I
„Na modrych głębiach jasnéj morskiéj wody, Jak ona z wiatrem, buja duch swobody; Jak burza nad nią, grzmi nasza potęga. Gdzie wiatr, gdzie fala, gdzie miecz nasz dosięga, Tam dom nasz, państwo, łup naszéj odwagi! Mórz i flot berłem jest maszt naszéj flagi. „Nam w dzikiem życiu czuć wciąż, niespodzianie, W każdym dniu nowość, rozkosz w każdéj zmianie! O! i któż pojmie? — nie ty, zniewieściały! Cobyś mdlał patrząc na wzburzone wały, Nie ty, pieszczochu! co wiek w zbytkach trawisz, Śpiąc nie spoczywasz, bawiąc się nie bawisz; O! i któż pojmie? — prócz tych samych, którzy Pląsali z falą rozigranéj burzy: Tę pełność życia, ten war krwi, co pali Serce żeglarza na bezdrożnéj fali; Tę żądzę bojów, tę pewność zwycięstwa, Ten szał, tę rozkosz śród niebezpieczeństwa?... Gdzie trwożni rozpacz — my tryumf znajdujem; Gdzie słabi mdleją — my żyjem i czujem:
Czujem, jak w piersiach krzepi się i wzmaga Duch i nadzieja, siła i odwaga!... „Nie strach nam śmierci — byle wprzód lub razem, Wróg u stóp naszych skonał pod żelazem: Byle wprzód z życia rozkosz wyssać w życiu! Gdy ginąć — cóż stąd, w bitwach czy w rozbiciu? Niech bojaźliwy zakochaniec świata Woli w niemocy długie jęczeć lata, I w puch przed śmiercią kryje się, nim skona! Nam łożem piasek lub trawa zielona. Gdy strach zeń duszę dzień po dniu wywleka: Nam cios, strzał jeden — duch wolny ucieka! „Jemu niech dziedzic pyszną złoci trumnę, Radzi, że umarł, niech stawią kolumnę; Po nas łzy płyną — krótko, ale szczerze, Gdy nas w swe głębie ocean zabierze. Nam ku czci nawet w biesiadniczém kole Puhar pamięci zaiskrzy na stole; Nagrobkiem dla nas zabrzmi chwała męstwa, Gdy pozostali dzieląc łup zwycięstwa, Wspomną poległych, i rzekną ze łzami: Szkoda, że mężni nie dzielą go z nami!“
II
Taka pieśń brzmiała na wyspie korsarzy, Wkrąg przy ogniskach ponadbrzeżnéj straży, I bijąc echem o chropawe głazy, Jak one twardy był ton i wyrazy. Leżąc na piasku rozrzuconą zgrają, Ci ostrzą bronie, ci piją lub grają, Próbują strzelby, handlują łupami; Nie patrząc nawet na krew, co je plami. Brzmią szczęki siekier ciosających łodzie: Ów marząc patrzy po dalekiéj wodzie, Ów czyha, rychło ptak mu w sidła wleci. Mokre na słońcu rozwieszają sieci: A każdy coraz pogląda ku morzu, Czy gdzie nie dojrzéć żagla na przestworzu, Lub wspominając ostatnią wygraną, Radzą, skąd znowu świeży łup dostaną.
Skąd? wódz niech myśli! — im tylko przystało Ufać, iść za nim, i uderzać śmiało. Któż jest tym wodzem? Od brzega do brzega Imię się jego jak piorun rozlega, To dość — o resztę nie troszczy się rzesza. W bitwach on tylko z ich tłumem się miesza; Zresztą sam zawsze; — krótkie jego słowa, Lecz wnet, co wyrzekł, dłoń spełnić gotowa. Nie lubi gwaru; nigdy z niemi społem Nie zasiadł wesół za biesiady stołem, Śmiech ni żart nigdy ust mu nie umili: Lecz mężny — męstwu hardość wybaczyli. Próżno go koléj pełnego kielicha Wabi w przechodzie: on z wzgardą odpycha; A jego uczta! — najlichsi z czeladzi Wzajem by z wzgardą odepchnąć ją radzi. Jadło — chleb suchy; napój — czysta woda. Zbytkiem nie częstym — owoc lub jagoda, A i tych nawet ze wstrętem dotyka, Jakby związany ślubem pokutnika. Ale im żądze zmysłów trzyma srożéj. Rośnie w nim dusza, i siła się mnoży. „Płyń tam!“ — wnet płyną; — „rób to!“ — wnet zaczęto; „Za mną, i naprzód!“ — poszli, i łup wzięto. Tak skory rozkaz, skorsza jego ręka: Każdy drżąc słucha, lecz pytać się lęka. Szyderczy uśmiech, wzrok i twarz surowa, Karcą zuchwalca za niewczesne słowa.
III
„Patrz! żagiel, żagiel! — Nastawcie lunety! — „Skąd? — czyja flaga? — czy zdobycz?“ — niestety! Nie zdobycz — jednak cieszą się weseli: Z masztu czerwoną chorągiew ujrzeli. „Nasza łódź, nasza! powraca z wyprawy! Dmij w pełne żagle, dmij, wietrze łaskawy! Nim słońce zajdzie, zawinie do brzegu. — „Patrz, patrz, jak lekka! zda się pląsa w biegu. Jak wzdyma skrzydła! — jak buja wspaniale! Z szumem przed sobą prze kipiące fale.
Weszła w zatokę — patrz! idzie jak żywa. Zda się żywioły do walki wyzywa! Możeż się lękać burz, bitew, lub trudu, Pan takiéj łodzi, wódz takiego ludu?“
IV
Skrzypią powrozy, krzyczą robotnicy, Opadły żagle — łódź drga na kotwicy. Spuszczają czółno: — w podwójnym szeregu Siedli wioślarze i pędzą do brzegu. Wkoło na piasku tłum zebrany czeka, Poznaje, woła, i wita zdaleka. O! słodkie głosu przyjaznego dźwięki! O! słodki uścisk przyjacielskiéj ręki! Gdy wita w porcie żeglarza z wyprawy, Gdy na bezpieczny brzeg wiedzie go z nawy; Słodkie łzy, uśmiech, słodkie zapytania, Gdy pocałunek odpowiedzi wzbrania!...
V
Wieść się rozbiegła, tłum rośnie z pośpiechem, Gwar, ciżba, wrzawa, przerywana śmiechem, I głosy kobiet znać w cichszéj rozmowie: Imię kochanka, męża, w każdem słowie. „Czy zdrów? czy żyje? czy na brzeg wysiądzie? Czy dziś, czy jutro zabawi na lądzie? Gdzie był? co robił? czy bił się walecznie? Mniejsza, co zyskał? gdy wrócił bezpiecznie; Lecz czy nie ranny? dlaczego nie z wami? Czyż on nie wiedział, że czekam ze łzami?“
VI
— „Gdzie jest wódz? — ważne przywozim nowiny. Śpieszmy! czas nagli, drogie są godziny. — Dzięki wam, bracia, żeście braciom radzi! Lecz niech nas Żuan do wodza prowadzi. Wrócim za chwilę — zostańcie tu blizcy, Wnet, co kto zechce, dowiecie się wszyscy“. — I poszli, kędy na najwyższéj górze Zamek ich wodza wzbija się nad morze,
Śród bujnych krzewów i kwiatów pachnących, Gdzie tysiąc zdrojów, świeżością dyszących, Srebrzy się szemrząc po złomach granitu. Poszli pod górę — dochodzą do szczytu. Któż to nad brzegiem przepaścistéj skały, Wsparty na mieczu, spogląda na wały? — To on! wódz! Konrad! — sam, jak zwykle — myśli. „Idź naprzód, Żuan! powiedz, żeśmy przyszli. Okręt nasz widzi; — powiedz, że go prosim O posłuchanie, ważną wieść przynosim. Idź! my nie śmiemy; wiesz, jak się wnet zżyma, Gdy mu kto nagle stanie przed oczyma.
VII
Przystąpił Żuan — Konrad spojrzał srogo, Wysłuchał, skinął, że się zbliżyć mogą. Przyszli — ukłonem witają zdaleka. Powitał wzajem — na słowa ich czeka. „Wodzu! przynosim list od Greka szpiega, Co nas o łupach i wrogach ostrzega. Ważność tych wieści sam wódz niech oceni. My téż...“ — „Już dosyć!“ — Zmilkli zawstydzeni. Wziął list — ciekawi poglądają z boku, Wrażenia wieści dojrzéć w jego oku. Zgadł myśl — czytając twarz zwrócił na stronę, Może, by ukryć uczucia wzburzone. Skończył — na świstku coś pisze. — „Żuanie! Gdzie jest Gonzalwo?“ — W łodzi. — „Niech zostanie! Nieś mu ten rozkaz! — Wy nie stójcie dłużéj, Każdy na miejsce, gotów do podróży! Na waszéj nawie sam z wami dziś płynę“, — — „Dziś, wodzu? w nocy?“ — „Dziś w dzień, za godzinę. Wiatr będziem mieli. — Minuty nie zwlekać! Wziąć mój płaszcz, pancerz — u portu mię czekać! „Ty weź mą trąbkę i strzelbę opatrzyj! Zamek źle spuszcza — oczyść go i natrzyj! Wezwać płatnerza! niech mój miecz bojowy Natoczy ostro i da mu bart nowy. Rękojeść zwłaszcza niech szerzéj rozkuje: Ta broń mię gorzéj niż bitwa morduje.
Śpieszcie! na hasło, że czas już odpłynąć, Dać ognia z działa i żagle rozwinąć!
VIII
Kazał — posłuszni odeszli w pokorze. Nie w smak im znowu puszczać się na morze, Gotowi jednak: — Konrad sam prowadzi. Dokąd? — któż pyta, gdy on co uradzi? — Dziwny ten człowiek dumy i milczenia, Którego nigdy śmiechu ni westchnienia Nikt z nich nie słyszał; którego zdaleka Sam widok, twarz ich bladością powleka: Rządzi ich duszą, z tą sztuką władania, Co zmusza, mami, lecz sądzić zabrania. Cóż jest ten urok, że mu nikt z korsarzy, Choć szemrze, zajrzy, oprzeć się nie waży? Co w nich dlań wzbudza tę cześć, posłuszeństwo? Potęga myśli, duszy czarnoksięstwo! One go wzniosły, gdy i los mu sprzyja. Tém on ich wolę pod rząd swój podbija. Walczy ich ręką, sam jak mistrz sprężyny: Gmin dziełem jego własne mniema czyny. Jest, było, będzie — to bieg świata tego, Wielu pracować musi dla jednego. Lecz niech nieszczęśnik, co w trudach umiera, Nie zajrzy temu, co owoc z nich zbiera! Niechby znał ciężar, co wielkość nań zwala — O! jakże lżejsza niższych cierpień szala!
IX
Nie na wzór świata dawnego mocarzy, Szatanów w czynach, lecz bogów na twarzy, Konrad nic w sobie nie ma nad człowieka. Blask czarnych oczu ćmi smutna powieka. Twarz ogorzała, skroń wzniosła i blada, Włos kruczy bujno pierścieniami spada, Krzepki w ramionach, lecz kształt nie olbrzymi, Ani się wzrostem wyniósł nad innymi.
We wszystkiém jednak biegły wzrok badacza Znajdzie coś, co go od gminu odznacza. Patrząc nań, wszyscy dziwią się i śledzą, Że tak jest, czują; lecz czemu? nie wiedzą. Nieraz z brwi , z drżenia ust, lub z czoła, Znać dumę, któréj poskromić nie zdoła. Głos jego wdzięczny, serce jednak ziębi: Więcéj niż mówi, znać, że tai w głębi. Szybka gra rysów nagle się mieniących, Wabi ciekawość, lecz miesza patrzących, Jakby w tym duszy posępnym pomroku Kryły się czucia zbyt straszne dla wzroku. — Tak o nim sądzą — prawdy nieświadomi. Wzrok jego śmiałość dostrzegacza gromi, A i któż wzajem oka mu dotrzyma, Gdy nań raz w pełni zaiskrzy oczyma? Umie on sztukę — gdy ciekawość skryta Mniema, że z twarzy myśl jego wyczyta — Umie on sztukę, że wnet zamiar zgadnie, I sam w ciekawca duszy brodzi na dnie, Aż zadrżéć musi, by go wzrok Konrada Nie przejrzał całkiem, niż on coś w nim zbada. W szyderczym jego, chociaż głośnym śmiechu, Jakby sam szatan śmiał się w jego echu, Jest coś, co w sercu słyszących go ludzi I gniew, i trwogę, i nienawiść budzi. Wzrok jego gniewny zabija Nadzieję, Przed groźbą jego, Miłosierdzie mdleje.
X
Wstręt ma iść na jaw złéj myśli katusza, Wewnątrz to, wewnątrz — tam pracuje dusza! Miłość jest szczera, śmieje się, czy wzdycha: Ale nienawiść, lecz zbrodnia, lecz pycha, Drgnieniem ust chyba, uśmiechem goryczy, Zdradzą ci przepaść głębi tajemniczéj. Z gry chyba rysów, z mieniącéj się twarzy, Poznasz namiętność, gdy się w piersiach żarzy. Lecz kto chcesz dojrzéć jéj pełnię lub zmiany, Wtenczas patrz chyba, gdyś sam nie widziany! —
Patrz! gdy wódz w nocy, z rozognionem czołem, Załamał ręce, szybkiém chodzi kołem, I nagle stanie, i zadrży — czy w ciszy Śledzącéj zdrady kroków nie dosłyszy? — Patrz, jak się dziko groźna brew nachmurza, Gdy każdym nerwem wnętrzna miota burza. Patrz w jego wzroku na szaleństwo ducha! Iskrzy, mgli, krzepnie, i znów ogniem bucha Patrz — jeśli zniesiesz widok téj katuszy, Jaki los jego! jaki pokój duszy! Jak cel zawiści gminu, śród ukrycia Pożywa owoc występnego życia! Patrz! tam go poznasz; — lecz któż tak z badaczy Przejrzy człowieka? — kto ducha obaczy?
XI
Lecz nie natura stworzyła w Konradzie Srogiego wodza zbójeckiéj gromadzie. Zmienił on duszę, wprzód nim czyny swemi Wyparł się nieba, wojnę wydał ziemi. Z młodu pan siebie, więzów świata jeniec, Mędrzec w swych słowach, lecz w czynach szaleniec, By drżéć, zbyt mocny; by uledz, zbyt hardy; Za chęć być dobrym — cel szyderstw lub wzgardy: Zamiast nawzajem wzgardzić zgrają podlą, On przeklął cnotę, jak swych cierpień źródło Z urągowiskiem wbrew stając obłudzie, Choć znał, zapomniał, że są lepsi ludzie, Dla których lepiéj darów swych używszy, Znalazłby szczęście, i stał się cnotliwszy. Lżony, gardzony, bez zgryzot nawzajem Serce swe z ludzkim rozbratał rodzajem, I obrał sobie, za swój cel na ziemi — Za winy kilku, mścić się nad wszystkiemi. Czuł się występnym — lecz dumny, rozumiał, Że nikt nie lepszy, choć nim zdać się umiał, I gardził dobrym, jak tym, co w obawie Czyni to skrycie, co mężny na jawie. Nienawidzony, wiedział, że u ludzi Nienawiść jego strach i zgrozę budzi:
Przestawał na tém; — zimny, dziki, hardy, Nie dbał o miłość, gdy nie bał się wzgardy. Stronić, drżéć przed nim, potępiać go, skarżyć, Kląć, może każdy — lecz nikt lekceważyć! Depcą robaka — lecz któż bez bojaźni, Kto nie pomyśli, nim węża rozdrażni? Robak się zwinie, i nie mszcząc się kryje, Wąż zginie, ale i wroga zabije. Sam się nań rzuci — łamie się, pasuje, Choć nie pokona, krew jadem zatruje.
XII
Nikt nie zły całkiem: — i w duszy Konrada Jedno tajemnie słodsze czucie włada. Szydzi on z drugich, że ich wikła w sieci Namiętność godna szaleńców lub dzieci; Sam, próżno rozum przeciw niéj wytęża — W nim nawet miłość wolę przezwycięża. Tak! jest to miłość — wzajemna — płomienna. Jedyna dotąd i niczém niezmienna! — Tłum się mu branek na oczy nawija; On ich ni stroni, ni szuka — lecz mija. Nie jednę piękność w mocy swojéj trzyma, Żadnéj słodszemi nie uczcił oczyma. Tak, jest to miłość! — jeżeli myśl tkliwa, Stateczna w próbach, w każdéj chwili żywa, Któréj samotność, świat, szyderstwo ludzi, Ani, co większa, sam czas nie ostudzi; Któréj ni zmienne fortuny igrzysko Nie zaćmi smutkiem — póki Ona blizko; Która w boleści, w gniewie, ni w niedoli, Cierpkiego na Nią słowa nie dozwoli, I bez pociechy woli znieść katusze, Niż ich podziałem zasmucić Jéj duszę; Jeśli myśl taka, niezmienna, nie płocha, Jest tém, co zowią kochaniem — on kocha! Występca, zbrodzień, z każdéj cnoty zboczył, Przeciw téj jednéj w niczém nie wykroczył; Ona, gdy wszystkie zgasły po kolei, Świeci mu jeszcze, jak gwiazda nadziei.
XIII
Zaczekał nieco — brew marszczy ponuro, Aż śpiesząc z braćmi Żuan znikł za górą. „Straszna wieść! — tylem niebezpieczeństw przebył, Cóż jest, żem nigdy jak dziś smutny nie był? Źle wróży serce, ale się nie boi, Ni mnie tak ujrzą towarzysze moi. — „Idziem śmierć spotkać: — lecz gdybym tu zwlekał, Pewniejbym śmierci i hańby doczekał. Dziś, gdy plan pójdzie, los wzmoże w potrzebie, Przybędzie płaczu na naszym pogrzebie! — „O! niech spokojnie, niech śpią rozmarzeni, Przyśpieszę dla nich świt takich promieni — Wiej tylko, wietrze! — tak jasnych i ciepłych, Że aż krew zawre w ich sercach zakrzepłych! „Czas do Medory! — Milcz, milcz, serce moje! Nie mogąc siebie, czyż ją uspokoję? Jednak ja-m śmiały! — Lecz tu wszyscy śmieli, Gad, gdy się broni, równą śmiałość dzieli. Zwierząt, nie ludzi godna jest odwaga, Gdy ją strach śmierci lub chęć łupu wzmaga. Gardzę jéj chwałą! — Cel godny méj dumy Był, uczyć garstkę, jak zwyciężać tłumy. Wódz ich, nie dałem krwi ich marnie płynąć. — „Lecz dziś! — dziś trzeba zwyciężyć lub zginąć. — Ha! to los wojny! — i nie to mnie smuci. — Lecz wieść tam wszystkich, skąd żaden nie wróci, Albo tu drzemiąc dać się ująć w pęta?... „Czyż pamięć wodza nie będzie przeklęta, Co przywiódł na to: że, aby się zbawić, Na jedne kartę trzeba wszystko stawić?... — Losie méj, losie! czuję dłoń twą groźną; Zbaw, jeśli możesz — jeszcze nie za późno!“ —
XIV
Tak dumał w sobie, aż idąc ponury Doszedł do wieży na wierzchołku góry.
Wstrzymał się u drzwi: — głos się ozwał w ciszy, Głos, co choć często, zawsze on rad słyszy; I taką piosnkę posępnéj czułości Nucił z za kraty jego „Ptak piękności“.
„Żyje w méj duszy myśl-tajemnica, Drży mi na ustach, gore w spojrzeniu, Gdy obok ciebie patrzę w twe lica, I znów się w dawném kryje milczeniu.
Jak lampa w grobie, skryta przed okiem, Myśl ta w mém sercu błyska i tleje. Smutek jéj blasku nie ćmi swym mrokiem, Choć sam jéj blaskiem nie rozjaśnieje.
Przyjdź, gdy ja umrę, do méj mogiły, Pomódl się za mnie, łzę wyléj po mnie! Téj tylko myśli znieść nie mam siły, Że ty, mój luby, zapomnisz o mnie!
Nie wstyd jest płakać zeszłych ze świata. Raz pierwszy proszę — łzy i wspomnienia. Będzie to pierwsza, jedna zapłata, Mojéj miłości, mego cierpienia!“
Porwał się Konrad, pchnął drzwi, i z pośpiechem Wszedł — struny arfy brzmiały jeszcze echem. Smutna, Medoro, jest twoja ballada!“ — — „Chciałabyś wesołéj, gdy niéma Konrada? — Gdy ciebie niéma, a żal miota duszą, Tęskne się myśli w pieśniach zdradzić muszą. Każdy ton — serca uczucia wydaje; Lecz choć pieśń milczy, boleść nie ustaje. „Ach! ileż nocy, na bezsenném łożu, Marzę jak we śnie, o skałach, o morzu! Zmierzcha — ja myślę, że niebo się chmurzy; Wiatr ledwo szemrze — mnie słychać szum burzy. Cóż, gdy posępném odezwie się wyciem? Zda się, że jęczy nad twojem rozbiciem! —
Zrywam się, patrzę, czy stróże niekarni Nie dali zgasnąć portowéj latarni, I o pogodę gwiazd pytam oczyma. „Nastał poranek — ciebie jeszcze niéma!... Jak wtedy zimno na me serce wiało, Jak przez łzy słońce mgliste się zdawało! — Patrzę i patrzę dzień cały — daremnie. Konrad gdzieś jeszcze daleko odemnie! — Wreszcie — postrzegam maszt, okręt — tu płynął, Witam go, czekam; — zbliżył się — i minął. Znów drugi! — twój był. — Powróciłeś z boju. „O! mój Konradzie! mam-że w niepokoju Zawsze tak czekać? — nigdyż serca twego Nie ujmie powab szczęścia spokojnego? — Masz dosyć skarbów — ach! więcéj, niż trzeba; Znajdziem kraj milszy, pogodniejsze nieba, Pójdźmy! — O siebie wiesz, że się nie boję. Lecz twoje szczęście — lecz ach! życie twoje!... Dziwne twe serce! gdy dla mnie tak tkliwe, Tak razem srogie dla drugich, tak mściwe!...“ — — „Tak, moja luba! dziwne jest to serce. Zwiedli je zdrajcy, zelżyli oszczerce, Jak płaz zdeptane, lecz mści się jak żmija: Ludzie w nie wleli jad, co ich zabija! —
„Bez żadnéj znikąd pociechy, prócz ciebie, Bez celu w życiu, bez nadziei w niebie, W duszy się mojéj tak wiąże i splata Miłość dla ciebie z nienawiścią świata, Że gdy się jedna, wnet druga ostudzi: Przestałbym ciebie, gdybym kochał ludzi!
„O to się nie bój! — przeszłość moja cała Ręczy, że przyszłość nie będzie się chwiała. Lecz uzbrój serce! — raz jeszcze, Medoro! Dziś — muszę jechać ale wrócę skoro“. — — „Jechać! dziś jeszcze? — ach! jam to przeczuła!... Tak znikły wszystkie sny, com sobie snuła, Sny moje złote!... — Lecz dziś? — być nie może! Łódź ledwo przyszła, maż znów iść na morze? Nie czekać drugiéj?... Znużeni jéj ludzie Muszą choć chwilę odpocząć po trudzie!... Nie! ty, mój luby, chcesz przez to udanie Poznać, nauczyć, jak mam znieść rozstanie.
Igrasz z mém sercem! — ono ci wybaczy, Lecz z takich żartów blizko do rozpaczy! —
„Milcz, milcz, Konradzie! — nie jedziesz dziś — wierzę. Pójdź dzielić ze mną twą skromną wieczerzę! Nikt prócz mnie nie śmiał tknąć jéj, ni zastawić. Lekki trud wprawdzie ucztę ci przyprawić! Owoc ten rwałam z najwyższego drzewa, Im bliższy słońca, tém prędzéj dojrzewa. Trzy razy górę obiegłam, nim w cieniu Najświeższą wodę znalazłam w strumieniu. Pójdź! niech cię sorbet orzeźwi po skwarze: Patrz, jak się iskrzy w kryształowéj czarze! Wina ty nigdy skosztować nie raczysz, Drżysz jak muzułman, gdy puhar obaczysz. Nie sądź, że ganię — o! nie! — to mnie cieszy, Że i w tém nawet różnisz się od rzeszy.
„Lecz pójdź! stół gotów; ja okna zasłonie. Srebrna ta lampa, patrz, jak jasno płonie! Wezwę mych dziewic — niech zaczną wokoło Lub raźny taniec, lub piosnkę wesołą! — Lubisz mą arfę — czy chcesz? — wnet nastroję. Lub jeśli wolisz, będziemy oboje Czytać z Arjosta Olimpii żale, Gdy zdrajca śpiącą zostawił na skale. Po tobie jednak mnie byłoby smutniéj! Gdybyś dziś jechał, zrobiłbyś okrutniéj, Okrutniéj nawet niż Tezeusz zdradny! „Wiem, ty się śmiejesz, gdy ci Aryadny Wyspę niekiedy wskazuję z wysoka, A mnie myśl smutna łzy pędzi do oka: Gdyby mnie kiedy Konrad tak porzucił? Aleś ty lepszy! tyś do mnie powrócił!“ — — „Wróciłem, luba, i powrócę znowu, Zawierz miłości i Konrada słowu. Wrócę, i rychło; — lecz teraz już chyża Chwila rozstania na skrzydłach się zbliża. Gdzie? po co jadę? — szkoda chwil na słowa, Gdy je ma skończyć najgorsze: bądź zdrowa! Odkryłbym jednak, lecz już czas zbyt drogi, Nie bój się! wcale nie straszne są wrogi. Tu ci zostaje straż silna, podwójna, Będziesz bezpieczna — o mnie bądź spokojna!
Nie baw samotna, gdym ja oddalony. Jadących ze mną poruczam ci żony. W tém miéj pociechę, że po tém zwycięstwie, Nagrodę trudów znajdziem w bezpieczeństwie. — „Słyszysz! dźwięk trąbki? — ha! łódź już gotowa Jeden wzrok, uścisk! — raz jeszcze! — bądź zdrowa!“
Łkając na szyi zawisła rękami, Drżące w nim serce czuje pod ustami. On nie śmiał podnieść, nie śmiał znieść widoku Bladości w twarzy i rozpaczy w oku. W całéj dzikości bezładnego wdzięku, Włos jéj po jego rozesłał się ręku; Stłumiony oddech i mdłe serca bicie Świadczą w niéj tylko cierpienie i życie... Zagrzmiał huk działa — odjazdu godzina! Słońce zachodzi — on słońce przeklina. Strzał drugi, trzeci; — ścisnął z uniesieniem Niemą od żalu, proszącą milczeniem, I drżącym krokiem zaniósł ją na łoże. Spojrzał z rozpaczą — raz ostatni może! Dreszcz przebiegł serce: — uczuł, że dla niego Prócz niéj na świecie nic niéma miłego. Dotknął ust, zimne; — spotkał wzrok, wpół zgasły. Zwrócił się nagle — drzwi z łoskotem trzasły.
XV
„Co? już go niema?“ — straszliwe pytanie, Gdy kto tak nagle samotnym zostanie! Myśl nie śmie wierzyć, że oczy nie mylą — Przed chwilą jeszcze tu stał — był przed chwilą — Gdzież jest? — Wybiegła obłąkanym krokiem, Aż łzy jéj wreście lunęły potokiem, Bujne, gorące; — myślą za nim woła: „Bądź zdrów!“ — wymówić nie śmie i nie zdoła. Ach! bo w tém słowie — choć się chcą uśmiechać Wiara, Nadzieja — Rozpacz tylko słychać. W bladych jéj rysach, jak w twarzy z kamienia Tchnie dziki wyraz wiecznego cierpienia;
Oczy jéj modre, szkliste, bez promieni, Jak gwiazdy we mgle błądzą po przestrzeni. I ach! dostrzegły — to on! — już daleki!... Wtedy raz jeszcze z pod łzawéj powieki Błysły, jak słońce z za deszczowéj chmury. Próżno! nie spojrzał, znikł w zaroślach góry. „Poszedł!“ — Jak posąg blada, nieruchoma, Łkające piersi przyciska rękoma. Spojrzała jeszcze — port przed jéj oczyma: Bielą się żagle i morze się wzdyma. Nie patrzy więcéj — w drzwiach błysła jéj postać — „Prawda więc! — jedzie! — saméj kazał zostać!“
XVI
Szybko wprost z góry, na głaz skacząc z głazu, Biegł Konrad — nazad nie spojrzał ni razu. Lecz drżał ilekroć ścieżka przed nim boczy, By na zakręcie nie wpadła mu w oczy Samotna jego, lecz miła mu wieża. Zawsze go pierwsza witała z nadbrzeża, Jak on ją z morza! — i ona w niéj, ona! Burzliwéj duszy gwiazda niezamglona! — Jeden wzrok jeszcze — a moc w nim rozbroi. Nie śmie go ujrzéć; pomyśleć się boi, Że mógłby zostać; — chciałby — któż mu broni? — Zostać? — by zginąć od katowskiéj dłoni? Nie, nie! — Raz jednak, chciał stanąć, chciał wrócić, Na los zdać wszystko, zamiar na wiatr rzucić. Nie! — myśl niegodna! — nie! — prawego męża Płacz niewiast miękczy, ale nie zwycięża.
Ujrzał swą nawę — zważa wiatr przychylny, Zwrócił myśl ku nim — i znów w sobie silny, Znów chyżéj naprzód; — i gdy z brzegu słyszy Wesołą wrzawę mężnych towarzyszy, I łoskot fali, co pod wiatrem rosła, I hasła majtków, i szybki szum wiosła: Gdy widzi okręt — maszt niebu urąga, Rozskrzydlił żagle, kotwicę wyciąga: —
Gdy widzi czółna, w których ludzie zbrojni Płyną na okręt — jak wszyscy spokojni! Choć jak śnieg biało i gęściéj od śniegu Chustki żon ku nim powiewają z brzegu; Gdy widzi zwłaszcza, jak z masztu zwieszona Igra z wiatrami chorągiew czerwona: Sam się zadziwił, że był słabym tyle, W wielkim zamiarze zachwiać się na chwilę.
Żar w jego oczach, dzikość w jego duszy, sam siebie — nic go już nie wzruszy. Pośpiesza, bieży — aż zbiegł, gdzie równina, Co skałę kończy a brzeg rozpoczyna. Tam zwolnił kroku; — świeżość blizkiéj głębi Krzepi znużenie, ogień lica ziębi; Lecz stanął, raczéj, by zimną odwagę Wrócić swéj twarzy, swym krokom powagę, Wprzód nim go ujrzą. — Konrad sztukę umie, Jak tając dumę, tłum zhołdować dumie. Wyniosłość lica, i zimną postawę, Co stroniąc niby obudza obawę; I wzrok, i uśmiech, co choć serc nie zraża, Hamuje płochość i śmiałość przeraża; Wszystko ma w mocy, by zgraję zaślepić, Rozbroić opór i władzę ukrzepić. Lecz gdy chce ująć — z ufnością przyjaźni Każdy wnet pierwszéj zapomni bojaźni. Niewolnik, z duszą na rozkaz gotową. Nad dary drugich, droższe jego słowo, Gdy jakby z serca głębi tajemniczéj Zagra do serca głos tęsknéj słodyczy. Lecz rzadko słodycz w parze z jego duszą: Nie dba, czy zechcą, gdy, co każe, muszą. Czy podłość drugich, czy dumy szaleństwo, On depce miłość, by miéć posłuszeństwo.
XVII
Wkoło broń straży brzękła czcią wodzowi. Zbliżył się Żuan. — „Czy wszyscy gotowi?“ — — „Już są w okręcie; ostatnie przy lądzie Czółno to czeka, póki wódz nie wsiądzie“. —
„Miecz mój, płaszcz, trąbkę!“ — Miecz przyjął z niechcenia, Trąbkę ma w dłoni, płaszcz zwiesił z ramienia. „Zawołać Pedra!“ — Przyszedł — Konrad wita, Pierwszemu z wodzów grzeczność należyta. „Weźmij ten papier! — zawiera rozkazy Ważne — bacz pilnie na wszystkie wyrazy. Anzelmo także, jak skoro przybędzie, Ma je wykonać. — Straż podwoić wszędzie! Za trzy dni, jeśli — jeśli wiatr posłuży — Powrócę. Bądź zdrów!“ — i nie zwłócząc dłużéj, Podał dłoń, ścisnął — skinął na wioślarzy, I skoczył w czółno z wyniosłością w twarzy. Ruszyły wiosła — jak gwiazd droga mleczna Iskrzy za niemi jasność fosforyczna. Dopłynął nawy — stoi na pokładzie, Gwiznięto z góry — ruch w całéj gromadzie. On zważa okręt, jak lekki na fali, Jak słucha steru — uważa, i chwali. „Gdzie jest Gonzalwo?“ — Zbliżył się młodzieniec, W skłonionéj twarzy radości rumieniec. Uprzejme słowo wódz już w ustach trzyma. Czegóż się wezdrgnął? czy się gniewem zżyma? Ach nie! — on ujrzał swą wieżę na skale, Wspomniał rozstanie, zgadł Medory żale, Jeśli na okręt spogląda w tę chwilę, — Nigdy on, nigdy nie kochał jéj tyle! — Lecz nim noc minie, wiele zrobić trzeba. Odwrócił oczy, spojrzał w błękit nieba, I wnet z Gonzalwem zszedłszy na spód nawy, Odkrywa cele i środki wyprawy. Przed niemi mapa i lampa na stole, I kompas; w ręku cyrkiel i półkole. Północ — czuwają; twarz obudwu groźna. Bezsennym oczom któraż chwila późna? — Tymczasem w żagle dął wiatr pożądany, Okręt jak sokół leci przez bałwany; Sto wysp minęli sterczących granitem: Cieszą się — celu dopłyną przed świtem. Już przez szkła nocne liczą bez obawy, W ciasnéj zatoce natłoczone nawy Baszy Seida; widzą, jak niedbali Stróże przy ogniach gasnących czuwali!...
Okręt ich koleni obiegł czaty przednie, Wszedł, gdzie bezpieczny skryłby się choć we dnie, Przy pustym brzegu, za skałą wysoką, Straży ni szpiega nie dojrzy go oko. — Konrad na pokład zgromadził swych ludzi, Do powinności — lecz nie ze snu, budzi. Wsparł się na poręcz, rozkazy objawia, Rozmawia zimno, choć o krwi rozmawia.
Pieśń druga.
I.
W zatoce Koron las masztów się jeży, Na zamku Koron lampy błyszczą z wieży, Tam Seid basza częstuje żołnierzy. Święci swój tryumf — jutro spodziewany, Gdy zbójców zgromi i pojma w kajdany. Tak na Allaha przysiągł swemu Panu. Wierny przysiędze i słowom firmanu, Zwołał swe nawy; — coraz w liczbę rosną, Tłum coraz większy tryumfuje głośno. O łup, o branki, przed wzięciem się kłócą. Jeszcze nie wyszli, już pewni, że wrócą. O świcie dosyć niech pod żagle wsiędą, Przed zmrokiem zbójców port i łup zdobędą! Tymczasem straże mogą spać bezpiecznie. Nie dość jest bić się — niech marzą walecznie! Lub gdy sen komu nie cięży w powiekach, Może ramienia próbować na Grekach!... O! godne czyny barbarzyńskiéj dłoni! Katować więźnia, gdy się sam nie broni; Napaść dom Greka, sprzęt skruszyć pod nogą, — Bić — byle tylko nie zabić nikogo! — Dziś są łaskawi — nie chcą, czy nie mogą.
Gdzieniegdzie tylko słychać jęk i razy. Lecz to żart! — Basza zakazał obrazy. Wzdłuż brzegu wszędzie śmiech, muzyka, wrzawy Kto kochasz głowę, śmiéj się, dziel zabawy! Bo dziś muzułman wesół — choć bez wina, Wytężył dowcip — łaje i przeklina.
II.
W biesiadnéj sali, w lśniącym złotogłowiu, W białym zawoju, wsparty na węzgłowiu, Seid śród gości spogląda wesoły. Skończona uczta, odstawione stoły. Twarz jego płonie, ogień iskrzy z oka: Pije on, mówią, napój nie Proroka. Nie śmieją drudzy; prawowierni, trzeźwi, War wonnéj mokki myśl w nich tylko rzeźwi. Z długich cybuchów dym bucha w około, Gdy almy w środku tańcują wesoło. Jutro na bitwę! — lecz dziś, w nocnéj porze, Nie dość bezpiecznie puszczać się na morze! Na wzdętych falach sny nie tak powabne, Jak gdy ich łoże kołysze jedwabne! Więc się dziś bawią; — jak błyśnie świtanie, Pójdą, bo muszą — nadzieja w Koranie! Choć widok floty i gwar tłumnéj rzeszy, Ziemską nadzieją niemniéj dumę cieszy.
III.
Ze czcią bojażni, od wnętrznych podwoi, Idzie niewolnik, co w nich stróżem stoi. Schylił się, czołem uderzył podłogę, Nim w drżących ustach głos rozwiązał trwogę. „Derwisz podróżny, zbieg z więzów korsarzy, Przybył, i czeka, czy się wejść odważy?“ — W skinieniu baszy zgadł znak jego woli. Odszedł. — Wszedł derwisz — zbliża się powoli, Skromnie na piersiach krzyżuje ramiona, Krok jego słaby, źrenica spuszczona.
Trudów, nie wieku, starość znać z postawy, Twarz jego blada z postów, nie z obawy. Poświęcon Bogu włos spada szeroko, Okryty czapką okrągłą, wysoką. Długa, powiewna, rozpuszczona szata Obwija piersi — oziębłe dla świata. Pokorny, jednak pan siebie, bez strachu Spotyka oczy iskrzące wzdłuż gmachu. Nikt nie śmie pytać, lecz wszyscy ciekawi, Co wnet spytany przed baszą objawi.
IV.
„Skądeś — „Przez zbójców pojmany, Uszedłem z więzów“. — „Gdzie? kiedy zabrany?“ — „Do wyspy Scio z portu Skalanowy Płynął nasz okręt, wiózł towar handlowy. Nie szczęścił Allah — wola jego święta! Napadli zbójcy, nawa nasza wzięta, Towar złupiony — myśmy poszli w pęta. Nie miałem bogactw, śmierci się nie bałem, Lecz tracąc wolność, straciłem, co miałem. Długo mię gniotła przemoc świętokradzka; Aż dziś noc ciemna i łódka rybacka Tu mię zbawiły — tu, w opiece twojéj, Potężny baszo! któż się zbójców boi?“ — — „Jakże ci zbójcy? jak zbrojni? czy śmieli? Myślisz, że opór stawićby mi chcieli? Czy wiedzą o mnie, że z jutrzejszą gwiazdą Mam zniszczyć ogniem skorpijonów gniazdo?“ — — „Baszo! wzrok we łzach niewiele dostrzega, Trudna więźniowi przenikliwość szpiega. Słuchałem tylko morskich fal łoskotu, Ptastwu morskiemu zazdroszcząc przelotu; Widziałem tylko — ach! przez kraty ciasne, Niebo — zbyt czyste, słońce — zbyt mi jasne; I żeby inném czém zająć mą duszę. Czułem, że wolność wprzód odzyskać muszę. Lecz z méj ucieczki znać, że się nie strzegą, Że się nie muszą obawiać niczego. Sposobność ujścia próżnoby mi znikła, Jeśliby brzegów strzegła czujność zwykła.
Niebaczność straży, jak mojéj podróży, Równie zbliżeniu twéj floty posłuży. „Lecz baszo! głosu i sił mi już braknie, Trud odpoczynku, głód posiłku łaknie. Pozwól, bym odszedł. — Pokój, pokój z wami! Odchodzę za was modlić się ze łzami“. — „Stój, stój, derwiszu! mam cię jeszcze badać. Stój! — słyszysz? każę — musisz odpowiadać. Usiądź! wieczerzę przyniosą ci słudzy, Nie będziesz pościł, gdzie ucztują drudzy. Powiesz mi potém, jak naoczny świadek, Krótko i jasno; nie lubię zagadek“.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Korsarz.
