Front matter
II.
y. Wspomnienia ludzi.
SPIS RZECZY.
I
I. Panowie.
! Slachta-panowie, wierzchnia warstwa pokładu towarzystwa, nazwanego slachtą, dziś tak trudna do opisania, do zdeterminowania . Jak wam opisać panów i co do ciała i co do duszy, gdy i w piérzu i w mięsie niémają nic charakterystycznego. Gdyby duma mogła stanowić charakter, wzięlibyśmy ją za piętno klassy, ależ bo i nie wszyscy są dumni. Dawniéj zwał się panem kto miał wielkie włości, dwór liczny, znaczenie, wpływy, imie starożytne, poznać go było jak mówiono po cholewach. Dzisiaj, cholewy te, po których poznawano panów zakryły się zupelnie, znikły. Nie szukaj rasy w twarzach, w postawie, slachetności w obliczu, czegoś odznaczającego się w ubiorze, nie pracuj próżno, nad poznaniem wśród ciżby, panów — stracisz czas tylko. Pan nie odznacza się slachetnością oblicza, jak wyżéj powiedziałem, obyczaje XVIII wieku, które w wyższych klassach towarzystwa najlepiéj się były przyjęły, zmięszały krew przodków wielkich z niejedną kroplą podlejszéj (zacniejszéj jeśli chcecie?). Ujrzysz więc teraz nie jeden raz fizjonomja lokają przy herbie z mitrą i płaszczem xiążęcym, atletycznego woźnicy postawę przy tytule Comitis S. R. J.; gdy przeciwnie najslachetniejsze rysy, spotkasz w najmniéj spodziéwaném miejscu. Nie poznawaj także panów po stroju, niektórzy umyślnie chodzą brudno i odarto, inni ubiérają się jak wszyscy. Terazniejszy nasz europejski ubior zrównał powierzchownie ludzi; tysiąc razy plenipotenci smakowniéj i kosztowniéj, od swoich pryncypałów się ubiérają. Gdy więc wejdziesz do towarzystwa, w którémbyś chciał odkryć spójrzeniem panów, nie zważaj na twarze, nie patrz po ubiorach, nie słuchaj rozmowy, nie daj się uwieść żadnemu z tych pozorów państwa, któremi najczęściéj okrywają się najmniej do tego tytułu mający prawa, a najwięcéj pretensij. Odkryjesz innym sposobem cząstkę tę oddzielną, poznasz ją w kupce ludzi sciśniętej w kółku, którego części, sto razy w ciągu wieczora rozbite, rozproszone, pomieszane, zawsze się z sobą zejdą i zjednoczą. To najpewniejszy znak. Bo jakkolwiek głęboko panowie, wmięszają się między slachtę, jakkolwiek wziąwszy kogoś pod rękę, puszczą się odważnie przez tłumy, wracają prędko ciągnieni siłą magnetyczną do swoich. Jeżeli jeden tylko tak zwany pan, znajdować się gdzie będzie, poznasz go po niesposobności wklejenia się w towarzystwo i zupełnego zjednoczenia się z niém. Panowie dzisiejsi, skutkiem mniéj lub więcéj przyjętéj cywilizacij i wyobrażeń dzisiejszych, skutkiem mniéj lub więcéj zatrzymanych wspomnień wielkości dawnéj, nareście osobistych przymiotów i znaczniejszego lub mniejszego majątku, dzielą się i poddzielają, na mnóstwo klass i gatunków. Nie będziemy tu zajmować się trudną tą klassyfikacją, i wybitniejsze tylko opiszem typy; jako panów-spekulatorów (dziś dość często spotykanych), panów z wielkiém imieniem, a małym majątkiem do podtrzymania jego blasku, panów-literatów i uczonych, uschłéj gałęzi drzewa dawniejszych Meccenasów, panów nadętych wielkością swoją i pragnących nieustannie grać rolę protektorów, panów, którzy się poniżają, czynią małemi, popularnemi, udając zupełny brak, zupełne niepojęcie uczucia dumy i t. d. Weźmy każdy z tych typów i przypatrzmy mu się zbliska. Spekulator — jest wynikłość powszechnego przekonania, którego chociaż jeszcze nikt w głos niewyznaje, ale które każdy prawie karmi w głębi duszy, że złoto jest najwyższém dobrem. Pan spekulator uczuwszy, że jego tytuły wynoszące go nad pospolitą slachtę, mogą mu być tak lub owak zaprzeczone, przez jednych wzgardzone, przez drugich wyśmiane nawet, uczuwszy że jego imie historyczne potrzebuje blasku od wszechmogącego złota, aby lepiéj świeciło, uczuwszy może nareście próżnię w życiu, a mając jakąś żyłkę spekulatorską, rzuca się w robienie fortuny. Wiecie panowie co się zowie robieniem fortuny? Jest to zupełne oddanie, zaprzedanie się za niewolnika złotu, jest to poświęcenie wszystkich godzin żywota, wszystkich myśli, gustów, jedném słowem wszystkiego jednemu celowi — zbieraniu grosza. Człowiek który robi fortunę je mało i źle, śpi niespokojnie, ubiera się brudno, jeździ odartą bryczką, czyni się żydem z żydami, kupcem z kupcami, przyczaja się, przypada, milczkiem podchodzi, indziéj obcessowo nadskakuje, daje sobie wszystko powiedziéć, wszystko prawie uczynić, nieczuje przymówek, nierozumie łajania, niepojmuje uderzeń i dąży, dąży tylko zawsze z wlepioném okiem, zawsze prosto do celu, przez błoto, przez jamy, przez góry, do fortuny. Często wielki pan, który wprzód formalizował się niedość nizkim ukłonem, gdy zacznie robić fortunę, ściskać będzie ci żyda, z którym jest w współce . W tym paroxyzmie jego dzieci, jego żona, jego sława, wszystko mu obojętne, wszystko mu niczém; zupełny monoman, niepatrzy pod nogi, nad głowę, na bok, tylko przed siebie, zawsze i ciągle przed siebie. W końcu też dosięga celu prawie zawsze. Manja spekulacij wielu opanowała panów, może nie do tak wysokiego stopnia, jednakże potrafiła ich zmienić nie do poznania. Chciejcie jednak rozróżniać pana rządnego tylko od spekulatora, nie mięszajcie ich z sobą. Piérwszy jest to rozsądny, trochę zimny człowiek, drugi szaleniec prawie. Piérwszy myśli o jutrze, jak każdy zastanawiający się, drugi niewidzi jutra, tylko fortuę. Często niepojmuje jéj użytku, ale chce ją miéć jak dziecko zabawkę, jakimkolwiek sposobem byleby mieć. Pan-spekulator jest to zupełnie XIX. wieku właściwość; XIX. wiek dopiéro potrafił zgodzić wyobrażenie dawniéj sprzeczne jak dwa bieguny arystokracij i spekulatorstwa, on dopiéro pokazał przykłady podobnych fenomenów moralnych. Dawniéj bywali panowie skąpi (to wcale co innego) ale nie było spekulatorów, bywali egoiści, dusi grosze; ale spekulator należąc do téjże familij, jest naznaczony piętném oddzielném. Spekulator zakrawa na naszego bogatego żyda z jednéj strony, drugą stroną przyrasta do swojej klassy współbraci, którzy (o drugie dziwo!) nie bardzo się nim brzydzą. Dawniéj podobnemu człowiekowi byliby bracia potłukli tarczą herbowną, dziś ściskają go za rękę w towarzystwie, z uśmiechem jeśli nie serdeczności, to przynajmniéj zupełnéj grzeczności. Dom spekulatora-pana, utrzymany jest (najczęściej przez żonę, przyjaciółkę, przyjaciela) na stopie w prawdzie którą godzim się nazywać pańską, ale przez powierzchownie napuszoną wystawę, dójrzysz że mało gospodarza obchodzi, jakie poweźmiesz o nim wyobrażenie, z tego co i on sam niewiele ceni. Oszczędność posunięta do skępstwa, które się zowie porządkiem, wnętrze domu ubrane bez smaku szczątkami dawnéj okazałości i podarunkami świéżemi — stół (niezawsze) dobrze nakryty, a (zawsze) źle zastawiony. Wśród tego wszystkiego kręci się sam pan ledwie skinieniem głowy przyjmujący gościa, ledwie udający że go słucha, zawsze myślami gdzieindziéj, w rachubach, w spekulacij, w nadziejach lub strachu. Z tych którzy otaczają pana-spekulatora, żal nam najbardziéj jego żony i dzieci, bo ci pospolicie nie dzieląc jego manij, niepojmując zapału, męczą się chcąc cale inną rolę grać na świecie, a niemając czém jej podtrzymać. Po panu-spekulatorze, opiszem typ oddzielny, pana który, że użyję tego wyrażenia — panuje. Skutkiem dumy, przejęcia się swoją wielkością, głębokiej pogardy dla tłumu, ten drugi stara się koniecznie oddzielić od innych, usiłuje być i okazywać się panem. Nieobchodzi go reputacja poczciwości, nieskażonéj sławy, rzetelności, sumienia, lecz koniecznie potrzebna mu do życia opinja państwa. Bojąc się, aby go jakim osobliwszym przypadkiem nie wzięto za podpanka tylko, za dorobkowicza lub tym podobnie, nie wyjdzie ci nawet na przechadzkę bez lokai, którzy galonami, herbowną liberją i miną świadczą i mówią: — Oto pan! Upadajcie na twarze! Nie pojedzie bodaj w sąsiedztwo, bez kozaków z tyłu i z przodu, sześciu koni, karéty, kamerdynerów, kuchni i sekretarza. W domu, tak się lęka o swoje państwo że nieśmie nawet, kiedy jest sam jeden, kazać pochować sreber, które jego stół zdobią (chciałem powiédzieć obciążają). Obejście się jego z niższymi osobliwe! Wedle stopni które zajmują lub chcą zajmować, w towarzystwie majątkiem i imieniem (są to jedyne dwie kwalifikacje przez niego za ważne uznane) — wedle tych stopni z wyrachowanym ceremonjałem przyjmuje ich. Jednym podaje łaskawie rękę, drugich wita skinieniem głowy, innych słówkiem jakiém, innych wreście, bez ceremonij z góry narzuca pytaniem — Po co przyszli? — Wynikają z tego czasem śmieszne omyłki, gdy Jaśnie Wielmożny oznajmienia kamerdynera nie dosłyszy lub niezrozumie, gdy kamerdyner źle zaanonsuje. Smieją się ludzie wzdragając, ale pan nieodstąpi od raz przyjętego ceremonjału. Są tego typu podgatunki, odznaczające się tak wysokiem uczuciem swego państwa, że ono prawie manją się staje. Jeden tego rodzaju szaleniec, wszak ci przyszedł do tego, że się poczęści mniemał panującym, królem, ustanowił Sądy, rozkazał spisywać Akta i wystawił sobie tron w wielkiéj posłuchalnéj sali. Inny dla dania sobie tonu królewskiego, drogę do swych dóbr, gdy do nich piérwszy raz z żoną dojeżdżał rozkazał oświecić, a między lud zgromadzony rzucać piéniądze. Wszystkie te dziwactwa, uważane ze stanowiska 1842 roku, pociesznie się wydają, ale niemniéj exystują, są historyczne i ci którzy dziś podobne komedje odegrywają, sądzą że czynią ni mniéj ni więcéj tylko tyle, ile od nich wymaga, ich położenie w świecie. Łatwo poznasz nie jednego takiego wzgromadzeniu, dźwigającego ciężar swéj wielkości na szerokich ramionach, z podniesioną głową, wydętemi policzki (cecha), napuszonego jak gdyby wewnątrz jeszcze spierała go nawet niesłychana jego wielkość a raczéj niesłychane — głupstwo. Jeśli nadstawisz ucha, posłyszysz nieraz, z ust jego w rozmowie z równemi. — My panowie — Nous autres grads Seigneurs. Frazes ten byłby niedouwierzenia, gdyby autor nie zaręczył uroczyście, że go na własne uszy słyszał (i tak jeszcze może nie jeden posądzi nas że polujem). Ów pan, jeśli niewiém jakim przypadkiem zawadzi o domek slachcica, czyni tém widocznie taką łaskę nieszczęśliwemu, tak prycha, tak się krztusi, tak wącha potraw, tak się krzywi, na wino, tak potém choruje wróciwszy do domu, iż rzekłbyś że to zupełnie inne jakieś stworzenie, nie prosty człowiek. A może istotnie, nie jest to zupełnie człowiek? Concedo. Tydzień potém opowiada jak się skompromitował wizytą, jab wszystko u pana brata zastał do góry nogami, jak nic podać nie umieli, nic jeść nie mógł, nigdzie usiąść wygodnie, jak widział srébrne umyślnie na tę uroczystość wyjęte solniczki, jako jadł krem nieunikniony w takim razie i t. p. i t. p. W licznych towarzystwach pan tego rodzaju nieośmieli się nigdy wyrzec słowa do nikogo, o kim wprzód nie zasięgnie najdokładniejszych wiadomości, i kto mu nie był prezentowanym uroczyście; tak się lęka zakompromitować trochą grzeczności zbytecznéj, lub kilką słowami za nadto poufałemi. Dajmy mu już pokój, a przejdźmy do ciekawego typu pokrewnego poprzedzającemu, pana bez majątku. W tym stanie (rzecz dowiedziona) duma wzrasta jeszcze więcéj; zmuszony na przywileju imienia i urodzenia opierać się jedynie, biedak przywiązuje do niego większą wartość, wyższą cenę, niż ktokolwiek bądź. Goła jego mitra jest w jego oczach nieopłaconym skarbem. Lecz gdy częstokroć typ pierwszy i drugi, dozwalają sobie wyrzec słówko o piéniądzach, gdy się nie tają że je cenią, że uznają ważność ich roli na świecie, nasz pan w tym względzie, cale różne ma zdanie. On gardzi temi marnościami (raisins trop verts) zapewne dla tego, że nie jest w stanie dobić się tych marności. Pan téj klassy, obyczaje ma przesadnie pańskie, maskując niémi dokuczający mu niedostatek, stara się niewymówną delikatnością smaków, okazać i dowieść, swojéj organizacij pańskiéj, owego niepojmowania życia innego, nad wytworne. Co się tycze stroju tym, gdy się odznaczyć niemoże (są bowiem i tacy, którzy długą myślą o nowym fraku) — udają bardzo zręcznie jakiéś zaniedbanie. Do wszystkiego zresztą ten sam wygodny systemat, potrafi się zastosować. Niemów mu, aby swe życie starał się rozmierzyć i przyrównać do środków, jakie mu pozostały na utrzymanie jego; tego on niepojmie, tego za nic nieuczyni. Właśnie przeciwnie silić się będzie, aby na brzegu ruiny zupełnéj, okazywać się jeszcze choć troszeczkę panem. Świécić będą dziury na łokciach galonowanéj migdałowéj liberij, nie wyrzecze się jednak migdałowéj liberij, poczernieją guziki i blachy herbowne, ale ich zrzucić nie każe; dom będzie stał pustkami i walił się po troszę, nie wyniesie się jednak z pałacu przodków Jaśnie Wielmożny! A gdy nędza przyjdzie za nierządem i głupstwem i siądzie nad głowami łoża, myślicież iż pan zrospaczony, przestanie swéj roli, wyrzecze się państwa a przyjdzie do rozumu? Nigdy! — Naówczas ostatni środek, jakie takie byle bogate ożenienie. Znajdzie się zawsze panna, wdowa lub rodzice, których odarta mitra lub hrabiowska korona zachwycą. Wielki ów pan, na łokieć głowę, raczy łaskawie wyciągnąć rękę ku szlachcie i powie. — Ożenię się z Wasanią. Panna, wdowa, krewni, padną na kolana i zawołają, z Beranger’em. — Quel honneur, Quel bonheur! Co za cześć, co za szczęście! Po czém ozłocony na nowo Jaśnie Wielmożny zacznie żyć pańsko jak dawniéj, utrzymując, że wzniósł szlachciankę, na wysokość swéj pozycij socjalnéj — i cicho — jak gdyby nigdy nie był goły, a co gorzéj, bezużyteczny sobie i światu i śmieszny — To szczególna i godna uwagi, że jakkolwiek codziennie prawie widziemy upadające familje przez nierząd, przez wypadki, przez rozrzutność, jednakże gdy owych rozbitków, którzy stracili fortunę ujrzysz w towarzystwie, gdy ich posłyszysz, nie uwierzysz że nic nie mają, tak tęgo noszą głowę, tak zawsze znać w nich panów. Z tąd to powstało slacheckie dawne przysłowie,
Lepsze pańskie ostatki Niż slacheckie dostatki. —
I jest to po części prawda. Zaledwie przy najnieszczęśliwszym składzie okoliczności w trzéciem pokoleniu, dójrzysz widoczny moralny upadek, i to, powtarzam przy najnieszczęśliwszym składzie okoliczności. Inaczéj ma się, gdy kobiéty tylko zostaną dziedziczkami nędzy i wielkiego imienia, one prędko toną w tłumie i niepokazują się z niego, chyba przed takiemi którzy je ocenić potrafią, ale o tém potém. Powszechny głos powiada, że panowie między sobą się trzymają i pomagają sobie — Bardzo wątpię, aby w naszym wieku egoizmu i niewiary (nawet w kascie do których się należy) panować jeszcze mogła taka solidarność. Jednakże i to prawda, że najwięcéj owych exystencij zagadkowych, błyszczących a niewiedzieć czém podsycanych, spostrzega się między panami bez majątku. Ktoś jedzie — Koczyk nowy, ludzie w liberij sam pan bardzo przyzwoity (to oznacza dobrze ubranego i jako tako w salonie prezentującego się człowieka). Pytasz — kto to taki? — — Hrabia.... — Z daleka? — — Jakto? — Gdzie mieszka? — Wszędzie i nigdzie — — Cóż? gdzie ma majątek? — Niéma majątku. — Więc kapitały? — Niéma kapitałów — — Z czegoż się tak utrzymuje? — Zagadka — Podobnych zagadek jest bardzo wiele, a ile razy zachce się ludziom je rozwiązywać, wpadają w szczególne domysły, których tu powtarzać nie będziemy. Panowie goli, urodzeni już w czasie upadku swéj familij, od lat prawie dwudziestu życia, zajęci są zwykle, wielką, niesłychaną pracą, w pocie czoła dobijają się, mozolą, aby się — bogato ożenić. Gdy ubogi slachcic zgoleje, jak to mówią po prostu, przedaje na ostatku swój sygnet po pradziadach, swoje sztuce srébrne i t. p. Pan na ostatku przedaje swoje imie i samego siebie. Czasem się ten towar dobrze dosyć płaci. Perjod życia, w którym panicze, sądzą się kawalerami do , w którym radziby jaką posażną uszczęśliwić slachciankę, jest prawie nieustanną podróżą od pałacu do dworu. Gdzie tylko krocie są na wydaniu, tam pewnie i nasz kawaler się zjawia, udający znudzonego, z miną protektorską i zakrawającą na impertynencją. Tak często kilkanaście lat upływa naszemu panu, który na harbuzowéj dyecie, wychudłszy wreście, żeni się prawie gwałtem i przedaje się o wpół taniéj niż z góry zaceniał, bo począwszy od miljonów, są co kończą na dwóchset duszach założonych w Banku — Zresztą owi panowie, mają zawsze w zapasie nadzieję, trzymającą ich na nogach —nadzieję sukcessij. Spokrewnieni ze wszystkiem ce qu’il y a de mieux, z czego się bardzo zręcznie sto razy na godzinę pochwalić umieją, dodając do każdego wymówionego nazwiska mon cousin, wyglądają tylko i wąchają, czy ich zkąd trupi zapach nie zaleci. Maxymą u nich — Wielkie familje nigdy nie upadają — już na schyłku w samą porę, przychodzą sukcessje. I czasem się to sprawdza, czasem znowu widzisz tych głodnych ex-panów sunących się w dalekie strony z processami o nieszczęsne sukcessje których nigdy nie dójdą. Są całe rodziny niegdyś wielkich panów, nad któremi zdaje się ciężyć jakaś fatalność, bo nie mogą wyjść z tego opłakanego dla nich, stanu ubóstwa, z którym się pogodzić, przyjąć go, oswoić się z nim nie umieją. Gdyby ci panowie chcieli tylko, byliby jeszcze może zamożną slachtą, a przy pracy kto wié czyby nie odzyskali kiedy swoich bajecznych majątków, o których z westchnieniem boleści wspominają; lecz niestety — oni wolą być niewiedzieć jakiemi panami, niż pracowitą slachtą tylko. Zda się patrząc na nich, że przeszły los świetny ich rodu, włożył na nich jakieś obowiązki próżniactwa, nacechował ich niezmazaném piętnem; zda się (i tak pewnie wyobrażają sobie) że kto raz był panem, ten nim poprzestać być nie może. A jednak, jednak! znano Xięcia z familij, która przed parą set lat zajmowała, jeden z tronów Europy (prawda chwilowo tylko) znano takiego Xięcia — ekonomem. Poczciwiec, nie wiedział wcale, co tam było napisano w papiérach, które zwinięte w płachcie leżały w jego skrzynce; a z nich się późniéj wywiodł jednym z najmocniéj Jaśnie Oświeconych Xiążąt. Drugi Xiąże Og....., może być introligatorem i poczciwie na chleb pracuje, choć nie dawno był takim a może lepszym panem, od tych próżniaków, co czekając sukcessij, tym czasem bezużyteczni wzdychają na swój los nieszczęśliwy. Terazniejszy Król Francuzki, bakałarzował przecie. Ale dajmy już pokój panom bez fortuny i wybaczmy im, że czasem narzekają na losy (choć losy są po większéj części sprawiedliwe), przejdźmy do innéj odmiany familij panów. Z Mecenasów to zapewne których linja wygasła, przerodził się dzisiejszy wielki pan literat, protektor nauk, przyjaciel uczonych, poëta, artysta, muzyk, dramaturg, romansopisarz, i t. d. i t. d. I tam daléj jest tu tak koniecznie potrzebne, jak dawniéj bywało, gdy je kładziono przy wyliczeniu tytułów starostw. Dziś literackie tytuły i literackie pretensje zastępują inne pretensje i tytuły, których niéma. Niech nas Bóg uchowa abyśmy mieli narzekać na to, co najmocniéj pochwalać należy — popęd do umysłowego życia, do nauk, do sztuk; lecz pochwalając to co się zowie szczérym popędem, śmiać się musim z tego, co się nie potrafi inaczej nazwać, chyba śmieszną pretensją. Pan, który za młodu całowany był w czoło przez Jaśnie Oświeconą lub Jaśnie Wielmożną matkę, za dowcipne przekąsy z gości w rodzicielskim domu bywających, którego nauczyciel wystawiał jenjuszem nieporównanym en herbe, który w szesnastym roku życia probował pisać bajki poprawiane tajemnie przez pana Guwernera, który już we dwudziestym zjadł ogromną liczbę romansów, we dwudziestym wtórym włożył na nos złote okulary, w dwudziestym piątym staje się nagle sławnym literatem, uczonym, poëtą i t. p. czém chce. — Nie bez przyczyny mówię czém chce, bo pan który musi z siebie czynić ofiarę wymaganiom swéj pozycij socjalnej (położenia towarzyskiego, jeśli chcecie?), nie jest obowiązany dowodzić dzieły, czarno na białém, reputacij, jaką mu ludzie zrobili. Dość jest, aby zaczęto o nim mówić — Jest poëtą. Jest literatem. Świat wierzy na słowo, a gdy jeszcze Jaśnie Wielmożny zgrabnie w co kilka dni przypomni swoje niby jakieś wiersze, swój poczęty poëmat, dramat, romans; — sława jego już jest ugruntowana. Czasem jednak uczuwa pan, że ją koniec końcem czémkolwiek usprawiedliwićby potrzeba. Na ten czas klei się tajemniczo utwór jakiś wychodzący pod jego imieniem. Jakiéj wartości mniejsza, to pewna że Jaśnie Wielmożny ledwie trzecią część jego skleił, resztę przepisujący chudy literat dołatał, mając się za szczęśliwego, że go ku téj wielkiéj sprawie użyto i naturalnie zapłacono (co dla takich literatów rzecz osobliwa i rzadka). Staje tedy nasz pan na stopie uczonego lub poëty (czasem nawet specjalnego człowieka) odbiera listy uczone z za granicy, proteguje literaturę. A to jak? spytacie. Jak? najprostszym w świecie sposobem — ma sobie za obowiązek karmić jednego wierszokletę ciągle, a kilku przypadkowo — to się zowie protegować literaturę. Co się tycze xiążek, tych niewiele kupuje, ale przyjmuje ofiarowane sobie z najżywszą wdzięcznością. Posłuchajcie jak się żali, (w towarzystwie literackiém) na brak czasu i okoliczności, które mu nie dozwalają, całkiem się oddać ulubionemu przedmiotowi — Ach! panowie! powiada — Prawdziwie płakać-byście nademną powinni — Nigdy wolnéj czasu chwili — swobodnie pracować nie mogę, oddać się nauce — Moja pozycja socjalna. — — Pan literat najczęściéj w towarzystwach gra rolę dowcipnego, jest on więcéj klassyk niż romantyk, a nadewszystko ceni nie to co nie to co zapala, nie to co rozrzewnia, ale to — co bawi. Dla niego literatura cała jest, lub przynajmniéj być powinna, zabaweczką, rodzajem zakąski, przysmaczku. Teraz, ludzie więcej u nas myśléć zaczęli, więcéj się nad sobą zastanawiać i życie brać z surowszéj strony, pan tego rodzaju chowa się i tai z swym smakiem, bo czuje, że nie modny; ale nie mniéj jest w nim żyłka, dla któréj przeniesie Karr’a nadwszystko w świecie, co (jak pocichu poufałym mówi) łamie tylko głowę. Widzieliśmy tylko dotąd pana na literackiej scenie, zobaczemy go teraz, między równemi mu panami. Tu on nieborak inną już gra rolę, czuje znowu że jemu równi, uważać go są gotowi, za skompromitowanego człowieka, dla tego że czyta i udaje że myśli, przed niémi więc maskuje się jak może i zapiéra się swoich pretensij. Typ pana literata, tak nieskończoną ma liczbę odmian iz ich tu szczegółowie opisać nie podobna. Są panowie lirycy, panowie dramatycy, panowie malarze i t. p. Z liczby wielkiéj takich, którzy tylko mają gołe niczém nieusprawiedliwione pretensje, są i tacy znowu, co najistotniéj sumiennie, oddają się literaturze i sztukom. Takim cześć i chwała. Lecz takich nie wielu — Na jednego prawdziwego, iluż to fałszywych Messjaszów. Dawniejszy Mecenas, zginął zupelnie, typu tego niéma. Mecenas Rzymski który podobno Horacego poił i karmił przez próżność, albo jak nadwornego błazna, dziś się nie widuje z przyczyny, że niéma prawie literata, poëty, coby za kawałek mizernego chleba i kieliszek wina, że jeden bielszy, drugi wytrawniejszy od jego własnego chleba i napoju, przedał siebie. Referendarz Tyszk..wicz namawiał Karpińskiego, aby mieszkał przy nim ofiarując mu dość znaczną pensją, Karpiński nie dawał stanowczéj odpowiedzi. Raz poróżnili się o cóś i gdy Referendarz przy swojem się upiérał, rzekł mu Karpiński: — Ot widzisz pan, gdybyś mi zapłacił, musiałbym przystać, na cobyś mi kazał. Wolę nie mieć twoich piéniędzy, a mieć swoje zdanie! Mecenas późniejszy, starający się o postęp nauk, przez sumienne ich zamiłowanie i przekonanie o dobrodziejstwie oświaty, wspomagający uczonych, interessujący się nauką, — u nas prawie nieznany. Są co piszą swoje imie na okładkach wydawanych xiążek, ale ci przylepiliby, gdyby mogli to imie, zarówno do czegobądźkolwiek, przy czémby tylko mogło pójść między ludzi i rozsławić ich. Z dwojga wybierając czasem panowie wolą pisać lub tłumaczyć sami, niż cudze swoim kosztem drukować, a gdy przypadkiem i to się im trafi, tego się pilnują aby nie wiele na to stracić, a jak najgłośniéj munificencją swoją, po szerokim świecie roztrąbić. Byli u nas panowie, którzy potracili majątki poświęcając się naukom i literaturze, tak mówią ich przyjaciele. jednak z bliska w ich interessa pokazuje się, że nie literatura ich zgubila, tylko marnotrawstwo i nierząd. Z tém wszystkiém, lepiéj i piękniéj, kiedy ludzie mówią, ze pan się zrujnował na nauki, niż na kochanki, i fama leci rozsiana, rozdmuchana po światu szerokiemu, a gawrony, których nie mało, wierzą i wzdychają. Komuż to się nie przyda głupstwo ludzkie!! Ileż to z niego użytków, myślę że pewnie więcéj, niż z gummy elastycznéj. Pan protektor w bliskiém jest pokrewieństwie z typem nieco wyżéj opisanym pana panującego, z tą tylko różnicą, iż tamten nie czując się w obowiązku protegowania nikogo, nie zniża głowy, gdy ten spuszcza ją, szuka, wącha, patrzy, kogoby mógł zaprotegować. W nim wyłącznie protekcją objawia się uczucie państwa, nie umié inaczéj być panem, musi protegować. Ale czy myślicie, że proteguje kogo w istocie? — Gdzież tam! Toby było srogie parafjaństwo! Dość na tém, że obiecuje wszystkim protekcją, ofiaruje ją, narzuca. — Pan masz interess? hm? W Izbie Cywilnéj? Jakiż? Biédny Processowicz wykłada, on słucha, na pozór z największą uwagą, czyszcząc długie i tak dość białe paznogcie. — Najczystszy interess! najświętsza sprawa! woła w końcu — A a a! I niéma dotąd żadnéj rezolucij! oczewiście forsa przeciwnéj strony! Niéma rezolucij! — Niéma — JWPanie — — Proszę! niéma! Za piérwszą zręcznością muszę o tém powiedzieć Gubernatorowi. — Ach Panie! woła klient — — Zmiłuj się nie dziękuj! niéma za co! Drobnostka, najmiléj mi ci usłużyć! Spuśćże się na mnie, nie staraj się, bądź spokojny, ja to zrobię, zobaczysz! Biédny głupiec, zaufawszy słowu, cieszy się obiecanką cacanką, a Jaśnie Wielmożny, w godzinę niewié o czém była mowa i ani myśli o nim. Jemu o to tylko chodziło, aby się pochwalić że jest w przyjaźni z Gubernatorem. Tego rodzaju protektorowie, rzadko bardzo użytecznemi a częstokroć są nawet szkodliwemi. Strzeżcie się ich biédni, ufni, poczciwi wieśniacy a nadewszystko darmo gęby nie studźcie, szeroko opisując swój interess. Teraz jeszcze jeden z tego miljona typów których nie podobna wyczerpać, bierzemy z nich na los kilka tylko i z góry szkie nasz cały, dajemy za niekompletny, w najwyższym stopniu. Ostatni więc typ — pan popularny. Ciekawe zjawisko zaprawdę, bodaj nierównie właściwsze naszemu wiekowi, niż pan-spekulator. Pan który usiłuje stać się popularnym, czyni to najczęściéj, (prawie zawsze) przez próżność. Ta jedna próżność na ileż to dziwacznych postaci przerabia człowieka. Jeden połknąwszy ją dmie się, inny płaszczy, inny dziwacznie przeistacza. Nasz pan doskonale wyrachował, że ludzie popularni wzięci u wszystkich, sławieni są z wielkich cnot; boć przecie potrzeba dając sławę, oprzéć ją na czémś. Tym czasem on nie cnotami, ale grzecznością i pochlebstwy, skarbi sobie u ludzi wziętość potrzebną. Zrzuca z siebie zupełnie państwo, depce je nogami, narzeka na tytuł, ledwie że nie klnie majątku, przy ubogich, wyśmiewa swoich współbraci panów, kłania się uniżenie każdemu, sciska, całuje, wchodzi we wszystkie położenia, cierpi każdém cierpieniem, oburza się na to co drudzy zowią niesprawiedliwością względem nich popełnioną. Jak kokietka, która dla wszystkich ma słowa, spójrzenia słodkie, jesta obiecujące, on dla wszystkich także ma grzeczności, ukłony, uśmiechy, pochlebstwa. A gdy z niższemi tak obcuje, nie zapomina i o wyższych, zna ich słabości, korzysta z nich, a depcąc tych którzy ugłaskani pod nim leżą, chwytając się drugich, którzy są wyżéj, podnosi się zwolna coraz wyżéj a wyżéj. Po długiém poświęceniu się, pracy, mozołach, nareście dobija się nasz pan popularności — wznoszą się dokoła jego głosy na pochwałę — — charakteru jego, uprzejmości, słodyczy, dobroci, a gdy wśród tego chóru panegiryków, niéma i jednéj nóty przeczącéj, naturalnie nasz pan, tak powszechnie i jednogłośnie uznanym cnotom winien jest dostojeństwa, zaufanie powszechne i t. d. i t. d. — Jest jeszcze jedna klassa ludzi — (czy tylko klassa? może podgatunek?) któréj opisanie położyć potrzeba blisko monografij panów, klassa niby — panów, którzy jednakże przysięgają, że są tylko prostą slachtą i zapiérają się swego państwa. Pan Prosper naprzykład, jest to majętny obywatel, dobrego rodu, ludzie go klassyfikują między Jaśnie Wielmożnych panów, on się zaklina — na chonor — że jest tylko slachcicem. Dla czego? Posłuchajcie — Pan Prosper doznał niegdyś w towarzystwie panów, srogich od nich nieprzyjemności, widział że się braterstwa jego zapierali, że jego poufałość ich obrażała, że z niego drwili po prostu, ledwie za drzwi wyszedł. Przekonawszy się o tém a nie mogąc także używać tytułu Hrabiego którego mu zaprzeczono, bo nie miał żadnych innych dowodów Hrabstwa, nad ten że go od niepamiętnych czasów officjaliści i słudzy JW. Hrabią tytułowali — Pan Prosper rozważywszy to wszystko, został dobrowolnie niby, prostym slachcicem. Wprawdzie srodze mu cięży jego slachectwo, wprawdzie ciągnie go serce ku panom, wprawdzie chciałby znowu być tém, czém już był niby; ale nie mogąc swego dopiąć, bardzo zręcznie udaje, że o to nie dba i wesoło gra rolę slachcica. Jest to slachcic z musu. W domu jego są ślady pretensij do państwa i pretensij do prostego slachectwa — Wewnątrz znajdziesz ozdoby kosztowne, szczątki niedawnéj jeszcze wspaniałości porzuconéj, zaniedbanéj, a przy niéj nowe zupełnie, rzeczy pospolite, takie, jakie się wyrabiają w kraju i używają powszechnie. W towarzystwie Pan Prosper jest popularny, uśmiéchający się, grzeczny, miły, stroni nieco od panów i radby im pokazać, że o nich nie dba, choć to wielka bajka, któréj nikt nie wierzy. Często bardzo posłyszysz go mówiącego. My slachta! Tak właśnie jak nie jednego pana — my panowie — Strój jego zupełnie nie wytworny, powierzchowność zaniedbana, mina wymuszenie wesoła, ale pod maską przybraną dobrego humoru, przebija się zgryzota, udręczenie, smutek. Nie patrz na P. Prospera, gdy jest sam jeden naówczas marszczy się, brwi napuszcza i zamyśla — I nie dziw, ciężko to być tak slachcicem z musu, gdy chciałoby się serdecznie być panem. P. Felix Prandota, jest znowu slachcicem z mody. Jakto? spytacie — — Tak, dla mody czy z mody, dość że moda zrobiła go slachcicem. Prandota wié bardzo dobrze, że pochodzi z dawnéj, prawie historycznéj familij, iż bogaty mógłby się śmiało mieścić między panami, którzyby go chętnie do swego towarzystwa przyjęli, jako dobrze wychowanego człowieka, pożądanego wszędzie. Ale Pan Prandota nadewszystko ma na sercu, aby iść z wiekiem, z jego wyobrażeniami i duchem, aby się stosować do świata i mody. A gdy duch wieku nie chce przyznawać panów, oddzielną rasą ludzi, poprawniejszą od innych ras, gdy duch wieku krzyczy o zaparcie się przywilejów rodowych (ja nie wiem co to za przywileje??) Prandota posłuszne dziecko wieku, czyni się małym, malenieczkim, zaklina się że jest tylko jak wszyscy slachcicem (bo kto u nas nie slachcic?) i rad niezmiernie że wdarł się na wysokość wieku swego. P. Prandota, gdyby ludzie dla ducha wieku nosy sobie obcinali, uczyniłby to niezawodnie, z największą wewnętrzną satysfakcją i słodkiém przekonaniem, o nieodzownéj potrzebie ucinania nosów dla dogodzenia wymaganiom wieku. Tak jak dziś jest tylko slachcicem, tak postępnie jutro gotów być i wyznawać się tylko prostym człowiekiem, bez tytułu slachectwa; mnie się zdaje, że gdyby duch wieku był za żydami, Prandota przyznałby się do pochodzenia z krwi izraelskiéj. Prandota nie stroni od panów, żyje z niemi, ale zdaje mu się, że jest wielkim bohaterem gdy w oczy im odważa się prawić największe zło na aristokracją, wygrzebując na swój użytek wszystkie oklepane ogólniki, o równości ludzi i śmieszności przywilejów rodowych. (Jeszcze raz pytam was, jakie to są dziś te przywileje?) Uciekajcie z uszami od Prandoty. Tak on ma na sercu dowieść, iż jego postępowanie jest skutkiem wewnętrznego przekonania, iż nie można się z nim spotkać i na chwilkę, nie można najobojętniejszej rozpocząć rozmowy, aby w nią nie wtrącił, swoich zużytych anti-aristokratycznych rozpraw. Bądźcie pewni że Pan Prandota dowąchawszy się zmiany w wyobrażeniach powszechnych, razem z krojem fraka zmieni kroj myśli. Jutro — kto wié? może dziś wieczór, odmaluje sążnisty herb na frontonie domu, wydmie się potężnie i zacznie szukać w szpargałach familijnych, czémby poparł swoje pretensje do tytułu Hrabiego, tymczasem zaś śmiejmy się z jego abdykacij państwa, jak się śmiejemy z przyznawania się niesłusznego drugich do nienależącego im tytułu. Dotąd mówiliśmy o panach tylko, teraz kilka słówek o paniach — Nie łączyliśmy ich z panami, gdyż tu i inne zajść muszą podziały, i typy się znajdą, którym odpowiednich, niéma w rodzaju męzkim téj familij. Między paniami wybitniejsze są: pani-gospodyni (odpowiadająca panu-spekulatorowi) pani literatka (pendant pana literata) pani elegantka i pani — jakby to ją nazwać, niech będzie Lais po staroświecku. Mijam jeszcze mnóstwo innych drobnych gatunków i podgatunków. Pani-gospodyni, typ bardzo rzadki, trafia się jednak, a najpospoliciéj gorliwego zajęcia się gospodarstwem u niéj, bywa powodem wrodzone skępstwo. Naówczas pani traci swój wdzięk, swoje państwo, rysy jéj twarzy przybierają wyraz właściwy niespokojnemu zajęciu które obrała za główną życia podstawę. Wśród gości siedzi niespokojna, okiem rzuca po sługach, uchem śledzi szmér każdy, duszą i sercem biega po wszystkich kątach, w których jéj tylko niepoczciwi słudzy szkodę uczynić mogą. Życie téj pani, jest prawda pełne zatrudnienia, zajęcia, interessu, ale też i kłopotów i niepokojów i udręczeń. Dodajmy że pani ze swego może położenia towarzyskiego, nie powinnaby tak wyłącznie żyć w téj atmosferze dusznéj, w któréj ubożsi z obowiązku, zostają; a Pan Bóg im to za zasługę pewnie przyjmuje — Pani, mogłaby być swobodniejszą, szczęśliwszą, i będąc rządną, nie dopuszczać się nudnego, drobiazgowego rządziszestwa. Mogą mi czytelnicy zarzucić, żem ten typ urodził, ale im zaręczam, że miljonowe panie widywano daleko więcéj oddane gospodarstwu, niżem tu opisał. Darowanaby być mogła, ta że tak powiem manja, gdyby można dowieść że pochodzi, z żądzy zatrudnienia się, z potrzeby zajęcia, z zapału do pracy; lecz na biedę gdyby ona tylko ztąd wypływała, inaczejby się zapewne objawiła. Wychowanie staranne zwróciło owe panie, do uprawy talentów, literatury, starałyby się może, karmić duszę, kształcić umysł, gdy z położenia swego, nic im tego nie broni, a czas swój niezajęty, mogą oddać czemu zechcą. Tymczasem rzucając się do drobnostkowego gospodarstwa, dowodzą że niemi rządzi tylko chęć pomnożenia jeszcze mienia, że życia umysłowego, piękniejszego niepojmują. Ażeby mi kto nie wymawiał, iż wyszydzam jedno z najważniejszych zatrudnień kobiéty, muszę dodać, że tu mowa o paniach, i o takich gospodyniach, dla których gospodarstwo stało się manją i passją. Wszystko dobre jest tylko na swojém miejscu i w miarę. Cale to co innego pani-literatka — A naprzód wiedźcie, że nasza pani literatka nie czyta po polsku, nie umie po polsku prawie, brzydzi się tym językiem, któren referenci Revue des deux Mondes, zowią barbarzyńskim nad Sekwaną, wyśmiewając nieprzełknione dla nich wyrazy — Pani literatka zna tylko, ceni, napawa się, unosi, szaleje nad literaturą francuzką. Darowanyby to był gust, gdyby mógł być jako tako , wyrozumowany; lecz rodzi go widocznie moda tylko, zwyczaj, małpiarstwo; a dowodem że tu o nic niechodzi paniom tylko o zadość uczynienie modzie, jest że u nich te xiążki popłatne, które są świéże, wychwalone i przychodzą razem z najświeższemi strojami od Me Victorine z Paryża. Szał ten przeszedł do klass niższych i o tém powiemy gdzieindziéj, tu zaś głównie uczepim się naszych wielkich pań i będziem je prześladować, za to przywiązanie do cudzych dzieci, które pieszczą, kochają, odziewają, karmią, gdy swoim kawałka chleba braknie. Tak jest, te pieniądze które wychodzą za granicę, za xiążki obce, mogłyby podtrzymać naszą literaturę, gdyby ich tylko połowę na ten cel użyto. Lecz spytaj przypadkiem jednéj z uczonych pań o polską xiążkę — — Wyszła z druku? spyta naiwnie — — Od dwóch lat! odpowiadasz zdziwiony. — Ou est-ce qu’on la trouve? — Mais, partout — byleby dostać chciano. Uczuwszy niejaki wstyd i zgryzotę sumienia, nie jedna udawać ci będzie, że ma najszczérszą ochotę czytania polskich xiążék, ale, (czy uwierzysz)? nie może dostać xiążék polskich! Tysiąc razy zdarzyło mi się to słyszéć — Ależ na miłość Boga, wszakże dzisiaj wszędzie są xięgarnie, wszakże poczta chodzi na wszystkie strony kraju, wszakże łatwiéj jest zapisać xiążki z Wilna, z Warszawy, z Poznania, ze Lwowa, niż od Hauer’a z Petersburga, od Bellizard’a i Grâffe?? — W tych domach, które za sprzęt konieczny salonu, gabinetu, uważają xiążki, sto w zakład przeciw jednemu, że xiążki polskiej nieznajdziesz, chyba u pana plenipotenta, albo u którego z officjalistów. Panie i panowie, opatrzcie się, to wstyd, to hańba, to... (nie powiém jak się to zowie) gardzić tém, czego się nawet niepoznało, ubiegać się za tém co tylko modne. Żaden człowiek rozsądny nie może powziąść dobréj opinij o domu w którym ujrzy taką wzgardę swojszczyzny. Nareście w tém przynajmniej iść za modą, jest to okazywać brak zupełny zastanowienia, jest to grać rolę bezmyślnego podrzézniacza, który to tylko czyni, co widzi że czynią drudzy. Przyjęto jest słuchać mody, w stroju, w ozdobieniu domu i tym podobnie — niechże tak będzie, ale gdy każe moda zaprzéć się siebie, swoich, języka, wspomnień, zaprzéć się tego, co jedynie wiąże nas z przeszłością z przyszłością jest to — jest to — rzecz niewysłowiona, niepojęta, iść wówczas za modą. Odpowiecie mi może — — Nieczytamy, bo niéma co czytać po polsku — (zdarza się słyszeć takie odpowiedzi). Ale to fałsz, fałsz wierutny. Jest co czytać, ale niechcecie, ale wam się to zdaje parafjaństwem. Chodzi wam o to, aby was broń Boże, nieposądzono o nieumiejętność francuzkiego języka, o niesmakowanie w francuzczyźnie. Zdaje się jednak że lepiéj nawet uchodzić za parafjanina, niż za ograniczonego człowieka, który sam niewié co czyni. Parafjanin może być trochę śmieszny, a dla tego rozsądny, uczony, uczciwy, gdy tymczasem ograniczona istota skazana na wieczne podrzéznianie starszych braciszków, jest wyrodkiem, odrzutkiem, bez nadziei poprawy. Dziś, kto po polsku nie czyta, kto się nie czuje w obowiązku oswojenia z życiem umysłowém naszém, ten się na podejrzenie albo zupełnéj ograniczoności, albo niczém nie wyexkuzowanéj wzgardy, która się wzgardą odpłaca. Lecz wróćmy do pań literatek, które pomimo to wszystko, nieprędko jeszcze czytać będą po polsku. Bo dla czegoż te panie czytają? Czy z potrzeby dusznéj? czy dla nakarmienia się? czy przez ciekawość, czy dla zajęcia czémś życia? — O nie! dla tego tylko, aby mogły w towarzystwie powiedzieć — Czytałam to; to jest przez próżność. A z przeczytania xiążki polskiéj jak i przed kim się pochwalić? Niektóre panie przez próżność zachciały umiéć po włosku, po angielsku, po niemiecku, po łacinie nawet i po grecku, aby mogły temi języki przemówić słów parę, napisać co w Albumie przyjaciółki i najdzikszą jaką dewizę wyszyć na czém, przylepić do czego. Na sto kobiet uczonych, literatek, dziewięćdziesiąt i kilka (niemówię dziewięć przez grzeczność) — uczy się i czyta — przez próżność. Ale kiedy tak moje panie, to czasby przez próżność przynajmniej nauczyć się po polsku — To tak łatwo! a takbyśmy wam za to byli wdzięczni! Pani elegantka to typ nie nasz i bardzo znajomy, bodaj najpospolitszy. Jest kilka jego odmian. Każda prawie kobiéta, która tylko może, idzie za modą z zapałem, z przejęciem się nią, jéj duchem tajemniczym, jéj znaczeniem filantropiczném, socjalném, humanitarném etc. (Bo w modzie jest to wszystko tylko nie każdy to widzi). Są nawet jeńjusze (gdzież niéma jeńjuszów teraz?) które zgadują modę, przeczuwają przyjście jéj. Życie pani elegantki znajome, niéma go co opisywać. Najczęściéj piękna twarz zdobi panią naszą, ale wówczas nawet gdy ta twarz jest już mniéj piękną, lub niepiękną wcale, zapał do elegancij nie ustaje. Nieznam na świecie stworzenia pocieszniejszego nad starą elegantkę. Zwykle uczuwszy zbliżenie téj nieszczęsnéj, nieuchronnéj zimy, rozsądniejsze panie, nie wyrzekając się pewnego przyzwoitego wytworu w ubraniu, zrzekają się wszakże tego wszystkiego, co wyłącznie stosowne jest młodym. Przeciwnie drugie przelęknione swoją starością, czepiają się nogami i rękami resztek wdzięków uwiędłych i wyobraziwszy sobie, że strój jest wszystkiém, usiłują odmłodzić się strojem. Za tém idzie że dobrowolnie stają się najpocieszniejsze gdyż młody strój jeszcze bardziéj wysuwa naprzód ich starość i przeraźliwie od niéj odbija. Oto wchodzi jedna z tych pań do salonu — wszystkie oczy zwróciły się na nią ciekawie, w oddaleniu tłumione uśmiechy zamieniają się w kaszle, kichania i ucierania nosów. Spójrzcie i jeśli mądrzy nie śmiejcie się. Sześćdziesiąt lat ma pewnie, lecz obwisłe policzki pokrywa mąka i róż, skóra na czole w tył pociągnięta aby marszczki znikły, ubrana tylko we włosy, we włosach kwiatek dziewiczy, sielankowy. — Ramiona nagie, piersi do połowy, niepatrzcie na nie zmiłujcie się, bo to nawet trochę grzechu, a niezawodnie dla jéj wieku nieuszanowanie. Suknia na niéj jasna, świeża, lekka, z krótkiemi rękawami, szal na ręku. Ale fraszka ubranie, któż opisze uśmiech, kto opisze wejrzenie, kto odmaluje minkę młodości, z pod której przegląda zimny, straszny, wyżółkły skielet. Idzie — poruszenia wszystkie piętnastoletniéj panienki; muzyka się odzywa, proszą do , walcuje!! Do tego stosowna rozmowa, w któréj, dwa razy rozwódka, elle fait l’ingénue, avec une grâce incomparable. Wprawdzie wszyscy znawcy antyków, przyznają że ta pani, musiała być niegdy bardzo piękną, lecz nie mniéj śmiesznie przeto się wydaje, ze swoją pretensją do przeszłości, w któréj niepowrótne zniknienie, żadnym sposobem uwierzyć nie chce. Takich pań widuje się mnóstwo po świecie, a gdy z jednéj strony śmiech bierze, z drugiéj żal nad niemi, że się dobrowolnie na pośmiewisko wystawują. Przejście od tego do następnego typu, pani Lais, łatwiejsze jest, bliższe niżby myśléć można. Zdarza się między starą elegantką a młodą Lais, pewien rodzaj pokrewieństwa — Często młoda Lais, zostaje nią na starość. Wszak przecie wiecie, kto była Lais, niepotrzebuję tłómaczyć, co znaczy Fryne, co — ale dość tych tłómaczeń. Wybierzcie sobie Lais czy Fryne, co wam będzie dogodniéj, ja przystępuję do rzeczy. Niewiém prawdziwie jak to tam dawniej w Polsce bywało, czy wielkie panie sobie niekiedy swawolić, tak jak dzisiaj. Historja niewiele podobnych niewiast wspomina, jedną Dorotę Tęczyńską, którą krewni zamurowali w wieży i potém od niéj zwanéj Dorotką (Paprocki i Niesiecki) kilka z XVI wieku wpływem i przykładem Bony zepsutych. W XVII wieku w niższych klassach obyczaje byly zepsute, świadczą o tém Klonowicz i Opaliński; w XVIII w klassach wyższych zepsucie, doszło do najstraszniejszego stopnia, stało się bezwstydem. Panowanie Stanisława Augusta płodne jest w fakta dowodzące jak dalece pod podwojnym wpływem filozofij francuzkiéj i rozwiązłości królewskiéj, kobiéty się popsuły. — Wielkie panie, wolały być kochankami królewskiemi, dzień jeden (reines d’un jour) niż uczciwemi żonami życie całe. Zepsucie dochodziło przypadkowo klass niższych, ale siedlisko jego, jądro, było między panami i paniami, Jaśnie Oświeconemi i Jaśnie Wielmożnemi, a najjaśniéj osromoconemi i sromocącemi się dobrowolnie. Resztki zapewne XVIII wieku maxym i przekonań, dochowane jako szacowny spadek po rodzicach i dziś jeszcze działać muszą na kobiéty, które postępowaniem swojém dowodzą, nie tak szczególnéj organizacij i temperamentu, jak raczéj szczególniejszego sposobu widzenia świata, ludzi i przeznaczenia swego. Jakkolwiek zepsucie głośne, widoczne, bezwstydnie się obnażające przed wszystkiemi, nie kryjące się wcale, dziś jest może rzadsze niż przed kilkudziesiąt laty, mamy wszakże przykłady jego, które daleko jeszcze liczniejsze są, między pany, niż w innych klassach towarzystwa. Czy myślą że im więcéj powinni wybaczać, że suta jałmużna, że dobry uczynek, wynagrodzą gorszenie złym przykładem? O panie! — wasz każdy grzech, popełniony na górze, widzą tłumy i psują się nim, wyście wszystkie, wy wszyscy powinni być lepsi od tych, których Bóg probuje największą pokusą — pokusą nędzy, ubóstwa, niedoli. — Wymawiam, lituję się nad grzechem ubóstwa, któremu brak oświaty, poznania grzechu, siły do oparcia się jemu; wymawiam upadek nieszczęśliwych, moralnie zaniedbanych i głodnych wszystkich roskoszy życia — ale wam! wam! Czegoż wam braknie jeszcze? Nie dośćże jeszcze łatwą wam cnota! nie dość różowe życie? — Tak, a jednak jedna z pań to powiedziała, to dowcipne a pełne charakteru słówko, pijąc w upał szklankę zimnéj wody — — Co za szkoda że to nie grzech — Oczéwiście woda byłaby jej jeszcze smaczniejszą. Czemuż nie mogą tak smaku znaleść w cnocie, w spokojném życiu? czemu — O! długo byłoby odpowiadać — wróćmy do Lais. Panie-Lais, najlepiéj lubią miasta; nie wiém czemu zepsucie, rospusta, nigdy tak się nie wkorzeniają, nigdy tak bujnie nie wzrastają na wsi jak w miastach, może dla tego, że w mieście, mało kto uważa na to. Pani Lais, (prawie zawsze) niezmiernie staranna jest o swój strój, piękna czy nie (a są i brzydkie) usiłuje wydać się piękną. Obejście się jéj, ton rozmowy, uderzają szczególną śmiałością, jakąś niby męzkością. Sama pani zuchwale targa się najniebespieczniejszą konwersacją, któraby nie jednego zarumieniła mężczyznę, dla niéj wszystko tak się wydaje naturalném prócz wstydu, którego całkiem niepojmuje. I Słusznie. Jak się to dzieje że wiele takich kobiét mają umysł ukształcony, głowę otwartą — niewiém; może właśnie wychowanie bez zasady, rozwijające władze umysłowe, a nie wpajające żadnego przekonania, żadnego uczucia religijnego, przygotowuje nieraz do późniejszego zepsucia. Wychowują głowę, zaniedbują serce i zepsucie to w głowie naprzód się wylęga; uczą dowcipu i szyderstwa, poklaskują nieustannéj ironij, wydrwiwaniu całego życia, braniu ze śmiesznéj strony wszystkiego, cóż dziwnego potém, kiedy i cnoty, nie mogą wziąść serjo? Dodajmy liczne przykłady, dodajmy nietylko swoje własne domowe, familijne, ale zagraniczne. Rzadko która z pań podróżujących często nad Sekwanę, wraca ztamtąd niezepsutą. Zdaje im się, że nie byłyby zupełnie, à la hauteur du siècle, gdyby nie potargały krępujących je węzłów, które dziś przyzwyczajono się nazywać staremi przesądy. Czytanie xiążek francuzkich, ma też udział nie mały w zepsuciu, bo panie biorą romanse, po większéj części za rodzaj nauki moralnéj popularnie wykładanéj i zapatrzywszy się na heroiny, które po dziesięciu miéwały kochanków, nie licząc nieszczęśliwego męża, starają się im nieustąpić w tym względzie. Z początku więc robi się projekt tylko, potém przyprowadza się go przy zdarzonéj okoliczności do skutku, raz, dwa, cztéry razy — nakoniec zasmakowywa się w tém utrapioném życiu. Przychodzi jesień, sumienie się odzywa, które potrzeba nowemi zagłuszyć szaleństwy; a któż wyrachuje następstwa, kto zgadnie co będzie daléj? Trudno potém, wyjść z trybu życia, jakie się wiodło długo, stara Lais wyjeżdża na wieś, w towarzystwie młodego lekarza, plenipotenta, artysty i tym podobnie. Jaką gra rolę mąż w życiu pani-Lais? Najczęściéj wielce spokojnego widza, który czy istotnie nie patrzy, czy udaje że nie widzi i nierozumie, rzecz nierozwiązana. Dość że najspokojniéj w świecie żyje sobie, gdy pani sobie żyje i tak na wzajemném pobłażaniu ugruntowana dobra harmonja, nie rozerwana trwa do końca. Rozumie się, że w ciągu téj matrimonjalnéj komedij, zdarzające się dziatki, zostają biédne za kulissami. Lecz dość opisywać ten szkaradny wrzód, nigdybyśmy się go nietknęli, gdyby nie tak często na oczy się nawijał. W przeciągu lat niewielu, widzieliśmy przykłady, kilku z najlepszego towarzystwa kobiét, które zniecierpliwione nieobecnością mężów, pocieszały się z ludźmi najlichszéj kondycij. Niektóre nawet podały rękę pokojowcom, kozakom, pisarzom pocztowym lub swoim plenipotentom. A jednak były to dobrze wychowane kobiety, wielkie panie, zacnego rodu. I jakże po takich przykładach smutnych i zastraszających, mieliśmy ten typ opuścić, nietknąwszy go. Inne znowu, niewiodąć prawda swoich ulubionych przed ołtarze, ale niemniéj widoczny ich tryb życia i wszyscy palcem pokazują z uśmiechem wzgardy, bezwstydnice. O prababki nasze, święte polskie niewiasty, coście tak czyste umiérały, dochowując wiary mężom zmarłym nawet, wy, których oddech nawet potwarzy skazić nie śmiał, spójrzcie na wnuczki wasze! Co za odmiana! Poznajecież w nich krew swoją? Dawniéj religja broniła od zepsucia, broniła wzgarda jaką towarzystwo całe, rzucało na zepsute kobiéty. Dziś, w sercach niéma wiary, a towarzystwo tak mile przyjmuje do swego grona Fryny, jak najuczciwsze niewiasty. Cóż dopiéro, gdy mają piękność, majątek i dowcip za sobą, dowcip dla którego ludzie często i zbrodnię przebaczą. Często sadzą je wyżéj poczciwych i obsypują daleko wymyślniejszemi grzecznościami dziś — dziś — a! skończmy to i przerwijmy, bo wczoraj nie wróci, bo dziś się nie zmieni — a jutro — Czekajmy jutra. — Jeszcze kilka uwag ogólnych o panach, o których możeśmy już i nadto złego powiedzieli. W każdéj klassie towarzystwa są ludzie śmieszni, są głupcy, są źli. Między panami, bacznie wszystko rozważywszy takich jest mniéj niż gdzieindziéj. Ale tu wady więcéj widoczne i nieprzebaczone, nieusprawiedliwione niczém. Dziś jednak zdaje się, że aristokracja pojmuje jak wiele utraciła, jak mało jéj pozostaje, gdy się tylko opiérać będzie na imionach i majątkach. Wiele imię, wiele majątek pomódz mogą, gdy z razem idą przymioty głowy i serca; ale bez wychowania umysłowego, bez wyższości moralnéj i imię i majątek za nic. Dziś jedna tylko aristokracja być i exystować może, aristokracja światła, aristokracja rozumu, aristokracja poczciwości. Wszyscy skłonią głowy przed nią bez sporu, a piękne imię jako piękną pamiatkę uczczą, majątek jako środek czynienia dobrze, jako rękojmią niezawisłości ocenią. Wielkie imię droga to spuścizna, ale i ciężar nie mały, nie każdy je dźwignie; a za kim się ono po błocie wlecze — temu pytam do czego służy? — na większe pohańbienie. Dziś codzień więcéj widzim panów, którzy wyższość swoją socjalną (tak się to położenie technicznie nazywa) starają się usprawiedliwić, uprawnić, wyższością umysłową, krórzy pojmując, jak położenie ich sprzyja ze wszech miar umysłowemu życiu, wchodzą w nie i w niém smakują. Zaiste godna to uwagi, godna pamięci, iż wielu z nich zapełniają użytecznie żywot, oddając się naukom, zbiéraniu pamiątek dawnych, miłośnictwu sztuk, podniesieniu gospodarstwa, polepszeniu bytu poddanych i t. p. Jeśli panie nasze jeszcze nie potrafiły nauczyć się czytać po polsku, panowie za to, czytać poczęli, zajmować się literaturą i śledzić ożywiającéj się ruchy. O! gdyby pojąć chcieli, jaką w historij kartę zająćby mogli, zwracając wszystkie usiłowania swoje, ku zebraniu starożytnych pamiątek, ku rozszérzaniu światła, ku postępom literatury; gdyby pojmowali jaką będzie zasługa tych, którzy jedną odgrzebią pamiątkę, jedną kartę od zguby zachowają, jednego obłąkanego na drogę prawą wprowadzą. Gdyby to pojmowali, możeby ci nawet, którzy tyle tracą za granicą, którzy tyle przegrywają w te nieszczęsze karty, którzy rzucają piéniędzmi w oczy głupcom i błaznom ich otaczającym — obrócili się w inną stronę, pomyśleli nad sobą. Lecz nie — to marzenie — nigdy ogół nie pojmie tego — daj tylko Boże jak najwięcéj pięknych wyjątków, jakich kilka, kilkanaście, kilkadziesiąt nawet, z chlubą na Wołyniu naliczyć możemy. Powiedziałbym tu imiona, ale niechcę zasmucać tych, którychbym wymienić nie mógł. Zapomnieliśmy jeszcze w tym rysie panów, wiecznie podróżujących, przepędzających życie za granicą, zdających się swojém postępowaniem mówić, iż w kraju żyć nie mogą. — Tych codzień prawda zmniejsza się liczba, a typ ten nie jest wyłącznie naszego czasu. Od stu lat podobno trafiały się takie wyjątki. — Spójrzmy wreście i na Kosmopolitę, któren naszém chłodném powietrzem żyć nie może. Dziedziniec pałacowy zarósł trawą i chwastami, brama na jednym tylko wrzeciądzu wisząca, czyni wjazd prawie niepodobnym — na domu opadły tynki, w oknach połowy szyb brakuje, wszędzie znać ruinę i niebytność właściciela. W jednym tylko kątku pałacu, jest odrobina życia, stary tam dziadowski jeszcze sługa mieszka i pilnuje niegdyś ożywionéj rezydencij, z któréj wygania profanujące ją wróble, sowy i jaskółki. Co tydzień raz przynajmniéj wziąwszy klucze wiszące z kółka, Marcin wychodzi obejrzéć pałac, przechodzi sale i pokoje poważnym krokiem, oglądając w jakim stanie są sprzęty, które butwieją coraz, rozłamują się, padają, okrywają pleśnią i do niepoznania zmieniają. Za każdą przechadzką po opustoszałéj dawnych swoich panów siedzibie, nową szkodę postrzega sługa. Tam posadzki popróchniały i popaczyły się, ówdzie krzesło się rozsypało i gdzieindziéj urwały się sznury zwierciadła, które padło i strzaskało się na ziemi. Napróżno starannie zatyka dziury w oknach, aby wilgoć się nie wkradała, próżno wietrzy sale w dnie pogodne, zmiata kurz, wypala w piecach — pałac pomimo starań jego, coraz widoczniéj staje się pustką. — Nie tak bywało, wzdycha Marcin, zamykając drzwi ostatnie, ach! nietak to bywało! — A jakże bywało? pyta z ciekawością chłopiec młody, syn pana plenipotenta, a wkrótce obywatela, bo plenipotent wylegitymowany, na przyszłych kontraktach niezawodnie parę wsi kupi. Jak bywało! jak bywało! z trochą pogardy woła sługa — — długoby o tém mówić, a niekażdy zrozumiałby może. Rodzice pana (młody pan ma już lat przeszło czterdzieści) żyli tu dawniej po pańsku, był tu ruch Mosanie, zjazdy, wesołe polowania, zapusty, kuligi, nieporastał dziedziniec chwastami, nie było nigdy tego strasznego milczenia. Oj! dawniéj to dawniéj! Bywało ś. p. Pani Podkomorzynéj imieniny gdy przyjdą w Maju na Ś. Zofją, to to, o dwadzieścia mil w koło, całe sąsiedztwo się zjeżdża a balują, a hulają do oktawy. Toż Mosanie i na JW. Podkomorzego, na Ś. Szczepan, bywało krewni i z Korony i z pode Lwowa i z Wielko-Polski się ściągają. A Zapustyż? niestawało miejsca koniom i ludziom, to konie stały na pańskim obroku w austerij, a panowie i panie, ci każda płeć osobno, pokotem po salach, nasławszy siana zasypiali, po wesołych zabawach. Bo to, mospanie, dom był staropolski, gościnny, otwarty wszystkim, każdemu gospodarstwo radzi, każdy wesół odjeżdżał i wdzięczen za uczcziwe przyjęcie. A przyjęcie było, jak Bóg przykazał, co dom miał. — Spójrzcież no teraz na te rudera, jestli tu ślad tego co było. Ktoby się to domyślił, jaka tu wesołość, ochota mieszkała. A czemu to tak opustoszało? spytajcie się mnie, — przez (z przeproszeniem mówiąc) przez paniczowe fiu bżdziu w głowie. A kto temu winien? Ot podobno sami JWPaństwo Podkomorstwo, świeć Panie ich duszy. Jak zaczęli edukować panicza na cudzoziemską, niemiecką tam jakąś manjerę, jak zaczęli uczyć po francuzku, nasprowadzali z za granic guwernerów, wyprawili potém na wojaże, tak paniczowi potém dom zaśmierdział, a wszystko w głowie jakieś tam Paryże a Paryże; ot i porzucił dom a teraz gdzieś mieszka w Florencij — A było go po staropolsku prowadzić nie byłoby tego, dać do szkoły, trzymać w rézie panicza. Ale JW. Podkomorzyna z wielkiej miłości dla jedynaka, wszystkiego nam tego nawarzyła. Nieraz ja słyszałem, jak jegomość nasz mówił: — Ej, Jejmość, Jejmość, porzucićby tych guwernerów, bo nam z dziecka zrobią cudzoziemca. A Jejmość odpowiadała wszystko — Taka kotku moda — Otóż tobie moda, majątek zrujnowany, dom pustką, a źli ludzie korzystają. Te ostatnie wyrazy z przyciskiem wymówił Marcin, bo chciał synowi plenipotenta dać uczuć, że jego ojciec należał do téj kategorij złych ludzi. Chłopiec zrozumiawszy, nie w ciemię go bito, wyniósł się pocichu a stary sługa wszedł do swojéj ciupki. Była to mała izdebina, w któréj szczątki dawnej okazałości, podruzgotane, składały bardzo ubogi sprzęt starego Marcina. Nic tu nowego. Pod oknem stara komoda, niegdyś kosztowna, bo wysadzana misternie, dziś krzywo stojąca i połamana; daléj parę krzeseł niegdyś złoconych i axamitem obitych, dziś kulawych i odartych. Na ścianie kawałek weneckiego zwierciadła w zwierciadlanej ramie pobitéj, brudny portret Podkomorzego z gwiazdą i wstęgą, wizerunek Ś. Patrona od much upstrzony. Nad łóżkiem wązkiém gromnica, palma i święcone wianki. W kominie widać szczątki naczyń dawniéj ozdobnych, pootłukanych, powyszczerbianych, brudnych, wysoki dzban cynowy staroświecki z pokrywą i misę. Kilimek nawet, którym zasłano łóżko, makata wisząca nad niém przypominały dawne , jak ten Marcin z twarzy podobny do portretu starego sługi, bardziéj niż do żyjącego człowieka. Cicho na pałacowym podwórcu, w ogrodzie, w pałacu, dokoła, na drugim dopiéro dziedzińcu życie i ruch. Tu świeży dom pana plenipotenta, postawiony bez smaku i sensu, czerwone okiennice, różowa facjata, zielone balaski; ale dokoła ożywia go gospodarstwo, głosy ludzi i zwierząt. Niedaleko stodoła, obory, owczarnie, gorzelnia, magazyn. Budowle w złym stanie, domyślisz się o staje patrząc, że tu nikt o nie nie dba; a wszyscy sobie kradną, od najstarszego począwszy. Mnóstwo żydków kręci się przy domu pana plenipotenta nizko przed nim czapkując, on zaledwo raczy wyjść do nich i spójrzéć. — Czegoż to tam chcecie? woła ukazując się ze drzwi z cybuchem zakończonym ogromnym bursztynem, w tlustéj gębie. Niémam czasu! Przynoście piéniądze! Rata nadchodzi! Piéniędzy! Pan pisze a pisze abym mu posyłał, a z was nic wyciągnąć nie można — Tych słów własnie domawiał plenipotent, gdy zdyszany parobek nadbiegł oznajmując: — Pan przyjechał! — Jaki pan? spytał groźnie marszcząc się plenipotent. Co za pan? — Nasz taki pan, dziedzic — Podkomorzyc — — Co pleciesz? zwarjowałeś! zaryczał plenipotent — — Dalibóg przyjechał — tylko co. Mówił to jeszcze parobek, gdy nadbiegł stary Marcin, z témże. — Jaśnie Wielmożny Podkomorzyc powrócił, wrzasnął zdaleka. Proszę do JW. Pana — JWPan gniewa się i piorunuje za nieład, a ja Wasanu mówiłem, że to kiedyś tak będzie. — Co te osły poszaleli! huknął plenipotent. Jaki pan? Wasz pan o sto mil ztąd, to być nie może. — Nie o sto mil, kiedy powrócił, rzekł Marcin — Poznałem go dobrze, podobniuteńki do nieboszczki Jejmości — Otworzyłem mu pokoje ojcowskie, ale w nich zimno jak w psiarni. Kazał ognia nakładać i Waspana zawołać. — Mnie! zawołać! To mówiąc plenipotent trochę pomięszany wszedł do pokoju, gdzie już wielka wiadomość popłoszyła jego żonę, córki i synów. Lecz wróćmy do pałacu i Podkomorzyca. Łatwo pojąć, jak nawykłemu do wytwornego wygodnego życia za granicą, wydał mu się kraj, do którego jechał, jeszcze najgorzéj o nim uprzedzony. Od granicy począwszy wszystko było jak najgorzéj, na wszystko piorunował, zżymał się, ze wszystkiego szydził, każdą rzecz porównywał pogardliwie z tém, co porzucił za sobą we Włoszech, we Francij. Począwszy od chmurnego nieba naszego, które mu się niepodobało, począwszy od złych dróg, złych karczem, niedostatku wygód, kraj i ludzie ulegli najsroższéj krytyce podwojonéj złym humorem i golizną zmuszającą do powrótu na ojcowskie śmieciska. Jakże się wydał pałac ów stary, zimny, zrujnowany, opuszczony! Podkomorzyc nieuczuł bicia serca najlżejszego na wspomnienie rodziców, pod których okiem tu się , nie wylał jednéj łzy nawet, wysiadł z powozu szukając ciepłego kąta, a zasnął klnąc zimno, wilgoć i głód. Rozpatrzywszy się lepiéj, bardziéj jeszcze nie popobał siedzibę przodków i kraj rodzinny. Ci, z któremi się poznał lub dawną bardzo odnowił znajomość, wydali mu się najgorzéj, żaden z nich Włoch i Francij nie pojmował, żaden nie miał dobrego wychowania, żaden nie pomagał mu narzekać na kraj swój i dziczyznę jego. Podkomorzyc nudził się okropnie, a nudy powiększały się jeszcze, przekonaniem że były bez nadziei ratunku. Fortuna ojcowska obciążona była długami, nikt pożyczać nie chciał, mówiono o rozbiorze; plenipotent wkrótce podziękował za służbę, i kupiwszy dwie wioski, stał się arcy-zacnym obywatelem. Na następujących Sejmikach obrano go nawet Sędzią. Podkomorzyc umiérał z nudów, z rozpaczy, wzdychał za swą przybraną ojczyzną, tęsknił, schnął, umiérał. Szczęściem posażna stara panna, niegdyś piérwsza jego miłość, gdy był prawie dziecięciem, oddała mu rękę swą i miljonowy majątek. W tydzień po ślubie wyjechali państwo mlodzi do Florencij i więcéj ztamtąd nie powrócili. Stary Marcin znowu się nosił z kluczami i narzekał na ś. p. JW. Podkomorzynę, że panicza popsuła. Ale nie długo włóczyć się staremu, już nogami suwa, głowa mu się trzęsie, a na Ś. Marcin dziewięćdziesiąty ósmy rok życia kończy. Daj Boże żeby do Marca dożył. Jeszcze jeden obrazek?? Wśród pięknej okolicy, ujrzysz może kiedy miasteczko, położone szczęśliwie nad rzeczką, która zebrana w wielkie stawy, obraca kilka młynów, krupiarni, tartaków, gręplarni i innych zakładów. Na boku, na wzgórzu zastanowi cię budowa murowana, obszerna, a bez pretensij i wystawy, choć z największym postawiona smakiem, otoczona ogrodem i innemi zabudowaniami, równie pięknemi jak sam dom, równie prostemi i wdzięcznemi. Z za zielonych drzew ujrzysz tam także wysuwający się ozłocony słońcem krzyż kaplicy. Naówczas zastanowisz się w miasteczku, bo zechcesz zapewne poznać bliżéj, miejsce tak wdzięczne. Zwróci uwagę twoją porządek, który napotkasz wszędzie, zacząwszy od rynku, miejsca, dokoła którego pospolicie zbierają się wszystkie brudy po naszych ubogich mieścinach. Tu stoją murowane porządne kramy, kilka czystych domów zajezdnych. Wszędzie cicho, spokojnie, a jednak ruch jest i życie. Zechcesz widziéć więcéj i przejdziesz się ku dworowi. Do niego powiedzie cię ulica wysadzana staremi lipami, po któréj obu stronach białe pięknie pobudowane domki z ogródkami, wdzięczny czynią widok. Uśmiéchać się będziesz do czystości, porządku, spokoju, jaki ujrzysz wszędzie. Zbliżysz się, dwór się ukaże z innéj strony, otoczony obszernym dziedzińcem, wśród którego nie natrafisz na żadną niesmakowną ani pretensjonalną ozdobę, ani tryumfalne wrota, ani na głupi kompas (zawsze popsuty) ani na pootłukane posągi, wyobrażające podłubany kamień (bo pewnie nic więcéj.) Przed pałacem zielona murawa, do koła jéj piaskiem wysypana droga, daléj klomby łączące podwórzec z ogrodem. Ludzie przechodzący wydadzą ci się miłéj twarzy, , nie natrętni, nie ciekawi, nie pogardliwi, jak zwyczajnie słudzy wielkich panów. Ubranie ich będzie czyste, porządne, nie wytworne. Nikt ci nie wzbroni wejść do ogrodu, któren przebieżysz z prawdziwą roskoszą, coraz to coś piękniejszego natrafiając. Tam wielkie zwierciadło wody, indziéj zieloną łąkę, to znowu jedną z tych fantazyjnych budowli, w których tak często, więcej jest wysmażonéj pretensij, niż smaku i myśli. Ale tu wszystko ci się wyda harmonijnie utworzoném, wdzięczném, miłém. Napatrzywszy się wiele, pozazdrościwszy może w duchu (najuczciwszym sposobem zazdrościć trochę można przynajmniéj dobrych uczynków i pięknego ogrodu) pozazdrościwszy — szczęśliwym, swobodnym mieszkańcom tutejszym, spytasz wreście ogrodnika, kto jest panem tego miejsca. — Xiąże.............. Usłyszawszy to imię nie będziesz dziwił się więcéj. Xiąże jest w istocie ideałem pana. Nie poniżając się bez potrzeby, nie wynosząc się śmiesznie, pełen prostoty, szczérości, uczciwy jak ubogi slachcic, gościnny jak czasów człowiek, oświecony jak syn naszego wieku, ze smakiem wykształconym, ze znajomością ludzi i świata — Xiąże, powtarzam, jest ideałem pana. Żadnéj w nim śmieszności i żadnej słabości prawie; umié on nawet idąc ze swoim wiekiem, z jego wyobrażeniami, z modą, umié żyjąc w świecie który umyślnie przybiera postawę szyderską i zimną, umié być pełnym czucia i entuzjazmu; a potrafi jednak za tę tak wielką winę, wyjednać sobie przebaczenie od współbraci. Xiąże, nie zapiéra się swojego Xięztwa przez pochlebstwo dla tłumu, ani się z niém chwali, nie rozrzuca majątku, ani skąpi, nie miesza się we wszystkie towarzystwa, choć od żadnego widocznie nie ucieka. Pojąwszy że jego położenie towarzyskie czyni go obowiązanym do zajęcia się losem wielu innych ludzi podwładnych mu, zależących od niego, potrzebujących go — Xiąże zważa bacznie kto jest wart pomocy, pomaga, pociesza, podnosi, zapomaga. Zna jego i Xiężnę okoliczne ubóstwo, zna go uboga slachta, szanują mimowolnie wszyscy; nawet ci, coby go radzi ukąsić, nie wiedzą z której strony zaczepić. Xiąże zna Europę całą, ceni co jest istotnie dobrego w obyczajach obcych, w pomyśle cudzoziemców, w ich literaturach, zachwycał się włoskiém niebem, śmiał się z Francuzami w Paryżu, rozprawiał o polityce z Anglikami w Londynie, słuchał sławnych professorów niemieckich i poznał uczonych, jednakże powrócił do kraju i przyjął go z wszystkiemi jego ułomnościami, nie zaprzeczył mu jego wdzięków i zalet; kochając go jak przedtém, nie zapierając się ani języka, ani literatury, ani tutejszego sposobu życia, jakby na okazanie, że poznał coś zupełnie wyższego i lepszego, (co dowodzi tylko że się w istocie nic dobrze i głęboko nie poznało). Xiąże umié godzić wynalazki zagraniczne, ulepszenia z potrzebami krajowemi, ze stanem przemysłu, fabryk i sztuk u nas, umié zastosować się do miejscowości i z niéj dla samych wynalazków korzystać jeszcze. Nie będąc chciwym fortuny, (którą ma i tak bardzo znaczną) poczynił jednak zakłady wielkie, fabryki, posprowadzał machiny i majstrów. Dla czego? bo wié, że to wywrze znaczny wpływ na byt jego włościan, dając im sposób łatwiejszego zarobkowania; bo wié, że swoim przykładem obudzi może gnuśność drugich, kogoś zachęci, komu dopomoże. Dodajmy że Xiąże, nie straci także na tém, bo umié wszystko rozsądnie prowadzić, bo ma ten rozum prawy, który rzadko zawodzi; choćby mu nawet nie towarzyszyły wielkie specjalne wiadomości, cóż dopiéro gdy one się z nim zejdą?? Pobłażający słabościom ludzkim, nie przebaczający jednak występkowi, Xiąże jak inni którzy powrócili z za granic, nie pogardza krajowcami, nie polega od śmiechu patrząc na nich, może ich pocichu żałuje tylko, a głośno stara się wprowadzić ich na drogę najlepszą — najuczciwszą — pracy i nauki. W towarzystwie nie wymuszony, a nie pospolitujący się, nie zbyt wesoł, a nigdy smutny, miły jest wszystkim i dla wszystkich przystępny. Zbyt zna świat, aby (gdyby ją nawet miał) słabość jaką i śmieszność okazał; to też najzajadlejsi anti-aristokraci, nie potrafią się śmiać z niego i nic na niego wymyśléć, kontentując się użaleniem nad tém, że się urodził panem!!! Taki człowiek, łatwo to umiarkujecie, nie ożenił się z nierówną sobie co do przymiotów duszy i ukształcenia. Xiężna jest ideałem wielkiéj pani; a razem kobiéty najlepszego towarzystwa, żony i matki. I w niéj nie znajdziesz żadnéj z tych wybitnych śmieszności, które tak w oczy skaczą u innych, z resztą najprzyzwoitszych kobiét. Xiężna jest miła, grzeczna, łagodna, dobroczynna, jak mąż jéj wybaczająca wiele drugim i równie jak on szczera i pełna zapału. Czytając ten obrazek, pomyślicie zapewne: — Tam kréślił poczwarne karykatury, tu jakieś ideały bez ludzkich słabości. Przepraszam, mają i oni słabości, ale walczą przeciw nim, usiłują w sobie zniszczyć i dla tego ich nie widzim, dla tego o nich nie piszem. Powiecie mi także, za co w nich obójgu tyle chwaliłem szczerość i zapał, żywe czucie? Dla tego, że te przymioty są u panów i pań, a w ogólności u osób wyższego towarzystwa, lepszego wychowania (bo to tak zowią pospolicie) nadzwyczaj rzadkie. Źle zrozumiano powszechnie, wyższość umysłową moralną, a na mocy fałszywego o niéj pojęcia, się dla okazania wszelkiego ukształcenia umysłowego, na oziębłość i szyderstwo, tak jak gdyby brak szczerości, uczucia, zapału, zimny zwyczaj drwinkowania ze wszystkiego dowodził istotnie wychowania, rozumu? — Nie tak się dzieje, mili panowie — człowiek odarty z czucia, zimny, godzien jest litości nie uwielbienia, dowodzi on sobą może bardzo świetnego, ale pewnie moralnie złego zupełnie wychowania, jest nieszczęśliwy sobie, a nieznośny drugim. Wydaje się wiecznie przybylcem z jakiegoś innego świata, z lepszego, choć ma wszystkie słabości naszego i nie kryje się z niemi. Może to wprawdzie bardzo zdumiewać i uszczęśliwiać głupców, mogą zazdrościć braku uczucia, oziębłości na wszystko, umiejętności szydzenia ze wszystkiego, ale ludzie z odrobiną rozsądku, łatwo odkryją w tych sceptykach, rzucających w oczy sarkazmami za każdém słowem — sztukujące się tylko, mierne i płytkie istoty. Dłuższe a bliższe z niemi stosunki, najlepiéj o tém przekonają. Dixi. — Już koniec? pyta czytelnik. — Na ten raz koniec— — Kilka karykatur i dwa ideały. — Niech i tak będzie, pozwalam. Poczekawszy dopełnię mojego przeglądu, wizerunkami których nie będziesz mógł nazwać, ani tém, ani tamtém imieniem. Jeśli te nie są jeszcze, to tamte będą niezawodnie typami.—
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Charaktery (Kraszewski, 1842).
