Read here

Wiatronogi

Lew Tołstoj · 1919 · Free in the US

22,840 words · about 1 h 36 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1919 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Wiatronogi&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Lew Tołstoj
Language
Polish
Published
1919
Length
22,840 words · about 1 h 36 min
Sections
13 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (13)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 48 min
  3. I about 3 min
  4. II about 3 min
  5. III about 4 min
  6. IV about 3 min
  7. V about 5 min
  8. VI about 8 min
  9. VII about 2 min
  10. VIII about 6 min
  11. IX about 2 min
  12. X about 9 min
  13. XI about 3 min

Continue:

Front matter

LEW TOŁSTOJ

WIATRONOGI

SPOLSZCZYŁ

całość

LEW TOŁSTOJ

WIATRONOGI

SPOLSZCZYŁ

GUSTAW DANIŁOWSKI

W

NAKŁADEM KSIĘGARNI J. CZERNECKIEGO

DAWNIEJ KSIĘGARNIA SP. WYD. POLSKIEJ

DRUKARNIA J. CZERNECKIEGO W KRAKOWIE.

I.

Sklepienie nieba stawało się coraz głębsze, zorza rozlewała się szerzej i szerzej, bielało matowe srebro rosy, sierp księżyca stawał się coraz bledszy, las rozbrzmiewał coraz donośniej. Na wsi wszczynał się hałas i ruch, a w dworskiej zagrodzie dawało się słyszeć parskanie stadniny, szelest słomy, a czasem gniewny, przeraźliwy kwik tłoczących się u wnijścia koni. — No! zdążysz — przegłodziłyśta się — mruczał stary pastuch Fedź, otwierając szeroko wrota. — A pójdziesz! — krzyknął, zamierzając się na jedną z klaczy, która parła się naprzód. Fedź miał na sobie wyszarzaną ściągniętą pasem świtę, za pasem węzełek z chlebem, w ręku siodło i uzdeczkę i, oznakę swej władzy — bat, zarzucony przez plecy. Konie zachowały się dość obojętnie wobec łajań pastucha: nie okazały mu ani śladu obrazy lub obawy, lecz udając, że je to nic nie obchodzi, odeszły powoli od wrót; jedna tylko stara patłata klacz, położywszy uszy po sobie, szybko odwróciła się tyłem, przyczym któraś z młodszych kobyłek, kwiknąwszy, szturchnęła zadem pierwszą lepszą ze swych towarzyszek. — Ano! — z groźbą w głosie huknął jeszcze donośniej Fedź, poczym skierował się w kąt zagrody, gdzie pod daszkiem stał samotnie stary, srokaty wałach. Koń ten wbrew reszcie stada nie okazywał najmniejszego zniecierpliwienia, lecz zmrużywszy oczy lizał dębową belkę stodoły. Co za smak znajdował srokacz w tej operacyi — trudno określić, dość, że czynił to z powagą i z namaszczeniem. — Może i ty jeszcze będziesz brykał — mruknął pastuch, kładąc koło niego na ziemi wyłojoną derkę i siodło. Srokacz przestał lizać i, jakby w osłupieniu, wpatrywał się w Fedzia. W tym jego spojrzeniu niepodobna było wyczytać — ani radości, ani smutku, ani gniewu; patrzał długo, poczym wciągnąwszy brzuch, westchnął niezwykle ciężko i odwrócił się. Pastuch objął go za szyję i, zakładając tręzlę, rzekł: „Czemu wzdychasz“? Wałach machnął niedbale ogonem, jakby chciał powiedzieć: „Ot, nic! tak sobie — Fedziu“! Fedź tymczasem włożył nań derkę i siodło — przyczym srokacz na znak niezadowolenia skulił uszy, za co otrzymał epitet — psiakrew! i poczuł ściąganie popręgi, wobec czego zaczął się nadymać — ale wsunięty między zęby palec i uderzenie kolana w brzuch, zmusiło go wypuścić powietrze. Pomimo to, gdy pastuch podciągnął zębami popręgi, srokacz raz jeszcze skulił uszy, a nawet się obejrzał, bo, chociaż wiedział, że to wszystko do niczego nie doprowadzi, uważał za stosowne objawić swe niezadowolenie i dać do zrozumienia, że zawsze protestować będzie. Po osiodłaniu srokacz, odstawiwszy w bok swą prawą spuchniętą nogę, zaczął żuć wędzidło, niewiadomo po co, gdyż miał aż nadto sposobności przekonać się, że żucie wędzidła nie przedstawia dla smaku żadnej przyjemności. Fedź tymczasem wgramolił się po krótkim strzemieniu na siodło, rozplątał bat, wyciągnął z pod kolan fałdy swej świty, poczym usadowiwszy się w specyfistyczny sposób, właściwy pastuchom, zebrał cugle. Wałach podniósł głowę na znak, że gotów do drogi; nie myślał jednak ruszać, wiedząc, że jeszcze nie czas, że jeszcze będzie dużo krzyku, nawoływań i wymyślań pod adresem koni oraz młodszego pastucha Stefana. Jakoż rzeczywiście — Fedź zaczął wołać: „Stefan, Stefan — puszczaj matki, gdzieżeś się podział u licha — śpisz psiakrew! Otwieraj! naprzód matki“! Po chwili, prowadząc konia za tręzlę, ukazał się Stefan zły i zaspany i zbliżył się do wrót. Skrzypnęły wierzeje i wnet cała stadnina: młode klaczki, ogierki, źrebięta i ciężarne matki, stąpając ostrożnie i obwąchując po drodze słomę, zaczęły mijać kolejno wrota. Młodsze konie tłoczyły się u wyjścia i, zakładając jedne drugim na szyję głowy, przebierały kopytami na progu, za co im co chwila wymyślał parobczak. Źrebięta rzucały się ku własnym, a nieraz i cudzym matkom i odzywały się rżeniem donośnym na wołania swych rodzicielek. Jedna młoda kobyła, łobuz jakich mało, minąwszy wierzeje, zagięła szyję i kwiknąwszy wierzgnęła raz i drugi, nie ośmieliła się jednak wyprzedzić szpakowatą, popstrzoną hreczką Żułdykę, która powolnym ciężkim krokiem poważnie stąpała, jak zwykle, na czele stada. W parę minut zagroda, przed chwilą tak pełna życia, opustoszała zupełnie, pozostały jedynie smutnie sterczące słupy i stratowana, powalana gnojem słoma. Wałacha, chociaż był przyzwyczajony do tego widoku, obraz ten napełnił widocznie smutkiem, gdyż westchnął o ile mu pozwoliły ściągnięte popręgi, machnął parę razy głową i wlokąc swe osłabione i popsute nogi ruszył za stadniną, unosząc na kościstym grzbiecie starego Fedzia. — Wiem teraz — myślał sobie wałach — jak tylko wyjedziemy na drogę, zacznie się ognia i zapalenie drewnianej fajki z miedzianą skówką i łańcuszkiem; no, to jeszcze nieźle — zapach ten przy rannej rosie jest dość przyjemny, a jeszcze przyjemniejsze związane z nim wspomnienia. Zło się kryje w tym, że paląc fajkę stary nabiera animuszu i dla fanfaronady siada bokiem, a nie ulega wątpliwości, że siądzie na prawą stronę, gdzie mam tę nieznośną ranę. Choć — niech go tam! — dla mnie to nie nowina cierpieć dla cudzej przyjemności, zaczynam nawet znajdować w tym jakąś dziwną, końską przyjemność... ergo udawaj sobie zucha, siadaj bokiem — filozofował wałach i stawiając ostrożnie nogi kroczył środkiem gościńca.

II.

Przypędziwszy stadninę na pastwisko nad rzeką — Fedź zsiadł i rozsiodłał wałacha, stado zaś zaczęło się rozpraszać po niestratowanej łące, pokrytej rosą i oparami, które się podnosiły od opasującej łąkę rzeki. Po zdjęciu tręzli Fedź podrapał srokacza pod brodę, wzamian za co wałach przez wdzięczność przymknął oczy. — Lubisz, bestyo! — zaśmiał się Fedź. Jakkolwiek wałach nie znajdował żadnej przyjemności w owym drapaniu — przez delikatność zaczął udawać, że mu to sprawia niewypowiedzianą rozkosz i kiwnął potakująco głową. Gdy naraz bez żadnego wyraźnego powodu, a może zgorszony tą chwilową poufałością, która mogła wbić wałacha w zbytnią dumę — Fedź szturchnął srokacza pięścią w nos i ściągnął go sprzączką uzdy po żebrach, poczym w milczeniu odwrócił się i oddalił w kierunku pagórka, na którym zwykle siadywał... Wałach nie dał poznać po sobie, że jest dotkniętym tym, co zaszło, powoli powlókł się w kierunku rzeki, szczypiąc dla rozrywki pobliskie trawy. Stary wiedział z doświadczenia, że najhygieniczniej, zwłaszcza w jego wieku, naprzód napoić się do syta, a potem brać się do jedzenia. W tym celu wyszukał brzeg jak najmniej stromy, wszedł po pęciny w rzekę i począł ciągnąć wodę przez popękane wargi, robiąc zlekka bokami i machając z rozkoszą przerzedzonym ogonem. Spostrzegłszy go wilczata klaczka, która miała pasyę dokuczać staremu, nieomieszkała i tym razem przebrnąć mu pod nosem, by zmącić wodę — srokacz jednak zdążył już ukoić pragnienie, więc udając, że nie zauważył jej złych zamiarów, flegmatycznie powyciągał z błota swe więznące nogi i jął się paść w odosobnieniu od reszty stada. Jadł nie prostując się trzy godziny z okładem, aż mu brzuch napęczniał i obwisł jak worek na wygiętych żebrach — poczem umieściwszy się jak można najwygodniej na wszystkich czterech obolałych nogach, z których prawa dokuczała mu najwięcej — spróbował zasnąć. Zdarzają się rozmaite rodzaje starości. Bywa starość wspaniała, starość brzydka lub godna politowania. Czasem jednak zdarza się starość i brzydka i wspaniała zarazem. Taką właśnie była starość srokatego wałacha. Był to koń rosły — trzy werszki z górą. Niegdyś musiał być srokato-gniady; dziś gniade jabłka stały się brudno-burego koloru. Długa poskręcana grzywa była również pstra, w przerzedzonym ogonie widniały pasma włosienia siwe i bure. Na wyniosłej, wychudłej, rzekłbyś drewnianej, szyi wisiała niezgrabnie wielka koścista głowa z dołami nad oczyma i obwisłą, spękaną, niegdyś czarną wargą, z poza której wyglądał ciemny zwinięty na bok język i żółte resztki spiłowanych zębów. Uszy, z których jedno było rozdarte, spuszczały się nizko i przy zbytniej dokuczliwości much poruszały się leniwie. Za uchem sterczały długie końce grzywy nastroszonej nad czołem. Na wielkich szczękach wisiała workowata skóra, z pod której na mordzie i szyi przeglądały żylaste węzły, drgające nerwowo przy każdem dotknięciu owadów. W wyrazie twarzy malowała się niezwykła cierpliwość, bolesny smutek i zamyślenie. nogi były kolankowate z opojami na obu kopytach, a powyżej pęciny prawej, łysej widniała narośl wielkości pięści. Zadnie — przedstawiały się znacznie lepiej, choć również były mocno wytarte na udach, widać bardzo dawno, gdy sierść już nie porastała na bliznach. Wszystkie cztery nogi w stosunku do chudego korpusu raziły nieproporcyonalną długością. Wygięte żebra wystawały tak mocno i tak szczelnie były obciągnięte skórą, iż zdawało się, że skóra przyschła między żebrami. Nogi i krzyż były pełne blizn dawnych, a z tyłu widać było świeżą, opuchniętą ranę; prócz tego na zadzie, z którego wystawała prawie naga, karbowana nasada ogona, widniała głęboka, jakby wydarta zębami, jamka, porosła rzadką, białą sierścią. Ogon i kolana tylnych nóg były stale powalane z powodu wiecznie popsutego żołądka. Pomimo wszystkich tych wstrętnych cech starości ogólny wygląd wałacha dawał wiele do myślenia; znawca odgadłby od pierwszego rzutu oka, że w swoim czasie był to koń nielada. Dobry znawca powiedziałby nadto, iż w całym kraju istniała jedna rasa, jedno jedyne stado, które mogło wyprodukować taką mocną kość, tak potężne ścięgna i cienką nogę, tak osadzoną szyję, a zwłaszcza taką głowę, wielkie i jasne oko i owe wysoce rasowe węzły żył na szyi, delikatną skórę i miękki włos. W istocie było coś wspaniałego w postawie tego konia, w owym dziwnym połączeniu wstrętnych cech zgrzybiałości, spotęgowanych pstrokacizną maści, ze znamionami pewności siebie i spokoju, płynącego z poczucia własnego piękna i świadomej siły. W pobliżu srokacza słychać było tętent, prychania i młode rżenie rozsypanej po pastwisku stadniny — on zaś stał pośród posrebrzonej rosą łąki samotny i nieruchomy, jak żywa i nieruchoma ruina, obojętna na gwar i zgiełk nowego życia.

III.

Słońce wytoczyło się ponad las i silnie błyszczało na trawie i skrętach rzeki, rosa schła, jak dym rozpływały się ostatnie mgły poranne; obłoki marszczyły się, lecz wiatru jeszcze nie było. Za rzeką sterczały zielone poskręcane w rurki źdźbła żyta i unosił się zapach świeżej zieloności i siana. Z gęstwiny lasu odzywała się kukułka, a Fedź, leżąc do góry brzuchem, liczył, ile mu lat życia jeszcze pozostało. Skowronki z pieśnią wzbijały się ponad łanem zboża i łąkami. Jakiś śpioch zając, spłoszony przez pasący się tabun, wyskoczył na otwarte miejsce, przycupnął pod krzakiem i nadsłuchiwał; w końcu, przyczaiwszy się w trawie, zasnął na nowo. Konie, chcąc go ominąć, rozeszły się po większej jeszcze przestrzeni i rozsypały się po dolinie. Starsze klacze parskając i znacząc po rosie błyszczący ślad za sobą, szukały odosobnienia, chociaż właściwie już się nie pasły, a tylko wybierały na deser najsmaczniejsze trawki. Całe stado powoli posuwało się w jednym kierunku, który wskazywała stara Żułdyka, krocząc jak zwykle na czele. Zachowanie się koni w stadzie było bardzo rozmaite stosownie do wieku, stanu i usposobienia. I tak, kara Muszka, źrebna po raz pierwszy wciąż drżała cichutko i, podnosząc ogon, prychała na swego liliowego źrebaka. Gdzieindziej znów cokolwiek starszy źrebak, zadarłszy swój krótki, kędzierzawy ogonek, coś po raz dwudziesty któryś galopował wokoło swej matki, która znając już widocznie temperament syna, spokojnie szczypała trawę, mierząc go tylko od czasu do czasu ukośnym spojrzeniem wielkich czarnych oczu. Za to jeden z najmłodszych źrebiaków — kary pędrak z wielką głową, sterczącą nad czołem grzywką i ogonkiem, zwiniętym na tę stronę, na którą był zagiętym w łonie matki, nastawiwszy uszy i wytrzestrzywszy bezmyślnie oczy, patrzał w ogłupieniu na galop kolegi, zazdroszcząc mu, czy też się dziwiąc, po co tak się trudzi. Naogół źrebięta ssą, niektóre tylko niewiadomo z jakiego powodu pomimo nawoływań matek biegną drobnym, niezgrabnym truchtem w przeciwną stronę, jakby czegoś szukały, i raptem bez wyraźnej przyczyny zatrzymują się i rżą rozpaczliwie przeraźliwym głosem. Niektóre znów leżą drapiąc się tylną nogą za uchem lub ucząc się szczypać trawę. Dwie jeszcze źrebne klacze spacerują oddzielnie, stąpają ostrożnie i pasą się jeszcze. Widać, że ich stan wzbudza ogólny szacunek, bo nikt z młodszych nie śmie im przeszkadzać — a jeśli nawet który przysunie się w ich stronę — dość jednego ruchu ogona lub ucha, by zrozumiał całą niestosowność swego postępku. Starsze źrebaki i klaczki udają powagę dorosłych: rzadko podskakują i nie zadają się z tak zwaną „wesołą paczką“, którą stanowią dwuletnie, trzechletnie i jeszcze jałowe Paczka ta odznacza się niezwykłą wesołością — kwik, tętent, rżenie i parskanie rozlega się pośród niej bezustanku. Chwilami skupiają się, zakładając jedna drugiej głowy na karki, obwąchują się i brykają — to znów, zadarłszy ogony, lekkim truchtem w kokieteryjnych lansadach defilują przed resztą koni. Prawdziwą ślicznotką, a zarazem prowodyrem całej tej paczki była bura kobyłka, znana swawolnica. Każdy jej wybryk powtarzały wszystkie towarzyszki; gdy ona biegła ciągnął za nią cały tłum dziewiczy. Swawolnica dzisiejszego ranka była w niezwykle hulaszczym usposobieniu. Jeszcze przy pojeniu stada, wypłatawszy figla srokaczowi, popędziła po wodzie w dół rzeki. Później, udając, że się czegoś spłoszyła, rzuciła się w bok i rwała w cwał przez pola, tak, że parobczak musiał dosiąść konia, by ją zawrócić. Potym, popasszy się trochę, zaczęła się tarzać i drażnić starsze konie; w końcu odbiła od matki małego źrebiaka i zaczęła go pędzić, udając, że chce go ugryźć. Wystraszona matka przestała się paść; źrebak darł się jak opętany, tymczasem swawolnica nawet go nie ruszyła, chciała tylko w ten sposób wyprawić widowisko swym towarzyszkom, które z uznaniem przyglądały się jej figlom. Po chwili, spostrzegłszy w oddali chłopską szkapę, która hen za rzeką wlokła po ugorze pług drewniany, zapragnęła zawrócić jej głowę: wyprężyła się dumnie, podniosła łeb, dreszcz przebiegł po jej ciele i zarżała przeciągle, słodko i tkliwie, a w głosie jej z pewną dozą swawoli zmieszał się dziwny ton smutku, drgnęła w nim żądza, obietnica miłości i tęsknota za jej czarem. Zdawało się, że mówi: „Oto i derkacz w gęstych oczeretach, biegając z miejsca na miejsce, nawołuje namiętnie; kukułka i przepiórka nucą hymn miłości, kwiaty nawet ślą sobie nawzajem smugi pyłków wonnych — a ja, choć jestem młoda, pełna siły i piękna, dotychczas nietylko nie kosztowałam miłosnych rozkoszy, ale ani jeden kochanek nie widział mnie nigdy, nigdy“. I wymowne rżenie, młode i smutne, rozchodziło się po dolinie i polu — aż doszło do uszy chłopskiej szkapy. Koń drgnął i zatrzymał się nagle. Chłop szturchnął go nogą, lecz ten stał jakby zaklęty czarem srebrnych tonów odległego głosu — aż zarżał sam. Chłop rozgniewany szarpnął za lice i tak dzielnie kopnął w brzuch swego rumaka, że ten nie mógł dokończyć rozpoczętego wołania i powlókł się dalej z uczuciem dziwnej słodyczy i smutku. Jeżeli dźwięk jednego głosu mógł doprowadzić zapracowaną szkapę aż do zaniedbania swych obowiązków, cóżby się z nią stało, gdyby mogła zobaczyć jak wygląda ta piękna zalotnica, jak strzyże uszami, wciąga powietrze w rozdęte chrapy i gdzieś się rwie i drży całym swym młodym i pięknym ciałem. Bura klacz nie miała zwyczaju zastanawiać się dłużej nad swemi wrażeniami, zaledwie więc zamarł ostatni odgłos chłopskiej szkapy, zarżała raz jeszcze z akcentem drwiny w głosie, spuściła głowę, pogrzebała nogą ziemię — i po chwili poszła się droczyć z srokatym wałachem. Stary wałach był wiecznym kozłem ofiarnym szczęśliwej młodzieży, która mu dokuczała więcej niż ludzie, choć ani jednym ani drugim nie zamącił nigdy wody. Ludziom był potrzebny — za cóż jednak dręczyły go konie?

IV.

On był stary — one młode; on chudy — one zaś syte; był nudny — one zaś wesołe. Jednym słowem wałach dla nich był zgoła czemś obcem, intruzem, zupełnie odmienną istotą, nad którą się litować niepodobna, gdyż konie są zdolne do litości jedynie w stosunku do siebie, a czasem tylko i w stosunku do tych, w czyjej skórze bez trudu mogą siebie wyobrazić. Więc chociaż trudno było obwiniać srokatego wałacha o to, że jest stary, chudy i śmiesznej maści — w rozumieniu koni on był winien, a racyę mają ci, po czyjej stronie jest siła, młodość i szczęście, ci, przed którymi cały świat leży otworem, którym od nadmiaru zdrowia drżą muskuły, a ogony dumnie wznoszą się w górę. Być może, że srokacz rozumiał ten sens świata i w cichości ducha poczuwał się do tej winy, iż przeżył już to co mu się należało, a teraz musi pokutować. Wszelako i on był koniem, więc często ogarniało go uczucie krzywdy i oburzenia wobec prześladowań młodzieży, którą na końcu życia czekały koleje podobne jego losowi. Jedną z przyczyn okrucieństwa koni była pycha arystokratyczna, gdyż każdy z nich wyprowadzał swój ród od znakomitej Śmietanki; srokacz zaś był niewiadomego pochodzenia, uchodził za przybłędę kupionego za 80 rb. trzy lata temu na jarmarku. Otóż, gdy bura klacz, niby to spacerując, podsunęła się pod sam nos wałacha i szturchnęła go zlekka, srokacz już wiedział co o tem ma , więc, nie odmykając oczu, stulił uszy i wyszczerzył zęby. Klacz obróciła się zadem, udając, że chce wierzgnąć. Wałach otworzył oczy i odszedł w inną stronę, spać nie miał już ochoty, więc zaczął się paść. Tymczasem swawolnica w otoczeniu swych towarzyszek skierowała się znowu ku niemu. Wraz z nią zbliżyła się łysa dwuletnia klaczka, niezwykle ograniczona, która naśladowała ślepo wszystkie wybryki swawolnej przodownicy i jak zwykle w takich razach bywa, wpadała w niesmaczną przesadę. W postępowaniu Burej znać było pewną finezyę: zbliżała się ona do wałacha niby przypadkiem, pod pozorem, że idzie we własnym interesie, przyczem nie patrzyła nawet na srokacza, tak iż ten nieraz nie wiedział, czy ma się obrazić czy też nie i oczywiście tkwił w tym niejaki komizm. Tak też urządziła się i w danym wypadku, gdy naraz idąca tuż za nią Łysa, wysforowawszy się naprzód, grubiańsko całą piersią uderzyła wałacha. Srokacz wyszczerzył zęby, kwiknął i nadspodziewanie sprężystym skokiem, rzuciwszy się ku niej, ugryzł ją w udo. Klacz wierzgnęła i całą siłą palnęła starego po wychudłych żebrach, aż jęknął; spróbował jeszcze raz skoczyć, lecz się widocznie rozmyślił, westchnął głęboko i usunął się na bok. Tymczasem cała młodzież przyjęła widocznie zuchwałe wystąpienie wałacha jako osobistą obrazę, gdyż przez resztę dnia nie dawała mu ani chwili spokoju, tak iż pastuch musiał kilkakrotnie uspakajać tabun, zachodząc w głowę, co się koniom dziś stało. Wałach zaś czuł się tak bardzo pokrzywdzonym, że gdy nadszedł czas powrotu z pastwiska sam podszedł do Fedzia i doznał pewnego ukojenia, gdy poczuł siodło i jeźdźca na sobie. O czem myślał stary wałach, niosąc na grzbiecie starego Fedzia, czy oddawał się gorzkim refleksyom na temat dokuczliwej i okrutnej młodzieży, czy też z właściwą starcom pogardliwą i skrytą dumą przebaczał swoim prześladowcom, nie wiadomo, gdyż przez całą drogę nie zdradzał niczem przedmiotu swoich rozmyślań. Akurat tego wieczora do pastucha zjechali kumowie w gościnę. Fedź, zauważywszy przed swą chatą wóz i konia przywiązanego do słupa, tak się spieszył do gości, że, nie zdejmując kulbaki, zostawił wałacha w zagrodzie i poruczywszy rozsiodłanie parobkowi, popędził do domu. Tymczasem nie wiadomo, czy z powodu tego, iż „podrzutek bez ojca i matki, kupiony na jarmarku, srokacz przybłęda“, ośmielając się wyrządzić obelgę łysej prawnuczce Śmietanki, obraził kastowe uczucia całego stada, czy też dla tego, iż wałach w wysokiej kulbace wydawał się koniom jakiemś fantastycznem zjawiskiem — dość, że na toku zaczęło się stawać coś niezwykłego: wszystkie konie i młode i stare z wyszczerzonemi zębami jęły uganiać się za wałachem i pędzić go po całej zagrodzie; co chwila słychać było głuchy trzask kopyt o chude żebra i ciężkie stękanie. Wkrótce wałach, doprowadzony do ostateczności, nie mogąc się ratować od razów ucieczką zatrzymał się na środku dziedzińca z wyrazem wstrętnej starczej bezradnej wściekłości — a w końcu rozpaczy. Stulił uszy i nagle zaszło coś tak niespodziewanego, że wszystkie konie uspokoiły się odrazu. Najstarsza z całej stadniny klacz Zulema zbliżyła się do wałacha, dotknęła go nozdrzami i westchnęła głęboko; z kolei z piersi wałacha wydarło się również westchnienie..

V.

W pośrodku zalanego światłem księżyca widniała chuda i wyniosła postać wałacha w wysokiej kulbace z wystającym łękiem. Wokoło stały konie nieruchome w grobowem milczeniu, jakby rażone jakąś niezwykłą nowiną. I rzeczywiście dowiedziały się one o rzeczach niezwykłych. Opowiadanie wałacha brzmiało w następujący sposób...

Noc pierwsza.

Tak! Ja jestem synem Miłego I. i Baby. Według wykazów metrycznych nazywam się Cham I-szy. Cham I-szy jestem podług papierów — ale tłum przezwał mnie Wiatronogim za mój chód szybki i zamaszysty, jakiego nie widziano w całym kraju. Trudno na świecie spotkać konia tak wysokiego rodu, jakim jest mój ród — takiej szlachetnej krwi. Nigdybym wam nie mówił o tem — bo i po co? Wybyście mnie nigdy nie poznały, tak jak nie mogła mnie poznać Zulema, z którą byliśmy razem w Chrzanowie i która dopiero teraz przyznała się do znajomości ze mną. Zresztą nie uwierzyłybyście mym słowom, gdyby nie jej świadectwo. Co do mnie milczałbym do końca, gdyż nie potrzebuję końskiej litości... Ale żądacie, bym mówił, więc oświadczam, żem jest ów Wiatronogi, którego koniarze poszukują i nigdzie znaleźć nie mogą — ten sam Wiatronogi, który się dał we znaki samemu hrabiemu: zwyciężyłem w wyścigu jego faworyta Łabędzia, za co mnie kazał wypędzić ze stada...

Kiedym się urodził nie wiedziałem, co znaczy „srokacz“; byłem pewny że jestem koniem. Pamiętam jak pierwsza uwaga co do mej maści uderzyła mnie i moją matkę. Urodziłem się zapewne w nocy, gdyż nad ranem stałem już na nogach, a matka oblizywała mnie starannie. Pamiętam, że odczuwałem ciągle jakieś niewyraźne pożądania, wszystko wydawało mi się nadzwyczaj dziwne i proste zarazem. Klatki nasze znajdowały się na długim korytarzu i były zaopatrzone w zakratowane drzwi, przez które można było widzieć wszystko. Matka nadstawiła mi soskę, lecz byłem do tego stopnia naiwny, żem ją szturchał bezowocnie to pod przednie nogi to w wymiona. Nagle matka obejrzała się na drzwi, przerzuciła mi nogę nad głową i usunęła się na bok — stajenny parobek zaglądał przez kraty do klatki. „Patrzcie Baba się oźrebiła — rzekł odsuwając zasuwkę, poczem objął mnie w ramiona i zaczął krzyczeć: „Hej Taras — zobaczno jaki raby — zupełnie jak sroka“! Chciałem się wyrwać i upadłem na kolana. „Ho, ho — to ci szelma!“ — wyrzekł parobczak. Tymczasem matka moja zaczęła się niepokoić, nie broniła mnie jednak — tylko wzdychała głęboko i odsuwała się w głąb klatki. Zbiegli się parobcy i oglądali mnie ciekawie, jeden z nich pospieszył zawiadomić koniuszego. Wszyscy się śmiali, oglądając moje łaty i dawali mi rozmaite przezwiska, których nietylko ja ale nawet matka nie mogła zrozumieć. Dotychczas w całym stadzie nie było żadnego srokacza, przytem nie przypuszczaliśmy, że w tem ma być coś złego, zwłaszcza, że skład mój i siły wzbudzały podziw ogólny. „Patrzcie, jaki zwinny — mówił parobczak, — trudno go utrzymać“. Po chwili zjawił się koniuszy, był zdziwiony moją maścią i zdawało się, że ma strapioną minę. „Skąd taki wyrodek, wyrzekł w końcu, teraz generał nie zostawi go w stadzie. Oj ! Babo! spłatałać mi figla, żebyś choć łysego urodziła — a to niemożliwie srokate“. Matka moja nic nie odpowiedziała, wzdychała tylko, jak zwykle w takich razach. „I w kogo on się wdał u licha — ciągnął dalej koniuszy — myślałby kto, że chamskiego rodu, aż wstyd! niepodobna go trzymać w stadzie — a szkoda, bo tęgi koń, tęgi — ani słowa“ — dodał. I każdy, co mnie zobaczył, tak mówił. W parę dni zjawił się sam generał — obejrzał mnie — i znowu chwytali się wszyscy za głowy, łajali mnie, czynili wyrzuty matce za kolor mej maści i powtarzali chórem, że szkoda — bo dobry koń. Do wiosny mieszkaliśmy w stajni, każdy przy swojej matce; czasem tylko, gdy śnieg zaczął już topnieć na dachach, wypuszczano nas i klacze na obszerny dziedziniec wysłany świeżą słomą. Tu po raz pierwszy poznałem wszystkich mych krewnych dalekich i blizkich. Tu widziałem, jak z rozmaitych klatek wysuwały się ze swojemi źrebiętami wszystkie znakomitości owego czasu. Była tu i stara holenderka, Muszka, — córka Śmietanki, Krasocha i wierzchowa Linda — wszystkie sławy współczesne zbierały się na tym dziedzińcu wraz ze źrebiętami, przechadzały się na słońcu, tarzały się po świeżej słomie i się nawzajem, zupełnie jakby najzwyklejsze konie. Dotychczas nie mogę zapomnieć widoku tej zagrody pełnej współczesnych piękności. Trudno wam zapewne uwierzyć, że i ja byłem kiedyś młody i rzeźki — a jednak tak było. Ta sama Zulema była tam wraz ze mną, jako roczna klaczka, miła, zgrabna i wesoła, a jednak sądzę, że się nie obrazi i zgodzi się ze mną, skoro powiem, że chociaż między wami ze względu na krew swoją uważana jest jako rzadkość, należała ona do gorszych koni owego wieku. Moja maść srokata, która tak bardzo nie podobała się ludziom, wśród koni zyskała ogólne uznanie. Zachwycały się mną wszystkie, otaczały opieką i obdarzały sympatyą, tak iż zaczynałem zapominać o ludzkich uwagach z powodu mej maści i czułem się szczęśliwy. Wkrótce jednak doświadczyłem pierwszego smutku w mem życiu — spowodowała go matka. Jak tylko zaczęły się odwilże, pod strzechami zaświergotały wróble, a wiosnę coraz silniej czuć było w powietrzu — postępowanie matki w stosunku do mnie zaczęło ulegać pewnym zmianom. Zaczął się też zmieniać jej humor i całe usposobienie: chwilami bez najmniejszego powodu zaczynała brykać i biegać po podwórzu, co zupełnie nie licowało z jej wiekiem poważnym. Czasem znów popadała w jakąś zadumę i zaczynała rżeć. To znów wierzgała i gryzła siostry własne, lub obwąchiwała mnie i prychała z widocznem niezadowoleniem. Nieraz też wychodziła na słońce, zakładała głowę na kark swej siostry ciotecznej Karolki i długo, jakby w zamyśleniu, tarła ją po karku, mnie zaś odpędzała od siebie. Aż raz przyszedł koniuszy, kazał jej założyć kantarek i wyprowadzić ze stajni. Matka zarżała; odezwałem się i rzuciłem się za nią, nawet się nie obejrzała; tymczasem parobek chwycił mnie w garść w tej chwili właśnie, gdy za matką wrota zamknięto. Zacząłem się wyrywać, zwaliłem parobka w słomę, drzwi jednak okazały się zamknięte; posłyszałem więc tylko coraz bardziej oddalające się rżenie, ale w głosie matki nie słyszałem już wołania, brzmiały w nim natomiast zupełnie inne akcenty. Po chwili zabrzmiał z oddala potężny głos, jakem się później dowiedział, głos Elbedewiego 1-go, który w towarzystwie dwu parobków po obu stronach szedł na schadzkę z matką moją. Było mi tak smutno, żem nie zauważył nawet, kiedy parobek wyszedł z klatki. Czułem, żem stracił na zawsze serce matczyne. „I to wszystko dlatego, żem srokaty“ — myślałem, przypominając sobie wszystkie gawędy ludzkie o mojej maści, przyczem ogarnął mnie taki gniew i żal, żem zaczął tłuc kopytami i głową o ściany klatki, aż spotniałem ze znużenia jak mysz i wyczerpałem się zupełnie. Wkrótce wróciła matka; posłyszałem, jak biegła przez korytarz jakimś niezwykłym truchtem. Otworzono drzwi. W pierwszej chwili poprostu nie mogłem jej poznać, tak odmłodniała i wyprzystojniała. Powąchała mnie, prychnęła i zagrała piersiami. Poznałem ze wszystkiego, że już mnie nie kocha. Zaczęła mi opowiadać o urodzie Elbedeniego, o swojej miłości. Schadzki jej powtarzały się w dalszym ciągu, a w miarę tego nasze stosunki stawały się coraz więcej oziębłe. Z wiosną zaczęto mnie wypuszczać na trawę! Poznałem więc nowe przyjemności życia, które mi zastąpiły brak matczynej pieszczoty. Pozyskałem sobie przyjaciół i przyjaciółki, uczyliśmy się razem szczypać trawę, rżeć jak dorośli i brykać, zadarłszy ogony wokoło naszych karmicielek. Szczęśliwe to były czasy! Miałem ogólną sympatyę, wszyscy się mną zachwycali; wybaczano mi moje figle i patrzano wyrozumiale na wszystko, com zmalował. Ale trwało to niedługo; wkrótce spotkało mnie coś wprost okropnego... Ciężkie westchnienie wydarło się z piersi wałacha, umilkł i odstrychnął się nagle od słuchających go koni. Tymczasem wschód zapalał się coraz silniej, skrzypnęły wrota i pokazał się Fedź; konie rozpierzchły się. Pastuch zaś poprawił kulbakę, dosiadł srokacza i popędził stadninę na paszę.

VI.

Noc druga.

Po powrocie z pastwiska konie znów skupiły się koło srokacza. W sierpniu, ciągnął srokacz, zostałem odłączony od matki, nie sprawiło mi to wielkiej przykrości, gdyż wiedziałem, że matka moja jest brzemienną i ma wkrótce urodzić młodszego brata mego — sławnego Ułana; przytem moje uczucia uległy znacznej zmianie, nie byłem o jej miłość zazdrosny, stawałem się obojętny. Prócz tego wiedziałem, że po odłączeniu od niej znajdę w ogólnej zagrodzie dla źrebaków, gdzieśmy się mieścili po kilku naraz i wychodzili codzień na wspólne spacery. Tu poznałem się z Rozkosznym. Ów Rozkoszny był to koń wierzchowy, na którym później jeździł cesarz. Stąd też jego podobizny można napotkać w rzeźbie i malarstwie. Podówczas był to sobie zwykły łoszak o lśniącej i delikatnej sierści, łabędziej szyjce i równych szczupłych jak struny nogach. Zawsze wesoły, odznaczał się dobrodusznem i figlarnem usposobieniem; zawsze był gotów do zabawy i łobuzerki, lubił sobie żartować i z koni i z ludzi. Zaprzyjaźniliśmy się bardzo, a że mieszkaliśmy wspólnie, stosunek ten trwał przez cały ciąg naszych lat młodzieńczych. Rozkoszny — szaławiła, jakich mało — bardzo wcześnie zaczął uprawiać miłostki, flirtował z klaczkami i wyśmiewał moją niewinność. Na moje nieszczęście, powodowany ambicyą, postanowiłem go naśladować i bardzo szybko zakochałem się na zabój. Ta przedwczesna miłość stała się przyczyną niezwykłego przewrotu w mem życiu i wywarła stanowczy wpływ na koleje moich przyszłych losów. Zulema była starsza o rok odemnie, z nią właśnie byłem w najlepszych stosunkach... wkrótce jednak zauważyłem, i to nie ja tylko jeden, że stroni ode mnie... Nie będę opowiadał drobiazgowo historyi tej pierwszej miłości — sama Zulema musi pamiętać wszystkie moje szaleństwa, które skończyły się olbrzymim przewrotem w mem życiu... Parobcy zaczęli ją pędzać, mnie zaś bić. Pod wieczór zaprowadzono mnie do osobnej zagrody. Rżałem całą noc, jakby przeczuwając, co się stanie nazajutrz. Rano zjawił się generał, koniuszy i parobcy. Wszczął się straszny gwałt. Generał wymyślał koniuszemu, ten zaś usprawiedliwiał się, zwalając winę na parobków. groził, iż każe obić wszystkich i oświadczył, że ogierków trzymać razem z klaczami nie należy. Koniuszy odpowiedział, że stanie się według rozkazu. Poczem wszyscy umilkli i rozeszli się, ja zaś, choć nie rozumiałem dokładnie o czem mowa, domyśliłem się, że tu chodzi o mnie...

Nazajutrz przestałem rżeć na zawsze i stałem się tem, czem dzisiaj jestem. Cały świat odmienił mi się w oczach, zbrzydło mi wszystko. Zacząłem się zagłębiać sam w sobie i oddawać się rozmyślaniom. Z początku ogarnęła mnie straszna apatya, nie miałem ochoty nawet jeść, pić, poruszać się, o zabawie nie mogło być i mowy. Jeśli zaś nawet zjawiła się przelotna chęć zarżeć, pobrykać, poskakać, zjawiało się wnet okropne pytanie — po co? na co? i znikały resztki energii. Pewnego wieczora prowadzono mnie właśnie o tej porze, kiedy stado powracało z pastwiska. Dostrzegłem z daleka obłok kurzu, w którym majaczyły znajome kontury wszystkich naszych klaczy; usłyszałem tętent i wesołe parskanie. Zatrzymałem się, nie zważając na to, że rzemień kantarka, za który mnie prowadził parobek, wrywał mi się w szyję. Stałem zapatrzony na zbliżający się tabun tak uporczywie, jakbym patrzał w stracone na wieki niepowrotne szczęście. Stado zbliżało się ku mnie, zacząłem rozróżniać znajome, piękne, zdrowe i dumne postacie. Niektóre konie zaczęły się za mną oglądać. Nie czułem już bólu wrywającego się w ciało rzemienia. Zapomniałem się zupełnie. Ulegając przyzwyczajeniu puściłem się truchtem i rżałem. Smutek, a zarazem jakiś brak sensu i ogrom śmieszności odmalował się w tym rżeniu i, choć w stadzie nie zabrzmiał ani jeden głos szyderstwa, spostrzegłem wyraźnie, że wielu odwróciło odemnie głowy, że jest im jakoś głupio i przykro, że mnie się wstydzą, a co gorsza, że jestem dla nich pośmiewiskiem, że im się komiczną wydaje moja cienka, pozbawiona wyrazu szyja, wielka głowa (schudłem podówczas) długie nogi i owe głupie lansady, w których z przyzwyczajenia dreptałem wokoło parobka. W tej jednej chwili zrozumiałem, o ile stałem się dla nich obcy i daleki... Nie pamiętam, jak i kiedy znalazłem się znów w stajni. Na ogół zawsze byłem sensatem, skłonnym do rozmyślań — teraz zaś w mej duszy dokonał się przewrót ostateczny. Moja maść srokata, wzbudzająca tak dziwną pogodę wśród ludzi; to straszne nieszczęście, które tak niespodzianie spadło na mnie a przytym jakieś odrębne stanowisko w stajni, które odczuwałem, choć powodu nie mogłem na razie zrozumieć: wszystko to zmusiło mnie do zagłębienia się we własną istotę. Rozmyślałem więc nad niesprawiedliwością ludzi, którzy mnie potępiają za to, żem srokacz, zastanawiałem się nad nietrwałością uczuć macierzyńskich i kobiecej miłości wogóle, nad jej zależnością od czysto fizycznych warunków, najwięcej zaś interesowały mnie właściwości tego dziwnego gatunku stworzeń, zwanych ludźmi, z któremi wiążą nas tak ścisłe węzły — mianowicie te cechy natury ludzkiej, dzięki którym zajmowałem niezrozumiałe dla mnie, dające się łatwo odczuć, odrębne stanowisko w całej stajni. Wyjaśnienia owej zagadki dostarczył następujący wypadek. Stało się to w zimie, podczas świąt. W ciągu całego dnia nie dostałem ani jedzenia, ani wody, z powodu tego, iż, jakem się później dowiedział, dozorujący mnie parobek był pijany. Tegoż dnia zajrzał do mojej klatki koniuszy, spostrzegł, że nie mam jadła, i zaczął łajać wszystkich i wołać parobka. Parobka nie było. Koniuszy się oddalił. Nazajutrz zjawił się parobek wraz ze swym kolegą rzucić nam siana. Zauważyłem, że jest bardzo blady, jakby cierpiący, zwłaszcza w postawie jego długiego krzyża było coś niezwykłego, wzbudzającego litość. Z pasyą rzucił mi siano za drabinę. Wyciągnąłem głowę ponad jego ramię, on zaś tak silnie wyrżnął mnie pięścią w chrapy, żem aż odskoczył, na dokładkę kopnął mnie w brzuch i rzekł: — Żeby nie to rabe bydlę — nic by mi nie było. — Abo co? zapytał towarzysz. — Nie bój się, do hrabskich koni to się nie dowie, a do swego źrebaka kilka razy na dzień lata. — Darowali mu srokacza? — Darowali, czy sprzedali — czort ich wie. Hrabskie niechby z głodu pozdychały — a jemu co do tego, ale jak jego własny nie żarł, kładnij się — peda — i dalej walić! Niema Boga w sercu... Człowiekowi gorzej, jak bydlęciu. Luter, psia jego nędza, sam liczył. Gienerał tak nigdy nie prał. Cały krzyż w pasach. Boga w sercu nie ma... To co mówili o biciu zrozumiałem odrazu, nie mogłem tylko zrozumieć co znaczy jego, swój, własny, choć wiedziałem, że na zasadzie tych słów ludzie przypuszczają istnienie jakiegoś związku pomiędzy mną a koniuszym. Na czym polegał ten związek, nie mogłem się ani rusz domyślić. Dopiero znacznie później, gdy mnie odosobniono od reszty koni, zrozumiałem znaczenie tych słów, wtenczas jednak nie wiedziałem, co mają na myśli, nazywając mnie własnością człowieka. Słowa mój koń — stosowano do mnie, żywej istoty; wydawało mi się to równie dziwne, jak wyrażenia — moja ziemia, moje , moja woda. Słowa te uderzyły mnie niezmiernie. Bezustanku myślałem o nich i dopiero później, gdym miał sposobność wejść w najróżnorodniejsze stosunki z ludźmi, zrozumiałem nareszcie, jakie znaczenie przypisują ludzie owym dziwnym wyrazom. Cała rzecz polega na tym, że ludzie kierują się w życiu nie według czynów, treści — a według słów, formy. Nie tyle ich nęci możność czynienia lub nieczynienia czegokolwiek, ile możliwość rozprawiania o rozmaitych przedmiotach za pomocą pewnych umówionych wyrazów. Do szeregu słów, mających niezwykłą wagę wśród ludzi, należą wyrazy mój, moja, moje, które ludzie stosują do rozmaitych rzeczy, przedmiotów i istot, nawet do ziemi, ludzi i koni. Ludzie się umawiają, że o pewnej rzeczy tylko jeden z nich ma prawo powiedzieć moje. I ten, komu w tej oryginalnej zabawie wypadnie o największej ilości przedmiotów powiedzieć moje, używany jest za najsilniejszego pod słońcem. Dlaczego tak jest — nie wiem; ale tak jest! Nieraz próbowałem sobie objaśnić tę zagadkę z punktu widzenia bezpośredniej korzyści, ale przekonałem się, że takie tłumaczenie nie ma racyi bytu. Naprzykład, wielu z tych ludzi, którzy mnie nazywali swoim koniem, nie korzystali z moich usług zupełnie, natomiast dosiadł mnie kto inny. Również nie oni mnie karmili; świadczyli mi dobrodziejstwa także nie ci, którzy mnie uważali za swego, ale furmani, weterynarze, wogóle obcy ludzie. Później, gdym rozszerzył zakres moich spostrzeżeń, przekonałem się, że nietylko w stosunku do nas koni pojęcie moje nie ma żadnej racyonalnej podstawy, prócz nizkiego, bydlęcego, właściwego rodzajowi ludzkiemu instynktu, który oni zowią poczuciem lub prawem własności. Człowiek bowiem powiada, naprzykład, mój dom, a nigdy w nim nie mieszka, pomimo to interesuje go budowa i utrzymanie w całości tego domu. Kupiec powiada: mój sklep, mój skład sukna, naprzykład, a jednak nie nosi ubrania z najlepszego sukna, jakie posiada na składzie. Są ludzie, którzy nazywają ziemię swoją, chociaż nietylko jej nie dotknęli stopą, ale nawet nigdy nie widzieli. Zdarzają się nawet tacy, którzy innych ludzi uważają za swoich, chociaż nie widzieli ich na oczy, cały zaś ich stosunek do tych ludzi wyraża się w wyrządzaniu im krzywdy. Bywają też tacy, którzy o kobietach mówią — moja kobieta, moja żona, gdy tymczasem ta ostatnia nieraz wchodzi w stosunki miłosne z jakimś innym mężczyzną. Jednem słowem, ludzie do tego, by módz w swym życiu czynić to, co uważają za dobre, lecz do tego, by zdobyć prawo nazywania możliwie wielkiej ilości rzeczy wyrazem moje. Jestem przekonany, że tu właśnie tkwi istotna różnica pomiędzy nami a ludźmi. I dlatego nie mówiąc już o innych naszych zaletach, z tego jedynie względu możemy śmiało twierdzić, że na drabinie żywych istot znajdujemy się o kilka szczebli wyżej od ludzi. W ich życiu, przynajmniej w życiu tych, z którymi ja miałem do czynienia, główną rolę grają słowa — w naszem życiu czyny. Otóż prawo nazywania mnie swoim koniem otrzymał koniuszy i dlatego sprał parobka. To odkrycie wywarło na mnie silne wrażenie. Ono, oraz srokata maść, ludzkie uwagi z tego powodu, strata matczynego uczucia, przejścia w młodości — oto warunki, dzięki którym stałem się takim poważnym wałachem, jakim mnie widzicie obecnie. Byłem potrójnie nieszczęśliwy: byłem srokaty, byłem wałachem, a prócz tego ludziom się ubzdurało, że nie należę do siebie i Boga, jak to jest właściwe wszelkim żywym istotom, lecz że jestem własnością koniuszego. To ludzkie mniemanie obfitowało w skutki. Więc po pierwsze, trzymano mnie oddzielnie, karmiono lepiej, częściej też pędzano na lince i wcześniej zaczęto zaprzęgać. Po raz pierwszy stanąłem w zaprzęgu w trzecim roku życia. Pamiętam, jak koniuszy, który się uważał za mego właściciela, z całą bandą parobków zaczął mnie zaprzęgać, oczekując, że się będę sprzeciwiał i brykał. Wprowadzono mnie w hołoble, owinięto całego sznurami, włożono mi na krzyż szeroki rzemienny pas i przywiązano go do drążków, żebym nie mógł walić zadem, ja zaś oczekiwałem tylko sposobności, by módz okazać swą ochotę i zamiłowanie do pracy; to też dziwiono się, że idę jak stary koń. Zacząłem się wprawiać w bieganie kłusem. Z dniem każdym robiłem coraz większe postępy, tak, że w parę miesięcy sam generał i wielu innych chwaliło mój chód. Ale rzecz dziwna, właśnie dlatego, że im się ubzdurało, iż nie należę do siebie, lecz do koniuszego, chód mój przedstawiał się ich oczom w zupełnie odmiennym świetle. Ogierów, braci moich, puszczano wyciągniętym kłusem, obliczano szybkość ich biegu, ubierano w pyszne zaprzęgi, nakładano na nich drogie kapy, ja zaś w najzwyklejszej linijce woziłem koniuszego do Czesminki i innych futorów, a wszystko dlatego, że byłem srokaty, a głównie, że według ich mniemania władał mną nie hrabia, lecz koniuszy. Jutro, jeżeli dożyjemy opowiem wam o najważniejszym ze skutków, jaki sprowadziło owo prawo własności, które sobie wykoncypował koniuszy. Przez resztę dnia konie okazywały wiele szacunku dla Wiatronogiego — tylko Fedź obchodził się z nim jak zwykle w sposób brutalny. Chłopska szkapina, podchodząc ku stadninie, zarżała tego dnia pierwsza, a bura klaczka kokietowała ją znowu.

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…