Front matter
ZOFJA R. NAŁKOWSKA
M D I
POWIEŚĆ
całość
ZOFJA R. NAŁKOWSKA
M D I
POWIEŚĆ
1925
Okładkę rysował E. Bartłomiejczyk
I
Gdy myślę, jaki był sam początek, najpierwszy początek — czas najdawniejszy, kiedy nie było jeszcze naszego domu, — to przypominam sobie taką rzecz: Przy wejściu do lasu, z tej strony, gdzie przechodzi tor kolejowy, na kawałku gołego, żółtego piasku, bez płotu, bez jednego drzewka ani kwiatka, z nieznaczną zaledwie szarawą plamą brudu i śmieci naokoło, stał kiedyś rodzaj domku, czy poprostu budy, zbitej z szarych desek, z jednem małem oknem i jednemi drzwiami, tuż przy tem oknie. Pierwszy raz w życiu szliśmy drogą piaszczystą, idącą ode wsi wśród łanów żółtego łubinu, w stronę najbliższego lasu, — nic o tem nie wiedząc, że tam w jego głębi czeka już na nas owo miejsce jedyne, miejsce, które musi mieć każdy, aby myśleć, że tam umrze. Na progu samym tego lasu zobaczyliśmy ów domek, a przed nim czarną, chudą, wysoką, odzianą w łachmany babę lub raczej wiedźmę. Gdyśmy podeszli, zdziwiliśmy się jej niezwyczajną brzydotą. Nos, jak dziób sowy, usta z jednym zębem zakrzywione wdół, szyja długa, jak u oskubanego kuraka. — Nic tu nie było, coby można było uważać za okoliczność łagodzącą: wyglądała na złą, samotną, niebezpieczną czarownicę. I miejsce, w którem stała, ten domek z desek — na tle niewysokiego, czarnego muru z choiny, nagie piaski wokoło i tor kolei — wszystko było beznadziejne i równie brzydkie, jak ona. A przecież wystarczyło pójść dalej drogą w ów las, aby sosny stały się wielkie i piękne, aby łagodne pod niemi wzgórza i wysłane mchem i zaroślami doliny zachwyciły oczy dziecięce. A dalej jeszcze, gdy się szło wciąż głębiej w te wzgórza leśne, wznosiła się wreszcie ostatnia góra, z której rozwierał się poprzez pnie i gałęzie osin, olszyn i dębów najcudniejszy widok na łąki nie mające podobnych sobie, pełne słońca i kwiatów, pocięte smugami krzaków olszowych, zamknięte innym dalekim lasem. Było to miejsce zbyt podobne do jednego innego miejsca, utraconego już wtedy bezpowrotnie. Bo taka sama łąka rozciągała się u stóp wzgórza, na którem stał dom dziadów, i taki sam miała las na horyzoncie. Może tylko nie było tu rzeki, która tam płynęła, może i wzgórze było tutaj mniejsze, I nie było drzew takich starych, jak tam, i nie było cienistego ogrodu. Rozpytywałyśmy się, jak tam było, bo pamiętałyśmy tak mało. — Raz tylko nas tam zawieziono, jako małe dzieci. Raczej utkwiły nam w pamięci owce, widziane wtedy pierwszy raz w życiu. I cztery konie, wszystkie białe w czarne i szare kółka, które ciągnęły karetę z babcią do kościoła i nazywały się siwe, chociaż tylko jedna para była stara, a druga młoda. I zwłaszcza jeden z nich, na którego grzbiet ciepły i szeroki posadzono mię na chwilę, abym wreszcie wiedziała, I tak — żal za tem, co było, sprawił, że powstało coś nowego. Na tej ostatniej górze leśnej nad łąką w rok później stał już nasz dom. Dom był mniejszy, drewniany, niepiękny, murowany, jak tam. I lewkonje, kwitnące tam wtedy przed wielkim, kamiennym tarasem, nie chciały tu rosnąć tak łatwo. I nie było nad urwiskiem niskiego murku, obrośniętego caprifolium, murku, z którego można było spaść w dół na kamienistą drogę z wracającemi do domu owcami, krowami i końmi — i napewno się zabić. Ale z obu stron drzwi oszklonych do jadalnego pokoju były i tu dwa okna wysokie i węższe od inych, jak podobne były tam. Ale posadzone były przed domem klony i jesiony, jak tam. I z kolei dla nas — dzieci — ten dom stał się wzorem dla innych domów i miarą i prawem i najdroższem na zawsze wspomnieniem. Muszę to teraz powiedzieć: domu drogi, gdzie niema już mnie, gdzie najbliżsi, w cudne letnie wieczory siedzący pod lampą wiszącą w tym za małym jadalnym pokoju, który tak ładnie i pogodnie wygląda zdołu przez gałęzie, gdy się idzie drogą nad łąką, — myślą może teraz o mnie i pamiętają, — domu mój drogi, najlepsza, najświętsza, najbliższa łez tęsknota moja jest zawsze przy tobie! I jeżeli stanie się, że umrę gdzieindziej, to jednak o tem właśnie pomyślę w ostatniej godzinie, pomyślę temi samemi słowami, które powiedziałam już raz z największej głębi serca i najmocniejszej wiary: Dom swój i przystań ostatnia. Ale zanim jeszcze stanął nasz dom, ujrzałyśmy wtedy tę starą, szpetną kobietę na wydmuchu piasków. Stała i patrzyła ku nam jednak z życzliwością. Pierwsza też wszczęła rozmowę. — To wielmożne państwo także tu szukają czegoś do kupienia? Nie, ściśle mówiąc, nie mieliśmy jeszcze wówczas tego zamiaru. — Bo te lasy precz są do sprzedania. I ten grunt Perguła, na którem mój się zbudował, nawet już jest sprzedany. To kupił jakiś bogaty pan i będzie tu zakładał ogród. — No, jakto, a z wami co będzie? — Nic. Perguł jest dobry człowiek. Toto się rozbierze i znowu przeniesie na inne miejsce. Mojemu Perguł wydzierżawi gdzieindziej te parę łokci i będziemy tak mieszkali jak tutaj. Przenosili się widocznie z tym domem, jak z kuferkiem. — O, teraz państwo tutaj precz będą kupowali. Takie ładne strony. Pomimo swej złej i dziwacznej miny to widocznie kobieta dobra i nawet miała pogodne usposobienie. Z dalszej rozmowy okazało się, że ten kąt pustynny i ubogi także wydawał się jej ładny. Ujęła to w formułę, która już wtedy wydała nam się godną uwagi. Powiedziała mianowicie: — Mąż pójdzie do roboty, syn poleci do kolei, ja wyjdę, popatrzę — i wesoło mnie! — Jej było tam wesoło — na tem miejscu i w takich właśnie konjunkturach życiowych i rodzinnych. Ta jej pogoda wrodzona i optymizm utkwiły nam wszystkim w pamięci, jako wzór godny i zarazem trudny do naśladowania. Kobieta ta nazywała się Millerowa, Jej mąż Miller był zdunem i chodził sobie naprawiać piece w całej okolicy, ale ponieważ w owe czasy nikt tam prawie nie mieszkał, więc zarabiał niewiele. Syn wyrostek odnosił pakunki z kolei, a córka była gdzieś we wsi za mężem. Wkrótce później Millerowie rzeczywiście przenieśli się razem ze swym domkiem na inne miejsce — równie zresztą brzydkie i puste — i nie postawili tam ani kawałka płotu, nie zasadzili nawet jednego drzewka. Ale i tam też Millerowej — gdy wyszła i popatrzyła — było wesoło. Ostatecznie nieznany mi bliżej ów Miller zginął jakąś śmiercią niejasną — w noc zimową, w lesie. Nie dla rabunku przecież zabito tego nędzarza. Powiadano, że złapali go na kradzieży torfu i zbili tak, że nie dowlókł się już do swego przenośnego domu. A znowu syn Millerów dostał kiedyś kaszlu, poszedł do szpitala i tam też umarł. Wtedy Millerowa, zostawszy sama, sprzedała deski z domu i poszła do córki. Nie widziałam jej więcej. Opowiadano, że córka nie chciała jej przyjąć do domu, że ją biła i wypędzała — aż wreszcie Millerowa musiała iść na żebry. I nawet nie wiem kiedy i gdzie umarła. Zniknęła jakoś bez wieści i śladu. Ale pozostały po niej te niezapomniane słowa pogody i afirmacji, żyjące w naszej pamięci. — Mąż pójdzie do roboty, syn poleci do kolei, ja wyjdę, popatrzę i wesoło mnie!
II
Miejsce, gdzie na początku stał domek Millerów, zmieniło się do niepoznania. Całą połać piaseczku i młodego, nieładnego lasu sosnowego ujęto w świeże, jasno pomalowane sztachety, a prawie nad samą drogą — w miejscu chyba najbrzydszem — stanęła drewniana willa, nieduża, ozdobna, z werandą na dole i ażurowemi balkonikami na piętrze, z trawnikiem i kępami krzewów parkowych przed oknami. Na miejscu zmiecionego z oblicza ziemi życia Millerów zakwitło tu życie nowe i niezupełnie zwykłe. W willi zamieszkał starszy wysoki pan, z siwą brodą i bardzo niebieskiemu oczami. W stronę miasta chodził w szarym płaszczu i popielatym cylindrze — i wyglądał w tem rzeczywiście bardzo elegancko, ale w sposób trochę nietutejszy i trochę jakby staromodny. Na codzień ubierał się w koszulę z surowego jedwabiu i pilnował w ogrodzie ludzi, którzy sadzili drzewa i kopali klomby i ścieżki. Lubił widocznie ogród, sam pielęgnował kwiaty i wkrótce dochował się pięknych róż. A wtedy przyszedł do nas z takiemi różami w ładnym małym koszyczku i powiedział, że jako sąsiad zapragnął poznać nas bliżej. Płaszcz zdjął, ale ten popielaty swój cylinder trzymał w ręce przez cały czas. Prawda, że był krótko. Zachowywał się bardzo grzecznie i widać było z rozmowy, że czytał dużo książek i że jeździł po świecie. Mówił też o swym majątku, który znajdował się gdzieś dosyć daleko. Okoliczności tak się złożyły, że nie może teraz tam gospodarować. Więc sobie tutaj, w bliskości miasta, urządza sad i ogród, by mieć zajęcie, które lubi. Później przyjechała do niego jego uboga wnuczka, która zarabiała na życie lekcjami języka francuskiego i z dziadkiem też rozmawiała po francusku. Była ruchliwa, bardzo żywa, śmiała się głośno, chodziła prędko, nawet biegała, chociaż była dorosła. Nam wydawała się ponadto prześliczna i pięknie ubrana. A na zimę znowu wyjechała do miasta. Nasz najbliższy naówczas sąsiad wyrażał się po polsku zupełnie poprawnie, ale nie był Polakiem, a nazwisko jego brzmiało Fersen. Okazał się byłym wyższym urzędnikiem na emeryturze. Przyszedł do nas później jeszcze ze dwa razy — zawsze jednakowo uprzejmy i grzeczny. Ale przestał wreszcie przychodzić, niczem do tego nie zachęcony. Mimo to znaliśmy się jednak. Willa pana Fersena stała przecież tak blisko nad tą drogą, która łączyła nas z pocztą, dworcem kolejowym i wogóle światem, a pan Fersen cały czas spędzał w ogrodzie i zawsze pozdrawiał nas, gdy przechodziłyśmy, czasami wychodził nawet na drogę, by chwilę porozmawiać. Był to piękny naprawdę starzec i robił jak najlepsze wrażenie, A przecież coś jednak sprawiło, że nie można go było uważać za znajomego. I nietylko, że nikt od nas nie był u niego, ale nawet często drogę w tem miejscu obchodziło się lasem, by uniknąć tego spotkania. Nie pamiętam zupełnie, jak poznałyśmy pannę Sylwję i jak się to wogóle mogło stać. Zapewne poprostu, stojąc kiedyś obok dziadka w ogrodzie, wtrąciła się do rozmowy, oddała pozdrowienie. Kiedy zobaczyłyśmy ją raz w lesie, niedaleko naszego płotu, była już naszą znajomą. Wypadało się przywitać. Szła, prowadząc na smyczy młodego wyżła, białego w czarne łaty. Wydała nam się, jak zwykle, bardzo ładna, była czyściutko i jasno ubrana. W pewnej chwili pies wyrwał się z jej ręki, podbiegł do nas i zaczął się z nami bawić. Panna Sylwja zaraz powiedziała, że nie gryzie i że nazywa się Bob. — My nie boimy się żadnych psów, — pospieszyłyśmy ją uspokoić. Roześmiała się głośno i znalazła, że to dobrze, iż jesteśmy takie odważne. Powiedziała też, że znowu przyjechała do swego dziadka na letnie miesiące i że chętnie wzięłaby lekcje francuskiego, gdyby kto w tych stronach chciał się uczyć. Nie wiedziałyśmy, czy jest ktoś taki, nie znałyśmy nikogo. Ale panna Sylwja podobała nam się bardzo. Zapragnęłyśmy wiedzieć, czy nie przykrzy jej się mieszkać tak na wsi, tylko we dwoje z dziadkiem. Roześmiała się znowu i powiedziała, że wcale nie. Że na wsi jest przyjemnie, a przytem dziadek jest dla niej bardzo dobry. Mówiąc, jednocześnie wołała swego Boba, który nie chciał wrócić. Biegała za nim i usiłowała nadeptać nogą na smycz, wlokącą się za psem po mchu zielonym. Ale wymykała jej się ciągle. Złapałyśmy psa i smycz oddałyśmy jej do ręki. — Muszę go zawsze trzymać na smyczy, — mówiła panna Sylwja, dziękując. — Jest jeszcze taki głupi i ciągle mi ucieka... W tej chwili zawołano na nas od strony domu. Dygnęłyśmy prędko i puściłyśmy się przez bramę i ogród, by zdążyć w porę i nie narażać się na zbyteczne pytania i wymówki. Skoro starsi nie pragnęli znać bliżej pana Fersena i jego wnuczki, to i nam wypadało do tego się zastosować. Ale to znów nie znaczy, by nie można było z nikim zamienić paru słów... Nie lubiłyśmy żadnej przesady. Fersenowie zresztą mieszkali daleko od nas, na samym brzegu lasu. I takie spotkanie z panną Sylwją było rzeczywiście czemś zupełnie wyjątkowem.
III
Miałyśmy wtedy jeszcze obie mało lat i nasz dom stał na górze w lesie zupełnie sam. Można było długo iść w różnych kierunkach i napróżno szukać człowieka — bez żadnych zresztą niesmacznych żartów diogenesowych z latarnią, ale poprostu dlatego, że nikogo tam nie było. Z okien też nie widać było siedzib ludzkich — oprócz jednej, daleko, za łąką i polami, chałupy, obory i stodoły Nowaka. Był dom, był las, trochę zwierząt — a pozatem już tylko psychologja. Zupełnie jak w skandynawskiej powieści. Były też niewątpliwie rozmaite głębokie tajemnice, schowane w różnych kielichach kwiatów, w jednym krzaku leszczyny, z którego wycinało się najgrubsze gałęzie na łuki, w stawie, leżącym na końcu lasu, gdzie był utopiony pies, a zwłaszcza pod wielkim kamieniem w bardzo głębokim i dosyć wąskim rowie granicznym, zarosłym od wałów aż po dno zupełnie już dużemi sosnami. Ściany rowu były z piasku, a na dnie mokrem i zielonem rósł mech i sitowie. Wiosną huczała tam w dole bystra woda, dwiema stronami omijająca ów kamień i rozszerzała się w tem miejscu, jak pierścień na przyjęcie perły. W związku z tym kamieniem mogły się były odbywać zdarzenia doniosłości niezmiernej — w jakieś noce pochmurne i zarazem księżycowe. Wszelako nie odbyły się nigdy. Kamień rozsadzono dynamitem i w gruzach zawieziono do miasteczka na bruki, rów podzielono między nowych właścicieli, Ale w miejscu, gdzie leżał niegdyś ów kamień, pozostał na zawsze głęboki, rozmyty wertep, na wiosnę pełen huczącej wody, która już nie miała czego obejmować ślicznemi, młodemi, chłodnemi ramionami. Ten rów dalej szedł na łąki i tam robił się płytki, cienisty, zielony, pełen kwiatów — zupełnie inny. Na brzegach rosły tylko olszyny, i to dosyć rzadko. Bliżej lasu kwitnęło tam na wiosnę mnóstwo białych anemonów, a dalej, głębiej w łąki — złote kaczeńce, kwiat ukochany dzieciństwa, wychodzący z wody na powietrze w chłodne, wietrzne dni kwietniowe. Kaczeńce najpiękniejsze były właśnie wtedy, gdy w wodzie odbijały się chmury granatowe, a one razem z jasną, młodziutką trawą wodną wyglądały tak, jakby wciąż jeszcze świeciło słońce. I im chmurniejsze było niebo i woda, tem bardziej one były pogodne. Najważniejsza jednak była uroczystość pierwszych sasanek, dużych, kudłatych kwiatów fioletowych, obrosłych szarem futrem. Gdy się zjawiły, to znaczyło, że już jest początek, Kwitnęły co roku w tem samem miejscu, między sosną i małemi jałowcami, na największej naszej górze, od północy. Czasami niedaleko od nich leżał jeszcze śnieg. Trzeba było dosyć daleko iść boso wzdłuż tego rowu po łące, żeby dojść do jednych wierzb, które tylko tam rosły. Miały baźki wcześniej, niż inne wierzby, i do tamtych niepodobne, zupełnie okrągłe, jak kulki, puchate, złote i pachnące tak przecudnie, że nosa od nich nie można było oderwać. Pachniały zupełnie jak bez, tylko jeszcze ładniej, daleko ładniej! Po te kotki chodziłyśmy czasem, jeszcze jak woda była bardzo zimna — i później miałyśmy nogi okropnie czerwone i szczypiące. Zdarzały się inne jeszcze rzeczy, też bardzo ważne, dające na długo niewyczerpany materjał do rozmyślań. Takiem zdarzeniem w naszem życiu był pewien zając, który raz zasnął pod sosną niedaleko nawet od domu i wcale nie zauważył, że- śmy do niego podeszły. Myślałam, że jest chyba chory, albo może oswojony, uklękłam przy nim na suchych sosnowych igłach i pogłaskałam go po łbie. Dziś jeszcze pamiętam, jaki miał miękki i ciepły puch na czole i między uszami. Wcale nie był chory, bo jak się obudził, to dał takiego susa, żeśmy przez długą chwilę stały naokoło pustego miejsca, nie wiedząc, co się zrobiło. A on sadził przez krzaki, aż góra dudniła. Kiedyindziej znowu pokazałyśmy jednej z wielu wiewiórek, wałęsających się po naszych drzewach, zdaleka parę orzechów na dłoni. Wiewiórka siedziała dosyć nisko na akacji, schyliła łeb i trochę się przyglądała. Wreszcie powoli, powoli zeszła na pień i ostrożnie, z głową na dół, wyciągnęła pysk do tych orzechów. Z bijącem sercem, pełna wzruszenia i niedowierzania, podałam jej jeden orzech, a ona wzięła go w zęby i na trochę wyższej gałęzi spokojnie zjadła. Później zeszła jeszcze po drugi i po trzeci orzech, a kiedy miała dosyć, to się pomieszała z innemi wiewiórkami i nie można jej było poznać. Pokazywałyśmy później orzechy różnym wiewiórkom, ale żadna nietylko nie zeszła do tych orzechów, ale nawet nie zwróciła na nie żadnej uwagi. Co to było, nie wiem — i w długich naszych rozmowach we dwie napróżno nieraz usiłowałyśmy tego dociec. Wodę do polewania kwiatów brał Władysław z naszego rowu nad łąką, gdzie żyła masa wstrętnych wodnych stworzeń. I zawsze z sitka od polewaczki wychodziły przez dziurki różne ogony takich nieumyślnie nabranych z wodą zwierząt, bo głowy zwykle były większe i już się nie chciały przez te dziurki zmieścić. Trzeba było wyjmować sitko z polewaczki i — choć to było obrzydliwe — wytrząsać napowrót do rowu te zwierzęta, żeby się nie męczyły. A to wcale nie było łatwe, bo one nie mogły zrozumieć, o co chodzi, i jakby naumyślnie siedziały właśnie z całej siły w tych dziurkach i trochę nawet zakręcały swoje ogony. Przeważnie były to kijanki żabie i okropne, trochę włochate, dreszczem przejmujące larwy, o których wiedziałyśmy, że z nich wychodzą łątki prześliczne i później fruwają nad wodą. Wiedziałyśmy niby — ale nikt tego nie brał na serjo, nikt w to naprawdę nie wierzył. Tymczasem raz na jakimś wielkim wodnym badylu znalazłyśmy taką łątkę, która niezupełnie jeszcze wyszła z larwy. Każdą nogę wyjmowała pokolei z wstrętnej, pustej, przezroczystej nogi potwora. Była duża i szafirowa, ale zupełnie miękka i trochę nawet wilgotna, A jak tylko wyschła, zaraz poleciała. Wtedy też zauważyłyśmy, że łątki właściwie nie fruwają, tylko przesuwają się po powietrzu — jakby były na nitkach. Wielki, jasnozielony konik polny, który chodził po stole przy jedzeniu, mysz chowana w pudełku od cukierków, diademy, plecione z sitowia i poutykane piórami, do udawania Indjan, naszyjniki z jarzębiny, szałasy z gałęzi i fortece z kamyków, dwa równoległe ogródki, ogrodzone patykami, gdzie rosły nasturcje, dynia, słoneczniki i trochę sałaty, która się sama zasiała — takie było nasze życie.
IV
I oto raz Władysław poprawiał osypany wał na granicy naszego lasu. Wtedy to zupełnie wystarczało, bo letnicy nie zapuszczali się wcale w te strony. Pogłębiał trochę rów po północnej stronie, u samych stóp góry, wzdłuż drogi, po której nigdy prawie nikt nie jeździł, i piasek sypał na wierzch wału. My zaś dotrzymywałyśmy mu towarzystwa przy tej robocie, rade wogóle jakiejś rozmaitości. Prócz nas był tam jeszcze Burek, nasz pies ówczesny, żywcem kupiony od No- waka, już razem z tem niemądrem przezwiskiem, (Z bratem Burka, który został u Nowaka, było pod tym względem jeszcze gorzej, bo nazywał się Mularz, Pies — żeby się nazywał Mularz!) O tym Burku to da się powiedzieć, że zwykle i nawet prawie zawsze był poważny, ale kiedy już zaczął się bawić, to zaraz wpadał w przesadę i przechodził wszelkie granice. Raz w najlepszej myśli, kiedy nie był wcale zły, pogryzł nas do krwi, więc trzeba było mieć się z nim na ostrożności. Po drugiej stronie drogi leżały niskie torfowiska, zarosłe brzozami i chojakami, małe wśród lasu polanki okryte były ścisłym mchem, niby sierścią buro-zieloną, pełną na wiosnę białych kotków wełnianki, zupełnie jakby oblazłe kłakami waty. W lecie rosły tam łochinie, któremi się podobno można upić, jak ich się zje dwie kwarty. Nieraz chciałyśmy się niemi upić, ale zawsze gdy zbierałyśmy je, jadłyśmy jednocześnie — i nigdy nie można było zmierzyć, ile ich było naprawdę. W jesieni znów miałyśmy tam masę borówek. Były to wszystko grunty niewiadomo czyje, ze stawem w środku, wykopanym kiedyś przez kogoś, co się oddawna z tych stron wyniósł, nasze niepodzielne przez rok okrągły królestwo. Miałyśmy tam kąpiel latem, a zimą ślizgawkę. Ów dzień zaś, kiedy to Władysław sypał wał na granicy, tem był pamiętny, że w sosnach trochę dalej, na drugim brzegu drogi, zobaczyłyśmy niespodzianie białą kupę drzewa, jakieś leżące bale i trochę cegieł. — Co to tam jest, Władysławie? — dałyśmy wyraz żywemu zainteresowaniu. — A to się buduje ślusarz z Warszawy. — Oo! Wiadomość była poprostu sensacyjna. Okazało się, że Władysław był już widział nowego sąsiada i powziął o nim niejakie wiadomości. Ślusarz z Warszawy, który miał nawet przedtem restaurację. Buduje się — i tutaj będzie mieszkała jego żona, a on będzie tylko przyjeżdżał co tydzień z roboty. — A dzieci? — czy będą i dzieci? Dzieci nie będzie. Jest tylko jeden syn, ale już dorosły, urzędnik, który gra na skrzypcach. Wiadomość odbierała poprostu równowagę umysłu. Czy prędko się zbudują, czy kupili wszystko i ze stawem, czy będą mieli swoją studnię, czy naprzykład ich kury nie będą przechodziły na nasze. Kupili tylko morgę, wytną las, zasadzą trochę kartofli, zasieją gryki. Ślusarz nazywa się Dziobek. — Oo! Poszłyśmy drogą kawałek w tamtą stronę i z niejakiego oddalenia dobrze przyjrzałyśmy się złożonemu drzewu i cegłom. Prócz tego była jeszcze kupa piasku i wpuszczona w ziemię skrzynia na wapno. Dwóch ludzi ukazało się od strony stawu z wodą w wiadrach. Kiedy wlali ją w ziemię, buchnął stamtąd słup pary. — Wapno lasują — objaśniłam. Oddaliłyśmy się w zadumie. Któż może wiedzieć, co jutro przyniesie, jakich ludzi los przeznaczył nam na najbliższych sąsiadów. Starałyśmy się napróżno przeniknąć mroki przyszłości.
V
Nie przeszły i dwa miesiące, kiedy dom stanął pod dachem, Dom! — c’est une façon de parler. Raczej zaledwie coś domowatego, chałupka na kurzej stopce. Na wierzchu dach z czarnej tektury, od przodu malutki ganek na dwóch palikach — weranda, jak powiedziała pani Dziobkowa. Tak. Należy wyznać, że zawarłyśmy tę znajomość, nie bacząc, czy nie postępujemy czasem lekkomyślnie. Ale czyż może nie być lekkomyślną młodość? Biegłyśmy wtedy po owej drodze granicznej wyciągniętym kłusem, wrzeszcząc dosyć niedyskretnie. W ten sposób dawałyśmy wyraz radości, wynikłej z otrzymania nowych lejców. Lejce były z taśmy czerwonej, obwieszone małemi dzwonkami. Uciecha mogła się była wydawać przesadna tylko komuś, kto nie rozumie, co to znaczy obywać się zamiast lejców zwyczajnym szpagatem. Biegłyśmy tedy ową drogą, jak gdybyśmy już rzeczywiście wcale nie mogły gdzieindziej bawić się w konie. Pani Dziobkowa znajdowała się właśnie o tej porze przed domem i ryła w błocie małe kręte ścieżki swego przyszłego ogródka. Osadziłam konia i zagadnęłam taktownie: — Dzień dobry pani. To pani tu będzie mieszkała? Rozmowa potoczyła się gładko. Pani Dziobkowa była osobą otyłą i niemłodą, ale głowa jej zachowała dawną piękność rysów. Z krótkiego opowiadania powzięłyśmy wiadomość o minionej familijnej świetności. Państwu Dziobkom dobrze się kiedyś działo, mieli restaurację na Zielnej, gości porządnych, cztery córki i trzech synów. Ale jaki majątek temu nastarczy: w jeden rok wyprawić dwa wesela i trzy pogrzeby. Naprzód umierały córki, później synowie. Brat pani i teraz jest bogaty, też trzyma restaurację, syna posyła do gimnazjum, ale bogatemu nic do biednego, trzeba swojemi dziesięcioma palcami się odrabiać. Teraz mąż jest w żelaznej fabryce, ona tu. Oto wszystko, co narazie można było ustalić. Wróciłyśmy do domu, owiane niejaką tajemniczością, pełne zadumy. Miałyśmy już poza domem nasze własne stosunki. Nie mogę nie wspomnieć w tem miejscu o szczegółnem postępowaniu Burka. Wobec tej doniosłej zmiany, jaką zjawienie się sąsiedztwa wprowadziło do naszego trybu życia, Burek zachowywał się opornie i, aby tak rzec, negatywnie. Nierzadko można go było znaleźć na samym krańcu naszych posiadłości. Siedział na wale i monotonnie szczekał w próżnię. Okazywało się jednak zwykle, że szczekał tak na panią Dziobkową, która, nie przywiązując wagi do Burka animozji na odległość, grzebała rydlem w błotnistym swoim ogródku. Wysokie, okrągłe klomby, powstałe naskutek głębokiego wyżłobienia i po brzegach odarniowane, wyglądały trochę, jak świeże groby. Podobieństwo zwiększyło się jeszcze, gdy wyrosły na nich gęsto bujne kwiaty. Pani Dziobkowa zaopatrzyła się wkrótce we własne zwierzęta. Na szczekaninę Burka odpowiadał teraz płaczliwie mały szczeniak, wielce anemiczny i chorowity, uwiązany na szpagacie do gwoździa w ścianie i często bity za to, że za dobry i żeby szczekał. Robił tedy, co mógł, skowyczał i warczał, chorował na żołądek, nudził się i ogromnie martwił całemi dniami. Niczem nie można było zmiękczyć jego losu. Gdy raz, ujęty naszemi miłemi słowy, machnął weselej ogonem i na chwilę przestał się irytować, odrazu dostał za to bicie. Zapomniałam powiedzieć, że nazywał się Trezor. Drugiem zwierzęciem był młody kot, czarny bardzo i taki chudy, że w biały dzień robił wrażenie widma. Chodził na swych nogach, cienkich jak patyczki, trwożliwie i ostrożnie, zupełnie jak ta syrena u Andersena, której ogon zamienił się na nogi, ale pod warunkiem, że każdy krok będzie ją okropnie bolał. I nawet tak wciąż miauczał przerywanie i cicho, jakby postękiwał. Pani Dziobkowa skarżyła się na niego, że sobie nie łapie myszy, ale był pewnie za mały i zresztą może w takim nowym domu myszy jeszcze nie było. Mówiła nam też, że jest bardzo nienasycony. „Tak się nażar, że mało nie pynk, a nie znać po niem“. Już co prawda, to prawda, istotnie nie było znać. Prócz tego do dwóch pni sosnowych uwiązane były za nogę dwie kury, otoczone mrowiem swych puchatych piskląt, Tym kurczętom dzioby się poprostu nie zamykały. Każde co chwila mówiło pia, pia, a ponieważ ich było bardzo dużo, więc ani chwileczkę nie mogło się zrobić cicho. Kwoki starały się chodzić za dziećmi na długość sznurka i naturalnie trochę okręcały się około sosny. Aż wreszcie leżały obie z wyciągniętą wtył łapą i dziobem otwartym z gorąca i smutku. Tylko czasami gdaknęły na małe, które się rozłaziły i naturalnie ani myślały słuchać. Bo żadna matka w takiej głupiej pozycji nie zachowałaby powagi wobec swych dzieci, a cóż dopiero zwyczajna kura. Dwa razy na dzień pani Dziobkowa przychodziła i odkręcała kury, ale one bardzo prędko zakręcały się na nowo. Trochę w tem było i ich winy, bo przecież mogły uważać. A puścić ich pani Dziobkowa nie mogła, bo kury drapią i ani jednego kwiatka w ogrodzie nie zostawią. Było jeszcze prosię, również na sznurku za tylną nogę do kołka uwiązane. W nosie różowym miało drut, skręcony tak, by je kłuł, gdyby zechciało pyskać. Takiego prosiaka jakby nie odrutować, toby wszystko spyskał. — Gdy go było podrapać patykiem pod gardłem, albo koło ucha, to zaraz się kładł na ziemi i trochę ryj otwierał. Miał też bardzo zabawny ogonek. Ale ponieważ pewien sławny dyplomata powiedział złośliwie o mojej literaturze, że ja opisuję, ile razy świnia ma zakręcony ogonek, i w którą stronę, więc już nie będę opisywała tego ogonka. Ogólnie tylko zaznaczę, że gospodarstwo pani Dziobkowej zorganizowane było na dobrze pojętych zasadach ładu i ekonomji.
VI
W pewną niedzielę dane nam było poznać samego właściciela posesji i owych zwierząt. Pani Dziobkowa zaprezentowała nam szczupłego, zgarbionego nieco pana, o niezmiernie jasnym zaroście. Pan Dziobek przyjechał na wieś do żony w surducie bardzo długim i dosyć szarym i w meloniku, którego rondka opierały się na barkach i odgiętych uszach. Melonik ów brał pan Dziobek na głowę, ilekroć wychodził do ogrodu, choćby nie było ani chłodu, ani słońca. Poprostu przez poczucie przyzwoitości. Od pierwszego spojrzenia widziało się w nim coś lepszego. Pan Dziobek był mimo to pełen prostoty i skromności wrodzonej. Zgadzał się bardzo ze wszystkiem, co mówiła jego żona, która się do niego przywiązała, chociaż był trochę młodszy od niej. Miał bardzo dziwne oczy, duże i niby to niebieskie, ale właściwie prawie białe. I to podobno z tego, że robił przy ogniu w tej swojej fabryce. Sam mówił, że pewno niedługo już oślepnie od tego ognia. A wtedy toby już zamieszkał przy żonie na wsi, na stałe. Dla nas był bardzo uprzejmy, Nawet na żądanie pani Dziobkowej opowiedział nam pyszną anegdotkę o żydzie, który przyszedł do pana dziedzica i, mówiąc o interesie, jednocześnie drapał się plecami o drzwi. Pan Dziobek owe drapanie naśladował wiernie, aż do złudzenia, i mówił „panie dżedżyc“ tak dowcipnie, że sam powstrzymywał się od śmiechu tylko dlatego, żeby nie popsuć wrażenia. Zato pani Dziobkowa, chociaż znała już była przedtem treść opowieści i nic już nie było tu dla niej nieoczekiwane, uśmiała się jak nigdy. Właściwie i pan Dziobek śmiał się także, ale dopiero gdy już wszystko opowiedział. I śmiał się tak serdecznie, że z jego białych, wypalonych ogniem oczu łzy lały się poprostu ciurkiem. Z biegiem czasu stosunki stały się mniej etykietalne i prawie co niedziela pan Dziobek opowiadał nam swą anegdotę. Pamiętałyśmy ją dobrze i śmiałyśmy się głównie tylko przez uprzejmość. Bo widok pana Dziobka w tym surducie i meloniku na odgiętych uszach, drapiącego się plecami o futrynę swej chałupki i ocierającego łzy z policzków, robił doprawdy jakieś niebardzo wesołe wrażenie. Z dalszych wizyt i rozmów poznałyśmy wkrótce i brudy rodzinne. Cóż robić. Niema domu, w którym nie przydałoby się czegoś ukryć. Zpoczątku pani Dziobkowa opowiadała tylko, jak się chowały córki, pokazywała ich fotografie wizytowe i nawet jedną gabinetową. Córki pomagały jej w restauracji, ale roznosiły tylko pieczyste, nigdy zupę, — No, rozumie się, — powiedziałyśmy, aby nie myślała, że jesteśmy naiwne. Bo choć wiedziałyśmy, że naturalnie żadna praca nie hańbi, to przecież rozumiałyśmy, że jest chyba jakaś różnica między roznoszeniem pieczystego a roznoszeniem zupy. Córki więc roznosiły pieczyste, później wychodziły zamąż, miały dzieci, umierały na suchoty. Zdarzało się, że zięciowie nie mieli za co ich pochować. I tak na jeden rok wypadło dwa wesela wyprawić i trzy pogrzeby. To zjadło restaurację. Synowie umierali też. No, i został wreszcie tylko jeden, ten który gra na skrzypcach. Dziewiąte i ostatnie dziecko. Nie śmiałyśmy zapytać, czemu nie przyjeżdża. Ale pani Dziobkowa wyznała sama w chwili słabości: nie przyjeżdża, bo jest zły syn, bo wstydzi się rodziców. Dlatego, że ojciec jest rzemieślnikiem. A czy każdy może być restauratorem? Wstydzi się. Już drugi rok, jak nie był ani razu. Nie żałowali na jego edukację, był w szkole, teraz jest na posadzie. Zarabia ładnie, więc naturalnie, cóż mu do rodziców. A przecież przyjechał jednak. Przyjechał — pamiętamy to doskonale. Ale nie napełnił radością domu rodziców. Przyjechał dlatego, że był wieczorem z bardzo porządną jedną panienką w Alejach, siedzieli długo na ławce, więc dostał kaszlu. Cały miesiąc tak ciągle kaszlał i doktór kazał mu pojechać na wieś. Wtedy dopiero przypomniał sobie rodziców. Przyjechał w jedną sobotę wieczorem ze starszym panem Dziobkiem. Ale w ogrodzie nie robił, na spacer nie chodził, nawet ani razu nie zagrał na skrzypcach, choć je przywiózł ze sobą. Leżał w stancji na dużem, drewnianem łóżku matki, leżał i był chory. Nic mu nie było lepiej, tylko ciągle gorzej. Raz nawet przywieźli doktora ze Starej Wsi. Przywieźli też i księdza. Aż raz Władysław przychodzi z wiadomością, że młody Dziobek umarł. Ach, to było okropne. Nie mogłyśmy się uspokoić, chociaż nawet nie znałyśmy go wcale, To pierwszy raz w obręb tego lasu weszła śmierć! W taki słoneczny dzień patrzyłyśmy zdaleka, z ponad sosen, na mały domek Dziobków w dole. Ten dach z czarnej tektury, malowany smołą, okrył straszną tajemnicę. Tam leżał umarły człowiek. Pan Dziobek poszedł do parafji i w ogródku było widać tylko panią Dziobkową. Odkręcała kury, uwiązane za nogi do kołków. Później wyrywała zielsko z truskawek. Czasami wchodziła też do wnętrza tego domu i przez chwilę jej nie było. Patrzyłyśmy na to, pełne grozy. Pani Dziobkowa często opowiadała nam potem o chwilach ostatnich syna. „Umierasz, synku — mówię — umierasz, jak tamci pomarli. — A on nic, — Umierasz — powiadam, i jak nie krzyknę, jak go nie chwycę!... A on już tylko tyle, że się trochę skrzywił i zaraz mu oczy w słup stanęły“, — Wiele razy słyszałyśmy te proste i wzruszające słowa.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Dom nad łąkami.
