Read here

Banita

Józef Ignacy Kraszewski · 1843 · Free in the US

33,846 words · about 2 h 22 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1843 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Banita_(Kraszewski,_1843)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Józef Ignacy Kraszewski
Language
Polish
Published
1843
Length
33,846 words · about 2 h 22 min
Sections
6 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (6)

Continue:

Powieść historyczna z XVIII wieku

Powieść historyczna z XVII wieku

z

J. I. KRASZEWSKIEGO

Powieść historyczna z XVIII wieku

Powieść historyczna z XVII wieku

z

J. I. KRASZEWSKIEGO

.

Brzozowiec.

Znacie lub nie znacie może — tego kraju, którym płynie Bug niosąc na sobie wołyńskiéj ziemi płody, zamorskim kupcom, złotą pszenicę, białe jagły, ogromne dębowe i sosnowe belki poleskie, klepkę i potaże. Po nad sinym Bugiem, zielone ługi, pokryte wysokiemi trawy, na wiosnę zalane wodami, ciągną się szeroko — Gdzie niegdzie piasczysta wydma świeci białoźółtym grzbietem, z którego wiatr wydmuchuje odwieczne kości pradziadów i potłuczone popielnice — Gdzie niegdzie czarny bór, lub gaj białych brzóz, opodal od brzegu staje i zdaje się przyglądać, jak Bug płynie, jak flisacy na pasach stojący, śpiewając i wesoło pomykają daléj a daléj! Płaski to kraj i nie znajdziesz w nim pięknych widoków, od których oczu oderwać trudno w wołyńskiéj ziemi, na Podolu. Ale kawał to ziemi żyznéj, wdzięcznéj, a temu co się na niéj urodził miły, piękny nawet. Bo co sercu drogie, to i oczom piękne, a nie jeden w najpiękniejszym świecie, który Bóg na zadziwienie ludzkie stworzył, westchnął za swoją krainą, bo swoja! bo na niéj pogrzebał połowę życia i wszystkie pamiątki. Podlasie ma żyzność Wołynia, a wygody Polesia. Jak samo nazwisko oznajmuje, kraj to przecięty gęstemi lasy, dostatek w nim zwierza do łowów, dostatek łąk i wypasów, a wydarta niwa gliniasta, rodzi jak wołyńska. Lud w nim silny, zahartowany na zimno i spiekę; są strony w których wieśniacy całkiem nawet czapek użytku nie znają, gęstemi włosy okrywając się tylko od zimna i gorąca. Jak w każdéj krainie gór lub lasów, gdzie mnóstwo niedościgłych zakątów, pełno miejsc tajemniczych, tak i tu niezliczona liczba powieści, przesądów, skazek krąży w ustach ludu. W łozach co gęsto zbite z trzcinami szumią nad brzegami rzek i stawów, siedzą djabli, dusze zaklęte i wilkołacy wyją nieraz w nocy, nie daleko dworu, a po lasach pędzają się tajemnicze zwierzęta, które tylko pojedynczym strzelcom się ukazują... A kraj to nie pusty, nie dziczyzna, szlachty w nim, z Mazowsza osiadłéj pełno, są całe osady herbowne, w których pan brat za sochą przy zardzewiałéj szerpetynie chodzi. Ba i miast nie braknie, i rezydencij pańskich. W Kodniu, z dawien dawna przesiadują panowie Sa- piehowie, gdzie i Kościół wspaniały fundowali, w Białéj, Radziwiłłowie, Łomazy sławne ongi zjazdem Litwy z koroną i handlem ogórków; że nie wspomnę innych. W Białéj i szkoły z tytułem Akademij i Klasztory i Fara wspaniała i Zamczysko obronne. A w kącie o którym mowa, sąć przecie jeszcze i Słowatycze i Wisznice i Włodawa i Różanka — Ale nie o opis kraju nam chodzi. — Nie daleko Buga, na dolinie, któréj część osłania gaj brzozowy, dawno już temu, na początku XVII wieku, wznosił się świéży jeszcze dworek szlachecki z białym kominem. Znać to była świéża osada, bo w koło stérczące pnie brzóz i sosen, nie wyrobiona jeszcze nowina, leżące kłody, świadczyły, że nie dawno był tu las jeszcze. Droga wiodąca do dworku, okryta była zwaloną kołami paprocią, wrzosem i leśnemi dzwonkami, gałęzie pożółkłe sosen, w połowie ją zarzucały. Dworek nie pobielony, zbudowany z bierwion sosnowych nie oprawnych, na mech pozakładanych, świecił jeszcze żółty, a w węglach nie miano czasu dłuższego pospiłowywać drzewa. Tuż przy dworku, stała nowa także stodołka i chléwek, a po za nim, na prędce zarzuconym z kołków i żerdek płotem, ogrodzono polko tylko co wykarczowane na warzywo. Już w niém troskliwa gospodyni, pozasadzała kapustę, buraki, marchew i posiała maki, na wysokich grzędach — Wielka stara brzoza, sama jedna pozostała z sosną niemniéj grubą i wysoką, drobne swe listki spuszczała aż na świéżo poszyty dach, na którym misternie cyfry ze snopków ułożono, krzyż i rok 1601. Jakby na dobrą wróżbę, jaskółki przyleciały z wiosną na nową sadybę i poczęły lepić gniazdka pod strze- chą. Dowiedziały się też wróble o ogródku i obsiadły plot, czyhając na ziarno, które dla nich Bóg po drodze rzuca, przez ręce człowiecze. Cicho było na nowéj osadzie i szum nie bardzo oddalonego gaju, świergot bożych wychowańców, szczebiotanie jaskółek nieustannie wylatujących Z gniazdeczka i wracających do niego, przerywał tylko ciszę wspaniałą, poważną, ciszę pustyni, gdzie nié ma śladu człowieka, a wszędzie sam Bóg tylko. Wewnątrz dworku, począwszy od progu pełno było wiór i trzasek, które na kupy dla wyrzucenia nagromadzono, ale nie miano czasu wynieść jeszcze. Z maleńkich sionek, na lewo, wiodły drzwi do izby, w któréj piec kaflowy i komin, ławy nowiuteńkie i ciężki stół dębowy cały sprzęt składały, a daléj do alkierzyka. W alkierzu stało łóżeczko, coby go się mnich nie zaparł, tak twarde, wąziuteńkie, tak nie wielka pod głowę poduszka. Nad nim krzyżyk, palma i gromnica, a obok dwie szable w krzyż, para siodłowych pistoletów i rusznica myśliwska. U okienka małego, co w ogródek patrzało, stoliczek nie wielki, a na nim dwie xięgi grube, myśliwskie przybory, Uniwersał ostatni, andum Województwa brzeskiego i próżny kufel, woniejący jeszcze piwem. Ale nikogo w alkierzu. W drugą stronę, izba czeladzi, z krzyżowym piecem, ławy do koła, ubity tok miasto podłogi, z niéj drzwi do alkierzyka staréj Barbary, co tu gospodynię zastępuje. W izbie czeladnéj, dwie młode kobiéty przędą za kądzielą wywodząc żałośną ruską piosenkę, ale po cichu, po cichu, jakby się bały kogo obudzić. Parobczak koło progu, szczypie skałki a podżyła w na- miotce okopconéj baba, koło garnków i rynek się krząta. Drzwi od alkierzyka zamknięte, tam pani Barbara, stara wysłużona niańka, a teraz ochmistrzyni właściciela dworku zwija nici, mrucząc coś pod nosem i niekiedy spozierając w okienko. W maleńkim alkierzyku, co tu dostatków! co manatków! Tam w słoju pijawki, daléj na stoliczku schnące zioła, daléj na półce więdnące sérki, w kącie hładysze ponakrywane, kilka beczek i nasypek, zielony kuferek i łóżeczko, które ledwie poznać można za narzuconemi rzeczami, sukniami co stos poduszek i firanki i wszystko pokrył. Znać taka ciasnota we dworku, że nié ma się gdzie z tém, co Bóg dał, pomieścić. Pani Barbara wygląda na rok pięćdziesiąty i któryś, twarz żółta, pomarszczona, tylko się w niéj oczka świecą, jak dwa węgielki na zagasłym kominie. Głowę i czoło biały czépiec z szeroką falbaną osłania, na niéj prosta suknia szara i fartuch biały, na którym kieszeń skórzana wielka i pęk kluczów. — I nie wraca i nie wraca! szepce sobie pod nosem stara ochmistrzyni motając ciągle nici. — I nie wraca! A gdzie już po południu, a skwar taki, jeszcze się broń Boże na burzę wybierze, to zmoknie do nitki, bo poszedł w jednym kubraczku płóciennym. Pewnie gdzie siadł w chróście i po swojemu przypatruje się bobrom jak chaty budują, lub dzięciołom jak w sosny stukają. Serdeczny chłopiec, ale zapomnieć nie może, że sierota i światek mu nie smakuje, jakby się na pustelnika rodził. I kiedy już pan Wojewoda był mu skłonny, a chciał dobrze uczynić, nie lepiéjż mu było prosić o co innego, nie o ten lichy kawałek ziemi, i tych kilku chłop- ków z któremi pospołu pracuje na puszczy! Świata Bożego nie widać! Taki to zakąt przeklęty, że gdyby nieznajomy jaki, co czasem po staremu z Kodnia zawita, toby człek gadać zapomniał. No! a jemu to miło i zdaje się, że ani ochoty wrócić na dwór, ani ambicji żadnej już nié ma. Gdybyż choć stary, ale jeszcze trzydziestu nie doszedł, młokos, mléko pod nosem, a coś mu się roi. Dalibóg ja go nie rozumiem, chociem go wyniańczyła, chociem go wychowała, i powinnam znać lepiéj od ludzi. — Gdybyż to heretyk, niemiec, tobym się nie dziwowała, że od ludzi ucieka i światem się brzydzi, ale to z ojca z matki szlachcic, i ojciec świeć mu panie, zginął za nieboszczyka Króla pod Połockiem, a wojak był tęgi, matka także ze krwi szlacheckiéj, tać to dziad nie mało się z Moskwą nawojował. A ten, choć to odważny, ale serca do wojny nié ma, do dworu nié ma, do małżeństwa nié ma, do niczego. Dobre chłopczysko, ale gdyby nie mój wychowaniec, powiedziałabym, że mazgaj. — Tu pani Barbara położywszy motowidło przemknęła drzwi do izby czeladnéj i spojrzała w nią. — A wy coś tam drzemiecie przędząc? zawołała: — I ty Hryćku, nie wiele zrobił — I w piecu ogień wygasa, a chleb będzie czas sadzać. Oj! ciemięgi, ciemięgi, kiedy nad wami nie stać, to nic nie robicie. A nuże, do roboty, żywo! nie spijcie, będzie dosyć nocy — I sama pani Barbara, jęła się krzątać dla zachęcenia ludzi, coraz okienkiem wyglądając, czy pan nie wraca. Zniecierpliwiona wyszła aż na róg dworku i puściła wzrok przez drzewa i zarośle, w tę stronę, z któréj się spodziewała Stanisława. A cicho było do koła, tylko jaskółki szczebiotały, wróble świergotały, dzięciół pukał gdzieś daleko w sosnę i bór szumiał. — I nié ma i nié ma! — mówiła do siebie Barbara wzruszając ramionami — Gdzie już po południu i napolował się i nachodził. Czy czasem mu się co złego nie stało? Strzeż go Matko Boska kodeńska! Ot pewnie gdzie siadł po swojemu, zapatrzył się, albo może zapędził się za zwierzyną. — — Wszak bardzo rano wyszedł? — spytała otwierającego drzwi izby czeladnéj parobka. — Jak dzień! — A w którą stronę — — Po nad łęgi. — Powiedzże mi, czemu nie wraca? — Albo ja wiém. — Ta to już po południu! — I gdzie po południu! Pani Barbara ruszyła ramionami i nazad weszła do izby czeladnéj, potém do swojego alkierzyka. Przestała już motać i zaczęła się modlić chodząc, bo była niespokojna; a im cień od słońca pokazywał późniejszą porę, tym frasunek o wychowańca stawał się większy. Nareście dał się słyszéć jakiś hałas na podwórku i pani Barbara, porzuciwszy koronkę do Przemienienia Pańskiego, tylko co poczętą, skoczyła czém prędzéj ku drzwiom, z gderliwemi wymówki na ustach. Otworzyła drzwi i gębę razem, ale jak wryta stanęła — poprawiła czépca na głowie i nie wiedziała czy cofać się, czy iść daléj. Na widok jéj osłupienia, kobiety odbiegły kądzieli i przez ramiona dostojnéj Ochmistrzyni, probowały zaspokoić swoję ciekawość. Głos pana Stanisława, dawał się słyszéć, ale nie jeden, pomięszany z kilką innemi, tentent koni na podwórku, ze szczekaniem psów się mięszał. Na progu już stało dwóch mężczyzn i piękna młoda kobiéta. Za niemi szedł pan Stanisław czerwony, zakłopotany, pomięszany, wskazując im izbę na lewo. Nim poznamy się z gośćmi, pokażmy naprzód gospodarza. Odmalowała nam go pani Barbara, ale nie całkowicie. Siérota, młody i odludek, niegdyś dworak pana Wojewody z Kodnia, Sapiehy: tyleśmy tylko się od niéj dowiedzieli. Pan Stanisław nie wygląda nad wiek swój starszym, ogorzałą twarz, długiemi otoczoną włosami, rysów szlachetnych, prawie pięknych, zdobi rumieniec czerstwego zdrowia. Niebieskie oczy jego, mogłyby nie jednéj zalotnéj przydać się kobiécie, tak wyraziste, tak świetne, tak mówiące; rumiane nie wielkie usta, zdają się smutnie uśmiechać, na czole już także jakaś duma nie wesoła, a jednak czoło to pogodnego sumienia. I ciemnych, gęstych włosów, pozazdrościłaby kobiéta. Męzką postawę, szeroki w plecach, choć cieńki jeszcze w pasie, wydaje się słuszniejszym niż jest w istocie. W oczach, w ustach, w ruchu, w uśmiéchu, w mowie, odbija się proste, poczciwe, nie czémś zadrasnięte serce. Nałog samotności, rozmyślania i cierpienia podobno, nadał mu wyraz odrębny. Z pod stroju prostego, wieśniaczego, wygląda jak przebrany królewic, jak tajemnicza jakaś istota, nie na swojém miejscu. A jednak proste to szlacheckie dziecko, wychowanek Wojewody, dworak Wojewody, a dziś z łaski jego pan czterech chłopów i kilkunastu włók ziemi na wieczność mu nadanych z Kodeńszczyzny. Z gości pana Stanisława, piérwsza zwraca uwagę naszą kobiéta. Słusznego wzrostu, wysmukła, zręczna, jasnych włosów, niebieskich oczu, bladawéj twarzy, zdaje się nie doszła jeszcze lat dwudziestu, a już widocznie zamężna niewiasta, bo dziéwce w owych czasach, nie przystałoby tak na świat się z mężczyznami puszczać, i jeszcze na łowy. Ubior jéj wytworny, pokazuje dostatek, a nieco dumne wejrzenie, mówi o wyższém urodzeniu. Blada, okrągła, regularnych rysów, maleńkiego noska i ustek różowych, twarzyczka, pokryta czapeczką, a raczéj kołpaczkiem, w którym jéj pięknie jak bohatérce jakiéj sarmackich czasów, tchnie dumą razem, wesołością i niecierpliwością jakąś. Na niéj suknia w pół męzkiego, w pół niewieściego kroju, zielona, zapięta pod szyję z potrzebami złotemi, w ręku maleńka rózeczka, przez plecy różek myśliwski, cacko bardziéj, niż sprzęt potrzebny. Za nią podając jéj rękę, idzie mężczyzna już podstarzały, szpakowaty, z krótko podciętym włosem, rumianéj, długiéj a nie pięknéj wcale twarzy. Czoło jego gładkie, wysokie, przecinają dwie brozdy poprzeczne, i dwa marszczki od wierzchołka brwi równolegle do siebie idące, aż do zetknięcia z pierwszą brozdą, środkiem czoła sunącą się. Nos długi, wielki, a suchy, środek twarzy zajmuje, pod nim wąs szpakowaty obwisły, usta spore i spiczasta broda. W twarzy nié ma złości, nié ma dowcipu, nié ma wielkiego życia, jest jakiś wyraz obojętności, trochy dumy, dobroduszności i uszanowania dla siebie. To widocznie mąż niewiasty naprzód idącéj, choć mógłby być jéj ojcem. Na nim lekki żupan jasny pasem skórzanym przepasany, u boku kordelas miasto szabli, w ręku rusznica. Czarne długie bóty na nogach, czapka W kształcie misiurki na głowie. Trzeci gość, tak z twarzy podobny do kobiéty, że łatwo w nim rozpoznać jéj starszego brata. Też same rysy, ten sam w nich wyraz, zmieniony nieco jasno-blond wąsem, i męzką śmiałością. Pan Stanisław, zaprasza ich do środka czerwieniąc się, nie śmiało i nie wiedząc jak wymawiać, że pod tak ubogi dach, tak dostojnych gości wprowadza. — Wasza miłość nigdyście pewnie, — mówił w progu — nie zajrzeli jeszcze do takiego dworku. Uboga to chata, mało co od wieśniaczéj lepsza; nie potrafię was przyjąć, jakbym chciał, i przepraszam za niewygodę. — O! o! sam Waszmość panie bracie, rzekł starszy wprowadzając kobiétę przez wysoki próg, — ogadujecie swoje domostwo. Świeżuteńkie jak z igły, prawda trochę koło pusto, ale widać wam z tém lepiéj, wszak mogliście się budować na swojéj ziemi, bliżéj wioski? — Stanisław się zaczerwienił, otworzy! drzwi komnatki, i w skazując na nią ręką prosił o wejście nie chcąc na zapytanie gościa odpowiedzieć. Kobiéta weszła naprzód, za nią mąż, a za nim brat, nareście Stanisław. — No i coż to tak złego? — spytał starszy gość — Owszem chędogo, czysto, schludnie, niewytwornie prawda, ale coś miło. Dziękujemy wam za . — Widzicie WMość, — odrzekł gospodarz, — po tych nie pobielonych jeszcze ścianach, że to nowe gospo- darstwo; wybaczcie więc, jeśli czego w przyjęciu niedostanie, jeśli nadto was po wieśniaczemu podejmować będę; czém bogaty, tém rady, resztę raczcie słudze swemu przebaczyć a rozkazujcie jak w swoim domu. — Kobiéta się uśmiéchnęła, pół złośliwie, pół pobłażająco, jakby znieśmielonemu chciała dodać odwagi. — Już to — odezwała się — wiém, że ja najwięcéj muszę kłopotać naszego gospodarza, bo to nie lada odwiedziny, kiedy na nie przygotowanego kobiéty najadą, ale WMość chciejcie o mnie zapomnieć. Mój pan i mąż, lubi łowy, ja mu pomagam i do myśliwskiego życia; antypastów mi nie potrzeba, a co dobre mężowi a bratu to i mnie. Zatém nie troszczcie się wcale o przyjęcie. — Rozkazujcie więc, jak u siebie. — Daj panie bracie jeść co chcesz — odezwał się starszy siadając na ławie, bo głód męczy, zmieciemy czém nas uczęstujesz, nie frasujcie się. Stanisław wybiegł z izby i skoczył do pani Barbary. Ona stała w pośród czeladzi, skłopotana, pomięszana, blada, z załamanemi — No, matuniu, — ozwał się Stanisław, — tu nie czas stać i myślić, tu potrzeba panów przyjąć czém jest, choćby ostatniem. Dawajcie i jak najlepiéj i jak najprędzéj, a przewróćcie sobie dom jeśli chcecie. — A Waspan oszalałeś ze swémi gośćmi — zawołała Barbara. — My tu sami nie mamy wygody, a on gości sprasza! W Imie Ojca i Syna! na swoje pohańbienie a moję desperację! Jakeś ich zaprosił, tak ich sobie traktuj! Coż ja im dam? co ja im dam? — wołała w rozpaczy prawie. — Co jest, — rzekł Stanisław. — Tak! tak! a wiesz Waćpan co jest? Barszcz szczawiowy, cietrzew pozawczoraj zabity, na buraczkach, i pierogi z sérem. Jakże ja im to dam! oszalał czy co! Ja się w to nie wdaję i nogą się nie ruszę z alkierza. Rób sobie Aspan co chcesz. Żeby mnie był oznajmił przynajmniéj, czy co, a to tak obcesowo naprowadził i każe mi ich karmić! — Ale moja pani Barbaro, — odezwał się Stanisław — tu nie czas gderać, będziesz mnie sobie łajać jak pojadą, a teraz ratuj i dawaj jeść, bo głodni. — Oszalałeś czy co! Dać im barszcz! — Co jest to dać! — Zapewne! właśnie oni to będą jeść — — Będą, nie będą: a teraz głodni, nié ma co rozprawiać, niechaj Hryćko odzieje się, jeśli pacholik nie wrócił, dobyć z kufra matczynéj bielizny, szkło nowe i dawać na stół, co Bóg dał! Pani Barbara uderzona słowy i tonem, jakim je wymówił Stanisław, zatrzymała się i zwróciła z drogi ku alkierzowi, mrucząc coś, ale już nie wyrozumiale. Pan Stanisław mówił daléj. — Tym czasem, moja Basieczku, daj co przekąsić, dobądź z loszku, co tam się znajdzie i zmiłuj się nie wystaw mnie na wstyd. — Aspan się sam oszalawszy, na wstyd naraził — odburknęła Ochmistrzyni. — Komuby to przyszło do głowy prosić takich ludzi, jak widać, coś i bardzo z pańska, do szlacheckiego dworku, a to jeszcze nie zasobnego, gdzie nic nié ma. Tu i koni nié ma gdzie postawie, coż dopiéro ich samych! To prawdziwa kara Boża, nie darmom ja coś złego przeczuwała. Tak podgdérując Ochmistrzyni wzięła się jednak, do roboty, szczęściem i jedyny pacholik pana Stanisława ze wsi powrócił i cietrzew się znalazł drugi i coś tam na prędce wymyślniejszego przyczepiła do obiadu. A tym czasem z zamczystego kufra dobywano bieliznę, z połek zapylone zdejmowano szkło, srébrne nawet kubki i jedyna miska z tegoż kruszcu pana Stanisława, wystąpiły na stół. Sam gospodarz na prędce się odział do swoich gości i tak jakoś zastawiono w godzinę dobrą po przybyciu, ni to obiad późny, ni wczesną wieczerzę. Stanisław nie usiadł, stał i służył sam, popychając nieustannie jedynego służkę swego, który co chwila najsroższe omyłki popełniał. Biédny gospodarz czerwieniał od wstydu, a napróżno goście dodawali mu otuchy zajadając i gwarząc wesoło, napróżno kobiéta wznosiła na niego coraz łagodniejszego wyrazu oczy, on co chwila bardziéj się mięszał i wstydził, za ubogie przyjęcie. — A coż nie siądziecie z nami? — spytał podnosząc głowę stary — godziłoby się po łowach zjeść i spocząć. Mamy ciężko na sumieniu, żeśmy wam spokoj i odpoczynek wasz zamącili. — Jam do wszystkiego przywykły, — odpowiedział Stanisław — O was mi chodzi, i naprzód ugościć moich panów mi potrzeba, nie myślcie o mnie, a rozkazujcie. — Widzę was zbytecznie niespokojnym o nas, — rzekła kobiéta nieśmiało i cicho — aleć wszystko tak wyborne i wybornie, taki u was dostatek i porządek, że nie wiém, za co byście troszczyć i wstydzić się mieli. — Tak to mnie z łaski swéj wymawiacie — prędko odrzekł gospodarz. —— Ale chcecieli prawdziwie mnie uszczęśliwić, rozkazujcie tu jak u siebie. — Jeśli tak, — przerwał brat, — to koniecznie nam tu was u stołu potrzeba. — Siadajcie, siadajcie — rozsuwając się zawołała kobiéta i starszy gość — koniecznie. — Wyśmienicie wam tu i bardzo swobodnie, — rzekł po chwilce siwy do gospodarza — pojmuję bardzo takie życie, jak wiedziecie, ale jednak nie pomału mnie ono dziwi. Pozwolcie spytać, czemu tak młodo, z takiego dworu jak P. Wojewody, dobrowolnie wybraliście się na pustynię? — Stanisław pod zwróconemi na niego oczyma, kobiéty i dwóch swoich gości, zapłonił się cały, otworzył usta, ale nic nie powiedział. — Jestli w tém tajemnica jaka, to was nie naglimy — cicho szepnęła kobiéta. — Tajemnicy! żadnéj, — odpowiedział Stanisław, coraz bardziéj ośmielony i czując potrzebę wylania się z serca całego — ale nie będzieli nie przyzwoitą, sprawy własne i uczucie własne wam rozpowiadać, którzy tylko z litości nade mną, słuchać ich ? — — Porzućciebo dworszczyznę, — zawołał stary — tać i przed Królem Jegomościa, gdybyś go miał w domu swym, moglibyście co o sobie powiedzieć! Zbyteczny Kortezianizm was opadł. Śmiało, śmiało, powiedzcie nam, czemu to zakopaliście się w takiéj pustyni. Azali nie nieszczęście jakie, nie swawola jaka, przebaczona młodości, nie smutek po stracie czyjéj, was w tę ustroń zapędził? — Stanisław wahał się i milczał. — Czytaliście pewnie, — rzekł stary — bo widziałem z waszéj rozmowy, że wam książki nie obce, nowe poema pana Andrzeja Zbylitowskiego, pod tytułem: Wieśniak? Możeszcie się to, jak on, rozmiłowali w tém życiu wieśniaczem? — A kobiéta, gdy to mąż jéj mówił, niebieskie oczy swoje, wlepiała w Stanisława i czekała ciekawa odpowiedzi. — Śmiać się będziecie ze mnie, — rzekł Stanisław — gdy wam przyczynę powiem, ale chcieliście jéj, nie mogę gościom odmówić, choćby wstydu własnego, zwłaszcza po tak ubogiém przyjęciu. Nie będę WW. Miłościom długo rozpowiadał o sobie i krótko powiem, nic mi na świecie nie smakowało, na którym byłem. Sierota bez ojca i matki, których mi Bóg znać nie dał, wychowałem się w łaskach pana Wojewody, na jego dworze i jego kosztem jeździłem na nauki, nie tylko tu do Krakowa, ale do innych krajów. Kazano mi się sposobić do wojennego rzemiosła, jedynego, dla szlachcica ubogiego, chleba, i powróciwszy służyłem rycersko, ale mi zawsze księgi milsze były od obozowéj wrzawy i życie ciche od dworskiego gwaru. Raz pan Wojewoda wiedząc o tém, raił mi suknię duchowną, ale i ku temu świętemu stanowi powołania nie czułem. Coż było z sobą począć, ot z książkami, myślami, i ze wstydem, przyszło się zagrzebać na pustyni, bezużytecznemu ludziom i sobie. Boć czuję ja, żem tylko po prostu próżniak, przy młodych moich leciech i człek bez stanu a celu. — — Nie mówcie tak, — odpowiedział stary, — trochę odpowiedzią zdziwiony — nie próżne to życie, które zajmuje nauka a myślenie. Pan Wojski sandomirski takżeć wioskę swą lubił i urzędów odmawiał i ciszę swą wiejską nad wszystko przenosił, a nikt mu tego za złe nié ma. Ot, piękne imię narodowi naszemu ku sławie zostawił! — Stanisław westchnął głęboko. — Pocieszacie mnie WMość, — rzekł, — ale zbyt wysoko wzięty przykład wasz, więcéj straszy, niż otuchy dodaje. Drugiego takiego poety, jak P. Wojski sandomirski poczeka Polska pewnie trzy wieki, i nie wiele to będzie jeszcze! — Mówiąc to twarz się jego wyjaśniła, rozpromieniła i znać było, że zapomniał swego gospodarskiego frasunku. Kobiéta oparłszy się na łokciu, przypatrywała mu się z ciekawością, chciwie badając w pięknych rysach twarzy jego, uczuć, które po niéj przebiegały, jak obrazki chmur po czystéj powierzchni spokojnego jeziora. A stary mąż namarszczywszy czoła, jak widać zwykł był czynić, choć się wcale nie srożył, dodał. — I nie żalże wam świata? młodzieży, życia, nadziei wzniesienia się, fortuny, boście to wszystko porzucili na progu waszego — — Nie powiém wam czego mi żal, i za czém mi tęskno, — rzekł Stanisław — to pewna, że to spokojne życie, którego tak pragnąłem, nie wystarcza mi teraz. Chwytam się na dziwnych myślach i żalach. Ale w waszém życiu W. Miłość, doświadczyć musieliście pewnie to, czegom ja w krótszém daleko doznał. Nié ma stanu zupełnego szczęścia, pożądasz czego najsilniéj, spełni się, a oto cię żal ogarnia, boś się inaczéj i więcéj spodziéwał. Żal więc za żal, wolę taki jaki mam, niż gorszy, którybym sobie mógł kupić. — Filozof z was nad lata, — rzekł stary westchnąwszy mimowolnie, — aleć jednego przynajmniéj w życiu człowieczem braknie koniecznie i do końca najbardziéj, boć to Bóg przeznaczył, żeby mąż nie był bez niewiasty, krom mnicha: sercu potrzeba serca, towarzysza. I wiécie co wasz ulubiony pan Wojski, śpiéwał na początku swych pieśni, o dobréj żonie. Nigdyż wam na myśl nie przyszło, że tak sami wytrwać nie możecie? Kobiéta wlepiła iskrzące się oczy w Stanisława, a on swoje spuścił, zmięszany. — Rozśmiejecie się znowu ze mnie prostaka, — rzekł odpowiadając staremu — ale boję się więcéj kobiéty, niż jéj pragnę — — Widać żeście byli zagranicą — przerwała niebieskooka żywo podnosząc się zkrzesła — a nas niewiast polskich nie znacie — W téj chwili w sieniach dał się słyszéć gwar jakiś i jezdny podróżnych, wszedł z kartą w ręku. Stary pobladł widocznie na widok sługi, pochwycił kartę, wlepił w nią oczy i spytał kto przyjechał? — Komornik z Kodnia. Kobiéta i towarzysz podróży nieznajomego gościa, zmiészali się również na widok posłańca i listu, poczęli szeptać coś między sobą, przerażeni jakąś wiadomością niespodziéwaną. Piérwszy stary ochłonął i obracając się ku gospodarzowi, rzekł wyciągając rękę. — Dziękujemy wam serdecznie za gościnność: ale nie odmówicie nam jéj na noc dzisiejszą? Jesteśmy zmuszeni prosić was o nią? — Dóm to wasz, póki się wam podoba — odrzekł prędko Stanisław, rozkazujcie w nim jak we własnym, ja sam przenoszę się dziś jeszcze na wieś, do domku, w którym wprzód nim ten został zbudowany, mieszkałem. Ustępuję W. Miłościom wszystkiego i z całego serca. — Widzicie, — z przymuszonym uśmiéchem dodała zafrasowana kobiéta, — że i na pustyni w tym świecie spokoju nié ma. Gdzie nie dojadą Tatarowie, dostaną się goście. Wybaczcie, ale nas do tego zmusza konieczność — Stary spojrzał na żonę i ona zamilkła. Stanisław widząc ich pomięszanych i niespokojnych, a u drzwi oczekującego posłańca, wyszedł z izby i zostawił ich samych.

II.

i.

Wieczór był letni, jeden z tych parnych, dusznych, gorących, rzadkich dość u nas wieczorów, w których nawet wietrzyk wschodni nie ochładza powietrza i ziemia napieczona, ciężkie z siebie wydaje wyziewy. Część tylko nieba pogodna była, ale zachód i południc osłaniała czarna chmur lawa, przez którą jak przez podartą w kawałki oponę, wyglądały czerwonawe, pomarańczowe ostatki blasków słońca. Cisza była nad ziemią, przepowiadająca burzę; niekiedy po czarnéj chmurze przelatywała błyskawica, rozświécając ją całą. W leciały krzycząc kruki i dzikie kaczki przemykały się stadami na wyżary nadbugskie. Ciężko było oddychać, gęsty pył wzbijający się po drodze i przesycający powietrze, dociskał się wszędzie. W Kodniu, na rynku ostawionym do koła drewnianemi domki, wśród których wydatniejsze dwie karczmy się wznosiły o dachach wysokich i słupiastych wjazdach, kilku tylko przechadzało się mieszczan. Właśnie dzwon kościelny powolnie, cicho, na Anioł się odzywał i drugi z zamkowéj Kaplicy, cieńszym mu odpowiedział głosem. Rynek miasteczka w téj godzinie, był już tak pusty, jak smętarz prawie. Maleńkie domki otaczające go, świeciły okienkami i otwartemi jeszcze drzwiami, z kilku kominów, wznosiły się wolno pół przezroczyste dymy. Stada kóz, baranów, kilka krów beczały i ryczały u wrót, co się im jeszcze na nocleg nie otwarły. Z jednéj strony rynku od wjazdu z Błotkowa, wznosił się drewniany jeszcze, parafialny Kościoł, około którego kupy cegły i gruzu, świadczyły, że nowy na jego miejsce miał się wznosić. Drewniana popodpiérana dzwonnica, okrywała czarnym swym płaszczem bramę w chodową. Tuż nie daleko dwie karczmy, z których gwar się odzywał, jaśniały nad wszystkie otaczające domowstwa. Na prawéj stronie rynku, na gościńcu bialskim, czerniała otoczona wierzbami Cerkiew drewniana, kilkopiętrowy dach synagogi rysował się na jasném niebie i krzyż wysoki na rozdrożu, szeroko rozłożył Od Kościoła wiodła droga ku Zamkowi naówczas jeszcze obronnemu, choć długim pokojem zaniedbane- mu nieco. Czerwone jego mury ukazywały się z daleka po nad okolném opasaniem, najeżoném basztami i rundelami. Z pomiędzy wysokich dachów wyglądał wyższy jeszcze i spiczastszy, ostro zakończony i wycinany frontón Cerkiewki jak wówczas ją zwano: krzyżackiéj struktury. Z niéj to dzwonek Anioł Pański oznajmował razem z kościelnym. Na Zamek wiodł przez głęboką obmurowaną a gdzie nie gdzie tylko opalisadowaną fossę most zwodzony wprawdzie, ale ciągle leżący, od niepamiętnych już nie podnoszący się czasów, podparty palami z pod spodu, i trzymający się pochyło na rdzą pojedzonych zawiasach. Brama przytykająca do mostu, miała strzelnice, ale próżne i zdawała się być pusta. Wrota jéj okowane stały otworem, żelazném działkiem na ziemię rzuconem z jednéj strony podparte. W okienkach jéj nie pokazywało się światło. Między dwiema basztami rozciągniony był sznur, a na nim schła bielizna pana Wójta czy Podstarościego. Żadnéj straży na moście, w bramie, na dziedzińcu. Z jednego zamkowego budynku po prawéj stronie dziedzińca, błyskało tylko kilka światełek okienek przez drobne ołowiem kute szybki. Ruchu i życia nigdzie, stary dzwonnik podpierając się kijem, szedł od dzwonnicy cerkiewnéj, do blizkiego domowstwa, w którém mieszkał. I nie dziw, Sapiehowie w tych czasach nigdy nie rezydowali w Kodniu, zastępował ich na Zamku i w zarządzie dóbr Podstarości, a na mieście Wójt z Ławnikami, Burmistrze i Rada, zasiadająca stojącym w rynku i ozdobionym maleńką wieżyczką, nieprzechodzącą sąsiednych kominów. Gdy tak spokojnie na tak zwanym Zamku; gwar wielki w głównéj miasteczka gospodzie. Zbiérają się pod jéj wrota, żydzi, mieszczanie, rzemieślnicy, gawiedź, formuje się ciżba, bo co kto wyjrzy z chaty, a postrzeże tłum zebrany u wrót gospody, to leci go powiększyć. I sławetni burmistrze i szewcy, w których Kodeń obfitował zawsze, w fartuchach skórzanych i zakasanych po łokcie koszulach, i dziewczęta bose w kraśnych spodnicach, i kobiéty w niebieskich chustkach na głowie i odarte żydy, żydziuki i dziadowstwo, wlecze się same nie wiedząc po co, zaglądać do gospody, przed chwilą jeszcze spokojny rynek przebiegają wołając, pytając, odpowiadając, śmiejąc się wszelkiego wieku i stanu mieszkańcy. Dwóch mieszczan w szaraczkowéj jeden, drugi w granatowéj długiéj po pięty kapocie, wyszytéj sznurkami, podpasani włóczkowemi pasy, z rękąma w kieszeniach, w baranich mimo lata czapkach, spotykają się pod miarą alias kłodą w środku rynku. — Dobry wieczór, panie Łyczko. — I owszem dobry wieczór, panie Filipowicz. — Powiedzcie mi co to jest, czego to oni tam gawronią, nie wiecie? — Wracam ztamtąd! At! zachcieliście, zaglądają w oczy jakimś tam podróżnym, którzy tylko co do gospody zajechali. — Coż to? wielki jaki dwór. — At! z pogardą wzruszając ramionami odpowiedział pan Łyczko — kilkanaście koni, dwóch jakichś szlachty. — A czemuż to oni nie na Zamek zajechali? — Znać z Wojewodą na bakier, albo i nie znają go może. Ale muszą go znać, bo posyłali Komornika do Zamku. — Chcieli, zajechać może, ta nie puścili! — O! zaś! a przed kimby wrota zamknięto! Toż to niepraktykowana. Ale widać, tak się o coś dowiadywali tylko. — A chodźmyno pod gospodę — rzekł starszy, — ot nié ma co lepszego robić: toć popatrzym co to za ludzie. A skąd przyjechali? — Bialskim traktem, a jadą na Litwę, czy na Ruś podobno. Tak mrucząc zbliżyli się mieszczanie pod drzwi gospody, które tłum otaczał. Pan Łyczko jął się witać ze znajomymi, którzy mu miejsce robili, i postępując coraz daléj, znalazł się w piérwszym rzędzie ciekawych, u otwartych drzwi karczemnych, w których wysoki, barczysty z ogromnym wąsem mężczyzna, stojąc rozprawiał z gawiedzią. Był on lat średnich wzrostu ogromnego, silny widać, zdrów, rumiany, czarny włos, czarny wąs i czarne miał oko. Ubrany był po podrożnemu w ciemną letnią suknię, podpiętą pasem lekkim, na nogach buty szafirowe, u boku szabla, za pasem tulich, na głowie czapeczka lekka. Jednę rękę założył za suknię, drugą w bok się trzymał. Pan Łyczko trafił właśnie, gdy podróżny do odkrytego pokornie bez czapki i jarmułki żyda, wołał. — Nie zajeżdżał tu kto, temi czasy i nie stawał w Zamku, pod niebytność Wojewody? — Owszem Jasny Panie, byli, i jest jeszcze, — prędko mówił żyd, — jakiś dwóch Jasnych panów i z żonem i z dworem. Nieznajomy poruszył się, drgnął, w oczach mu zajaśniała radość, i spytał znowu. — Mówisz, że jeszcze są? — Jeszcze jest — odpowiedział żyd. — Na Zamku? — Na Zamku. — Jakże ten pan wygląda? — spytał podróżny, — albo może wiecie jak się zowie? Żyd poskrobał się w głowę, i rzekł: — Nikt nie wié, jak wón się zowie, nawet pan podstarosta nie wié, nawet jego ludzie choć pijane, to nie mówią, tylko gadają, że wielki pan, a wielki pan, i po wszyćkim. A Jasny Pan Wojewoda dał pisanie do Zamku, coby jego przymowali, póki zechce siedzieć i jego bardzo przyjmują. — A jakże go ludzie nazywają, nie słyszeliście? — spytał znowu podróżny. — Ni — Mieszczanin stojący obok, który spoglądał to na żyda, to na podróżnego, uchylił głowy i dodał. — Z przyzwoleniem JW. Pana, ja słyszałem, że jego nazywają Starosta. — Jakże wygląda? — Tak już Starowato, siwy, nos wielki, wąs porządny, duży w sobie — — A żona, boć jest i żona? — Nie widziałem, — rzekł mieszczanin. — A ja widziałem, — zawołał drugi — wyciskając się jednem ramieniem z tłumu. Niczego panie, młoda, bladowata, jasne włosy, jeździ z mężem na polowanie, bo to oni tu raz w raz polują — — Jeszcze tu z niémi i trzeci jest — rzekł znowu piérwszy mieszczanin — musi brat czy co, młody, tak wysoki. Nieznajomy szybko się odwrócił, niecierpliwił się widocznie, ale miarkował umyślnie i znowu pytał. — Wielki tu macie Zamek? — A jużci Zamek! — rzekł mieszczanin! — Nie taki prawda jak w Białéj, ale niczego i nasz. Jeszcze za tatarskich najazdów, bywało, my w nim wszyscy się chronili; ale teraz. — Musi być załoga, a wielka! — Gdzie tam panie załoga! Podstarości z żoną i i dziećmi, kilku pachołków, stroż, wartownik, stary dzwonnik, kowal zamkowy, cieśla, ta to podobno i po wszystkiém. — Tak! — rzekł podrożny głaszcząc wąsa. — A po co załoga! — mówił daléj mieszczanin. — Ta i most, co jeszcze jak ja był małém dzieckiem od téj pory nie zwodzili, a armatki i śmigownice wróblom na gniazda służą. I po co tam o Zamku myślić, chwała Bogu pokój, a nam lepiéj, bo raz wraz mieszczan na Zamek nie ściągną, jak bywało dawniéj, co i musztry odbywali i — Gdy to mówił, Komornik podróżnego powrócił z Zamku biegnąc z żydkiem, co mu tam za przewodnika służył. Jak tylko go w mroku rozpoznał nieznajomy, zeskoczył z progu i rzucił się przeciw niemu niecierpliwie pytając. — A co? a co? Komornik milczał. — Kogo zastałeś w Zamku? — Nikogo — — Jakto nikogo? — Podstarościego — — A jego. — Nié ma. — Gdzie jest? — Nie wiadomo. — To fałsz! — zakrzyczał nieznajomy, — wszyscy ludzie mnie mówią że był, że jest jeszcze! Mieszczanie spojrzeli po sobie misternie, pokręcili wąsami, zmilkli i poczęli się spiesznie rozchodzić, na widok gniewu i niecierpliwości, które opanowały nieznajomego. On jednego zatrzymał. — Widziałeś, — zawołał, — tego tam gościa dziś jeszcze? Mieszczanin nagle obszył się w głupca, zmiarkowawszy co się święci, wzniósł głowę udając że nie rozumie i otworzył gębę. — Kogo? Jasny panie, Podstarościego? rzucił się i popchnął go: obrócił się do żyda, który w pół zgiął się ze strachu. — Tyś go widział? — Ja — ja, bąknął żyd, kogo widział? ja... widział, ja nie widział, ja słyszał. Podróżny pchnął żyda i wbiegł do karczmy. Tym czasem tłum rozchodzić się począł, a nie mało ciekawych na Zamek pobiegło. W gospodzie tym czasem zbierali się ludzie zbrojni, cały orszak przybyłego, dwóch tylko zostało przy koniach. Przewodzca, któregośmy we drzwiach gospody widzieli, z drugim młodszym nieco od niego mężczyzną i wszystkim swym dworem, wkrótce pędem wybiegł z gospody i pochwyciwszy piérwszego, jakiego napotkał żyda, pchnął go przed, siebie wołając — — Na Zamek! W rysach jego twarzy, w gwałtownym ruchu, znać było niepokój, opanowujący człowieka, gdy widząc się u celu, nagle traci z oczu to, co mniemał osiągnąć. Nie szedł on, ale biegł prawie, nieustannie nagląc żyda, który napróżno o ucieczce myślał i lękliwie się oglądał. Gdy się to dzieje, niebo okryło się czarną chmurą, wznoszącą się zwolna z zachodo-południa, blask słoneczny przygasł i rzadkie błyskawice tylko rozświecają niebo, w oddaleniu grzmot się toczy, kilka kropel deszczu upadło na ziemię, i wiatr szumny zrywa się od chmury: podróżny ze swoim orszakiem już jest na zwodzonym moście, na Zamku cisza jak była, tylko kobiéta jakaś żwawo zsuwa bieliznę rozwieszoną na sznurze i wartownik przechadza się we wrotach. Popchnięto go stojącego na drodze i zaraz rzucono ku wschodom wiodącym na ganek zanikowy. Na wschodach mignęły cienie jakieś i znikły, podróżny znalazł się w ciemnych sieniach i kazał prowadzić Komornikowi i żydowi. Wdzierać się musiano po ciemnych wschodach na górę i maleńkie drzwi nareszcie otwarto, z których się światło ukazało. Na hałas i gwar, ktoś wybiegł z kagankiem w ręku przeciw wchodzącym. Była to dziewczynka, bosa, z rozpuszczonemi włosy, w podpiętym fartuszku i koszuli, z chusteczką na piersiach, miską w ręku. Podniosła kaganek w górę i spojrzawszy po przybyłych, czekała zapytania. — Gdzie Podstarości? — spytał piérwszy podróżny — — Ot tu — Ale już on sam postępował z zaiskrzonemi od ciekawości oczyma. Był to chudy, wysoki mężczyzna, w białym płóciennym kitlu, białych szarawarach i czarnych bótach, siwiejący już, ze zgasłemi szaremi oczkami, i miną przebiegłych prostaków, co pewni są tak siebie, że rozumieją iż każdego wywieść w pole potrafią. — Gdzie jest mieszkanie Starosty? — spytał nagle podróżny. Podstarości ukłonił się naprzód do nóg przybyłemu, a potém spytał. — Jakiego? Jaśnie Wielmożny Panie? — Jużcić jednego tylko mieliście w Zamku! — Z przeproszeniem JW. Pana i którego godności znać nie szczęścia, mieliśmy ich z dziesięciu tych lat. Często tu na Zamku stają przyjaciele i powinowaci pana Wojewody: otoż nie mogę wiedzieć o kim mowa? — O ostatnim, coście go tu dziś jeszcze mieli? — Dziś? z przeproszeniem J. W. Pana, którego godności... — Nazywaj mnie Aspan Podkomorzym — — Z przeproszeniem JW. Podkomorzego, którego rodu znać, nie mam szczęścia... — Waćpanu nic do mego rodu, — dumnie odpowiedział przybyły, — odpowiadaj o co pytam. — Dziś u nas nie było nikogo. — Jakto nikogo? mieszczanie, żydzi.... — Mieszczanie i żydzi, nie mieszkają na Zamku, a ja najlepiéj wiem... — Więc wczoraj — rzekł marszcząc się nieznajomy. — Z pozwoleniem i wielkiém przeproszeniem JW. Podkomorzego — ozwał się spokojnie kłaniając się do ko- lan Podstarości, jesteśmy tu delegowani od JW. Wojewody, jako praesidium i Dux Zamku tego, jako brachium samego JW. Wojewody: czuję się tedy w obowiązku, nie ubliżając W. Miłości, spytać wprzód, jakim celem, pytacie mnie o to i... bez ubliżenia, jakiem prawem. — Waspan Mości Podstarosto, wprzód mi odpowiesz, jakiém prawem przechowywałeś tu i przechowujesz, wywołańca, infamisa, bannitę, zbrodniarza, który z łaski tylko głowę na karku nosi. Jam tu nie jako przyjaciel, ani wróg pana Wojewody, ale z mandatem królewskim w ręku i dopominam się Banity! — — Bez obrazy JW. Pana — odrzekł Podstarości z ukłonem, ja przyjmuję w Zamku wedle rozkazów pana Wojewody, kto tylko zapuka do wrót, albo zalecenie ma od mojego pryncypała, a nie pytam co zacz, i po co, jakobym nie spytał W. Miłości, gdyby tu z dworem i czeladzią raczył zajechać. — — Ale Waspan bawisz mnie próżnemi gadkami, a tu nie czas po temu. Masz tu tego, którego szukam, postawiłem straż moję, nie uciecze, prowadź mnie do niego i pokaż gdzie jest — zawołał coraz głośniéj krzycząc i niecierpliwiéj nastając podróżny. — Na assercję Waszéj Miłości, zupełną flegmą i spokojnością, stary lis — nic mi nie pozostaje do repliki. Napróżnobym denegował, gdy JW. pan wiary mi dać nie chcesz. A zatem praevia visione mandatu J. K. Mości, otworzę drzwi wszystkie ad reperiendum profugam, jeśli się kędy, mimo miedzy mojéj zaszył w myszą jamę, czy rozpadlinę muru. — Waćpan szydzisz ze mnie! — gwałtownie krzyknął do- bywając z zanadrza papieru z wielką Kancellarij królewskiéj pieczęcią podróżny. — Na masz: czytaj i nie uwodź dłużéj, bo wszystko nadaremne. Pytałem mieszczan, żydów, powiedzieli mi o nim, opisali dostatecznie, nié ma wątpliwości najmniejszéj. On tu jest — Podstarości zbliżywszy się do kaganka, który ciągle trzymała wytrzeszczając wielkie oczy dziewczyna, cała drżąca i wylękniona, obejrzał mandat powolnie, złożył we czworo i w milczeniu oddał go nazad podróżnemu, który schwyciwszy, wzgardliwie się odwrócił do swoich ludzi, pytając. — Jest straż we wrotach? we drzwiach? Na odpowiedź ich, kazał podać światło i prowadzić się po Zamku. — Dozwolisz jeszcze JW. Pan, pokornemu słudze — rzekł Podstarości, insinnere reflexję, że JW. Wojewoda, a mój pryncypał w nie małem, jako zapewne Panu wiadomo, będący zachowaniu apud Serenissimum, może wcale za złe poczytać, taką w swojéj possessij inwestigację, która go o zmowę z Bannitem pomawia i plamę nań rzuca. Zatém dozwolę sobie spytać JW. Pana, czyli trwa w zamiarze rewidowania Zamku, gdy słowem JW. Pryncypała mojego Miłościwego Pana, zaręczę, że tu krom mnie, pachołków, czeladzi i dzwonnika, nikogo nié ma. — I nie było? — spytał podróżny. — De praeteritis nil dico. — rzekł drapiąc się w głowę Podstarości, ale to panu Wojewodzie, nie mnie słudze wiedzieć, kto na Zamku bywa, altamen, Zamek teraz pusty. — Aspan napróżno językiem mielesz, chcąc zyskać na czasie — rzekł podróżny gwałtownie, zabierając się do wyjścia — Pan Wojewoda sam posłuszny prawom i Królowi J. M. za złe mnie mieć nie może, jeśli w jednym z jego Zamków szukać zmuszony będę Banity, który mi się wymknąć nie może, bo ludzie miejscy świeżo mi o nim powiedzieli i oto już miesięcy kilka w ślad za nim gonię. Jestem pewny, żem go nadybał, światła! i prowadźcie mnie. — — Prowadzić was, — zwolna znowu odrzekł Podstarości, — nisi violenter zmuszony do tego nie będę. — Światła chętnie udzielam. Co się tyczy osławienia wartami Zamku, mam za powinność oznajmić W. Miłości, że stu warty nie wystarczyłoby na zamknięcie wszystkich otworów, jakie czas i ręka ludzka porobiły. Że innych nie policzę; tuż zaraz jest fórta na mur, korespondująca z drugą na wał wychodzącą, a przez fossę rzucona kładka, propter commoditatem, praczek et aliorum wiodąca ku rzece Bug, którędy całaby armja, odtąd jak mam szczęście mówić z W. Miłością, evadere mogła. Ale tego wszystkiego nie słyszał niecierpliwy podróżny, który się już rzucił do sieni, sam ze swymi i ostawiwszy wyjścia, do piérwszych drzwi sąsiednych się dobijał. Tu go dogonił stary Podstarości z pękiem kluczów. — Wasza Miłość możecie potrzebować kluczów, oto są wszystkie, prócz fórtowych i od wielkich wrot, bo te się nie zamykają, a oto przewodnik. — I wskazał na barczystego zarosłego czarno na głowie, a ryżo na brodzie chłopa, mizernie przyodzianego, który stał tuż i drapał się w głowę, w jednéj ręce trzymając latarnię. — Otwieraj! Weszli do izb wilgotnych i ciemnych, w których widać było, jak dawno nikt nie mieszkał. Trochę słomy walało się na podłodze, kilka rozbitych beczek i kadzi stało w kącie, rozbity piec, zawalał pół izby. W następnéj toż opuszczenie, okna stały w kącie, a otwory ich zabite były deskami — trzecia podobna była dwóm piérwszym i nie miała wyjścia. Po prędkiém obejrzeniu, wyszli znowu na korytarz i otwarli nowe drzwi. — To Cekauz, — mruknął chłop wiodąc. Jakoż znaleźli izbę sklepioną, dość wielką, w któréj rozmaitego rodzaju oręż i zbroja złożone były. W kącie leżały kule żelazne i kamienne, bryły salétry, połamane zbroje, kilka rur bez osady, zardzewiałe pałasze bez rękojeści i różne żelaztwo. W drugim nowszy rynsztunek świéżo poprawny i oczyszczony połyskiwał, ale nie wiele go było. Znowu wyjścia z téj izby nie znaleziono i wrócić było potrzeba. — Gdzie izby gościnne i te, w których staje Wojewoda gdy przyjeżdża? — Oto właśnie gościnne komnaty. Stali u porządniejszych nieco drzwi, w pół odmykających się i weszli do piérwszéj izby niewielkiéj, ławami otoczonéj, z piecem kaflowym. Pusto w niéj było i ani znaku świeżéj bytności i zamieszkania. W drugiéj obszerniejszéj nieco, toż opuszczenie, na stole tylko okruszyny chleba walały się, a na podłodze niedogryzki owoców. — Kto tu mieszkał? — Ja — odpowiedział chłop. Poszli daléj, ale nigdzie nikogo: wszędzie pustki. W izbach gościnnych umieciono nawet było i nic nie świadczyło o świeżym tu pobycie, powietrze, co się tak w zamieszkanych komnatach odmienia, tu było zatęchłe i zamknięte widocznie. — Prowadź do komnat Wojewody. — Od tych nié ma kluczów. — A gdzież klucze? — Nie wiem, Burgrabia odjechał — chłop mruczał i skrobał się w głowę — — Gdzie drzwi? — Chłop w milczeniu na nie wskazał, podróżny podszedł ku nim spiesznie i targnął: otwarte były i wszedł niemi bez przeszkody. Chłop obaczywszy to, postawił latarkę na ziemi i uciekł, do Podstarościego. Tym czasem Podkomorzy, z ludźmi swojemi, wkraczał do komnat. Inszy był wcale tu pozór i daleko wytworniejszy w nich porządek. Ściany okrywały wprawdzie nie bogate makaty, ale obicia jednakie w drewnianych olejno malowanych i rzezanych ramach. Miasto ław, stały pod ścianami krzesła i zydle malowane, stoliki z kamiennemi wierzchy, zajmowały kąty. Kilka olejnych obrazów sapieżyńskich przodków wyobrażających, chmurno patrzały ze ścian. Okno w piérwszéj komnacie było w pół otwarte. W drugiéj rozrzucona opończa leżała na podłodze, a łoże świéżo poruszone zbieraniem posłania, nosiło jeszcze ślady, że na niém ktoś odpoczywał. Firanki jego były w nieładzie. Na stole wielki kałamarz i kilka piór spostrzegłszy, rzucił się tam naprzód zapalczywy Podkomorzy, ale nic prócz piór i kałamarza nie znalazł. Karta czystego papieru leżała jedna na boku. — On tu był! — zawołał — był, ale uciekł, dziś, tylko co! Jego tu nie ma: gonić, gonić! I szybko wychylił się nazad, pominął w sieniach Podstarościego, który się nizko kłaniał, potém jakby namyśliwszy się ku niemu zawrócił. — Waćpan mi musisz powiedzieć, gdzie on jest? — JW. Wojewoda? — spytał nieporuszony stary — W Wilnie, albo w Różanie. — — Nie on, ale ten infamis, Banit, wywołaniec, któregoście tulili i przechowywali, zapewne bez wiedzy Wojewody. — I mojéj — odpowiedział Podstarości — Za W. Miłości, o nikim i o niczém nie powiem. Jeśliby zatém potrzeba było wygodnego noclegu, supplikuję na Zamek, bo gospoda Abraama w rynku, nie wygodna, aedes Palatini nostri otworem stoją podróżnym. Widząc że złość i gniew, pogróżki i kłótnia nic nie nadadzą, zmienił zupełnie sposób postępowania Podkomorzy, kazawszy pozostać ludziom swoim w sieniach, sam wszedł do mieszkania i zamknąwszy drzwi z hałasem, zawołał zmuszając się do łagodniejszego tonu. — Posłuchaj mnie waść, mów prawdę. Próżne wykręty, był tu ten, kogo szukam, mów mi kiedy i jak wyjechał, a nadewszystko dokąd. — To mówiąc podróżny dobył z zanadrza trzosu i rozwiązywał go, jakby chciał kupić starego pieniędzmi. Stary uparcie milczał, spoglądając tylko z ukosa. Nareście wyjąwszy garstkę talarów, wyciągnął ją Podkomorzy ku starcowi. Jakby poruszenia jego nie zrozumiał, Podstarości spytał. — W. Miłość potrzebujecie zmiany na orły lub grosze? Zżymnął się podróżny — — Słuchaj — rzekł — dam ci więcéj, a mów! — Co tylko JW. Pan rozkażesz, krom tego, czego nie wiem? — Kiedy wyjechali? — Nie wiem o kim mowa — odpowiedział uparty Podstarości, — dziś z rana przenocowawszy tu, pociągnął stad drogą ku Warszawie JM. Pan Kisiel z kijowskiego, item wczoraj pan Karaś także do Warszawy, pozawczoraj pan Puzyna z Litwy. — — A więcéj tu nikogo nie było — — Innych nie znam — Podróżny widząc, że nic nie wybada ze starego lisa, schował pieniądze, nałożył czapkę i wyszedł. Podstarości go przeprowadzał za drzwi, do sieni i aż na ganek zamkowy. Tu gdy stanęli, postrzegł dopiéro Podkomorzy, iż w czasie przeglądu Zamku, burza się była zerwała, która teraz z ogromnym wichrem, błyskawicą, grzmotami ryczała na podwórzu. Dészcz lał strumieniami, a co chwila biły pioruny na łęgach nadbrzeżnych. Nie było sposobu wyjść z Zamku i dostać się do gospody. Podstarości zważał to i odezwał się. — Ponawiam w imieniu pana Wojewody offertę gościnności — — Przyjmuję ją z musu, — odpowiedział mu podróżny po chwilce namysłu. Szepnął coś ludziom swoim i powrócił na górę. Z uprzejmością największą wprowadził podróżnego Podstarości do swojego mieszkania, exkuzując się, że inne izby nie są dość czyste i przygotowane na przyjęcie gościa tak dostojnego. W małéj komnatce czysto wybielonéj, a ozdobnéj szczątkami dawnych zamkowych sprzętów prostéj roboty, z dębu krajowego wyciosanych ręką zręcznego rzemieślnika, stała już od przypadku zapewne zapalona żółta woskowa świéca w lichtarzu mosiężnym. Tu z chmurném czołem, brwią namarszczoną, ponury rzucił się na nieznajomy i zamyślił się głęboko. Podstarości spoglądając nań z podełba, jął się krzątać, ustawiać stołki, poruszać zydle, ścierać ławy, nareście wyszedł i wkrótce powrócił z cynowym dzbanem i piękną szklanicą. — Z przeproszeniem i należną W. Miłości czcią, ośmielam się prosić, na co Bóg dał. Gorąco potężne, nie raczycie się ochłodzić. Domowy trunek, piwo, ale niezłe, sam Illustrissimus gdy czasem dotknie stopami naddziadowskich progów, nie gardzi tym napojem. Nieznajomy podniósł głowę, słuchał i nie słyszał i nic nie odpowiadał. Wziął machinalnie podany kubek i wypił, potém chodzić zaczął ze spuszczoném ku ziemi czołem, wszerz i wzdłuż po izbie. Podstarości założywszy ręce stanął w pewnéj odległości i niby tylko przez okno na błyskawice patrzał, ale w istocie nie spuścił z oka przechadzającego się żywym krokiem nieznajomego. Ten zdawało się zupełnie był odstąpił myśli badania starego, z którego nic dobyć nie potrafił. — Dawnoście tutaj? — rzekł z cicha i powoli, jakby nagle zobojętniał. — Na usługach Wojewody, — odrzekł chrząkając stary, — a puero, od chłopięcia, i nie tylko ja, lecz avus et atavus, wyszliśmy z onym sławnym Sapiehą, co Ruś opuścił, et magna bona haereditaria w....., do Polski. Mogę się pochlubić, że i my JJWW. Sapiehom i nam JJWW. Sapiehowie wierni byli. — I wdzięczni — spytał podróżny. — Nie użalam się. — — Bardzoś Wasze pobogaciał! — At, JWPanie, kiedy się człek o dzieci nie turbuje, a zna gdzie głowę położyć; satis pro peccatis. Dzieci na dworze Wojewody, ja na uczciwym urzędzie. — Widzę, żeś ze swego rad, bo grosza nie żądnyś. — — Pozwolisz sobie W. Miłość powiedzieć, żem szlachcic, ab avis et atavis, a frymarczyć sumieniem Judeorum est et haereticorum. — Nieznajomy namarszczył się srodze, na to miano heretyków i stanął w pośrodku izby. — Bardzoś zuchwale połączył żydy z heretykami, jak ich zowiesz. Zapominasz, że i twój Wojewoda. Miłościwy panie, młodość gorąca, Xiądz Proboszcz czyta nam o setnéj owieczce straconéj i odzyskanéj, jak ona miła Bogu: o przeszłości nie wspominać. — Nieznajomy westchnął, a podszedłszy ku oknu i widząc, że burza się uciszała, i przez rozdarte chmury, gdzie nie gdzie niebo jasne przeświecało, miał się ku wyjściu. — Nic mi nie powiecie — spytał raz jeszcze. — Krom polecenia służb moich, W. Miłości. Podróżny otworzył drzwi i szybko złączył się ze służbą swoją w sieniach. Nie obracając się już ku Podstarościemu, zbiegł ze wschodów, dopadł bramy i pędząc ku gospodzie, jął ludzi rozpytywać. — Dostaliście języka — rzekł. — Nie wiele, — odpowiedział jeden, co na starego dworzanina wyglądał. — Starosta był tu dziś jeszcze rano, wątpliwości nié ma i dziś rano, wyjechał samotrzeć (oprócz czeladzi) na łowy w okolicę. Koło południa jakiś nieznajomy, obcy człowiek, kazał się pozostałym wybiérać z Zamku i nie wiadomo dokąd ich uprowadził. — Widzieliż przynajmniéj ludzie, dokąd pojechali, w którą stronę? — Tak jakby na łowy, po nad rzeką! A dokąd?.. nikt nie wie. Zamilkli i w cichości dostali się do gospody, gdzie wylęknieni żydzi kupą stali u wrot, oczekując powrotu z Zamku podróżnego. — Słuchaj, — ozwał się wchodząc do starego dworzanina podróżny — oni są w okolicy, jestem pewien, czekają tylko, abym daléj popędził i znowu do Zamku powrócą pewni będąc, że ich drugi raz w téj puszczy szukać nie będę. Jak świt wyjedziemy stąd, zostaniesz sam pod pozorem choroby. Ja w najbliższéj wsi na drodze ku Brześciowi, skryję się. Czekaj, czuwaj i dawaj mi znać. Położ się i jęcz, rób co chcesz, wkręć się do Zamku, lecz musimy mieć go w ręku. Jego głowa spaść musi: choćbym swoję, obok niéj miał położyć.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…