Read here

Czerwony kogut

Kazys Puida · 1913 · Free in the US

21,398 words · about 1 h 30 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1913 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Czerwony_kogut_(Puida,_1913)&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Kazys Puida
Language
Polish
Published
1913
Length
21,398 words · about 1 h 30 min
Sections
16 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (16)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 45 min
  3. I about 5 min
  4. II about 5 min
  5. III about 4 min
  6. IV about 5 min
  7. V about 5 min
  8. VI about 2 min
  9. VII about 3 min
  10. VIII about 3 min
  11. IX about 3 min
  12. X about 2 min
  13. XI about 2 min
  14. XII about 2 min
  15. XIII about 3 min
  16. XIV about 2 min

Continue:

Front matter

KAZYS PUIDA

CZERWONY KOGUT

całość

KAZYS PUIDA

CZERWONY KOGUT

I.

— Stój, psia jucho!... jak cię gwizdnę po mordzie, odechce ci się żartów! — surowym, lecz niezbyt groźnym głosem zawołał Klimka na młodą klacz, którą wepchnął w hołoble. Kasztanka bawiła się z nim, jak zwykle na paszy, i chwytała wargami to za rękaw, to za czapkę, nie pozwalając okiełznać się. — Sprawiaj się, drągu, prędzej! — wołał gospodarz, Matas, stając we drzwiach i cmokcząc fajkę. — Przez ciebie jeszcze do kościoła spóźnimy się... Klimka coś odmruknął przez zęby nienawistnie i nie śpieszył się, choć gospodarz z żoną czekali na brykę. Okiełznał wreszcie klacz, zajechał podedrzwi, zarzucił lejce na płot i, usiadłszy na leżącym na uboczu kamieniu, kręcił papierosa. Wgramoliwszy się do bryki, Matas nakazał szorstkim głosem parobkowi: — Napój gniadego, pamiętaj... Klimka zerknął na niego rozgorączkowanemi oczyma i odparł: — Mogłeś nie frasować się... Siedział sam jeden w pustem podwórku, palił papierosa i rozglądał się leniwem wejrzeniem naokół. U odryny leżała kupa tegorocznego siana, którego nie zdążyli w sobotę uprzątnąć. Klimka wybrał sobie miejsce, wyciągnął się i wkrótce zasnął. Ledwo pół godziny upłynęło, poczuł naraz, że go ktoś budzi. Otworzył omdlałe powieki i zaraz je przymrużył, bo promienie wzeszłego słońca świeciły mu prosto w oczy. — Janeczku!... Janeczku!... — budził go kobiecy głos. Klimka usiadł, przeciągnął się i niezbyt delikatnie zapytał: — Jakiego licha?... Magdzia, jedynaczka gospodarska, zmieszała się. Naumyślnie powiedziała rodzicom, że wybiera się do innego kościoła, żeby jej tylko z sobą nie zabrali, żeby tylko pozostać w domu bez wiedzy rodziców. — Ja myślałam... — Dlaczego nie poszłaś do kościoła? — zapytał Klimka. — Wyszłam — jak gdyby usprawiedliwiała się, jak gdyby skarżyła się Magdzia — lecz zawróciłam... chciałam z tobą pobyć — przyznała się nareszcie. To jej przyznanie się złagodziło trochę nastrój Klimki i odezwał się już delikatniejszym głosem: — A jak starzy dowiedzą się? — To co! pogderzą i tyle. — Oj nie! Dostaniesz łupki... Ze starym dziś znowu sparliśmy się... Chciał bić, tylko że gospodyni go powstrzymała... — I czego wy wiecznie kłócicie się? Klimka milczał. Oczy szybko biegały, jak gdyby czegoś szukając. Nagle zwrócił się do Magdzi i rzekł: — Powiedz ty swemu staremu, żeby on mnie nie ruszał, a to źle będzie... — Jakżeż to ja jemu powiem? — Poprostu powiedz: — Klimka prosi, żeby go nie ruszać, bo może być źle. — Nie będę mu nic mówiła. On i tak ciągle mnie śledzi, żebym tylko gdzie z tobą nie spotkała się. — A co, obawia się, żeby jemu kto jedynaczki nie świsnął? — Nie wiem... Za ciepło było siedzieć na przypiecku. Mag- dzia zaprosiła Jana do sadu, a sama pobiegła do świetlicy po zawczasu przygotowany poczęstunek. Była tu i słodkiej wódki buteleczka, i masło, i kiełbasa, i ser, i ugotowane jaja, i inne przysmaki. Jan siedział na przeciągu ciepłego letniego wiatru, patrzał na Magdzię, na jej zachody i uśmiechnął się zlekka. — Poco ty mnie tak bałamucisz? — śmiał się do niej. Kawowe oczy Magdzi wystrzeliły kilkoma promieniami ku Janowi, karminowe usta uśmiechnęły się same do siebie, twarz oblała się rumieńcem. Coś tam korciło ją wszystko jednym tchem mu wypowiedzieć, wyłożyć, lecz powstrzymała się. — Kiedy ty dobry dla mnie, to czemu nie mam ciebie ugościć? — Dobry, dobry, żeby tylko ta dobroć złem się nie skończyła. Ja nie pijak i nie łajdak, ale ze mną krótko: — ty dobrem — i ja dobrem; ty mnie kijem w oczy — ja tobie widłami... Ty mnie dobre słowo — i ja tobie, ale jeżeli chcesz źle ze mną począć, to niedaleko zajedziesz... Jak twój ojciec przyjechał po mnie, ja mu wtedy powiedziałem: — »mnie, gospodarzu, nie będziesz bił, jak innych biłeś«... A poco on wziął mnie do służby? — wracał Klimka do najważniejszej kwestyi. — Ja się nie przymawiałem... — Co tam! — uspokajała go Magdzia — zakąś lepiej... Zobaczysz, że wszystko dobrze będzie... — No, tylko dyabli korzyść z tego dobra będą mieli — nie poddawał się Klimka. — Nie skacz tak do oczu — poradziła mu ona — to i ojciec zamilknie. Klimka podniósł na nią oczy, popatrzył i pomyślał: — Nie skacz!... A może mam się twemu ojcu poddać, żeby mną tak orał, jak drugimi orze?... Niedoczekanie! Nikt mi panem nie był i nie będzie... Nie podobam się — dziś mogę odejść, nie proszę, aby mnie trzymali, nie przymawiam się... Nie chce w zgodzie żyć — nie trzeba, a ja nie pozwolę siebie bić... Niech on wie — Klimki on palcem nie ruszy, a jeżeli jak — niech go ręka Boska broni!... — Cóż ty jemu zrobisz? — uderzając w chłopską ambicyę, zapytała Magdzia. Jej zdaniem, ludzie nie na dwa stany dzielili się: na panów i chłopów, lecz na niezliczoną stanów mnogość. O innych stanach nigdy nie myślała, i to jej nie obchodziło, czasem tylko w kościele zapatrywała się na pańskie ubiory. Samo życie wciąż, codzień mówiło jej, że istnieje podział niższego stanu: na gospodarzy i najmitów — białej i czarnej kości chłopów. Zrządzeniem losu była ona z rodu »białych«, Klimka zaś — z rodu »czarnych«. Samo życie jednak nie tworzyło tego rozróżnienia, tylko długoletnia rolnika-właściciela tradycya, zawarta w swej skorupie, materyalnie lepiej ubezpieczona i cudzą pracą swój dostatek zdobywająca, oderwała się od niemajętnych i stworzyła swojską, chłopską arystokracyę, która z biegiem czasu zaraziła się szlacheckimi przesądami. Nikt tej tradycyi nie szczepił, nikt jej podtrzymywaniem nie zajmował się: ona sama z siebie dobywała swą żywotność i wytrwałość i instynktownie oddziaływała na życie. Najważniejszem źródłem jej wytrwałości był materyalny dostatek, cudzemi rękoma zdobyty. I we krwi i w pojęciach Magdzi pulsowała owa chłopska tradycya, tylko objawiała się ona w wyjątkowych zdarzeniach życiowych. W stosunku z Klimką dziewczyna niebacznie zdradziła się i zauważyła, jak Klimka na nią patrzał i zdumiewał się. Aby zatrzeć wrażenie, przemówiła: — Pobijecie się!... ojciec mocniejszy, pobije ciebie. — Przywołując na pomoc siłę kobiecą, skarżyła się: — A Magdzia będzie miała zmartwienie... Klimka milczał, jakby rozważając jej wywody. — Lepiej i korzystniej będzie ustąpić, niż zadzierać — przekonywała go. Klimka pokiwał głową, ale milczał. — Przecież nam obojgu lepiej być blizko siebie — szeptała Magdzia, umizgając się do niego. Klimka uśmiechnął się i rzekł: — Wszak z tego nic nie będzie? — Z czego? — pytała Magdzia, nie rozumiejąc. — A z naszego stosunku. Oczy dziewczyny przesłoniły się nawpół rzęsami, nawpół przejrzystemi łzami. Zerwała długi kaczan szczawiu i gniotła go rękoma, szukając równowagi. — Ja już dawno chciałem tobie powiedzieć — ciągnął Klimka — że z tego nic nie będzie. Ojciec całymi dniami wrzeszczy na mnie, jak na psa, gania bez przerwy, jak zapędzoną klacz... Żeby tylko co, toby się zaraz porwał do bicia, lecz obawia się, wie, że się nie poddam. — Po chwili dodał: — Ty jedynaczka, stumorgowa dziewczyna, a ja — , goły, ni domu, ni rodziny... Ponieważ ty mnie podobasz się i dobra dla mnie jesteś, to muszę ci otwarcie powiedzieć: porzuć ty te głupstwa i nie unikaj tej młodzieży, z której grona ojciec tobie męża wybiera... Ze mną i tak dobrego nic nie zaznasz, a biedy i kłopotów i bez tego dosyć... — Wstał, pocałował szlochającą Magdzię w policzek i poszedł ku stajni mocnymi, powolnymi krokami.

II.

— Poco zamknąłeś źrebaka w stajni, gawronie jeden! — wołał Matas na wiodącego zaprzężone konie w pole, tuż za odrynami, aby bronować. — Boję się, żeby, skacząc naokoło, nie wpadł na bronę i nie skaleczył się — spokojnym głosem objaśnił Klimka. — Tak... a źrebak będzie się głodził w stajni... Możesz go w polu dopatrzyć — sprzeczał się Matas. — Poco ma się głodzić — odpowiedział, nie zmieniając tonu, Klimka — pobronuję i wypuszczę go ze stajni, aby podjadł. — A jakże!... Wypuszczę... bez potrzeby tylko będziesz mitrężył — gderał Matas i, rozwarłszy stajnię, wypuścił źrebaka. Klimka nie rzekł nic. Poprowadził konie, zaprzągł do brony i zaczął bronować. Źrebak biegał za klaczą i Klimka ciągle musiał uważać, ciągle zamachem bicza go odpędzać. W samo południe bronował już koło dołów i miał wyprzęgać konie, gdy nagle usłyszał głos Matasa od odryny: — Janie, czy słyszysz, Janie! zabronuj doły do obiadu. Po obiedzie trzeba będzie do młyna jechać. Klimka jeszcze nie dopuszczał źrebaka do klaczy; zatrzymał teraz konie i przypuścił, zarazem zapytał gospodarza: — A może zapędzić teraz źrebaka do stajni? Już sobie podjadł. Prędzej będę mógł bronować, inaczej wystarczy do podwieczerza. Matas pomyślał chwilkę i, licho wie przez jakiego czarta kuszony, odrzekł: — O! pobędzie i w polu... — zawrócił i poszedł. Jan odpędził źrebaka od klaczy i począł bronować. Syte, wesołe, życiem tryskające stworzenie skakało i biegało po polu, jak gdyby chciało wyskoczyć z własnej skóry. To puści się całym pędem przez pole i zatonie w obłokach wzbitego kurzu, to lotem strzały przy- mknie ku samej bronie i zaryje się w miękką, rozbronowaną ziemię. Swawolił, młodocianym szałem porwany... Klimka bacznie uważał na jego swawolenie. Oczy mu świeciły, twarz oblewała się radosnym rumieńcem, gdy źrebak, ogon do góry zadarłszy, niósł się polem. Radował się, jak dziecko, gdy mu udawało się rozkrzyżowanemi rękoma przepędzić go od brony. Naraz, gdy spuszczał bronę w dół i gdy trzeba było uważać na ostatnią bronę, żeby nie naskoczyła na pierwszą i żeby koni nie skaleczyć, przycwałował źrebak do samej brony, wystawionemi naprzód nogami zaorał się nad skrajem dołu i zwalił się prosto na bronę, bo nogi nie miały twardego oparcia, a ześlizgła nadół ziemia nie powstrzymała jego rozpędu. Usłyszał Klimka rozpaczliwe rżenie i w okamgnieniu powstrzymał konie, lecz już było zapóźno. Źrebak zwalił się z brony, skoczył na nogi i skarżył się boleśnie. Podbiegł Klimka i ujrzał cały bok zdarty, skóra szmatami wisiała, z zabłoconych ran sączyła się miejscami krew. Źrebak trząsł się cały i jeszcze rzewniej rżał. Wkrótce odezwała się klacz. Usłyszał to krzątający się na podwórzu Matas i wybiegł za róg odryny zobaczyć, co się stało. Tymczasem Klimka zarzucił pętlę źrebakowi na szyję i wiódł go do domu. Gdy podszedł do gospodarza, rzekł przekornie: — Mówiłem: zostaw źrebaka w stajni — nie! zawziął się, jak fluk na słoninę — masz teraz, łataj bok... Matas aż posiniał ze złości. — A twoje, parchu, oczy, gdzie były? — wołał, idąc ku niemu. W Klimkę wszedł przekorny dyabełek i kusił go nie poddać się, stawić się ostro. — Trzeba było przywiązać za ogon! — wypalił. — Ty, prosiaku, będziesz jeszcze tu gadał! — Matas i Klimka nie zdążył obejrzeć się, jak dostał po uchu. Natychmiast puścił źrebaka, którego ledwo złapał Matas, a sam, zdrętwiały, stał, krwią zalane oczy wparł w gospodarza i rzekł: — Gdybyś winnego bił, to jeszcze... to możeby ktoś i zniósł to... Lecz teraz... słuchaj, gospodarzu, policzymy się... ja nie pozostanę ci dłużny... — Poszedł, prosiaku! a nie, to rozciągnę i tą samą pętlą wygarbuję skórę i będziesz miał policzenie się — warczał Matas. Klimka stał ze spokojną na pozór twarzą i cedził słowo za słowem przez zęby, jak gdyby pragnąc wetknąć je, jak igły, w gospodarza. — Ja tobie mówiłem, że mnie nie będziesz bił... i nie będziesz... albo... Nagle zapalił się i nie wytrzymał: — Co ty cierpisz do mnie? — Idź do pracy i nie szczekaj! — surowo nakazał Matas. — Możesz sam kołatać się po tych wądołach, a ja nie będę pracował. — Zawrócił i poszedł, a wiódł go przekorny jego duch na nowe drogi. Matas wyprzągł konie z brony i całą godzinę zmarnował nad źrebakiem. Czasami wychodził za odrynę spojrzeć na Klimkę, który zszedł z góry, usiadł na wielkim, na brzegu rzeki leżącym kamieniu i pozostał tam. Naładował gospodarz furę workami ze zbożem, zaprzągł konie, wyszedł za stodoły i zawołał: — Czy nie pójdziesz tu, leniuchu? Trza jechać do młyna! Czego tam teraz siedzisz? Klimka milczał. Matas czekał na odpowiedź, a gdy nic nie usłyszał, zawołał ponownie: — Ruszaj, cielaku, zaraz do domu, a nie, to przyjdę i poproszę... Nie ścierpiał Klimka i odparł: — Chodź, chodź, pogadamy! — Wstał i po- szedł poza rzeczką na czerniejący w oddali las. Ta nieoczekiwana i niezasłużona napaść wzburzyła jego duszę. Już przyzwyczajał się po trochu do tego osobliwego porządku, jaki panował w gospodarce Matasa, gdzie wszyscy od małego aż do dorosłego byli łajani i popędzani, gdzie nikt nie wiedział, jak i do czego najpierw się zabrać i gdzie tysiąca ludzi nie wystarczyłoby na wykonanie jednodziennej pracy — tak życie tu rozprzęgło się, rozbiło. W święta rzadko wychodził z domu, aż Matas zaczął go wypędzać do kościoła, gdy zoczył, że jego jedynaczka sympatyzuje z parobkiem. Lecz Klimka upierał się. Od tego czasu gospodarz pilniej strzegł córki i co święto zabierał ją z sobą do kościoła. Klimka pomału odsunął się od wszystkich, żył sam jeden swojem życiem i swymi bólami. Zrzadka, zręcznym manewrem, wdzierała się Magdzia w jego jednostajny byt i mąciła spokój jego myśli. Jednak nie na długo. W wolnych chwilach doprowadzał siebie do porządku, wchodził na zakreśloną drogę i pchał ciężkie jarzmo najmity w niewiadomą przestrzeń. Jedną tylko myśl pieścił: — Pójdę... nie pozostanę tutaj... pójdę, gdzie jaśniej, gdzie ludzie w zgodzie żyją... W chwilach wspomnień żal mu było Magdzi. Nie tyle było żal, ile nie do zniesienia była dlań ta codzienna obłuda. Dziewczę przyzwyczaiło się do niego, może go nawet pokochało, i za to musi cierpieć... To znów uspokajał się i machał ręką na wszystko. Szedł poza rzeczką, a myśli natrętnemi falami wirowały w największym nieporządku. Wspomnienia bezlitosnego życia budziły się jedne po drugich i tak mieszały się, tak splatały, aż natrętna ich mnogość zaćmiła i tak już niezbyt wyraźną jaźń. Skręcił na lewo i poszedł do lasu. Zda się, spodziewał się poskromić w niepojętej ciszy leśnej niespokojne myśli, skrzywdzoną duszę pokrzepić i może wymyślić jakie lekarstwo na tę biedę. Zwalił się na miękką pościel mchu i puścił wodze rozprzężonych myśli. Sam nic nie myślał, tylko zbudzone wnętrze walczyło samo z sobą, szperało w księdze krzywd, jakby wkrótce ktoś miał zażądać sprawozdania z cudzych niedorzeczności i życiowych nonsensów. A z odmętów powstawały krzywda za krzywdą i uściełały pstrymi kamykami życiową ścieżkę młodych dni. Plamiły te krzywdy nudne życie pastuszka i zdawało się, że kat udręczeń zawarł sojusz z życiem, aby go wciąż krzywdzić, trapić... Pastuszka krzywdzili za kręcenie fujarek z wierzby, za zbieranie grochu, za pieczenie kartofli, za zerwanie jabłek lub wiśni... Kto chciał — zwymyślał; kto miał ochotę — pięścią zdzielił... I nie poczuł Klimka, jak łza za łzą spływała po policzkach i zraszała ziemię, zda się zmywała życiowe nonsensy, pokutowała za cudze grzechy... Tylko na sercu jakoś lżej się zrobiło, tylko pierś jakoś lżej oddychała i uspokoiły się wściekłe myśli... Potem, niewiadomo jakiem uczuciem zbudzona, myśl przemówiła sama do siebie: — Jeśli będą krzywdzili — zemszczę się... będą milczeli — ścierpię...

III.

Utaił krzywdę w najgłębszych tajnikach duszy, jak sknera worek ze złotem, i tak dbał o nią, tak ją tulił do siebie, że nie zdołał spokoju zdobyć. W wolnych chwilach przyglądał się tej krzywdzie, jak gdyby jedynym bodźcem jego istnienia była, czy też zamierzał z tej ognistej rany wydobyć światła dla dni swego życia. Unikał ludzi. W każdym ze służących zdawał się widzieć zatajoną krzywdę, czy też chęć krzywdzenia innych, bo sami krzywdy nie zrozumieli, nie pojęli, tylko w głębiach ducha jakąś zemstę pieszczą, duszę wzmacniają niezrozumianą i niewiadomo komu przygotowywaną pomstą. Bezład życia i uczuć niepodzielnie panuje w ich duszach... Letnie słońce przeglądało się przezroczystymi promieniami w zbudzonej i rozmokłej przyrodzie i, obfitego naddostatku pełne, rozsypywało swe dary, jak szczodry rozrzutnik. — Wybieraj się do kościoła! Co się tu po kątach wycierasz? — nieprzyjemnym, szorstkim głosem przemówił Matas do Klimki. Klimka milczał, ale Matas widocznie postanowił sobie wziąć go w swoje ręce i swojskim sposobem wykierować na człowieka. — Czego ty się czepiasz? — również szorstkim głosem odparł Klimka. — Ja ci się uczepię! Powiedziałem, ażebyś się wybierał do kościoła, to i wybieraj się, a nie pyskuj. — Nie pojadę! — A może poprosić? — Obejdę się bez prośby... i będę robił w święta co mi się podoba. — Pojedziesz do kościoła, słyszysz? — wrzasnął Matas rozjuszony. — Słuchaj, gospodarzu — siląc się na spokój, przemówił Klimka. — Wziąłeś mnie do służby, ale o mego Boga targu nie było, to lepiej i nie ruszaj Go... — Czy słyszeliście tego durnia? On tu będzie mi wymawiał... — Nie wymawiam — przerwał mu Klimka — a jak zechcę, to i bez ciebie znajdę drogę nietylko do kościoła, ale i do karczmy — rzucił mocno drzwiami i wyszedł na podwórko. Jeszcze długo wygadywał Matas, aż zawołała go żona, aby jechał, i mimowoli musiał umilknąć. Klimka zaś wyszedł za budynki, usiadł na zwalonych do kupy kamieniach i namiętnie palił papierosa za papierosem. Szatan niepokoju znowu osiodłał jego duszę i tak ją mustrował, tak nią wywijał, że się nie powstrzymał, zaklął głośno i poszedł przez pola. Długo chodził miedzami, jak gdyby czegoś wyczekiwał, albo nad czemś rozmyślał. Zmarszczki falowały na twarzy i tak mu było źle, że nie mógł miejsca sobie znaleźć. Stanął przy wczoraj okopanych kartoflach i w okamgnieniu rozjaśniło się jego czoło: tu on bronował, tu orał, tu porosłe kartofle okopał! Do serca napłynęła jakaś ciepła, żywa fala i rozjaśniła zachmurzoną duszę. Lubieżnem okiem wodził, podorywką idąc, po każdym kiełku, pieścił go swem spojrzeniem, zda się jego duch zlał się w jeden życiowy objawu akord z tajemnicami kiełka. Lecz trwało to krótką chwilę. Doszedł do połowy pola, zawrócił nagle wstecz i oblicze jego znowu spochmurniało. Natrętne myśli znowu zbudziły się, jak muchy na wiosnę, i brzęczały w chmurnej głowie. Naraz, z rozkazu tajemniczych sił, zawrócił do miasteczka. Nerwowymi kroki szedł pstrym kobiercem łąk i nie widział, jak kwiat za kwiatem ginął pod jego stopami, nie czuł tej cudownej krasy łąk, która w innej porze tak przejmująco, tak wymownie przemawiała do niego. — Masz piwo? — zapytał opartego o płot Żyda. Żyd spojrzał na nieznajomego parobczaka i jakby coś rozważał. — Czego się gawronisz? — napierał Klimka. — Piwo masz? — Czego ty tak wrzeszczysz? — zdziwił się Żyd. — A czego ty milczysz, gdy do ciebie mówią... Piwo masz? — Cicho, cicho! Mam, mam! — Daj pół tuzina. — Pół tuzina?! — zdziwił się. — Prędzej! — nie ustępował Klimka. — Czy zwaryowałeś? Ludzie do kościoła idą, a on do karczmy i jeszcze tu krzyczy. — Słuchaj, ja ciebie nie pytam, kto dokąd idzie, i ty nie opowiadaj mi... Zrób to, o co proszę — wypalił Klimka, z krwią oblaną twarzą. Żyd spojrzał na niespokojnego przybysza, nie odrzekł ani słowa i poszedł po piwo. Klimka usiadł na zwalonych w cieniu drwach, ciężko oddychał i błądził niespokojnym wzrokiem po podwórzu karczmy. Żyd przyniósł piwo, szklankę, postawił to wszystko na drwach i wyciągnął rękę. Klimka spojrzał zezem na tę rękę i rzucił rubla. Odkorkował butelkę i zaczął pić, nierozsądnie, głupio, chciwie połykając szklankę za szklanką, jak gdyby się bał, żeby kto jego postanowienia w niwecz nie obrócił, żeby kto nie powstrzymał go. Ostatniej butelki nie zmógł. Wstał i dobrze podchmielony poszedł do domu. Gdy wchodził na górę, nogi zaczęły uginać się, plot jakoś podrygiwał, a rosnąca przy steczce wierzba śmiała się długiemi gałęziami i pokazywała język, którego nie miała. Klimka zaklął brzydko i osunął się na ziemię przy samym płocie. Jakoś wgramolił się, przytrzymując się kołu, na płot i zwalił się na drugą stronę. Przez okno ujrzała Magdzia powracającego Klimkę i pobiegła za ogród na spotkanie. — Janeczku! co tobie się stało? — zafrasowanym, zbolałym głosem wypytywała go. Klimka przystanął, spojrzał białkami na Magdzię i milczał. — Janeczku, kochany! co to jest?... Pokiwał Klimka głową i, pojmawszy zdrową myśl, przemówił: — Pierwszy to raz, Magdziu — pierwszy raz... jak ty mnie... ot, żywego widzisz... Zachwiał się i usiadł na leżącym pniu wierzby. Siedział ze zwieszoną głową. Potem westchnął głęboko i lekko-lekko pokiwał głową: — Tak, tak, Magdziu — do dyabła, wszystko do dyabła... — I naraz rozpłakał się rzewnie. Plama krzywdy rozmiękła i zbudziła uczuć źródło. A to źródło płukało przeczystą wodą rany przeszłości. Tylko zmieszana Magdzia krzątała się koło niego, jak gdyby przeczuwała rzeczywistego winowajcę tego wypadku.

IV.

Robotnicy już dawno powstawali. Matas chodził pochmurny po podwórzu i ćmił fajkę. Klimka nie wstawał. Złością i niepokojem miotany, Matas wszedł na drabinę i zawołał w stronę poddasza: — Ile razy trzeba ciebie budzić? Z poddasza odezwał się suchy, pragnieniem strawiony głos: — Źle mi dziś... nie wstanę... Na to Matas z gniewem: — Ja tobie zaraz dobrze zrobię, wałkoniu jakiś... Do kościoła to ciebie niema, a do karczmy to w samo południe drogę znalazłeś, cielaku... Widzicie go, spił się, jak świnia, to mu dziś źle. Wstawaj zaraz i idź bronować. Gorączkowy, nerwowy głos Klimki odparł: — Nie wstanę i nie będę bronował. — No, no! nie proś Boga, ażebym tobie wstać pomógł — zawołał Matas. Nie wytrzymał Klimka i krzyknął: — Czego ty się przyczepiłeś, jak czart jaki, czego ci trzeba? Wściekłość ogarnęła Matasa. Wbiegł prędko po drabinie na poddasze i, obejrzawszy się, zoczył Klimkę leżącego na uboczu, prawie z głową zakopanego w słomie. Szybko podszedł do niego, zerwał kołdrę i wrzasnął: — Wstawaj, bo... Klimka spojrzał na niego przekornemi oczyma i odparł cicho, lecz dobitnie: — Źle mi jest i nie wstanę. Zły duch opętał Matasa: złapał Klimkę za rękę, wywlókł z legowiska i popchnął ku drabinie. — Nie popychaj i nie wrzeszcz. Powiedziałem, że nie wstanę, to i nie wstanę — przekornie odparł Klimka. — Będziesz ty mi sprzeciwiał się! — wrzasnął Matas i w okamgnieniu uderzył go w twarz. Nie miał Klimka twardego oparcia pod nogami i zwalił się na słomę, lecz raptownie zerwał się i w samej bieliźnie zbiegł po drabinie nadół. Poszedł do świronka, ubrał się odświętnie i wyszedł przez ogród. Matas spojrzał za odchodzącym Klimka i zawołał: — Powrócisz, powrócisz ty, to jeszcze nie tyle dostaniesz! — zawrócił i poszedł do chaty. Wszedł do świetlicy, ujrzał stojącą przy oknie Magdzię i krzyknął na nią: — A ty słuchaj: zobaczę, czy usłyszę, że zadajesz się z tym włóczęgą, popamię- tasz ty mnie... Wybrała sobie córka gospodarska pastucha — stosowna para!... Ja tobie wybiję go z głowy. Wtem rozwarły się drzwi od komory i odezwał się głos Matasowej: — Czego ty się tak wściekasz dzisiaj, jakbyś durmanu się najadł? — I ty tu, wiedźmo! — przyskoczył wściekły Matas do żony. — Przez ciebie spokoju niema... ty »chewry« tu stwarzasz. — Nie rozbijaj się, na miłość Boską! nie rozbijaj się! — siląc się na spokój, odpowiedziała Matasowa. — Jeszcze krzyża świętego na czole nie położyłeś, a jużeś całe piekło wzburzył. Jak zły duch, tyle tylko, że się kłóci ze wszystkimi. Że robotnicy pary z ust przy tobie nie puszczają, to tobie się zdaje, że i ja będę milczała, że ty i mną będziesz orał... — Milcz, ropucho! — wrzasnął Matas — bo tak wygarbuję skórę, że... — Nie strasz, nie strasz! Nie taka ja znowu lękliwa, jak tobie się zdaje. Za długie masz pazury, to i nie wiesz, gdzie je podziać. Żeby ci kto ich nie przyciął... — Szczekaj, szczekaj, aż ci gębę zamknę — trochę ochłonąwszy, wołał Matas. Po chwili dodał: — Dawaj baczenie, żeby ona — kiwnięciem głowy wskazał Magdzię — nie włóczyła się z tym pastuchem, bo tak wypiorę skórę, że i zdychając popamięta. Matasowa zapaliła się: — Nie ruszaj mi dziewczyny, bo oczy wydrapię. Wysunął pazury, to i myśli sobie, że mu wszystko wolno. Za daleko sięgasz, nie dla twego nosa, nie dla twego! nie zawracaj sobie napróżno głowy: ty już nie będziesz mi dziewczyny bił, ani marz o tem, nie. Matas ironicznie się uśmiechnął. — Ty mi nie pozwolisz? — Juści, ja! Wstał i rzekł do żony, wychodząc: — Pilnuj jej i pamiętaj, co powiedziałem: zobaczę ją z tym parchem — skórę zedrę — wyszedł i trzasnął drzwiami. — Niedoczekanie twoje! za daleko sięgasz! — zawołała Matasowa do odchodzącego męża. Klimka zaś szedł polami w rodzinne strony. Czarne myśli, jak burzliwa noc jesienna, opanowały go. Szedł do rodziców, lecz sam dobrze rozumiał, że to napróżno, że nie będzie mógł pozostać u nich. Im samym chleba brak, a tu jeszcze zbyteczna gęba, z którą trzeba będzie ostatnim kęsem dzielić się. Nie, to na nic — u rodziców może on jeden, dwa dni przesiedzieć. Usiadł na kamieniu na miedzy pomiędzy żytem i grzebał patykiem urodzajną glebę, a myśli jego plątały się w węzły, nie znajdując rozwiązania. Cichy, spokojny, w słońcu skąpany poranek letni, jak jaki zaczarowany władca uczuć, rozpościerał się nad głową, a na dole żyto szumiało, czarowne baśnie opowiadały chabry i kłóciły się z nielicznym czerwonogłowym makiem polnym. Gdzieniegdzie niezapominajki skupiły się w błękitny, wzrok czarujący wianek i uśmiechały się do wypłowiałego nieba. Cisza i spokój niepodzielnie panowały wokół i niepowstrzymanemi falami lały się w piersi Klimki, uśmierzały wzburzone bałwany, łagodziły szarpiący ból, głosiły mu cudowną harmonię przyrody, jej zgodę, jej kojący balsam-siłę. Usiadł na ziemi, rozciągnął się na miedzy i wparł oczy w błękit. Kiedy niekiedy wzrok jego mąciła przelatująca jaskółka, to cały rój muszek, przez kogoś spłoszony, podnosił się i znów opadał, to gawędziarz wróbel, zaczepiony o dojrzewający kłos, chwalił się znalezionym pokarmem. I zdawało mu się, że ta nieobjęta przyroda i on — to ten sam objaw, to ta sama jed- nostka, tylko przez jakąś złą, mściwą ręką za niepojęte grzechy rozdwojona. Niedorzeczność Bóg popełnił: całą, pełną, harmonijną jednostkę rozmiażdżył, rozłączył i nie zdoła teraz ona w cierpień i życia łodzi zebrać swych pierwiastkowych składowych części i zostać tem, czem była — ową pełną, harmonijną, z całości przyrody niewydzieloną jednostką. — Pójdę... nie pozostanę tutaj... pójdę, gdzie ludzie w zgodzie żyją — powtarzał tajemniczy uczuć i uświadomienia czynnik najgłębszą jego pragnień myśl. — Pójdę... nie pozostanę — głuchem echem odpowiedziała zmarnowana, skrzywdzona jego dusza. A rzeczywistość zadawała inne, przykre zapytanie: — Gdzie się podziejesz? Co zrobisz? Instynkt, dbający o samozachowanie, uśmiechnął się do rozgorączkowanej jaźni: — Wrócisz do Matasów. Jak przez robaka ukąszony, podskoczył, usiadł na kamieniu, nieświadomie przetarł oczy, jak gdyby odpędzał natrętne myśli. Chłodne fale rozbiegły się po całem ciele. — Znów do tego piekła! I z tych straszliwych piekieł raptem się zrozpaczony, zbolały, smutny obraz Magdzi. — Co jej do mnie?... — zawołał sam do siebie, lecz nie zdołał tym wykrzykiem zatamować owej ciepluchnej fali, która wezbrała z tajemniczych odmętów i zalała zdrętwiałe jego serce. Nieufnym, pełnym zwątpienia wzrokiem spojrzał na siebie, pokiwał głową i, wewnętrzną siłą wspierany, powstał, rzucił okiem na osadę Matasową i pomału poszedł przez pola szukać uświadomienia. Dopiero późnym wieczorem wrócił do sadyby Matasowej i wchodził na górę powolnym, leniwym krokiem. Nagle zamajaczyło coś poprzez gąszcz drzew i usłyszał głos: — Janie! Janie! Zwolna podszedł. Magdzia podała z za płotu zawiniątko i prędko-prędko przemówiła: — Głodny jesteś... zjedz... i idź spać... idź, Janeczku, spać.

V.

Gorące słońce letnie obficie lało palące promienie na ziemię. Wypłowiałe, zblakłe niebo milczało niemocą objęte. Tylko wieczorami, kiedy spadała rosa, aby ziemię odświeżyć, przybierało kolor chabru, upiększało się miryadami mrugających ocząt i tak zrozumiale przemawiało do zbiedzonej duszy Klimki. Cały dzień wystawał pod gorącymi promieniami, wieczorem wyprowadzał konie na paszę i nie przywiązywał ich, tylko spęta i puści swobodnie na skoszoną łąkę. Sam zaś rzucał się pod krzak, lub pod mędel żyta i wpierał oczy w niezmierzony błękit niebios. Wyniosłe niebios sklepienie, zamykające się w niewidzialnej dali, przykrywało zmordowany świat i podbudzało, nęciło Klinikę niezmąconym swym spokojem, przemawiało do niego niezrozumiałej treści słowami, rozjątrzało zbiedzoną duszę i budziło wspomnienia z zamierzchłej przeszłości. Czasami zdawało mu się, ze czujne jego ucho słyszy jakieś poszepty, jakąś niebios rozmowę, umyślnie do niego skierowaną. Wtedy odrywał się myślami od ziemi-macochy, zlewał się duszą z wszechświatem w jedność i nie czuł swojej samotności, tej szarej, bezkresnej, ciemnej samotności, którą surowy los go obdarzył. Źródło uczuć uciszało się, myśli bujały świetlistemi niebios drogami i dawały zapomnienie rzeczywistości — nie czuł krzywd życiowych... Dobrze było Klimce rozmawiać tak z wszech- światem; czuł się spokojniejszym, gdy wszystkie bóle przenosiły się w bezkres i choć na krótką noc zapominał o surowej rzeczywistości. Tylko czasami leciuchny powiew myśli mącił tę ciszę, zda się, jakieś przekorne bóstwo nakazywało wspomnieć przeszłość, tę niedawną i taką ohydną, zapleśniałą przeszłość. Wtedy z poza tego spokoju wyłaniała się namiętna chęć, żeby ta przeszłość nigdy już się nie powtórzyła; żeby pozostała tylko wspomnieniem ciężkiego snu; żeby starych ran nie rozjątrzała. Jakiś tajemniczy głos modlił się do tego niebios błękitu i błagał o zapomnienie tej okrutnej przeszłości, ohydnej rzeczywistości — z zapomnienia chciał ostatnim wysiłkiem nowe jutro sobie stworzyć, więcej pobłażliwości doczekać się od ludzi i iść drogą swego bytu tam, dokąd młodociane marzenia wiodły: do zgody i zbratania wszystkich żyjących...

Ledwo zdążył Klimka wjechać z ostatnim wozem do odryny, kiedy pochmurne dotychczas niebo zaczęło lać ukośnymi, ciężkimi strumieniami. Wyrzucił ograbki, wyprzągł konie i wepchnął wóz do wozowni. Nie mający roboty parobcy usiedli przy młocarni na drugiej stronie odryny, jak najdalej od słomy i ćmili fajki. Matasa cały dzień nie było w domu. Od samego rana gdzieś wyszedł. Do letnich robót donajął jeszcze jednego stałego robotnika, ażeby nie trzeba było wciąż szukać rąk do pracy. Był to jeszcze młody chłopak, średniego wzrostu, lecz życie już zrobiło z niego bezwstydnego hulakę, awanturnika. Od najwcześniejszych lat wzdragał się pracować, tylko w ciężkich chwilach życia biorąc się do roboty. Wszyscy znali go i wszyscy jednem imieniem nazywali: parobek żydowski — Żydowin. Ujrzał Klimkę, krzątającego się koło uprzęży, i rzekł głośno do innych parobków: — Ot, dobre czasy dla Matasa nadeszły: pierze Klimkę, bo pierze, a ten tylko oblizuje się. Klimka podniósł głowę od uprzęży i spojrzał na Żydowina rozgorączkowanym wzrokiem. Coś zajęczało w jego piersiach, pożaliło się i spłynęło gorącemi falami krwi do prawie już uspokojonej głowy. Niewymownie go zabolało, że obcy człowiek wtrąca się do jego osobistej sprawy, że takie popychadło ośmiela się drwić z najtajniejszego bólu jego życia. Porzucił uprząż na wozie i poszedł spokojnie ku siedzącym parobkom. O trzy kroki od nich przystanął, przekornie wpił się oczyma w Żydowina i spytał go szorstko: — A tobie co do tego, że mnie piorą? Żydowin zmieszał się, nie zdobył się na rychłą odpowiedź, a Klimka ciągnął tym samym tonem: — Ja tobie nie wytykam, że jesteś żydowskiem popychadłem, że pod płotami się wycierasz i żeś z karczmy zrobił sobie kościół. Czego ty się mną frasujesz? Żydowin zrozumiał, że z Klimką nie można żartować, i natychmiast zmienił rozmowę. — Czyż ja śmiałem się z ciebie? — próbował przypodchlebić się jemu. — Jednego ja nie rozumiem, jak to ty tak pozwalasz gospodarzowi... Jakie prawo ma on ciebie bić? Klimka milczał. Złość i ckliwość go opanowały. Gniewało go, że obcy człowiek mu przypomniał, że go bezprawnie krzywdzą. Wstyd mu zarazem było, że ten, przez wszystkich popychany i zbezczeszczony człowiek litował się nad nim, kiedy żaden z tych ludzi nigdy ani jednem słowem nie wyraził mu swego współczucia. Chciał coś rzec, ale nic nie powiedział, zawrócił się na miejscu i poszedł. Wieczorem, gdy wyprowadzał konie na nocną paszę, podszedł ku niemu Żydowin i przymawiał się, że razem z nim pojedzie. Klimka zerknął na niego i odparł węzłowato: — Jak sobie chcesz. Wyjechali obaj. Odświeżona po deszczu ziemia swobodniej oddychała i jeszcze milej przemawiała Klimce do duszy. A myśli niespokojne były. Jak opętańcy, rzucały się po głowie, skarżyły się tej cichej nocy, poco je zbudzono ze spokojnego snu, poco zmuszono znowu warować, kiedy tak dobrze było w ciszy i spokoju. Żydowin właśnie w tej chwili przemówił do niego: — Hej, Janie, Janie! Czy to w Matasowej sadybie koniec świata! Klimka milczał. Wewnętrzna walka nieświadomie głosiła mu, że ten człowiek jest przez jakieś złe bóstwo przysłany, że wkrótce całe życie jego ulegnie zmianie na gorsze, że w najbliższych dniach staną się straszne rzeczy. A Żydowin ciągnął: — Gdyby tak na mnie, cisnąłbym wszystko do dyabła i poszedłbym w szeroki świat. Nie wytrzymał Klimka i zapytał: — Dalekoś zaszedł: od żydowskich drzwi do karczmy. Żydowin nie czuł się urażonym. On już przywykł do tego, że wszyscy mu wymyślali, i obojętną mu już była niesprawiedliwość ludzkiego języka. — A gdybym tylko tak daleko był zaszedł — odpowiedział. — Lecz ja wolny, niczem nieskrępowany — i, wpierając oczy w Klimkę, dodał: — i nikt nie ośmiela się mnie palcem tknąć. — A na św. Jana komu Sapieżyskie łobuzy skórę wygarbowały? — zapytał Klimka. — Na św. Jana? Pijanemu, widzisz, rozmaicie się zdarza. Nie pij, nikt ciebie nie ruszy. — Ja nie piję. — Jak kto rozumie. — Po kiego dyabła ty tu mnie kazania wygłaszasz? — szorstko spytał Klimka. Żydowin milczał chwilkę i nagle wynurzył swą myśl tajemną: — Ja, uważasz, za takie czyny nie darowałbym. Klimka wypuścił z ręki sznur, do którego, klęcząc, wiązał konie, wyprostował się i zawołał na niego: — Idź do domu, pókiś zdrów, i nie ucz mnie, co mam robić. — Czego ty teraz drzesz się? — Ja tobie mówię — zasyczał wściekły Klimka — idź do stu dyabłów, bo jak wezmę mścić się, to zacznę od ciebie. Przywiązał konie, zarzucił siermięgę na plecy i odszedł od Żydowina. Położył się pod krzakiem i puścił wskrzeszonym myślom wodze. Posępne, krwawe były te myśli. Ten włóczęga znowu zbudził w nim to, co on z tak wielkim wysiłkiem, tak żmudnie stłumione, ukołysał do snu. Jedna po drugiej wtargały myśli do głowy i drwiły z wszystkich jego wysiłków i z tej jasnej radości, że nic już się nie powtórzy. Nadzieje zbladły i zatarły się, z paszczy wstrętnej przeszłości wyzierała krzywda i wołała do niego drwiącym głosem: — Głupcy wszystko znoszą... Dzieci tylko nie potrafią zdobyć się na zemstą...

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…