Front matter
Chodźcie w światłości,
dopóki jest światłość
Powieść z pierwszych wieków chrześcijaństwa
I
Działo się to za panowania Imperatora rzymskiego Trajana, w sto lat po Narodzeniu Chrystusa Pana. Było to w czasach, kiedy żyli jeszcze uczniowie Chrystusowi i chrześcianie mocno trzymali się nauki Mistrza, jak powiedziane jest w Dziejach Apost. Żył w one czasy w prowincji Cylicyi, w mieście Tarsie, bogaty kupiec, Syryjczyk, handlujący drogiemi kamieniami, Juwenaliusz. Pochodził on z ludzi prostych i biednych, lecz pracą i sztuką w rzeczywistości doszedł do bogactw i poważania u swych współobywateli. Podróżował on wiele po różnych krajach i, chociaż nie był uczonym, wiele poznał i zrozumiał, i mieszczanie cenili go bardzo za rozum jego i sprawiedliwość. Wiarę wyznawał on rzymską, pogańską, jaką wyznawali wszyscy szanowani ludzie w cesarstwie rzymskiem, — tą wiarę, wykonywania obrzędów której zaczęli surowo domagać się od czasów Cezara Augusta, i którą ściśle obserwował obecny imperator Trajan. Prowincja Cylicya daleką była od Rzymu, lecz rządził nią rzymski namiestnik, i wszystko, co działo się w Rzymie, odzywało się w Cylicyi, i wielkorządcy naśladowali swoich imperatorów. Juwenaljusz pamiętał z opowiadania o tem, co robił Neron w Rzymie, widział potem, jak ginęli imperatorzy jeden za drugim, i jako człowiek rozumny, zrozumiał, że w religji rzymskiej nic nie było świętego, lecz że to wszystko bylo dziełem rąk ludzkich. Szał całego otaczającego go życia, szczególnie zaś to, co działo się w Rzymie, gdzie często bywał dla interesów swoich, często oburzało go. Miał on zwątpienia, lecz nie mógł objąć rozumem wszystkiego i kładł to na karb swego nizkiego wykształcenia. Był żonaty, i dzieci miał czworo, lecz troje umarło za lat dziecinnych jeszcze, pozostał jeden syn, imieniem Juljusz. Tego Juljusza otoczył Juwenaljusz całą swą miłością i wszystkiemi troskami swemi. Szczególnie zaś chciał Juwenaljusz, żeby nie dręczył się on temi zwątpieniami o życiu, które go samego niepokoiły. Kiedy Juljusz skończył 15 lat, oddał go ojciec na naukę do zamieszkałego w ich mieście filozofa, przyjmującego do siebie młodzież na naukę. Ojciec oddał go do filozofa razem z kolegą jego, Pamfilem, synem zmarłego wyzwoleńca swego. Młodzieńcy byli rówieśnikami, obydwaj piękni i przyjaciele. Młodzieńcy uczyli się pilnie, obydwaj mieli charakter dobry. Juljusz przykładał się więcej do nauki poezyi i matematyki, Pamfil — zaś do nauki filozofji. Na rok przed ukończeniem nauki, Pamfil, przyszedłszy do szkoły, oznajmił nauczycielowi, że matka jego, wdowa, przenosi się do miasta Dafne i że on musi opuścić naukę. Żałował nauczyciel utraty ucznia, przynoszącego mu zaszczyt, żałował i Juwenaljusz, lecz najwięcej ze wszystkich żałował Juljusz. Na wszystkie prośby i tłomaczenia, żeby pozostał dalej, i w dalszym ciągu prowadził naukę, Pamfil był nieubłagany i podziękowawszy przyjaciołom za miłość ich ku niemu i troski o niego rozstał się z nimi. Upłynęły dwa lata. Juljusz ukończył nauki i przez cały ten czas ani razu nie spotkał przyjaciela swego. Razu pewnego spotkał go na ulicy, zaprosił go do siebie do domu i zaczął się dopytywać o to, jak i gdzie on mieszka. Pamfil opowiedział mu, że mieszka z matką wciąż Dafne. — Mieszkamy, — mówił: nie sami, lecz z nami jest wielu przyjaciół, z którymi wszystko mamy wspólne. — Jakto wspólne? spytał Juljusz. — Tak, że nikt z nas nic nie uważa za swoje. — Dlaczego wy to robicie? — Jesteśmy chrześcianami, rzekł Pamfil. — Czyżby?... wykrzyknął Juljusz, a mnie przecież mówili, że chrześcianie zabijają dzieci i jedzą je? Czyż i ty przyjmujesz w tem udział. — Przyjdź i zobacz, — odrzekł Pamfil: nie robiemy nic szczególnego, żyjemy po prostu, starając się nie robić nic złego. — Lecz jakżeż można żyć, nic nie uważając za swoje? — Żywimy się. Jeżeli oddajemy braciom naszą pracę, to oni oddają nam swoją. — A jeżeli bracia biorą pracę waszą, a nie oddają jej, wtedy jakżesz? — Takich niema, — rzekł Pamfil: tacy ludzie lubią żyć w zbytkach i nie przyjdą do nas, życie nasze proste i nie zbytkowne. — Alboż to mało jest leniwców, którzy będą bardzo zadowoleni z tego, jeżeli będą ich darmo żywić. — Są i tacy, i my chętnie przyjmujemy ich. Niedawno przyszedł jeden taki, zbiegły niewolnik; z początku prawda, lenił się i żył źle, lecz prędko zmienił swe życie i teraz został dobrym bratem. — No, a jeżeliby on się nie poprawił? — Są i tacy. Starzec Cyryli mówi, że z takimi to właśnie postępować należy jak z najdroższymi braćmi i jeszcze więcej ich kochać. — Czyż można kochać łotrów? — Nie wolno nie kochać człowieka! — Lecz jakżeż wy możecie dawać wszystkim to, o co oni proszą? spytał Juljusz. Jeżeli by ojciec mój dawał wszystkim, kto go o coś prosi, wkrótce nic by mu nie zostało. — Nie wiem — odrzekł Pamfil — nam pozostaje na wypadek potrzeby. I jeżeli zdarza się, że niema co jeść, lub niema się czem przykryć, to my prosimy o to drugich i oni nam dają. Lecz rzadko się to zdarza. Mnie tylko raz zdarzyło się położyć się spać bez kolacji, a i to dlatego, że zmęczyłem się bardzo i nie chciałem iść do brata poprosić. — Nie wiem, jak wy robicie, rzekł Juljusz: tylko, jak ojciec mówi, jeżeli swego nie strzedz, a jeszcze jeżeli dawać wszystkim, kto tylko poprosi, to sam z głodu umrzesz. — My nie umieramy. Przyjdź, popatrz. Żyjemy i nie tylko że nie uczuwamy potrzeby, lecz nawet mamy wiele rzeczy niepotrzebnych. — Więc jakżeż to tak? — A oto dlaczego. Wyznajemy my wszyscy jedną wiarę, lecz stopień wykonania u wszystkich jest różny: u jednego jest większy, u drugiego mniejszy. Jeden wydoskonalił się już w dobrem życiu, drugi dopiero zaczyna je. A przed nami wszystkiemi stoi Chrystus z życiem Swojem, i my wszyscy staramy się naśladować Go, i w tem jednem widzimy nasze dobro. Jedni z nas, jak starzec Cyryli i żona jego Pelagja, stoją na czele nas, inni z tyłu, trzeci jeszcze bardziej z tyłu, lecz wszyscy idą jedną drogą. Przodujący są już blizko do nauki Chrystusa — wyrzeczenia się siebie — i zgubili swą duszę, ażeby zdobyć ją. Tym już nic nie trzeba, ci siebie nie żałują, i wszystko, do ostatka, przykazań Chrystusa, oddają proszącym. Drudzy są słabszymi, tacy, którzy nie mogą oddać wszystkiego, słabną i jeszcze żałują sami siebie, słabną bez zwykłego odzienia i pokarmu, i nie wszystko oddają. Są jeszcze słabsi — ci, którzy dopiero co nie dawno wstąpili na drogę; ci żyją jeszcze po staremu, zatrzymują wiele dla siebie i oddają tylko to, co im zbywa. I ci to ostatni przychodzą z pomocą tym na przodzie. Oprócz tego wszyscy my związani jesteśmy pokrewieństwem z poganami. Jeden ma ojca poganina, który ma majątek i daje synowi. Syn daje proszącym, lecz ojciec znów daje. Inny ma matkę pogankę, ta żałuje syna i pomaga mu. Trzeci ma dzieci pogan, a matka jest chrześcijanką, i dzieci zaopatrują matkę, dają jej i proszą, żeby nie rozdawała, a ona z miłości dla nich przyjmuje, i mimo to rozdaje innym. Czwarty ma żonę — pogankę. Piąta męża poganina. Tak jest wszystko poplątane, i stojący na przodzie, radzi by oddać ostatnie, lecz nie mogą. Tem też i podtrzymują się słabsi w wierze, i dzięki temu zbiera się wiele rzeczy nad miarę. Na to Juljusz rzekł: — Lecz jeżeli tak, to wy, znaczy się, odstępujecie od nauki Chrystusa i tylko przybieracie pozę. A jeżeli wy nie oddajecie wszystkiego, to i niema między nami a wami różnicy. Mojem zdaniem, jeżeli być już chrześcianinem, to wypełnić wszystko, oddać wszystko i pozostać żebrakiem. — I to najlepsze ze wszystkiego, — rzekł Pamfil — i zrób tak. — Tak, zrobię, kiedy zobaczę, co wy robicie! — My nic pokazywać nie chcemy. I tobie nie radzę iść do nas i wychodzić ze swego trybu życia dla pokazu; czynimy to, co robimy, nie dla oczu jednak, a dla wiary naszej. — Co to znaczy — dla wiary naszej? — A dla wiary znaczy to, że — zbawienie od złego świata, od śmierci, — tylko spoczywa w życiu według nauki Chrystusa. I nam jest wszystko jedno, co powiedzą o nas ludzie. My robimy wszystko nie dla ludzi, a dla tego, że tylko w tem widzimy życie i dobro. — Nie wolno nie żyć dla siebie, — rzekł Juljusz: Bogowie sami włożyli na nas to, że my kochamy siebie więcej od innych i szukamy dla siebie przyjemności. I wy toż samo robicie. Ty sam mówisz, że między waszymi są ludzie, którzy siebie żałują. Będą oni coraz więcej i więcej robić sobie przyjemności i coraz więcej będą porzucać wiarę waszą i będą robić to samo co i my. — Nie, — odrzekł Pamfil: nasi idą inną drogą i nigdy nie słabną, lecz coraz większej nabierają mocy: jak ogień nigdy nie zgaśnie, kiedy do niego drew się dokłada. Na tem też polega wiara nasza. — Nie rozumiem, na czem też ona polega. — Wiara nasza opiera się na tem, że my rozumiemy życie tak, jak objaśnił nam je Chrystus. — Jak to? — Chrystus rzekł taką przypowieść: „Żyli robotnicy winnicy w cudzym ogrodzie i płacić powinni dziesięcinę gospodarzowi“. To my, ludzie, żyjemy na świecie i powinniśmy płacić dziesięcinę, wykonywać wolę Jego... „A ludzie ci według pojęć świata pomyśleli, że ogród do nich należy, że nie mają co płacić za niego, a tylko to, ażeby korzystać z owoców jego. Przysłał do ludzi tych gospodarz wysłańca, ażeby otrzymać dziesięcinę, a oni wygnali go. Przysłał gospodarz swego syna po dziesięcinę, a oni zabili go, myśląc, że potem nikt im przeszkadzać nie będzie.“ Oto jest ta wiara świata, według której żyją wszyscy ludzie na świecie, nieuznający tego, że życie dane jest tylko dlatego, ażeby służyć Bogu. Chrystus zaś nauczył nas tego, że wiara świata w to, że człowiekowi lepiej będzie jeżeli wygna z ogrodu wysłańca, syna gospodarza, i nie da dziesięciny, że ta wiara fałszywa, gdyż nie minie nas: albo dać dziesięcinę, albo zostać wygnanymi z ogrodu. Nauczył On nas tego, że wszystkie przyjemności, które my nazywamy przyjemnościami: jedzenie, picie, zabawy, nie mogą być przyjemnościami, jeżeli na nich polega życie, że są one przyjemnościami tylko wtedy, kiedy szukamy czego innego, — spełnienia woli Boga, że tylko wtedy te przyjemności, jako nagroda prawdziwa, następują po spełnieniu woli Boga. Chcieć brać bez trudu spełnienia woli Bożej, odrywać jedne przyjemności bez trudu, — to wszystko jedno, co rozrywać źdźbła kwiatów i rozsadzać je bez korzeni. My wierzymy w to i dlatego nie możemy szukać oszukaństwa zamiast prawdy. Wiara nasza polega na tem, że dobro życia nie w przyjemnościach jego, a w wykonaniu woli Boga bez myśli o przyjemnościach i nadziei ich, i my tak żyjemy, i czem dłużej żyjemy, tem bardziej widzimy, że przyjemności i dobro, jak koło za hołoblami, idą w ślad za wypełnieniem woli Boga. Nauczyciel nasz rzekł: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy utrudzeni i obciążeni, i ja uspokoję was. Weźcie brzemię moje na siebie i nauczcie się ode Mnie, gdyż Jam cichy i pokorny sercem, i znajdziecie spokój dla dusz waszych, gdyż brzemię Moje dobre i lekkie jest.“ Tak mówił Pamfil. Juljusz słuchał, i serce jego wzruszało się, lecz nie było wyraźnem dla niego co mówił Pamfil; wydawało mu się, że Pamfil oszukuje go; patrzał wtedy w dobre oczy przyjaciela swego i przypomniał sobie dobroć jego, i zdawało mu się, że Pamfil sam oszukuje siebie. Pamfil zapraszał Juljusza, ażeby przyjechał do nich, zobaczyć ich życie, i jeżeli mu się ono spodoba, pozostał z nimi. I Juljusz obiecał, lecz nie pojechał do Pamfila i, wciągnięty w wir życia swego, zapomniał o nim.
II
Ojciec Juljusza był bardzo bogaty, kochał jedynego syna, szczycił się nim i nie żałował dla niego pieniędzy. Życie Juljusza przechodziło tak, jak przechodzi życie bogatych młodych ludzi: na próżnowaniu, zbytkach i rozpustnych rozrywkach, które pozostają zawsze jedne i te same: wino, gra i rozpustne kobiety. Lecz przyjemności, którym oddawał się Juljusz, co raz więcej i więcej wymagały pieniędzy, i zaczęło ich jemu brakować. Razu pewnego poprosił ojca o większą sumę, niż ta, którą mu ojciec zwykle dawał. Ojciec dał, lecz zrobił mu wymówkę. Syn, czując się winnym, i nie chcąc przyznać się do swojej winy, rozzłościł się, nawymyślał ojcu, jak zawsze irytują się ci, którzy wiedzą o swej winie i nie chcą przyznać się do niej. Wzięte od ojca pieniądze rozeszły się bardzo prędko, i, oprócz tego, jednocześnie zdarzyło się Juljuszowi z pijanym kolegą wmięszać się do bójki i zabić człowieka. Rządca miasta dowiedział się o tem i chciał wziąść Juljusza do aresztu, lecz ojciec wystarał mu się o przebaczenie. W tym że czasie Juljusz, z powodu swych hulanek, potrzebował jeszcze więcej pieniędzy. Pożyczył je u kolegi i obiecał mu oddać je. Oprócz tego, kochanka jego żądała od niego prezentu; podobał jej się naszyjnik perłowy, i wiedział, że jeżeli nie wykona jej prośby, rzuci go i połączy się z bogaczem, który już oddawna starał się odbić ją Juljuszowi. Juljusz przyszedł do matki i powiedział jej, że koniecznie mu są potrzebne pieniądze, że jeżeli nie dostanie ich tyle, ile mu potrzeba, to zabije się. — O to, że znajdował się w takiej sytuacji, winił nie siebie, a ojca. Mówił: „Ojciec nauczył mnie życia pełnego przepychu, a potem zaczął żałować mi pieniędzy. Jeżeliby dał mi z początku, bez żadnych wymówek, to, co mi dał potem, urządziłbym sobie życie, i nie czułbym potrzeby; lecz że on mi dawał zawsze niedostatecznie, zmuszony byłem zwracać się do lichwiarzy, i oni wysysali ze mnie wszystko: i dla życia, właściwego dla mnie, jako dla bogatego młodzieńca, nic mi nie pozostawało, i wstyd mi było kolegów, a ojciec nie chciał tego zrozumieć. Zapomniał, że sam był młody. Doprowadził mnie do tego położenia, i teraz, jeżeli nie da mi tego, o co proszę, zabiję się.“ Matka, która pieściła syna, poszła do ojca. Ojciec zawołał syna i począł robić wymówki i jemu i matce. Syn ostro odpowiedział ojcu. Ojciec uderzył go. Syn schwytał za ręce ojca, ojciec zawołał niewolników, i kazał związać syna i zamknąć go. Pozostawszy sam, Juljusz przeklinał ojca i życie swoje. Śmierć jego lub ojca mu się jako jedyne wyjście z tej sytuacji, w jakiej się znalazł. Matka Juljusza cierpiała jeszcze więcej od niego. Nie roztrząsała ona, kto był winien w całej tej sprawie. Żałowała tylko kochanego dziecięcia. Poszła do męża, błagając go o przebaczenie. Mąż nie chciał jej słuchać, zaczął robić wymówki jej o to, że rozpieściła syna; ona znów robiła wymówki jemu i skończyło się na tem, że mąż pobił żonę. Lecz matka za nic uważała swe pobicie, przyszła do syna, przekonywała go, żeby prosił ojca o przebaczenie, i upokorzył się przed nim. Za to obiecała synowi, w tajemnicy przed ojcem, dać te pieniądze, które mu były potrzebne. Syn zgodził się, i wtedy matka poszła do męża swego i poprosiła go o przebaczenie synowi. Ojciec długo wymawiał żonie i synowi, lecz nareszcie zdecydował że przebaczy synowi, tylko pod tym warunkiem, żeby porzucił swe życie rozpustne, i ożenił się z córką bogatego kupca, którą ojciec chciał wydać za syna. — Otrzyma odemnie pieniądze i posag żony, — rzekł ojciec: i wtedy niech zacznie życie normalne. Jeżeli obieca mi wykonać wolę moją, przebaczę mu. Teraz zaś nic mu nie dam i przy pierwszem przewinieniu oddam w ręce rządcy. Juljusz na wszystko się zgodził i został wypuszczony. Obiecał ożenić się i porzucić swe złe życie, lecz nie zamierzał tego zrobić. I życie w domu dla niego stało się piekłem: ojciec nie mówił z nim, kłócił się z matką z powodu niego, matka płakała. Na drugi dzień matka zawezwała go do swoich pokoi i w tajemnicy doręczyła mu kosztowny kamień, który zabrała mężowi. — Idź, sprzedaj go, nie tu, a w innem mieście, i zrób to co potrzeba, a ja potrafię ukryć tą zgubę do czasu, a jeżeli się wykryje to winę zwalę na jednego z niewolników. Słowa matki wzruszyły serce Juljusza. Przeraził się tego, co ona zrobiła, i, nie wziąwszy drogocennego klejnotu, poszedł precz z domu. Sam nie wiedział gdzie i poco on idzie. Szedł naprzód, wciąż naprzód, precz z miasta, czując konieczność pozostania samemu i obmyślenia wszystkiego tego, co z nim zaszło i co go czekało. Idąc wciąż naprzód i naprzód, wyszedł z miasta i wszedł do gaju, poświęconego bogini Djanie. Wszedłszy w to miejsce osamotnione, zaczął rozmyślać. Pierwszą myślą, która mu przyszła do głowy, było zwrócić się z prośbą o pomoc do bogini. Lecz nie wierzył już w bogów swoich i dlatego wiedział, że od nich niema co spodziewać się pomocy. A kiedy nie od nich, to od kogo? Samemu obmyślać swoje położenie wydawało mu się zbyt dziwnem. W duszy jego panował chaos i mrok. Lecz nie miał nic do roboty. Trzeba było zwrócić się do swego sumienia, przed niem zaczął wytrząsać swe życie i swe czyny. I to i drugie wydawało mu się złem i przedewszystkiem głupiem. jakiego powodu dręczył on tak siebie? Z jakiego powodu gubił tak swe młode lata? Szczęścia było niewiele, a smutku i nieszczęścia wiele. Najgłówniejszem jednak było to, że czuł się tak samotnym. Przedtem była kochająca matka, był ojciec, byli nawet przyjaciele, — teraz nie miał nikogo. Nikt go nie kochał! Dla wszystkich był ciężarem! Wszystkim umiał stanąć na drodze życiowej: dla matki był przyczyną nieporozumienia z ojcem, dla ojca był marnotrawcem bogactwa, zebranego ciężką pracą całego życia dla przyjaciół był niebezpiecznym, nieprzyjemnym współzawodnikiem. Dla nich wszystkich powinno być pożądanem, żeby on umarł. Roztrząsając swe życie, wspomniał o Pamfilu i o ostatniem widzeniu się z nim, i o tem jak Pamfil wzywał go do siebie, do chrześćjan. I przyszło mu do głowy nie powracać do domu, a wprost udać się do chrześćjan i pozostać z nimi. Lecz czyż położenie jego jest tak rozpaczliwe? pomyślał, i znów zaczął przypominać sobie wszystko, co z nim zaszło i znów przeraziło go to, że wydało mu się, iż nikt go nie kocha i że on nie kocha nikogo. Matka, ojciec, przyjaciele nie kochali go, powinni byli pragnąć śmierci jego; lecz czy i on sam kochał kogo? Przyjaciół? Czuł, że nikogo nie kocha. Wszyscy oni byli współzawodnikami, wszyscy byli bez litości dla niego teraz, kiedy wpadł w nieszczęście. „Ojciec“? spytał siebie, i przerażenie go ogarnęło, kiedy przy tem pytaniu zajrzał w serce swoje. Nie tylko nie kochał, lecz nawet i nienawidził go za pęta, za obelgi. Nienawidził i oprócz tego widział wyraźnie, że dla jego, Juljusza, szczęścia potrzebną jest śmierć ojca. — Tak?.. spytał siebie Juljusz: i jeżeli bym wiedział, że nikt nigdy nie zobaczy i nie dowie się, — co ja bym zrobił, gdybym mógł jednym ciosem odrazu pozbawić go życia i uwolnić siebie? I Juljusz odpowiedział sobie: — Tak, zabiłbym go! Odpowiedział sobie i przerażenie go zdjęło za samego siebie. — Matka? Tak, żałuję jej, lecz ja jej nie kocham; wszystko mi jedno, co z nią będzie, potrzebna mi jest tylko jej pomoc... Tak, jam zwierz i zwierz zabity, zaszczuty i tylko tem różnię się od niego, że mogę, własnowolnie, odejść od tego oszukańczego życia; mogę zrobić to, czego nie może zwierz — zabić siebie. Ojca nienawidzę, nikogo nie kocham... ani matki, ani przyjaciół... chyba jednego Pamfila?! I znów przypomniał sobie jego. Zaczął sobie przypominać ostatnie widzenie i rozmowę z nim, i słowa Pamfila o tem, że zgodnie z ich nauką Chrystus mówił: „Przyjdźcie do Mnie wszyscy utrudzeni i obciążeni, i Ja uspokoję was.“ Czyżby to była prawda? Zaczął rozmyślać, przypominać łagodną, spokojną i szczęśliwą twarz Pamfila, zapragnął wierzyć temu, co mówił Pamfil. — Cóż jestem ja w rzeczywistości?.. — rzekł on do siebie: Kto ja jestem?.. Człowiek szukający dobra. Szukałem go w zadowoleniu zmysłów i nie znalazłem. I wszyscy żyjący tak, jak ja, również go nie znajdują. Wszyscy są źli i cierpią. Czyż jest człowiek, który zawsze jest szczęśliwy, dlatego że niczego nie szuka. On mówi, że ich wielu jest takich i że wszyscy zostaną takimi, jeżeli pójdą w ślady tego, co mówi ich Nauczyciel. Cóż, jeżeli to prawda? Prawda, czy nie prawda, — mnie ciągnie do niej, i ja pójdę. Tak rzekł sobie Juljusz, wyszedł z gaju, postanawiając nie wracać już więcej do domu, i poszedł do tej wioski, w której mieszkali chrześcijanie.
III
Juljusz szedł raźnie i radośnie, i czem dalej on szedł, czem żywiej wyobrażał sobie życie chrześcjan, przypominając sobie wszystko, co mówił Pamfil, tem większa radość przejmowała duszę jego. Już słońce chyliło się ku i on chciał odpocząć, gdy na drodze napotkał człowieka, odpoczywającego i posilającego się. Człowiek ten był w średnim wieku, z rozumną twarzą. Siedział i jadł oliwki i podpłomyk. Zobaczywszy Juljusza, uśmiechnął się i rzekł: — Witaj, młodzieńcze! Droga jeszcze daleka. Siądź i odpocznij. Juljusz podziękował i usiadł. — Gdzie idziesz? spytał nieznajomy. — Do chrześcian — rzekł Juljusz i, słowo po słowie, opowiedział nieznajomemu całe swe życie i swą decyzję. Nieznajomy słuchał uważnie, rozpytywał o szczegóły i sam nie wypowiadał swego zdania; lecz kiedy Juljusz skończył, nieznajomy złożył do torby pozostałe jedzenie, poprawił odzież i rzekł: — Młodzieńcze, nie wypełniaj swych zamiarów — ty błądzisz. Znam życie, a ty go nie znasz. Znam chrześcian, a ty ich nie znasz. Słuchaj, rozważę całe życie twoje, i myśli twoje, i kiedy usłyszysz je odemnie, przyjmiesz tą decyzję, która wyda ci się więcej odpowiednią. Tyś młody, bogaty, piękny, silny, namiętności kipią w tobie. Chcesz znaleźć cichą przystań, taką, w której by namiętności nie niepokoiły ciebie i ty byś nie cierpiał wskutek ich następstw i tobie się zdaje, że znalazł byś takie schronienie wśród chrześcian. Takiego miejsca niema, drogi młodzieńcze, gdyż to, co niepokoi ciebie, znajduje się nie w Cylicyi, nie w Rzymie a w samym tobie. W ciszy samotności wiejskiej, też same namiętności będą cię dręczyć, lecz tylko sto razy silniej. Oszustwo chrześcian lub omyłka (nie chcę ich sądzić) polega właśnie na tem, że oni nie chcą uznać natury ludzkiej. Doskonałym wykonawcą ich nauki może być tylko starzec, który się pozbył wszystkich namiętności swoich. Człowiek zaś w sile wieku, lub młodzieniec, który jak ty, nie zakosztował życia i nie poznał samego siebie, nie może poddawać się ich prawom, gdyż prawo ma za zasadę nie naturę ludzką, a puste mądrzenie się. Jeżeli pójdziesz do nich, to będziesz cierpieć również na to, na co cierpisz obecnie, lecz tylko w znacznie większym stopniu. Teraz namiętności twoje ciągną cię na fałszywe drogi, lecz ty, omyliwszy się raz w kierunku, możesz się poprawić! teraz ty bądź co bądź masz zadowolenie uwolnionej namiętności, t. j. życie. Lecz wśród nich ty, powstrzymując gwałtem swe zmysły, będziesz błądzić również tak samo, jeszcze gorzej, i, oprócz tego będziesz mieć jeszcze nieustanne cierpienie niezaspokojonych potrzeb człowieka. Puść wodę ze szluzy, a ona będzie poić ziemię i łąki i zwierzęta; lecz zatrzymaj ją — będzie wyrywać ziemię i ociekać błotem! Toż samo i z namiętnościami. Nauka chrześcian polega, oprócz tych wierzeń, któremi oni się pocieszają i o których nie będę ci mówić, — na następujących życiowych zasadach: nie uznają oni gwałtu, nie uznają wojny, sądów, nie uznają prawa własności, nie uznają nauki, sztuki, — wszystkiego tego, co robi życie łatwem i przyjemnem. Wszystko to byłoby dobrem, jeżeliby wszyscy ludzie byli takimi, jakim oni opisują swego Nauczyciela. Lecz przecież tego niema i nie może być. Ludzie są źli i podlegają namiętnościom. Ta gra namiętności, i te starcia, które z nich wynikają, powstrzymują ludzi w tych warunkach życia, w jakich oni żyją. Barbarzyńcy nie znają żadnego skrępowania, i jeden dziki człowiek dla zadowolenia swych zmysłów zniszczyłby cały świat, jeżeliby wszyscy ludzie poddawali się temu tak, jak poddają chrześcianie. Jeżeli bogowie obdarzyli ludzi uczuciem gniewu, nawet nienawiści przeciwko złym, to zrobili to dlatego, że uczucia tego konieczne są dla życia ludzi. Chrześcianie uczą, że uczucia te są złe, i że bez nich ludzie byliby szczęśliwszymi, — nie byłoby zabójstw, kar, wojen. To sprawiedliwe, lecz to podobne jest do tego przypuszczenia, że dla dobra i szczęścia swego ludzie nie powinni się żywić. Rzeczywiście, nie było by chciwości, głodu i wszystkich wynikających z tego klęsk. Lecz mimo to jednak przypuszczenie to nie zmieniłoby natury człowieka. I jeżeliby dwa trzy dziesiątki ludzi, uwierzywszy temu i rzeczywiście, nie przyjmując pożywienia, umarły z głodu, to nie zmieniłoby natury ludzkiej. Również to samo jest i z innemi namiętnościami człowieka: niezadowolenie, gniew, zemsta, a nawet miłość dla kobiety, zbytku, świetności i potęgi właściwe są i bogom, i dlatego też i są niezmiennemi właściwościami człowieka. Zniszczyć odżywianie się człowieka, zniszczy się i człowiek; również tak samo gdyby zniszczyć właściwe człowiekowi namiętności, — zniszczy się i ludzkość. Toż samo i o własności, którą jakoby odrzucają chrześcianie. Popatrz wokoło siebie; każda winnica, każde zagrodzenie, każdy dom, każda oślica — wszystko to wykonane i przyswojone przez ludzi tylko przy warunkach prawa własności. Odrzuć prawo własności, — i ani jedna winnica nie będzie przekopaną, ani jedno zwierzę nie będzie wychowane ani ułożone. Chrześcianie twierdzą, że oni nie mają własności, lecz korzystają z owoców jej. Oni mówią, że wszystko u nich jest wspólne, i wszystko używa się razem. Lecz to, co oni używają, otrzymali od ludzi, posiadających jakąś własność. Oni tylko oszukują ludzi w najlepszym wypadku, oszukują siebie samych. Ty mówisz, oni sami pracują, ażeby się wyżywić, lecz to, co oni zapracują nie wyżywiło by ich, jeżeliby oni nie korzystali z tego, co wyprodukowali ludzie, uznający prawo własności. Jeżeliby nawet oni mogli się wyżywić, to mogli by tylko podtrzymywać swe życie, i już w środowisku ich nie było by miejsca ani dla nauki, ani dla sztuki. Oni też i nie uznają korzyści nauk i sztuk. I nie mogą oni postępować inaczej. Cała ich nauka prowadzi do tego tylko, ażeby wrócić ich do pierwotnego stanu, do dzikości, do stanu zwierzęcego. Oni nie mogą służyć ludzkości naukami i sztuką i, nie umiejąc ich odrzucają je, nie mogąc im służyć temi sposobami, które stanowią wyjątkową właściwość człowieka i zbliżają go do bogów. Oni nie będą posiadać ani świątyń, ani posągów, ani teatrów, ani muzeów. Oni mówią, że to im niepotrzebne. Najłatwiejszy sposób nie wstydzenia się swego poziomu umysłowego — to pogardzać wyżynami, co oni też i robią. Są bezbożnikami. Nie znają bogów i mięszania się w ich sprawy ludzkie. Dla nich istnieje tylko Ojciec ich Nauczyciela, którego oni nazywają i swoim Ojcem, i Sam Nauczyciel, według ich pojęć, rozjaśniający im wszystkie tajemnice życia. Nauka ich — marne oszukaństwo! Zrozum jedno, — nauka nasza mówi: świat opiera się na bogach, bogowie opiekują się ludźmi. Ludzie zaś, dlatego, ażeby żyć dobrze, powinni czcić bogów i sami szukać i myśleć, — i dlatego kierują życiem naszem: z jednej strony wola bogów, z drugiej połączona mądrość całej ludzkości. My żyjemy, myślemy i szukamy, i dlatego dążymy do prawdy. Oni zaś nie mają ani bogów, ani ich woli, ani mądrości ludzkości, a tylko jedno — ślepą wiarę w swego Ukrzyżowanego Nauczyciela, i we wszystko to, co On im powiedział. Zważ za tem, który kierownik jest poważniejszy: wola bogów i połączona wolna działalność mądrości ludzkiej, lub też przymusowa ślepa wiara w słowa jednego człowieka? Juljusz był zdumiony tem, co powiedział mu nieznajomy, i w szczególności ostatniemi słowami jego. Zamiar jego pójścia do chrześcjan został nietylko że zachwiany, lecz teraz wydawało mu się nawet dziwnem, jak mógł pod wpływem swych zmartwień zdecydować się na takie szaleństwo. Lecz pozostawała mu jeszcze kwestja, co robić teraz, i jak wyjść z tych kłopotliwych okoliczności, w jakich się znajdował, i opowiedział swe położenie, prosił nieznajomego o radę. — O tem samem właśnie chciałem mówić teraz, — ciągnął dalej nieznajomy: Co masz robić?... Droga twoja, o ile tylko dostępna jest dla mnie mądrość ludzka, jest niewyraźną. Wszystkie twoje kłopoty wynikają z właściwych ludziom namiętności. Namiętność porwała cię, zaprowadziła tak daleko, żeś ucierpiał. Takie są zwykle nauki życia. Lekcje te winny być użyte dla twojej korzyści. Tyś poznał wiele, i wiesz, gdzie jest gorzko, a gdzie jest słodko; nie możesz więc już dalej powtarzać tych omyłek. Korzystaj ze swego doświadczenia. To, co najwięcej cię martwi, to twoja nienawiść dla ojca. Nienawiść ta wynikła z twego położenia, wybierz inne, i ona zginie, lub, przynajmniej, nie będzie tak bolesną. Wszystkie nieszczęścia wynikły wskutek nieprawidłowości twej sytuacji. Tyś oddawał się rozrywkom młodości; to naturalne, i dlatego i dobrze. I było to dobre, dopóki było właściwe wiekowi. Lecz czas ten minął, tyś z siłami męża oddał się rozrywkom młodości, — i zrobiło się źle. Tyś w tym wieku, kiedy należy zostać mężem, obywatelem i służyć ojczyźnie, pracować dla jej dobra. Ojciec proponuje ci, byś się ożenił. Rada jego mądra. Przeżyłeś jeden okres życia — młodość i wstąpiłeś w drugi. Wszystkie twe niepokoje są oznakami stanu przejściowego. Przyznaj, że czas młodości minął, i, śmiało odrzuciwszy wszystko, co było jej właściwe i niewłaściwe dla męża, wstąp na nową drogę. Ożeń się, rzuć rozrywki młodości, zajmij się handlem, sprawami publicznemi, naukami i sztuką i ty, oprócz tego, że pogodzisz się z ojcem, i przyjaciółmi, znajdziesz spokój i szczęście. Głównie, co ciebie niepokoiło, to nienaturalność twego położenia. Zmężniałeś i czas już zawrzeć ci małżeństwo i zostać mężem. I dlatego główna rada moja: wypełń wolę ojca — ożeń się. Jeżeli pociąga cię ku sobie samotność, którą myślałeś znaleźć u chrześcjan, jeżeli masz skłonność do filozofji, a nie do życia czynnego, to możesz z korzyścią oddać się tej działalności tylko potem, gdy poznasz życie w prawdziwem jego znaczeniu. A poznasz je tylko jako samodzielny obywatel i głowa rodziny. Jeżeli zaś i potem będziesz czuć pociąg do samotności, oddaj się mu, wtedy to będzie prawdziwy pociąg, a nie wybuch niezadowolenia, jak jest obecnie. Wtedy — idź. Ostatnie słowa więcej od wszystkiego przekonały Juljusza. Podziękował nieznajomemu i wrócił do domu. Matka przyjęła go z radością. Ojciec również, dowiedziawszy się o zamiarze jego poddania się woli jego i ożenienia się z tą , którą mu wybrał, pogodził się z synem.
IV
W trzy miesiące potem odbył się uroczysty obrzęd zaślubin z piękną Olimpją, i Juljusz, zmieniwszy swój tryb życia, zaczął prowadzić oddzielny dom wraz z żoną, i sam prowadził część przedsiębiorstwa handlowego, którą oddał mu ojciec. Razu pewnego pojechał on w interesie swego domu handlowego do w pobliżu leżącego miasta i tam, siedząc u kupca, zobaczył przechodzącego obok sklepu Pamfila z nieznaną mu dziewicą. Obydwoje szli z ciężkimi koszami winogron, które sprzedawali. Juljusz, poznawszy przyjaciela, wyszedł do niego i prosił go ażeby wszedł do sklepu, ażeby z nim porozmawiać. Dziewica, zobaczywszy pragnienie Pamfila pójścia z przyjacielem i wahanie jego co do tego, czy pozostawić ją samą, rzekła mu, że nie jest jej potrzebnym, i że sama posiedzi z winogronami, czekając na nabywców. Pamfil podziękował jej i poszedł z Juljuszem do sklepu. Juljusz poprosił swego znajomego kupca o pozwolenie wejścia z przyjacielem do jego pokoju, i otrzymawszy je, oddalił się z Pamfilem do tylnych pokoi. Przyjaciele rozpytywali jeden drugiego o warunki swego życia. Życie Pamfila nie zmieniło się od tego czasu, jak widzieli się ostatnim razem: żył w dalszym ciągu w gminie chrześcijańskiej, nie był żonaty i zapewniał swego przyjaciela, że życie jego z każdym rokiem, dniem i godziną staje się coraz bardziej radosnem. Juljusz opowiedział przyjacielowi wszystko, co z nim się działo, i jak już był na drodze do chrześcian, kiedy spotkanie z nieznajomym wyjaśniło mu błędy chrześcian, główny obowiązek jego — ożenić się, i jak poszedł za tą radą i ożenił się. — No cóż, szczęśliwy jesteś teraz? spytał Pamfil: czy znalazłeś w małżeństwie to, co obiecał ci nieznajomy? — Szczęśliwy? rzekł Juljusz: Co to znaczy jest „szczęśliwy“? Jeżeli pod słowem tem rozumieć zupełne zaspokojenie swych pragnień, to, rozumie się, jestem nieszczęśliwy. Prowadzę swój interes handlowy dotąd z powodzeniem, ludzie zaczynają szanować mnie, i w tem i w drugiem znajduję pewne zadowolenie. Choć widzę wielu ludzi, którzy są bogatsi i na wyższych stanowiskach odemnie, przewiduję możność zrównania się z nimi, a nawet i przewyższenia ich. Ta strona życia mego jest zupełna, lecz małżeństwo, powiem poprostu, nie zadawalnia mnie. Powiem więcej: czuję, że to samo małżeństwo, które miało dać mi radość, nie dało mi jej, i że to szczęście, jakie uczuwałem z początku, uciekało, zmniejszając się stopniowo, i nareszcie znikło i na tem miejscu, gdzie była radość, dzięki małżeństwu, wyrósł smutek. Żona moja jest piękna, rozumna, uczona i dobra. W pierwszych chwilach byłem bardzo szczęśliwy. Lecz teraz, — ty nie wiesz tego, nie posiadając żony, — zjawiają się u nas przyczyny sporu dlatego, że albo ona szuka mych pieszczot, kiedym ja obojętny dla niej, to znów naodwrót. Oprócz tego dla miłości potrzebna jest nowość. Kobieta, mniej pociągająca od mojej żony, więcej mnie pociąga w pierwszych chwilach, lecz potem staje się dla mnie jeszcze mniej pociągającą, niż moja żona; już wypróbowałem to. Nie, nie znalazłem zadowolenia w małżeństwie. Tak, przyjacielu, — zakończył Juljusz, — mają słuszność filozofowie: życie nie daje tego, czego pragnie dusza. Wypróbowałem to teraz w małżeństwie. Lecz to, że życie nie daje tego dobra, którego pragnie dusza, nie dowodzi tego, ażeby i wasze oszukaństwo mogło dać je, dodał, uśmiechając się. — W czemżesz ty widzisz u nas oszukaństwo? spytał Pamfil. — Oszukaństwo wasze polega na tem, że wy dlatego, ażeby uwolnić człowieka od kłopotów, związanych ze sprawami życia, odsuwacie wszystkie sprawy życiowe — samo życie, ażeby uwolnić się od rozczarowań, oczarowanie, to jest — samo małżeństwo. — My nie odrzucamy małżeństwa, — rzekł Pamfil. — Jeżeli nie małżeństwo, to odrzucacie miłość. — Przeciwnie, my wszystko odrzucamy, oprócz miłości. Ona służy u nas za pierwszą zasadę wszystkiego. — Nie rozumiem ciebie, — rzekł Juljusz: o ile słyszałem od innych i od ciebie, i dlatego, żeś nie żonaty jeszcze teraz, pomimo to, że jesteśmy rówieśnikami, wnioskuję ze wszystkiego, że u was niema małżeństwa. Wasi w dalszym ciągu życie małżeńskie, ustanowione przedtem, lecz nowych związków nie zawierają. Wy nie troszczycie się o przedłużenie rodu ludzkiego. I jeżeli byście byli sami, ród ludzki dawno by istnieć przestał, mówił Juljusz, powtarzając to, co już wiele razy słyszał. — To niesłusznie, — rzekł Pamfil: prawda, że nie stawimy sobie za cel przedłużenie rodu ludzkiego i nie tak troszczymy się o to, jak wielokrotnie słyszałem o tem od waszych mędrców. My przypuszczamy, że Ojciec nasz pomyślał już o tem; celem naszym jest tylko, żeby żyć zgodnie z Jego wolą. Jeżeli w woli Jego znajduje się przedłużenie rodu ludzkiego, to on przedłuży się, jeżeli nie, to skończy się; to nie nasza rzecz, nie nasza troska; naszą troską jest żyć zgodnie z Jego wolą. Wola zaś Jego wyrażona jest w nauce jego i w naszych wskazaniach, gdzie powiedziano, że mąż niech połączy się z żoną, i będą nie dwa, a jedno ciało. Małżeństwo u nas nie tylko nie jest wzbronione, lecz pochwala się przez naszych starców nauczycieli. Różnica naszego małżeństwa z waszem polega na tem że nasza religja uczy nas, że wszelkie pożądliwe spojrzenie na kobietę jest grzechem, i dlatego my i nasze kobiety zamiast tego, ażeby ozdabiać się i wywoływać pożądanie, staramy oddalać je od siebie na tyle, ażeby uczucie miłości między nami, jak między braćmi i siostrami, było silniejszem od uczucia pożądania do jednej kobiety, które wy nazywacie miłością. — Lecz wy nie możecie, mimo to, zdusić uczucia do piękności, — rzekł Juljusz: jestem przekonany, naprzykład, że ta piękna dziewica, z którą przyniosłeś winogrona, pomimo jej stroju, ukrywającego jej wdzięki, wywołuje w tobie uczucie miłości do kobiety. — Nie wiem jeszcze, — rzekł Pamfil, rumieniąc się: nie myślałem o jej piękności. Tyś pierwszy mi to powiedział. Dla mnie jest ona tylko siostrą. Lecz ciągnę dalej to, co chciałem powiedzieć ci o różnicy między naszem, a waszem małżeństwem. Różnica wynika już z tego, że u was pożądanie, pod nazwą piękności, miłości i służby bogini Wenerze, podtrzymuje się, wywołuje się w ludziach. U nas zaś przeciwnie: pożądanie uważa się nie za złe (Bóg nie robił zła), lecz za dobre, które bywa złem, kiedy bywa nie na swojem miejscu, — uwiedzeniem, jak my to . I wszelkiemi środkami staramy się unikać tego; i oto dlatego nie jestem żonaty dotychczas, choć, bardzo być może, ożenię się jutro. — Lecz co to zdecyduje? — Wola Boga. — Jak ją poznasz? — Jeżeli nigdy nie szukać jej wskazówek, nigdy jej nie zobaczysz; jeżeli zaś ciągle szukać wskazówek, stają się one wyraźnemi, jak wyraźnemi dla was są wróżby z ofiar i ptaków. I jak wy macie mędrców swoich, którzy tłomaczą wam rolę bogów zgodnie z mądrością swoją z wnętrzności ofiar i z lotu ptaków, tak samo i my mamy mędrców, którzy wyjaśniają nam wolę Ojca według nauki Chrystusa, zgodnie z uczuciem serca swego i myśli innych ludzi i, co najgłówniejsze, według miłości do nich. — Lecz wszystko to jest bardzo nieokreślone, — odrzekł Juljusz: co wskaże ci naprzykład, kiedy i z kim powinieneś się ożenić? Kiedy nadszedł czas ożenienia się dla mnie, miałem do wyboru trzy dziewice; te trzy dziewice zostały wybrane z pośród innych, gdyż były piękne, bogate, i ojciec mój zgadzał się na małżeństwo moje z każdą z nich. Z tych trzech zaś wybrałem swoją Olimpję, gdyż była piękniejszą, daleko więcej pociągającą od innych; to zrozumiałe. Lecz co będzie kierować tobą w wyborze? — Na to, ażeby ci odpowiedzieć, — rzekł Pamfil: muszę powiedzieć ci to, że gdy według naszej nauki wszyscy ludzie są równi i przed nami i według stanowiska swego i właściwości ciała i duszy, i dlatego wybór nasz (jeżeli użyć to niezrozumiałe dla nas słowo) nie może być niczem ograniczony. Żoną chrześcianina i mężem chrześcianki może być każdy człowiek ze wszystkich mężczyzn i kobiet świata. — Wobec tego jeszcze trudniej jest się zdecydować, — rzekł Juljusz. — Powiem ci to, co powiedział mi nasz starzec o różnicy, która istnieje między małżeństwem chrześcianina, a poganina. Poganin, jak ty, wybiera żonę, która jego zdaniem dostarczy mu, osobiście jemu, najwięcej rozkoszy. Przy tem oczy błądzą i trudno zdecydować, zwłaszcza, że rozkosz jeszcze daleko. Lecz dla chrześcianina niema wyboru dla siebie, lub prędzej wybór dla swojej osobistej rozkoszy, zajmuje nie pierwsze, a drugorzędne miejsce. Dla chrześcianina kwestja polega na tem, ażeby ożenieniem swojem nie naruszyć woli Boga. — Lecz w jakiż sposób może być naruszona wola Boża przy małżeństwie? — Ja mógłbym zapomnieć Iljadę, której się razem z tobą uczyłem, lecz tobie, żyjącemu wśród mędrców i poetów, nie wolno jej zapomnieć. Cóż jest cała Iljada? To powieść o naruszeniu woli Boga w stosunku do małżeństwa. I Menelaus, i Parys, i Helena, i Achilles, i Agamemnon, i Chryzcida, — wszystko to opis tych strasznych klęsk, wypływających dla ludzi i teraz się dziejących, dzięki temu naruszeniu woli — Lecz na czemżeż polega to naruszenie? — A na tem właśnie, że człowiek kocha w kobiecie swą rozkosz z powodu zbliżenia się do niej, a nie człowieka, podobnego do siebie, i dlatego zawiera małżeństwo li tylko dla swojej rozkoszy. Małżeństwo chrześciańskie możebne jest tylko wtedy, kiedy człowiek ma miłość do ludzi i kiedy przedmiot miłości cielesnej już przedtem jest przedmiotem miłości braterskiej człowieka do człowieka. Jak rozumnie i trwale można budować dom tylko wtedy, kiedy jest fundament, obraz malować, kiedy przygotowane to, na czem go można malować, tak — miłość cielesna tylko wtedy jest prawna, rozumna i trwała, kiedy w fundamencie leży szacunek, miłość człowieka do człowieka. Na tej zasadzie tylko może powstać rozumne chrześcijańskie życie rodzinne. — Lecz mimo to nie widzę, dlaczego takie, jak ty mówisz, małżeństwo chrześcijańskie, rzekł Juljusz: wyłącza tą miłość do kobiety, jaką uczuwał Paris? — Nie mówię, ażeby małżeństwo chrześcijańskie nie dopuszczało wyjątkowej miłości dla kobiety; przeciwnie, tylko wtedy jest ona rozumna i święta; lecz wyjątkowa miłość dla kobiety może wybuchnąć tylko wtedy, kiedy nie naruszoną została przedtem istniejąca miłość dla wszystkich ludzi. Wyjątkowa zaś dla kobiety, którą opiewają poeci, uznana sama z siebie za dobrą, bez tego, ażeby opierała się na miłości ku ludziom, niema prawa nazywać się miłością. To jest pożądanie zwierzęce, i bardzo często przechodzi w nienawiść. Najlepszym przykładem tego, jak ta, tak nazywana , jeżeli nie jest oparta na braterskiej miłości ku wszystkim ludziom, staje się zwierzęcą, — to wypadki gwałtu nad tąż samą kobietą, którą jakoby kocha ten, kto, gwałcąc, zmusza ją do cierpienia i gubi ją. W gwałcie wyraźnem jest, że niema miłości w człowieku, jeżeli męczy tą którą kocha. Lecz w niechrześcijańskiem małżeństwie często jest gwałt, kiedy ten, kto żeni się z dziewczyną, nie kochającą go lub kochającą innego, zmusza ją do cierpienia, i nie żałuje jej, ażeby tylko zadowolnić swą miłość. — Przypuśćmy, że to tak, rzekł Juljusz: lecz jeżeli dziewczyna kocha go, to i niema niesprawiedliwości, i nie widzę różnicy między chrześcijańskiem, a pogańskiem małżeństwem. — Nie znam szczegółów twego małżeństwa, — odrzekł Pamfil: lecz wiem, że wszelkie małżeństwo, mające za podstawę samo dobro osobiste, nie może nie być przyczyną nieporozumienia, również, jak i proste przyjęcie pokarmu nie może obejść się między zwierzętami, a ludźmi, mało różniącymi się od zwierząt, bez kłótni i bójki. Każdy chce otrzymać słodki kąsek, że zaś tych słodkich kąsków dla wszystkich brakuje, ztąd wynika kłótnia. Jeżeli i niema widocznego sporu, to jest . Słaby chce otrzymać słodki kąsek, lecz wie on, że silny nie da mu go; choć wie już o niemożebności odebrania go wprost u silnego, z utajoną zazdrosną nienawiścią patrzy na silnego, i korzysta z pierwszej okazji, ażeby go mu odebrać. Toż samo jest i z małżeństwem pogańskiem, lecz tylko dwa razy gorzej, dlatego że przedmiotem zazdrości jest człowiek, tak że nienawiść rodzi się i między małżonkami. — Lecz jakżeż zrobić, ażeby pobierający się nie kochali nikogo innego oprócz siebie? Zawsze znajdzie się człowiek, lub dziewczyna, która kocha tego lub innego. I wtedy według was, małżeństwo jest niemożebne. I dlatego też widzę, że słusznem jest to, co mówią o was, że wcale się nie żenicie. Dlatego i ty nie jesteś żonaty, i prawdopodobnie, nie ożenisz się. Jakżeż może być to, ażeby człowiek ożenił się z jedną kobietą, nigdy wcześniej nie zakosztowawszy uczucia miłości do siebie ze strony kobiety, lub dziewczyna doszła do wieku dojrzałego, nie wzbudziwszy ku sobie uczucia mężczyzny. Jakżeż powinna postąpić Helena? — Starzec Cyryl mówi o tem tak: w pogańskim świecie ludzie, nie myśląc o miłości do braci, nie kształcąc tego uczucia, myślą o jednem — o wzbudzeniu w sobie miłości namiętnej dla kobiety i rozwijają w sobie tą namiętność, I dlatego w ich świecie każda Helena lub do niej podobna wzbudza miłość wielu. Współzawodnicy biją się jeden z , jak zwierzęta, ażeby zdobyć samicę. I w większym lub mniejszym stopniu małżeństwo ich jest gwałtem. W naszej gminie my nie tylko że nie myślimy o osobistej rozkoszy piękności, lecz unikamy wszelkich pokus, prowadzących do tego, i wzniesionych w świecie pogańskim na godność i za przedmiot ubóstwienia. My, przeciwnie, myślemy o tych obowiązkach szacunku i miłości do bliźniego, który mamy bez różnicy dla wszystkich ludzi, dla największej piękności, i dla największego potwora. My rozwijamy wszelkiemi siłami to uczucie, i dlatego w nas uczucie miłości dla ludzi bierze górę nad pokusą piękności i zwycięża ją i niszczy różnice wynikające z powodu stosunków płciowych. Chrześcianin żeni się tylko wtedy, kiedy wie, że połączenie jego z kobietą nie sprawiło nikomu smutku. — Lecz czyż to możebne?... odrzekł Juljusz: czyż można panować nad swemi namiętnościami. — Nie można, kiedy da się im wolność, lecz nie dawać się im przebudzać i podnosić, możemy. Weź naprzykład stosunek ojca do córki, matki do synów, braci do sióstr. Matka dla syna, córka dla ojca, siostra dla brata, żeby nie wiem jak byli piękni, — nie są przedmiotem osobistej przyjemności, a miłości i uczucia nie przebudzają się. Obudziłyby się one wtedy, kiedy ojciec dowiedziałby się, że ta, którą uważał za córkę swoją, nie jest jego córką, lub dla syna matką, lub dla brata siostrą, lecz i wtedy uczucie to byłoby bardzo słabe i pokorne, i we władzy człowieka byłoby zapanować nad niem. Uczucie pożądania byłoby słabe, gdyż jako fundament jego położono by uczucie miłości do matki, do córki, do siostry. Dlaczegóż ty nie chcesz uwierzyć, że w człowieku może być rozwinięte i wzmocnione takie uczucie do wszystkich kobiet, jak matek, sióstr, córek, i że na podstawie tego uczucia może wyrosnąć uczucie miłości małżeńskiej? Jak brat tylko wtedy, kiedy dowiedział się, że ta, którą uważał za siostrę, nie jest siostrą, poznał wtedy przebudzenie się w sobie uczucia miłości jak do kobiety, tak samo i chrześcianina, kiedy czuje, że miłość jego nie zasmuca nikogo, pozwala uczuciu temu budzić się w jego duszy. — No, a jeżeli dwóch mężczyzn pokocha jedną dziewczynę?... — Wtedy jeden składa w ofierze szczęście swoje, dla szczęścia drugiego. — Lecz gdy ona kocha jednego z nich? — Wtedy uczucie swe składa w ofierze ten, którego ona mniej kocha, dla jej szczęścia. — No, a jeżeli ona kocha obydwóch, i obydwaj ofiarują siebie, to ona za nikogo nie wyjdzie?.. — Nie, wtedy starsi rozsądzą sprawę i poradzą tak, ażeby było największe szczęście dla wszystkich, przy największej miłości. — Lecz przecież tak się nie robi, a nie robi się dlatego, że to jest przeciwne naturze ludzkiej. — Przeciwne naturze ludzkiej? Jakiej naturze ludzkiej? Człowiek, prócz tego, że jest zwierzęciem, jest jeszcze człowiekiem; i prawda, że taki stosunek do kobiety niezgodny jest ze zwierzęcą naturą człowieka, lecz zgodnym jest z jego rozumną naturą. I kiedy używa rozumu dla służenia swej zwierzęcej naturze, robi gorzej od zwierzęcia, dochodzi do gwałtu, do kazirodztwa, — to, do czego nie dochodzi ani jedno zwierzę. Lecz kiedy użyje swą rozumną naturę na opanowanie zwierzęcia, kiedy zwierzęca natura służy rozumowi, wtedy tylko osięga on to dobro, które go zadawalnia.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Chodźcie w światłości, dopóki jest światłość.
