Front matter
I. Wspomnienia Wilna.
SPIS RZECZY.
I
I. Spójrzenie na miasto i mieszkańców 1830—1835.
miało Wilno fizjognomją swoją własną, oryginalną, charakterystyczną, odrębną, któréj dziś bardzobyśmy w niém dostrzedz radzi; cóz, gdy teraz jak większa część miast i miasteczek którym szczególne położenie jeograficzne, udzielne stosunki handlowe, napływ cudzoziemców nie nadają fizjonomij właściwéj, podobne one do wielu a wielu innych, i niczém się szczególném nie odznacza. Nowożytne upiększenia miast, budowle, gmachy, drogi, mosty i t. p. wszędzie są prawie jednakowe u nas, mieszkańcy rożnych stanów powierzchownością do siebie się zbliżają i jedną bezfarbną całość stanowią, starożytności tylko nieco wyszczególniają miasta, Wilno zaś z mnóstwa pamiątek starożytnych, niewiele bardzo zachowało nienaruszonych i nieprzeistoczonych, już to z koniecznej potrzeby, już to z niepojęcia wartości pamiątek. Wojny, pożary i sama niszcząca powolnie, niewidomie siła czasu skruszyła pomniki, po których wspomnienie głuche (na krótko) i miejsce (niepewne najczęściej) pozostało. Na resztę niedobitków przyszli ci ludzie bez smaku i uczucia starożytności, którym się zdaje, ze najlepiej się przysłużą pamiątkom dawnym, gdy je odmalują na nowo i przerobią tak, żeby się wydawały nowe. I na gruzach wzbudzających wspomnienia, stanęły gmachy w żółtych sukienkach, na miejscu szczytów gotyckich, frontony greckie; gotyckie budowy pobielono, stare nagrobki wyzłocono na nowo, wyrestaurowano — Ale to historja nie naszych tylko pamiątek — jest to już naśladowanie z francuzkiego — dajmy temu pokój. Ze wszystkich prawie stron od wjazdu nieosobliwie Wilno się wydaje, a od Lidzkiego gościńca najniekorzystniéj, bo go się domyślając, niewidzim aż w bramy miejskie wjedziemy. Jedziesz, jedziesz, powiadają ci, że miasto jest już blisko, wleczesz się po piaskach, chudemi szkapami z Jedlińskiej stacij wziętemi za wielkim targiem z pisarzem, co ich mimo podoroźnéj dać niechciał, czujesz już miasto, po jego mefitycznéj atmosferze, poznajesz je po dziadach ubogich siedzących nad drogą i śpiewających gdy się podróżny ukazuje, dalszy ciąg wczoraj zaczętych godzinek; — poznajesz po spotkanych powozach widocznie miejskich, czujesz miasto tuż przed sobą; podnosisz się na siedzeniu zniecierpliwiony — nic niewidać: a gdy upadłeś znowu kwaśny i zły, postrzegasz rogatki przed sobą, oglądasz się, jeszcze niéma miasta — Już przecie wjechałeś do niego i niewiesz kiedyś wjechał, jakim cudem cię otoczyło nagle. Od Pohulanki i Trok zjeżdżając z góry przynajmniej całość tych ściśnionych w dole między górami murów spostrzedz możesz i policzyć wieże kościelne wyglądające (przepraszam za porównanie) jak palce z podartéj rękawiczki. Nad miastem panują góry trzykrzyska, zamkowa i bekieszowa, ono opasane niemi, ściska się nad rzekami w dole zamknięte. Wieża Ś. Jańska, ten kolos przez Jezuitów wystawiony, Augustjańska, szczyty kościołka Ś. Anny i wiele innych wybiegających w górę strzał kościelnych, ukazuje się po nad piętrzącemi dachami. Z góry poglądając na ten ścisk domów bez żadnego pobudowanych wdzięku, ledwie dójrzysz ciasnych ulic, przeciskających się jak strumyki pomiędzy skałami. Możnaż uwierzyć patrząc na to, że w XVI. już wieku, była tu mowa, były urządzenia o prowadzeniu ulic pod sznur. Mówiłem już że w fizjognomij Wilna niéma nic oryginalnego. Domy stare nawet niemają charakteru i oryginalności; domy nowe ładne są, ale także bez charakteru, takich domów pełno wszędzie, gdzie tylko Bóg uczonym architektem i wzorami sztychowanemi budowli, równie stosownych dla Stockolmu, Paryża, Londynu i Wilna; bo w żadném z tych miast, nie oburzających kształty swemi, ale nie zastanawiających też stosownością swoją do potrzeb miejsca, klimatu, obyczajów. Ulice Wilna po większéj części nieregularne są, ciasne i ciemne, zaułki ciasniejsze i ciemniejsze jeszcze. Pragnącym oryginalności koniecznie, zalecamy żydowskie wązkie zaułki, tu charakteru nie brak. Kościołów nowych tak jak niéma, za to stare są wybornie poodnawiane, tak że do starych i do nowych nie podobne; cechują je tylko (wyjmuję dwa Bernardyńskie) wieże, ciężkie, niesmacznie ozdobione, widocznie XVII i XVIII wieku. Na niektórych — z nich kwitną w murowanych wazonach, blaszane kwiaty, zasadzone sto lat temu; wyobraźcie sobie, jak to zdobi! Widzisz z góry wielki kościół Ś. Jański, gmach bez kształtów widocznych, z wieżą panującą po dziś dzień, jak tu niegdyś panowali Jezuici, i przylepionym gankiem odmiennego smaku i stylu. Katedra piękna, ale zimno piękna, bo jej główna cecha pięćsetletnia starożytność, znikła całkiem w odnowieniu pod czystą i prostą sukienką dorycką Gucewicza. Jest to jakiś pantheon, nie Katedra Jagiełłowa, nie Witoldowy grób — ledwie kopuły kaplicy i odpowiednia jéj druga, napominają, że to Kościół i że Zygmunt III. pobożną swą rękę, przyłożył do niego. Ale tém smutniéj widzieć ślad po Zygmuncie gdy go niéma po Jagielle i Witoldzie. Powiadają wszyscy, że to stary także Ratusz, a przynajmniéj na starego stojący gruzach, ale pytam kto się domyśli jego wieżycy z zegarem, jego pręgierzy i piłata, jego gotyckich kształtów, z tego frontonu klassycznego? I tak czas, pożary, brak artystycznych pojęć, zaparły drogę wspomnieniom, przeistoczyły wszystko. Kawał tylko muruna Turzéj górze, relikwja XV wieku, Kościołek Ś. Anny, Bernardyński, stara cerkiewka Ś Mikołaja, podobna do pudełka, oto wszystkie prawie budowy, dawne czasy na myśl przywodzące. Jeśli ci się podoba potém, z budowli okiem na mieszkańców, niepostrzeżesz w nich nic, czegobyś gdzieindziéj już w podobnéj amalgamie niewidział. Brudne sklepiki żydowskie i żydzi dość brudni, szynk w każdym prawie domu na dole, ze swoją właściwą czeredą pijaków, kramiki z drzemiącemi w nich żydowicami, o kilku półkach spleśniałych towarów, o krzykliwym posługaczu, co gwałtem do nich nęci, w najniewinniejszej myśli przechodzących spokojnie ludzi. Ubiory jak wszędzie i ludzie jak wszędzie; — kilku starców w kapotach szarych i czapkach z barankami, z laskami na rzemyku u ręki wiszącemi, kilka pań w różowych kapeluszach, kilku młodzieży mniéj więcéj umundurowanéj z nosami do góry, kilku pokornych xięży dążących do klasztorów, żołnierze idący na wartę wymierzonym krokiem, kolporterowie ze słoikami, laskami, parasolami, miotełkami; bukiniści z obszarpanemi xiążkami pod pachą, dziewczęta niosące wodę od Ś. Jana w dzbanuszkach; z wielkiemi kolczykami u uszów, z piosnką na ustach, w fartuszkach. Wśród nich pieszo idący urzędnik podsiwiały na usługach kraju w wytartym futerku lub wyblakłym płaszczu, Jejmość za którą służący w liberij na poprzednika swego robionéj niesie xiążkę lub pieska, powoz sześciokonny z krzykliwym zwoszczykiem przesuwają się. — Ale fizjonomja zmienia się co chwila, jak twarz człowieka, z odmianą pory, czasu, godzin dnia, okoliczności szczególnych i miejsca obserwacij. Na ulicy Niemieckiéj, gdzie od XVII. wieku siedzą sami żydzi, ze sklepami sukien, wexlarniami i t. p. pełno żydów, pierwiastek izraelski przemaga (styl nowéj szkoły) — pełno ludzi zajętych, spieszących, kończących dla pośpiechu interess na ulicy; — drążki stoją u drzwi, słychać targi i głośne zapraszanie gizelów. Jest to królestwo bród i pantoflów, czuć je po właściwym nieopisanym zapachu. Gorzéj jeszcze na szklannym zaułku obsadzonym samemi żydami od czasów Władysława IV. kiedy im to miejsce specjalnie wyznaczono dla tego zapewne, że dobrze wprzód, sami je bez pozwolenia zajęli. Tu na prawo trącasz łokciem o sklep, w lewo o kram się ocierasz, żydzi mało cię nie rozedrą, a chwilowéj przynajmniéj głuchoty pewnym być możesz od nieznośnego ich piskliwego wrzasku zapraszającego cię do sklepu. Tu spotkasz pełno osób, co nie dobrych ale tanich szukają towarów i uważają targowanie się z żydami, za lekarstwo wzmacniające żołądek. Posłuchaj tylko jak pięknie, jak słodko Żydzi zapraszają, na wszystkie strony. — Jegomość! Jegomość! proszę do mnie, do Gitli, Jegomość, do Rubinowéj — Proszę Jegomości. A czego Jegomość potrzebuje. — Okularów? — Jest, jest, proszę, proszę — Zaproszony wchodzi. — Czego Jegomości potrzeba? — Okularów? — Wus! Może Jegomość potrzebuje tytuniu, cynamonu, migdałów, cukru, kawy? — Potrzebuję okularów. Tu potrzeba widzieć, z jaką wzgardą dla tego który śmie żądać okularów a nie potrzebuje ani cukru, ani migdałów, ani cynamonu; kupiec odpowiada odwracając się — — Tege niéma. Na Końskim Targu szuja żydów snuje się po błocie wśród powózek połamanych do najęcia dla niéj stojących, wozów siana, koni na przedaż, sklepików z powrozami, garnkami i t. p. i wyroby krajowemi! Tu słychać gwar największy, gdy dwa, że się tak chemicznym językiem wyrażę, pierwiastki powinowate sobie się zetkną — chłop biédny i żyd niepoczciwy. Nieraz jedną furę siana oblega pięciu faktorów i na współzawodnictwie konsumentów (protestuję się zawczasu przeciw mogącemu się z tych słów wyrodzić mniemaniu, jakoby żydzi wileńscy, sianem się karmili) — — traci biédny chłopek najczęściej. Przejdźmy na Antokol — Tu cicho, niéma gwaru, czasem tylko w piękny dzień pogodny, w Maju, Czerwcu, w pogodnéj jesieni, spotkasz kilka drążek śpieszących do Tivoli, kilka koczów toczących się do Sapieżyńskiego ogrodu, kilka starych małżeństw i starych panien na powolną wyszłych przechadzkę; żydów tu prawie nie postrzeżesz, mówię, prawie, bo i tu napotkać ich można, a całe roje snują się w szabas wystroiwszy, używając wczasu i wygrzewając na słońcu, od którego widoku nic się nie płaci. Koło Zielonego mostu pusto — Tędy chłopi na targ jadą licznie, ale targi trwają nie długo i znowu cicho. Więcej tu podobno mieszczan niż żydów, populacja cicha, domy pozamykane, nie słychać głosu izraelskich dzieci, ani turkotu drążek, które się tędy rzadko przesuwają. Nigdzie znowu niéma więcej ruchu, jak na Dominikańskiéj i Trockiéj ulicy z Niemiecką. Tu najgęściéj podobno na trotuarach kobiét i mężczyzn, najwięcéj drążek i pojazdów, które ztąd aż ku Ostréj Bramie cyrkulują nieustannie do późnéj nocy. Ku Popławom i na przedmieściu Ostrém ruch się znowu zmniejsza. Ztąd najwięcéj prawda przybywa podróżnych, ale ich zaraz na wstępie, połykają zawsze głodne zajezdne domy żydowskie, gdzie przybyli z prowincij pośpiesznie się lokują, przekonani o niebezpiecznéj drożyznie wewnątrz miasta panującéj, przypłacając najczęściéj sławioną tanność przedmieścia okradzeniem lub odarciem niemiłosierném na odjezdném. Nareście fizionomja miasta zależy od pory dnia. Bardzo rano, kiedy dzwonią po kościołach na jutrznią, na piérwszą mszą ranną o mroku; ledwie się przesunie po ulicy złodziéj, zaspana kobiéta, budnik, stróż porządku i dobrych obyczajów, latarniarz z drabinką na plecach, śpieszący na pomoc gasnącym rewerberom. Potém postrzegasz mleczarki z blaszanemi naczyniami na ręku, słyszysz stukanie do niektórych bram, pokazują się światełka u pracowitych rzemieślników, czasem przerwie cichość turkot powolnie włokącego się wozu. Kolejno otwierają się bramy i furtki, wychodzą słudzy i służące po wodę, ich rozmowy i śmiechy, rozlegają się po pustych jeszcze ulicach. Przekupki ciągną się na łokcie, za niemi śpieszą kupujący, gdzie niegdzie otwiéra się pół kramu, jak jedno oko rozespanego; ale cicho jeszcze. Dopiéro ze dniem drążki zjeżdżające się na swoje zwykłe stanowiska rozpoczynają ruch, za niemi wysypują się żydzi, studenci, kanceliści. Kawiarnie i cukiernie otwierają się, chłopcy mokrego jeszcze roznoszą . Tak się ruch dnia rozpoczyna. Ku południowi kiedy z kancelarij, szkół i zewsząd śpieszą na obiad, ruch ten pomnaża się na chwilę, a gdy każdy poszedł już jeść i trawić, miasto na chwilę widzialnie staje się pustém i odpoczywa. Jest to dowod, jak w Wilnie serjo uważają, tę chwilę dla żołądka stanowczą. Po obiedzie, a mianowicie ku wieczorowi, wszyscy którzy mogą wyjść na przechadzkę lub wyjechać, ruszają ku Antokolowi, ku Pohulance, na Popławy, więcej tu teraz niż rano ukazuje się powozów, piesi są wyraźnie strojniejsi. Z zapaleniem latarni jeśli jest teatr, maskarada, bal; drążki warczą bezustannie po bruku, jeśli to nie pora zabaw, cichość panuje rzadko przerywana kół turkotem. Ulica Dominikańska staje się zupełnie pustą; najwięcej jeszcze ruchu koło Ś. Jana i w sąsiednich większych ulicach. O ósméj i dziewiątéj wielki świat (który w proporcją małego, jest sam maleńkim tylko światem) jedzie na wieczory proszone; jego karety i kocze powolnym systematycznym turkotem wcale różnym od szalonego, warczenia zwinnéj drążki, przerywają sen o północy i późniéj jeszcze, kiedy już tylko wielcy bardzo panowie i wielcy bardzo gracze do domów wracają, a wielce tylko biédni i pracowici bardzo, dosiadują przy świécach. Naówczas to natrętne stukanie do bram, wśród powszechnéj ciszy jest nieznośne. Ale jak chcąc przypatruj się miastu, gdy go z innemi porównasz, nie znajdziesz w niém najmniejszego podobieństwa do najmniejszéj stolicy, chociaż nią było kiedyś. Dość ludne (1850-1855) w stosunku do swéj obszerności, jednak jakby było pustém bawi się z największym smakiem plotkami, szpieguje i ogaduje jak mała mieścina, wstaje dość rano, śpi w nocy po parafjańsku, niezna się wcale na modach (dowodem tego, że nikt strojów w Wilnie nie sprawia prócz tych co się na nich nie znają) — i w prostocie ducha rozumie że jest małym Paryżem. Co to za szczęście mieć choć taką opinją — o sobie. Tu, jak na prowincij, wszyscy ludzie się znają, jeśli nie osobiście, przynajmniéj wiedzą kto są; każdy zna historją każdego; i czasem nawet nie wiedząc nazwiska, ciągłego spotykania się, dowiaduje się historij obyczajów i nałogów; wie gdzie Pana N. w żółtym surducie spotka, gdzie i o któréj ten a ten w okularach idzie, wie po co i t. p. Każdy nowo przyjezdny tak odbija na téj swojskiéj massie, że go wszyscy, aż do chłopca ulicznego, aż do dziewczyny z kawiarni, poznają od razu. Wszystkie powozy są policzone, konie znajome — pociemku je poznawają mieszkańcy, zupełnie tak jak na wsi i tak jak na wsi, wiadomo wszystkim kto kogo kocha, kogo nie lubi, gdzie bywa, co robi, wiele ma piéniędzy, od kogo je pożycza. I tak jak na wsi jeśli postrzeżesz twarz bladą, oczy wpadłe, wszyscy ci powiedzą dla czego ten ktoś ma twarz bladą i oczy wpadłe. I tak jak na wsi siedzisz tu pod przezroczystą zasłoną na oczach ludzkich, a brama się twoja nie otworzy, ani usta twoje, żeby o tém jutro echo się nie rozeszło po mieście daleko. Wyrachowano przecie wiele tysięcy mil przebiega światło w przeciągu sekundy; ale któż obliczy bieg plotki, prędszéj od światła. Światło przynajmniéj dójść musi, aby je ujrzano; plotkę często odgadną nim dójdzie, przeczują, tak o niéj wcześnie przemyślają. Ale zkąd to wszystko pochodzi? — Powiémy szczérze jak się nam zdaje — z próżnowania, z braku zajęcia, a zajęcia potrzeby. Kiedy mało czytają, niewiele piszą, nie zajmują się muzyką, malarstwem, naukami i zmuszeni czemś się zająć i cóś trawić dla umysłowego (tak to się zowie) życia; — zajmują się — plotkami. Jeśli niczego więcéj, to przynajmniej wielka szkoda czasu.
II
II. Kościoły, Uroczystości.
wspomnienia nasze od Kościołów i obieżmy znaczniejsze przynajmniéj. Kościół Katedralny ma to za sobą ze stoi na wielkim placu, który go całkiem obejrzéć dozwala. Architektura jego grecka, klassyczna, prosta i wdzięczna; ale że go czyni podobniejszym do pantheonu, niż do katolickiego starożytnego Kościoła i nie godzi się z dawną wieżą tuz obok stojącą, nikt temu nie zaprzeczy. Architekt, któremu wysokiego talentu nie ujmujemy, zapomniał zupełnie że odnawiając Katedrę trzeba było w niéj koniecznie ślad kilkusetletniéj starożytności ząchować, stanowiącéj jéj właściwy charakter, malującej dotykalnie jej histoiją. Tak jak jest, jest to bardzo piękny Kościół nie przeczę, ale Kościół jakby wczoraj fundowany, na którego fronton, patrząc, prędzéj na myśl przyjdzie Grecja, Paryż, Włochy, niż Jagiełło i Litwa. Możebym wolał niepiękny Kościół, a stary, widocznie nasz własny, na którym czepiały wieki ozdoby różnokształtne znacząc swoje przejście, wolałbym okopciałego muru kawał, budowę nie prawidłową a Jagiellońską, jak wolę pieśń naiwną ludu, od wymuskanéj piosenki uczonego poëty. Katedra tamta mówiłaby nam o przeszłości, gdy ten piękny Dorycki Pantheon, niczém do nas nie przemawia. Lecz nie należy zupełnie obwiniać Gucewicza, architekta pełnego, talentu, któremu tylko brakło uczucia właściwości sztuki, uczucia względnéj, pamiątkowéj piękności; Kaplica Ś. Kazimierza za Zygmunta III. poczęta, za Władysława IV. skończona, stanowiła tu dla niego skazówkę stylu w jakim resztę budowy miał odnowić. Nie chcąc téj najświeższéj pamiątki niszczyć, a pragnąc ją harmonijnie wcielić, dotworzył całość w tym smaku. Przytém, może już restauracja charakterystyczna budowy, była niepodobną, bo ulegając kilku pożarom, odnowieniom, przylepieniom Kaplic, Katedra czasów Gucewicza, wystawiała budowę bez charakteru, zlepek części nie stanowiących jedności. Ale jakkolwiek bądź, my zostając przy swojém, ubolewając, że Katedralny Kościół nasz litewski, główny; tak ma oblicze nowe, jakby pięćset lat nie ubiegło, od założenia jego na gruzach pogańskiej świątyni. Wnętrze Kościoła jest wspaniałe; świeżo zajęto się ozdobieniem go jak najlepszym smakiem i zdaniem znawców, (bo myśmy sami tego nie widzieli) dopełniono wewnątrz tego, co powierzchowność obiecywała. Żal że i wewnątrz pamiątek starożytnych, nagrobków mało. Witoldowy ów przez Bonę postawiony gdy piérwszy nagrobek bohatéra, chorągiew z jego wizerunkiem zniszczał, także dziś nie istnieje. — Kaplica Ś. Kazimierza ozdobami swemi smak XVII wieku przypomina; tu godne uwagi malowidła alfresco, powszechnie cenione wysoko; wyobrażające sceny z żywota Królewica — obraz trójręczny i wiele bogatych ozdób. Nabożeństwa niedzielne sprowadzają do Katedralnego Kościoła, na kazania mianowicie, wielki świat nabożny, który się podziela między Katedrę i Dominikański Kościół. Ten ostatni, tytułu Ś. Ducha, sławny organem, na którym Renner grywał bywało ślicznie (szkoda że najczęściéj urywki z Koncertów i wcale nie kościelną muzykę) jest ciemny, smętny i dość brudny. Ozdoby jego XVII i XVIII wieku, złocenia quondam, poczerniałe, mury obdrapane, sklepienia zakopcone, nadają mu fizjonomją posępną. Kościół ten zwykłą architektom ostatnich czasów metodą, tak jest postawiony, żeby niczém prócz ilości ołtarzy i ozdób nie zastanawiał, nie wysoki, nie niski, nie wielki, nie mały; — oko biegając mimowolnie za szczegółami, nie może pojąć całości. Pamiątką tu są dwa dawne portrety; Króla Alexandra Jagiellończyka i Kapellana jego Korczaka, co Probostwo S. Duskie, sprowadzonym Kaznodziejskiego Zakonu Mnichom odstąpił. U Bernardynów i S. Anny najwięcéj nabożnych bywa na prymarij i rannéj wotywie. Znacie wszyscy przynajmniéj z rysunku prześliczny Kościołek S. Anny, jedyną ozdobę Wilna, którą na klęczkach podziwiać potrzeba. Ale wejdźcie do środka — znika urok — Kościołek pobielony, nagi, jasny, mały jak latarnia. P. Narbutt dowodzi że imie architekta odkrył i datę pewną kiedy zbudowano Kościołek, wierzmy temu, choćby dla przyjemności chwalenia mistrza. W Kościołku tym zawsze i dotąd jeszcze zbierają się Niemcy, bywają dla nich Niemieckie Kazania. Słuchając ich, żywo przypominamy sobie, predykanta Wiklefa, co z téj Kazalnicy, siał piérwsze nasienie reformy. U Bernardynów w największéj liczbie zbierają się rzemieślnicy i klassa średnia — U drzwi tego Kościoła największa liczba dziadów. — Jednego z nich pamiętam, starego paralityka, który ze szczególnym uśmiechem częstował wszystkich przechodzących tabaką i dobrze na tém wychodził. Któżby odmówił? A któżby znowu chciał darmo, szczypty pociechy ubogiego pozbawić? Dominikanie mają także właściwego swego dziada, na którego ile to ranków patrzałem z okna Klasztoru XX. Pijarów!! — Dziad ten ma nogi powykręcane, co mu nie przeszkadza do umiatania przedsionka i ulicy. U XX. Augustjanów czarnych skromne i ciche nabożeństwo. Kościołek mały, ale do modlitwy jedyny dawniéj, gdyby nie dystrakcja młodzieży przelatującéj czasem, dla przypatrzenia się nabożnym. W Niedzielę ma właściwą sobie ludność, pań urzędniczek, Kancelarzystek, i t. p. Uczniowie Medycyny przychodzili tu zakręcić się i zajrzeć pod kapelusz pięknościóm skromnym małych ulic. Przez ciekawość warto spójrzéć w prawo na obraz Ś. Jana Jałmużnika. U Ostréj Bramy nabożeństwo najliczniéj uczęszczane bywa we Środę i Sobotę. Naówczas wszelkiego stanu osób pełno na ulicy, a delikatniejsi, co się lękają pomieszać z tłumem modlącym na bruku, siedzą na galerij. Nie wiém czy ztamtąd, czy z bruku na którym ubodzy gołemi nogami klęczą, bliżéj do Boga. To pewna że galerja wzniesiona jest nad ziemię, około czterech łokci. Codzienne msze przed cudownym obrazem są także dosyć uczęszczane, a często i w nocy nawet lampa cudownego obrazu, sprowadza tych co się prawdziwie chcą modlić. Pamiętam jak wracając z wieczora widziałem tam jakąś postać włachmanach z załamanemi rękami modlącą się z jękiem do Bogarodzicy. Nigdy tego nie zapomnę. Teraz tak rzadko widziemy pobożnych bez rachuby — Drugi raz, serce mi się scisnęło, spotkalem tu wojskowego, co śmiał szydzić z nabożeństwa. A ileź to razy jeszcze pod okiem Matki Bolesnéj, napatrzyłem się z sąsiedniego okna mojego mieszkania, scen tak różnych, tak miejscu niewłaściwych. Wielka na łańcuchu spuszczająca się skarbona, napełnia się prędko. W Bramie siedzą przekupki z obrazkami, szkaplerzami, paciórkami i t. p. Żydzi się tu nie pokazują nigdy, bo by musieli jak wszyscy zdjąć czapkę przed Bramą. Tylko ci, którzy drążkami wożą, mogą tędy przejeżdżać; lecz w swoim właściwym stroju, żyd przechodzący tędy, wzbudziłby powszechną animadwersją, mogącą się skończyć na guzach. Taka jest moc dawnego zwyczaju i tradycyjne wyobrażenie o świętości miejsca. Blisko, połączony z Ostrą Bramą, dość duży Kościół Karmelitów, nie piękny wcale, bywa także czasem pełny w Niedziele i na Ś. Józef. Cerkiew stara Ś. Ducha z monasterem odznacza się położeniem odosobnioném od domów na szerokim placu, który ją widoczniejszą czyni. Architektura niepiękna. Inne Kościoły najwięcéj uczęszczane bywają w właściwe im święta i odpusty a w powszedne dni rzadko w nich można znaleść kogo na mszy, prócz kilku staruszek, starców i ubogich. Najwspanialéj obchodzone są tu Święta Bożego Ciała z processją, od Katedry, do czterech ołtarzy lub czterech Kościołów. Dawniéj nieraz zdarzały się wśród téj uroczystości zaburzenia, z powodu sporów o porządek iścia cechów; nieraz i strzał dał się słyszeć, gdy Białoskórnicy wyprzedzili panów Czarnoskórników, panowie Łożewnicy, panów Magierników. — Dawniéj zdobiono ulice, wywieszano z okien kobierce i obrazy, potrzęsano bruk kwieciem. Pamiętna jest jedna Processja Bożego Ciała za Biskupstwa Brzostowskiego. Do Kościoła Pana Jezusa na Antokolu, odbywają się w piątki majowe pielgrzymki pobożne, świetne ubiorami, pojazdy próżno idącemi — pielgrzymki może dziś więcej dla zwyczaju niż dla nabożeństwa odbywane, bo połowa pątników Antokolskich zamiast do Kościoła na modlitwę, śpieszy tylko do Sapieżyńskiego ogrodu na przechadzkę. Ważną uroczystością są tu Groby W. Piątkowe. Nigdy lepiej mieszkańców miasta zobaczyć nie można, jak wówczas, wszyscy się wysypują na ulice. Kościoły stroją najstaranniej groby swoje, każdy właściwym smakiem i sposobem, niektóre (i tych najwięcéj) tradycjonalnie, co roku jednakowo zupełnie. U Dominikanów jest w głębi korytarza grób ozdobiony szkiełkami, lustrami, kwiatami sztucznemi, fontanną, przesuwającemi się obrazkami stacij. U Ś. Jana osobna na to przeznaczona Kaplica bardzo prosto i pięknie dosyć przybrana. Wyobraża ona grób, około którego leżą znaki męki, szaty Zbawiciela, kości któremi je rozegrywano. W Katedrze także osobna Kaplica z dekoracjami wyobrażającemi świątynię Grecką na górze, odpowiada ona charakterowi Kościoła. W Klasztorach żeńskich pełno kwiatów u grobów i piękne słychać śpiewy. W innych muzyka instrumentalna, lub ukryte fortepiano przygrywa. Amatorowie grywają u Bonifratrów, u których nacisk jest wielki dla widzenia obłąkanych. Pojąć nigdy nie mogłem przyjemności ludzi którzy się bawią patrząc na najostateczniejszą degradacją człowieka i śmieją do rozpuku z obłąkanych. Podobno najwięcéj biegną tu kobiéty. Dziwna ciekawość, którą nieraz rumieńcem przypłacić potrzeba, kto jeszcze ma rumieniec. Skutkiem pięknego dawnego zwyczaju populacja Wilna, nawet wyższych klass ludzie, mają sobie za obowiązek pobożny obchodzić wszystkie groby. Wyobrazić sobie nie można ściskającego się na ulicach tłumu, rozmaitości figur, min, strojów; trzpiotowatości młodzieży; która od grobu do grobu goni za upatrzoną pięknością. Co za profanacja! Co za sprzeczność — Zaloty i grób; a czyjże grób jeszcze! A jednak wszyscy tu są strojni, ubrani, wszyscy chcą się tylko pokazać, nikt prawie się nie modli, jednych rendez vous, drugich muzyka, trzecich chęć popisania się ze strojem prowadzi tutaj. Prawie nikt, powtarzam nie modli się. Chodzą, śmieją się, biegają, przeganiają, spotykają, uśmiechają, w wilją marzą o tém, następny dzień o tém tylko mówią. Ileż to spójrzeń słodkich, ile uśmiechów przy grobie. Nie wiem jak ten tyle znaczący wyraz — grób, nie odpędzi od nich myśli próżnych, uczuć wesołych, jasnych, lekkich. Ale oni o niczém prócz siebie nie myślą. Życie tak jest smaczną potrawą, dla tych, którzy nie wiedzą dla czego, czemu żyją i dokąd ich życie to prowadzi! Ulice Wilna ożywione są, pełne ludu — wszyscy się śpieszą, popychają; ten za salopą czarną, tamten za niebieskim kapeluszem. Ta — całując krzyż odwraca się i patrzy — Mój Boże! to się zowią ludzie, którzy mają wieczność przed sobą! Posłuchaj rozmowy: Dwóch młodzieży; jeden w tużurku cynamonowym, drugi w płaszczu o jasnéj podszewce, idą od Ś. Jana do Katedry. — Ty już byłeś Jasiu w Katedrze? — Byłem, biegłem myśląc że ją tam zastanę, ale mi się nie udało, złapałem ją dopiéro u Ś. Jana i teraz za nią gonię do Katedry znowu; już jéj nie opuszczę do wieczora. A ty? — Ja jeszczem mojéj Paulinki nie spotkał nigdzie. Wiém że wyszła odwiedzać groby, bo przechodząc koło jéj domu, widziałem powóz u bramy — — Śmieszny jesteś, naturalnie zacznie od najbliższego Kościoła — trzeba tam było czekać u Augustjanów. — O! nie mogę ustać na miejscu — — Wiesz co wstąpmy do Cukierni — — Na momencik — — Dobrze, na momencik tylko. Dwie panie w atłasowych salopach i axamitem ubranych kapeluszach, pół-zimowych. — Widziałaś Rejentowę, jak się naczupurzyła — Co za kapelusz — Gdzie ona go pić mogła? — A! wiém! koło Fiorentiniego u........ — Ale to wieża Babel — ! — Albo Sowietnikowa; — w szlafroczku? Kto wychodzi w szlafroku na ulicę? — Naturalnie, tylko Sowietnikowa chyba. — Pan Antoni ci się kłania, na lewo spójrzyj na lewo. — Pewna jestem że ten ukłon dla ciebie nie dla mnie. — Tak jesteś spokojna o niego, że nie lękasz się przypisywać go komu innemu. Wchodzą do Kościoła. — Spójrzyj na prawo zmiłuj się kto w tym cytrynowym szalu — ? — Cóś zupełnie nieznajomego, jakiś ślimaczek, co dziś dopiéro wyszedł ze swojéj skorupki. Dwie podżyłe kobiéty. — Pani, będziesz piekła święcone u siebie, czy wezmiesz u Hurtiga? — Trochę upiekę, a resztę dokupię. Nie wiedzieć co zrobić; bo i tak drogo i tak drogo. A tyle zachodu! — Ja nic nie piekę w domu — A mięsiwo? — Przysłali mi ze wsi. — Jakże się dzieci mają? — Zdrowe dzięki Bogu; młódsza dostała kaszlu — — Na kaszel niéma jak zimna woda. — P. Wróblewski zapisał ulepek. Dwóch podżyłych mężczyzn. — Rejenta Dobrodzieja. — Sługa Pana Sędziego. — Jakże poszedł wist wczorajszy? — Trzy robry na głowę przegrałem. Dwa szlemy wziąłem raz po raz. Musiałem usiąść pod belką — piętnaście rubli. — Szkaradnie! Słyszałeś Pan o tym biédnym stołonaczelniku? — Cóż chcesz? Słyszałem — Nie przyjmować więcéj do służby! Ostro! ostro!. Miał nieprzyjaciół. Nic dziwnego. — Prokuror podał się do odstawki. Szkoda; dobry człowiek. Brał to prawda, no, ale kiedy wziął to zrobił. — Tak, to nie mała rzecz, bo są tacy co i wezmą i nie zrobią! — O są tacy! — A gdzie dziś wieczorem? — W domu. — Nie łaska do mnie na wista? — Jeśli każesz — — Będzie Konsyljarz i Sowietnik. Założym złotówkowego wista. Tak to pobożne wiodą się rozmowy u grobu Pańskiego. Dzień ten w ciągłéj przepędziwszy gorączce wracają do domu mówić o ubiorach, o ludziach. Zwierzają się poufale myśli swoich, o tém, o téj, o tych. — Ten złapał na drodze uśmiech dobréj wróźby, ten słówko wielkiego znaczenia. Każdy żartuje, szydzi, śmieje się, chwali. Wszystkie domy ożywione są, zajęte aż do Rezurekcij, aż do Święta. Rezurekcja odbywa się w każdym kościele o innéj godzinie, aby wierni, a raczej ciekawi z jednego do drugiego koleją, tak jak od grobu do grobu przechodzić mogli. Zaczyna się około dziewiątéj wieczornéj, trwa do dziewiątéj rannéj. Téj nocy niéma snu w mieście. Tłumy z kościoła do kościoła krzycząc i śmiejąc się przebiegają, a noc tak czarna! a ludzi tak różnych i tak wiele! Bramy domów stoją nie pozamykane, kościoły otwarte, traktjery ledwie po północy się zamykają, drążkarze jeżdżą do świtu. W całém mieście, trwa dzień przez noc. Ci którzy nie chcą lub nie mogą do wszystkich lub do wielu chodzić kościołów, przynajmniéj w jednym z nich być muszą. Następuje Wielkanoc, ze święconém jak wszędzie. Cała niższa i najniższa klassa ludności tłucze tysiące jaj naprzeciw Ratusza. Pocieszna i wcale oryginalna zabawka. Jest jeszcze kilka uroczystości popularnych, z których Ś. Jan i pielgrzymkę na Rosę stary zabytek Sobótek pogańskich, za najważniejszą uważać można. Rosa, jest to smętarz za miastem. Wiemy, że wedle podania, dnia tego, (to jest téj nocy) zakwita Paproć, a kto kwiat jéj odkryje, wszak już wiecie — jakby znalazł kamień filozoficzny. Do téj pory nikt jeszcze nie odkrył tego talizmanu; wielka szkoda; razbyśmy przecie wiedzieli, jak też to szczęście absolutne na ziemi wygląda, którego nawet pojąc nie umiemy.
III
III. Domy.
mają fizjonomją, wiek swój napisany na czole i charakter jak ludzie, nikt już podobno o tem nie wątpi. Gdyby kto z domostw wileńskich, chciał o Wilna mieszkańcach wnosić, wziąłby ich (po większej części), za ludzi bez smaku, za leniwców. Bo połowa miasta zastawiona jest staremi domy i tak nędznemi, że się dziwić potrzeba właścicielom, iż ich przynajmniej nie poprzerabiają, gdy widocznie i niewygodne i niewdzięczne oku i co najgorzéj brudne. Gdyby to choć starej budowy wybitny charakter na nich, gdyby coś przypominającego dawność — ale często tylko grube warstwy brudu, naprowadzają na myśl, bardzo dawnego — zabrukania. Z nówszych domów, kilka jest wcale pięknych, ale prawie żaden wybitniéj się nieodznacza, a wszystkie są tak ściśnięte, poklejone, tak im ciasno, że gdyby nawet były piękne, trudnoby się tego dopatrzéć w nieprzerwanym szeregu murów. Do piękniejszych się liczą dom Wańkowiczów, Pusłowskich (dawniéj pałac Chodkiewiczów) Vitinghofowéj, Müllera, Zawadzkich. — Do pamiętniejszych wypadkami należą Kardynalja, dom Skarbowy dawniéj Zbór koło Ś. Michała, dom Pusłowskich, dom w którym była Piacionka, Służków pałac i t. d. Stare domy, których wiele jest jeszcze na ulicach Wielkiéj, Zamkowéj, Dominikańskiéj, zwykle sklepione w dolnych mieszkaniach, okna mają wgłębione, dużo schodów ciemnych, sieni, ciupek. W środku dziedziniec brudny z pompą, około którego kręcą się galerje z wiszącemi z nich rynnami, z rozwieszoną bielizną i tym podobnemi ozdobami. W środku bywa jeszcze kupa śmiecia, którą ciekawy pies analizuje. Nic brudniejszego nad dolne mieszkania, w których się zwykle żydzi mieszczą, ciupki zwłaszcza na tyłach domów, ciemne, nieczyste, woniejące. Na dołach także są szynki i kramiki, rozsypane prawie po wszystkich ulicach. Za wielki zbytek uważa się tu dzwonki u drzwi, które się ledwie w lepszych mieszkaniach spotykają, o Szwajcarze jak o bajecznéj istocie powiadają że exystuje gdzie niegdzie, ale człowiek który ten obowiązek sprawuje, siedzi gdzieś w dziurze na drugim końcu dziedzińca, jak najdalej od wrót. Od dołu do góry taki postęp jak wszędzie, nisko ubodzy, w środku bogaci, potém decrescendo, aż do strychu. Toż samo dzieje się z mieszkaniami na tyłach zostawionemi biedniejszym, gdzie powietrze duszne i ciężkie, wschody śmieciste, widok zaparty i wieczna wojna sąsiadów. Tam się najwięcej rzemieślnicy sadowią; dawniéj bywało nieraz i akademickie spotkałeś pandemonium, wrzawliwe, zadymione fajkami i zdala buchające wesołym śmiechem dwudziestoletnich szczęśliwych! — Najbiedniejsze mieszkania, są w suterenach, sklepikach wilgotnych, ciemnych, rzadko czém inném nad okienko we drzwiach oświeconych. Schronienie to ostatniéj nędzy, ubogich przekupniów, którzy blaszane swe pełne mléczywa naczynia i stoły zastawione owocami wystawują na sprzedaż w szyjach tych lochów. Domy przedmieść i zaułków, cale się różnią od budowli ulic głównych. Na zaułkach wielkie w kwadrat zabudowane, pełne żydowstwa kamienice, niepojętym są stekiem brudu. Na przedmieściach maleńkie domki, w części tylko żydami wypchane. Wszędzie gdzie się dał żydowski kramik przyczepić z nadzieją przedaży bodajby garnków, nieomieszkano z miejsca korzystać.
IV
IV. Drążkarze.
i Żydzi utrzymujący drążki, małe, jednokonne, nie kryte, są numerowani na plecach i mają przeznaczone miejsca do stania, w ryneczku na ulicy wielkiéj, koło Ratusza, na zejściu ulic Dominikańskiéj i Wileńskiéj i w kilku innych miejscach. Umieją oni doskonale poznać, kto z niemi pojedzie, a kto ich ominie, spuszczając się na nogi. Siedząc pół dnia i poziewając na kozłach, mszczą się żartami na przechodzących, którzy ich nie biorą. Kiedy widzą nadchodzącego, odzywają się. — Ja z panem pojadę! — Jedziemy panie ― — Niech pan siada. A kiedy przechodzień pokaże tylko gestem chętkę pojechania, gdy się zwróci, skinie, wszyscy razem drogę mu zajeżdżają, kłócąc się, odpychając, bijąc, łając — — Co pan nie widzi! To szkapa! mój koń lepszy! Nie dowiezie do Ratusza! Już jedziesz, a za sobą jeszcze słyszysz: — No! no! cwicz siwego! niedaleko zajedziesz — pół mili za dwa dni — — Wiu! wiu! jak z furą gnoju! Starsi i zamożniejsi są cierpliwsi, powoli jeżdżą, uważnie, nie bardzo nabijają się przechodniom. Młódsi, byleś im kazał, lecą piorunem. Nie wszyscy znają dobrze miasto. Jest jeden który od niedawnego czasu począł stawać z koczem do najęcia i spał dzień cały na kozłach. Stary woźnica który musiał wiele rzeczy widziéć, wiele przebyć. Jego siwa głowa, stare palone bóty, liberja galonowana odwieczna i wytarta, mina smutna i pogardzająca, pokazują że tylko z potrzeby rzucić się musiał do ulicznéj prostytucij swojego rzemiosła. Biédny starzec musi żyć, a na życie choć siwy pracować. — Drążkarze zmuszeni przypatrywać się przechodniom najlepiéj ich znają i najprędzéj umieją poznać kogo wiozą, po co i gdzie. Po minie wyczytają cel i zamiar podróży, a ich rozmowy kiedy oczekują i szpiegują żeby kogo powieść, są bardzo ciekawe. — Nu, mówi jeden trochę z żydowska, ten pojedzie. — Który? Ten w szubie — o nie! Ma na nogach kalosze, pójdzie piechotą. Skąpiec! czy, widzisz jaką ma czapkę starą i zasmoloną z tyłu od włosów, a spodnie u dolu pozawijane, żeby się nie zbłociły. — Prawda. — Panienko! ja z panną pojadę — Ciężkie czasy niéma wojska — poszła piechotą. A może teraz do licha zdumniała że na drążkach jeździć nie chce, bo ma widzę nowy kapelusz, i salopę — Ej! czy nie od Sowietnikowicza! Dawniéj chodziła w staréj chustce na głowie i przydeptanych trzewikach — Często ją wieczorami po mieście woziłem. Służyła w traktjerze; kto wie, może wyjdzie na panią w końcu. Już teraz za nią chłopiec chodzić zaczyna, potém dostanie lokaja co jéj będzie pilnował, a nakoniec i konie. Ot jak jéj to łatwo przyszło! I co bardziéj starzeje, blednieje, to bogacieje. Dziwowisko — — — A od czego nauka? rzekł drugi — Dawniéj ją zwodzili, teraz ona zwodzi — — Jak przyszło, tak pójdzie! powiada trzeci. — Paniczu! proszę panicza! — Usiadł. Drążkarz się nie pyta, gdzie go wieść. Na wiejską kawę pod rogatki? Do Tivoli, na Pohulankę? Niedawno był piérwszy, panicz ma pieniądze — Siadają we dwóch i jadą. Nadbiega chłopiec po drążki dla pana. Wszyscy drążkarze do niego się umizgają, wybiera konia, siada i rozpiera się. — A gdzie twój pan pojedzie? pyta woźnica. Czy do Titiusa? Czy do Pana Ad... Czy do teatru. — A Bóg go tam wié! Już gdzieś pieniądze wywiezie, bo ich nabrał w kieszeń, a nie wróci pewnie aż po północy. — Dobry pan, płaci bez targu i jeszcze co na wódkę narzuci. — Płaci, byle tylko miał czém — Stój! — Wieś go prędko, on to lubi. Żniwem dla drążkarzy są przejażdżki do Kalwarij, do Wérek, a mianowicie do Trok na N. Pannę, dokąd się wszyscy najmują i cała ludność na ten sławny odpust się ciśnie, który tak doskonale jest opisany w dedykacij X. Baki do Burmistrza Dubińskiego. Pogrzeby także płacą im nieźle, błota i dészcze o które P. Boga gorąco prosić muszą. Teatra, maskarady, są im także gratką. Ich znajomość ludzi i miasta czasem jest zadziwiająca. Dość jest jakiś czas pomieszkać w Wilnie, aby cię po nazwisku, zatrudnieniu i kieszeni dokładnie znali.....
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Wspomnienia Wilna.
