Read here

Kapitan Paweł

Aleksander Dumas · 1842 · Free in the US

73,931 words · about 5 h 11 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1842 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Kapitan_Paweł&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Language
Polish
Published
1842
Length
73,931 words · about 5 h 11 min
Sections
24 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (24)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 43 min
  3. Tom I under 1 min
  4. całość about 46 min
  5. I about 6 min
  6. II about 5 min
  7. III about 8 min
  8. IV about 5 min
  9. V about 6 min
  10. VI about 5 min
  11. VII about 11 min
  12. Tom II under 1 min
  13. całość about 58 min
  14. I about 6 min
  15. II about 5 min
  16. III about 8 min
  17. IV about 6 min
  18. V about 7 min
  19. VI about 4 min
  20. VII about 6 min
  21. VIII about 4 min
  22. IX about 4 min
  23. X about 7 min
  24. Zakończenie about 2 min

Continue:

Front matter

KAPITAN

ALEKSANDRA DUMAS.

TŁUMACZYŁ Z FRANCUZKIEGO

całość

KAPITAN

ALEKSANDRA DUMAS.

TŁUMACZYŁ Z FRANCUZKIEGO

A. F.

WARSZAWA

W DRUKARNI J. WRÓBLEWSKIEGO

KRAKOWSKIE PRZEDMIEŚCIE N. 369

1842.

Za pozwoleniem Cenzury Rządowéj.

I.

U końcowi pięknego wieczoru miesiąca Października 1779 r. zgromadzili się na przylądku ziemi wchodzącym w morze, wszyscy ciekawi z małego miasteczka Port-Louis. Celem zajmującym ich uwagę i służącym za przedmiot rozmowy, była piękna fregata o 32 działach, na kotwicy od ośmiu dni stojąca; tak była piękną cała jéj powierzchność, iż zdawała się być pierwszy raz na morzu; przybiła tam pod banderą francuzką, która kołysana wiatrem, okazywała przy zachodzie słońca trzy jaśniejące blaskiem lilie. Najwięcéj zaostrzała ciekawość mieszkańców okoliczność, gdzie ten piękny okręt zbudowano. Obnażony nateraz ze wszystkich żagli przymocowanych do masztów, okazywał delikatność i moc budowy. Jedni sądzili, że jest dziełem marynarzy amerykańskich; lecz cały skład wielce go różnił od okrętów, tych zbuntowanych dzieci Anglii. Drudzy zwiedzeni flagą, chcieli dociec, w którym porcie Francyi był spuszczony; lecz wkrótce miłość własna narodu, ustąpić musiała temu omamieniu, gdyż napróżno szukano tych ciężkich okrytych rzeźbami galeryi, które zdobią wszystkie statki Oceanu i Śródziemnego morza, z warsztatów Brestu lub Tulonu. Inni wiedząc że bandera służy czasem za maskę do pokrycia prawdziwéj twarzy, utrzymywali, że wieże i lwy Hiszpanii byłyby stosowniejszemi na banderze, jak trzy lilie Francyi; lecz tym odpowiadano, czy boki delikatne były podobne do kształtu fregat hiszpańskich? Nakoniec byli tacy, co uręczali, iż powstała pośród mgły Hollandyi. Od ośmiu dni to zjawisko zajmowało mieszkańców miasta Port Louis, a nikt nie mógł dociec prawdziwego jéj pochodzenia, gdyż ani jeden człowiek z załogi pod jakimkolwiek pozorem nie pokazał się na lądzie. Można nawet było sądzie, że jest niezamieszkaną, gdyby nie wartownik i officer od służby, wychylający czasami głowę z wewnątrz. Pośród tłumu próżniaków, odznaczał się młodzieniec przez szczególne obarczanie zapytaniami, znać, że mocno zajmował go ten okręt; po jego eleganckim ubiorze poznano mundur rakietników, która-to gwardya królewska bardzo rzadko opuszczała stolicę; w początku był dla tego tłumu przedmiotem zajęcia, lecz to wkrótce minęło, gdy poznano w nim hrabiego d’Auray ostatniego potomka starożytnego domu Bretanii. Zamek zamieszkały przez jego familią położony był na brzegach odnogi Morbihan o sześć lub siedm mil od Port-Louis. Ta rodzina składała się z margrabiego d’Auray, starca obłąkanego, który od dwudziestu lat nie przestąpił progu swego zamku; z Margrabiny d’Auray, kobiéty któréj surowość obyczajów i starożytność , mogły jedynie usprawiedliwić jéj arystokracyą; z młodéj siedmnastoletniéj Małgorzaty świeżéj i bladéj, jak kwiat którego nosi imie, i z hrabiego Emanuela, którego wprowadziliśmy na scenę i około którego zgromadzili się wszyscy mieszkańcy, wiedzeni jak zawsze jakowymś pociągiem ku znakomitemu nazwisku, pięknemu mundurowi i obejściu się szlachetno-zuchwałemu możniejszych. Mimo największéj chęci tych, do których zwracał swą mowę, nie mogli go o niczem więcéj objaśnić, nad swe własne domniemania. Hrabia Emanuel już miał odejść, gdy ujrzał zbliżającą się łódkę kierowaną przez sześciu wioślarzy; szła w kierunku, gdzie byli zgromadzeni mieszkańcy, niosąc młodzieńca dwadzieścia dwa lat mieć mogącego, ubranego w mundur kadeta marynarki królewskiéj. Siedział, czyli raczéj leżał na skurze niedźwiedziéj, mając opartą rękę na sterze, podczas gdy jeden z majtków, dzięki woli swego przełożonego, stał nieczynny na brzegu. Od chwili, gdy ujrzano zbliżającą się łódkę, wszystkich spojrzenia zwróciły się na nią i nakoniec zatrzymała się blisko miejsca, gdzie stali zgromadzeni, o ośm lub dziesięć stóp od brzegu, i mimo największych wysileń wioślarzy niemogła daléj postąpić. W tenczas dwóch majtków weszło w wodę, a młody kadet machinalnie pozwolił wziąść się na ramiona i przenieść na ląd stały, tak że ani kropla wody nie uszkodziła jego wykwintnego ubioru. Przybywszy oddalić się od brzegu, okrążyć klin, i czekać na siebie przy twierdzy. Sam zatrzymał się chwilę, poprawił starannie włosy, i udał się nucąc piosnkę francuzką ku bastionowi, przeszedłszy furtkę, odebrał od straży winne uszanowanie. Chociaż, nie jest nic nadzwyczajnego w porcie morskim, widzieć oficera marynarki wchodzącego do fortecy, jednak zajęcie i domniemania widzów tak były wielkie, iż każdy sądził, że te odwiedziny miały styczność z przeznaczeniem fregaty. Skoro téż młody kadet wyszedł, tak został ściśniętym, że musiał użyć swego pręcika; wkrótce wszakże tego zaprzestał ujrzawszy hrabiego Emanuela, ktorego postać odznaczająca się i , wielce go różniły od innych. Udał się ku niemu w chwili, gdy tenże zbliżał się do niego. Dwaj oficerowie rzucili po sobie wzrokiem. który był dostatecznym, aby dać poznać jednego drugiemu. Pokłonili się nawzajem złą grzecznością, która znamionuje ludzi dobrze wychowanych i paniczów tegoczesnych. — Ach! kochany ziomku, gdyż sądzę że jesteś francuzem, zawołał młody kadet, nie mógłbyś mi powiedzieć, co mam w sobie tak osobliwego, abym przywabił całe miasto; lub czy marynarz na zachodzie jest taką nowością! Uczyń zadość prośbie mojéj, a będę się starał w podobnym razie odwdzięczyć. — Jestto rzeczą bardzo łatwą, odpowiedział hrabia, ta ciekawość niema nic w sobie obrażającego; jest ona kochany kolego (gdyż sądzę po twoich slifach, że zajmujesz ten stopień co i ja) podzielaną przezemnie wraz z tymi godnymi Bretańczykami, chociaż mam daleko większe powody dowiedzenia się téj zagadki, któréj chcą dociec teraz. — Jeżeli mogę być wczém użytecznym, z przyjemnością służę. Oddalmy się cokolwiek. — Chętnie. odpowiedział rakietnik; udajmy się na ten cypel ziemi, idąc dopoty dopóki tylko suchość gruntu nam dozwoli. Ci dwaj młodzieńcy, którzy się ujrzeli po raz pierwszy, szli trzymając się pod ręce jak dwaj przyjaciele młodości; przybywszy ku końcowi, hrabia Emanuel zatrzymał się, a wskazując ręką na okręt zapytał się. — Czy wiesz co to jest za okręt? Młody marynarz rzucił wzrokiem badawczym na hrabiego, potem zwracając go na okręt, zniechcenia odpowiedział. — Jest-to ładna fregata o 32 działach, stojąca na kotwicy, ze wszystkiemi żaglami rozpiętemi, gotowa na pierwszy znak swego dowódzcy wypłynąć. — Za pozwoleniem, odrzekł Emanuel z uśmiechem, nie o to się pytam. Mało mnie obchodzi ilość dział; lecz życzeniem mojém jest, dowiedzieć się o naród do którego należy; dokąd przeznaczona, i nazwisko jéj kapitana. — Co się tyczy jéj kraju sama go nam wskazuje; chybaby nas nikczemnie zwodziła. Czy nie widzisz pawilonu pływającego na jéj maszcie? pawilonu, zniszczonego przez usługi; lecz bez żadnéj zmazy. Co się tyczy przeznaczenia, to do Mexyku. — Emanuel z podziwieniem spojrzał na młodego kadeta. — Nakoniec względem jéj kapitana, to trochę trudniéj objaśnić. Ludzie rozmaicie o tem mówią; jedni, że jest w wieku mego stryja, hrabiego d’Esting, który, jak wiesz zapewne, został teraz Admirałem; nazywają go Pawłem, ale uręczam że sam nie wie prawdziwego swego nazwiska, dopóki mu jaki przypadek go nie odkryje. — Paweł? — Tak kapitan Paweł. — Co za Paweł? Paweł Opatrzności, Przymierza, stosownie do nazwiska okrętu; Czyliż nie mamy we Francyi młodych magnatów, którym, jeżeli ich imie familijne wydaje się zbyt krótkiem, przybierają nazwiska dóbr, które posiadają. Nateraz zdaje mi się, że nosi miano Paweł , i z tego chlubi się; gdyż zapewne nie oddałby swéj fregaty za najpiękniejsze dobra. — Lecz, odpowiedział Emanuel po chwili namysłu nad mieszaniną ironii i naiwności w mowie swego towarzysza, jaki jest jego charakter? — Jego charakter? oh! mój baronie, czy też hrabio... margrabio... — Hrabio, odrzekł Emanuel, kłaniając się. — A więc mój kochany hrabio, — jak chcesz, aby poznać charakter człowieka; rzecz tak trudną zgłębić, którą ukrywać możemy i przyznam ci się, że nie starałem dotąd nad tem zastanawiać się. — Ja się też o to nie pytałem, mój kochany... baronie... hrabio?.. — Kadecie, odpowiedział marynarz, kłaniając się podobnież jak Emanuel. — Nie chciałem wiedzieć jego charakteru, chciałem tylko zapytać o dwie rzeczy: najprzód czy jest człowiekiem honoru. — Trzeba najpierwej zgłębić to słowo. Co rozumiesz hrabio przez honor? — Czy jest człowiekiem honoru, któremu można zaufać. — Honor, jest-to jak Bóg! każdy go sobie wyobraża inaczej. Egipcjanie czcili wołu; żydzi, cielca złotego; tak się też ma i z honorem; był honor Kamilla, Koriolana, Cyda, hrabi Juliana. Wyraź się lepiéj, abym mógł ci odpowiedzieć. — Oto czy można zaufać słowu jego. — Oh! jeżeli tylko o to, sądzę! że nigdy go nie złamał. Nawet nieprzyjaciele ufają słowu jego, a zatem to słowo wyjaśnione i pod tym względem jest on człowiekiem honoru. A teraz jakie jest drugie pytanie? — Chciałbym wiedzieć, czy byłby posłuszny rozkazom króla. — Jakiego króla? — Prawdziwie zadziwiasz mnie! — Czem? Wszak mamy w Europie kilku królów: króla angielskiego, francuzkiego, którego bardzo szanuje i poważam.... — A więc o tym chcę mówić. Czy sądzisz, aby kapitan Paweł był posłuszny jego rozkazom? — Kapitan Paweł będzie tak posłuszny, jak każdy inny zostający w służbie Najaśniejszego Pana. — Oto i jest wszystko co chciałem wiedzieć, odpowiedział rakietnik, którego niecierpliwiły odpowiedzie marynarza; teraz mam tylko prośbę do ciebie. — Służę panu hrabiemu. — Jakim sposobem mógłbym się dostać do tego okrętu? — Oto jest, rzekł młody marynarz, wskazując na-swoją łódkę. — Lecz ta łódka... jest twoją? — A więc udam się z panem. — To znasz kapitana Pawła? — Ja bynajmniéj, lecz jako siostrzeniec Admirała znam z nazwiska wszystkich kapitanów; powtóre my marynarze mamy pewne znaki, po których poznajem się; możesz przeto przyjąć moje usługi. — Dziękuję, i przyjmuję jego ofiarę. — I zapomnisz nudów, którem ci sprawił. Co chcesz, mój hrabio! rzekł dając znak ręką, który majtkowie natychmiast zrozumieli, samotność Oceanu, czyni was wielomównemi. Emanuel rzucik wzrokiem niedowierzania na swego towarzysza. W pięć minut potem, dwaj młodzieńcy płynęli do nieznajomego okrętu.

II.

M bardziej zbliżali się ku okrętowi, tem więcéj okazywała się piękność jego budowy, tak że młody hrabia d’Auray obojętny na podobne widoki, sam zaczął uwielbiać wykwintną kształtność jego. Na okręcie zawsze jednakowa panowała cichość; nasi młodzieńcy byli pogrążeni w dumaniu, z którego wyrwał ich głos pochodzący z okrętu. — Czego żądacie? zawołał strażnik fregaty. — Wejść na pokład okrętu, odpowiedział Emanuel. Podajcie nam linę. — Udajcie się na drugą stronę, a znajdziecie wschody. Wioślarze posłuszni temu poleceniu, okrążyli statek, i wkrótce ujrzeli się przy wejściu. — Oficer od służby przyjął ich uprzejmie przy wschodach prowadzących na pokład. — Panie, rzekł kadet, zwracając mowę do młodego oficera, przedstawiam ci mego przyjaciela hrabiego... za pozwoleniem, zapomniałem nazwiska. — Hrabia Emanuel d’Auray. — Przedstawiam więc mego przyjaciela hrabiego d’Auray, który życzy widzieć się z kapitanem Pawłem. Czy jest u siebie? — Dopiero co powrócił, odpowiedział oficer. — A zatem pójdę go uwiadomić o pańskich odwiedzinach. Tymczasem pan Walter pokaże mu wnętrze fregaty. Jest-to rzeczą bardzą ciekawą dla oficera ze stałego lądu, tem bardziéj, że wątpię, abyś widział kiedy okręt podobny temu. Czy to nie jest czasem godzina wieczerzy! — Tak. — To będzie tem więcej zajmującem. — Lecz jestem dziś na służbie. — Wszak znajdziesz którego z kolegów, który cię na chwilę zastąpi. Starać się będę, aby kapitan jak najprędzéj mógł przyjąć hrabiego: do widzenia. Po tych słowach, młody kadet zniknął na wschodach: oficer pozostały przy Emanuela zaprowadził go do bateryj. Jak przewidział towarzysz podróży hrabiego, załoga była przy wieczerzy. Tu poraz pierwszy ujrzał hrabia podobny widok i mimo największéj niecierpliwości mówienia z kapitanem, zapomniał o tem na chwilę, aby mu się przypatrzyć. Pomiędzy działami znajdowały się stoliki i ławki, zawieszone na sznurach, na każdéj siedziało czterech ludzi, i pożywali swoją część, składającą się z kawałka wołowiny; na każdym stole stały dwa gąsiorki wina; co się tyczy chleba, spożywali go do woli. Zresztą między dwustoma zebranemi, prawie głuche panowało milczenie. Chociaż nikt nie przemówił ani słowa, Emanuel poznał jednak wielką różnicę między temi ludźmi, z których każdy właściwą swemu narodowi nosił cechę. Przewodnik postrzegł jego zadziwienie, i odpowiedział nim tenże go zapytał. — Tak, rzekł akcentem amerykańskim, mamy tu ładne próbki różnych narodów z całego świata, a jeżeliby czasem potop uniósł dzieci Noego, jak uniósł dzieci Adama, pozostałoby nam nasienie każdego narodu. — Widzisz pan tych trzech, są to Galijczycy, których przyjęliśmy na przylądku Ortegal, a którzy nie pójdą pierwéj do bitwy, aż zmówią modlitwę do S. Jakóba; lecz którzy skończywszy ją, dadzą się posiekać na kawałki, a nie ustąpią placu. Dwaj inni są Holendrzy; na pierwszy rzut oka podobni, do dwóch kufli piwnych; ci ludzie na pierwsze uderzenie bębna, stoją na pogotowiu; rozpocznij z niemi rozmowę, mówić ci będą o swych przodkach; nadmienią, że pochodzą od tych sławnych miotlarzy morskich, którzy zamiast pawilonu wywieszali miotłę. Około tego stołu śmiejący się cicho, są Francuzi: na głównem miejscu siedzi naczelnik wybrany przez nich samych, Paryżanin, biegły we wszystkiem: zawsze wesół i szczęśliwy, śpiewa mustrując się i bijąc, umierając takie będzie śpiewał, jeżeli przypadkiem halstuch konopiany ścisnąwszy gardło, co łatwo może się przytrafić, gdy wpadnie w ręce John Bulla, nie pozwoli mu tego. Spojrzyj pan tu teraz, i przypatrz się tym kwadratowym głowom; są to nam nieznajome, nieprawdaż? sąto Amerykanie, urodzeni między morzem Hudson i odnogą Mexyku; jest między niemi ze czterech ślepych; pochodzi to ze sposobu bicia się. Chwytają bowiem przeciwnika za włosy i silnie w oko uderzają palcem; niektórzy z nich są bardzo zręczni i nigdy nie chybią celu; gdy przyjdzie do bitwy, rzucają noże, i tak idą w zapasy, oślepiając przeciwnika w jednéj chwili. — Lecz, rzekł Emanuel, który dotąd słuchał tego opowiadania z zajęciem, jakim sposobem wasz kapitan, może dowodzić tylu ludźmi z różnych narodów. — Naprzód nasz kapitan posiada wszystkie języki, powtóre podczas bitwy lub burzy, chociaż mówi językiem ojczystym, nadaje mu taką moc, że go każdy rozumie. Lecz oto się kajuta kapitańska otwiera, zapewne nas oczekuje. Dziecię przybrane w ubiór kadeta zbliżyło się ku dwom oficerom, i zapytało Emanuela, czy się nazywa hrabią d’Auray: na potwierdzającą odpowiedź zaprosiło go do kajuty. Natenczas oficer towarzyszący mu, udał się zająć swe miéjsce na pokładzie; co do młodego hrabi, zbliżał się z uczuciem obawy i ciekawości: miał ujrzeć kapitana Pawła! Był-to człowiek zdający się mieć około piędziesięciu pięciu lat; nosił mundur marynarki królewskiéj, w całem znaczeniu tego wyrazu; frak niebieski z wyłogami ponsowemi, kamizelka i spodnie koloru różowego, pończochy, rękawki i żaboty. Włosy zwinięte i , w tyle arcab związany wstążką, a kapelusz trojgraniasty i szpada, leżały na stole. W chwili, gdy wszedł Emanuel, siedział na lawecie od działa, lecz ujrzawszy go podniósł się. Młodzieniec uczuł bojazń na widok tego człowieka, w jego oczach zdawał się błyszczeć ogień przenikający do głębi serca tego, na którego rzucił spojrzenie. Ukłonili się nawzajem, a stary kapitan odezwał się w te słowa. — To z hrabią d’Auray mam zaszczyt mówić? — A ja z kapitanem Pawłem? zapytał Emanuel, i obadwa skłonili się sobie po raz drugi na znak potwierdzający. — Mogęż wiedzieć co za szczęśliwy przypadek, zapytał kapitan, zaszczycił mnie odwiedzinami potomka jednéj z najzacniejszych rodzin Bretanii? Emanuel jeszcze raz skłonił się i rzekł: — Kapitanie, mówiono mi że płyniesz ku odnodze Mexyku. — I prawdę powiedziano panu; myślę zawinąć do Nowego Orleanu. — To wybornie, kapitanie, mam mu oddać rozkaz. — Masz pan rozkaz, od kogo? — Od ministra marynarki. — Rozkaz do mnie adresowany, osobiście. — Nie, lecz do każdego kapitana, który płynie do Ameryki. — I o cóż to chodzi panie hrabio? — O przewiezienie więźnia do Cayenne. — I masz przy sobie rozkaz? — Oto jest, odpowiedział Emanuel, podając papier kapitanowi. Ten odebrawszy go, zbliżył się do okna i głośno przeczytał: „Minister marynarki, poleca wszystkim kapitanom, lub oficerom, dowodzącym statkami, którzy udawać się będą do Ameryki, przyjąć na okręt i odwieść do Cayenne, Lusiniana, skazanego na wygnanie; przez drogę skazany, ma ciągle pozostawać w swej kajucie i nie łączyć się z osadą okrętu.” — Czy rozkaz jest podług przepisów? zapytał Emanuel. — Zupełnie, odpowiedział kapitan. — Jesteś pan gotów wypełnić go? — Czyż nie jestem pod rozkazami ministra? — Więc można więźnia przysłać? — Gdy pan zechcesz; tylko, — aby to mogło być jak najspieszniéj, gdyż niedługo tu pozostaniem. — Będę się starał. — Czy już mi wszystko pan powiedziałeś? — Wszystko, winienem mu tylko podziękować. — Nie dziękuj pan, minister każe, ja słucham, oto wszystko; wypełniam obowiązek, nie usługę. Po tych słowach pożegnali się rozstając dość obojętnie. Przybywszy na powrót, Emanuel zapytał oficera od służby o towarzysza swéj podróży; na co tenże mu odpowiedział, że kapitan zatrzymał go na wieczerzę, tylko polecił odwieść go na ląd. Gdy Emanuel wstąpił w łódkę oddalali się z daleko większą szybkością jak przybył. Tejże saméj nocy, więzień przyprowadzony był na okręt, a nazajutrz mieszkańcy Port-Louis szukali na Oceanie fregaty, która przez ośm dni nie pozwoliła im spokojnie zasnąć, drażniąc ciągle ich ciekawość.

III.

ONIEWAŻ przyczyny, które znagliły Kapitana Pawła przybić do brzegów Bretanii, nie mają żadnego związku z naszą powieścią, jak tylko tyle, cośmy powyżej opowiedzieli, zostawim naszych czytelników w tej saméj niepewności co i mieszkańców Port-Louis, udamy się tylko za nim na zachód. Czas był przyjemny, niebo czyste, a i Indienne płynęła spokojnie, nieczynni spoczywali na pokładzie, oprócz kilku zajętych obrotami, reszta załogi rozproszona po okręcie, dowoli używała wywczasu; gdy głos z góry zawołał: — Hej! tam z dołu! — Cóż to? zapytał oficer. — Okręt! odpowiedział majtek będący na wierzchu masztu. — Okręt panie oficerze, zamelduj kapitanowi. — Okręt, okręt, zawołali wszyscy majtkowie, okręt! zawołał młodzieniec mający około dwudziestu pięciu lat, biegnąc po wschodach; zapytać się pana Artura co sądzi o tém. — Panie Arturze, zawołał oficer po angielsku, kapitan pyta się co pan sądzisz o tém okręcie. — Co ja sądzę, odrzekł młody kadet pnąc się na górę, zdaje mi się, że to jest wielki liniowy okręt, płynący ku nam, oto spuścił swój wielki żagiel. — Tak-tak, rzekł młody człowiek, którego Walter nazwał kapitanem, ma tak dobre oczy jak my, spostrzegł nas także. To dobrze, jeżeli lubi rozmawiać się, znajdzie z kim mówić, a prawdę powiedziawszy nasze działa duszą się od tak długiego milczenia. — Panie, rzekł oficer, ostrzeż dowódcę artyleryj, że zobaczyliśmy okręt, aby miał wszystko w pogotowiu. — A ty panie Arturze co myślisz o tym okręcie? — Jest liniowy i chociaż nie widziém jego bandery, przysiągłbym, że jest w służbie króla Jerzego. — I że ma polecenie ścigać Indjankę, obiecując jéj dowódcy: jeżeli jest oficerem stopień kapitana, a jeśli komodora. Oto rozpiął wszystkie żagle, zapewne puści się w pogoń za nami; uczyń toż samo panie Walter, i odbywajmy podroż zwykłym trybem; zobaczemy czy będzie śmiał nas zaczepić! Rozkaz wydany przez kapitana został powtórzony i wkrótce żagle rozpięto, fregata jak gdyby na widok nieprzyjaciela ożywiona odwagą, zagłębiła się w morzu i prując bałwany, rozrzucała pianę na wszystkie strony. Pod ten czas panowała zupełna spokojność na okręcie, użyjemy go dla zapoznania czytelników z młodym oficerem. Tą razą, nie był-to: ani młody roztrzepany kadet, który przywiózł z sobą hrabiego d’Auray, ani stary kapitan, skurczony z głosem drżącym; był to przyjemny młodzieniec, mogący mieć ze dwadzieścia pięć lat, który zrzuciwszy mundur, okazywał całą piękność składu ciała. Ubrany w surdut z czarnego axamitu z złotemi guzikami, sciśnięty pasem tureckim, za którym zatknięte piękne i drogie pistolety, zdawały się raczej służyć do ozdoby, niż obrony, spodnie z białego kaszemiru i buty dochodzące do kolan. Około szyi miał zawiązaną z niechcenia chustkę indyjską, jego włosy ztrząśnięte z pudru, czarne jak heban, pokrywał mały hełm ze stali, była to jedyna zbroja, jakiej używał podczas bitwy; kilka dziur i rysów świadczyły, że nieraz był obroną dla swego pana. Cała zaś załoga ubraną była w mundury francuzkie. Tym czasem okręt, który pierwej wydawał się tak małym, dał się widzieć w całéj okazałości. Wszystkich oczy zwrócone były na niego, a chociaż żadnego rozkazu nie wydano, każdy czynił przygotowania, jak gdyby był pewnym bitwy. Na okręcie tym, panowało głuche milczenie, które zawsze poprzedza w podobnej chwili, wydanie rozkazów dówódzcy. Gdy okręt zbliżył się tak do Indjanki, że go można było rozpoznać gołém okiem, poznano, że jest mocniejszy i o 36ciu działach, zresztą tak jak fregata, był bez pawilonu, a z powodu, że ludzi zasłaniała galerya, nie można było rozeznać, do którego należy narodu. — Zdaje mi się, rzekł kapitan do porucznika, że będziem mieli przedstawienie balu maskowego; każ zawiesić jaki pawilon Arturze, pokażem że nasza Indjanka jest kokietką, umiejącą przybrać rozmaite postacie. A ty panie Walter każ broń przygotować, gdyż nie sądzę, abyśmy trafili na przyjaciół. Oba rozkazy zostały natychmiast wypełnione. Z jednéj skrzyni młody kadet wydobył ze dwanaście rozmaitych pawilonów, a porucznik Walter otworzył skrzynie z bronią, rozkazawszy wyjąć piki, topory, noże i t. p. i powrócił zająć swe miejsce przy kapitanie. Natenczas każdy zajął właściwe sobie miejsce, więcéj przez instynkt jak przez rozkaz; gdyż jeszcze hasło do bitwy nie było wydanem. Mały ten rozruch nagle sprawiony, powoli ustawał, a nakoniec zupełna spokojność nastąpiła. Dwa okręta coraz bardziej zbliżały się ku sobie. A gdy już były tylko o trzy wystrzały działowe. — Panie Walter, rzekł kapitan, sądzę, że już czas zaintrygować. Pokaż mu pawilon Szkocyi. Porucznik dał znak, a chorągiew czerwona, pomięszana z niebieskiem, wzniosła się jak płomień na wierzchołek Indjanki, lecz żaden znak na drugim okręcie nie okazał, aby na to zwrócono uwagę. — Tak, tak, rzekł kapitan, trzech lampartów angielskich, tak opanowało lwa Szkocyi, że nie zwracają nań uwagi; sądzą, że należąc do nich, bronić się nie umie: pokaż im inną flagę panie Walter, może przecie potrafim rozwiązać im język. — Którą kapitanie? — Weź bez wyboru, przypadek posłuży nam. Skoro tylko rozkaz wydanym został, pawilon Szkocyi znikł, a miejsce jego zajął Sardynii. Okręt pozostał niemym. — Widać, rzekł kapitan, że król Jerzy zostaje w dobrem porozumieniu z bratem swoim królem Cypru i Jerozolimy. Nie dokuczajmy mu żartując. Pokaż mu panie Walter godło Ameryki z towarzyszeniem działa. Rozkaz wypełniono, — miejsce pawilonu niebieskiego z srebrnym krzyżem, zajął pawilon Stanów Zjednoczonych, połączony z wystrzałem działa. Stało się jak kapitan przewidział; okręt przeciwny wywiesił pawilon Wielkiej Brytanii. I w tej chwili kłęby dymu dały się widzieć, a kula armatnia upadła o sto kroków od Indjanki. — Każ uderzyć w bęben panie Walter, zawołał kapitan. Dzieci, kończył, zwracając się do ludzi, hura!! za Amerykę, śmierć Anglii! Krzyk ogólny odpowiedział mu, i nie ustał jeszcze, gdy uderzenie w bęben na okręcie Drake, gdyż taką nosił nazwę, dał się słyszeć; bęben Indjanki odpowiedział mu i każdy pobiegł zająć swe miejsce, artylerzyści przy działach, oficerowie przy baterjach, a majtkowie na zwykłych miejscach. Kapitan stanął na tyle okrętu ze swoją lunetą, znamieniem wyższości stopnia, berłem królestwa morskiego, które dowódzca trzyma podczas bitwy lub burzy. Teraz role zmieniły się, okręt angielski, okazywał niecierpliwość, a amerykański był najspokojniejszym: zbliżyły się do siebie na strzał działowy, tuman dymu w całéj długości okrył okręt; huk podobny do grzmotu piorunowego rozległ się po Oceanie, a posłańcy śmierci w swéj gwałtowności źle wyrachowani, upadli w bliskości fregaty, która jakby gardząc odpowiednią, spokojna, wolno płynęła. W téj chwili kapitan jeszcze raz powiódł wzrokiem po pokładzie swego okrętu, i zdziwiony, zatrzymał go na osobie, która po raz pierwszy nam się przedstawi. Był to młodzieniec od dwudziestu dwóch do dwudziestu trzech lat, przyjemnej i bladéj twarzy, skromny, którego kapitan nie znał wcale; był oparty o maszt środkowy, ręce założone na piersi, patrzał wzrokiem pełnym smutku na okręt angielski zbliżający się coraz bardziéj. Ta zimna krew w podobnéj chwili w człowieku, który nie zdawał się być wojskowym, uderzyła mocno kapitana, przypomniał sobie jeńca oddanego mu przez hrabiego , ostatniej nocy pobytu w Port Louis. — Kto pozwolił panu wejśc na pokład? — zapytał go, łagodząc ile możności swój głos, tak, że trudno byłoby rozróżnić, czy te słowa były wymówką czy zapytaniem. — Nikt panie! — odpowiedział więzień głosem smutnym — sądziłem, że w podobnej chwili będzie pan mniej surowy w wypełnianiu obowiązku włożonego na ciebie. — Czy wie pan, że mu jest zabronione przebywać z załogą? — Panie nie przebywam z załogą; przyszedłem tylko zobaczyć, czy jakaś kula nie jest mi pisana. — Możesz wkrótce tego doświadczyć jeżeli tu pozostaniesz. Wierz mi! Udaj się lepiej na dół. — Czy to jest rada czy rozkaz, kapitanie? — Zostawiam panu wybór. — W takim razie dziękuję panu, zostaję. Nowy wystrzał dał się słyszeć, okręty były już blisko siebie, kule nieprzyjacielskie przeszyły żagle Indjanki, i dwa kawały drzewa upadły na pokład. Kapitan miał wzrok zwrócony na więźnia, kula przeszła o łokieć nad jego głową, drasnąwszy maszt, o który był oparty; lecz ten pozostał nieruchomy na miejscu, spokojny i milczący jak na początku. Kapitan znał się na odwadze; ta próba była mu dostateczna dla poznania tego człowieka. — Dobrze zostań pan! A gdy przyjdzie do złączenia się z okrętem nieprzyjacielskim , jeżeli będziesz miał chęć, weź pałasz lub topór, i walcz. Teraz daruj, że nie mogę dłużéj zajmować się tobą; mam co innego do czynienia. — Ognia!! — Ognia! zawołał oficer, do którego, zwrócił swą mowę kapitan. W tejże chwili wstrzęsła się i kłęby dymu buchnęły z hukiem. Kapitan niecierpliwie oczekiwał dopóki się dym nie rozproszy, aby poznać, jaki nastąpił skutek. Gdy wzrok jego mógł się przedrzeć do nieprzyjacielskiego okrętu, postrzegł, że główny maszt został pociągając za sobą inne żagle okrętu Drake. — Dobrze dzieci! dajcie ognia nim zdołają wywikłać się z płótna, a potem do haków! Majtkowie wykonali ten rozkaz; fregata z wdziękiem obróciła się, i jak wulkan buchnęła płomieniem i dymem. Tą razą, rozkaz wykonany był z całą ścisłością; wszystkie maszty zniknęły z nieprzyjacielskiego okrętu, oprócz dwóch główniejszych; natenczas okręt nieprzyjacielski odpowiedział rykiem dział; lecz jakby przez czarnoksięzką moc, Indjanka została ocaloną. Jeden rzut oka dał poznać Pawłowi, że nie poniósł żadnéj straty, podskoczył z radości i zawołał: — Zahaczyć okręt i do walki dzieci! Na pierwsze poruszenie Indjanki nieprzyjacielski okręt poznał jéj zamiary i chciał ich uniknąć, gdy wtem jeden z masztów podcięty do połowy, upadł z wielkim trzaskiem na pokład, pokrywając go żaglami i linami. — Teraz należy do nas, — podsunąć się pod okręt i naprzód! Indjanka posłuszna rozkazom zbliżała się ku okrętowi, który zmuszony był ją naśladować, i przyjąć walkę osobistą, gdyż nie mogąc czynić żadnych poruszeń, działa były mu nieużytecznemi. Drake pozostał więc na łasce swego przeciwnika, który gdyby chciał, mógłby był pogrążyć go w otchłań morza; lecz jakby wstydząc się podobnego zwycięztwa, dał jeszcze raz ognia, a nieczekając rozproszenia się dymu przybił do niego. Podczas tych działań i ryku dział, na Indjance zpomięszanych głosów, jeden głos tylko dawał się słyszeć. — Odwaga dzieci!.. Związać ich razem, tak jak winowajców z pręgierzem! Ognia! i naprzód!. Wszystkie te rozkazy wykonane zostały jakby kierowane siłą: dwa okręta połączone były z sobą linami, wtem głos podobny do piorunu dał się słyszeć: — Naprzód!!! A łącząc przykład z rozkazem, kapitan rzucił swoje znamię godności, okrył głowę hełmem, wziął pałasz w zęby, który miał przy boku i udał się na brzeg okrętu, aby przejść na nieprzyjacielski. Chociaż poruszenia po wydaniu rozkazu, następowały tak prędko jak piorun po błyskawicy, kapitan wstąpił już drugi na okręt nieprzyjacielski; pierwszym był młodzieniec, o którym wspomnieliśmy, zrzucił on swój ubiór; uzbrojony tylko toporem, stanął pierwszy do śmierci lub chwały. — Mięszasz porządek na moim okręcie panie! rzekł Paweł śmiejąc się, ja pierwszy wstępuję zawsze. Na ten raz przebaczam ci. Ze wszech stron majtkowie Indjanki cisnęli się na pokład okrętu angielskiego. Anglicy cofnęli się, a dawszy ognia czwartą część nieprzyjaciela powalili na pokład, pośród przekleństw i jęków.. Lecz głośniej nad narzekania i klątwy rozległ się głos: — Co żyje, naprzód! Wówczas powstała scena okropna, po huku dział, broni, trzasku granatów, pokazała się broń stalowa: pałasze, puginały i topory — toporami, rozcinali sobie głowy; puginałami otwierali piersi; pikami, przybijali się do szczątków masztu. Czasami pośród tego zamięszania, dawał się słyszeć pojedynczy strzał pistoletu, lecz jakby zawstydzony, że wmięszał się do podobnej rzezi, zaraz umilkł. Ta scena trwała kwadrans z zajadłością trudną do opisania; po upływie tego czasu, angielski opadł, a marynarze schronili się na spód okrętu. Na pokładzie pozostali tylko zwycięzcy, ranni i zabici: a pomiędzy niemi dowodzca Indjanki otoczony swemi, z kolanem na piersiach dowódzcy angielskiego, mając po prawéj Waltera, a po lewéj młodego więźnia, którego koszula krwią zbroczona, okazywała, że nie był nieczynnym. Teraz skończyło się! rzekł Paweł, i nikt kroku naprzód nie postąpi! A wyciągając rękę do swego młodego więźnia. — Panie! rzekł, opowiesz mi twoją historyą, nieprawdaż? gdyż kryje się nikczemna zdrada. Do Cayenne, odwożą tylko podłych, a ty nie możesz być podłym, będąc odważnym!

IV.

ZEŚĆ miesięcy upłynęło od czasu, który w poprzedzającym opisaliśmy rozdziale, gdy dyliżans, którego koła i pudło okryte kurzem i obryzgane błotem, okazywały długą jego podróż, wolno toczył się się drogą z Vanne do Auray. Podróżny, który się w nim znajdował, był-to nasz dawny znajomy, młody hrabia Emanuel, którego poznaliśmy przy Port-Louis. Jechał z Paryża do rodzinnego zamku. Hrabia Emanuel d’Auray, pochodził z najdawniejszéj familii Bretanii. Jeden z jego pradziadów towarzyszył Ś. Ludwikowi do Ziemi Świętéj; od tego czasu familia ta była, w wielkiem znaczeniu. Margrabia d’Auray jego ojciec, kawaler orderu Ś. Ludwika, Komandor Ś. Michała i Wielkiego Orderu Ś. Ducha, był na dworze Ludwika XV w wielkiem poważaniu, do którego doprowadziły go własne zasługi, urodzenie i majątek. Powiększył go jeszcze bardziéj przez ożenienie się z panną Sablé, która wcale mu nie ustępowała w urodzeniu i majątku. Nic nie przeszkadzało szczęściu młodych małżonków, gdy po pięciu latach pożycia, doszła do dworu gwałtowna wieść, że margrabia d’Auray dostał obłąkania zmysłów, w jednéj z podróży do dóbr swoich. Długo nie chciano wierzyć tym pogłoskom: nakoniec zima nadeszła, a ani on, ani żona jego nie pokazali się w Versalu. Przez rok jeszcze, miejsce które zajmował przy dworze było wakującem, gdyż król spodziewając się zawsze, że powróci do zmysłów, nie chciał go dać nikomu; lecz przeszła i druga zima, a i margrabina nie powracała do dworu. We Francyi zapominają prędko, i dlatego też ta świetna familia zapomniana, samotną zostawała w starym zamku, jak w grobie; genealogiści tylko zapisali urodzenie jednego syna i jednéj córki; żadnego więcéj dziecięcia nie było z tego związku. Aurayowie zawsze liczyli się do możnej szlachty francuzkiéj, lecz od dwudziestu lat nie mięszali się wcale ani do intryg buduaru, ani polityki; nie mieli żadnego udziału ani w Pompadour, ani w Doubassy; zwycięztw nie podzielali z marszałkiem Broglie, ani klęsk z Clerinontem; nie byli już ani głosem, ani echem, byli zupełnie zapomniani. Mimo to imie d’Aurayów dwa razy było wspomniane na dworze: raz gdy młody Emanuel, został paziem dworu Ludwika XV; drugi raz, gdy wszedł do pułku rakietników młodego króla Ludwika XVI. Znając się z baronem Lectoure, dalekim krewnym P. de Maurepas, który był dlań przychylnym, Emanuel był mu przedstawiony, który dowiedziawszy się, że hrabia d’Auray miał siostrę, dał mu poznać jednego dnia, ileby sobie życzył, aby te dwie rodziny połączyły się ścisléj. Emanuel młody, pełen dumy, widział w tym związku możność zajęcia miejsca, które przedtem zajmował ojciec jego, i z radością przyjął przełożenie ministra. P. de ze swej strony pod pozorem, umocnienia związków, które go łączyły z Emanuelem, prosił go o rękę siostry, której dotąd nie widział. Margrabina d’Auray, także przyjęła z radością to oświadczenie, widząc otwierającą się przyszłość pełną zaszczytów dla swego syna; małżeństwo zostało ułożonem, a młody Emanuel, poprzedzając na trzy lub cztery dni narzeczonego, spieszył się oznajmić matce, że wszystko ukończone podług jéj życzenia. Co się tyczy młodéj Małgorzaty, téj dano poznać swoje chęci, nie pytając się jéj o pozwolenie, prawie tak jak skazanemu, gdy przeczytają wyrok śmierci. Upojony szczęściem, i widząc uśmiechającą się przyszłość, hrabia Emanuel pełen nadziei szczęścia, przybył do starego zamku swego ojca, którego wieże z czasów feudalnych, mury czarne, dziedziniec zarosły, sprzecznie się wydawały naprzeciw złotych myśli jego. Jedna część zamku stała nad morzem tak że rozhukane bałwany obijały się o jego mury. Był tylko w części zamieszkany; sprzęty odnowione za czasów Ludwika XV, przedstawiały dzięki mnogiéj usłudze, widok bogaty i arystokratyczny. Do jednéj z sali zamkowych, z gotyckiej architektury kominem, malowanej al fresco, wysiadłszy z powozu, wszedł hrabia Emanuel, pełen niecierpliwości oznajmienia matce corychléj nowin, które z sobą przywiózł. Niezmieniając nawet ubioru, rozkazał służącemu oznajmić matce swój przyjazd, i prosić o pozwolenie przedstawienia się jéj; takie panowało w tym domu posłuszeństwo dla rodziców, że syn przez sześć miesięcy nie mógł pokazać się przed matką, niepoprosiwszy pierwéj o pozwolenie. Co do margrabiego d’Auray, dzieci nie znały go prawie, gdyż jego obłąkanie było, z tych jak mówiono, któremu najmniejsze wzruszenie szkodzi; oddalano ich przeto ile możności od jego widoku. Margrabina jedna tylko, wzór cnoty małżeńskiéj, pozostała przy nim, pełniąc nie tylko obowiązki żony, ale i służącego. Dlatego też imie jéj było w wielkiem poszanowaniu u sąsiadów. Po chwili stary sługa powrócił z oznajmieniem, że Margrabina, sama doń przyjdzie, i że kazała panu hrabiemu czekać w tym pokoju. Wkrótce drzwi się otworzyły, i matka Emanuela weszła. Była to kobieta mająca około czterdziestu pięciu lat, wysoka, , przystojna jeszcze, surowa, smutna, z wyrazem dumy na twarzy. Ubrana w suknią wdów, któréj nie porzucała od czasu obłąkania męża. Ten ubiór czarny, przy powolnym ruchu nadawał jéj postać widma. Na jéj widok Emanuel zadrżał, a wstając postąpił trzy kroki naprzód, z uszanowaniem ukląkł i schylając się, pocałował rękę. — Powstań, rzekła margrabina; jestem szczęśliwą widząc ciebie. Te słowa wyrzekła tak obojętnie, jak gdyby syn nieobecny od sześciu miesięcy, wczoraj odjechał. — Emanuel posłuszny powstał, i zaprowadził matkę do wielkiego krzesła. — Odebrałam twój list hrabio, rzekła, winszuję ci zręczności w zabiegach. Zdajesz się być urodzonym na dyplomata więcej jak na żołnierza, i bardziéj prosić barona de Lectoure o jakie poselstwo jak o pułk. — Lectoure gotów uczynić wszystko, tak jest zakochany w naszej siostrze, i taki ma wielki wpływ u P. de Maurepas. — Zakochany w kobiecie, której nie widział? — Lectoure jest zakochanym, podług opisu jaki mu uczyniłem, a może z objaśnień jakie powziął o naszym majątku; dla tego-téż pragnie panią nazwać jak najprędzéj matką. Zapewne zapowiedzie nakazane. — Tak. — Pojutrze więc możemy podpisać kontrakt? — Można. — Dziękuję pani! — Ale powiedz mi, czy ci nie czynił żadnych zapytań, rzekła hrabina się o poręcz krzesła, o młodzieńca, na któregoś dostał od ministra rozkaz wygnania? — Żadnéj matko. Czyni usługi nie pytając się wcale! — A zatem nic nie wie? — Nie... — A gdyby wiedział? — Gdyby wiedział! sądzę go być dość filozofem, aby to odkrycie, mogło go odwieść od powziętego zamiaru. — Wątpię, lecz jego majątek jest zniszczony, rzekła hrabina z wyrazem pogardy? — A gdyby tak było, czybyś mu odmówiła? — Nie jesteśmyż dość bogaci, aby go zbogacić, jeżeli nas wzniesie? — Idzie tylko o naszą siostrę... — Sądzisz, że odmówi, gdy jéj rozkażę? — Myślisz więc matko, że zapomniała Lusigniana. — Od sześciu miesięcy przynajmniéj nieśmiała go wspomnieć w mojéj przytomności. — Jeden jest tylko sposób wznieść naszą familią; nie chcę ci taić mój ojciec słaby od piętnastu lat i przez ten czas oddalony od dworu, został zupełnie zapomniany od starego króla przy śmierci, a od młodego nieznany. Twoje około niego starania nie dozwoliły go odstąpić; i gdy pierwszy raz pokazałem się na dworze, zaledwie imie d’Aurayów było znane historycznie. — Tak! pamięć ludzi jest krótka: wiem o tém, pomruknęła margrabina; lecz jakby żałując tego dodała — sądzę, że błogosławieństwo Boga czuwa, nad władcą Francyi. — Ludwik XVI jest młody i dobry; Marya Antonina, młoda i piękna; kochani są od ludu walecznego. Emanuel zbliżył się do okna wychodzącego na pole, i na drogę prowadzącą z Vanne do d’Auray, na któréj spostrzegł dwóch jeźdźców zbliżających się ku zamkowi; w miarę jak się zbliżali, poznawał w jednym pana, w drugim sługę. Pierwszy ubrany podług mody elegantów paryzkich, w surdut zielony wyszywany złotem, spodnie trykotowe buty ze sztylpami, i włosy związane wstążką; siedział na dzielnym koniu angielskim wielkiéj wartości, powodując nim z wdziękiem; za nim o kilka kroków jechał służący ubrany arystokratycznie, zgodnie z panem, Emanuel sądził przez , że to był baron Lectoure, który przyśpieszywszy swą podróż, chciał go nieznacznie podejść, wkrótce jednak poznał swój błąd. Zdawało mu się, że nie poraz pierwszy widzi tego jeźdźca, niemógł go sobie jednakowo przypomnieć. Podczas, gdy chciał dociec, ktobyto mógł być. Służący otworzył drzwi oznajmiając: pana Pawła.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…