Read here

Choucas

Zofia Nałkowska · 1927 · Free in the US

71,344 words · about 5 h to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1927 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Choucas&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Zofia Nałkowska
Language
Polish
Published
1927
Length
71,344 words · about 5 h
Sections
45 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (45)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 2 h 30 min
  3. 1 about 2 min
  4. 2 about 3 min
  5. 3 about 3 min
  6. 4 about 2 min
  7. 5 about 3 min
  8. 6 about 3 min
  9. 7 about 3 min
  10. 8 about 3 min
  11. 9 about 3 min
  12. 10 about 3 min
  13. 11 about 3 min
  14. 12 about 2 min
  15. 13 about 5 min
  16. 14 about 2 min
  17. 15 about 4 min
  18. 16 about 5 min
  19. 17 about 5 min
  20. 18 about 5 min
  21. 19 about 5 min
  22. 20 about 3 min
  23. 21 about 2 min
  24. 22 about 3 min
  25. 23 about 4 min
  26. 24 about 6 min
  27. 25 about 3 min
  28. 26 about 5 min
  29. 27 about 5 min
  30. 28 about 3 min
  31. 29 about 4 min
  32. 30 about 3 min
  33. 31 about 4 min
  34. 32 about 4 min
  35. 33 about 3 min
  36. 34 about 3 min
  37. 35 about 4 min
  38. 36 about 6 min
  39. 37 about 5 min
  40. 38 about 2 min
  41. 39 about 2 min
  42. 40 about 3 min
  43. 41 about 3 min
  44. 42 about 3 min
  45. 43 about 1 min

Continue:

Front matter

ZOFJA R. NAŁKOWSKA

CHOUCAS

POWIEŚĆ INTERNACJONALNA

całość

ZOFJA R. NAŁKOWSKA

CHOUCAS

POWIEŚĆ INTERNACJONALNA

NAKŁAD GEBETHNERA I WOLFFA

SKŁADY GŁÓWNE:

„The Polish Book Importing Co., Inc.” New York.

„Księgarnia Polska na Śląsku, Sp. Akc.” Katowice.

Zakł. Graficzne „NASZA DRUKARNIA”, Warszawa, Sienna 15.

1927

1.

Odzywam się głosem miękkim: — Tylko proszę cię na wszystko, zrób dzisiaj trochę mniejsze kawałki. Chwila ciszy. — Nie, ja właśnie robię zupełnie małe kawałki. — No dobrze. Ale widzisz, jeżeli nie mogą połknąć, to często z takim kawałkiem uciekają. — Nie. One tylko próbują smak i dlatego zastanawiają się chwileczkę. Na to już poprostu nie mam słów. — „Zastanawiają się chwileczkę”, — powtarzam z goryczą i nie odzywam się więcej. Rzeczy idą swoim trybem. Pokrajane kawałki białego chleba, lekko posypane cukrem, moczą się w ciepłem mleku. Gdy już dostatecznie nabiorą smaku, z poręczy „galerji” zeskrobuje się śnieg, starannie łyżeczką na tem miejscu układa się chleb — i oczekuje, aż przyjdą czy też obudzą się choucas. Może przylatują z granatowych, głębokich dolin, a może wracają z białych, jeszcze wyższych gór. Dość, że czasami rano ich niema aż do godziny dziewiątej lub później. A czasami nadlatują za wcześnie, zanim cokolwiek jest gotowe. Proponuję, że może dzisiaj już ja sama ułożę chleb — tylko na jednej stronie poręczy, żeby choucas miały gdzie stać wygodnie, żeby sobie nóżkami nie deptały po jedzeniu i żeby go nie zrzucały na ziemię. — Nie, nie trzeba. Już ja wiem, jak one lubią. No tak, na wszystko, cokolwiek powiem, argumentów jest mnóstwo. I wogóle nic nie da się poradzić. Chleb leży i dymi mlekiem w mroźnem, jasnem powietrzu. A z galerji, zamiast zimna, wchodzi przez drzwi otwarte do pokoju radosne, ostre, aż twarde gorąco słoneczne. Ale niema choucas. Najżywszy interes dnia jeszcze się nie rozpoczął. Zato przychodzą wróble, które są wszędzie po świecie — może trochę mniejsze od naszych, ale równie żywe, śmiałe, mało z czemkolwiek robiące sobie ceremonji. Jest ich niewiele. Zjawiają się jakby nie z powietrza, raczej ze ścian, z pod poręczy, z pod markizy — nawet niejako z pod podłogi. Dla nich jedzenie przygotowane jest osobno. Zwykłe okruszyny — bez mleka i cukru, drobne, rozsypane poprostu po podłodze. I rzecz dziwna. Wróble jakgdyby to wiedzą, nigdy prawie nie wskakują na poręcz, jedzą to, co jest dla nich. Jedzą niefrasobliwie i długo, łupiąc dziobami w okruszyny i rozbijając każdą na małe pyły, które wydziobują do ostatniego. Dziobnie raz, a trzy razy machnie ogonkiem i patrzy uważnie jednem albo drugiem małem, czarnem oczkiem. Nie boją się nic, skaczą, szwendają się po ziemi, biegają i przemykają się szybko między nogami trzcinowych foteli, jak szare myszy. I przy tem wszystkiem wciąż powtarzają: „cze, cze”. Nie wiemy, co chcą przez to powiedzieć. Ale jeżeli panna Hovsephian, mieszkająca pod nami, mówi: „cze, cze”, to wiadomo, że to znaczy: tak. Z temi wróblami były trzy niezwykłe zdarzenia. Raz jeden z nich, jedząc, z niewiadomej przyczyny stracił przytomność i upadł z wyciągniętemi łapkami. Natychmiast pośpieszyliśmy mu z pomocą. Wniesiony do pokoju i napojony ciepłem mlekiem, zakrztusił się, otworzył czarne oczka i z rozwartej dłoni wyfrunął poprostu za okno, jakby to wszystko nie wymagało jakiegoś wyjaśnienia. Drugi — również niewiadomo dlaczego — z pełnej jadła galerji wpadł do pokoju, usiadł na brzegu biurka i, popatrzywszy uważnie na nas oboje, bez szczególnego przerażenia powrócił tam, skąd przyszedł. A trzeci wyfrunął skądś, z miejsca sobie jedynie wiadomego, gdy siedzieliśmy na galerji, i przysiadł na oparciu mojego fotela, trzymając coś białego w dziobie. Myślałam, że to jest kawałek chleba, ale to był kawałek białej, zgniecionej bibułki. Z tym przedmiotem w dziobie przebywał chwilę między nami, a po pewnym czasie nas opuścił, pozostawiając po sobie tylko zdziwienie i niesmak. Tak, niewątpliwie, bliskie przebywanie ze zwierzętami, jak i z ludźmi, wytwarza niekiedy sytuacje niedość jasne i kłopotliwe. Ale któż zdoła z takich względów wyrzec się wszystkich radości współżycia?

2.

— Już przyszły? — zapytuję ku galerji z głębi pokoju. — Nie, niema. Milczenie i oczekiwanie. Przez niebo niebieskie, poniżej słońca, idzie środkiem mały obłoczek. Na chwilę uczepił się szczytu Chamossaire poza doliną, rozstrzępił w małe piórka i frendzle, a wtedy oderwał się i poszedł dalej. Ale oto nie widać już w głębinach na prawo rozpostartej, białemi od śniegów wysokościami Dent du Midi zamkniętej, gładkiej i ślicznej doliny Rodanu. Płaska chmura rozesłała się, jak sypki pył mączny, po tej dolinie. Jej biała i pu- szysta treść wznosi się lekko ku górze. Już wpłynęła, wlała się w poprzeczną, węższą i przepaścistą dolinę Grande Eau przed nami. Teraz jesteśmy z naszą galerją i poręczą nad samym brzegiem morza, nasyconego słońcem, białego jak światło. Chwila — i nie widać już nic poprzez te białe ciemności, które zatkały szeroki, rozwarty wylot galerji. — Zupełnie, jakby ktoś zawiesił tutaj edredon — słyszę niechętną uwagę. W tym „edredonie” można teraz zanurzyć nagą rękę, można łapać śnieg, który się sypie — ach, jak sypie! — na poręcz z chlebem, na twarze, na kolana, na kwieciste poduszki trzcinowych foteli. Można godzinami tak siedzieć i patrzyć na to dziwne, pionowo wiszące morze i wodzić oczami za śniegiem lecącym. A wtedy cała galerja z poręczą i markizą w pomarańczowe pasy i nawet cała willa płynie lekko i bez wstrząśnień ukośnie w górę, w stronę przeciwną, niż śnieg. I nagle cichy okrzyk: — Są choucas!... Przylegamy płasko na fotelach, udajemy, że nas niema. Ukazują się wreszcie pośród białej ciemności powietrza — — Oto jedna przesunęła się poziomo i bez ruchu, jak na nitce, w rozwarciu galerji. Oto druga przemknęła jednym rogiem, ukazując czarny brzuszek i zgięte pod nim łapki, jak gałązki koralu. Oto inna zakołowała i trzepoce skrzydłami tuż nad poręczą z ułożonym chlebem, nie wiedząc, gdzie ma postawić te koralowe nóżki. — On „wie, jak one lubią” — myślę sobie z ironją. Inne planują, ważą się, przepływają zwolna całą gromadą. I w tym otworze galerji wyglądają chwilami jak ryby w obnażonej ścianie akwarjum. Jedna wreszcie przysiadła na poręczy — ostrożna, płochliwa, poważna. Złotym dziobem lekko, pochyło zdziobuje miękkie kawałki i połyka. Jest czarna, wysmukła, świecąca, o łagodnym łebku i miłem wejrzeniu okrągłego oka, niż do wrony podobna raczej do czarnego gołębia — tylko zgrabniejsza, na wyższych, czarnoczerwonych nóżkach. Ale wzięła kawałek za duży, którego nie mogła połknąć odrazu (bo to jednak prawda, że są niedość małe), i odleciała — nie poprostu w górę, jak każdy ptak — tylko w dół, jakby nieumyślnie, bezradnie spadając prosto w zawrotną przepaść doliny. Zato są znów dwie nowe. Jedna siedzi bokiem, cała doskonale widoczna, ufna — o metr zaledwie od naszych oczu. Dziobie tym nie żarłocznym, trochę rozważającym sposobem, może naprawdę „próbuje smak”. Druga — trwożliwsza — czerwonym pazurem zaledwie uczepiona krawędzi, bije skrzydłami, łapie dwa albo trzy kawałki, odrywa się i gestem rozpaczy rzuca w otchłań. I zaraz znowu przychodzi ich pięć: jedzą, czepiają się, spadają. Teraz jest osiem, a za chwilę tylko dwie. Ich śliczne, żółte jak słoma, dość długie, ale zgrabne i dziwnie łagodne dzioby prędko uprzątają docna smaczny chleb. Ale to nic. Nie wszystko bowiem odrazu rozkłada się na poręczy. Druga taka sama porcja stoi przygotowana w filiżance na umywalni. Choucas nie kraczą, jak kawki, tylko piszczą delikatnie, jakby skwirzą, podobnie do naszych jaskółek-jerzyków. I są bardzo zgodne. Nigdy nie widziałam, żeby się biły swemi żółtemi dziobami. Nawet jeżeli ich dużo naraz usią- dzie na poręczy i nie wszystkie mogą się dostać do jedzenia. Zdarza się przecież, że i choucas się rozgniewa. Wówczas postępuje bardzo dziwnie. Podnosi mianowicie swoją prawą — zawsze prawą! — nóżkę i tą nóżką uderza lub raczej kopie szukę, stojącą jej na zawadzie. Robi to szybko, w sposób niespodziany, ale stanowczy. A ta druga nie zdąży nawet pomyśleć o odwecie, gdyż odrazu traci równowagę i, bezradnie trzepocąc skrzydłami, zapada w białą nicość.

3.

Ale oto mija dzień, albo mija poprostu jedna godzina — i nagle nie widać już białej ciemności przed oknami. Ustał śnieg, opadła bez śladu zasłona z mgły. Dzikie, płomienne słońce górskie, pełne najprzedniejszych cnót leczniczych, toczy się po niebie niebieskiem, a wybielone szczyty, opuszone bielą lasy i miękkie od śniegów doliny czarują oczy dalą, białością i światłem. Wtedy z dalekiej galerji na tem samem piętrze słychać młody, radosny głos: — Thiendobhy panu! Jaka pienkna pogoda! To woła tak po polsku panna Norah Tharp, najweselsza mieszkanka naszej willi. Zaczyna się wołana rozmowa. I miss Norah pyta już po angielsku, czy idziemy na spacer. Naturalnie. Idziemy na spacer. Wszyscy idą. Spadł duży śnieg — więc znowu będą ski i bobsleigh’e i małe luges. Na wszystkich, zakosami przecinających pochyłości, drogach widać gromadki rozbawionych ludzi, odzianych w wełny białe i pstre, w brunatne i czerwone skóry. Dzieci całe białe, tylko w czerwonych czapeczkach, kobiety w kaftanach i majtkach z wzorzystego trykotu, w grubych, w wielkie jaskrawe kraty, pończochach, w ciężkich buciskach i włochatych rękawicach. Mężczyźni prawie tacy sami, tylko cokolwiek ciemniejsi. Każdy gdzieś zdąża, coś dźwiga lub poza sobą po śniegu wlecze. Zjawiły się już i znajome psy — dwa wielkie wilki, jeden puszysty, ociężały bernard, pa- rę jeszcze jakichś mniejszych, zapadających w śnieg po brzuchy i znajdujących w tem ogromne upodobanie. Już zgrzytają grace, zeskrobujące śnieg z chodników, już wspinają się ukośnie w górę znajome sanie z prowjantami, ciągnione przez znajomego osła, który lubi banany, i drugie, mniejsze, z bańkami mleka, zaprzężone w psa. Na odległym, nisko leżącym stoku zaroiło się już od skieurów, którzy mają tam swoje tory i usypane ze śniegu trampoliny. Widzimy przez lornetkę, jak odprawiają tam swoje skoki, jak przewracają się z szalonym impetem z bezradną, rozpaczliwą rezygnacją i tak zdecydowanych na śmierć. Leżą czas jakiś, jakby już nigdy powstać nie mieli z tego upadku. Powstają przecież, zbierając swoje narty, nogi i kije z kółkami. I dźwigają się znowu ku górze — po tej drodze upadku i wiecznego powrotu. A w głębokościach na prawo, w gładkiej dolinie, zamkniętej ścianami szczytów zębatych, płynie Rodan — ciemną, żywą, zieloną wodą, w brzegach ze śniegu, lekko omglony brunatną koronką swych drzew nadbrzeżnych. Teraz miss Norah woła „buono giorno” do pana Manlio Costa, który mieszka na niższem piętrze, i jego także zapytuje, czy idzie na spacer. I on także idzie. Wszyscy idą. Ale nie idzie wesoła miss Norah, leżąca nago w słońcu na swojej galerji. Bo miss Norah już trzeci rok leży nieruchomo, cierpliwie czekając, by wygasło ognisko gruźlicy w jej stawie biodrowym. A od pół roku zaczęło jej się jeszcze coś robić w prawem kolanie. Jest wesoła, ciekawa, towarzyska i tak dużo ma czasu, że uczy się pokolei wszystkich języków, by z tutejszymi przyjaciółmi swymi wszelkich nacyj móc rozmawiać. Ale widocznie nie ma zdolności, bo z każdego języka umie tylko po parę dziwnie wymawianych wyrazów. I znowu — mija dzień albo mija tylko jedna godzina — i powracają do domu zaszyci we wzorzyste wełny mężczyźni i kobiety, ze ski na grzbiecie albo z saniami u nóg. Na drogach roztopy wiosenne, po zboczach, rowach i rurach woda łoskota i chlupie. Rynną, która z dachu naszej willi wystercza ponad galerjami daleko w ogród, leje się woda i, zmywając w słońcu olbrzymi na pół piętra sopel lodowy, spada zeń, jak ze stalaktytu, na drugi, uczepiony w dole do drzewa, dziwaczny, poprzerastały czarnemi gałęziami. Zawsze to drzewo dźwiga na sobie taką jemiołę z kryształu. Ledwie jedna rozpłynie się w słońcu, już zaczyna rosnąć i krzewić się nowa. Teraz osioł znajomy ciągnie pod górę nie ciche sanie z jarzynami, tylko wózek na kołach. I w wózku dźwiga swoje codzienne bańki z mlekiem znajomy pies. Śnieg leży już tylko na szczytach i zboczach odsłonecznych, puszyste, lecące wdół lasy czernieją w oczach. A równa dolina Rodanu jest już zupełnie czekoladowa, jej biel stajała tak szybko, jak krem na serwisie Wojskiego. Przez lornetkę widać dokładnie kratę pól i nagie drzewa nad brzegami czarnej wody płynącej. Miss Norah ukończyła właśnie krótką, niezrozumiałą swą rozmowę z pięknym panem Carrizales, Hiszpanem, który ma swoją galerję na najniższem piętrze, i zaraz zawołała coś do panny Hovsephian, a ona odpowiedziała jej: „cze, cze”. Słysząc te dziwne rozmowy, mam czasami wrażenie, że osoby, do których zwraca się miss Norah, niezupełnie ją rozumieją. Ale miss No- rah, tak rozmawiając, zawsze wesoło się śmieje. I ten jej śmiech już dla wszystkich jest zrozumiały.

4.

Uroda pani de Carfort, która siedzi naprzeciwko mnie przy stole, ozdabia mi wszystkie jadła. Widzę ją zawsze w ramie dwóch minjaturowych drzew azalji, stojących pośrodku zastawy, w zimnej oprawie białych kwiatów. Podobna jest do pewnej złej królowej Wysp Hebanowych, wytłoczonej złotem na ciemnej skórze książki, zawierającej powieści Nocy Arabskich. Ta książka leży na stole w dalekim moim domu i królowa Wysp Hebanowych zawsze prowadzi tam na krótkiej, wyprężonej smyczy złotego jak ona, leoparda. Dlatego, widząc pierwszy raz panią de Carfort, miałam wrażenie, że oddawna ją znam. Jest to długa uroda. Wiele trzeba o niej pisać, bo wszystko jest w niej piękne i niezwyczajne. Wschodnia, powolna powaga oczów, wydłużony owal twarzy kremowej, nagość czoła, określonego płasko czernią włosów, nos wąski i garbaty, usta surowe, a mogące się uśmiechać z przedziwną finezją. Pani de Carfort nie jest kobietą z bajki, chociaż mieszka w arabskim pałacu i ma służącą, która nazywa się Fatma. Jest żoną oficera francuskiego w Marokku, jeździ samochodem po pustyni, bywa na przyjęciach u wielkich panów arabskich i rozmawia z ich żonami w haremach. Ona i pan Carrizales są najpiękniejszymi ludźmi w naszej willi. Pomimo urody swojej i młodości pani de Carfort jest dziwnie surowa, jakaś groźnie cnotliwa, zawsze ubrana prosto, nawet w wieczorowych sukniach zaledwie odsłaniająca szyję. Wybredna, harda i słodka zarazem, lubi zagadnienia religijne i moralne. Czyta żywot świętej Genowefy, której nosi imię. Czyta zresztą wszystko i ma o rzeczach świata i piękna swój własny i subtelny, ale nieugięty sąd. Pomimo tej surowości swej umie prędko i trafnie odpowiedzieć na żart, umie się śmiać. Ale jej śmiech jest zawsze jakby pewnem ustępstwem — ustępstwem z czegoś daleko ważniejszego. Ma dumę dobrej francuskiej kultury. Można z nią mówić długo o dziejach Francji, o renesansie albo epoce Ludwików. Jednakże gdy z początku, nie znając jej drażliwości, powiedziałam czasami coś objektywnie na ten temat, jej ciemna twarz oblewała się rumieńcem gniewnego wstydu. Mówiła mi komplementy, ale może wolałaby, żebym mniej dokładnie znała te sprawy. Ona sama uważa je za nietykalne, za jedynie dobre. Jest legitymistką. Zato nowa Francja, demokratyczna i bezbożna, rani jej dumę. Wierzy, że się to zmieni. Ale i o tem nie mówi zbyt szczerze. Jest wstydliwa w swojej miłości ojczyzny. Odkąd poznałam się na tem, omijam już sprawy delikatne. I mam wiele rozkoszy ze wspólnych naszych rozmów o Pascalu, Huysmans’ie, Wyzewie, Mauriac’u i nawet żywocie świętej Genowefy. Ale nie jest tak subtelny inny doskonały partner tych rozmów, pan Tocki, obywatel szwajcarski, niejasno już pamiętający o swem rosyjskiem pochodzeniu. Jest przekorny, żartobliwy, nawet złośliwy — i nie ustępuje łatwo. Wówczas pani de Carfort — zwyciężona, rozbrojona śmiechem — staje się na chwilę bezradna. Ale prędko znowu poważnieją jej przepyszne, egzotyczne oczy, bardziej tylko lśniące od doznanej porażki. Bo pan Tocki jest w przeciwieństwie do niej, zupełnie nowoczesny. Miłośnik piękna gór, namiętny alpinista, głosi ponadto zasady demokratyczne, jest republikaninem. Lubi nawet poniekąd rewolucję — chociaż nierad jest tej, która przydarzyła się jego dawnej ojczyźnie. Niewątpliwie bowiem, jeżeli „bogom się chce pić” przed stu laty, to to z wielu względów jest dobrze. Ale jeżeli chce im się pić teraz, to to jest źle.

5.

Miss Norę zobaczyłam pierwszy raz, jak szła o kulach przez mały salon w porze, gdy zwykle nikogo tam niema. Wydała mi się mała, starawa i nieładna w zbyt obszernym ciepłym szlafroku niebieskim, z obciętą równo nad szyją rudą grzywą, z bi- noklami na krótkim nosie. Była tak opalona, jak bywają tylko wieśniacy w czasie żniw. Zapoznała nas ze sobą obecna tam również panna Hovsephian. Miss Norah odrazu, ze śmiechem, ukazującym długie zęby, powiedziała mi wszystkie polskie wyrazy, jakie znała. Oprócz dzień dobry i o pogodzie było tam jeszcze: dowidsjenie. Powiedziała mi też, że jest taka szczęśliwa, że jeszcze idzie. Bo to już ostatni raz. Od jutra doktór znów kazał jej wrócić do łóżka — niewiadomo wcale, na jak długo. Więc dzisiaj składa wszystkie pożegnalne wizyty — zupełnie, jakby wyjeżdżała gdzieś daleko. Teraz idzie właśnie z panną Hovsephian do jej rodaczki, małej Sossé, przemiłej, uroczej, nieszczęsnej panny Sossé Papazian. Ponieważ tamta też wcale nie wstaje, więc z nią pożegna się na dłużej. — Na dłużej — powtórzyła — niewiadomo wcale, na jak długo. A odtąd nie będzie już miała innych przyjemności — tylko przyjmowanie odwiedzin. Sama nie pójdzie przecież do nikogo. Więc powiedziałam, że i ja ją odwiedzę. A ona, śmiejąc się i dziękując, odeszła w swoją stronę z panną Hovsephian i ze swemi kulami. W parę dni później istotnie wybrałam się do niej. Ale gdy stanęłam na korytarzu przed zamkniętemi drzwiami jej pokoju, zawahałam się, czy zastukać. Bo za klamką tych drzwi ujrzałam zatknięty duży bukiet czerwonych róż. Po krótkim namyśle zawróciłam, rezygnując z wizyty. Wolałam, by ktoś inny ze znajomych lub poprostu ktoś ze służby doręczył jej te tak dziwnie ofiarowane kwiaty i oglądał wrażenie, jakie na niej zrobią. Gdy przyszłam drugim razem, za klamką nie było zatkniętych żadnych kwiatów. Usłyszałam wołanie, aby wejść. Ale w pokoju nie zastałam nikogo. — Proszę tutaj! — wołała miss Norah z galerji. Stało tam tuż przy poręczy wysokie łóżko, okryte kołdrą w wielkie kwiatowe desenie. Wśród rozrzuconych poduszek leżała Miss Norah zupełnie naga, nagrzana słońcem i wesoła. Była opalona, różowo-brunatna od stóp do głowy, jak kreolka. I bardzo ładna. Aż się zdziwiłam, tak nieoczekiwana była dla mnie ta jej uroda po pierwszem z nią spotkaniu. Jej małe, ciemne piersi, okrągłe ręce, wysmukłe linje ud i bioder, wąski brzuch — całe jej ciało, gładkie i smagłe w lśnieniach słonecznych, robiło wrażenie odlanego w metalu. Trzeba było wiedzieć o tem, aby zauważyć lekkie zdeformowanie biodra, zaledwie skazę na tym bronzowym posążku. Kolano — to chore — było jeszcze napozór zupełnie takie samo, jak drugie, okrągłe i małe. Uroda tego ciała rzucała odblask piękna na twarz, nadawała jej zupełnie inne znaczenie. Zielone oczy, nieosłonięte teraz binoklami, patrzyły na mnie radośnie z pod złotej, obciętej grzywy włosów. Miss Norah krzyczała, śmiała się, szczebiotała — żywa, wesoła, zapalająca się, wszystkiego ciekawa. Później się do jej wesołości. Ale w owej chwili zarówno ta wesołość, jak i cielesna uroda wydawała mi się wobec jej strasznego losu — czemś przerażającem, czemś aż — gorszącem. Gdy usiadłam na niskiem trzcinowem krześle, cała jej postać wraz z łóżkiem posunęła się ku górze — i doskonały, twardy, ciemny kon- tur jej ciała kładł się teraz na mroźnych, dalekich, srebrzystych płaszczyznach gór i nieba. Leżała tak naga, a obłożona książkami. Berlitze wszystkich języków świeciły czerwienią okładek. Wśród książek stały na stoliku w dużym holenderskim wazonie wczorajsze róże. Pokazała mi małe, czarne albumy z mnóstwem wklejonych, kodakowych zdjęć. Były tam jeszcze pełne drogich dla niej wspomnień widoki z Anglji, wizerunki osób z jej rodziny, jej przyjaciół, ładny cottage wiejski na tle starych drzew. A później same tylko zdjęcia z tutejszych gór i tutejszych znajomych, różne grupy, gdzie była i ona — zawsze roześmiana. I wreszcie cały szereg jej fotografij — nago. Musiałam przyznać, że były udane. Zauważyłam też, że często i w różnych kombinacjach powtarzał się tam pan Carrizales. — On jest piękny, czyż nie? — powiedziała. Jest piękny — i cóż z tego, cóż z tego? — pomyślałam sobie ze smutkiem. Ale ona była wesoła. Tak lubiła przeglądać sobie te wszystkie fotografje. Tam oto była jeszcze mniej chora, a tu znowu bardziej. Przez pewien czas tak jej się polepszyło, że mogła cho- dzić zupełnie bez kul, tylko z laseczką. Ale później znowu było gorzej. — Jak to oglądam, to sobie przypominam pokolei wszystko — całe moje życie. I to jest bardzo przyjemnie...

6.

Wchodząc z szukami niejako w zażyłość, mieliśmy narazie wątpliwość, czy nie zachodzi tu jedynie złudny pozór zbliżenia, czy to wszystko nie jest poprostu nieporozumieniem. Ponieważ wszystkie choucas są prawie jednakowe, więc myśleliśmy, że może to za każdym razem przychodzą inne, a nie powracają znajome, ujęte naszą gościnnością, pamiętające. Ale to były próżne niepokoje. Wkrótce bowiem mieliśmy już szuki znajome, które umieliśmy od innych odróżnić. Jedna z nich była kulawa na prawą łapkę w ten sposób, że jej palce były — jeżeli wolno tak się wyrazić — stale zaciśnięte w kułak. I tą niejako pięścią stąpała równie zgrabnie, jak druga zwyczajną łapką. Bo szuki nie skaczą, jak wróble, tylko — stąpając — uważnie i powoli przebierają łapkami, jak naprzykład kury. I ta szuka z pięścią tylko przez dwa dni raz nie przychodziła, a poza tą przerwą zjawiała się jednak codziennie. Druga znowu znajoma szuka ma jedną — także prawą — nóżkę wysoko i zupełnie uciętą. Ta już nie może stąpać, tylko skacze na drugiej, zdrowej nóżce. Ale trzyma się na niej dobrze, jest pewna siebie i je z zupełnie dobrym apetytem. Bo nie wszystkie mają dobry apetyt. Przychodzi naprzykład jedna — a może to jest: kilka? — siada na poręczy, bierze coś w dziób i wypluwa, znów bierze i znów wypluwa. Wreszcie dziobie inny taki sam kawałek, przez czas jakiś trzyma go w dziobie i z namysłem, powoli łyka. Chwilę stoi jeszcze na poręczy i, nie jedząc więcej, nakoniec odlatuje. Albo zły apetyt — albo może smak taki wybredny. Szuki są wszystkie jednakowe, ale ich temperamenty bardzo różne. Niektóre naprzykład są tak lękliwe, że spadają z góry, jak piorun, chwytają byle co w przelocie i przepadają w czeluściach gór. Inne — też trwożne — ale bardziej łakome, uczepione krawędzi, wiszą, trzepocząc skrzydłami ze słomianym szelestem, dziobią łapczywie, chwytają jedna przez drugą jedzenie, ile tylko zdążą, zanim z przerażenia puszczą krawędź i rzucą się w głębinę. A inne stają sobie wygodnie bokiem, jedzą długo i bez pośpiechu. Nawet mając dość miejsca dla siebie, jeszcze nasuwają się czarną swą piersią na te spłoszone, roztrzepotane, ledwo na jednym pazurze wiszące i stanowczem pchnięciem prawej nóżki strącają je w otchłanie. Takie czy inne, znajome czy nieznane, szuki są zawsze. Jest mgła — i z jej toni wyłaniają się, znęcone jadłem, jak czarne widma. Jest znowu słońce — straszliwe, rozjarzone, podbite reflektorem śniegów, podkreślone granatowemi wnękami szczelin i stoków — i wypadają z tej modrej jasności lśniące, wesołe, skwirzące, rozsądne i miłe. Zwykle fruwają stadami ponad otchłanią dolin. Ale my jesteśmy tak wysoko, że jednak najczęściej widzimy je zgóry. Jeżeli przecież się zdarzy, że one są wyżej, niż my — to ich nadciąganie, ich ważenie się i kołowanie nad nami jest prześliczne. W roz- warciu skrzydeł i ogona mają kształt krzyża walecznych, a złoty dziób, prześwietlony słońcem, i korale podwiniętych nóżek na czarnej emalji brzuszka wyglądają na jubilerskie ozdoby. Fruwać, planować zwolna i zawrotnie pośród głębokiego błękitu — to właśnie jest rzecz łatwa dla choucas. Długo nie poruszają skrzydłami, lekko się tylko nadstawiając powiewowi wiatru — i suną kołami, parabolami, jak senne i urzeczone. Ale wylądować wreszcie, stanąć na wąskiej rampie z chlebem — oto co stanowi zadanie. Szuka przybywa, nieruchomieje w powietrzu, zawisa, waży się i przesuwa w prawo i w lewo — aż wreszcie z mnóstwem ostrożności ląduje — czasami poto tylko, by, pochwyciwszy bez namysłu jeden bylejaki okruch, odrazu spaść, nie odzyskawszy nawet równowagi. Najtrudniej zdecydować się na wylądowanie, gdy kilka szuk siedzi już i je — i dobrze trzeba się namyślić, gdzie usiąść. Czasami niezręczne spadnięcie na poręcz jednej szuki robi takie zamieszanie, że odrazu rozpędza wszystkie. Jeżeli szuka uczepi się łapkami poręczy i w ten sposób je, to na wielkiem tle gór i powietrza widać tylko jej łagodny, czarny łebek i wysokie, potulne ramionka, a reszta schowana jest za poręczą, niby za stołem. Dlatego pan de Flèche mówi o szukach: „ils s’attablent”. Pan de Flèche mieszka pod nami, obok panny Hovsephian, i też lubi dawać jeść szukom. Ale tej konkurencji z dołu nie można traktować poważnie. Na jego poręczy leżą zwyczajne okruchy chleba, jak u nas na podłodze dla wróbli. Pan de Flèche nie wie, jak „one lubią”, nie ma żadnej ambicji, że umie im dogodzić. U nas jest inaczej. Zdarzają się duże fety, wystawne śniadania, kiedy prócz moczonego chleba podaje się kruszone ciasteczka, drobno krajane banany, kawałki jabłka, nawet włoskie orzechy. Szuki spadają całem stadem, trzepocą się i śpieszą, spychając się nawzajem, chwytają jadło i połykają je byle jak, wiszą w otworze galerji na niebie — niby ruchoma zasłona modra, haftowana w czarne ptaki. I są przyjęcia intime. Pięć do siedmiu szuk rozważnie zasiada wzdłuż poręczy i oddaje się w skupieniu przyjemnościom uczty. Zwolna dziobią, pokolei smakując różne dania, i kiwają ku sobie gładkiemi, czarnemi łebkami, jakby chciały powiedzieć: „On mange bien ici tout de même”. I wreszcie odlatują jednocześnie — spokojne, niczem nie spłoszone, odlatują jedynie dlatego, że zjadły „à leur faim”.

7.

Kiedyś przy stole panna Hovsephian powiedziała, że umie przyrządzać prawdziwą turecką kawę. I na tę kawę zaprosiła nas do swego pokoju. Panna Hovsephian jest tak malutka i chuda, że to jest aż niewiarogodne. Nosi żałobę, ubrana jest czarno od stóp do głowy. Ma czarne włosy i wielkie czarne oczy w chudych powiekach i czarną suknię, i czarny sweater, i czarne pończochy, i czarne pantofelki. Białe ma tylko ręce i drobną, chudą twarz. Pan Carrizales, który jej nie lubi, mówi, że panna Hovsephian jest zupełnie podobna do choucas. Naturalnie, że w naszych oczach takie porównanie nie może nikomu przynieść ujmy. Panna Hovsephian wygląda na starszą, niż jest, jak zwykle kobiety wschodu, jej oczy są wystraszone i tragiczne, o każdej chwili gotowe do płaczu, oczy, które widziały. Ale gdy się do niej odezwać, uśmiecha się mile i dziecinnie. I ten uśmiech cieniutkich warg na drobnych, białych zębach jest jej jedyną młodością. Nie jest na nic chora, nie kaszle i nie ma gorączki. Ale jest taka nikła, taka wątła i znikoma, jakgdyby do pewnego stopnia tylko istniała, jakby istniała zaledwie poniekąd. Trudno uwierzyć, że może być kogoś tak mało. Gdy przestąpiliśmy próg jej pokoju, uderzyło nas, że różnił się tak bardzo od innych pokojów w naszym hotelu. Ściany zawieszone były dywanami z Oropos, robionemi na wygnaniu przez armeńskie dziewczęta. Piękny, złoto-fiołkowy, ściemniały kobierzec okrywał też płaską, szeroką sofę i spływał aż na środek pokoju. Nisko nad wieloma jedwabnemi poduszkami tej sofy wisiał na ścianie mały, cenny obrazek Ajwazowskiego. Bo nikt tego nie wie, a przecież i Ajwazowski był Armeńczykiem! Mieszkała tu w górach od kilku lat i nie zamierzała wcale wyjechać. Jeszcze najlepiej czuła się w tym gościnnym, pełnym szlachetnych ludzi kraju. Zresztą i tak nigdzie na świecie nie miała swego dachu. Pokazała nam dziwny, długi młynek, w którym była kawa, zmielona przez nią samą na proszek, subtelny jak pył. Oglądaliśmy różne drobne przedmioty, mające wartość relikwij, stare pieniądze, stare książki, których klasyczny język nazywa się grabar, a druk wygląda, jak jakiś napis runiczny na przedhistorycznem wykopalisku. Odczytywała nam, również dla nas nieczytelne, tytuły książek współczesnych, nazwiska poetów i artystów. O wszystkich mówiła „byli”, bo żaden już nie żył. Wszyscy najlepsi, cały kwiat inteligencji armeńskiej był wymordowany. Panna Hovsephian urodziła się w Trebizondzie, ale nie miała tam już nikogo z rodziny. Nie miała nigdzie nikogo. Była sama. Wszyscy zginęli. I jak zginęli! Dzieckiem słyszała opowieści o straszliwych rzeziach Abdul Hamida w Vanie, Mouch, Bitlisie, Diarbekirze i Trebizondzie, o trzystu tysiącach wymordowanych Armeńczyków. A po rewolucji młodo-tureckiej, od której czekali wy- zwolenia, wybuchły nowe masakry w Adana, w Cylicji. Piliśmy z cieniutkich, granatowych ze złotem filiżaneczek ową kawę turecką, uczuwając aromatyczny, słodki miał w ustach. A ona mówiła: — Kiedy rozpoczęła się wojna, nastały nowe prześladowania — i wtedy zginęło miljon dwieście pięćdziesiąt tysięcy Armeńczyków. Turcy mordowali ich w mieszkaniach, na ulicach, po więzieniach. Małych chłopców spędzali na rynki miast i zarzynali siekierami i nożami, a za kordonem policji wyły z męki i szalały ich matki. Całe miasta armeńskie, całe wojska widm, całe zastępy mających umrzeć gnano przez bagna i pustynie szlakami, wzdłuż których gniły trupy tych, którzy poszli dawniej. Idąc, umierali z głodu i zarazy — mężczyźni, kobiety i małe dzieci. Zatrzymywali się na odpoczynki na cmentarzach, w truciźnie zaledwie przysypanych ziemią ciał. I znowu szli dalej, a w trawie między grobami zostawali umierający na tyfus i cholerę, do których kordon bronił przystępu amerykańskim i szwajcarskim sanitarjuszom. Wpobliżu miast nawet widziało się często po ziemi to jakąś rękę, to ogryzione kości, to kawałki gnijącego mięsa ludzkiego, z płytkich, zbiorowych grobów wywleczone przez psy. Wody Eufratu były zatrute, cuchnące od trupów... Gdy tak mówiła, jej oczy tragiczne, przechowujące w sobie zgrozę widzianego, pełne zawsze płomiennych łez, były jednak zupełnie suche. Tylko cieniutkie wargi drżały i krzywiły się lekko, gdy je domknęła.

8.

Oprócz nas przyszedł jeszcze, zaproszony też na ową kawę, pan Peynirian, Armeńczyk z Konstantynopola. Opuszczając ojczyznę, musiał tam pozostawić swoją matkę oraz, jak się wyraził: „une immense fortune”. Prowadził był bowiem wielkie interesy z Bagdadem i Damaszkiem, miał domy handlowe w całej Turcji. A teraz o matce swojej to tylko wiedział, że dotąd nie umarła, ale nie mógł ani wysyłać, ani odbierać od niej listów. Sam zaś zaledwie miał z czego żyć. I czekał tutaj — na co? Niewiadomo. Na nowe przemiany polityczne, na obudzenie się międzynarodowego sumienia, na cud. Bo wszystkie obietnice Ameryki i Europy zawiodły. Napróżno szlachetna Szwajcarja, przyjaciółka Armenji od lat trzydziestu, nie ustaje w zabiegach, apeluje do instytucyj, rządów i parlamentów, przypomina paragrafy traktatów, które nigdy nie weszły w życie. Od traktatu w San-Stefano i Kongresu Berlińskiego, na których wielkie mocarstwa zobowiązały się do obrony chrześcijan w Turcji, aż do traktatu Pokoju, który uznał niezależność nowej republiki Armeńskiej na Kaukazie i zapowiedział przyłączenie do niej armeńskich wilajetów Turcji — nie dotrzymano nic. Pan Peynirian nie był wcale podobny do kupca bagdadzkiego z bajek wschodnich, z dziecinnych marzeń albo ilustracyj Dulaca. Jego pospolita twarz mogła być twarzą zarówno Niemca, Francuza i Żyda, jego strój był przeciwieństwem wszelkiego egzotyzmu. Ten jego wygląd nadawał wszystkiemu, co nam mówił, zupełnie przypadkowy charakter całkowitej bezstronności. — Armenja, od ośmiuset lat żyjąca w niewoli, podzielona ostatnio między Rosję, Persję i Turcję, w zwycięstwie Ententy pokładała wszystkie swoje nadzieje. Liczyć na sumienie ludów, wierzyć hasłom, w imię których toczyła się ta wojna — to była naiwność, którą dzieliła przecież z wieloma innemi narodami. Od wybuchu wojny ochotnicy armeńscy przedzierali się do Tyflisu, walczyli we Francji, w Rosji i w Palestynie. A już w roku 1916 zawarty został tajny układ, którego mocą Armenja miała być podzielona między Anglję, Francję i Rosję. Taki był projekt przyjaznych mocarstw, głoszących postulat wyzwolenia ludów — i tylko niezależne od nich okoliczności sprawiły, że nie znalazł urzeczywistnienia. Okupacja Cylicji przez wojska francuskie obudziła wśród Armeńczyków nowe szalone nadzieje. Setki tysięcy uchodźców powróciły wówczas z wygnania i, mając zapewnioną opiekę okupantów, z całkowitem zaufaniem osiedliły się w tej części swego kraju. Tymczasem wkrótce weszły do Cylicji narodowe wojska Mustafy Kemala — i zwyciężeni Turcy odnieśli zwycięstwo nad zwycięskimi Francuzami, którzy chętnie wyciągnęli wówczas rękę do zgody. A ci z Armeńczyków, którzy nie zdążyli uciec, wy- dani zostali na pastwę nowych rzezi w Marach i Hadżin. Tak więc nie zmieniło się nic pomimo wielkich przemian świata. Powstała w roku 1918 niezależna republika Armeńska na Kaukazie, w dwa lata później zagarnięta została przez Sowiety i po dawnemu stanowi część Rosji. Teraz zabrała głos panna Hovsephian. — Cylicja to jest dawne Królestwo Małej Armenji. W wieku XI papież i cesarz niemiecki obdarzyli nią Armeńczyków w nagrodę za pomoc, którą ci jedyni wówczas chrześcijanie Azji dawali wyprawom krzyżowym. Bo od samego początku IV wieku, gdy na wschodzie panował mazdeizm, a na zachodzie bóstwa greckie, państwową religją Armenji był chrześcijanizm. Mówiła tak swoim cichym, nieśmiałym głosem o wielkich dziejach Haiastanu, o jego starej kulturze i języku, o jego piękności, o bohaterskiem wytrwaniu przez osiem wieków niewoli. Mówiła o wspaniałej bazylice w Ereruk, o dawnej stolicy, Ani, za potężnej dynastji Bagratydów, którą Turcy zdobyli i zburzyli wraz z cudowną świątynią św. Grzegorza z VII wieku. O wielkich wojnach, które lud jej toczył z Asyrją, Persami i Rzymianami. Tak — była córką antycznego narodu ta mała, czarna, nikła panna Hovsephian, potomkinią Hitytów, o których mówi Biblja. I kochała tę swoją dwa i pół tysiąca lat istniejącą ojczyznę. Pan Peynirian przeglądał tymczasem książkę, którą wziął z niskiego, wielobocznego stolika przed otomaną. Gdy ona przestała mówić, poprosił o pozwolenie przeczytania nam dwóch ustępów. Jeden był kopją tajnego rozkazu tureckiego ministra spraw wewnętrznych z roku 1915. „...zaleca się szczególniej nie poddawać się litości wobec ich nędznego stanu i pracować z całem oddaniem nad wykorzenieniem imienia armeńskiego z Turcji. Baczyć, aby wyznaczeni do tej funkcji urzędnicy byli patrjotami i ludźmi zaufanymi”. Drugi ustęp brzmiał: „Oceni pan niewątpliwie zaufanie, którem prefektura obdarza szanowną pańską osobę, zarówno jak doniosłość zadania, które na skutek tego zaufania powierza się pańskiemu wykonaniu. Nie zezwoli pan na pozostanie ani jednego Armeńczyka w Bab. Tylko surowość i sprawność, jaką pan zastosuje w wyprowadzeniu de- portowanych, da pożądany przez nas wynik. Proszę jednak przedsięwziąć środki, by trupy nie leżały na drogach. Listy zgonów, przesłane nam ostatnio, nie są zadowalające”. Odczytawszy to, pan Peynirian milczał przez chwilę. A później powiedział: — Zdarzyło mi się widzieć dziwny klejnot. Był to różaniec do modlitwy, którego paciorki — te większe do Ojczenasz i mniejsze do Zdrowaś Marja — zrobione były z wysuszonych sutek kobiecych, z odciętych piersi pomordowanych Armenek... Na zakończenie całej tej rozmowy panna Hovsephian powiedziała takie słowa: — Jeden naród nie powinien uciskać drugiego, prawda?

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…