czyli Kacper Hauser
Jakób Wassermann
Dziecię Europy
czyli
Kacper Hauser
Powieść
Z upoważnienia autora opracował L. Belmont
Warszawa-Poznań-Kraków-Lwów-Stanisławów
Copyright by Instytut Wydawniczy „Renaissance“ Drukarnia Vernaya Sp. Akc.
Spis treści
czyli Kacper Hauser
Przybłęda.
W letni dzień roku 1828-go mieszkańcy Norymbergi ciągnęli tłumnie na kraniec miasta, ku posępnej wieży starego zamku, służącego zdawna za więzienie. Ciekawość ich została w najwyższym stopniu pobudzona, gdyż od rana podawano sobie z ust do ust wieść o tem, iż na wieży znajduje się pod strażą zatrzymany w dniu wczorajszym dziwny osobnik — coś w rodzaju istoty z epoki kamiennej... Był to młodzian, liczący około lat siedemnastu. Nikt nie wiedział, skąd się zjawił. Ani on mógł udzielić o tem wiadomości, gdyż bełkotał, jak dwuletnie dziecko; niewielka ilość słów, które wymawiał wyraźniej zdawała się dla niego samego nie mieć sensu; co najwyżej stanowiły one znak przestrachu, lub radości, których doznawał w zetknięciu z ludźmi. Poruszał się tak niepewnie, iż można było sądzić, że uczy się dopiero pierwszych kroków. Ciekawi, którym pozwolono stanąć na progu półciemnej celi i oglądać tę niezwykłą istotę, wciśniętą w najodleglejszy kąt, mieli wrażenie, iż oczy młodego człowieka z lękiem napotykały promień światła, a ręce, macające dokoła, jakoby przezwyciężały opór powietrza. Nieznajomy bawił się drewnianym konikiem, którego podarował mu strażnik więzienny, wzruszony jego dziecinnym bełkotem: „chcę jeździć, jak tatuś“. Wiadomo było o nim tylko tyle, że dnia poprzedniego przed wieczorem szewc Weikman natknął się nań niespodzianie u nowej bramy miejskiej. Poczciwcowi wydało się, że ma do czynienia z pijanym. Młody człowiek trzymał list, adresowany na imię rotmistrza Wesseniga. Litościwy szewc z trudem zawlókł biedaka według tego adresu. Za powrotem do domu o północy rotmistrz dowiedział się od żony, iż w jego stajni śpi na słomie jakiś człowiek zgłodniały, o wyglądzie półzwierzęcym, widocznie znużony długą drogą, gdyż stopy jego poprzez otwory butów krwawią. Ze zdumieniem odczytał przyniesiony przez przybłędę list; nie był w stanie zrozumieć nie z jego dziwacznej treści. Poszedł obudzić wyrostka, dobudził się go z trudem. Na wszystkie swoje pytania, otrzymał w odpowiedzi tylko bełkot. Powiedział sobie: „to pijanica!“ i oddał go w ręce policji, która pociągnęła wyrostka, opierającego się, jak prowadzony na rzeź cielak, do gmachu więziennego. Przesłuchanie aresztanta w kancelarji więziennej, mimo wymysłów i gróźb, nie dało, żadnego rezultatu. Dyżurnego uderzył przytem wypadek zaiste dziwny. Gdy ktoś ze służby wniósł zapaloną świecę, młodzieniec skokami niedźwiadka zbliżył się zaciekawiony do płomienia, dotknął go, a sparzony jął zawodzić, jak dziecko. Jeszcze dziwniejszem było, że, gdy sekretarz — raczej dla żartu niż na próbę — podał chłopcu pióro i papier, ów wielkiemi literami pisma dziecinnego wyrysował najprawdopodobniej imię swoje:
Kacper Hauser
poczem popadł natychmiast w ciężki sen i w tym stanie zaniesiony został do celi na wieży. Niżsi funkcjonarjusze władzy, dzieląc się wrażeniami na temat niezwykłego zdarzenia, wypowiadali zdanie, że nieznajomy, sądząc z odzieży, jest synem jakiegoś włościanina z okolicy, zaniedbanym przez wychowawcę a przeto powstrzymanym w rozwoju. Pierwszym, który zaprzeczył temu poglądowi, był dozorca więzienia na wieży, Hill. Dowodził on z naciskiem, że młodociany aresztant „posiada niesłychanie gładką i błyszczącą skórę, przypominającą zwierzątka, długo żyjące w ciemności i że delikatnością cery i błękitem żyłek na szyi przypomina raczej szlachetne dziewczę, niźli syna chłopskiego.“ Do tego zdania przyłączył się nazajutrz całkowicie w charakterze biegłego lekarz sądowy, który zaznaczył w protokóle co następuje: „mamy tu do czynienia z istotą, która nie wie nic o swoich bliźnich, nie pojmuje czasu i nie posiada nawet świadomości samego siebie.“ Wyższa władza policyjna była natomiast przekonana, że ów sąd był nader przesadny, nasunięty lekarzowi przez jego przyjaciela, profesora Daumera, słynnego z dziwacznych poglądów. Podejrzewała ona, że aresztant jest raczej zręcznym symulantem i rozkazała strażnikowi Hillowi w tym kierunku czujne badania. Jednakże Hill przekonał się, obserwując pilnie więźnia przez dziurkę od klucza, że nigdy za dnia rysy jego nie traciły swej smutnej powagi, która zdradzała jakiś tajny lęk jego duszy. Ani też nocą nie udało mu się nigdy usłyszeć z ust śpiącego jakiegoś wyrazu, który mimowolnie zdradziłby udanie. Więzień zasypiał, gdy tylko zapadała noc, i budził się o pierwszym brzasku. Przy otwarciu okiennicy wzdrygał się, jakby usłyszał dźwięk do tego czasu nieznany, który niezwykłością swoją sprawiał przykrość jego niezmiernie pobudliwym zmysłom. „Niechaj nasi panowie z ratusza bazgrzą w swoich aktach, co się im podoba“ — zwierzał się trzeciego dnia obserwacyj Hill w rozmowie z nauczycielem gimnazjum Daumerem. „Co do mnie, to dam sobie głowę uciąć, że Kacper Hauser nie jest symulantem. Do licha! widywałem symulantów i znam się chyba na ich kawałach... Tu jest sama prawda!“ Z temi słowy wprowadził on do celi profesora, który zaintrygowany zagadką, mającą na imię „Kacper Hauser“, przyszedł ponownie dla wybadania więźnia. Chłopiec napotkał Daumera swoim zwykłym, jakby obojętnie wystraszonym wzrokiem, który wyrażał jakoweś nieświadome oczarowanie na widok obcej osoby. Hill otworzył nagle okiennice. Młodzieniec porwał się z miejsca — stanął w oknie — wyciągnął ramiona, jakby chciał objąć roztaczającą się przed jego oczyma panoramę gór i dolin. Potem cofnął się zgnębiony do swego kąta. Zda się, doznał wielkiego rozczarowania, stąd że ręce jego zawisły w wolnem powietrzu, że nie dotknęły gór, które roztaczały się opodal naprzeciw okien wieży. W jego milczącym smutku nie było ani śladu sztuki, udania. Tegoż dnia popołudniu odwiedził Daumera burmistrz Binder. — Profesorze! — powiedział doń — radni magistratu są przekonani nadal o tem, że nasz „znajdek“ gra komedję, na której się nie poznałeś. — Jakąż korzyść miałby z tej komedji, dla której żywi się tylko chlebem i wodą i ze wstrętem odrzuca wszystko, co łaskocze przyjemnie podniebienie? — Tego nie wiemy. Ale ostrożność sądu nie zawadzi tam, gdzie lekkomyślna łatwowierność łacno się może narazić na słuszne szyderstwo. — To brzmi tak, jakgdyby tylko sceptycy i przeczyciele mieli monopol trafnego sądu o tajemnicach świata! — rzekł profesor. Burmistrz z wyrozumiałą ironją spojrzał na młodego uczonego. — Pan jesteś entuzjasta! — zauważył. Wszelako nie odmówiono panu prawa do wzięcia udziału w komisji, która ma sporządzić orzeczenie w sprawie tego nader oryginalnego wypadku. Jesteś powołany w charakterze trzeciego eksperta obok radcy magistratu Beholda i barona von Tuchera do spisania protokółu nowych oględzin więźnia przez lekarza sądowego. — Ach, zawsze akty... i akty! — uśmiechnął się złośliwie Daumer. — Cóż robić, kochany profesorze?! Toć jeżeli nasz świat urzędniczy zasmakował w atramencie, nie jesteście w tem bez winy, wy — móle książkowi. Ale proszę pana — dodał, podając mu papier — w charakterze członka komisji racz przeczytać list, który znaleziony został przy naszym więźniu. Doręczył go nam rotmistrz Wessenig. List był bez podpisu. Brzmiał: Panie rotmistrzu! Posyłam panu chłopca, który chciałby wstąpić do służby wojskowej i wiernie służyć naszemu królowi. Podrzucono go u moich drzwi w zimową noc roku 1815-go. Jestem biedny, zaledwie jestem w stanie wyżywić kilkoro własnych dzieci. Nie znam matki podrzutka, więc nie mogę go jej zwrócić. Nie wypuszczałem go ani na krok z domu; nikt o nim nie wie; on też nie zna mego domu, ani nazwy miejscowości, w której dotąd przebywał. Możecie go pytać; nie sądzę, aby wam potrafił coś opowiedzieć. Szkoda, że nie ma rodziców; gdyby go wychowali, wyrósłby na coś wartościowego, gdyż ma zdolności; dość mu coś pokazać, aby to powtórzył. Wyprowadziłem go nocą; nie ma przy sobie pieniędzy. Zresztą jeżeli nie chcecie go zatrzymać, nie mam nic przeciw temu, abyście go zabili i powiesili w kominie!“ — Co pan powiesz o tem? — spytał burmistrz, odbierając list. Magistrat jest zdania, że nasz aresztant sam sobie ten list napisał, Ja tego zdania nie podzielam — pośpieszył dodać, widząc, że Daumer pogardliwie wzruszył ramionami. Oschły ton tego listu świadczy, podług mnie, o tem, że młodzieniec jest ofiarą jakiejś ponurej zbrodni, którą wyśledzić będzie niesłychanie trudno. Trafność tej uwagi znalazła niejako potwierdze- nie w wypadku, który miał miejsce następnego dnia, kiedy w więzieniu zjawiła się komisja. Hill zajęty był właśnie rozbieraniem aresztanta. Naraz do celi wpadły dźwięki włościańskiej orkiestry, przechodzącej pod oknami zamku. Okrutny dreszcz wstrząsnął Kacprem Hauserem. Jego twarz, czoło, ręce nawet — pokryły się potem; oczy przybrały wyraz błędny. Wydał okrzyk przerażenia — upadł na podłogę — drżał cały i szlochał. Obecni zbledli. Po długiej chwili Daumer położył dłoń na ramieniu młodzieńca i przemówił doń coś głosem łagodnym. To go uspokoiło. Ale jeszcze następnych dni był widocznie pod wpływem bolesnego wrażenia; leżąc na sienniku, gorączkował; cera mu zżółkła. Widocznem było, że rad był szukać ukojenia w dźwiękach mowy Daumera, jakkolwiek jej nie rozumiał. Zdawało się, że sam szuka słów, aby wyrazić wdzięczność odwiedzającemu go dwakroć dziennie nauczycielowi i cierpi, nie będąc w stanie tego uczynić. Wyrażał przecie podziękowanie czułem spojrzeniem, lub dziecinnym bełkotem. Pewnego razu Daumer znalazł się z młodzieńcem sam na sam. Mówił z nim, badał go serdecznie, cierpliwie, przebiegle. Pewnej chwili odgadł, że chłopczyna domaga się podania mu kubka z wodą. Był świadkiem, jak ów pił z rozjaśnioną zachwytem twarzą, lubując się łykami, szczęśliwy, że życzenie jego odgadnięto. Daumer był wzruszony. Wieczorem rzekł wesoło do siostry, która przy nim: — Czy sądzisz, Anno, że dwa razy dwa jest zawsze cztery? — Tak mi się zdaje. A ty, buntowniku, odkryłeś inną prawdę? — roześmiała się zdziwiona. — Niekoniecznie. Ale znalazłem coś takiego, czem zmuszę naszych filistrów, że mi... potańczą! Będą zdumieni. — Strzeż się!... I tak masz opinję bzika. Twoje odkrycie może ci zaszkodzić. — Zapewnie chodzi o coś w związku z owym przybłędą — ozwała się obecna przy tej rozmowie zacna matrona, matka Daumera. Czy już coś wiadomo o jego przeszłości, Fryderyku? — Tymczasem coś się przeczuwa. Niezadługo wiedzieć się będzie napewno — odparł z powagą. Nazajutrz „Gazeta Poranna“ przyniosła artykuł zatytułowany:
Kim jest Kacper Hauser?
Autor nie rozwiązywał zagadki. Ale obudził takie zaciekawienie, że burmistrz zniewolony był ograniczyć prawo odwiedzin więźnia przez oznaczenie godzin specjalnych. Tak wielki był natłok ciekawskich u wrót więzienia. Wpuszczeni do wnętrza stawali ciżbą w progach celi i zadawali sobie wzajem pytanie: „Kim jest człowiek, który może mówić, a nie rozumie słów swoich — widzi a nie rozpoznaje rzeczy — śmieje się, zaledwo płakać przestał — jest podejrzanym i tajemniczym, a za jego błyszczącemi niewinnością oczyma bodaj ukrywa się jakaś zbrodnia i hańba?“ Zdawało się wszystkim, że to natręctwo zwiedzających było niejako zapytaniem, zniewalającem więźnia do zagłębiania się w mrok swojej duszy celem dania odpowiedzi. Jakoby budziło ono w nim rozumne wspomnienia. Błagalny wzrok chłopca szukał słów dla siebie na ustach ludzi, którzy mu się przyglądali. Teraz Daumer był w swoim żywiole. Czego nie potrafił ujawnić nikt — ani doktór, ani stróż więzienny, nawet sam burmistrz z całą gromadą sekretarzy, piszących protokóły — to stawało się jasnem dla jego czujnej i celowej cierpliwości. Niemal zapomniał w tem swojem zainteresowaniu się „znajdkiem“, o obowiązkach swego zawodu, o własnych sprawach prywatnych. Jakoby sądził, że sam los postawił jego jednego wobec tej zagadki, a jego myśli i życiu nadał przez to sens szczęśliwy. Jedna z pierwszych jego notat na ten temat brzmiała: „Ta istota, bezradnie kołysząca się w obcym dla niej świecie, owo senne jeszcze wejrzenie, to dumne spojrzenie ponad krzywiącem się troską obliczem, tak czyste i pogodne — są to świadectwa pełne znaczenia. Jeśli nie mylą mnie moje domniemania, jeśli tkwiącym we mnie korzeniom idei potrafię nadać pęd rozwojowy i wydobyć z nich kwitnące gałązki wyrazu — to dam stępiałemu światu zwierciadło niezamglonej ludzkości. Ukażę niewątpliwe dowody istnienia duszy, której czas nasz zaprzecza przez usta wszystkich swoich bałwochwalców w godnem politowania, nędznem roznamiętnieniu.“ Zapalony pedagog wstępował na niezmiernie trudną drogę. Rozpoczynał badać duszę ludzką w pomroku, w którym słowo istniało, ale było jeszcze bez znaczenia. Pomiędzy jednem a drugiem pytaniem leżały całe światy, które dopiero trzeba było zrozumieć. Wypadało budować mosty pomiędzy „Tak“ i „Nie“, zawisłemi w próżni, wydobywać z mozołem sens każdego dźwięku, słowo po słowie. A przecie światło oddalonej przeszłości w duchu młodzieńca rozbłyskiwało szybciej, niż ważył się oczekiwać sam oskrzydlony nadzieją Daumer. Zdumiewał się nieraz, jak łatwo badany chwytał w chaosie nieżywych dźwięków te, które miały dlań ożyć, nabrać potęgi znaczenia — jak utrzymał je nazawsze w pamięci, przeczarowawszy w obrazy. Kierownik miał wrażenie, że tylko zdejmuje kataraktę z oczu swego pupila, że gra rolę li podsłuchującego przy procesie zwolna budzących się wspomnień. Jakoby tylko trzymał w ręku ciało chłopięcia, podczas gdy dusza jego wracała do owej krainy, z której pochodził, z której miał przynieść światu wieści, jakich przedtem żadne ucho ludzkie nie słyszało nigdy!...
czyli Kacper Hauser
Sprawozdanie o przeszłości Kacpra Hausera skreślone przez Daumera.
Jak daleko Kacper jest w stanie sięgnąć mglistem wspomnieniem, znajdował on się zawsze w mrocznej przestrzeni, zawsze w tem samem miejscu. Nigdy nie widział ludzkiej twarzy, nie słyszał niczyjego kroku, ni głosu, ani szczebiotu ptaka, ani pomruku zwierza, nie ujrzał promieni słońca, ani blasku księżyca. Ujmował tylko siebie; przecie bez wiedzy o sobie, bez zrozumienia nawet swojej samotności. Owo miejsce zamknięcia musiało być okrutnie ciasne, gdyż ma on wrażenie, że wyciągniętemi rękoma namacywał przeciwległe ściany. Wszelako, zanim je wyciągnął, mógł mniemać, iż przestrzeń ta jest bezgranicznie wielka. Był on przykuty do swego legowiska, jakkolwiek nie widział swoich kajdanów. Nigdy nie opuścił tego kawałka ziemi, na którym spał bez marzeń i czuwał bez marzeń. Można było odróżnić tam półmrok od ciemności zupełnej — tedy wiedział o istnieniu zmiany: dnia i nocy. Nie znał ich miana, ale znał noc, ponieważ obudzony nocą nie widział murów. Nie posiadał miary czasu. Nie myślał nigdy o tem, że jego niepojęta samotność może kiedykolwiek znaleźć kres. Nie rozumiał zmian w swojem ciele; nie życzył sobie, aby coś było inaczej, niż jest. Nie miał wspomnień ani nadziei. Jego wnętrze było nieme, jak otaczające go powietrze. Budząc się rankiem, znajdował obok siebie świeży chleb i dzban wody. Gdy wypijał wszystko, czasem oczekiwał, podnosząc dzban do ust, że woda samorodnie pojawi się znowu; nie miał bowiem pojęcia, że ktoś napełnia naczynie. Podobnież nie wiedział o tem, że ktoś w czasie jego snu podkłada mu świeżą słomę, ubiera go w czystą koszulę, myje go, obcina mu włosy i paznokcie. Wszystko to nie budziło w nim myśli. Zresztą nie całkiem był samotny. Miał obok białego konika z drzewa — bezimienną zabawkę, która odbijała jego nieświadome istnienie. Podejrzewał w niej żywą istotę. W jej perłowych oczach było dlań zaklęte całe światło życia. Właściwie nie bawił się z konikiem, gdyż nie przychodziło mu nawet na myśl, aby suwać nim, acz koń był na podstawce z kółkami. Jeno każdy kęs chleba przytykał przed zjedzeniem do jego ust i zawsze głaskał zabawkę przed zaśnięciem. To była jego jedyna działalność w ciągu wielu dni i lat. Aż pewnego dnia, gdy Kacper czuwał, otworzył się mur i z przestworu Niewidzialnego poraz pierwszy zjawiła się olbrzymia, nigdy nie widziana postać, która rzekła doń: „ty“ i wywołała wraz oddźwięk: „ty“, jako swoją nazwę. Na plecach gościa spoczęła powała — on sam był czemś dziwnie ruchomem; szerzyły się odeń dźwięki, które zniewa- lały do słuchania bez tchu, oczy jego świeciły się; szedł odeń dziwnie oszałamiający zapach. Z wielu słów obcego Kacper głęboko pobudzoną uwagą pojął wreszcie iż rzecz, która dzieliła jego samotność posiada nazwę konia, że jest takich więcej i że otrzyma je, skoro będzie się uczył. Zrozumiał on stale powtarzane: „uczyć się“, kiedy gość pewnego razu położył przed nim papier, napisał: „Kacper Hauser“ — znaki, które bardzo spodobały się chłopcu przez różnicę czarności i białego tła — i wodząc jego rękę, zmusił go do powtórzenia rysunku liter. Pokazywał konika i przemawiał do chłopca wyrazami niezrozumiałemi, aż ten zapamiętał one i jął powtarzać: „Chcę być takim jeźdźcem, jak mój tatuś!“ jakkolwiek znaczenia tych słów wcale nie rozumiał. Ów „Ty“ wydawał się zadowolony. Pokazał mu, jak konik toczy się na kółkach i oddalił się. Odtąd Kacper polubił ruch konika, szmer sprawiany przez ów ruch, posuwał zabawkę i mówił do niej wyuczone słowa, szczęśliwy ze swego bełkotu. Zdaje się, że stróż jego więzienia był niezadowolony z jego wrzasku i zamiarów ruchu; chciał go bodaj skłonić do zamilczenia. Albowiem naraz coś świsnęło, coś spadło chłopcu na plecy — widział to i w plecach uczuł ból; jął krzyczeć i miotać się jeszcze mocniej. Wtedy zauważył, że nie jest już przykuty do łoża; mógł pełzać. Przeraził się zimna podłogi, której dotknął bosemi stopami, i wrócił na łoże; poczem znowu popadł w sen głęboki. Po trzech dniach dziwny gość powrócił. Nie ukrywał zdumienia, przekonawszy się, że Kacper po jednej lekcji zapamiętał swój podpis. Mocno trzymał go za ramiona i mocno patrzył mu w oczy, wymieniając nazwy różnych rzeczy. A Kacper doznawał przestrachu, widząc, że jest zmuszony powtarzać za tym groźnym człowiekiem wyrzeczone przezeń dźwięki, którym towarzyszyły spojrzenia, wskazujące przedmioty, i dziwaczne ruchy ust. W podobny sposób rozpoczęła się nauka czytania. Pewnego dnia budził się jakoś długo, z wielką męką. Wreszcie udało mu się podnieść powieki — ściana była otwarta; przez otwór wnikał purpurowy blask. „Ty“ pochylał się nad nim; bodaj chciał przestraszonego uspokoić. Ubrał go, obuł, postawił przy murze. Potem odwrócił się, ujął go za nogi. Kacper instynktownie objął tamtego za szyję. Nieznajomy, niosąc go, wstępował pod górę. Prawdopodobnie szedł po schodach, prowadzących z lochu. Coś chłodnego przylgnęło do twarzy Kacpra, podniosło mu włosy... Czarność podziemia ustąpiła nagle — dokoła wszystko było przestronne, miękkie, wszelako nadal ciemne. W głębi, w oddaleniu działy się rzeczy wielkie i dziwne. Coś gromem napełniło jego uszy. Jawił się błękitny blask śród ciemni i przepadał znowu. Ostra woń drażniła nozdrza. Coś niewidzialnego uderzało go miękko w twarz, fałdy jego ubrania przenikało chłodem do skóry. Kacper rozpłakał się; następnie zasnął. Kiedy obudził się, poczuł pod sobą wilgoć ziemi, do której zwrócony leżał twarzą. Podniósł głowę. Nieznośnie jaskrawy blask uderzył jego oczy, zdawał się palić policzki. Wreszcie przyzwyczaił się do tego światła, odemknął powieki. „Ty“ pouczał go przykładem i popchnięciami, jak się chodzi. Kacper, drżąc i chwiejąc się, próbował stąpać, patrząc na ziemię. Świeże powietrze odurzało go mnóstwem zapachów. Znów popadł w sen. Nie wie, jak długo spał. Ani wie, ile razy próbował chodzić, nim znowu zapadła ciemność. Zdaje się, nocą znajdowali się w lesie. Zresztą nie pamięta drogi, nie wie, czy dokoła były drzewa, łąki, domy. Wie jeno, że to bywało ciemno, to znów błękitniało. Raz wydało mu się, że jego przewodnik zlewa go wodą. Ale ów pokazał mu niebo i rzekł: „Deszcz! deszcz!“ Nie wie, jak to długo trwało, ile dni i nocy, ale kilkakroć układał się na spoczynek. Strach przemagał jego znużenie. Nieznajomy karmił go chlebem i poił wodą podobnie, jak to czynił był w więzieniu. Koił jego lęk wobec nowych zjawisk — gwizdu wiatru, głosów zwierząt — obietnicą dania nowych, ładnych koników. Wreszcie po dłuższym czasie, gdy Kacper uszedł spory kawał drogi, wskazał ręką przed siebie i rzekł: „Duże miasto.“ Niezadługo potem kazał mu przystanąć i dał mu jakiś papier ze słowami: „Każ zaprowadzić się tam, gdzie adres wskazuje.“ Chłopiec postąpił kilka kroków — obejrzał się. Jego przewodnik znikł bez śladu. Był oszołomiony. Teraz posypało się nań mnóstwo przerażeń. Uczuł nagle kamienie pod nogami. Namacał wysoki mur. Chwytał się go, aby nie upaść. Ujrzał mnóstwo ludzi. Otoczyli go z krzykiem, szarpali, ciągnęli. Nikt nie rozumiał, co on mówi, kiedy starał się wyjaśnić, że chce spać. Śmieli się, kiedy, im opowiadał o koniku i o swoim tatusiu, kiedy skarżył się na krew, cieknącą z pokaleczonych stóp. Potem znalazł się znowu gdzieś na słomie — zasnął. Obudzono go. Jacyś straszni ludzie powlekli go, choć się opierał — usłyszał bicie zegara na wieży i zdjęty był ponownie okrutnym przestrachem. Płakał, chciał uciec — ale poprowadzono go wysoko — i zamknięto. Na szczęście powiedział: „Chciałbym być takim jeźdźcem jak tatuś“ — i dobry człowiek, który go pilnuje, dał mu konika podobnego do tego, jakiego już miał kiedyś w swojem czarnem więzieniu. Dotknął siennika, a usłyszawszy szmer taki sam, jaki wydawała słoma w jego dawnem mieszkaniu, uspokoił się i zasnął. Potem przychodziło doń wiele ludzi. Mówił im: „Chciałbym być takim jeźdźcem jak tatuś“, a to znaczyło teraz, że prosi o wodę, albo: „Każ zaprowadzić się tam, gdzie wskazuje adres“ — a to teraz miało sens: „Proszę o tę piękną rzecz, co tak ładnie dzwoni na wieży”; ale nikt go nie chciał zrozumieć. Mówił także: „Dać konika“ — sądząc, że przyjdzie zaraz potem człowiek, który go opuścił i pomoże mu. Ale tamten nie przyszedł; zaś wszyscy inni dręczyli go, mówiąc doń coś, czego nie rozumiał, jak oni jego rozumieć nie umieli. Tylko dzbanek pojmował jego słowa: „Chcę być jeźdźcem, jak tatuś“, bo kiedy je wyrzekł, woda popłynęła mu do ust — o to właśnie w tem zdaniu teraz chodziło.
czyli Kacper Hauser
Urzędnik wysokiej rangi staje się świadkiem gry cieniów.
Oczywiście trwało to długie tygodnie, zanim profesor Daumer trudem, przypominającym pracę górnika, doszedł do tak subtelnego wniknięcia w przeszłość chłopca. Jego sprawozdanie sprawiało wielkie wrażenie i nawet władze postanowiły sprawdzić je, posyłając do więźnia szereg wybitnych lekarzy, uczonych, agentów policyjnych i prawników, którzy po długich ślęczeniach i debatach zniewoleni byli przyznać słuszność spostrzeżeniom i wywodom Daumera. Wkrótce potem burmistrz ogłosił pewnego rodzaju manifest do obywateli, który w całym kraju obudził zdziwienie i niepokój. Odmalował na wstępie tajemnicze pojawienie się przybysza, sławił czarującą dobroć chłopca, który ze łzami wdzięczności wspominał zawsze ciemięzcę, co go więził, jako swego „wybawiciela“, — który był wzruszająco miły względem natrętnych widzów, miał wrodzone przeczucie dobra i zdradzał nadto niezwykłą chęć do nauki. „Wszystko przemawia za tem, — głosił manifest — że młodzian ten posiada piękne zadatki umysłu i serca; a stąd budzi się podejrzenie, iż z jego uwięzieniem łączy się ciężka zbrodnia, która pozbawiła go rodziców, majątku, przywilejów wysokiego rodu a w każdym razie radości lat dziecinnych i pięknych dóbr życia.“ Oświadczenie to stało raczej na poziomie romantycznej czułości burmistrza, niźli godziło się z ostrożnością urzędową. „Ponieważ zbrodnia zaszła w czasie, gdy chłopiec znajdował się już w wieku podatnym do wychowania systematycznego — brzmiało zakończenie manifestu — tedy zwracamy się do wszystkich władz wojskowych i cywilnych, tudzież do osób prywatnych, aby wszelkiemi siłami starały się dopomódz w wyśledzeniu zbrodni i odnalezieniu rodziny nieszczęśliwego. A wcale nie chodzi o to, aby chciała się wyrzec opieki nad niezwykłym podrzutkiem, lecz o to, aby winowajców dotknęła sprawiedliwa kara.“ Dobra wola autora manifestu stała poza wszelkiemi wątpliwościami, ale rezultaty tego pisma były niespodziewanie przykre i sprawiły magistratowi Norymbergi wiele kłopotów. Przedewszystkiem nastąpiła powódź bezsensownych potwarczych listów i artykułów, oskarżających wysoce arystokratyczne sfery o cały szereg zbrodni, rzekomo codzień uprawianych dla nasycenia zmysłów i popędów swawoli, jak to: mord dzieci, grabież dzieci, podrzucanie dzieci i t. p. Gorszem było to, że jakiś zrzęda z pośród radców magistratu tajnie oskarżył burmistrza Norymbergi przed wyższą władzą, lokującą się w Ansbachu, o krok awanturniczy, przeciwny prawu, szkodliwie uprzedzający prawidłowe śledztwo i t. p. Rząd zaniepokoił się możliwością utrudnienia badań, przedsięwziętych celem wyśledzenia zbrodni; skonfiskował numery „Tygodnika inteligencji“ i „Kurjera Pokoju i Wojny“, w których umieszczono manifest. Poczem sam prezes Trybunału Apelacyjnego wystosował do wystraszonych radców magistratu pismo, ganiące uchybienia śledcze, nieurzędowe przesłuchiwanie świadków (bez formalnych protokółów) i nakazał przesłać do sądu w Ansbach wszystkie akty sprawy wraz z orzeczeniem Daumera. Celem tego zarządzenia była chęć zorjentowania się, czy Kacpra Hausera należy przetrzymywać nadal w areszcie prewencyjnym, czy też już zawyrokować można o oszustwie. Magistrat po burzliwej sesji odważył się napisać do władzy wyższej, że boleje z powodu otrzymanej nagany, gdyż sądzi, że raczej nazbyt biurokratyczne traktowanie tej sprawy zahamować może rozwiązanie zawiłej zagadki. Myśl protestu natchniona została przez profesora Daumera, który popadł w silne rozdrażnienie i zapowiedział oburzony, iż sam pojedzie do Ansbach, aby sprawę przedstawić prezesowi trybunału. Daremnie matka i siostra starały się odwieść go od tej myśli. Krzyczał: „Jakto?!... Nowa zbrodnia jurydyczna wisi w powietrzu, a nie miałbym jej zapobiedz?!.. Zresztą prezes Feuerbach jest człowiekiem rozsądnym i szlachetnym — i musi mnie zrozumieć.“ Skończyło się na tem, że nawet radca von Tucher, który początkowo odradzał wyjazd, zgodził się towarzyszyć Daumerowi w tej wyprawie. Ale ponieważ prezes Feuerbach znajdował się chwilowo w objeździe swego okręgu, — wypadło przybyłym do Ansbach osiąść na cztery dni w hotelu, aby doczekać się jego powrotu. Tymczasem wszyscy ciekawscy i próżniacy Norymbergi, korzystając z pozwolenia magistratu, który po manifeście burmistrza zniósł ograniczenie wizyt, zapełnili podwórze więzienne. „Znajda“ był niejako przedmiotem publicznego widowiska, rodzajem rozrywki dla obywateli. Dozorca celi Kacpra mniej wzruszał się obecnie jego łzami wobec natręctwa widzów, gdyż liczył się z tem, że nie jest wykluczoną możliwość ogłoszenia więźnia przez władze za oszusta; nadto z jednej strony, schlebiało mu to, że jest jakoby wystawcą niesłychanie rzadkiego okazu, z drugiej strony niejedna złotówka powędrowała do jego kiesy z rąk odwiedzających. Z posępną miną, mrużąc oczy na światło, siadywał w swoim kącie Kacper Hauser, gdyż już o brzasku, zaledwo oczy otworzył, zjawiali się dla oględzin jego osoby pierwsi goście, z powołania swego wstający wcześnie: zamiatacze ulic, kucharki, pokojowe, subjekci sklepowi, rzemieślnicy, chłopcy z piekarni, mali uczniowie, idący do szkół, a czasem nawet indywidua podejrzane. W ciągu dnia przychodziło towarzystwo coraz to lepsze — całe rodziny rejent z małżonką i dziećmi, majorostwo D., mistrz krawiecki Żelazko, hrabia Czerwień-Skarpetka ze swemi damami, panowie Dudek i Brudek, którzy odbywali spacer południowy i skorzystali z tego, aby obejrzeć „zajmującego potworka“. Celę zapełniał wesoły gwar. Gadano, żartowano szydzono, śmiano się, dzielono uwagami na temat młodzieńca. Znoszono mu nieraz podarki, na które patrzył wzrokiem psa, jeszcze nie wdrożonego do aportowania z ręki pańskiej. Starano się podrażnić jego apetyt różnemi przysmakami. Konsyljarzowa Bezzębnicka mu raz cały połeć słoniny, który następnego dnia znikł w tajemniczy sposób, skąd wyciągano różne wnioski. Wszyscy na wyścigi wymagali odeń „cudów“. A że cichy i łagodny chłopczyna nie czynił wszystkiego, czego odeń oczekiwano, — nieraz wymyślano mu, jakby za pokaz opłacono bilety wstępu. Nadewszystko udręczony był ciągłemi pytaniami: jak się nazywa, ile ma lat, gdzie mieszkał — gdyż zadający je wydawali się sobie nader rozsądnymi. Jego zalękniony bełkot, uprzejme „tak“ lub „nie“, dźwięczna mowa dziecka — wywoływały Przytulano jego drobną twarz do swoich dużych fizjonomij i bawiono się przerażeniem, wyglądającem naówczas z jego oczu. Dotykano jego rąk, nóg, włosów, pokazywano mu obrazki, żądając wyjaśnienia, co przedstawiają; i kiwano przy tem znacząco głowami, porozumiewając się wzajem. Pragnąc przekonać się, czy gardzi inną strawą, prócz chleba i wody, pchano mu w usta pierniki i kiełbaski, podnoszono do ust kieliszki z winem i drwiono z jego wstrętu wobec takich przysmaków: „Komedjant! udaje, że nie lubi naszych słodyczy. Przejadł się w jakiejś pańskiej kuchni!“ Razu pewnego dwóch dostojnych młodzieńców urządziło sobie nawet miłą zabawkę tego rodzaju, że jeden z nich przytrzymał chłopca, a drugi chciał mu gwałtem wlać wódkę w gardło. Na szczęście chłopiec zemdlał skutkiem samego zapachu alkoholu. Wprawdzie obecny przy tej scenie stary i doświadczony jegomość radził im nie dowierzać symulacji; starał się wytrzeźwić Kacpra, podstawiając mu pod nos tabakierkę, — co istotnie powiodło się przy budzącem śmiech wszystkich trzech widzów kichaniu i krzywieniu się załzawionego chłopca; jednak dozorca, który niespodzianie powrócił, na ten raz z gniewem wyprosił z celi wesołych gości. Wszyscy trzej przed odejściem zwymyślali strażnika, a stary jegomość wykrząkał się na wszystkie strony i przychodzącego do siebie chłopca zagabywał po francusku, hiszpańsku i angielsku, jak mu się podobał niuch tabaki, na co Kacper odpowiadał żałośnie tylko dwoma słowy: „Do domu!“ — Baw się konikiem! — rzekł dozorca, gdy zostali sam na sam. — Do domu! — powtórzył jękliwie chłopiec. Hill odparł napół z współczuciem, napół z rozdrażnieniem: — Psiaku nieszczęsny! o jakim to domu mówisz? Chcesz li powrócić do swego lochu? Czy to domem nazywasz? — Niech „Ty“ przyjdzie! — naraz jasno wymówił Kacper, aczkolwiek ostatnio posługiwał się więcej gestami, niż słowami. — Ba, ten cię ochroni! — roześmiał się drwiąco Hill. — Ty przyjdzie — musi przyjść! — nalegał Kacper. I spojrzał uroczyście na niebo zachodnie, jakby w przekonaniu, że „Ty“ kroczy w powietrzu. Poczem podniósł się z wysiłkiem, jak zwykle, i przycisnął do piersi konika — jedyną z podarowanych mu zabawek, którą pragnął wziąć ze sobą, gdy „Ty“ przyjdzie po niego. Hill zrozumiał ten ruch. — Biedactwo! — rzekł — nic ci nie pomoże. Musisz pozostać w tym świecie, skoro raz już tu jesteś, chociaż on ci się nie podoba. Alboż mnie się podoba?! wzruszył ramionami. Jednak zostaję! Kacper nie rozumiał tych słów, ale zgadł ich sens. Albowiem, drżąc na całem ciele, z łkaniem rzucił się na ziemię. Hill pocieszał go, jak mógł, ale po smutnej twarzy chłopca wciąż spływały łzy. Tego dnia nie chciał się bawić konikiem. Nieruchomy pozostał w swoim kącie. Wzdrygał się na każdy odgłos kroków, dochodzący ze schodów. Zapach ludzi drażnił go niewypowiedzianie. Osobliwie przerażały go ich ręce, sięgające doń z pieszczotą: różnobarwne, różnokształtne, wydawały mu się istotami samodzielnemi, czołgającemi się, kleistemi, niebezpiecznemi zwierzętami, od których zawsze spodziewać się można było krzywdy. Jedyna ręka miła w dotknięciu, ręka Daumera — tak mu bliska — znikła. Czemu nie przychodzi skoro zjawia się tylu niepożądanych, obcych? — zapytywał w duchu Kacper. I dlaczego jest ich tak wiele — ze złemi ustami i złemi oczyma?! Raził go teraz purpurowy promień słońca — przerażał świst wiatru, niby niedobry głos ludzki. Tęsknił za samotnością swojej dawnej ciemnicy. Nadeszła niedziela. Pod wieczór powrócili Daumer i Tucher. Z nimi przybył radca stanu baron Feuerbach, który postanowił osobiście zbadać, jak rzeczy stoją. Wynająwszy pokój w hotelu „Pod jagnięciem“ udał się natychmiast z obu towarzyszami na wieżę. Tu czekała ich przykra niespodzianka. Kacpra w celi nie było. Żona strażnika wyjaśniła, że jej mąż zabrał go do gospody „Pod Krokodylem“ na żądanie rotmistrza Wesseniga, który zapragnął pokazać „znajdka“ kilku znajomym obcokrajowcom, zamieszkującym w owej gospodzie. Daumer pobladł przerażony; Tucher ledwo opanował lęk złego przeczucia. Wzgardliwie uśmiechnął się cienkiemi wargami pan prezes trybunału; ale powstrzymał uwagę o „fatalnych porządkach“ i jeno rzucił szorstki rozkaz: „Prowadźcie mnie do tej gospody!“ Trzej panowie szli w milczeniu przez kręte zaułki na plac targowy gdzie mieściła się winiarnia „pod krokodylem“. Ponad gotyckim dachem ratusza unosił się dysk księżyca w oparach mgły nocnej. Naraz Daumer szepnął wzruszony: „Otóż i on!“ W istocie Kacper, kołysząc się, jakby był pijany, szedł wsparty na ramieniu Hilla. Nagle zatrzymał się — przykucnął. Oczy jego z przerażeniem spoglądały na ziemię. Wszyscy trzej zbliżyli się doń, aby zrozumieć, co go tak przestraszyło. Nie ujrzeli nic więcej na bruku, prócz cienia młodzieńca i jego towarzysza. Kacper nie miał odwagi poruszyć się. Usta rozwarł do krzyku. Pot oblał mu czoło; kolana ugięły się. Miał wrażenie, ze jakaś straszliwa tajemnica przedrzeźnia wszystkie ruchy świata, do którego wprowadził go przypadek. Trzej obserwatorzy i dozorca więzienny oniemieli, wstrząśnięci wrażeniem jego lęku. Niewiele brakło, aby prezes zwolnił tego wieczora Hilla ze służby. Jeno mężne wstawiennictwo Tuchera przeniosło burzę na wyższych urzędników, winnych niedbalstwa podwładnych. Dostało się burmistrzowi, który jednak pokorą wybłagał dla siebie przebaczenie. Przyrzekł poprzeć energicznie sprawę podrzutka; ale jego nowy, władny opiekun oświadczył, że Hauser winien być przeniesiony do domu Daumera, który obiecał zająć się jego wychowaniem. Zresztą wykonanie tego rozporządzenia prezydent odłożył na poranek dnia następnego, dopóki nie zbada osobiście więźnia. Daumer w domu klął, na czem świat stoi. „Barbarzyńcy! rzeźnicy! skrzywdzili mi chłopaka. Że też muszę żyć śród takiej hołoty!“ — Czy warto tak kląć, skoro cię nie słyszą! — mitygowała siostra. — Lękam się, że znowu znalazłeś sobie bożka! — zauważyła nieśmiało matka. — Ach! znać zaraz, że nie widziałaś Kacpra! — odparł z żalem. — Nie lubię się tłoczyć! — Wiedz zatem, mamo, że brak mi słów, aby wyrazić piękno tej istoty. To jest objawiona Legenda czasów zamierzchłych! Zagadkowe coś ze świata „niewiedziećskąd“ — czysty i dźwięczny głos natury — myt, oczekujący wcielenia! Dusza, której kosztownych skarbów nie tknęła niczyja ręka! Czy moja jest godna tego? — oto kwestja. — Marzysz! — z przekąsem ozwała się Anna. Daumer wzruszył ramionami. Rzekł głosem, którego łagodność nie wykluczała powagi, dowodzącej, że nie zniesie sprzeciwu: — Od jutra Kacper zamieszka u nas w domu. Prosiłem o to Feuerbacha. Mam nadzieję, że ocenisz, mamo, iż tu chodzi o rzeczy pierwszej wagi dla mnie i nie staniesz wpoprzek moim studjom, z których przewiduję wielkie odkrycia. Matka i córka w milczącym niepokoju zamieniły spojrzenia. Nazajutrz pod wieżą więzienną burmistrz, lekarz miejski, komisarz i Daumer oczekiwali prezydenta, który blisko trzy godziny pozostawał sam na sam z więźniem. Gdy wyszedł, pragnęli dowiedzieć się, jakie wnioski wyciągnął z tej rozmowy znakomity mąż. Ale twarz jego była tak pełna posępnej powagi, zorane zmarszczkami czoło świadczyło o tak głębokiej zadumie, że burmistrz zaledwo znalazł odwagę zaprosić go na obiad. Prezes uchylił się od przyjęcia gościny, zwrócił się uprzejmiej tylko do Daumera i rzekł: go pan niezwłocznie! Chłopiec potrzebuje czułej opieki.“ Potem raczył krótko pożegnać wszystkich: „Z czasem powrócę do tej sprawy. A teraz... do widzenia, panowie!“ i odszedł ciężkiemi krokami. Niebawem znikł im z oczu. Ponieważ wiele budowali na opinji człowieka, słynącego z bystrości umysłu, doznali rozczarowania naskutek jego zamknięcia się w sobie. Wieczorem tegoż dnia Kacper zainstalował się w mieszkaniu nauczyciela.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Dziecię Europy.
