Front matter
STANISŁAW BEŁZA.
BYĆ, ALBO NIE BYĆ.
„TO BE, OR NOT TO BE“.
całość
STANISŁAW BEŁZA.
BYĆ, ALBO NIE BYĆ.
„TO BE, OR NOT TO BE“.
(Mój głos w sprawie żydowskiej.)
A.
Księgarnia E. Wendego i Sp.
3.
Zakł. Graf. B. Wierzbicki i S-ka, w Warszawie.
I.
Sprawa żydowska daje dziś każdemu Polakowi duże pole do głębokich rozmyślań. Bardzo słusznie, jestto bowiem sprawa przyszłości naszego kraju, sprawa naszego, „być, albo nie być“. Kiedy przed półwiekiem Wielopolski, wbrew narodowemu naszemu interesowi przeprowadził równouprawnienie żydów, ogół nasz acz wyczuwał niebezpieczeństwo zrównania w przywilejach z Polakami tych, którzy nigdy Polakami nie byli i nie będą, ale za to jak pasożyt roślinę, z soków żywotnych od wieków ogałacali, ku swojej korzyści, Polskę, łudził się nadzieją, iż szlachetnością tą być może, powiększywszy szeregi nasze narodowe, od pnia obcego, do swego przyciągniemy nowe siły, wzmacniając tym sposobem krzepkość całego organizmu. I łudząc się tem, wyciągnął wspaniałomyślnie ręce ku żydom. Ze sprytem, cechującym od wieków tę pełną przebiegłości rasę, ku tym szlachetnym, ale nieopatrznym rękom skierowali się oni całą masą. I zapoczątkowali nową dla siebie i dla kraju epokę. Dla siebie korzystną, dla kraju zgubną. Bo co mu dali wzamian za to co uzyskali od niego? Co mu dali? Włosy ze zgrozy powstają na głowie, kiedy się chce odpowiedzieć na to pytanie. Gdyż rozejrzymy się uważnie dokoła. Przed pół wiekiem, tak nazwanych dziś na urągowisko zdrowemu sensowi żydów-Polaków, wcale w Polsce nie było. Były jednolite czarne masy, odsunięte od towarzyskiej styczności z narodem. W brudzie i zaduchu roiły się one po małych miasteczkach, handlowały i rozpajały po karczmach chłopa, lichwą niszczyły nieopatrznych lekkoduchów, w kulturalnem przecież naszem życiu nie brały żadnego udziału. Nie mieliśmy żydów w dziennikarstwie, w literaturze, w gronie adwokatów, doktorów i inżynierów, do świętych ognisk domowych naszych rodzin, nie przedostawał się ich zabójczy wpływ. Tam zatem, gdzie rozlegały się dźwięki wspaniałego i przebogatego naszego języka, byliśmy jednolici i spójni. Mogliśmy radzić nad własnymi interesami, bez obawy, że ktoś obcy nam zupełnie i w gruncie rzeczy wrogi, a dopuszczony do styczności z nami, dzięki temu, iż językowo niczem się od nas nie wyróżniał, rozbijać i rozdwajać nas będzie, na swój żydowski młyn kierując zawsze nasze poświęcenie i dobre chęci. Równouprawnienie przez Wielopolskiego żydów, jakąż straszną zmianę w tym względzie spowodowało. Przedewszystkiem czarne obcowyznaniowe masy, mówiące odrębnym językiem, rzeczywiście cudzoziemskie, nie mające nic łącznego z Polską i myślące jedynie o tem, aby ją na własną korzyść niszczyć, nie zmniejszyły się po naszych miastach, owszem wzrosły w budzących postrach rozmiarach, zagarniając w swoje brudne i chciwe ręce to, czego dotąd, nie będąc równouprawnionemi, pochwycić na szczęście nie mogły. Ale, acz bezsprzecznie wielką, było to mojem zdaniem dla kraju bezporównania mniejszą szkodą, niż zmiana druga, jaka się stała następstwem nieszczęsnego tego równouprawnienia. Oto z łona tych ciemnych obcych nam językiem żydowskich mas, wyczuwając doskonale korzyść dla siebie w rdzennie polskim kraju, z mechanicznego spolszczenia się, wyszła stosunkowo nie wielka grupa ludzi, która odrzekłszy się żargonu i święcenia szabasu, pokostem polskim powlekła skórę żydowską. I w tej odmiennej powierzchownie skórze rozpoczęła niszczycielską działalność. Grając rolę Polaków. Mając niby polskie cele na widoku. Przywykli do obrazu żyda wstrętnego i pejsatego, mówiącego żargonem, tą ohydną parodyą języka, i zamkniętego w swojem odosobnieniu, gdy ujrzeliśmy tuż przy sobie żyda zewnętrznie do nas upodobnionego, w tużurku i rękawiczkach, i mówiącego czysto i poprawnie po polsku, zdaliśmy się być u szczytu szczęścia. Nie bacząc więc na to, że ten żyd, jak się wyraża Mickiewicz: „urękawiczniony“, był w stosunku do masy żargonowców tem, czem drobna wysepka na olbrzymim oceanie, że pozbywszy się swej skorupy i dopuszczony do towarzyskiego obcowania z nami, ze swej polskości powinien był zdać przynajmniej egzamin, błogosławiliśmy nieledwie równouprawnieniu go z rdzennymi Polakami, zamykając oczy na niebezpieczeństwo, wypływające dla nas z tej sztucznej i nagłej, nie licznych zresztą osobników, przemiany. To, długo nie kazało na siebie niestety czekać. I po pięćdziesięciu latach tej uciechy z równouprawnienia, doszliśmy do czego? Oto, że w kraju wzmogła się i spotężniała do przerażających rozmiarów, zwarta masa żydowska... Oto, że zagarnąwszy cały prawie nasz handel i przemysł w swoje ręce, dla własnego interesu, i bałamucenia nieopatrznych, wyłoniła z siebie, stosunkowo nie wielką gromadę ludzi, z polskością związanych, tak nazwanych żydów-Polaków, którzy acz tak nieliczni, dzięki sprytowi i przebiegłości, a także wielkiej swojej cnocie, której się (przyznać to muszę) uczyć od nich powinniśmy: solidarności, wyparli nas z niezliczonych placówek, na których dla dobra kraju staliśmy dotąd silną nogą. Mamy więc dziś nie tylko nasze miasta nieledwie że w wyłącznem posiadaniu żargonowych żydów, nie tylko stolicę naszą Warszawę, upodobnioną już w części do Jerozolimy, ale mamy na domiar wszystkiego, w tak nazwanych zawodach wolnych, taki procent tych mechanicznie tylko spolszczonych jednostek, że każdy w kim serce polskie bije, bez trwogi pomyśleć nawet o tem nie może.
II.
Zatem z równouprawnienia żydów, Polska osiągnęła takie korzyści: 1) Czarna masa żargonowców, nie tylko że nie zmniejszyła się w kraju, ale owszem, zdobywszy bez żadnego wysiłku, dzięki naszej ślamazarności i nieopatrzności, doskonałe warunki rozwoju, posiadła nasze miasta, zażydziła nam do niesłychanych rozmiarów naszą stolicę, wtargnęła jak horda Tatarów tam, gdzie dotąd noga jej niszczycielska nie postała... 2) Wyłoniła z siebie inteligencyę, która mechanicznie zlawszy się z polską, wyparła nas w znacznej części z dotychczasowych wyłącznie naszych placówek, zaważyła za silnie procentowo w adwokaturze, zawodach lekarskim i inżynierskim, obsiadła gromadnie większość banków i stowarzyszeń ekonomicznych, jadem zarazy, przy pomocy opanowanej przez siebie tak nazwanej postępowej prasy, zatruwać zaczęła kraj... Wyczekując tej chwili, gdy dla tryumfu żydowstwa, wpadnie on w przepaść, i pozbawiony bytu politycznego, zduszony doszczętnie zostanie w żydowskim uścisku. Na tem jednak zabójczy jej dla całej Polski wpływ nie ograniczył się. Sięgnął głębiej. Do narodowego rdzenia. Do myśli naszej. I tę świętą dotąd i czystą, w znacznej części nam znieprawił. A stało się to, zdumiewająco prędko, po tem nieszczęsnem Wielopolskiego równouprawnieniu. W rok czy dwa lata po upadku Szkoły Głównej, w niecałe lat dziesięć po zejściu z widowni politycznej twórcy równouprawnienia. Pamiętam tę chwilę. Grono prawników, wychowańców tej niezapomnianej uczelni, zrozpaczone widokiem kraju po powstaniu, postanowiło go odrodzić. Drogę nauki. Drogą realnej pracy u podstaw. Sądząc, skądinąd zupełnie słusznie, że wiedza jest silną dźwignią dla każdego, chcącego żyć narodu, i że brak oświaty był jedną z główniejszych przyczyn naszych narodowych klęsk, postanowiło ono założyć własny organ, w którymby służyło wyłącznie jej interesom, niosąc śmiało i odważnie sztandar postępu. I powstała takim sposobem pamiętna w dziejach obłąkania myśli naszej: „Niwa.“ Powiadam obłąkania, bo jakże wzięli się do dzieła, ci pożądający światła młodzieńcy? Oto do składu redakcyi, złożonej z sześciu osób, powołali aż trzech żydów, oto jak gdyby na urągowisko własnym siłom, na stanowisku redaktora postawili żyda. I gdybyż jeszcze ten żyd był czemś wybitnem, zaznaczył się czemś dodatniem i wyjątkowem. Gdzie tam! Była to umysłowo pospolitość w całem znaczeniu tego słowa, o wyrazie twarzy i akcencie języka typowo żydowsko-nalewkowskim, o charakterze, o którym mogłaby coś nie coś ciekawego powiedzieć palestra warszawska, gdyż później niefortunny ten redaktor „Niwy“ był jej członkiem. Czy ci założyciele polscy tego postępowego organu, który w nagłówku swoim miał wypisane słowa „Wiedza to potęga“, nieczuli nicości tego, którego w charakterze redaktora na czele swojego pisma postawili? O to ich bynajmniej nie posądzam, każdy bowiem, kto się o niego otarł, widział doskonale, z kim ma do czynienia, ale byli oni już tak zasymilowani przez żydowski wpływ, tak przeświadczeni o tem, że żydzi są najlepszymi sługami postępu polskiego, iż przez głowę im nawet nie przeszło, aby kto inny, jak żyd, mógł być firmowym przedstawicielem powołanego przez nich do życia pisma. To oddanie „Niwy“ pod kierunek żydowski, od pierwszej chwili wywołało ten skutek, jaki się ujawnia zawsze i wszędzie tam, gdzie żydzi wywierać mogą swój wpływ. Oto pojawiły się w niej znamienne i pamiętne mi dobrze korespondencye: Z nad Pełtwi i z nad Wisły, których jedynym celem było splugawienie naszej przeszłości, a przedewszystkiem wiary znakomitej większości mieszkańców naszego kraju. Nie tykając jednem słowem wybranego ludu, największego wyzyskiwacza cudzej pracy, jakiego znał świat, nie zaczepiając w sposób najdelikatniejszy nawet żydowskiego religijnego fanatyzmu, najdzikszego, jaki przejawił się w kolei długich wieków, autor tych korespondencyi, zaczął prowadzić taką cynicznie bezczelną nagankę nie już na katolicki kler, ale na religję, że w każdym, w kim uderzało serce polskie, musiała powstać odraza do organu, który w interesie żydowstwa siał zuchwałe wiatry, ażeby z tego żydowstwo plon błogosławiony, a Polska zebrała burze! I powstała też, i wszyscy, bynajmniej nie wstecznicy i zacofańcy, ale mający Polski nie Judei interesy na widoku, odwrócili się od tak rozumianego postępu, gdyż czuli instynktownie, że prędzej później, nam śmierć, a żydom tryumf zgotować on najniezawodniej musi. Żydowsko więc polska „Niwa“, po paru latach wegetowania i szkodnictwa, dostała się do innych lepszych rąk, ale dzieje jej powstania, to — powtarzam — dzieje obłąkania myśli polskiej, jej przez pierwszą, jaką równouprawnienie wyprowadziło na świat, falangę tak nazwanych żydów-Polaków. I pierwszy objaw, nie asymilacyi żydów przez polskość, ale asymilacyi Polaków przez żydowskość. Że ten objaw zaznaczył się tak prędko, świadczy to z jednej strony o naszej lekkomyślności, z drugiej, o zabójczych zamiarach mechanicznie spolszczonych żydów, którzy zaledwie wyszli ze swojego zacofanego, żargonowego środowiska, i w uczelniach polskich nasiąkli kulturą polską, aliści przy pomocy tych, którzy ich jak swoich do swojego grona przyjęli, zapragnęli kulturę tę znieprawić, i pod hasłami postępowemi, nie tykając fanatyzmu żydowskiego i swojego świata, dyszącego nienawiścią do wszystkiego, co nieżydowskie, przez zatruwanie młodych, wrażliwych dusz, gotować nam zgubę, a sobie moc i wywyższenie. To obłąkanie myśli polskiej, to zatruwanie młodych wrażliwych dusz, szukających postępu, a znajdujących rozkład, dążących do prawdy, a osiągających tryumf Izraela, zapoczątkowane przez „Niwę“, w 10 lat po przeprowadzeniu równouprawnienia, od tej chwili rozpoczęło się dokonywać w kraju całym na potęgę. I stała się rzecz okropna i gdzieindziej nie widziana. Wszystkie radykalne nasze żywioły, wszyscy, którzy przeciwstawiali się zachowawcom, i na swych chorągwiach wypisali hasło „postępu“, zaciągnęli się do szeregów żydowskich, uznali żydów za ideowych swoich braci, nie dość tego, poszli pod ich komendę, rozpoczęli pracę nie dla Polski w rzeczywistości, ale dla tych, którzy Polski byli najstraszniejszymi wrogami.
III.
Przez to swoje nieszczęsne, po stokroć nieszczęsne równouprawnienie wrogich od wieków Polsce cudzoziemców z rdzennymi Polakami, w chwili, gdy ci ostatni osłabieni i ociemnieni dwudziestopięcioletnimi rządami Paszkiewicza, nie mieli jeszcze w sobie sił dostatecznych do przeciwdziałania zabójczym żydowskim wpływom, Wielopolski stworzył prawdziwe u nas Eldorado dla Żydów. Takie, jakiego nie posiedli oni nigdzie na świecie. Rozwiązał im ręce... Z nizin społecznych wyprowadził na wyżyny... Opancerzył im pięść, by nią druzgotać mogli wszystko, co im się przeciwstawiało na drodze ich niszczycielskiego pochodu. Naturalnie, zrobił to w najlepszej wierze, w nadziei, że tym sposobem pozyszcze nowych obywateli dla kraju, do narodowego pługa wprzęże nowe siły. A w każdym razie nie przypuszczając nawet, jak wielką tym sposobem szkodę krajowi wyrządzał. Być może, że gdyby nie bieg wypadków tragicznych, choć nieuniknionych, które po kilku miesiącach wszechwładzy w Polsce, zmiotły go z wysokiego stanowiska, być może, że szkoda ta nie byłaby dla kraju tak straszna. Że stojąc u steru rządu, potrafiłby paraliżować złe żydów wpływy, przez nieprzerwane wzmaganie narodowej oświaty, podnoszenie ekonomicznego dobrobytu rdzennych Polski mieszkańców, zakładanie ludowych banków i kas pożyczkowych, współudział czynny w zawiązywaniu kulturalnych stowarzyszeń i związków. Być może. Ale to, że wierzył w trwałość swoich w Polsce rządów, i tę reformę (jeśli równouprawnienie obcych wogóle reformą nazwać można) zamierzał uzupełnić innemi, poczętemi w myśli odrodzenia Polski, winy jego nie zmniejsza, prawdziwy bo — wiem mąż stanu winien przewidzieć złe i dobre, i pracując nie tylko dla dziś, ale i dla jutra, wiedzieć o tem, że to jutro brzemienne jest zawsze i wszędzie, a zwłaszcza w naszym nieszczęśliwym kraju, niespodziankami. On tego w rachubę nie wziął, gdy więc padł, padło wszystko z nim razem, co dobrego zapoczątkował dla Polaków, pozostało to, co dla Polaków było złem. Równouprawnienie cudzoziemców. I zrodziła się taka sytuacya: Po zgnieceniu powstania, nastały czasy aż nadto nam wszystkim pamiętne. Kraj osłabiony upustem krwi, ogołocony został nie tylko z dotychczasowych swoich praw, ale w znacznej części i z ekonomicznych swoich zasobów. Nie dość na tem, jak to się zwykle po każdym wielkim, nieudanym wysiłku dzieje, osłabł moralnie. Popadł w apatyę... Przestał ufać własnym siłom... Uczuł, że dzieciom jego podstawa usunęła się z pod nóg. I gdy dawniej lekkomyślnie być może, ale bądź co bądź podniośle, wierzył w nadzieję przeciwko samejże nadziei, teraz, widząc chmury nad swoją głową, nie dostrzegał tych słabo wprawdzie świecących, ale zawsze świecących gwiazd, których Bóg nie gasi nigdy na widnokręgu najnieszczęśliwszych nawet ludzi i narodów. Stan ten straszny, dziś już należący do bezpowrotnej przeszłości, dla równouprawnionych z nami tak nagle żydów, stał się tem, czem dla rybaków napędzenie przez huragan z morza w koryto rzeki milionów ryb. Wszyscy byli zgnębieni i wytrąceni z równowagi, bo żarł ich serce ból szarpiący wnętrzności nieszczęśliwej ojczyzny, oni nie mający ojczyzny, byli na ten ból obojętni... Wszyscy pełni rozpaczy, zamknęli się, niby pokutnicy we wnętrzu swoich ognisk domowych, i tam bezradni, jakby sparaliżowani przeżywali po raz wtóry to, co przeżył tak świeżo cały kraj, oni nie doznawszy najmniejszego duchowego wstrząśnienia, rozwinęli całą swoją energję, aby sytuacyę wyzyskać dla siebie, skorzystać z chwili apatyi ogólnej i obezwładnienia ogólnego. A że świeżo właśnie nadano im niebacznie prawa, więc mieli możność po temu... A że w ich pierś nie uderzył taki cios, jaki dopieroco uderzył w naszą, że ich głowy obojętne na to, co dotknęło Polskę, nie doznały tego, co nasze wstrząśnienia, przeto ta ich pierś odetchnęła szerzej od naszej, te ich głowy sprawniej dla ich korzyści, a naszej zguby, zaczęły rozmyślać i pracować. I myślały, i pracowały przez lat długich pięćdziesiąt. Popatrzmy na owoce tych myśli, na skutki tych prac. Popatrzmy, a jeżeli nie zadrżymy, nie zadrżymy nigdy, choćby się świat cały od piorunów zapalił. Owoce te zaczęli sadzić żydzi na nieszczęśliwej naszej glebie rękami czarnych żargonowych tłumów, które przy swojej odrębności pozostały, i rękami swojej inteligencyi, która zlawszy się mechanicznie z nami, przyjęła w codziennem życiu, w miejsce swojego, będącego urągowiskiem prawidłowego języka, wspaniały i najbogatszy w dźwięki na świecie, język nasz. Pierwsi stanowili armję, drudzy sztab. I na dwa fronty zaczęli wymierzać nam ciosy. Podkopywać nasz ekonomiczny, kulturalny byt. Dzięki prawodawstwu opiekuńczemu pod pewnymi względami dla włościan, nie mogąc przypuścić szturmu do polskiej wsi, czarna, obcowyznaniowa i obcojęzyczna armja, przypuściła go do miast polskich, czując niezmierną ich ważność w kulturalnem naszem życiu. I, ze wzruszeniem głębokiem to piszę, miasta te nieledwie nam już wydarła. Chcecie dowodów? Oto one, wyjęte ze statystyki ludnościowej naszego kraju. Wedle urzędowego zestawienia, dołączonego do projektu samorządu miast dla Królestwa, ogłoszonego przez Towarzystwo pracy społecznej w Warszawie, w d. 14 stycznia 1910 r. Królestwo Polskie liczyło 2,735,786 ludności miejskiej, zamieszkującej 118 miast i miasteczek. Wiecie, ile w nich było w tym czasie żydów? Milion sto trzydzieści sześć tysięcy, sto sześćdziesiąt sześć! Ale pozostałej reszty nie stanowiliśmy jeszcze my. Należeli do niej Rosyanie w liczbie bez mała 150,000 i Niemcy, których ta statystyka nie określa ściślej, ale których przecież w Łodzi i innych centrach przemysłowych jest przeszło ćwierć miljona. Więc zestawiając żydów z Polakami w miastach etnograficznej Polski, wypadnie, że nie licząc rosyjskiego i niemieckiego żywiołów, mamy w nich przeciwko sobie równą liczebnie siłę żydowską. Równą, biorąc wszystkie te miasta za jedność, ale gdy się w nich rozpatrzymy bliżej, ujrzymy z przerażeniem, że w wielu giniemy liczebnie w żydowskiem morzu. I tak: w Łomży na 27 tysięcy przeszło mieszkańców, jest Polaków tylko 12,000 (setki opuszczam), w Lublinie na sześćdziesiąt pięć tysięcy — 26,000, w Suwałkach na dwadzieścia pięć tysięcy — 9,000, w Siedlcach na trzydzieści tysięcy — 11,000, w Zduńskiej Woli na dwadzieścia pięć tysięcy — 9,000. Tak jest w miastach większych, w mniejszych stosunek ten jeszcze straszniej się przedstawia. Łęczyca liczy żydów dwa razy więcej, niż Polaków, ale Szydłowiec — przeszło trzy razy, Działoszyn — pięć razy, a Kałuszyn aż sześć razy! Ale jest jedno miasto w Polsce, w którem na 25 żydów przypada jeden Polak. Tem są Szaki na północy Królestwa. Tu mamy już prawdziwą Jerozolimę, wśród bowiem 2,580 żydów, ssących jak pijawki całą okolicę, wegetuje Polaków stu, literalnie aż stu! Proszę zwędrować cały, jak szeroki i długi świat i pokazać coś podobnego. Widzimy więc, że przez te pół wieku równouprawnienia, armja żydowska nie próżnowała, „wędrowne szczury“, jak żydów słusznie nazwał Aleksander Świętochowski, nie zasypiały sprawy, pleniły się i rozłaziły na wszystkie strony, biorąc w swe posiadanie to, co im dla ich niszczycielskich celów było najpotrzebniejsze: miasta Polski. Bo z boleścią serca przyznać to trzeba, że nie tylko w tym czasie zaplugawiły je sobą, ale i w znacznej części wydarły je już nam, posiadłszy połowę nieruchomej ich własności. Ta sama statystyka mówi nam o tem. Na liczbę, domy w naszych miastach już tylko w połowie są w naszych rękach, druga jest przynależytością wrogich przybłędów, ogniskujących w nich zabójczą dla Polski działalność. Tak jest na prowincyi, tak jest i w naszej stolicy, którą tak dumni jesteśmy, w Warszawie bowiem jest nas już tylko 67 procentów, wstręt burzący żargon rozlega się głośno dokoła nas, jak gdybyśmy i tu gospodarzami nie byli. A nasze domy? Na 4,542, w rękach żydów zaprzepaszczonych już ich zostało 1,741, jeżeli się jednak zważy, że posiadają oni nie najmniejsze, a w pozostałej reszcie znajduje się 490 Rosyan, i nieoznaczona bliżej w statystyce liczba Niemców, to zaiste statystyka ta pociechy w serca nasze również nie wieje. Zażydziła zatem nam, czarna najstraszniejsza dla nas armia naszą stolicę i prowincyę, rozsiadła się tu i tam, niby na własnych od wieków śmieciach, i wyzyskując tych z pomiędzy nas, którzy pod jej dachem zmuszeni zostali szukać schronienia, jednocześnie stworzyła dziesiątki tysięcy gniazd handlowych, pod swoje skrzydła tuląc żydowskie kupiectwo i rzemiosła, ze szkodą naszą przyczyniając się do ich rozrostu. Rozrosły się też one, jak chwast nie niszczony troskliwą ręką, rozpuściły po całym kraju korzenie, wysysając z niego wszystkie żywotne soki. Czekając cierpliwie aż zczeźnie. Aż się stanie podścieliskiem rozkwitu żydowstwa. Powinszować więc sobie możemy, armja niosąca śmierć Polsce, mając przez równouprawnienie rozwiązane ręce, pola przez te półwieku nie zaspała, pracowała gorliwie nad zniszczeniem naszem, jak kret podcinała płonki naszego narodowego bytu, wyczekując cierpliwie tej chwili, gdy nasza Polska, szlachetna matka Koperników, Kochanowskich, Sobieskich, Kościuszków, Mickiewiczów, Szopenów, Matejków, Sienkiewiczów i Paderewskich, stanie się plugawą nową Judeą. W pięknej tej pracy nie była ta czcigodna armja odosobnioną. Wspomagał ją, jej spolszczony mechanicznie sztab. Popatrzmy uważnie na jego w tym czasie działalność.
IV.
Działalność żydowskiego sztabu, tych śmiesznie drobnych w stosunku do czarnych mas, tak nazwanych żydów-Polaków, przejawiła się w ciągu ubiegłego półwiecza w dwóch głównie kierunkach: 1) w pochwyceniu w swoje ręce, o ile można jak najliczniejszych gałęzi narodowej pracy, i wypieraniu nas z placówek, na których dotąd staliśmy silną nogą... 2) przy pozornem trzymaniu z nami i podporządkowywaniu się naszym narodowym ideałom, w służeniu interesom żydowstwa, dopomaganiu mu do ekonomicznego uzależnienia od siebie, i ostatecznego zgnębienia Polski... Rozszczepienia jej zwartości , a właściwie nacyonalistycznymi żydowskimi klinami, zahypnotyzowania hasłami ogólno ludzkiemi, tak silnie wstrząsającymi zawsze duszą naszej szlachetnej młodzieży, by Polska nie poczuła nawet przejścia z uśpienia swego do śmierci. Więc w chwili, gdy po strasznym ciosie, jaki w roku 1863 uderzył w nasz nieszczęśliwy kraj, byliśmy pod brzemieniem klęsk zboleli i osłupiali, do rozkładowej roboty współwyznawców i współplemieńców u dołu, dołączyli swoją u góry, dążąc z nimi do jednego i tego samego celu. I gdy tamci, niby lawa, rozleli się po naszych miastach, zagarnęli pod swoje czarne skrzydła nasz handel i przemysł, ci ławą wcisnęli się do tak nazwanych zawodów wolnych, adwokatury, inżynieryi, medycyny i dentystyki, obsiedli banki i stowarzyszenia ekonomiczne, usuwając nam w nich coraz więcej gruntu z pod nóg. I doszło przy ich solidarności do tego, do czego dojść musiało: nie mogąc nas wszystkich wyrzucić z zawodów tych po za nawias, wyrzucili znakomitą ilość, w samej Warszawie w jednej czwartej części adwokaturę i dentystykę, w jednej piątej medycynę, zamienili na wyłącznie swoją dziedzinę. Przyznać trzeba, że ze stanowiska interesów kraju nie byłoby w tem nic zdrożnego, ile że niektórzy z pomiędzy nich odznaczali się i odznaczają niezaprzeczonemi zdolnościami, tak jak bynajmniej zdrożnem i szkodliwem dla niego nie jest, że w tych zawodach znajdujemy Polaków pochodzenia niemieckiego i wyznających religję znacznej mniejszości mieszkańców Polski — gdyby asymilacya z polskością przerodziła, jak tych ostatnich i ich dusze, zrobiła z nich takich rzeczywistych, jakimi ci ostatni bezsprzecznie są. Ale ona tego nie dokonała. Prześlizgnęła się po ich powierzchni. Pozostawiła ich rdzeń nietkniętym. Doszło więc tylko do tego, że żydowstwo obce nam i wrogie, rozczepiło się na dwa o odmiennych chorągwiach obozy, ale ulegając jednej komendzie, w obleganiu nas i wypieraniu z zajmowanych stanowisk, nie różniło się niczem. Pracowało według jednolitego planu, do czego znakomicie dopomagały mu humanitarne i rzekomo postępowe hasła, jakie złączeni mechanicznie z nami żydzi wygłaszali z wielkim hałasem, szeregując dokoła siebie prawie wszystko w Polsce młodej, co przesiąkłe wolnomyślnością, wprzęgło się w służbę radykalnych kierunków. Że tak jest rzeczywiście, kto z niezależnych od żydów, a mających oczy i mózg na właściwych miejscach, wątpić dziś o tem może, kto sądzić, że ci po polsku mówiący żydzi, są czem innem, niż te czarne tłumy z którego wyszli, i ku którym, ze szkodą interesów naszych, ciążą i ciążyć będą z żywiołową potęgą, której żadne asymilacyjne mrzonki osłabić nigdy nie będą w stanie? I ulegać złudzeniu, że nawet najszlachetniejsi z pomiędzy nich, boć jak w każdem zbiorowisku ludzkiem i wśród żydów i tacy się znajdują, w chwili krytycznej zawsze staną po interesów polskich, ale nie interesów żydowstwa, z którem ich łączą tysiące nici, odpornych jak cięciwy ze stali na wszelkie nożyce asymilacyjne? Kto? Kiedy kilkadziesiąt lat temu przedstawiciele giełdy warszawskiej, wśród których rej wodzili i wodzą, tak nazwani Polacy-żydzi, towarzysko złączeni z nami i tą samą co i my mową (a nawet od wielu z nas poprawniejszą) wyrażający swoje myśli, uznali za stosowne wystąpić w Petersburgu z memorjałem, będącem obrazem ich uczuć i przekonań, stanęli na stanowisku tak ciasno żydowskiem i wręcz polskości nawet wrogiem, iż nie zawahali się wobec sfer miarodajnych rosyjskich, nazwać kraj nasz bez żydów: „prawdziwą pustynią.“ Kiedy wypędzeni z Rosyi litwacy, jak dzika horda Tatarów, wtargnęli do Królestwa, i przeciwstawiwszy się odrazu polskości dla przypodobania się rządowi, zuchwalstwem swem i arogancyą obudzili wstręt i pogardę w każdym nawet uczciwym Rosyaninie, znalazł się w Warszawie znany doktór żyd-Polak, co publicznie podniósł głos w ich obronie, ośmielając się nawet twierdzić, że pod pewnym względem, szkodnicy ci i wędrowne szczury, pożytek nam przynieść mogą. Kiedy na skutek przeciwpolskiego stanowiska, jakie w ostatnich czasach zajęło całe żargonowe żydowstwo, wezbrało w Polsce oburzenie przeciwko niemu i rozległy się nawoływania do samoobrony, wystąpił dwukrotnie w jego interesie znany również pochodzenia żydowskiego Polak adwokat, były nawet nasz poseł w Petersburgu, starając się nas znowu uśpić i z równowagi wytrącić twierdzeniem, że nie należy z niem zadzierać, gdyż nie wielkiej jedynie łaski rządu potrzeba, abyśmy znaleźli w niem wrogów śmiertelnych! Jak gdyby to co powiedział nie dowodziło właśnie przeciwnego, tego mianowicie, że gdy ma się w swoim ogrodzie taką żmiję, należy przez instynkt zachowawczy dążyć do tego, drogą wzmagania własnych materjalnych sił (broń Boże nie pogromów i ) ażeby żmija ta osłabioną została. Co go tak zaślepiło, że z podobną samobójczą dla nas Polaków radą, byśmy pielęgnowali spokojnie żmiję jadowitą i mściwą, nie zaś raczej starali się jadu ją pozbawić, w obec nas wystąpił, rozstrzygnie to każdy, kogo Bóg dyszla w głowie i chłopskiego rozumu nie pozbawił. Kiedy w chwili wyborów ostatnich na posła warszawskiego do izb prawodawczych, grono obywateli łudzących się mrzonkami asymilacyjnemi, celem nie dopuszczenia do tego, by przedstawicielem Warszawy został żyd, a nie chcąc jaskrawo przeciwstawiać się żydowstwu, wysunęło przeciwko kandydaturze zasłużonego wielce polskości byłego prezesa naszego Koła nad Newą, ale nie mile widzianego przez żydowstwo, Romana Dmowskiego, kandydaturę kompromisową, Polacy-żydzi, jak to już zaznaczyłem wyżej, ofiarowali się nam z usługami, gdy jednak przyczynili się tym sposobem do osłabienia szans obywatela i polityka tej miary, co Dmowski, którego żydowstwo za żadną cenę do Petersburga wysłać nie chciało, a kandydat kompromisowy w mowie wyborczej, ośmielił się wypowiedzieć kilka mniej miłych dla żydów frazesów, choć na ogół nie był im nieprzyjaznym, odstąpili bez ceremonii swoich towarzyszów broni, stawiając się na stanowisku nie polskiem tylko żydowskiem, i umożliwiając żydowstwu tryumf, o jakiem ono marzyć nawet nie mogło. Kiedy zatrwożeni o przyszłość naszego Towarzystwa Kredytowego, obywatele Polacy Warszawy, postanowili wystąpić do Petesburga z żądaniem, aby przez odpowiednie środki nie dopuszczono do tego, by dostało się ono do żydowskich rąk, niemniej od tamtych żydów-Polaków znany w naszem mieście żyd bankier, w interesie również nie polskim, tylko żydowskim wygłosił publiczną mowę, ujmując się za tymi, co kulturalnie na bezporównania niższym od niego stojący poziomie, byli i są jako żydzi bliżsi mu przecież o wiele od nas, których język posiadł, i z którymi jak równy z równymi, w towarzyskich stosunkach przestaje. I wreszcie, jak powiadają Anglicy — „last but not least“ „ostatnie ale nie najmniej ważne“, kiedy na niedawnem zebraniu Towarzystwa Kultury Polskiej, wystąpiono z wnioskami naturalnemi, aby do grona jego członków dopuszczać tylko tych co się za Polaków uważają i przez nie dążyć do odżydzenia naszych miast, znowu żydówka-Polka poparta przez grono zasymilowanych tak jak i ona mechanicznie z polskością współideowców, wystąpiła przeciwko temu z gwałtowną opozycyą, gdyż wniosek ten, droższym jej o wiele od Polaków, żydom, był pod wieloma względami niedogodny. Ale dość tego, przykładów mnożyć już nie chcę, więc pomijam i rolę prasy polskiej przez żydów kierowanej, a będącej, jak się dowcipnie ale prawdziwie wyraziła pani Iza Moszczeńska, nie prasą „polską dla żydów“ ale „żydowską dla Polaków“, i te zabiegi poza granicami Królestwa, by sparaliżować ruch samoobrony jaki się w społeczeństwie naszem przeciwko żydem obudził. I tu i tam działaczami są zasymilowani niby Polacy, mówiący tak jak i my po polsku, w publicznem i towarzyskiem życiu obcujący z nami, mający dobro Polski tak jak i my pozornie na celu. Co widzę, gdy się ich działalności uważnie przyglądam? Oto że wszyscy oni bez wyjątku, i ci autorzy memoryału giełdowego z lat ośmdziesiątych wieku, i ten doktór okulista, człowiek bezsprzecznie wysokiej kultury, wielki czciciel i znakomity znawca Mickiewicza, i ten poseł adwokat, i ten bankier i ta dama, która tak oponowała przeciwko wnioskowi aby kulturze polskiej nadać polski charakter, i ci wreszcie redaktorzy i współpracownicy pism żydowskich po polsku drukowanych — wszyscy oni, bez żadnego wyjątku, podobnie jak mniej głośni od nich żydzi w adwokaturze, medycynie, dentystyce, inżynieryi i innych wolnych zawodach, ciałem do Polski, duszą przecież do żydowstwa należą. I przejąwszy to od nas co im potrzebnem było, nie dla naszego, lecz dla ich własnego interesu, są Polakami o dwudziesto cztero godzinnem wypowiedzeniu, ani na jedną chwilę nie wahając się, po czyjej stronie, polskiej czy żydowskiej stanąć mają w chwili, gdy te dwa interesy wejdą z sobą w kolizyę. Gdyż taka jest ich dusza. Mam ich za to potępiać, mam rzucać za to kamieniami na nich? Jako żywo nie, bo każdy winien słuchać nakazu własnych przekonań, ale boleć mogę, że gdy spolszczeni Niemcy ewangielicy wsiąkli w nasz organizm, ukochali nasze ideały i stali się tak dobrymi Polakami jak i my, oni pozornie jeno zleli się z nami, w gruncie zaś rzeczy pozostali sobą. Tem samem, tylko o wiele kulturalniejszem, co ta czarna masa, która ich wydała. Ale nie rzucając na nich za to kamieniem, bolejąc tylko nad nimi, mogę i powinienem jako Polak, nad wszystko przekładający interes mojej nieszczęśliwej ojczyzny, wzbudzić w sobie jedną świadomość: Że w pracy dla tej ojczyzny nie wolno mi i nie należy wyciągać ręki ku nim, Że chcąc jej służyć, winienem jej z całych sił służyć sam. Gdyż ich pomoc więcej mi szkody niż pożytku przynieść może. Gdyż najlepsi nawet z pomiędzy nich, na przyszłość Polski mojej pod kątem interesów żydowstwa patrzeć zawsze będą. Ale tę świadomość wzbudzić w sobie winien i cały I nie łudząc się mrzonkami asymilacyjnemi, iść naprzód o własnych siłach, nie na nich i na nich się nie oglądając, do wielkiego celu, którym jest materyalne i duchowe wzmożenie i odrodzenie. Dość mu Bóg dał siły i wiary w siebie, aby oparty o kulturę chrześcijańską własną, do tego celu doszedł.
V.
Przez te pięćdziesiąt więc lat po równouprawnieniu, mieliśmy w kraju naszym taki obraz: Czarne tłumy żargonowego żydowstwa, zaplugawiając nam Warszawę i prowincyonalne miasta, zagarniały coraz bezwzględniej w swoje szpony nasz przemysł i handel. Mechanicznie spolszczeni żydzi wypierali nas z placówek przedtem wyłącznie naszych, i grupując przy sobie radykalną naszą młodzież, przez pośrednictwo prasy urabiali korzystnie dla siebie i swoich interesów opinję publiczną. A jednocześnie, obcując towarzysko z nami i uzależniając wielu z nas od siebie, w koło swoich myśli i dążności wciągali całe legjony. A że w dniach prób ciężkich, jakie w popowstaniowych czasach z dopuszczenia Bożego na nas przyszły, opowiadali się zawsze przy nas, że krzyk naszego protestu przeciwko naporowi z zewnątrz wzmagali własnym krzykiem, że powierzchownie niczem od nas się nie różniąc, od czasu do czasu dawali nawet upust ofiarności na kulturalne nasze cele, przeto legjony te nieledwie z roku na rok, tłumiąc w nich, jako szczerze polskich obawy wobec coraz większego zażydzania się kraju, podsycając w nich nadzieję, że przy ich właśnie pomocy dokona się wielkie dzieło asymilacyi całego polskiego żydowstwa. I doszło do tego, że w głowach wszystkich nieledwie się przewróciło, że skupili się przy sztandarze żydowskim nieledwie wszyscy, przypisując spolszczonym żydom, dla dobra kraju, niemal opatrznościową misyę. Interes więc jednych, obałamucenie drugich, trzecich bezmyślność, pędziły wodę nie na nasz młyn, gotując naszemu krajowi przyszłość, jakiej rdzenni obywatele, nigdzie jeszcze swojemu nigdy nie zgotowali. W tej harmonii przecież polsko-żydowskiej, spokojniej jak śmierć, ale i jak śmierć okropnej, w tym romansie, w którym jeden z ukochanych skazany był na nieuchronną zagładę, dał się słyszeć na szczęście zdrowy zgrzyt. Podniósł go człowiek nieznany i nieśmiały, nie na widoku, lecz na uboczu stojący, najmniej zdawało się podobny do tego, by w jego głowie urodzić się mógł szerszy i głębszy program. Człowiekiem tym był Jan Jeleński. Bez wyższego wykształcenia i ogłady salonowej, samouk w całem znaczeniu tego wyrazu, miał on, czego wielu mędrszym i głębszym niedostawało: wzrok jasny, i dyszel w głowie. Widział więc to, czego zahypnotyzowani nie widzieli inni. To rozumiał, co w innych głowach obałamuconych, pomieścić się nie mogło. Że ta harmonja i romans polsko-żydowski, to nie co innego, jak naszego kraju zguba. Że koszta ich zapłaci nie kto inny, tylko my. I założył „Rolę“. Bez żadnych prawie materyalnych zasobów, bez pomocy niczyjej, przy przeszkodach, któreby mniej od niego energicznego powaliły na ziemię. I tę chwilę, jak tej nieszczęsnej polsko-żydowskiej „Niwy“, doskonale sobie przypominam. Pamiętam, jak pozbawiony współpracowników, sam zapełniał piórem swojem całe szpalty, jak w słowach energicznych uderzył od pierwszego numeru swego pisma w dzwon niebezpieczeństwa wewnętrznego, nawołując do obrony przed żydami. I jak jedni szydzili z niego, poczytując go za szkodnika narodowego i nieledwie pozbawionego zdrowych zmysłów, podczas gdy drudzy, którym oczy otwierał, wyczuwali w nim niemal zbawcę narodu. Ale szyderstwo pierwszych trwało stosunkowo nie długo. W miarę, jak wychodziła „Rola“, pomnażały się szeregi tych, którym kataraktę on z oczów zdzierał, pismo zaczęło zdobywać coraz większą liczbę czytelników, jego ogłoszenia zaczęły zapełniać co tydzień po kilka kart. To wniosło przestrach w świat żydów i ich polskich stronników, kazało im zająć stanowisko obronne. Śmiać się więc nad rzekomo szalonym czynem zuchwałego zdaniem ich człowieka przestali, rozpoczęli, nie przebierając w środkach, walkę na śmierć i życie, by obalić coraz groźniejszego nieprzyjaciela. Który sielance grunt z pod nóg usuwał, Przestrzegał owce, by miały się na baczności przed wilkami. Walka była zacięta, nie zniechęciła ani zastraszyła przecież tego niepospolitego i wytrwałego człowieka. Im energiczniej na niego nacierano, tem dzielniej ataki odpierał, a że w grze swojej miał wszystkie atuty w ręku, że gospodarka żydowska w Polsce wytwarzała wprost niemożliwe i upakarzające nas stosunki, a uściski żydów spolszczonych pozornie dech zaczęły tłumić w naszych piersiach, przeto wyszedł z niej zwycięzcą. I gdy po dwudziesto przeszło letniej, nie dość jeszcze przez nas ocenionej pracy, złamany fizycznie kładł swą głowę do ziemi, mógł już, jeśli przytomny przenosił się do lepszego świata, pocieszać się tą myślą, że ziarno, jakie wytrwale siał, zrodziło dla kraju plon obfity. Że wprawdzie nie zdołał doszczętnie złamać potęgi żydowstwa i wyzwolić kraju z jego kajdan, ale wprowadził go na drogi, po których krocząc skruszyć je niewątpliwie musi. Nie dopuszczając do tego, by sławna ojczyzna nasza zamieniła się w nowoczesną Stając się grobem potomków tych, co z niej przedmurze Chrześcijaństwa zrobili. Powiedziałem, że wystawiona na walkę i najbezwzględniejsze ataki żargonowego i mechanicznie spolszczonego żydowstwa „Rola“, w łonie społeczeństwa polskiego spotkała, się w miarę jak rozwijała coraz więcej swój program, z coraz szerszem uznaniem. Bo co widzieliśmy wszyscy w tym czasie w bliższej i dalszej odległości? Oto, że tuż pod bokiem naszym ktoś nie mający z nami nic wspólnego i mówiący gwarą wstrętną i obcą, rozpierał się bezwzględnie i zuchwale, podkopując nasz byt Oto, że przyobleczony w małej cząstce w polską skórę, mając nie co innego również na widoku, jednocześnie pracował wytrwale nad tem, aby nas usypiać i nieodpornymi na niszczycielską działalność żydowstwa czynić, urabiając korzystnie dla siebie opinję kraju i każąc naszą Oto, że wszędzie, gdzie miał on znaczenie i wpływ, w Poznańskiem, w Berlinie i Wiedniu, występował nie tylko jako nasz niszczyciel ekonomiczny, ale jako stokroć od najbardziej zagorzałego germanizatora nasz polityczny wróg. Odwdzięczając się nam za to, że gdy jego współplemieńców, jak dzikiego zwierza ścigano w całej zachodniej Europie, przygarnęliśmy ich wspaniałomyślnie do siebie, równie niebaczni i nieroztropni, jak ten chłop z bajki, który chcąc uratować od śmierci marznącą żmiję, ogrzał ją za pazuchą własną. Więc, gdy to widzieli wszyscy, nie mogli najrozumniejsi i najpatryotyczniejsi z pomiędzy nich nie radować się w duszy, że gdy zahukana i w części znacznej opanowana przez żydów prasa, unikała poruszania sprawy żydowskiej i nawoływania nas do obrony przed nawalą śmierć nam niosącą, znalazło się pismo, co nie oglądając się na nikogo, śmiało i odważnie co tydzień ukazywało nam, gdzie zaczajony siedzi, knując piekielne zamysły, najstraszniejszy kraju naszego wróg. Czytano więc „Rolę“, wyrywając ją sobie niemal z rąk, przyklaskiwano działalności odważnego człowieka, który ją w duchu interesów szczerze polskich prowadził, i gdy w początku, szerzone przez niego zdrowe idee znajdowały uznanie jedynie wśród maluczkich, najbardziej na napór żydowstwa wystawionych, z czasem zaczęły przesiąkać i do wyższych kół, otwierając im oczy na to, co im dotąd złudne asymilizatorskie hasła przyciemniały. Grunt więc pod to, na co dziś patrzymy, przygotowywał się, kraj trzeźwiał, maskarady żydowskiej, przybliżał się powoli koniec. Nie przejrzeli tylko długo jedni. Polscy radykałowie i tak nazywający się sami: postępowcy. Tych nie oświecało wschodzące nad krajem powoli słońce. Jak dotąd, nie przestawali krążyć w mroku. Jak zaznaczyłem wyżej, duchowy ich przywódca, (przyznaję to, choć byłem i jestem zdeklarowanym jego zasad społecznych przeciwnikiem) pisarz miary niezwykłej, Aleksander Świętochowski, oddał się bez zastrzeżeń w służbę żydowstwu, Orzeszkowa, wierząc w to, że spolszczy się zczasem żydów zbiorowa dusza, jawnie stała po ich stronie, tłumy pismaków pośledniejszego gatunku, w „Przeglądzie Tygodniowym“, „Prawdzie“ i „Izraelicie“, gromy w Jeleńskiego ciskając, gotowe były błogosławić nawet nieba za to, że otworzyły wrota naszego kraju dla tej niszczycielskiej szarańczy. Czy ci ludzie, a przynajmniej ich duchowi , byli mniej rozumnymi i mniej patryotycznymi od innych, czy im los kraju tak dalece był obojętny, że wszystko im było jedno co się z nim stać musi, gdy żydowstwo zaleje nam wszystko, opanuje wszystkie gałęzie naszego ekonomicznego i kulturalnego życia? Nie należałem nigdy i nienależę do ich grona, pod chorągwią ich nie stałem i nie stanę nigdy, gdyż nie w jej cieniu widzę rozkwit mojej Ojczyzny, tego przecież jako żywo nie powiem. Ale powiedzieć muszę to, czego zamilczeć niepodobna, że wszyscy oni jacy byli (dziś, jak to zaznaczę niżej, dokonała się wśród nich w tym względzie przemiana) nosili kataraktę na oczach. Tą kataraktą była ciasna doktryna. Radykalni i postępowi, uważający w Polsce wierzącej i katolickiej wroga, z którym walczyć im nakazywał ich program, po za tym wrogiem nie widzieli innego dokoła siebie. Ale widzieli jedno. Jego wielką siłę. Więc zaczęli szukać sojusznika. Ten, nieproszony, sam się im nastręczył. A był nim nie kto inny, tylko mechanicznie spolszczony żyd. Ten sam, który w dziesięć lat po równouprawnieniu, przez świeżo założoną „Niwę“, zaczął (nie tykając żydowstwa) lżyć nasz kościół, ten sam, który „urękawiczniony“, obcując towarzysko z nami, gromy ciskał na polską nietolerancyę, prawił o braterstwie i ludzkości, ten sam, który by o jego polskości niewątpiono, wygłaszał zawsze krańcowe a tanie tyrady przeciwko tym, co tej polskości z zewnątrz przeszkody stawiali. Ten sam. Więc widząc go tak bardzo postępowego, tak polskiego i przesiąkłego ideami humanitarnemi, nie zwrócili oni wcale na to uwagi, że po pierwsze, nie, jest on przedstawicielem całego w Polsce żydowstwa, a powtóre, że stanowi drobną tych czarnych żargonowych tłumów z których sam wyszedł, że może mieć i zupełnie inny niż oni interes w zadawaniu ciosów, naszemu, wyhodowanemu wiekami poświęcenia i cierpienia narodowemu organizmowi, że należałoby zatem być bardzo ostrożnym, zanim się wyciągnie rękę do tego, który nią może szukać czego innego, niż ich ręka. I nie zwróciwszy uwagi na to, rzucili mu się bratersko w objęcia. I rozpoczęli pracę właściwie dla niego. Walczyli z obskurną i wsteczną, wedle nich, „Rolą“, obrzucali błotem każdego kto myślał inaczej niż oni, jak szaleńcy biegli obłąkani i prowadzili za sobą w przepaść wierne im tłumy. A żyd tymczasem zacierał z radości ręce, drwiąc w duchu i z tych oślepionych doktryną i z ich haseł, a myśląc jedynie o tem, by, gdy wszystko dookoła schło, przy ich pomocy utuczyć się polskim chlebem. „Była więc to — jak mówi Mickiewicz w „Panu Tadeuszu“ — zapustna swawola, po której miał przyjść wkrótce wielki post: niewola.“ Tak jest: niewola. I najstraszniejsza z niewól: bo ekonomiczna, żydowska. Ale na szczęście nie przyszła. Otrzeźwieli i postępowcy. Niech powinszują sobie nasi polscy żydzi: oni to, nie kto inny, jak zobaczymy dalej, przyczynili się do tego i ich otrzeźwienia.
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Być, albo nie być.
