całość
oprzedzające dramata możnaby uważać za wstęp i przygotowanie do Henryka V. Poeta ukazawszy nam w Henryku IV płochą młodość bohatera z pod Agincourt, stopniowo go podnosi, uzacnia, daje mu dojrzeć i z tej natury ognistej, na którą nic cugli nałożyć nie mogło, tworzy rycerza, jakiego tu w nim widzimy. Czujemy w nim przecie tego samego zawsze człowieka, rycerza, który nie pozbył się ani dawnej swobody ducha, ani wesołości i rubaszności pewnej, a zdobył do nich energię i powagę. Charakter Henryka V, we wszystkich tych trzech dramatach, jest jedną z najkunsztowniej i najlogiczniej przeprowadzonych kreacyi Szekspira. Dramat ten pisał poeta w roku 1598; widać to z prologu do piątego aktu, w którym wspomina o nieszczęśliwej wyprawie Essexa przeciwko Irlandczykom; wyprawie, która poprzedziła upadek jego i była przyczyną tragicznego końca ulubieńca Elżbiety. Kilka tych słów prologu ciekawe są i z tego względu, że utwierdzają w przekonaniu, iż poeta, który szczycił się przyjaźnią Lorda Southampton, razem z nim trzymał stronę Essexa i życzył mu, a pragnął dlań zwycięstwa. Upadek Essexa, wpłynął zapewne na życie i losy poety. Henryka V wydano bez wiedzy autora, (jak niemal wszystkie jego dramata), w roku 1600, błędnie, niedbale, z opuszczeniami, omyłkami, zmianami, tak ohydnie, iż nad to pierwsze wydanie, gorsze być nie może; poprawniejszy tekst przyniosła dopiero edycya folio z roku 1623. Pierwszy druk nosi tytuł: „Kronika historyi Henryka V, z bitwą jego odbytą pod Agincourt we Francyi. Razem i chorąży Pistol i t. d.“ Niektóre sceny i część jakąś osnowy wziął Szekspir ze wspomnianej przez nas w poprzedzającem objaśnieniu części drugiej Henryka IV, lichej ramoty, w której występuje Oldcastle, drukowanej pod tytułem: „The famous Victories of King Henry the Fifth“. Jak Henryk IV różni się wielce tokiem i układem, scenami komicznemi, formą całą, od Ryszarda II, tak Henryk V, chociaż z Henrykiem IV całość tworzy, ma pewne właściwości nadające mu fizyognomię odmienną. Poeta musiał podnieść się wyżej, ton nastroić do epopei zwycięstwa pod Agincourt, którego wspomnienie łechtało miłość własną Anglii. Ten heroiczny nastrój dają dramatowi Chóry poprzedzające i kończące akty, które dopowiadając, tłómaczą, objaśniają to, czego ramy jednego dramatu objąć nie mogły. Chóry te są wprowadzone niby na wzór starożytnych, chociaż nie mogły być w warunkach formy przyjętej czem innem nad rodzaj prologów i epilogów, pozostających za ramami dramatu i nie mających z nim koniecznego związku. Mówi w nich poeta a nie lud, ale poeta jest w nich tłómaczem uczuć i pojęć narodu. Z innych względów zbliża się charakterem i formą Henryk V do Henryka IV i tak w tym jak w tamtym sceny komiczne przeplatają akcyę poważną. Lecz Falstaff już był zużyty; odepchnięty przez Henryka V, po jego wstąpieniu na tron, znika ze sceny, a Pistol i Fluellen, naszem zdaniem, nie dorównywający mu siłą komiczną, miejsce jego zastępują. Z epilogu części drugiej Henryka IV wnosićby poniekąd można, że Szekspir zamierzał Falstaffa i do tego wprowadzić dramatu, ale uczuł później, że ta postać, pogrzebiona w ostatnich scenach części drugiej, stawała się niemożliwą. Śmierć Falstaffa, umierającego na „potnicę,“ którą miał wystawić na scenie, przeszła tylko w dosyć komiczne opowiadanie. Cała też owa szajka Falstaffa, nie zmieniając charakteru, zaciągnęła tu do regularnego wojska, służy pod królewskim sztandarem. Pistol, jakkolwiek przedziwny ze swą zamaszystą deklamacyą, którą ludzi straszyć usiłuje, Falstaffa nieboszczyka zastąpić nie może. Bardzo prosty jest układ sztuki. Autor, który pracował około tych dramatów historycznych na tle dawniejszych prób, od których treści nie mógł odstąpić, na oryginalność budowy nie silił się wcale. Widzowie tych historyi dopominali się u niego osób, scen, rozwinięcia takiego, do jakiego byli nawykli, i poeta niewolniczo trzymać się go musiał. Widzimy to w „The famous Victories“. Całe więc rusztowanie sztuki, cała dramatyzowana kronika, była mu z góry narzuconą, praca jego ograniczać się musiała na stworzeniu z danych elementów rzeczy nowej, żywej, tchnącej prawdą, na charakterach, które uwydatniał, na świeżych barwach, w które przyoblekał swe dzieło. Henryk V, jakkolwiek Anglia nie odniosła rzeczywistych korzyści ze zwycięstwa jego nad Francyą, był uosobieniem chwały narodowej, tryumfu nad dawnym, zawziętym współzawodnikiem, był podbójcą całego państwa. Dlatego też i dramat opiewający i przedstawiający przygotowania do walki stanowczej, dla Anglików miał i ma wyższą wartość nad inne, był wspomnieniem epoki chwały, heroicznego w dziejach momentu; Szekspir opiewa w nim czynu wielkiego nieśmiertelną pamiątkę. Jako moralista wskazuje w nim cnoty, które dają zwycięstwo, przywary i błędy ciągnące za sobą klęski. Na dworze i w obozie Francuzów panują: duma, pycha i zaufanie w swej sile, lekkomyślność i nieład; w angielskim powaga, spokój, pokora, niewiara w siebie, a gotowość do poświęcenia bez granic. Francuzi nie wziąwszy jeszcze za oręż, urągają Henrykowi. Bitwa ta cała, poselstwo przynoszące mu piłki, przypomina starcie Krzyżaków z Jagiełłą pod Grünwaldem, posłańców od Mistrza z mieczami. Henryk V, jak Władysław Jagiełło, ufa Bogu tylko, sprawiedliwości swej sprawy, męstwu tych, co go otaczają. Wojsko jego stanowi jedną spójną całość, on sam jak prosty żołnierz, nie dając się poznać swoim, zowie się ziomkiem jednego z walijskich rycerzy, poufale miesza się z tłumem, brata z nim, tak jak dawniej chętnie zasiadał do jednego stołu z Falstaffem i Pistolem. Do samego końca, do rozmowy z Kasią, swoją narzeczoną, Henryk V jest zawsze sobą, zawsze tym rubasznym, wesołym kmotrem, jakim się nam ukazał w początku. Wiek tylko i dostojność zakreślają mu miarę, której przejść nie powinien. Szekspir i w tym dramacie ściśle się historyi nie trzyma, ale niewłaściwemby było sądzić go ze stanowiska krytyki historycznej. Główne wypadki, około których się dramat obraca, z dziejów są wzięte; więcej od poety dramatycznego wymagać nie można. Nie będziemy też zapuszczać się w komentarze nad przyczynami wojny, ani ją usprawiedliwiać wykładem praw, jakie do korony mógł rościć Henryk V. Chwila, w której kraj sąsiedni, zamykający w granicach swych lenna angielskie, zostawał w rozterce i niemocy, gdy Karol VI, chory na umyśle, wypuścił z rąk władzę, a nieład panował w miejscu jego, pora ta zbyt była dogodna dla chciwego podboju sąsiada, aby się na usprawiedliwienie napaści nie znalazły stosowne wywody. Henryk V w roku 1415 gotów już był z wojskiem i flotą wyruszyć przeciwko Francyi, gdy odkryto spisek uknowany na niego. Ryszard Cambridge drugi syn księcia Yorku, stryjeczny brat króla i lord Scroop, najbliżsi Henryka V, największem jego zaszczyceni zaufaniem, stali na czele sprzysiężonych. Szekspir ma ich, wedle kroniki, za przekupionych przez Francyę, chociaż w nich odzywały się też same żądze i warcholstwo, co w poprzednich buntach za Henryka IV. Dom Yorków pragnął obalić Lancastrów, ażeby sam zajął miejsce jego. Podpierano się wywodami genealogicznymi, prawami krwi i rodu. Chwila, gdy Henryk z przedniejszem rycerstwem wybierał się do Francyi, zdawała się spiskowym najdogodniejszą dla ich zamiarów. Ale sprzysiężenie zostało odkryte w porę, a winowajcy niezwłocznie ukarani. W sierpniu tysiąc pięćset statków wiozły angielskich rycerzy, strzelców, łuczników, na podbicie Francyi. Po kilkodniowem oblężeniu Hartleur zdobyto, ale mór i choroby wybuchły w obozie i zniszczyły więcej niż francuskie pociski. Reszty miały już powracać nic nie sprawiwszy, gdy postanowił stawić wszystko, aby nie odejść ze sromotą. Odesławszy znaczną liczbę chorych do Anglii, sam z resztką, która nie przechodziła 12,000 ludzi, wprost poszedł na nieprzyjaciela. Znużony żołnierz wdarł się z rozpaczliwem męstwem w sam środek kraju, zguba zdawała się nieuchronną, gdy dwa nierówne zastępy stanęły przed sobą. Heroldowie francuscy zjawili się w obozie, wyzywając do odwrotu lub bitwy. — Powiedźcie panom waszym — rzekł król — że na ten raz ja ich napastować nie będę, ale jeśli mnie który z nich napadnie, z Bożą pomocą pola mu dostoję. Życzyłbym wam jednak, aby żaden z was nie zmuszał mnie szarej ziemi waszej czerwoną krwią waszą farbować. W wigilię św. Kryspina, dnia 24 października, wojska się nareszcie spotkały; jedno wycieńczone i znękane, drugie świeże i nieskończenie je liczbą przewyższające. Pięćdziesiąt tysięcy głów, a w tej liczbie 14,000 rycerzy, stało po francuskiej stronie. W obozie nikt nie wątpił o zwycięstwie, cieszono się niem zawczasu i biesiadowano wesoło. Henryk przyjmował bitwę, ważąc los swój po szalonemu, ale przygotowywał się do niej z rozwagą. Rozstawiono szyki, obrachowawszy się z położeniem; w obozie jego panowało usposobienie rycerskie i zapał spokojny. Wielu spowiadało się i przystępowało do komunii, poczęto od mszy i modlitwy i Bóg dał zwycięstwo tym, co nie swym siłom ufali, ale wielkiej sprawie i potędze ofiary. Król w świecącej zbroi, z hełmem ukoronowanym na głowie, sam ustawił swoich rycerzy w długą linię, nie głębszą nad cztery szeregi. Z jednej strony stali obszarpani i obłoceni Anglicy, wyglądający na ciurów, z drugiej świetny i świeży, połyskujący zastęp francuski. Ktoś z orszaku Henryka się odezwał: — A! gdyby tu stanąć dziś mogli wszyscy Anglicy, co oręż dźwignąć są w stanie. — Ja nie żądam ani jednym więcej nad tych, których mam — odparł król — Bóg i garstce dać może zwycięstwo. Francuskim wojskom rozkisłe drogi, nieład, zbyt ciężkie uzbrojenie, brak karności odbierały siły. Około jedenastej, pisze kronikarz, król Henryk zawołał: — Święty Jerzy! Naprzód! — Hetman stary Erpingham w górę wyrzucił buławę i z okrzykiem szeregi posunęły się przeciwko środkowej linii nieprzyjaciela. Na skrzydła działa siały kulami gęstemi. Wśród zgiełku pierwszego starcia, strzelcy piesi, z czem kto miał, popędzili na Francuzów. Lud ten zrobił pierwszy wyłom, którym król z towarzyszącą mu konnicą się wcisnął i padł tak gwałtownie na nieprzyjaciela, iż co żyło, w popłochu, w trwodze, rzuciło się w rozsypkę. Zamiast się obciążać jeńcami, nie rachując już na okup ich, kazano wszystkich zabijać, aby dalszej nie wstrzymywali walki mnodzy pobrani w niewolę. Pierwsze to złamanie nieprzyjaciela rozstrzygnęło zwycięstwo. Mnóstwo ofiar zostało na pobojowisku, wielu najznakomitszych dostało się do niewoli. Strata Anglików była stosunkowo mało znaczącą, chociaż zapewne nie tak drobną, jak ją Szekspir podaje (25). Jeden książe York (w Ryszardzie II Aumerle) padł ze znakomitszych angielskich rycerzy. Przybycie heroldów po bitwie, nazwisko dane jej od sąsiedniego zamku Agincourt, wszystko to zaczerpnięte z kroniki. Opisuje ona przybycie zwycięzców z łupem do Londynu, wjazd tryumfalny króla witanego przez lud radośnie i skromność mężnego wodza, który nie sobie, ani szczęściu własnemu, ale Bogu przypisywał zwycięstwo, i z niego się nie wynosił. W dramacie zaraz po tej bitwie następuje pokój i traktat, który został zawarty dopiero po wojnie, ciągnącej się przez lat cztery. Poeta omija zupełnie powody istotne, dla których dziwny ten układ przyszedł do skutku, niezgody w rodzinie panującej i zemsty za zamordowanego Jana księcia Burgundyi. Henryk V panował jako rejent we Francyi przez lat dwa, a kronikarze współcześni rozum jego, szlachetność i męstwo wynoszą. Zmarł w roku 1422, w dziewięć miesięcy po narodzeniu mu się dziedzica tronu. Ciało jego przewieziono do Westminsteru, a lud w tradycyach swych o bohaterskim zwycięzcy z pod Agincourt zachował mu rysy te rycerskie, rubaszne, wesołość i przystępność, z jakiemi Henryk występuje od pierwszej młodości. W kilku scenach Henryka V Szekspir kładzie w usta osób działających całe ustępy francuskie, niekoniecznie poprawne i foremne. Nic nie było łatwiejszego nad oczyszczenie ich z błędów, które wszakże wszyscy wydawcy i tłómacze zachowują jako charakterystykę wieku i pisarza. Tłómacz nasz też nie mógł sobie postąpić inaczej. Szekspira ad usum Delphini oczyszczać, modernizować, łagodzić, czynić go salonowym, byłoby to odjąć cały charakter jego, świadectwo obyczajów wieku, w którym pisał, jednem słowem byłoby to postąpić sobie z nim, jak dawny rząd Neapolu z Pompeją, gdzie wszystkie swobodne wybryki pozalepiano. Cóż stąd wynikło? Oto największa pono krzywda dla epoki chrześcijańskiej, której wybitną cechę, jej czystość i skromność zatarto razem, pogaństwo czyniąc skromnem jak ona. Szekspira też nie umielibyśmy ocenić, ani jego współczesnych, gdybyśmy go w nasz język i wyrażenia przebrali. W starej sztuce „The famous Victories“ wiele scen, acz niedołężnie, osnutych jest na tej samej treści, zaczerpniętej z Holingsheda.
Y:
Król Henryk V.
Książe Gloucester (Gloster), | bracia królewscy.
Książe Bedford,
Książe Exeter, stryj króla. Książe York, kuzyn króla. Hrabiowie: Salisbury, Westmoreland i Warwick. Arcybiskup Canterbury (Kanterburski). Biskup Ely.
Hrabia Cambridge (Kembrydż), | spiskowi przeciw królowi.
Lord Scroop (Skrup),
Sir Tomasz Grey,
Sir Tomasz Erpingham, Gower, Fluellen, Macmorris, Jamy (Dżemy), oficerowie armii królewskiej. Bates, Court, Williams, żołnierze armii królewskiej. Nym, Bardolf, Pistol, dawniej w służbie Falstaffa, teraz żołnierze armii królewskiej. Chłopiec, ich sługa. Herold. Chór. Karol VI, król francuski. Ludwik, delfin. Książęta: Burgundyi, Orleanu i Bourbon. Konetabl Francuski. Rambures i Grandpré, panowie francuscy. Gubernator Harfleur. Montjoye (Monżoa), herold francuski. Ambasadorowie francuscy do króla angielskiego. Izabella, królowa francuska. Katarzyna, córka Karola i Izabelli. Alicya, dama Katarzyny. Żwawińska, żona Pistola, karczmarka. Panowie, Panie, Oficerowie, Żołnierze angielscy i francuscy, Posłańcy, Służba.
V.
AKT PIERWSZY.
(Wchodzi Chór).
Kto mi ognistą muzę da, bym wzleciał Do empirejskiej wyżyny twórczości! Aktorów książąt, królestwo na teatr, Królów na widzów bohaterskiej sceny! Król Henryk wtedy w swej własnej postaci, Jak Marsby stanął, przy jegoby stopach Trzy psy na sforze: głód, miecz i pożoga Czołgiem na jego czekały rozkazy. Przebaczcie teraz, dostojni słuchacze, Jeśli zuchwały ale płytki dowcip Śmie wam przed oczy przedmiot wielkiej treści Na tak nikczemnem stawić rusztowaniu. Jakże ten kurnik potrafi pomieścić Szerokie łany królestwa Francuzów? To O drewniane byłoby za ciasne Na same hełmy, które swych piór szumem Rzuciły postrach na pola Agincourt. Przebaczcie jednak, bo gdy krzywy znaczek Na małym świstku, może milion znaczyć, Niech i my, zero w tym wielkim rachunku, Wzniesiem się waszej siłą wyobraźni. Przypuśćcie, że w tym ciasnych murów pasie Dwa się potężne zmieściły królestwa,
Których dwa czoła dumne i zuchwałe Rozdziela tylko wązki morza rękaw. Wy brak zastąpcie myśli waszych siłą, Jednego męża podzielcie na tysiąc, I dajcie życie wojskom urojonym. Gdy wspomnę konie, patrzcie okiem myśli Na ich kopyta ziemię orające, Bo wasza tylko może wyobraźnia Królów tych ubrać, lotem ich przenosić, Szerokie lądy i czas przeskakiwać, Lat długich sprawy w godzinie pomieścić. Ja, Chór, przy chętnej woli waszej łasce Wypełnię wszystkie historyi tej przerwy. Teraz, jak Prolog, kończę moje słowo: Nie sądźcie sztuki naszej zbyt surowo.
SCENA I.
Londyn. Przedpokój w pałacu królewskim.
(Wchodzą: arcybiskup Canterbury i biskup Ely).
Czy wiesz, milordzie, że znowu bil wnoszą, Co w jedynastym roku panowania Zeszłego króla, Henryka czwartego, Byłby przyjęty w izbach parlamentu, Gdyby go czasów burzliwych wypadki Nie wymazały z myśli i pamięci? Ale jak opór możemy mu stawić? Trzeba pomyśleć. Jeśli bil ten przejdzie, Lepszą połowę naszych włości stracim, Bo nam zabierze wszystkie posiadłości, Które pobożni w upłynionych latach Na rzecz kościoła dali testamentem. Bil, naszym kosztem, dla króla honoru, Piętnastu hrabiów każe utrzymywać, Rycerzy tysiąc pięćset, sześć tysięcy I dwieście giermków dobrze uzbrojonych; Na utrzymanie starców i ubogich
Niezdolnych pracą własnych rąk się żywić, Sto nam szpitalów zaleca opatrzyć; A do królewskiej corocznie skarbony Wnieść funtów tysiąc: taka jest treść bilu. Toby nasz puhar do dna wychyliło. A razem z winem połknęło i puhar. Lecz jaka rada? Nasz król jest pobożny. I pełny względów dla matki Kościoła. Inaczej młodość jego nam wróżyła. Lecz ledwo ojciec jego ducha oddał, Razem i księcia umarła rozpusta. Bo od tej chwili, jak niebieski anioł, Do jego duszy zstąpiła roztropność, Zatarła ślady grzesznego Adama, Osobę jego na raj przemieniła, Niebieskich duchów szczęśliwą siedzibę. Nigdy się mędrcem nikt tak prędko nie stał; Nigdy poprawy potok szybszym prądem Młodości błędów w swej nie uniósł fali; Nigdy ze smoczą głową zatwardziałość Swojego tronu prędzej nie straciła, Jak w naszym królu. Błoga nam przemiana. Teologicznych rozpraw jego słuchaj, A zadziwiony w sercubyś twem pragnął, Żeby monarcha nasz prałatem został; Słuchaj, jak radzi o publicznej sprawie, Powiesz, że o niej tylko ciągle myślał; To znów, gdy wojnę za swój przedmiot weźmie, Wojenną wrzawę usłyszysz w muzyce; O polityce jak chcesz go zagadnij, On ci gordyjski węzeł jej rozwiąże Jak swą podwiązkę; gdy otworzy usta, Rozpustny wietrzyk swój lot zatrzymuje, A niemy podziw w ludzkich siada uszach, Aby łakomo słów jego pił miody. Praktyka tylko z doświadczeniem życia
Takiej nauczyć mogła go teoryi. Pytam zdziwiony, gdzie naukę czerpał, Gdy w bałamuctwie młode strwonił lata; W gronie prostaczem, niećwiczonem, płytkiem, Za bankietami i zabawą gonił; Nikt go nie widział, w samotnem ustroniu, Zdala od tłumów pospolitej rzeszy, Poświęconego książkom i nauce. Wonna poziomka pod pokrzywą rośnie; Najlepszy owoc dojrzewa najlepiej W sąsiedztwie roślin podlejszej natury; Tak i nasz książę swoje rozmyślania Przykrył zasłoną szalonej rozpusty, A rozum jego, jako trawa letnia, Rósł niewidomy śród nocy najrychlej, Wewnętrznej siły tajemną potęgą. Tak być musiało, bo dziś cudów niema; Musim w naturze tłómaczenia szukać Zjawisk natury. Lecz, dobry milordzie, Jakby złagodzić ten bil przez gmin izbę Forytowany? Czy król mu przychylny? Król zda się sprawie tej być obojętnym, Na naszą raczej przechylać się stronę, Niż przeciwników naszych plan popierać. Gdyż przedstawienia pewne poczyniłem Królewskiej mości co do konwokacyi Naszych duchownych i spraw dzisiaj ważnych, Którem obszernie skreślił, względem Francyi. Wnieść obiecałem do króla skarbony Subsydium większe niźli kiedykolwiek Poprzednim królom dało duchowieństwo. Jakże ofiarę zdawał się przyjmować? Bardzo łaskawie; lecz brakło mu czasu Z bacznością, jakiej znaki w nim widziałem, Słuchać jasnego praw jego wykładu Do księstw niektórych i do Francyi całej, Spadłych na niego po dziadku Edwardzie.
Jakie przeszkody wykład ten przerwały? O posłuchanie wówczas właśnie prosił Francuski poseł, a jak mi się zdaje, Już wyznaczona nadchodzi godzina. Czy biła czwarta? Przed chwilą. Więc idźmy Tego poselstwa dowiedzieć się treści, Choć ją, nim Francuz swe otworzy usta, Mógłbym z domysłu bez trudności orzec. Idźmy; ciekawy jestem posłuchania.
(Wychodzą).
SCENA II.
Londyn. Tronowa sala w zamku królewskim.
(Wchodzą: król Henryk, Gloucester, Bedford, Exeter, Warwick, Westmoreland, służba).
Gdzie jest dostojny milord Canterbury? Niema go tutaj. Poślij poń, mój stryju. Czy francuskiego posła mam wprowadzić? Jeszcze nie; nim mu damy posłuchanie, Pragniemy pewne trudności rozwiązać, Co nas kłopoczą względem nas a Francyi.
(Wchodzą: arcybiskup Canterbury i biskup Ely).
Niech Bóg i jego aniołów zastępy Twojego strzegą tronu, panie, długo Ozdobą tronu tego cię zostawią! Dzięki wam. — Teraz uczony milordzie Rzecz prowadź dalej; wyłóż nam sumiennie I sprawiedliwie, czy prawo Salickie W francuskich ziemiach obowiązujące, Mym wymaganiom szkodzi lub pomaga. Uchowaj Boże, drogi, wierny lordzie, Byś miał fałszować sąd twój, lub nakręcać, Albo sumienie twe obarczać grzechem
Na podrobionym fundując tytule Prawa, niezgodne z czystą, świętą prawdą. Bo Bóg wie jeden, ilu dzielnych mężów Krew swą przeleje w obronie zamiarów Dziś przez wielebność waszą mi natchniętych. Dobrze się namyśl, zanim nam poradzisz Miecz wojny zbudzić w pochwie naszej śpiący. W imię cię Boga zaklinam, bądź baczny! Bo nigdy dwa tak potężne królestwa Bez krwi potoków nie starły się w boju; Każda jej kropla niewinnie wylana, To jęk o pomstę do nieba krzyczący Na grzesznym sprawcy, który miecz zaostrzył, Śmierć śród znikomej siejący ludzkości. Mów teraz, lordzie, pod takiem zaklęciem, A ja cię słucham, bo w mem sercu wierzę, Że słowa twoje w twojem są sumieniu Jak grzech obmyte w świętego chrztu wodzie. Więc słuchaj, królu, słuchajcie panowie, Których poświęcić życie powinnością Na tronu służbę. Prawom twym do Francyi Ten jeden tylko zarzut jest zaporą, Który wywodzą z czasów Faramonda: „In terram Salicam mulieres ne succedant“, „Ziem nie dziedziczy Salickich niewiasta“. Francuzi błędnie tłómaczą, że Francya Salicką ziemią, że Faramond twórcą Prawa niewiasty usuwającego Od wszelkiej ziemi. Właśni ich pisarze Dowodzą jednak, że Salicka ziemia Pomiędzy Salą a Elbą jest w Niemczech. Tam Karol Wielki, pobiwszy Saksonów, Zostawił część swych Franków na osadę; Ci, przez pogardę dla germańskich niewiast, Wskutek nieskromnych u nich obyczajów, To utwierdzili prawo, że niewiasta Salickiej ziemi nie może dziedziczyć. Więc, jak mówiłem, ta Salicka ziemia
Pomiędzy Salą a Elbą leżąca Po dziś dzień w Niemczech Miśnią się nazywa. Stąd dowód jasny, że Salickie prawo Nie dla królestwa Franków napisane. Francuz Salickiej ziemi nie posiadał, Jak lat czterysta dwadzieścia i jeden Po śmierci tego króla Faramonda, Którego błędnie twórcą prawa mienią; Faramond bowiem umarł w czterechsetnym Dwudziestym szóstym roku odkupienia, A Karol Wielki podbił Saksończyków I swoich Franków nad Salą posadził Dopiero w roku osiemsetnym piątym. Prócz tego, świadczą pisarze francuscy, Że Pipin, który złożył Childeryka, Fundował prawa swoje do korony Jako potomek i dziedzic Blithildy, A córki króla Franków Klotaryusza I Hugo Capet, który tron przywłaszczył Z krzywdą Karola, księcia Lotaryngii, A jedynego po mieczu następcy Z rodu cesarza Karola Wielkiego, By swym tytułom prawne dać pozory, (Bo rzeczywiście czcze były i puste) Głosił się księżny Lingary dziedzicem, Której był ojcem Karloman, a dziadem Był cesarz Ludwik, a nakoniec Ludwik Był jednym z synów Karola Wielkiego. Z tych samych przyczyn, król Ludwik dziesiąty, Chociaż jedyny, chociaż prawy dziedzic Przywłaszczyciela Hugona Capeta, Póty z spokojnem nie nosił sumieniem Korony Franków, dopóki nie sprawdził, Że jego babka, piękna Izabella, Szła w prostej linii z księżny Irmengardy, Córki Karola, księcia Lotaryngii, Wzwyż wspomionego; ta przez swe małżeństwo Znów połączyła z francuską koroną
Ród niewygasły Karola Wielkiego. Jest więc rzecz jasna jako słońce w lecie, Że tytuł królów Pipina, Capeta, Uspokojone skrupuły Ludwika, Były na prawach kobiet fundowane, Jak wszystkich królów francuskich do dzisiaj, Którzy chcą teraz tem Salickiem prawem Waszej królewskiej mości praw zaprzeczyć Odziedziczonych w spadku po kobietach. Wolą w sprzecznościach bez końca się wikłać, Niż prawnie dowieść swych praw przywłaszczonych Na tobie, królu i na twoich przodkach. Mogęż praw moich bez grzechu dochodzić? Niech grzech ten, panie, na głowę mą spadnie! Bo napisane jest w księdze Numeri: Jeśli syn umrze, niech córka dziedziczy. O twoją własność upomnij się, królu, Krwawą chorągiew na wojsk rozwiń czele, Wywołaj pamięć przodków twych potężnych, Idź do grobowca twojego pradziada, Po którym spadło na ciebie dziedzictwo, Weź w pomoc duszę jego bohaterską, I duszę twego prastryja Edwarda, Czarnego księcia, co na Franków ziemi Roztrącił wszystkie zastępy Francuzów, Gdy rodzic jego potężny, z pagórka Patrzył z uśmiechem, jak lwię jego młode We krwi francuskiej szlachty się kąpało. Szlachetny rodzie angielski, coś gromił Twych sił połową całej Francyi dumę, Gdy druga stała śmiejąc się, bezczynnie, I obojętnie patrząc na bój krwawy! Wywołaj pamięć tych dzielnych umarłych, Czyny ich odnów dłonią twą potężną! Jako ich dziedzic siedzisz na ich tronie; Krew i odwaga, którą zasłynęli, W twych płynie żyłach; mój pan wszechpotężny Jest w swej młodości majowym poranku,
I do rycerskich przedsięwzięć dojrzały. Wszyscy królowie ziemi, bracia twoi, Dnia wyglądają, w którym się podniesiesz Jak lwy krwi twojej, twoi poprzednicy. Bo wiedzą, że masz prawo, środki, siłę; I masz je; żaden nie miał król angielski Bogatszej szlachty, wierniejszego ludu; Serca ich, tutaj zostawiwszy ciała, Tam na francuskich polach obozują. Drogi nasz królu, prowadź tam i ciało, By krew, miecz, ogień, dały ci, co twoje, By dobrą sprawę poprzeć, duchowieństwo Złoży w twe ręce, królu, taką sumę, Jakiej żadnemu z twoich poprzedników Nie dało jeszcze nigdy na raz jeden. Nie dość się zbroić na francuską wojnę, Musim i w domu zostawić załogę Naprzeciw Szkotom, którym się nadarza Nowych zagonów pomyślna sposobność. Ludność na kresach, królu mój i panie, Dość silnym murem dla naszej jest ziemi Przeciw rabusiom północnej granicy. Nie myślę tylko o samych opryszkach, Lecz się obawiam całej armii Szkotów, Naszych sąsiadów zawsze niebezpiecznych. Możecie czytać, że nigdy mój pradziad Nie ruszył z wojskiem na francuską ziemię, Żeby na jego bezbronne królestwo Szkot się nie wylał, jak przez grobli wyłom Morska się fala całym leje pędem, Po naszych łanach nie rozniósł pożogi, Nie groził naszym miastom oblężeniem. Anglia, z żołnierzy swych ogołocona, Drżała na złego sąsiada zbliżenie. Od krzywd zadanych większa była trwoga. Bo oto przykład z jej dziejów wyjęty: Gdy jej rycerstwo do Francyi ruszyło, Gdy owdowiała po wszystkiej swej szlachcie,
Nietylko mogła swe obronić łany, Lecz króla Szkotów wzięła w samołówkę, Jak dzikie zwierzę, do Francyi wysłała, Ażeby sławę Edwarda podwoić Królewskim jeńcem, a nasze kroniki Zbogacić skarbem, jako dno jest morskie Bogate w łupy rozbitych okrętów. Jest jednak stare prawdziwe przysłowie: Chcesz Francyę pobić? Łatwiejsza robota Zacząć od Szkota. Gdy orzeł Anglia za łupem się uniósł, Szkocka łasica do gniazda się skrada, Królewskie jaja wysysa bezpiecznie, Przykładem myszy, gdy się kot oddali, Pustoszy więcej niźli połknąć może. Stąd wniosek: w domu kot powinien zostać. Nie jest to przecie niezbędna konieczność, Boć mamy zamki na zamknięcie rzeczy, A piękne łapki na małych złodziei. Gdy zbrojne dłonie walczą zagranicą, Mądra się głowa sama w domu broni, Bo członki państwa, wielkie, średnie, małe, Jak instrumenta jednego koncertu, W jedną harmonię zlewają się razem. Dlatego niebo człowieka organom Porozdzielało różne powinności, A wszystkich praca w ruchu nieustannym Do wspólnej dąży mety — posłuszeństwa. Podobnem prawem natury i pszczoły Dają królestwom naukę porządku, Bo mają króla i różne urzędy: Te, niby sędzie, karbów strzegą w domu, Tamte, jak kupcy, za domem handlują, Inne, jak żołnierz, uzbrojone żądłem, Szukają skarbów w pączkach aksamitnych, Ciężkie zdobyczą, z wesołą muzyką, Do cesarskiego niosą łup namiotu, A cesarz, skrzętny w swoim majestacie,
Dogląda swoich brzęczących mularzy Złote sklepienia w ulu budujących, Poważnych mieszczan kształtujących miody, Biednych tragarzy, cisnących się tłumnie Do ciasnej bramy z kosztownym ładunkiem; Tymczasem sędzia, z surowem spojrzeniem, Z złowróżbym brzękiem, bladym każe katom Na śmierć prowadzić tłum leniwych trutni. Stąd ciągnę wniosek, że mnogie narzędzia, Wszystkie mierzące do jednego celu, Mogą odmienną dosięgnąć go drogą; Jak strzały, w różnych puszczone kierunkach, W punkt jeden biją; jak mnogie gościńce W jednem się spólnie mieście spotykają; Wszystkie promienie w jednym grzęzną środku; Tak sił tysiące, różnie działających, Jedyny mogą osięgnąć wypadek, Nie szkodząc sobie odmiennem działaniem. Więc, bez wahania, śpiesz do Francyi, królu, Na cztery hufce podziel szczęsną Anglię, Jeden z tych hufców weź z sobą do Francyi, Na jego widok cała Galia zadrży. Jeśli my w domu, z trzykroć większą siłą, Nie potrafimy psa od drzwi odgonić, To niech nas pożre, niech nasza ojczyzna Utraci sławę męstwa i mądrości. Wprowadźcie teraz poselstwo Delfina.
(Wychodzi dworzanin; Król zasiada na tronie).
Pewni naszego, przy Bożej pomocy I waszej, członki naszych sił szlachetne, Lub naszą Francyę zmusim do pokory, Lub nieposłuszną na proch roztrzaskamy; Lub tron zasiądziem potężnej monarchii I księstw jej równych potęgą królestwom, Lub kości nasze w podłej złożym urnie, Żadnym pomnikiem w grobie nieuczczone. Lub czyny nasze rozgłoszą kroniki, Lub nasz grobowiec, jak Turek niemowa.
Nie będzie w swoich ustach miał języka, Ani napisu nawet woskowego.
(Wchodzą Ambasadorowie francuscy).
Jesteśmy teraz gotowi wysłuchać Życzeń naszego kuzyna Delfina, Bo jak nam mówią, nie w króla imieniu Lecz w jego, wasze niesiecie poselstwo. Czy raczysz, królu, całą nam dać wolność Do wysłowienia danych nam poruczeń, Albo czy mamy z daleka napomknąć Delfina myśli i poselstwo nasze? Nie jestem tyran lecz król chrześcijański; Namiętność moja jest w mej woli więzach Jak w mych więzieniach zamknięci nędzarze. Więc mi bez żadnej objawcie ogródki Delfina myśli. Oto treść ich, panie: Twoje ostatnie do Francyi poselstwo, Prawem wielkiego twego poprzednika, Króla Edwarda trzeciego, żądało Zwrotu księstw pewnych; za całą odpowiedź Pan nasz polecił oświadczyć ci, królu, Że zbytnio jeszcze zdradzasz swą młodzieńczość; Więc przyjacielską daje ci przestrogę, Że w całej Francyi niema piędzi ziemi, Którąby można galiardą wyskakać. Trudno tam, panie, księstwami się raczyć. Jak stosowniejszy dar do twego smaku, Tę beczkę skarbów za księstwa ci daje, Którym uprasza, byś pokój dać raczył. Te są Delfina francuskiego słowa. Co to za skarby, stryju? Beczka piłek. Za krotofilny prezent Delfinowi, Jak wam, za wasze dziękuję poselstwo. Gdy do tych piłek przyrządzim rakiety, Zagramy w Francyi, przy Bożej pomocy, Grę zdolną berło z króla rąk wytrącić.
Takiego wyzwał do gry przeciwnika, Że piłki jego podskoki zatrwożą Francuską ziemię. Łatwo ja pojmuję, Że się młodości mej urąga szałom, Nieświadom, jakąm wyciągnął z nich korzyść. Nigdym biednego angielskiego tronu Nie cenił zbytnie, zdala też od niego Całym się oddał szalonej rozpuście, Boć zwykle ludziom najweselej wtedy, Gdy są za domem. Niechaj dziś wie Delfin, Że myślą moją: królem być na prawdę. Gdy na mym tronie francuskim zasiędę, Wszystkie wielkości mej rozwinę żagle. W tym celu na bok majestat złożyłem, Niby wyrobnik ciężko pracowałem; Ale tam, w takiej pokażę się chwale, Że Francya blasku mego nie wytrzyma, A na mój widok sam Delfin oślepnie. Krotofilnemu powiedzcie też księciu, Że ten żart piłki na kule przemienił, Że na swą duszę straszny włożył ciężar Mściwych spustoszeń, co z niemi polecą. Drwiny te wydrwią mężów wdów tysiącom, A matkom synów; mury zamków skruszą; Nieurodzone jeszcze pokolenia Przeklinać będą ten żarcik Delfina. Lecz wszystko będzie wedle Bożej woli, Ja też do Boga sądu apeluję. Powiedzcie w Boże imię Delfinowi, Że idę mścić się wedle sił mych miary, I podnieść rękę w praw moich obronie. Idźcie w pokoju; to jeszcze dodajcie, Że żart ten znakiem płytkiego dowcipu, Który łez więcej niż śmiechu wywołał. — Dać im bezpieczny konwój. Bądźcie zdrowi!
(Wychodzą posłowie).
Poselstwo było wesołe. Ten co je posłał, zrumieni się za nie.
A więc, panowie, nie traćmy godziny, Lecz do wyprawy gotujmy się naszej; Bo Bóg jest teraz pierwszą moją myślą, A Francya drugą. Zbierajmy więc siły, Nic nie pomińmy, coby mogło dodać Skrzydłom zamiarów naszych więcej pierza, A da Bóg, wkrótce wybije godzina, U ojca jego drzwi skarcę Delfina; Niechże dziś każdy, co mą krzywdę czuje, Do tego celu myśli swe skieruje.
(Wychodzą).
AKT DRUGI.
(Wchodzi Chór).
Wszystka angielska młodzież w ogniu teraz, W skrzyniach zamknięte jedwabne rozkosze; To czas płatnerzy; w piersiach wszystkich mężów Jedyną panią myśl teraz honoru; Przedają łany, by kupić rumaka. Idąc śladami wszech królów zwierciadła, Każdy ma Anglik skrzydła jak Merkury; Nadzieja bowiem nad głową nam leci, Miecz jej owity, od szpicy do gardy, Wiankiem królewskich koron, mitr książęcych Przyobiecanej nagrody królowi I jego mężom. Francuz uprzedzony O wszystkich groźnej wyprawy przyborach, Drży cały w strachu, bladą polityką Chciałby odwrócić angielskie zamachy. Anglio, wewnętrznej wielkości twej wzorze, Jak drobne ciało z wielką w piersiach duszą, Co na honoru głos mogłabyś spełnić, Gdybyś wyrodnych nie spłodziła dzieci!
Ale patrz, Francya w twem znalazła łonie Gniazdo serc pustych, które zdrady złotem Napełnia skrzętnie; trzech ludzi zepsutych, Pierwszy z nich Ryszard hrabia Cambridge, drugi Lord Scroop of Masham, sir Thomas Grey trzeci Z Northumberlandu, za francuskie złoto Zawarli układ z przelękłym Francuzem, Że z rąk ich król nasz (jeżeli potrafią Zdrada i piekło obietnic dotrzymać) Zginie w Southampton, nim na okręt wsiądzie. Bądźcie cierpliwi, a czas i odległość W śpiesznym pochodzie sztuka nasza skróci. Już odebrali złoto, dali słowo, Król już opuścił stolicę, a scenę Musimy teraz do Southampton przenieść, I tam, słuchacze, zasiądziecie ławy. Stamtąd bezpiecznie popłyniecie z nami Do brzegów Francyi, i z nami wrócicie. By wam spokojną zapewnić żeglugę, Zaczarujemy ciasne mórz rękawy, Zrobim, co można, by nikt z naszych gości Morskiej choroby nie uczuł tu mdłości; Lecz was w Southampton nie wprzód powitamy, Aż król stolicy swej opuści bramy.
SCENA I.
Eastcheap.
(Wchodzą: Nym i Bardolf).
Kapralu Nym, szczęśliwe spotkanie. Dzień dobry, poruczniku Bardolfie. No, jakże? Czy chorąży Pistol zawsze twoim przyjacielem? Co do mnie, nie dbam o to. Niewiele ja mówię, ale jak się nadarzy pora, to pogadamy. Ale będzie, co będzie. Nie śmiem bić się, ale przymrużę oczy, a nadstawię moje żelazo; zwyczajna to klinga, ale cóż z tego? Dość jeszcze dobra, żeby upiec na niej sera, a wytrzyma zimno tak dobrze, jak szabla innego żołnierza, i na tem koniec. Zapłacę wam śniadanie, żeby was pogodzić, i jak trzej ślubni bracia popłyniemy do Francyi. Zgódź się na to, dobry kapralu Nymie. Na uczciwość, będę żył, jak będę mógł długo, o tem niema wątpliwości, a jak nie będę mógł żyć dłużej, zrobię, co będzie można; to moje ostatnie słowo i kwita. Rzecz to pewna, kapralu, że wziął za żonę Elżbietkę Żwawińską; a i to pewna, że cię dziewka pokrzywdziła, boć byliście zaręczeni. Nie wiem, co powiedzieć; rzeczy być muszą, jak mogą; ludzie mogą też spać, a spiąc mieć gardła przy sobie; ale, jak to powiadają, noże mają ostrza. Być musi, jak być może; choć cierpliwość zmęczoną jest szkapą, jeszcze pokłusuje. Musi się to jednak skończyć, tylko jak, nie mogę powiedzieć.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Król Henryk V.
