całość
[']powoli i zwrócił się twarzą do państwa młodych. Był to ten sam ksiądz, który spowiadał Lewina. Zmęczonemi i smutnemi oczyma swemi popatrzał na narzeczonego i narzeczoną, westchnął, wyjął z pod kapy prawą rękę, pobłogosławił nią pana młodego i tak samo, lecz z odcieniem delikatnej pieszczoty, położył złożone palce na schyloną głowę Kiti; następnie podał im świece i wziąwszy trybularz, odszedł od nich powoli. „Czyżby to było naprawdę?“ — pomyślał Lewin i spojrzał na narzeczoną; widział jej profil trochę z góry i z zaledwie dostrzegalnego ruchu jej warg i rzęs przekonał się, że poczuła jego spojrzenie. Kiti nie obejrzała się, lecz wysoki koronkowy kołnierz poruszył się i podniósł ku jej maleńkiemu, różowemu uchu. Widział, że wstrzymała westchnienie w piersiach i widział, jak zadrżała maleńka jej ręka w długiej rękawiczce. W pamięci Lewina zatarło się wspomnienie kłopotów z koszulą, spóźnienie się, rozmowy ze znajomymi i krewnymi, ich niezadowolenie, własne śmieszne położenie, wszystko to nagłe znikło i stało mu się wesoło i strasznie zarazem. Przystojny, tęgi protodyakon w srebrnej stule, ze zwieszającymi się fryzowanymi lokami, wystąpił śmiało naprzód i, ująwszy brewiarz wprawnym ruchem, stanął przed księdzem. „Bło-go-sław Panie!“ — rozległy się uroczyste dźwięki, poruszające stopniowo fale powietrza. — „Chwalmy Boga naszego nieustannie, teraz i zawsze i na wieki wieków!“ — słabym i śpiewnym głosem odpowiedział staruszek ksiądz, porządkując wciąż na anałoju. I, napełniając całą cerkiew od okien aż pod strop, zgodnie i szeroko rozległ się, wzmacniał, na chwilę ustał i powoli począł zamierać, pełny akord niewidzialnego chóru. Wznoszono, jak zwykle, modły o zbawienie, za synod, za cesarza i za zawierające obecnie śluby małżeńskie sługi Boże: Konstantego i Katarzynę. ['] „Módlmy się do Boga, aby zesłał im zupełną, spokojną miłość i pomoc swą“ — zdawała się rozbrzmiewać cała cerkiew głosem protodyakona. Lewin słuchał uważnie słów modlitwy i zastanawiał się nad niemi. „Że też oni domyślili się, iż właśnie pomocy, pomocy, pomocy potrzeba mi przede wszystkiem!“... — myślał, przypominając sobie swe niedawne obawy i zwątpienia. — „Ja nic nie wiem i pojęcia niemam, jak radzić sobie bez niczyjej pomocy w tej strasznej sprawie. Teraz właśnie pomoc jest mi konieczną!“ Gdy protodyakon skończył modlitwę, ksiądz z brewiarzem w ręku zwrócił się do państwa młodych: „Boże przedwieczny, któryś zjednoczył rozprószonych“ — czytał łagodnym, monotonnym głosem — „i któryś dał im nierozerwalny węzeł miłości, któryś błogosławił Izaaka i Rebekę, któryś potomków ich uczynił spadkobiercami łask Swych, pobłogosław i te sługi Twoje, Konstantego i Katarzynę, kierując kroki ich drogą zbawienia wiecznego. Jako miłosiernemu i rodzaj ludzki miłującemu Panu chwałę Tobie Ojcu, Synowi i Duchowi świętemu, teraz i zawsze i na wieki wieków!“ „Amen!“ — rozległ się znowu niewidzialny chór. — „Któryś zjednoczył rozprószonych, i któryś dał im nierozerwalny węzeł miłości... jak mądre są te słowa i jak odpowiadają temu, co czuję w tej chwili!“ — myślał Lewin. — „Czy też ona doznaje tego samego uczucia co i ja?“ I obejrzawszy się, spotkał jej spojrzenie, a z wyrazu tego spojrzenia wywnioskował, że rozumiała również jak i on. Lecz mylił się, gdyż ona prawie zupełnie nie rozumiała słów obrzędu i nawet nie słuchała ich podczas ceremonii. Nie mogła słuchać i rozumieć ich, do tego stopnia silnem było w niej to jedno uczucie, które napełniało jej duszę i wzmagało się coraz bardziej. Uczuciem tem była radość, że spełniło się już zupełnie to, co przeszło od półtora miesiąca spełniało się w jej duszy i co w ciągu tych sześciu tygodni napełniało ją szczęściem i przestrachem. Tego dnia, [']gdy w salonie domu rodziców, w swej bronzowej sukni podeszła w skupieniu do niego i oddała mu się, w duszy jej tego dnia i godziny nastąpiło zupełne zerwanie z całą przeszłością i rozpoczęło się życie zupełnie inne, nowe, zupełnie nieznane jej dotąd, w rzeczy zaś samej ciągnęło się dawne. Te sześć tygodni były dla niej najbardziej błogą i zarazem najprzykrzejszą epoką. Całe jej życie, wszystkie pragnienia, nadzieje, ześrodkowały się dla niej w tym jednym człowieku, chwilami jeszcze zagadkowym dla niej, z którym łączyło ją jeszcze bardziej niezrozumiałe, niż on sam uczucie, to zbliżające, to odpychające, a jednocześnie warunki poprzedniego życia trwały w dalszym ciągu. Żyjąc dawnem swem życiem oburzała się na siebie, na swą zupełną, nieprzezwyciężoną obojętność, ku całej swej przeszłości, ku rzeczom, przyzwyczajeniom, ludziom, którzy ją kochali i których ona kochała; ku matce, którą martwiła jej obojętność, ku poczciwemu, dawniej najbardziej na świecie ukochanemu, szlachetnemu ojcu. Chwilami lękała się tego uczucia obojętności, chwilami zaś napawało ją radością to, co doprowadzało do tej obojętności. Po za życiem z tym człowiekiem nie mogła o niczem myśleć ani niczego pragnąć, lecz tego nowego życia jeszcze nie było, i Kiti nie mogła nawet wyobrazić je sobie wyraźnie. Było tylko oczekiwanie, radość i bojaźń przed czemś nowem i nieznanem. I teraz, już za chwilę, oczekiwanie, niepewność i żal za poprzedniem życiem, którego wyrzekła się, wszystko to skończy się i rozpocznie nowe życie. To nowe życie nie mogło nie być strasznem, gdyż było zupełnie nieznanem, ale w każdym razie w jej duszy spełniło się już sześć tygodni temu, teraz zaś otrzymywało tylko sankcyę to, co dawno już dokonanem było w jej duszy. Powróciwszy znowu do anałoju, ksiądz ujął maleńką obrączkę Kiti i wziąwszy rękę Lewina, włożył mu ją na pierwszy staw serdecznego palca. „Sługa Boży Konstanty zaślubia sługę Bożą Katarzynę.“ — I włożywszy dużą ['] na maleńki, różowy, delikatny palec Kiti, ksiądz wymówił te same wyrazy. Państwo młodzi chcieli parę razy domyśleć się, co mają w danej chwili zrobić i za każdym razem mylili się i ksiądz poprawiał ich szeptem. Wreszcie, uczyniwszy, co w danej chwili potrzeba było uczynić i przeżegnawszy ich obrączkami, ksiądz znowu wręczył Kiti dużą, a Lewinowi małą obrączkę, oni znowu pomylili się i dwa razy oddawali sobie obrączki, a pomimo to nie zrobili tak, jak tego wymagał obrządek. Dolly, Czirikow i Stepan Arkadjewicz podeszli ku nim, chcąc ich poprawić. Nastąpiło zamieszanie, szmery i uśmiechy, lecz uroczysto-błogi wyraz twarzy państwa młodych nie zmienił się; przeciwnie, oboje wyglądali poważniej i uroczyściej, niż pierwej, a uśmiech, z jakim Stepan Arkadjewicz szepnął, aby każde z nich włożyło teraz swoją obrączkę, zamarł mu pomimowoli na ustach. Obłoński widział, że każdy uśmiech urazi ich. „Boś Ty na początku stworzył mężczyznę i kobietę — czytał ksiądz zaraz po zamianie obrączek — i za Twoją sprawą zaślubia się żona mężowi, aby mu była pomocą i przedłużeniem rodzaju ludzkiego. Boś Ty sam, Boże nasz, zesłał prawdę na potomków Twych, na sługi Twe, ojców naszych, z pokolenia w pokolenie; udziel sił sługom Twym Konstantemu i Katarzynie i utwierdź śluby ich w wierze, zgodzie, prawdzie i miłości“... Lewin coraz bardziej doznawał uczucia, że wszystkie jego myśli o żenieniu się i marzenia o tem, jak należy urządzić przyszłe swe życie, były dzieciństwem i że jest to coś takiego, czego on dotychczas nie rozumiał, a teraz rozumie jeszcze mniej, chociaż spełnia się to nad nim; łkanie ściskało mu gardło, a łzy, których nie mógł powstrzymać, kręciły mu się w oczach. [']
V.
W cerkwi była cała Moskwa, rodzina i znajomi. Podczas obrzędu zaręczyn, w oślepiająco jasno oświetlonej cerkwi, w kole wystrojonych pań i mężczyzn w białych krawatach, frakach i mundurach, nie ustawał ani na chwilę trochę przyciszony szmer, sprawcami którego byli przeważnie mężczyźni, podczas gdy panie były pochłonięte całe przypatrywaniem się wszystkim szczegółom wzruszającego je zawsze sakramentu. W najbliższem kółku panny młodej znajdowały się dwie jej siostry: Dolly i starsza, znana piękność Lwowa, która przyjechała na ślub z zagranicy. — Dlaczego to Marie w liliowej, zupełnie jak w czarnej, na ślubie? — pytała Korsuńska. — Ratuje jak może swą cerę — odparła Drubecka — dziwię się, czemu biorą ślub wieczorem... tak po kupiecku... — Ładniej... ja też brałam wieczorem — odrzekła Korsuńska i westchnęła, przypominając sobie, że była taką ładną tego dnia, że mąż jej aż do śmieszności był zakochanym, i że teraz to wszystko zmieniło się zupełnie. — Powiadają, że kto więcej nad dziesięć razy drużbuje, ten nie ożeni się sam; chciałem drużbować po raz dziesiąty, aby się zabezpieczyć, lecz drużbowie już byli — mówił hrabia Siniawin do ładniutkiej księżniczki Czarskiej, mającej na niego pewne widoki. Czarska odpowiedziała mu tylko uśmiechem; patrzała na Kiti, myśląc o tem, jak i kiedy będzie stała z hrabią Siniawinym na jej miejscu i jak wtedy przypomni mu dzisiejszy żart jego. Szczerbacki mówił starej freilinie Nikołajewowej, że ma zamiar włożyć wianek na fryzurę Kiti, aby córka była szczęśliwą. — Nie trzeba było fryzować głowy — odezwała się Nikołajewowa, która dawno już zdecydowała, że jeżeli stary wdowiec, na którego polowała, ożeni się z nią, ślub będzie najskromniejszy. — Nie lubię tego... ['] Siergiej Iwanowicz rozmawiał z Darją Dmitrjewną i przez żarty zapewniał ją, że zwyczaj podróży poślubnych rozpowszechnił się dlatego, że państwo młodzi zawsze mają pewne wyrzuty sumienia. — Brat pana może być dumnym... ma taką milutką żonę... zdaje mi się, że panu zazdrość. — Dla mnie należy to już do przeszłości, Darjo Dmitrjewno — odparł Siergiej Iwanowicz i twarz jego spochmurniała nagle, a oczy przybrały smutny i poważny wyraz. Stepan Arkadjewicz opowiadał jednej z kuzynek kalambur o rozwodzie. — Trzeba poprawić wianek — odrzekła, nie słuchając go. — Jaka szkoda, że ona tak zbrzydła — mówiła hrabina Nordston do Lwowej. — On z tem wszystkiem nie wart jej palca... jestem bezwarunkowo tego zdania. — On mi się jednak bardzo podoba, nie dlatego, że to przyszły mój beau frère — zauważyła Lwowa — lecz taki jest zawsze na swojem miejscu, a to tak trudno, będąc w jego położeniu, nie być śmiesznym... on zaś nie jest ani śmiesznym, ani sztywnym, widać tylko, że jest naprawdę wzruszonym. — Zdaje się, żeście państwo spodziewali się tego? — Prawie. Ona zawsze lubiła go bardzo. — Trzeba będzie zauważyć, które z nich stanie pierwej na dywanie. Radziłam Kiti... — Wszystko jedno — odparła Lwowa — my wszystkie jesteśmy uległe żony, mamy to już we krwi. — A ja naumyślnie pierwsza stanęłam. A pani? — zwróciła się ku Dolly. Dolly stała koło nich, słyszała rozmowę, lecz nic nie odpowiadała; była wzruszoną, łzy kręciły się jej w oczach. Gdyby się była odezwała, musiałaby się rozpłakać natychmiast; widok Kiti i Lewina wzruszał ją, gdyż przypominała sobie swój ślub i spoglądając na uśmiechniętego i rozradowanego Stepana Arkadjewicza, zapomniała o teraźniejszości [']a pierwsza, niewinna, gorąca miłość ku niemu, stawała jej przed oczyma. Przypominała — sobie nietylko samą siebie, lecz i wszystkie krewne i znajome; widziała je znów w tej uroczystej dla nich chwili, gdy również jak Kiti obecnie, stały przed ołtarzem pełne miłości, z nadzieją i obawą w duszy, wyrzekając się przeszłości i wstępując w tajemniczą przyszłość. Pomiędzy temi narzeczonemi, których widok wskrzeszała jej pamięć, Dolly wspomniała i swą miłą Annę, jak niemniej szczegóły projektowanego rozwodu jej. Ona również taka niewinna, stała kiedyś w welonie, z kwiatami pomarańczowemi na głowie... a teraz co? — „Dziwne dzieją się rzeczy!“ — pomyślała Dolly. Nietylko siostry, przyjaciółki i krewne zwracały uwagę na wszystkie szczegóły obrzędu; nawet obce zupełnie pannie młodej kobiety, ze wzruszeniem tamującem im oddech, przypatrywały się państwu młodym, usiłując nie stracić żadnego ruchu, wyrazu twarzy, ani spojrzenia obojga narzeczonych i nie odpowiadały, a często nawet i nie słyszały tego, co mówili mężczyźni, którzy obojętnie przypatrywali się wszystkiemu i od czasu do czasu czynili żartobliwe uwagi, lub rozmawiali o rzeczach, nie mających żadnego związku z uroczystością, której byli świadkami. — Czemu taka zapłakana? Czy idzie za mąż pomimo swej woli? — Dlaczego ma iść mimo swej woli? Podobno to książę... — A to siostra, ta w tej białej sukni atłasowej? Uważaj, jak dyakon zaraz huknie: „niech się słucha“... — A śpiewacy zapewne z czudowskiego monasteru? — Z synodu. — Pytałam lokaja... powiada, że zaraz po ślubie jadą do dziedzicznego majątku; słychać, że szalenie bogaty... dlatego też wydano ją za niego. — Co też pani mówi... taka dobrana para... ['] — Dowodziła pani, Maryo Wasiljewno, że wszyscy noszą teraz staniki z falbanami... Niech pani spojrzy na tę w liliowej, powiadają, że to żona posła... — A panna młoda wygląda jak owieczka! Mówcie co chcecie, ale w każdym razie szkoda jej! Takie były rozmowy wśród tłumu przypatrujących się kobiet, które zdołały dostać się do cerkwi.
VI.
Po skończonym obrzędzie zamiany obrączek, sługa cerkiewny rozesłał przed anałojem pośrodku cerkwi kawałek różowej jedwabnej materyi, chór zaintonował trudny i melodyjny psalm, w którym bas i tenor śpiewali nawzajem, a ksiądz odwróciwszy się, wskazał państwu młodym kawałek rozesłanej tkaniny. Chociaż oboje dużo i często słyszeli o tej przepowiedni, że kto pierwszy stanie na dywanie, ten będzie głową rodziny, jednakże ani Lewin ani Kiti nie byli w stanie pamiętać o tem wtedy, gdy przechodzili te kilka kroków. Nie słyszeli ani głośnych uwag ani sprzeczek gości, z których jedni twierdzili, że on stanął pierwszy, drudzy zaś, że oboje jednocześnie. Po zwykłych zapytaniach, czy pragną zawrzeć związek małżeński i czy już nie ślubowali komu, i po dziwnie dla nich samych brzmiących odpowiedziach, rozpoczęła się druga część ceremonii. Kiti słuchała słów modlitwy, chcąc zrozumieć znaczenie ich, lecz nie mogła. Uczucie tryumfu i wzniosłej radości coraz bardziej, w miarę dokonywania się obrzędu, wypełniało jej duszę i pozbawiało ją możności skupienia uwagi. W modlitwie wspomnianem było, że Bóg stworzył kobietę z żebra Adamowego; błagano, by Bóg dał im płodność i błogosławieństwo, jak Izaakowi i Rebece, Józefowi, Mojżeszowi i Leforze, i aby mogli oglądać dzieci swych dzieci. ['] „Wszystko to bardzo ładnie — myślała Kiti, słuchając tych słów — wszystko to nawet nie może być inaczej“ — i uśmiech radości, udzielający się pomimowoli wszystkim patrzącym na nią, opromieniał jej uszczęśliwioną twarzyczkę. — Włóżcie zupełnie! — dały się słyszeć rady, gdy ksiądz włożył na nich wianki i Szczerbacki trzymał wianek trzęsącą się ręką wysoko nad jej głową. — Niech pan włoży! — szepnęła Kiti, uśmiechając się. Lewin spojrzał na nią i został zdumiony tym radosnym odblaskiem, jaki bił z jej twarzy, a uczucie to bezwiednie udzieliło się i jemu. Lewinowi, również jak i jej, zrobiło się wesoło i pogodnie. Wesoło im było, gdy słuchali, jak protodyakon czytał błogosławieństwo apostolskie i jak głos jego rozbrzmiewał, gdy, ku wielkiej uciesze zebranej publiczności, odczytywał ostatni wiersz. Wesoło im było, gdy pili z płaskiej czary ciepłe czerwone wino z wodą i jeszcze weselej, gdy ksiądz, odrzuciwszy kapę i ująwszy swą ręką obydwie ich ręce, oprowadzał ich dokoła anałoju przy głośnym śpiewie basu. Szczerbacki i Czirykow, podtrzymując, jako drużbowie, wianki, chociaż plątali się w trenie panny młodej, uśmiechali się jednak również i wydawali się uszczęśliwionymi, to pozostając za młodą parą, to potrącając o nią, gdy ksiądz zatrzymywał się. Zdawało się, że iskra radości, jaka rozżarzyła się w Kiti, udzieliła się wszystkim obecnym w cerkwi. Lewin miał wrażenie, że i ksiądz i protodyakon, równie jak i on chcą się uśmiechać. Zdjąwszy z głowy wianki, ksiądz przeczytał ostatnią modlitwę i złożył państwu młodym życzenia. Lewin spojrzał na Kiti i nigdy dotąd nie widywał jej taką; była zachwycającą tym nowym odblaskiem szczęścia, jakie biło z jej spojrzenia i całej postaci. Lewin chciał odezwać się do niej, lecz nie wiedział, czy ceremonia skończyła się już. Kapłan wyprowadził go z tego trudnego płożenia, gdyż uśmiechnął [']się i życzliwie odezwał: „pocałuj pan żonę, a pani niech pocałuje męża“ — i odebrał im z rąk świece. Lewin pocałował ją ostrożnie w uśmiechnięte usta, podał jej rękę i doznając dziwnego wrażenia, że ona znajduje się tak blisko niego, szedł przez cerkiew. Nie wierzył, nie mógł wierzyć, że tak było istotnie. Tylko wtedy wierzył, że już po wszystkiemu, gdy zadziwione i nieśmiałe spojrzenia ich spotykały się, ponieważ czuł wtedy, że stanowią już jedną całość. Zaraz tej samej nocy, po kolacyi weselnej, państwo młodzi wyjechali na wieś.
VII.
Wroński i Anna od trzech miesięcy podróżowali już razem po Europie: zwiedzili Wenecyę, Rzym, Neapol i dopiero co przyjechali do jednego z mniejszych miast włoskich, gdzie zamierzali czas jakiś zamieszkać. Przystojny starszy kelner, z gęsto napomadowanymi włosami, z zaczynającym się od samej szyi przedziałem, we fraku, w białej batystowej koszuli z szerokim gorsem, z pękiem breloków na zaokrąglonym już brzuszku, z rękoma w kieszeniach, pogardliwie przymrużając oczy, odpowiadał od niechcenia na pytania, zadawane mu przez gościa, który dopiero co przyjechał. Usłyszawszy z drugiej strony werandy czyjeś kroki, kelner odwrócił się i ujrzawszy rosyjskiego hrabiego, który zajmował najlepsze pokoje, wyjął przez uszanowanie ręce z kieszeni i kłaniając się nisko, rzekł, że niedawno przychodził posłaniec i że sprawę o wynajęcie pałacu można uważać za załatwioną, gdyż rządca gotów jest każdej chwili podpisać kontrakt. — To dobrze! — odparł Wroński. — A pani w domu, czy też wyszła? — Pani wychodziła na spacer, lecz teraz już wróciła — odpowiedział kelner. ['] Wroński zdjął z głowy miękki kapelusz z dużem rondem i obtarł chustką spocone czoło i włosy, które spadały mu aż do uszów, a które nosił zaczesane w tył, gdyż w ten sposób zakrywały mu łysinę. Spojrzawszy z roztargnieniem na stojącego i przypatrującego mu się pana, chciał wyminąć go. — Ten pan jest Rosyaninem i pytał się o pana — zameldował kelner. Z uczuciem, w którem łączyło się niezadowolenie, że nigdzie nie można ukryć się przed znajomymi, ale i z chęcią znalezienia jakiejbądż rozrywki w swem jednostajnem życiu, Wroński raz jeszcze obejrzał się na tego pana, który odszedł parę kroków i obydwom jednocześnie rozjaśniły się oczy. — Goleniszczew! — Wroński! W rzeczy samej był to Goleniszczew, kolega Wrońskiego z korpusu paziów. Goleniszczew należał w korpusie do partyi liberalnej, wyszedł z korpusu w randze cywilnej i nigdzie nie służył. Koledzy po wyjściu z korpusu rozeszli się i później widzieli się tylko raz jeden. Podczas tego widzenia się Wroński nabrał przekonania, że Goleniszczew oddał się jakiejś bardzo mądrej liberalnej działalności, i że wskutek tego chce lekceważyć działalność i stanowisko Wrońskiego. Dlatego też przy spotkaniu się z Goleniszczewym; Wroński dał mu tę chłodną i dumną odprawę, jaką umiał dawać ludziom, a której sens moralny był mniej więcej taki: „panu może się podobać lub niepodobać moje postępowanie, lecz to mnie nic a nic nie obchodzi; w każdym razie powinien pan szanować mnie, jeżeli życzy sobie mieć ze mną stosunki!“ Goleniszczew zaś odpowiadał na zachowywanie się Wrońskiego pogardliwą obojętnością. Można było przypuszczać, że to spotkanie powinno ich jeszcze bardziej oddalić od siebie. Teraz jednak rozjaśniły się im twarze i obydwaj aż krzyknęli z radości, gdy poznali się nawzajem. Wroński nie spodziewał się zupełnie, że widok Goleniszczewa tak go ucieszy, [']lecz prawdopodobnie sam nie zdawał sobie z tego sprawy, do jakiego stopnia nudzi się; zapomniał o nieprzyjemnem wrażeniu, jakiego doznał przy ostatniem spotkaniu i ze szczerem zadowoleniem wyciągnął rękę ku byłemu koledze. Na twarzy Goleniszczewa, na której malowała się przedtem pewna obawa, odbiło się uczucie radości. — Rad jestem bardzo, że spotykam się z tobą! — zawołał Wroński, uśmiechając się przyjaźnie i pokazując w uśmiechu swe silne białe zęby. — A ja słyszę od służby: Wroński, lecz który, nie wiem! Cieszę się, cieszę... bardzom zadowolony! — Zajdź do mnie!... coż ty porabiasz obecnie? — Mieszkam już tutaj drugi rok... pracuję... — Hm! — chrząknął Wroński ze współczuciem. — Chodźmy! I ze zwykłym obyczajem Rosyan, zamiast powiedzieć to, czego nie chciał, aby służba słyszała po rosyjsku, zaczął rozmawiać po francusku. — Znasz Kareninę? Podróżujemy razem. Idę właśnie do niej — rzekł po francusku, wpatrując się z uwagą w twarz Goleniszczewa. — A! nie wiedziałem... (chociaż wiedział o tem) — odparł obojętnie Goleniszczew. — Dawno przyjechałeś? — dodał po chwili. — Ja?... cztery dni temu — odrzekł Wroński, raz jeszcze patrząc z uwagą w oczy koledze. „Tak, porządny z niego człowiek i zapatruje się na rzeczy tak, jak należy“ — powiedział sobie w duchu Wroński, zrozumiawszy, co miał oznaczać wyraz twarzy Goleniszczewa i zmiana przedmiotu rozmowy. — „Można poznać go z Anną... zapatruje się jak należy!“ Wroński, podczas tych trzech miesięcy, które spędził razem z Anną za granicą, spotykając się wciąż z nowymi ludźmi, zadawał sobie zawsze pytanie, jak każdy z tych nowych znajomych będzie się zapatrywał na jego stosunek [']z Anną, i po większej części znajdował u mężczyzn zapatrywanie się, jak należy. Lecz gdyby zapytano i jego i tych, co zapatrywali się „“, na czem polega to zapatrywanie się, to on i oni niezawodnie znaleźliby się w ogromnym kłopocie. W rzeczy zaś samej ci, co zapatrywali się, zdaniem Wrońskiego, „jak należy“, nie zdawali sobie zupełnie z tego sprawy, a zachowywali się, jak w ogóle zachowują się dobrze wychowani ludzie wobec wszystkich drażliwych i trudnych do rozstrzygnięcia kwestyi, których tyle nastręcza otaczające nas życie: to jest zachowywali się przyzwoicie, unikając wszelakich napomknień i nieprzyjemnych pytań. Udawali, że pojmują zupełnie znaczenie i istotę położenia, uznają a nawet pochwalają je, lecz są zdania, że wdawać się w wyjaśnienia i żądać ich jest zbytecznem i nie powinno mieć miejsca. Wroński spostrzegł się zaraz, że Goleniszczew był właśnie jednym z takich, i dlatego też był mu rad podwójnie. Rzeczywiście Goleniszczew zachowywał się wobec Kareninej tak, jak tylko Wroński mógł sobie tego życzyć. Widocznem było, że bez zadawania sobie najmniejszego przymusu, unikał wszystkich rozmów, które mogłyby być nieprzyjemnemi dla Anny lub Wrońskiego. Goleniszczew nie znał dawniej Anny i uderzyła go nadzwyczaj jej uroda, a jeszcze bardziej jej prostota, z jaką zachowywała się. Anna zarumieniła się, gdy Wroński wprowadził Goleniszezewa, któremu podobał się ten dziecinny rumieniec, jaki zakwitł na jej pięknej i szczerej twarzy. Szczególnie zaś podobało mu się, że Anna natychmiast, jakby naumyślnie, aby nie mogły przy obcym zajść żadne nieporozumienia, nazwała Wrońskiego poufale Aleksiejem i powiedziała, że przenosi się z nim do wynajętej willi, którą tutaj nazywają pałacem. To proste i szczere zapatrywanie się na swoją pozycyę, podobało się Goleniszczewowi. Patrząc na naturalne, wesołe, pewne siebie postępowanie Anny, znając [']Aleksieja Aleksandrowicza i Wrońskiego, Goleniszczewowi zdawało się, iż najzupełniej pojmuje Annę. Zdawało mu się, że pojmuje to, czego ona sama nie była w stanie pojąć zupełnie, mianowicie w jaki sposób mogła, uczyniwszy męża nieszczęśliwym, porzuciwszy i jego i syna, i utraciwszy opinię, czuć się wesołą i szczęśliwą. — Pałac ten jest w przewodniku — rzekł Goleniszczew o pałacu wynajętym przez Wrońskiego — znajduje się tam śliczny Tintoretto... z ostatnich czasów mistrza. — Wiecie państwo... taka śliczna pogoda, chodźmy tam, obejrzymy jeszcze raz — powiedział Wroński, zwracając się do Anny. — Świetny pomysł, zaraz pójdę włożyć kapelusz. Powiadasz, że gorąco? — zapytała, zatrzymując się we drzwiach i spoglądając z zapytaniem na Wrońskiego. I gorący rumieniec oblał jej twarz. Wroński domyślił się z jej spojrzenia, że nie wiedziała na jakiej stopie on, Wroński, chce stanąć z Goleniszczewym, i że obawia się, czy zachowuje się tak, jak on życzy sobie tego. I Wroński popatrzał na nią czule i przeciągle. — Nie, nie bardzo — odrzekł. Annie wydawało się, że pojęła już wszystko, przedewszystkiem zaś, że jest z niej zadowolonym i uśmiechnąwszy się, szybkim krokiem opuściła pokój. Przyjaciele spojrzeli na siebie i na twarzach oby dwóch odbiło się pewne zakłopotanie, jak gdyby Goleniszczew, który widocznie zachwycał się nią, chciał porozmawiać o niej, a nie wiedział jak się wziąć do tego, Wroński zaś zdawał się również chcieć i obawiać tego samego. — A więc — zaczął Wroński, aby nawiązać jakąbądż rozmowę. — Zamieszkałeś więc tutaj? Ciągle pracujesz nad tem samem? — mówił dalej, przypominając sobie, iż słyszał, że Goleniszczew pisze jakieś dzieło... — Tak, pisze drugą część Dwóch podstaw — odpowiedział Goleniszczew, rumieniąc się z radości, że zadano mu [']to pytanie; to jest, aby być ścisłym, nie piszę jeszcze, lecz przygotowuję i zbieram materyały. Praca ma będzie o wiele obszerniejszą i poruszy prawie wszystkie kwestye; u nas w Rosyi nie chcą rozumieć, żeśmy spadkobiercy Bizancyum — zaczął długo i gorąco dowodzić. Wroński był z początku w kłopocie, że nie znał pierwszego artykułu o Dwóch podstawach, o którym autor mówił mu, jako o rzeczy powszechnie znanej. Lecz później, gdy Goleniszczew zaczął objaśniać dokładnie rzecz całą i Wroński zrozumiał o co mu idzie, to nie znając Dwóch podstaw, słuchał go z pewnem zaciekawieniem, gdyż Goleniszczew mówił bardzo zajmująco. Wrońskiego zdziwiło i było mu nieprzyjemnem wzruszenie, z jakiem Goleniszczew mówił o zajmującym go przedmiocie. Im dłużej mówił, tem bardziej zapalały mu się oczy, tem prędzej odpowiadał mniemanemu przeciwnikowi swemu i tem bardziej trwożliwem i, jak się zdawało, obrażonem spojrzeniem spoglądał przed siebie. Przypominając sobie Goleniszczewa z czasów korpusu szczupłym, żywym, dobrodusznym i szlachetnym chłopcem, zawsze będącym pierwszym uczniem, Wroński w żaden sposób nie mógł zrozumieć przyczyny tego rozdrażnienia i nie pochwalał go. Szczególnie zaś nie podobało mu się, że Goleniszczew, człowiek należący do najlepszego towarzystwa, stawiał sam siebie na równi z pierwszymi lepszymi pismakami, którzy go rozdrażniali i na których gniewał się. Czy rzecz cała była warta tego? Nie podobało się to Wrońskiemu, pomimo to jednak czuł, że Goleniszczew ma się naprawdę za nieszczęśliwego, i żal mu go było. Na tej ruchliwej, dosyć ładnej twarzy widać było nieszczęście, graniczące z obłąkaniem, gdy nie zauważając nawet wejścia Anny, w dalszym ciągu prędko i gorączkowo wypowiadał swe poglądy. Gdy Anna w kapeluszu i zarzutce, bawiąc się trzymaną w ręku parasolką, stanęła koło niego, Wroński, z uczuciem ulgi oderwał się od bacznie skierowanego nań wzroku Goleniszczewa, w którym znać było skargę, i z miłością spojrzał [']na swoją zachwycającą, pełną życia i szczęścia przyjaciółkę, Goleniszczew opamiętał się i z początku był pochmurnym i bez humoru, lecz Anna, która chciała dogodzić wszystkim (w tych czasach ciągle była w takiem usposobieniu), swą prostotą i wesołością doprowadziła go prędko do równowagi; chcąc rozruszać go, zaczęła rozmawiać z nim o malarstwie, na którem znał się bardzo dobrze i słuchała go z uwagą. Całe towarzystwo doszło piechotą do wynajętego domu, aby obejrzeć go. — Bardzom zadowolona z jednej rzeczy — rzekła Anna do Goleniszczewa, gdy powrócili do hotelu — Aleksiej będzie miał bardzo wygodne atelier. Weź koniecznie ten pokój — zwróciła się do Wrońskiego po rosyjsku i mówiąc do niego „ty“, gdyż wiedziała już, że w ich osamotnieniu Goleniszczew uważanym będzie za domownika, i że niema żadnej potrzeby krępować się jego obecnością. — Alboż ty malujesz? — zapytał Goleniszczew, zwracając się ku Wrońskiemu. — Tak, dawniej malowałem i teraz znowu zacząłem trochę — odparł Wroński, rumieniąc się. — Ma bardzo dużo talentu — rzekła Anna z radosnym uśmiechem — ja, ma się rozumieć, nie jestem znającym się sędzią, lecz ci, co naprawdę się znają na malarstwie, powiadają to samo.
VIII.
Anna w tym pierwszym okresie swego wyzwolenia i szybkiego powrotu do zdrowia, czuła się szczęśliwą do tego stopnia, że nie mogła darować sobie tego szczęścia i radości, jaką napełniało ją życie. Wspomnienie o nieszczęściu, jakie spotkało jej męża, którego to nieszczęścia była przyczyną, nie zatruwało jej radości. Wspomnienie to z jednej strony było zbyt strasznem, aby myśleć o niem, z drugiej zaś strony, nieszczęście jej męża dało jej samej zbyt [']wiele szczęścia, aby miała odczuwać skruchę. Wspomnienie o wszystkiem, co działo się z nią po chorobie, pojednanie się z mężem, zerwanie, wiadomość o zranieniu się Wrońskiego, jego zjawienie się, rozwód, wyjazd z domu męża, pożegnanie się z synem, wszystko to wydawało się jej gorączkowym snem, z którego, gdy obudziła się, była sam na sam z Wrońskim za granicą. Wspomnienie o krzywdzie, wyrządzonej mężowi, wywoływało w niej uczucie, podobne do wstrętu i do uczucia, jakiego doznaje tonący, który po szamotaniu się odtrącił od siebie drugiego tonącego, chwytającego go za nogi i ręce. Odtrącony utonął. Ma się rozumieć, że było to źle, lecz był to jedyny ratunek, i lepiej nie wspominać o tych strasznych szczegółach. Jedno tłumaczenie swego postępku, które uspakajało ją, przyszło jej wtedy, w pierwszej chwili zerwania, do głowy, i gdy teraz wspominała kiedykolwiek całą swą przeszłość, przypominała sobie i to tłómaczenie. „Bezwarunkowo jestem sprawczynią nieszczęść tego człowieka — myślała — lecz niechcę korzystać z jego nieszczęść; ja cierpię również i będę cierpiała; tracę, co było mi najdroższego, tracę uczciwe imię i syna. Postąpiłam źle i dlatego nie chcę szczęścia, nie chcę rozwodu, i będę cierpiała przez hańbę i rozłączenie z synem.“ Lecz aczkolwiek Anna szczerze pragnęła cierpieć, nie cierpiała jednak. Żadnej hańby nie było. Z tym taktem, którego oboje posiadali tyle, unikając rosyjskich dam, nigdy nie stawiali się za granicą w fałszywem położeniu i wszędzie spotykali ludzi, którzy udawali, że rozumieją ich wzajemną pozycyę daleko lepiej, niż oni sami ją rozumieli. Rozłąka z synem, którego kochała, nie dawała jej się z początku odczuwać. Dziewczynka, jego dziecko, była tak miłą i tak przywiązała do siebie Annę z chwilą, gdy pozostała sama przy matce, że Anna rzadko wspominała syna. Energia życiowa, wzmożona wyzdrowieniem, była zbyt potężną i warunki życia były do tego stopnia nowymi i przyjemnymi, że Anna sama sobie nie mogła darować swego [']szczęścia. Im bardziej poznawała Wrońskiego, tem bardziej kochała go. Kochała go dla niego samego i za jego miłość ku niej. Niepodzielne posiadanie go sprawiało jej nieustanną rozkosz. Obecność jego była jej zawsze pożądaną. Wszystkie rysy jego charakteru, który poznawała coraz gruntowniej, zachwycały ją bardziej z każdym dniem. Powierzchowność jego, która zmieniła się wraz ze zmianą munduru na cywilne ubranie, pociągało Annę ku sobie, jak młode dziewczę, zakochane po raz pierwszy. We wszystkiem, cokolwiek myślał, mówił lub czynił, widziała szczególną wzniosłość i szlachetność. Zachwyt, jaki Wroński wzbudzał w niej, przerażał często ją samą; starała się odnaleźć w nim cobądź, co by nie było , i nie mogła. Nie śmiała zdradzać się przed nim z poczuciem swej niższości w porównaniu z nim, gdyż zdawało się jej, że on, wiedząc o tem, może prędzej przestać ją kochać, a niczego tak się nie obawiała teraz, chociaż nie miała żadnych powodów, aby przypuszczać, że może utracić jego miłość. Lecz nie mogła nie być mu wdzięczną za to wszystko, co uczynił dla niej i nie mogła nie okazywać mu, do jakiego stopnia ceni go za to. On, mający jej zdaniem, takie wybitne powołanie do działalności państwowej, w której powinienby zająć odpowiednie stanowisko, dla niej uczynił ofiarę ze swej ambicyi i nigdy nie dał jej poznać; że żałuje tego; był dla niej z jeszcze większym szacunkiem niż dawniej i na chwilę nie przestawał myśleć o tem, aby Anna nie potrzebowała w jakibądź sposób poczuć swe fałszywe położenie. On, człowiek energiczny i samodzielny, nietylko że nigdy nie różnił się z nią w zdaniu, lecz nie miał nawet swej woli i zdawało się, że wszystkie myśli jego najęte są tylko uprzedzaniem jej chęci. I Anna nie mogła nieoceniać tego, chociaż chwilami ciążyły jej i jego pieczołowitość i ta atmosfera troskliwości, jaką ją otaczał. Wroński zaś, pomimo, że urzeczywistniło się wszystko, czego pragnął tak długo, nie był zupełnie szczęśliwym; poczuł on prędko, że urzeczywistnienie pragnień dało mu [']tylko ziarnko piasku z tej góry szczęścia, którego spodziewał się. Urzeczywistnienie to dowiodło mu owego wiecznego błędu, popełnianego przez ludzi, którzy wyobrażają sobie szczęście jako urzeczywistnienie swych pragnień. W pierwszych chwilach po połączeniu się z nią i po przebraniu się po cywilnemu, Wroński uległ wogóle urokowi swobody, której dawniej nie znał zupełnie, a szczególnie swobody miłości i czuł się zupełnie zadowolonym, lecz nie zbyt długo. Poczuł wkrótce, że w duszy jego powitało pragnienie pragnień, tęsknota. Niezależnie od swej woli, chwytał się każdego przelotnego kaprysu, biorąc go za pragnienie i cel. Szesnaście godzin na dobę trzeba było koniecznie zająć w jakiś sposób, ponieważ żyli za granicą najzupełniej swobodnie, po za tem kołem warunków codziennego towarzyskiego życia, które zajmowało każdemu z nich czas w Petersburgu. O przyjemnościach kawalerskiego życia, którym Wroński oddawał się podczas poprzednich swych wycieczek za granice, nie można było nawet marzyć, gdyż jedna próba tego rodzaju, kolacya ze znajomymi, która przedłużyła się trochę, wywarła na Annie niespodziewane zupełnie przygnębienie. Wobec nieokreślonej pozycyi nie można było podtrzymywać stosunków z miejscowem i rosyjskiem towarzystwem. Przypatrywanie się rzeczom godnym uwagi, nie mówiąc już o tem, że wszystko to widział dawno, nie posiadało dla niego, jako dla Rosyanina i człowieka rozumnego, tego niewytłumaczonego znaczenia, jakie tylko Anglicy umieją przywiązywać do tego. — Jak głodne zwierzę chwyta każdy przedmiot, jaki ujrzy, myśląc, że znajdzie w nim pożywienie, tak i Wroński, zupełnie nie zdając sobie z tego sprawy, chwytał się to polityki, to nowych książek, to obrazów. Ponieważ za młodu okazywał pewne zdolności do malarstwa i ponieważ, nie wiedząc na co ma wydawać pieniądze, zaczął zbierać ryciny, zatrzymał się więc na malarstwie, zaczął pracować nad niem i włożył w nie zbywający zasób pragnień, wymagający zadosyćuczynienia. ['] Wroński miał dar rozumienia sztuki i był w stanie dokładnie i ze smakiem naśladować ją, zdawało mu się więc, że ma wszelkie dane, aby zostać artystą, i po krótkiem wahaniu się nad rodzajem malarstwa, jakie ma sobie obrać: religijnem, historycznem, rodzajowem, czy też realistycznem, wziął się do malowania. Znał się na wszystkich rodzajach, i każdy z nich mógł go natchnąć, lecz nie mógł wyobrazić sobie, aby można było niewiedzieć zupełnie, jakie są rodzaje malarstwa i natchnąć się bezpośrednio tem, co w duszy powstaje, nie troszcząc się wcale, czy to, co się maluje, będzie należało do jakiegobądż rodzaju. Ponieważ nie wiedział o tem, i nie bezpośrednie życie dawało mu natchnienie, lecz pośrednie, wcielone w sztukę, przeto natchnienie przychodziło nań nadzwyczaj prędko i łatwo, i również prędko i łatwo Wroński osiągał to, że namalowane przezeń obrazy były bardzo podobne do tego rodzaju, jaki chciał naśladować. Najbardziej ze wszystkich rodzajów podobał mu się francuski, efektowny, i w tym rodzaju zaczął malować portret Anny we włoskim kostyumie, a portret ten wydawał się i jemu i wszystkim, co go oglądali, bardzo udatnym.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Anna Karenina.
