusz. I teraz zdaje mi się, że ten człowiek, którego nigdy nie kochałam, że ten jeden człowiek tylko mógłby być moim mężem. Czasami w nocy, gdy patrzę szeroko rozwartemi oczyma w ciemność, czuję nad memi ustami jakieś palące, obłąkane głodem usta... A gdy się w te usta wessę pocałunkiem, wiem, że to są usta Janusza, nie Rosławskiego. I wtedy ogarnia mię przerażenie, że stało się coś złego, coś, co nie odstanie się już nigdy. Że w życiu mojem na zawsze coś przepadło. Wtedy za nikim już nie tęsknię. Płaczę w nocy — cicho, by nie obudzić Marty. A rano na Janusza patrzę z nienawiścią i wstrętem. Pastwię się nad nim, chociaż on właściwie nic nie winien. Mszczę się za to, że dusza moja błąka się samotnie po polach lodowych i roi jeszcze swe zimne, srebrne sny — i szuka napróżno duszy bratniej. Czyżby naprawdę miłość niemożliwa była bez kochania?

9.

Dziś na polowaniu oczy Janusza rzucały takie błyski, jak wtedy, kiedy patrzą na mnie. Typowy człowiek pierwotny z okresu koczowniczego łowiectwa. Instynkt zachowawczy przejawia się w nim równie silnie przy zdobywaniu jedynego środka żywności, jak w dążeniu do zachowania gatunku. Zwierzyna jest mu równie potrzebna, jak kobieta. Byłam zazdrosna o zabijane zające. Prawiłam bardzo humanitarnie o okrucieństwie, którego dopuszcza się człowiek, zabierając życie tym bezbronnym, nieszkodliwym istotom. A właściwie myślałam, że Janusza zamknęłabym chętnie do ładnej klatki, by odciągnąć go zupełnie od świata. Dawałabym mu dużo jeść, a nie pozwoliła rozmawiać z ludźmi, ani czytać (to pewno byłoby najłatwiejsze), by dla mnie tylko zachował całą swą życiową energję. I w tej klatce odwiedzałabym go czasami. Byłabym wtedy uduchowiona, niż obecnie. Dziś moje żywiołowe, pyszne, nienakarmione zwierzę zagłusza swem wyciem głodnem przecudną symfonję mych snów świetlistych... A nasyciwszy je, szłabym sobie spacerować po mym świętym gaju, nad czarnem, otchłannem jeziorem mej duszy... I na ten spacer chętnie zabrałabym ze sobą Rosławskiego.

10.

Janusz zapytał mię, czy nie zgodziłabym się zostać jego żoną. — Na parę miesięcy z przyjemnością — powiedziałam szczerze, ale później obróciłam to w zupełnie zresztą niesmaczny żart. Janusz rzucił na mnie parę złych spojrzeń i zauważył sentencjonalnie, że są rzeczy, z których się nie żartuje. Zapewne — ma rację. Dla mnie to wszystko zaczyna być trochę smutne. Mogłabym wyobrazić sobie siebie w roli jego uwodziciela, ale nigdy żony. Teraz nie wiem co z tem zrobić.

11.

Późnym wieczorem w łodzi, na środku wielkiego stawu za parkiem. Zgodziłam się dziś na tę przejażdżkę, bo jest mi źle i chcę umrzeć. A wiem, że Janusz, dręczony przezemnie wciągu dnia całego, jest u kresu sił. Nerwy jego doprowadziłam do najwyższego napięcia. Rękami, jak kleszczami z żelaza, ściska mię za ramiona i przechyla wtył przez burt łodzi. Zupełnym chłodem i biernością potęguję jego szaleństwo. — Słuchaj, Janka — syczy mi tuż nad twarzą — słuchaj — ty — ostatni raz mówię: powiedz «tak»... Mogę go rozbroić jednym okrzykiem bólu lub trwogi, ale milczę. Potrzeba mi dziś silnych wrażeń. — Zabiję! — słyszysz? zabiję! Zaduszę, utopię cię!... Nienawidzę cię tak, jak cię kocham, bardziej nienawidzę! Prędko mów — mów!... Wściekłość oddech mu zapiera i głos dławi. Przyciska mię kolanem, paznokcie wpija mi w ciało. Całą siłą tłumię syknięcie z bólu — i czekam. Łódź coraz silniej się przechyla i zaczyna nabierać wodę. — Utopię cię — widzisz, łódź się przewraca! Mów «tak»! Patrzę w milczeniu, spokojnie w jego rozpalone, obłąkane oczy. Magnetyzują mię połyski jego białek w ciemności. Jest chwila, że chciałabym zamknąć powieki i bez szelestu, cicho zanurzyć się w czarną wodę. Ale wciąż zmagam się z nim oczami. I czuję nagle, że uścisk jego zakrzywionych palców słabnie. Pewna zwycięstwa, mówię cichym głosem: «nie» — i uśmiecham się. A Janusz z głośnym krzykiem pada twarzą na dno łodzi. Przyciska czoło do mych nóg, pantofle moje okrywa pocałunkami i zanosi się spazmatycznem łkaniem. Łódka kołysze się silnie, wracając do równowagi. Ja zaś smutna jestem mojem zwycięstwem. W tej chwili straciłam wiarę we wszechpotężną siłę zwierzęcia, które padło w walce z siłą duszy. Gdyby Janusz był wytrwał jeszcze sekund parę — może uległabym. A teraz zazdroszczę mu rozkoszy ukorzenia się przed moją siłą. Rozkoszą wojownika nie jest zwycięstwo nad słabszym, lecz uwielbienie dla siły, która godna była go pokonać. Ponad skuloną, wstrząsaną ucichłym ze zmęczenia łkaniem postacią Janusza patrzę w ciemną dal. Niema księżyca ani gwiazd. Od sitowi nadbrzeżnych idzie przeciągły szum... Oto czarne jezioro zwycięskiej duszy mojej patrzy martwemi oczami w czarne niebo. Dokoła wszystko wymarło. Życia niema. Pozostała moja samotność, bezgraniczna samotność mojej siły, która jest jedyna i sama w sobie. Nigdy jeszcze nie czułam tak swej potęgi i nigdy potęga moja nie była taka smutna. Czarne niebo zamknęło swe kręgi nisko nademną, a woda stawu wzdyma się pod chmury. Między duszą moją i nieskończonością niema miejsca dla mojej siły. O «jakże znużona jestem na wyżynie», jakże chciałabym znaleźć siłę, która ujarzmiłaby moją... — Niech pan wstanie już, panie Januszu — mówię, gładząc go łagodnie po włosach. — Niech pan wstanie... musi już być bardzo późno... Gdzie wiosła?...

12.

Leżę w bróździe między grobami i wącham rosnące na kirkucie białe gwoździki leśne. Myślę o życiu, o niesłychanym, przepięknym cudzie życia. Tłomaczę Marcie, że właściwie mój kult życia wypływa z rezygnacji. — A we mnie rezygnacja inną przybrała formę. Jeżeli nie można mieć wszystkiego, nic nie chcieć — tak brzmi rozpaczliwa religja dumy niewolników i nędzarzy... Moja religja azoizmu jest właśnie taką religją dumy u kobiety, która pogodziła się ze swą niewolą i nie chce surogatów wolności. Lubię takie usunięcie się od całego tego wiru i patrzenie na wszystko z lotu ptaka, z dystyngowanym, garborgowskim uśmiechem smutku. Wydaje mi się czasami, że na ziemię zabłąkałam się przypadkiem, tak nic nie jestem przystosowana do życia... — To właśnie dobrze... Przystosowanie do istniejących warunków cenne jest tylko dla — człowiek sam dla siebie powinien urobić świat przez odrębny sposób jego pojmowania. — Nie wierzę w nic — rzekła smutnie. — Chociaż kobiety są szczególnie skłonne do wiary w byt zagrobowy. To wypływa ze współczucia dla cierpień, z poczucia sprawiedliwości poprostu... Wiesz — ja obłędu dostaję na myśl o bezużyteczności cierpień w naturze... Myślę o tych wszystkich cichych skonach, o których nikt nie wie, o tych wszystkich bólach, ginących w przestrzeni bez śladu i echa... Kiedyś Janusz, jako mały chłopiec, skupił w soczewce promienie słoneczne i skierował je dla eksperymentu na jakiegoś maleńkiego owada, który wił się bezsilnie i cicho, przytrzymany za skrzydło. — I dotąd widzę takie maleńkie, czerwone z żaru łapki, które poruszały się w męce — póki nie wydarłam Januszowi szkła i nie dobiłam spalonego stworzenia... Takie było ostatnie jego wrażenie z życia — potem nicość... Widzę wszystkie te drobne, niewidzialne istoty, których setki zabijam codziennie na przechadzce, depcąc po trawie lub igliwiu — zostawiając je nieświadomie na całe długie godziny powolnego konania w potwornych męczarniach... Pamiętam o męce ryb, żyjących dzień cały na powietrzu i rzucających się odruchowo jeszcze na patelni... I za to wszystko żadnego zadośćuczynienia, żadnego usprawiedliwienia — wiem, bo tam niema nic... — A nie myślałaś o tem, że jeżeli tam niema nic — to nie może być i nicości? Podniosła na mnie pytające oczy. — Pojęcie sprawiedliwości, zemsty, zadośćuczynienia — jest czysto ziemskie, chociaż było ideałem religijnym kultu Jehowy. Dla mnie jestto taka sama kategorja, jak panujące obecnie chrześcijańskie pojęcie miłosierdzia. Później przyjdzie nowa idea jakaś — i też nic mieć nie będzie do istnienia bytu zagrobowego. — Więc co — co ty myślisz? — Według mnie, zjawisko śmierci polega na tem, że tracimy zmysły, kategorje, pojęcia, projekcje świata tego, by inne zmysły, kategorje, pojęcia i projekcje znaleźć — tam... Lub i to nie nawet... tam przecież może nie być zmysłów, kategorji, pojęć — rozumiesz? — tak samo, jak niema też zapewne pojęcia sprawiedliwości. — Ale wierzysz, że ty istnieć będziesz? — Nie wiem — nie wiem. Słuchałam przez chwilę szumu sosen wysoko pod firmamentem. — Widzisz — mówiłam — tam może nie być też pojęcia ja w przeciwstawieniu do tego, co jest nie ja. To rozróżnienie jest wytworem ziemskiego punktu widzenia, formą przyjmowania wrażeń, czemś czysto przypadkowem, zależnem od gatunku i przyrody naszego mózgu... Tam może nie być także pojęć czasu, przestrzeni — rozumiesz, z naszego punktu widzenia to bezsens przecież, by światy nie miały granic: w tem, co mózg nasz nazywa nieskończonością, wyobraźnia nie może już znaleźć przestrzeni... Doprawdy — czasami mam wprost aż podziw dla Boga, że stworzył tyle i tak nieskończenie skomplikowanych rzeczy. Na twarzy Marty wyraz zawodu. — Więc wierzysz w Boga? — Nie wiem, wszystko mi jedno, czy jest. Poza nami niema prawdopodobnie pojęcia tworzenia czegoś z niczego, władzy w przeciwstawieniu do podlegania, woli — do bierności... Uważasz, Marto — według mnie termin: « transcendentalny» jest contradictio in adjecto, bo samo pojęcie bytu wypływa przecież li tylko z doświadczenia. Ja się tak wynaturzam, tak wyłażę ze swej ludzkiej skóry, że potrafię się zmusić do pomyślenia takiego niewyobrażalnego świata, gdzie niema przeciwstawienia bytu i niebytu... I wtedy wszystko mi jedno, czy będę sobą, czy nie sobą. Czy nawet wogóle będę, czy nie... Patrzy na mnie rozwartemi oczami i mówi cicho. — Tak — rozumiem. — I wiesz, możność takiego abstrahowania myśli swej od form myślenia, możność spojrzenia na wszechświat i siebie z takiego punktu — to są wyżyny, niesłychane wyżyny, to jest najczystsza, boska rozkosz. Między rzędami tablic kamiennych biega bez szelestu czarny kot ze szmaragdowemi oczami. Dziwnie towarzyskie zwierzę, chodzi za nami zawsze na spacery, jak pies. Kiedy patrzę na niego, nie mogę się oprzeć wierze w metampsychozę. W tym kocie mieszka wytworna, strasznie sceptycznie na świat patrząca dusza. — Co to, Marto? — Nic, nic... Szpilka spadła, niech leży. Z jej wielkich, czarnych warkoczy wysunęła się szpilka szyldkretowa i z cichym szelestem upadła na ziemię. A Marta jest w nastroju podniosłym. Razi ją teraz świat rzeczywisty, jako śmiesznie mały kontrast z tem, o czem mówimy. Dlatego nie chce, bym jej podniosła szpilkę, chociaż leży na wrzosie tuż przy mnie. Mnie zaś to wydaje się zbyt młodzieńczą egzaltacją. Życie jest — mimo wszystko — najważniejsze. Należy mieć tyle kultury myślowej, by nie zapominać o tem nigdy. Dlatego podaję jej szpilkę z zupełnie złośliwym uśmiechem. — Ostatecznie, — konkluduję, powstając z brózdy między grobami i zabierając się do domu, — ja rozumiem, że wnioski z tego wszystkiego równają się wierze w nicość. Dla mnie to wszystko jedno, czy po śmierci przestanę istnieć, czy też przejdę do świata, w którym niema pojęcia bytu ani pojęcia ja, warunkujących moją świadomość. Rozumiem też, że świat taki, w którym byt nie przeciwstawia się niebytowi — dla nas równa się nicości. To też wiara moja podobna jest do twojej niewiary, ale jest pogodna i pełna spokoju.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…