Read here

Król Henryk VI. Część I

William Shakespeare · 1895 · Free in the US

38,424 words · about 2 h 41 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1895 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Król_Henryk_VI._Część_I_(Shakespeare,_tłum._Ulrich,_1895)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Language
Polish
Published
1895
Length
38,424 words · about 2 h 41 min
Sections
9 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (9)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 21 min
  3. Przedmowa about 9 min
  4. Osoby about 1 min
  5. Akt I about 16 min
  6. Akt II about 13 min
  7. Akt III about 13 min
  8. Akt IV about 15 min
  9. Akt V about 14 min

Continue:

Front matter

CZĘŚĆ I.

całość

CZĘŚĆ I.

ówiliśmy już o genezie historycznego dramatu Szekspira. Poeta wziął myśl jego od swoich poprzedników, zastał tkankę i treść gotową, na niej tylko, mniej lub więcej ją zmieniając i przerabiając, wyciskał piętno swoje. Tak samo i w tragedyach; w komedyach nawet posługiwał się częstokroć starymi dramatami; ale tam mógł sobie postąpić swobodniej, gdy historye, do których scen, już niemal uświęconych, nawykli słuchacze, mało się przerabiać dawały; częstokroć zmiany, jakie czyni poeta, są na pozór małe, lecz siła w nich leży wielka, która jednem słowem przetwarza całkowicie, nową nadaje postać osobom działającym, nowy charakter scenom. Treść historyczna, którą poprzednicy Szekspira wzięli z kronik i podań, trzymała poetę w żelaznych okowach; słuchacze wymagali scen znanych im, jako rzeczy należnej; poprawiający autor stare nieforemne dramata, musiał się trzymać z góry mu narzuconego wątku, gdyż odstępując od niego słuchaczomby się naraził. Chcieli mieć tę historyę przeszłości chlubnej i nieszczęśliwej, całą w tych luźnych i źle spojonych scenach przedstawioną i uobecnioną. W historyach Szekspir był tylko korektorem bezimiennych po większej części pisarzy, co pierwsi te widowiska dziejowe wyprowadzili na scenę. Gdyby sama natura sztuk, o których mowa, nie dowodziła tego, co twierdzimy, świadectwo piszącego w roku 1592 Tomasza Nashe, poparłoby domysły komentatorów. Duchowieństwo w pierwszych początkach rozwijania się teatru , gdy ten zaczął ściągać tłumy i stał się powszechnie ulubioną rozrywką, oskarżało scenę o demoralizacyę, płochość i nieobyczajność. Aby się z tego zarzutu oczyścić, ówcześni poeci postanowili scenie nadać powagę i użyteczność, wyprowadzając na nią całą niemal kraju przeszłość i dramatyzując kroniki. Nashe pisze: „Większa część sztuk naszych, wyjęta jest z kronik krajowych; w sztukach tych czyny ojców, oddawna pogrzebione w zardzewiałym bronzie, w zbutwiałych księgach, zmartwychpowstają, i powołane są z grobu zapomnienia, aby same broniły swojej czci prastarej. W nich wszelkie szalbierstwa, wszystkie łotrowstwa zewnątrz świętością pozłacane, wszystkie robactwo gryzące, co żyje rdzą pokoju (sic), żywcem się ćwiertują. Pokazuje się w nich, jak złe następstwa prowadzi za sobą zdrada, jak padają ambitni, kwapiący się zbytnio do celu, jak nędznie kończą przywłaszczyciele, jakie klęski sprowadzają rozterki domowa, jak surowo zawsze Bóg morderców karze“. Taki był cel moralny i narodowy, który teatr sobie założył przed zjawieniem się Szekspira, a narzekania Green’a na tych, co przywłaszczają sobie treść cudzą, co się w obce pióra stroją, dowodzi także, iż Szekspir przerabiał dla swojego teatru i poprawiał popularne dramata. Zastał on już owe nieforemne na sceny przybrane kroniki gotowemi: króla Jana przez nieznanego autora, Edwarda I przez Peele, Edwarda II przez Christoph: Marlowe, Edwarda III żywot i śmierć Jakóba Straw (epizod za panowania Ryszarda II), sławne zwycięstwa Henryka V, panowanie Henryka VI i tragedyę Ryszarda III przez nieznanych pisarzy. W owych czasach dramat, który teatr nabywał u autora, stawał się jego własnością, dyrekcya miała nad nim prawo życia i śmierci: obcinała, dodawała i skracała, przedłużała nowymi epizodami sztukę; artyści improwizowali całe ustępy, jak dziś częstokroć kuplety; nikt się nie upominał o to. Dramat przeszedłszy tak przez rąk kilka, jak pieśń ludowa, stawał się utworem zbiorowym. Nikt do ojcostwa nad nim przyznać się nie miał prawa. W rejestrach teatru Henslowe spotykają się często wzmianki podobne: Dnia 7 sierpnia 1602 roku 40 szylingów zapłacono Tomaszowi Dekker za poprawianie Sir Johna Oldcastle. Temuż, później, za Faetona, za Tassa. Wspomniano podobnie o zapłacie Williamowi Barde i Tom. Rowley za przerobienie Fausta Marlowa, Tom. Heywood’owi za dodatki do Cutting Dick’a i t. p. Istnienie sztuki, której bohaterem był Henryk VI, przed Szekspirem, stwierdza znaleziony w Dulwich dziennik teatralnego towarzystwa FIlipa Henslow’a, w którym zapisano, że w roku 1591 od dnia 3 marca, komedyanci lorda Strange, przedstawiali trzynaście razy w teatrze „Róży“ historyę Henryka VI. Artyści ci, domownicy lorda Strange od lat kilkunastu byli współzawodnikami teatru na Blackfriars. Dla Henslowa właśnie pracowali owi mistrze za klasycznych uchodzący, Greene i Marlowe, z których pierwszy oskarżał umierając Szekspira (Shake-scene) o przyswajanie sobie cudzej własności. Nashe w roku 1591 pisał o tej sztuce Henryka VI: „Jakażby to radość była dla tego mężnego Talbota, tej trwogi Francyi, gdyby pomyśleć mógł, że po dwustu latach spoczynku w grobie, będzie tryumfował na scenie a kości jego zabalsamują znowu łzy najmniej dziesięciu tysięcy widzów, którzy tylekroć razy zdają się patrzeć na krwawe jego rany w osobie tragika, co go przedstawia“. Nashe mówi tu niechybnie o sztuce, którą Szekspir później przerobił. Malone już zauważał, że wyrażenie: the terror of the French (o Talbocie) jest wyjęte dosłownie ze sceny III Henryka VI. Nashe, przyjaciel Green’a i Marlowa, nie byłby chwalił ich współzawodnika Szekspira, lecz mówi tu o pierwotnym tekscie, który, jak z całego widać toku, mało został zmieniony. Na tej pierwszej części Henryka VI, ślady jej pochodzenia i pierwotnej nieforemności są najwidoczniejsze, tak dalece, że wielu jej nawet Szekspirowi przyznać nie chce. W istocie budowa, prowadzenie rozmów język, same formy, gęste porównania mitologiczne, niezwyczajne u Szekspira, archaizmy w wierszowaniu, nadają temu dramatowi odrębną fizyognomię. Nie można zaprzeczyć, że argumenta za i przeciw autorstwu Szekspira są prawie równie silne, lecz, według nas, wszystkie sprzeczności godzi i tłómaczy ta znana i dowiedziona okoliczność, iż poeta opracował mniej więcej rzecz dawną, nie wszędzie równe na niej zostawiając ślady swej ręki. Jest to dramat-historya poprawiona przez poetę, w istocie mniej opracowana, gdzieniegdzie tylko dotknięta, i dlatego od innych mniej doskonała, słabsza jednem słowem. Szekspir tak mało przyłożył ręki do gotowego już Henryka VI (część I), że w niej pozostawił sprzeczności jawne z własnymi dramatami Henryka IV i Henryka V, wcale nie troszcząc się o to. Krytycy użyli ich jako argumentu przeciwko autorstwu Szekspira. Sprzeczności te uderzają w charakterze Mortimera, który w części I Henryka VI występuje w postaci poważnej i szanownej, obudzającej współczucie, gdy w Henryku IV jest pretendentem chciwym tylko cząstki łupu i zawczasu dzielącym się zdobyczą, wstrętliwym i oburzającym. W Henryku VI, hrabia Cambridge wspomniany jest jako poległy na polu sławy, w obronie sprawy szwagra swojego Mortimera, gdy w Henryku V ten sam Cambridge ginie na rusztowaniu, przekonany o zdradę kraju. Wszystko to pozornie zdaje się mówić za tem, że Szekspir nie jest autorem Henryka VI. Ale wydawcy pierwszej całkowitej edycyi dzieł jego, artyści, którzy razem z nim należeli do składu towarzystwa teatru Globus, drukując w r. 1623 pośmiertny spadek poety, włączyli doń Henryka VI. „Przyznajemy — mówią w przedmowie — iż rzeczą byłoby wielce pożądaną, ażeby autor dożył był do tego czasu i sam mógł pisma własne wydać i przepatrzeć. Lecz gdy inaczej zrządziło przeznaczenie, a śmierć wydarła mu to prawo, prosimy was, abyście przyjaciołom jego starania ich i trudu za złe nie brali, iż się czuli w obowiązku zebrać pisma te i ogłosić, i że je tak, jak są, ogłosili, gdy przedtem oszukiwano was różnymi powykradanymi, podchwyconymi drukami, popsutymi i poprzekręcanymi przez fałszerstwa i grabieże szkodliwych oszustów, co je wydawali. Teraz i te sztuki poprawione, w całości mieć będziecie przed oczyma i wszystkie inne, w pełnej liczbie tak jak on je stworzył, on, który szczęśliwszym będąc natury naśladowcą, szlachetnym też jej był tłómaczem“. Opierając się na tak stanowczem świadectwie Heminga i Condell’a, należy Henryka VI, przynajmniej w znacznej części, przyjąć za dzieło przez Szekspira przerobione, które zamieszczono w zbiorze dzieł jego, aby nic nie uronić ze spadku. Jakoż, obok wielu miejsc słabych, obok często mdłych i bezbarwnych ustępów, są też takie, co niewątpliwie noszą Szekspira geniuszu piętno. Godzą się na to komentatorowie, iż czuć go w samym początku dramatu, w pogrzebie Henryka V, w scenie w ogrodzie klasztoru Templaryuszów o czerwone i białe róże, w scenach między ojcem i synem Talbotem przed zgonem obu, w spotkaniu Suffolka z Małgorzatą Andegaweńską, w ostatniej naradzie, gdy słaby król przyjmuje za żonę córkę króla Reignier’a. W Henryku VI tkanina z kawałków zszywana, nieustanne przerzucanie się z miejsca na miejsce, sceny bez żadnego z sobą związku, rażą i niecierpliwią; ale zawsze pamiętać potrzeba, iż to jest kanwą, którą Szekspir wziął w spadku i zmieniać jej nie mógł, bo do niej widzowie byli nawykli. Z powodów wyżej wymienionych Malone pierwszy zaprotestował, aby w części tej był choć najmniejszy ślad udziału Szekspira. Opierał się też i na tem zapewne, że ta część pierwsza wcale za życia Szekspira drukowaną nie była i ukazała się dopiero w wydaniu Heminga i Condella, po śmierci jego. Pierwsza ta część Henryka VI stanowiąca wstęp do obrazu krwawej i straszliwej epoki w dziejach Anglii — walki o tron i upadek Plantagenetów — łączy się niemal z poprzedzającym ją Henrykiem V. Zwycięzca z pod Agincourt umiera, z trumny jego rodzą się zaraz do tronu pretendenci, którzy z małoletności spadkobiercy chcą korzystać. Wierna drużyna Henryka V osłania kolebkę dziecięcia. Lecz spory i niezgody, które zakłóciły Anglię, dozwalają się wyzwolić Francyi. Następuje wojna Dwu Róż, upadek Lancastrów domu, krótkie panowanie, naostatek wstąpienie na tron dynastyi Tudorów, której potomkowie rządzili Anglią za czasów Szekspira. Dynastyczne spory różnych gałęzi jednego rozrosłego drzewa nie zdają się nam wymagać szczegółowych objaśnień, które czytelnik znajdzie łatwo w pierwszej lepszej historyi Anglii; w dramatach poety widzimy raczej dzieła sztuki, niż właściwe dzieje. Szekspir i tu idzie za Holinshedem, którego malowniczą kronikę zużytkowali jego poprzednicy, dopełniając ją tylko podaniami, zbliżając ku sobie, i łącząc wypadki, dla teatralnej perspektywy. Dramat nie liczy się ściśle z latami, skraca zbyt długie czasu przeciągi, wiek czasem osobom działającym nadaje nie godzący się ściśle z chronologią. Teatr wymagał i nakazywał te licencye. Henryk VI, który w chwili zgonu ojca miał zaledwie dziewięć miesięcy, tu występuje jako dorastający już młodzian; wojna z Francyą trzyletnia tu się ogranicza jedną szybką wyprawą. Oswobodzenie Orleanu przez Joannę d’Arc, ujęcie jej w niewolę, spalenie, koronacya Henryka w Paryżu, pojednanie z księciem Burgundyi, śmierć ks. Bedforda, niezgody magnatów, Suffolka pośrednictwo w zawarciu małżeństwa z Małgorzatą Andegaweńską, utrata Bordeaux, śmierć Talbotów, wszystko tu szybko i dość bezładnie przeplata się, następuje po sobie... Cała budowa zdaje się być raczej dziełem przypadku niż kunsztu. Chronologia nie wiąże bynajmniej dramaturga, który śmierć Orleańskiej Dziewicy, wcześniej przypadłą, dla scenicznego efektu odkłada na później, poprzedzając ją bitwą pod Pathay, — zgonem Talbota, który przypada we dwadzieścia dwa lata po spaleniu Joanny. Tak samo charakterystyka Gloucestera i kardynała Beaufort z prawdą historyczną nie jest zgodna. Przykro i boleśnie rażąca jest rola i charakter Dziewicy Orleańskiej, który dzieje przedstawiają w takim blasku, a dramat w kolorach tak poczwarnych i brudnych. Nadaje to całej tej części znamię odrażające, stronnicze, namiętne; ale w przekonaniu Anglików, nawet epoki Szekspira, Dziewica Orleańska, której bohaterskich dzieł zaprzeczyć nie mogli, przedstawia się wszędzie jako opętana od szatana i cuda sprawiająca z pomocą jego. Czynów jej przechodzących siły ludzkie, niepodobna nie widzieć i nie uznać było; musiano się więc po wykład ich udać do tego wybiegu. Angielskie kroniki mówią, że szatan zmienił się w anioła światłości, ażeby ją podejść i opętać. Za nim idzie nieznany autor dramatu poprawionego przez Szekspira. Wypadek Talbota na zamku hrabiny Auwergnii, przeciągnięcie księcia Burgundyi na stronę Francyi przez Joannę d’Arc, scena w ogrodzie Templaryuszów, nie znajdują się wcale w Holinshedzie. Skąd je zaczerpnął pisarz dramatyczny, niewiadomo; niewątpliwie jednak są to sceny nie zmyślone, ale na jakiemś podaniu historycznem oparte. Nawrócenie ks. Burgundyi, list Dziewicy Orleańskiej do niego, są historycznymi faktami. Wszystkie inne szczegóły są napomknięte w kronice Holinsheda. Godna uwagi, iż charakter Suffolka w scenie niewątpliwie Szekspirowskiej, z Małgorzatą Andegaweńską, jest już tu tak narysowany, aby rozwinięcie się jego w następującej części przygotować. Miłosna ta scena na pobojowisku, walka z budzącą się nagle namiętnością, — przechodzą już ramy pierwszej części, wciągnięte tu są, dla powiązania jej z następującą, w której Suffolk tak znaczną ma grać rolę. Układ ten o małżeństwo z Małgorzatą, przymierze z Francyą, inaczej się przedstawia u Holinsheda. Tu do wymagań sceny nagiąć się musiały dzieje. W kronice stoi, że Suffolk miał sobie tylko poleconem zawarcie zawieszenia broni i skorzystał z tego, by nie pytając o rozkazy, zawrzeć z Henrykiem układ o pokój i zaślubienie piętnastoletniej Małgorzaty, córki Reigniera Andegaweńskiego, który nosił czczy tytuł króla Neapolu, Sycylii i Jerozolimy, ale nie miał nic nad księstwa Andegaweńskie i Maine, zajęte przez Anglików. U Holinsheda, udział Suffolka w tej sprawie, gorliwość jego w pośrednictwie, nie bardzo jest zrozumiałą. Pisze on: „Nie umiem powiedzieć, czy hr. Suffolk dał się pozyskać podarkami czy zbytkiem gorliwości dla tego niekorzystnego małżeństwa; ale zgodził się na to, ażeby księstwa Andegawy i Maine ojcu narzeczonej zwrócone zostały, nie żądał ani szeląga, ani feniga posagu, jakgdyby to nowe pokrewieństwo wszelkie przenosiło skarby, droższe być miało nad złoto i kosztowne kamienie. Jakkolwiek małżeństwo to królowi i niektórym z rady jego przypadło do smaku, jednakże Humphrey ks. Gloucester, protektor państwa, był bardzo mu przeciwnym; mówił, że się przeciwiło prawom Bożym, a wstydliwem było dla panującego, ażeby łamał swe przyrzeczenia i kontrakty małżeńskie, zawarte przez umocowanego posła hr. Armagnac, z jego córką, na korzystnych i uczciwych warunkach. Ale słowa księcia nie zostały wysłuchane, gdyż hrabiego tylko czynności zyskiwały poklask i zgodę. Suffolk został mianowany margrabią i z żoną swą i wielu znacznemi osobami, mężczyznami i kobietami, popłynął do Francyi, aby wybraną królowę do Anglii sprowadzić“.

Y:

Król Henryk VI. Książe Gloucester (Gloster), stryj króla i protektor. Książe Bedford, stryj króla, regent Francyi. Tomasz Beaufort (Bofor), Książe Exeter, prastryj króla. Henryk Beaufort (Bofor), prastryj króla, biskup Winchester, później kardynał. Jan Beaufort (Bofor), Hrabia Somerset, później książe. Ryszard Plantagenet, najstarszy syn Ryszarda hrabiego Cambridge (Kembrydż), później książe Yorku. Hrabia Warwick. Hrabia Salisbury. Hrabia Suffolk. Lord Talbot, później hrabia Shrewsbury (Szrewsbury). Jan Talbot, jego syn. Edmund Mortimer, hrabia Marchii. Sir John Fastolfe. Sir William Lucy. Sir William Glandsdale. Sir Tomasz Gargrave. Lord Mer Londynu. Woodvile (Wudwil), gubernator Toweru. Vernon, stronnik białej róży, czyli Yorków. Basset, stronnik czerwonej róży, czyli Lancastrów. Karol Delfin, później król francuski. Reignier, książę d’Anjou (d’Anżu), nominalny król Neapolu. Książe Burgundyi. Książe Alençon. Gubernator Paryża. Bękart, książę Orleanu. Puszkarz w Orleanie i jego syn. Dowódzca wojska francuskiego w Bourdeaux. Sierżant francuski. Odźwierny. Stary Pasterz, ojciec Joanny d’Arc. Małgorzata, córka Reignier’a, później żona króla Henryka. Hrabina d’Auvergne (d’Owern). Joanna d'Arc. Dyabły pokazujące się Joannie. Panowie, Straż Toweru, Heroldzi, Oficerowie, Żołnierze, Posłańcy, Służba królów Anglii i Francyi.

Scena częścią w Anglii, częścią we Francyi.

I.

CZĘŚĆ I.

AKT PIERWSZY.

SCENA I.

Opactwo Westminsterskie.

(Marsz pogrzebowy. Ciało Henryka V leży odkryte, przy nim książęta: Bedford, Gloucester, Exeter, hrabia Warwick, biskup Winchester; heroldzi i t. d.)

Niechaj niebiosa wdzieją kir żałoby! Komety, ludów wróżące upadek, Roztoczcie w górze warkocz kryształowy, Chłoszczcie nim gniewno zbuntowane gwiazdy, Które sprzysięgły się na zgon Henryka! Zbyt on był sławny, aby żyć mógł długo; Anglia nie miała równego mu króla. Raczej nie miała Anglia przed nim króla. Cnota do władzy dawała mu prawo; Błysk jego miecza ludzkie ślepił oczy, A ramię większą ocieniało przestrzeń Niż skrzydła smoka; jasne jego oczy, Gdy groźne gniewu ciskały płomienie. Silniej od słońca odpychały wrogów, Gdy południowych promieni strugami Twarz im paliło. Co więcej powiedzieć? Nad wszelką mowę czynów jego wielkość; Ręki nie podniósł, żeby nie zwyciężył.

Z kiru żałobę, czemu nie z krwi nosim? Henryk nasz umarł i nie zmartwychwstanie. Stoim boleśnie przy drewnianej trumnie I obecnością naszą podnosimy Zwycięstwo śmierci upokarzające, Jak do zwycięzcy przywiązani wozu Jeńcy. Czy mamy przeklinać planety, Że chwała nasza sprawą ich zagasła? Czy myśleć mamy, że od strachu drżąca Czarnoksiężników francuskich czereda Magicznych wierszy zabiła go siłą? Król królów czynom jego błogosławił; Sąd ostateczny nie będzie tak straszny, Jak widok jego francuskim rycerzom. Pana zastępów Henryk zwodził bitwy, Tryumf mu dały kościoła modlitwy. Kościoła? Gdyby nie modły kościoła, Nie takby prędko dni jego nić pękła. Wam drogi tylko zniewieściały książę, Którym pomiatać możecie jak dzieckiem. Cobądź nam drogie, tyś jest protektorem, I pragniesz rządzić królem i królestwem. Dumna twa żona, silniej tobą rządzi, Niż Bóg i święte jego duchowieństwo. Nie mów o świętych, bo ty ciało kochasz, A do kościoła tylko wtedy śpieszysz, Kiedy chcesz błagać o twych wrogów zgubę. Zgoda i pokój! Zakończcie te swary! Naprzód, heroldzi! Idźmy do ołtarza, Broń zamiast złota w ofierze złożymy, Bo na co broń nam po Henryka śmierci? Gotuj się, Anglio, na lata utrapień! Gdy niemowlęta pić będą łzy matek, Które tę wyspę zmienią w słone morze, I same tylko zostaną niewiasty Płakać umarłych. O, Henryku Piąty, Niech twój duch broni od domowych waśni Tę biedną ziemię! Niechaj opór stawi

Zawistnych planet wpływowi na niebie! Dusza twa będzie potężniejszą gwiazdą, Niż Juliusz Cezar, lub jasna — (Wchodzi Posłaniec). Panowie, Smutne wam z Francyi przynoszę nowiny O stratach, rzezi i krwawych potyczkach. Reims i Orlean, Gwienna, Szampania, Paryż, Poitiers i Guysors stracone. Ha, coś powiedział przy trupie Henryka? Mów ciszej, albo na wieść o tych stratach Strzaska swą trumnę i zmartwychpowstanie. Stracony Paryż? Rouen się poddało? Gdyby do życia Henryk Piąty wrócił, Na takie wieści powtórnieby skonał. Strat tych przyczyną jaka była zdrada? Nie zdrada, ale brak ludzi i złota; Po naszem wojsku głuche krążą wieści, Że was stronnicze podzieliły waśnie; Gdy należało słać i walczyć, Wy się swarzycie o dowódzców wybór. Jeden chce przewlec wojnę małym kosztem; Inny chce lecieć, lecz skrzydeł mu braknie; Inny znów myśli, że pokój otrzyma Podstępnem słowem, bez straty szeląga. Obudź się, obudź, o, szlachto angielska! Nie plam ospalstwem świeżej twojej chwały! Już z herbów waszych wykoszone lilie; Angielskiej tarczy odcięta połowa. Gdyby łez na ten nie stało nam pogrzeb, Ta wieść potoki ichby wywołała. To moja sprawa; jam jest Francyi rządcą; Dajcie mi zbroję, śpieszę za nią walczyć. Precz ty niewieście żałobne ubranie! Nie ócz swych łzami ale krwią ran swoich Zapłacze Francuz nad swoją niedolą Chwilę przerwaną. (Wchodzi inny Posłaniec). Przejrzyjcie, panowie, To pismo pełne bolesnych powieści:

Bunt cała Francya przeciw nam podnosi, Z wyjątkiem kilku bez znaczenia mieścin. Już Karol w Reims się królem koronował, Już się z nim złączył bękart Orleanu, Po jego stronie stanął Reignier d’Anjou, Książe Alençon leci mu na pomoc. Już Karol królem i wszystko doń leci! Gdzież my polecim przed taką ohydą? Gdzie my polecim? Na kark nieprzyjaciół, Bedfordzie, jeśli dłużej będziesz zwlekał, Ja biegnę walczyć. Dlaczego, Gloucesterze, O pochopności mojej powątpiewasz? Już zgromadziłem w myśli mej zastępy, Które francuskie zaleją dzielnice.

(Wchodzi trzeci Posłaniec).

Do łez, któremi, dostojni panowie, Rosicie trumnę Henryka Piątego, Nowy przynoszę powód, gdy opowiem Morderczą bitwę, którą z Francuzami Stoczył lord Talbot, wódz nieustraszony. A w której Talbot zwyciężył, nie prawda? O nie, lecz w której Talbot był pobity. Wszystkie szczegóły obszerniej wyłożę: Na dniu dziesiątym sierpnia, lord waleczny Z pod Orleanu cofając się murów, Z armią liczącą ledwo ośm tysięcy, Był przez francuską nagle obskoczony Dwadzieścia i trzy tysiące liczącą. Nie było czasu szykować żołnierza; Gdy włóczni brakło, przed łuczników czołem W nieładzie ostre zabijano koły Powyrywane z sąsiednich opłotków, By się nie mogła jazda na nich rzucić. Bój trwał zacięty przeszło trzy godziny; Talbot, nadludzką natchnięty odwagą, Mieczem i włócznią dokazywał cudów, Setkami wrogów do piekła wyprawiał,

Tu i tam, wszędzie jak szalony rąbał. To dyabeł walczy! krzyczeli Francuzi, I z zadziwieniem stanęli jak wryci, Gdy nasi, wodza ożywieni duchem, Z okrzykiem: Talbot! Talbot! w zamęt boju, Nie licząc wroga, rzucili się pędem. Na szablach naszych zwycięstwoby siadło, Lecz sir John Fastolfe, który z tylną strażą Miał przyjść nam w pomoc, serce nagle stracił I pierzchnął, ciosu nie dając jednego. To było hasłem porażki i rzezi: Francuz otoczył garstkę naszych mężów; Żeby na łaskę Delfina zarobić, Podły Wallończyk, dzielnego Talbota, Skradłszy się, w plecy uderzył swą lancą; Bo Francuz, z całą zastępów swych siłą, W oczy mu spojrzeć nie znalazł odwagi. Więc zginął Talbot? To ja się zabiję, Gdy tu w przepychu i próżniactwie żyłem, A tam, waleczny nasz wódz opuszczony, Zdradzony, wrogów nikczemnych był pastwą. Nie, Talbot żyje, ale w jassyr poszedł, A z nim lordowie Scales i Hungerford; Reszta zginęła lub była zabrana. Więc ja Francuzom okup jego spłacę, Delfina z tronu własną ściągnę ręką, Koroną jego okupię Talbota, Ich czterech panów dam im za jednego. Żegnam was; lecę powinność mą spełnić, Zapalić ogień na francuskiej ziemi, Aby dzień uczcić świętego Jerzego. Dziesięć tysięcy biorę z sobą luda, A świat zatrwożą odwagi ich cuda. Czas już, bo Francuz Orlean oblega; Angielska armia na duchu upada; O pomoc woła hrabia Salisbury, Bo ledwo trzyma w karbach posłuszeństwa Garstkę walczącą z tysiącami wrogów.

Pomnijcie teraz na waszą przysięgę, Że albo Delfin z waszej zginie ręki, Albo pod wasze jarzmo kark uchyli. Nie zapomniałem; bywajcie mi zdrowi! Przygotowania moje śpieszę naglić (wychodzi). Ja też co prędzej do Tower się udam Lustrować cały rynsztunek wojenny, A potem królem Henryka ogłosić (wychodzi). Ja, mianowany króla opiekunem, Idę do Eltham, gdzie teraz przebywa, By tam nad jego czuwać bezpieczeństwem (wychodzi). Każdy z nich godność ma i stanowisko, A mnie jednemu nic już nie zostało; Niedługo będę Jankiem bez posady; Potrafię z Eltham króla uprowadzić, I silną ręką ster rządów uchwycić (wychodzi).

SCENA II.

Francya. Pod murami Orleanu.

(Wchodzą: Karol na czele armii, Alençon, Reignier i inni).

Jak bieg prawdziwy Marsa na niebiosach Tak i na ziemi do dziś jest nieznany: Niedawno świecił pomyślnie Anglikom, Dziś na nas spojrzał i dał nam zwycięstwo. Gdzie ważne miasto, co nie w naszych ręku? Pod Orleanem koczujem bezpiecznie, Gdy nas godzinę na miesiąc oblega Zgłodniały Anglik, niby duchy blady. Bo im brak zupy, tłustej wołowiny; Albo ich tuczyć jak muły potrzeba, Ciągle do pysków obrok przywiązywać, Lub wyglądają jak mysz utopiona. Czemu tak długo bezczynnie tu stoim? Od oblężenia zmuśmy ich odstąpić. Wróg najgroźniejszy: Talbot, naszym jeńcem, Został szalony tylko Salisbury;

W bezsilnym gniewie niech sobie żółć psuje, Bo mu do wojny brak ludzi i złota. Daj znak ataku. Rzućmy się więc na nich, Pomścijmy honor Francyi poniżony. Kto mnie zobaczy krok cofającego Może bezkarnie odebrać mi życie. (Wychodzą).

(Alarm. Odparci są z wielką stratą przez Anglików. Wchodzą: Karol, Alençon, Reignier i inni).

Czy widział kiedy kto coś podobnego? Cóż to za wojsko? Psy, tchórze, zające. Gdyby mnie pośród wrogów nie odbiegli, Nie jabym pierzchnął. Ich lord Salisbury, Zbój to rozpaczny; on walczy jak człowiek, Któremu życie zdaje się ciężarem. Inni lordowie, niby lwy zgłodniałe, Jak na swą pastwę rzucili się na nas. Froissart mówi, że Anglia płodziła Za panowania Edwarda Trzeciego Tylko Rolandów, tylko Oliwerów; Za naszych czasów lepiej się to sprawdza, Bo śle na wojnę tylko Goliatów, Tylko Samsonów. Jeden na dziesięciu! Ktoby przypuścił w tych chudych hultajach Tyle odwagi, tyle poświęcenia? Opuśćmy miasto; szalone te pułki Z głodu na wszystko gotowe się ważyć. Znam ich od dawna, wprzódy też zębami Mury te zwalą, niż od nich odstąpią. Myślę, że jakaś ukryta sprężyna, Jak zegar w biegu, ramiona ich tęży, Inaczej takby wytrzymać nie mogli. Radziłbym tu ich w pokoju zostawić. Zgoda. (Wchodzi Bękart Orleański). Gdzie Delfin? Przynoszę mu wieści. Witaj, Bękarcie Orleański, witaj! Lica twe blade, smutne twe spojrzenia; Czy to ostatniej skutek jest przegranej?

Więc rozjaśń czoło, bo zbliża się pomoc. Świętą Dziewicę przyprowadzam z sobą, Która widzeniem przez niebo zesłanem Przychodzi długie skończyć oblężenie, Z francuskich granic wypędzić Anglików. Duch jej proroczy potęgą prześciga Starożytnego Rzymu dziewięć Sybil: Przeszłość i przyszłość równie są jej znane. Czy ją wprowadzić? Wierzaj memu słowu, Bo ci zwiastuję prawdę nieomylną. Niech wejdzie. (Wychodzi Bękart). Wprzódy, na wiedzy jej próbę, Reignier, na mojem miejscu bądź Delfinem, Mów do niej dumnie, poglądaj surowo; Z jej odpowiedzi osądzim jej wiedzę.

(Odchodzi na stronę).

(Wchodzą: Bękart Orleański, Dziewica i inni).

Czy ty, Dziewico, masz te cuda spełnić? Czy myślisz, Reignier, że mnie zwieść potrafisz? Gdzie Delfin? Wystąp z twojego ukrycia; Znam cię, choć nigdy wprzódy nie widziałam. Nie dziw się, nie ma dla mnie tajemnicy. Tobie jednemu pragnę coś powiedzieć: Panowie, chwilę zostawcie nas samych. Jak na wstęp, śmiało sobie rozpoczyna. Jestem pasterza córką, o Delfinie, A nie ćwiczony w naukach mój umysł; Lecz okiem łaski Przenajświętsza Panna Na stan wzgardzony mój raczyła spojrzeć. Bo gdym owieczek moich pasła trzodę, Mą twarz paliło słońce południowe, Zstąpiła do mnie Boga Rodzicielka, I w objawieniu pełnem majestatu Mój stan mi podły rzucić nakazała, A od klęsk moją ziemię wyswobodzić; Przyrzekła pomoc, zapewniła tryumf. W całej ją chwale widziałam na jawie. Gdy opalone były wprzód me lica,

Ledwo jej blasku upadł na mnie promień, Dał mi tę piękność, którą teraz widzisz. Jakie chcesz tylko zadaj mi pytanie, A bez namysłu na każde odpowiem. Jeśli śmiesz, męstwo moje weź na próbę, A ujrzysz, że me siły nad płeć moją; Za towarzyszkę przyjmij mnie, Delfinie, A na sztandary twe zwycięstwo spłynie. Dumne twe słowa przejmują mnie dziwem. Twe męstwo stawię na jedyną próbę; Zmierzysz się ze mną w pojedynczej bitwie; Jeśli zwyciężysz, prawdą słowa twoje, Lecz zwyciężonej nie mogę zaufać. Jestem gotowa; to miecz mój, okryty Na każdej stronie pięciu liliami, Wybrany w stosie starego żelastwa W Touraine, gdzie cmentarz Świętej Katarzyny. Więc w imię boże! Nie drżę przed niewiastą. Ja, póki żyję, nie pierzchnę przed mężem.

(Walczą. Dziewica zwycięża).

Stój! wstrzymaj rękę! Jesteś Amazonka, Debory mieczem walczysz. Matka Boska Moją pomocą; bez niej jestem słabą. Ktobądź cię wspiera, ty bądź mą podporą. Miłości żądzą goreję ku tobie; Jak moją rękę, tak podbiłaś serce. Dzielna Dziewico, gdy takie twe miano, Pozwól mi sługą twoim być nie królem, O to francuski Delfin cię uprasza. W sercu na miłość miejsca nie zostało, Niebo mi święte posłannictwo dało; Niechaj ostatni wróg twój zginie wprzódy, Potem ci powiem, jakiej chcę nagrody. Spójrz wprzód łaskawie na twojego sługę. Delfin zbyt długo, zda mi się, rozmawia. Na wskroś zapewne spowiada Dziewicę, Bo nie wiem, coby tak długo z nią szeptał.

Czasby już przerwać długi ich rozhowór. Może on teraz więcej ma na myśli, Niż się nam biednym zdawać może ludziom. Niewiasty język, chytry to kusiciel. Co myślisz, książę? jakie twe zamiary? Czyś postanowił opuścić Orlean? Nie, nie, powtarzam. Nędzniki bez wiary, Tu walczyć trzeba póki tchu wam stanie; Ja tarczą waszą. Potwierdzam jej słowa. Mem przeznaczeniem być Anglików biczem; Od murów miasta dzisiaj ich odpędzę. Liczcie na lato Świętego Marcina, Dnie halcyońskie, gdy ja z wami trzymam. Chwała podobna jest kołu na wodzie Co coraz większym fałdzi się promieniem, I ginie zbytkiem własnego przestworu; Z Henryka śmiercią koniec koła Anglii; Dziś ginie cała zamknięta w niem chwała. Jam teraz barką zuchwałą i dumną, Cezara z jego fortuną niosącą. Jeśli gołąbek natchnął Mahometa, Toś ty jest orłem natchnięta, Dziewico. Ni ci Helena, matka Konstantyna, Ni równe córki świętego Filipa. Wenery gwiazdo, na ziemię tę spadła, Jakże cię mogę uczcić dość pobożnie? Odpędźmy wroga od murów bez zwłoki. Ocal nasz honor, uratuj Orlean, Na nieśmiertelną zarób sobie chwałę. Naprzód! Jeżeli ona mnie zawiedzie, Żaden nie znajdzie prorok u mnie wiary.

(Wychodzą).

SCENA

Londyn. Wzgórze przed Tower.

(Wchodzi, zbliżając się do bramy, Książe Gloucester i jego służba w niebieskiej barwie).

Przychodzę Toweru lustrować rynsztunek; Od śmierci króla lękam się kradzieży. Lecz gdzie są straże? Nikogo nie widzę. Otwórzcie bramy, Gloucester rozkazuje.

(Sługa stuka).

(za sceną). Kto tak natrętnie szturmuje do bramy? Szlachetny książę Gloucester. (za sceną). Ktobądźkolwiek, Wejść tu nie może. Taką odpowiedzią Śmiesz zbywać rozkaz lorda protektora? Niech protektora pan Bóg proteguje: My tylko dane pełnimy rozkazy. Czyje rozkazy? Jeden ja tu panem, Jeden ja Anglii jestem protektorem. Wysadźcie bramę; ja za was odpowiem; Banda fagasów żartować chce ze mną?

(Służba Gloucestera rzuca się ku bramie; z drugiej strony porucznik Toweru Woodvile zbliża się do bramy).

(za sceną). Co to za wrzawa? Co to są za zdrajcy? Twójże głos słyszę, poruczniku w Tower? Otwórz, bo tego książę Gloucester żąda. (za sceną). Przebacz mi, książę, nie mogę otworzyć. Rozkaz mi przysłał kardynał Winchester, Abym pod żadnym nie wpuścił pozorem Ni ciebie, książę, ni żadnego z twoich. Tchórzliwy sługo, toż nad moją wolę Przenosisz rozkaz dumnego prałata, Którego nie mógł ścierpieć Henryk Piąty? Ni Boga, ni ty króla przyjacielem; Otwórz, lub wkrótce wyrzucę cię z Tower.

Wykonaj rozkaz lorda protektora, Inaczej bramy wysadzimy gwałtem.

(Wchodzi Winchester, otoczony służbą w żółtej barwie).

Co się to znaczy, ambitny Humphreyu? Strzyżony mnichu, czyś to ty rozkazał, Aby przede mną bramy te zamknięto? Ja rozkazałem, okrutny tyranie Nie protektorze króla lub królestwa. Precz stąd, nędzniku, co jawnie knowałeś Spiski na życie naszego monarchy, Jawnogrzesznicom dawałeś odpusty. Z twym kardynalskim wielkim kapeluszem, Mym domownikom wychuśtać cię każę, Jeśli się uprzesz stać przy twem zuchwalstwie. Ty raczej ustąp, ja kroku nie cofnę. Miejsce to nowym niech będzie Damaszkiem, Ty bądź Kainem, zabij brata Abla, Jeśli chcesz. Nie mam chęci cię zabijać, Spłoszę cię tylko; jak dziecko w pieluchach W twym purpurowym wyniosę cię płaszczu. Rób, co chcesz sobie; drwię z twoich pogróżek. Ja mam cierpliwie twe znosić zuchwalstwo? Do szabli! Mimo przywilejów miejsca, Dalej niebieskie mundury na żółte!

(Gloucester i jego ludzie atakują biskupa).

Radzę ci, mnichu, pilnuj twojej brody, Bo ją porządnie wytargać zamierzam. Twój kardynalski podepczę kapelusz; Mimo papieża, kościelnych godności, Tu i natychmiast wytargam ci uszy. Zdasz przed papieżem, Gloucesterze, rachunek, Gąsię z Winchester! Przynieście postronek! Łotrów tych w żółtym wypłoszcie mundurze. Precz z moich oczu, wilku w owczej skórze! Precz, purpurowy, precz mi obłudniku!

(Zgiełk. Wchodzi lord mer Londynu i oficerowie).

Wstyd wam, narodu pierwsi dostojnicy, Że tak publiczny zakłócacie pokój! Nie takbyś mówił, gdybyś znał me krzywdy. Patrz, Beaufort, szydząc i z Boga i z króla, Na swój użytek Tower skonfiskował. Patrz, to jest Gloucester, wróg obywateli, Co zawsze wojny niepokoju szukał, Co ogromnemi wycieńczał strofami Wasze sakiewki wolne, a chce teraz, W to ufny, że jest kraju protektorem, Religię w naszem królestwie obalić, Wyciągnąć z Toweru wojenne rynsztunki, Zrobić się królem, zamordować księcia. Nie słowem na to, lecz szablą odpowiem.

(Walczą znowu).

Śród tych rozterek nic mi nie zostaje, Jak proklamacyę publicznie ogłosić. Wystąp, heroldzie, głos natęż, jak możesz.

Wszelkiego rodzaju ludzie, zbrojnie tu dziś zgromadzeni, gwałcący boski i królewski pokój, wzywam was i rozkazuję wam, w imię jego książęcej mości, abyście się rozeszli natychmiast do waszych domów, abyście odtąd nie nosili, ani dobywali, ani używali żadnej szabli, żadnej szpady, żadnego sztyletu, pod karą gardła.

Nie chcę praw naszych gwałcić, kardynale, Lecz się spotkamy jeszcze, a otwarcie Myśl ci mą powiem. Spotkamy, Gloucesterze, A to spotkanie drogo mi zapłacisz. Wszystką krwią serca twojego obmyję Ohydę, którą dziś mi wyrządziłeś. Jeśli natychmiast się nie rozbiegniecie, Halabardników zwołam. Ten kardynał Od Lucypera samego dumniejszy. Bądź zdrów, majorze, zrobiłeś, co mogłeś. Pilnuj twej głowy, obrzydły Gloucesterze, Z bark bowiem twoich zdejmę ją niebawem. (Wychodzą).

Nie odejdziemy, aż się tłum rozproszy. Że też w tych panach tyle gniewu żyje! Ja na czterdzieści lat raz się nie biję. (Wychodzą).

SCENA IV.

Francya. Pod Orleanem.

(Pokazują się na wałach: Puszkarz i jego syn).

Wiesz, jak Orlean nasz jest oblężony, I jak przedmieścia zajęli Anglicy. Wiem, ojcze, nieraz strzelałem już do nich, Lecz wciąż na moje chybiałem nieszczęście. Nie chybisz teraz; słuchaj mojej rady: Naczelnym miasta jestem ja puszkarzem, Więc dobrym muszę odznaczyć się strzałem. Właśnie książęce szpiegi mi doniosły, Że Angielczycy, silnie na przedmieściu Oszańcowani, zwykle z tamtej wieży Patrzą na miasto, jakby to najlepiej Prażyć nas ogniem, albo szturm przypuścić. By to szpiegostwo przerwać raz na zawsze, Działo naprzeciw wieży postawiłem, I dzień już trzeci czatuję tu na nich. Na mojem miejscu zajmij posterunek, Bo już na nogach trzymać się nie mogę; Jeśli ich ujrzysz, co tchu mnie zawołaj; W gubernatora domu idę spocząć. (Wychodzi). O, bądź spokojny, ojcze. Bylem tylko Dojrzeć ich zdołał, nie będę cię trudził.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…