Front matter
Stanisław Bełza.
i.
Wydanie nowe.
całość
Stanisław Bełza.
i.
Wydanie nowe.
A.
„A.“
1906.
Druk A. T. Jezierskiego, Nowy-Świat Nr 47.
ROZDZIAŁ I.
„Italio, ziemio Boga, a ojczyzno dyabła“ — mówiłem sam do siebie, wsiadając do wagonu kolei żelaznej, mającej przerzucić mnie z pod pochmurnego polskiego nieba, w kraj błękitu i złotych blasków słońca. Czy ty wiesz, spieczona ognistemi pocałunkami wspaniałej naszej gwiazdy dziennej, czy ty wiesz urocza i nikczemna, bogata i nędzna, rozrzutnico i sknero przebrzydła, czy ty wiesz o Italio nadobna, — jaki czar tkwi w twojej ziemi, ile wrażeń przebiega z serca do głowy na sam dźwięk twojego nazwania? Czy ty wiesz, że o tobie ciągle marzy i artysta z płomienną wyobraźnią, więżący na wązkiem płótnie cząstkę własnego swego ducha, i kochanek goniący za ideałem, jakiego nie szukać na tej ziemi, i bogacz, niewiedzący co z groszem zrobić, który mu kieszenie przeciąża? O! ty nie wiesz o tem Italio, ty się o to nie starasz wcale, brudne i obdarte twoje dzieci raczej wstrętem niż powabem przejmują, mimo to lecą ku tobie, jak ćmy do światła, ludy północy i wschodu, choć jak ćmy w świetle, nie rzadko opalają sobie u twoich ognisk skrzydła. Lecą i lecieć będą bez końca, — boś ty ojczyzna sztuk nadobnych, boś ty rozsadnica cywilizacyi, w czasach, gdy reszta świata w pomrokach chodziła nocy, boś ty kraj poezyi i nauki, blasków, woni i płomiennego słońca. Więc i ja lecę ku tobie, o Italio urocza i uśmiechnięta, więc i ja chcę poszukać na twojem łonie eliksiru orzeźwiającego serce i umysł. Przyjmże mnie o Italio czarowna, z gościnnością obcą opalonym twym dzieciom, roztocz przedemną skarby nieśmiertelnego twego ducha, ukaż piękno, a w pięknie prawdę i dobro w pomnikach kultury twojej. A gdy wzbogaciwszy mój umysł i uszlachetniwszy moje serce, powrócę do domowych ognisk, by tu, dla kraju naszego rozpocząć pracę, osładzaną rodzinną miłością, świeć mi jeszcze w wędrówce życiowej, jak gwiazda na pochmurnem niebie, bym w wspomnieniach twoich ideałów, czerpał wiarę w ideały. Takie myśli snuły mi się po głowie, gdym, lat szereg temu, opuszczał progi rodzinnego miasta, by wolnych od zajęć chwil kilka, przebyć pod jasnem niebem Auzonów. Wieczór był zimny i , wiatr ostry wiał biednym i bogatym w oczy, znosząc różnice, które ludzie dla odróżnienia jedni od drugich, powznosili, rad więc byłem, gdy wtulony w kąt wagonu i przykryty starannie pledem, siłą pary uniesiony zostałem daleko od rodzinnego mego grodu. Daleko! Tak jest, gdy bowiem pierwsze promienie rumianego jak twarzyczka dziewicy słońca, zajrzały do okienka mego, już byłem na granicy Królestwa, u wrót Rakuskiej Monarchii. Powiedział ktoś, że Austrya to Wiedeń — i nie omylił się pono bardzo. Monarchia ta, do dzisiejszego dnia tak silne piętno centralizmu na sobie nosi, że mimo zmienionych warunków bytu, cała w Wiedniu zdaje się być zamkniętą. Dość przejechać drogą żelazną od granicy do grodu, aby się o tem namacalnie . Na przestrzeni kilkudziesięciomilowej, na linii najbardziej uczęszczanej, nie masz tu ani jednego większego miasta, gdyż Prerau na miano takie nie zasługuje. Jak polip, Wiedeń rozpuścił wszerz i wzdłuż swoje nogi, i jak polip, wyssał wszystkie żywotne soki kraju. Ale też sam za to żyje syt i wesoły, uśmiechając się pucołowatem obliczem mieszkańców swoich, gdy ulicznicy śpiewają głośno nad Dunajem:
„Es gibt nur a Kaiserstadt, Es gibt nur a Wien“.
Syt i wesoły... Tak jest, — i ktokolwiek, kiedykolwiek, przejdzie się po ulicach tego miasta, ten przyznać musi, że Wiedeń zawsze i wszędzie przedstawia się z dodatniej strony. To też w tem a nie w czem innem, tkwi tajemnica tej siły, z jaką ciągnie on ku sobie obcych, z jaką ciągnąć ich bodaj czy nie zawsze będzie. W licznem też gronie przybyłych ze stron różnych do Wiednia, podążyłem osobiście i ja, po moim tu przyjeździe, na Kahlenberg. Znaną była mi ta miejscowość dobrze, ale pragnąłem naocznie przekonać się, o wdzięczności mieszkańców cesarskiego grodu, dla pamięci wielkiego pogromcy Turków przed wiekami. Wdzięczność i Wiedeń, — kto się chce o tem przekonać, niech tu przybywa, tu, na tę górę, z której Sobieski z swojemi zastępami, ujrzał bliskie upadku miasto. Niech przybywa i niech patrzy... Może dostrzeże pomnik spiżowy, uwieczniający piękne oswobodziciela rysy, może kolumnę sławiącą jego czyny?.. Niech patrzy! Nad wchodowemi drzwiami kościoła, skromnie i lękliwie bieli się niewielka tablica, zapisana od góry do dołu drobnym drukiem. — Cóż na niej stoi? Oto, że „z tych pagórków, Jan III-ci Sobieski król polski, z wodzami i wojskami Leopolda, pociągnął na odsiecz Wiedniowi“. I nic więcej? Nic więcej. Nic, że on wojskami dowodził, nic, że on bitwę głównie wygrał, nic, że on oswobodził stolicę. Nie pominięto go na tablicy, bo go pominąć nie było można, ale sprowadzono do minimum jego wielką zasługę. Garstka Pigmei, rządząca dziś cesarskim grodem, targnęła się świętokradzką ręką na tego Tytana historyi, i sądzi, że go ściągnęła na ziemię. Niech tak sądzi, — ale niech każdy kto tu przybywa, nie odchodzi od tej tablicy, bez uczucia pogardy dla tych nizkich i małych, do których tak wybornie daje się zastosować wiersz naszego poety:
„Kto z was wiarę i wolność znajdzie i zagrzebie, Myśli Boga oszukać, oszuka sam siebie.
Dwie drogi wiodą z Wiednia do Włoch: na Tryjest i na Pontebba. ponętna dla tych, którzy morza nie widzieli, druga ciągnie tych znowu ku sobie, co wdzięków natury pragną. Lat temu szereg, odbywałem pierwszą drogę, wjeżdżałem statkiem parowym do Wenecyi, zaledwo rozbudzonej ze snu długiego, dziś chciałem zoczyć drogę drugą, zwłaszcza że o powabach jej, dużo się od turystów nasłuchałem. I nie pożałowałem tego. Droga Pontebba należy do najpiękniejszych dróg, jakiemi kiedykolwiek zdarzyło mi się jeździć. W czemże spoczywa ta jej piękność? Zaledwie pociąg kolei opuści maleńką pograniczną stację Pontafel, by powiedziawszy „do widzenia“ Austryi, wkroczyć w granice czarownej Italii, aliści ujmują go jak w uścisk serdeczny, dwa pasma gór niebotycznych, i trzymają, darząc co chwila widokami, godnemi pendzla najpierwszych mistrzów świata. Widoki bo też to jakich mało. Tu piętrzy się skała, gęsto przypruszona odwiecznym śniegiem, tam wdzięczy się zielonemi barwy uroczy pagórek, przytulony do porosłej iglastym lasem góry, a środkiem tego wszystkiego, mknie szybko przeskakując z kamienia na kamień, wartka rzeka, tu i owdzie pokryta białą pianą, owocem kłótni jej własnej wody, z zalegającemi jej łożysko głazami. Ta rzeka, wśród tych gór niebotycznych, wśród tych zieleni i wśród tych śniegów, zalegających wierzchołki skał łysych, — ta rzeka wijąca się to w tę, to w drugą stronę, jak tanecznica w wirze skocznego walca, i odbijająca w jasnem swem zwierciadle: lazur nieba, szkarłaty słońca i zieleń drzew przeglądających się w niej miłośnie, ta rzeka, powtarzam, groźnemu krajobrazowi drogi Pontebba, daje taki wdzięk poetyczny, jak uśmiech rozpromieniający twarz ukochanej kobiety. Jakże bo tu pięknie, jak uroczo. Mimo że przebywam te w samych początkach Maja, wiosna kwitnie tu w całej pełni, mimo że tam w górach śnieg zdaje się wszystko śmiertelnie mrozić, tu na dole, wszystko żyje, uśmiecha się i rusza. Pędzę lotem strzały niewstrzymany, ale pędzę już w kraju słońca, blasku i niegasnącej zieleni, oddalam się od stron drogich, ale pozostawiam za sobą mgliste niebo, słotny czas i zimne wiatry. I nie żal mi tych stron drogich, nie żal serc, które tam w dali biją, olśniony i przygłuszony wdziękami natury, tak hojnie tu na tej drodze rozsianemi, nie myślę o tem co było, o tem co będzie nie chcę myśleć, żyję motylkowem życiem chwili, sądząc, że ona mi za wieki wystarczy. Żyję, — nie, wegetuję, bo myśl mimowoli ciągle wyrywa się z tych stron czarownych, pędem iskry przebywa wody i lądy, przenosząc mnie, rozkołysanego na miękkich wdziękach południa, w kraj własny, kraj północy i twardych warunków życia. — Tak Lapończyk wyrwany z lodów podbiegunowych, przeniesiony tam, gdzie się słońce wdzięcznie śmieje, choć podziwia to słońce i te uśmiechy, tęskni przecież za ojczystemi strony, i rad czasami zamyka oczy przed pięknościami rozsianemi na jego drodze, by wzrokiem ducha ujrzeć po długiem niewidzeniu, rodzinne kąty... Droga Pontebba ciągnie się długą linią. Do Pontafel przyjechałem na wiele przed zmrokiem, a choć ciemności zalegały już dokoła, jeszcze przecież widniały po drodze góry. Nareszcie rozpłynęły się w pagórki, rzeka gdzieś skierowała się w stronę, i gdym dojeżdżał do Udine, krajobraz był już dokoła płaski. W dali tylko, przy bladem świetle księżyca, świeciły tu i owdzie, szkliste na wyniosłościach punkta. Były to odwieczne płachty śniegu, żegnające mnie dążącego na południe, echem i wonią ojczystego naszego kraju.
To też, jeżeli śnieg leżący na skałach drogi Pontebba, przypominał mi od czasu do czasu, kraje zimne, gdziem przecież pozostawił to, co mam najdroższego na ziemi, piękna Wenecja, roztoczyła odrazu przed memi oczyma, powaby i dolegliwości skwarnego lata. Wjechałem w jej bramy przed północą, gdy ta niegdyś królowa Adryatyku, drzemała sobie snem słodkim, pokryta lekką gazą gwiaździstej nocy, a już ciepło dawało mi się we znaki. Cóż, gdy nazajutrz rozbudzony śpiewem przekupniów, rozwarłem firanki, przysłaniające mi światło dzienne, i wyjrzałem na świat szeroki, dokoła tu oblany wodą! Przedemną sterczał gmach komory celnej, kąpiący się w wodach kanału, podemną szkliły się zielone fale, tu i owdzie wiosłami gondolierów, a nademną świeciła, — nie, piekła raczej, tarcza rozżarzonego słońca, zdając się grozić roztopieniem wszystkiemu, na co padały jego promienie. — Co za zmiany, co za różnice, — mówiłem sam do siebie. U nas ziemia nie pozbyła się jeszcze kołdry zimowej, a tu cała przybrana w kobierce szmaragdowe, u nas wiatr ze śniegiem bije w oczy i łzy wyciska, a tu słońce olśniewa i oślepia, zmuszając najbardziej ponure twarze, do uśmiechu dziecinnego i wesela. Powiedział ktoś że Wenecja, to plac Ś-go Marka z pałacem króla, Prokuracjami i kościołem. Nie prawda. Plac Marka, to zwykły plac, rojny tłumami szukających na nim ochłody i wczasu, — Wenecja to kanały ustronne, podmywające progi domostw odwiecznych, to gondolierzy zwinni jak dziewczęta i jak dziewczęta na pieniądze łakomi, most Rialto i tłumy przekupniów, którzy się na tym moście gromadzą, to Gheta cuchnąca i brudna, z żydowstwem wygrzewającem się na słońcu. I gdy na placu Ś-go Marka nie spotkasz nic, coby ci wyraźnie mówiło, że jesteś nie w Paryżu lub Wiedniu, ale w najdziwaczniejszym na całym świecie grodzie, gdy nic ci nie ukazuje tu w całej pełni, krasy królowej, zdegradowanej już dziś, co prawda, Adryatyku, — tam, zdala od tego zbornego punktu całego grodu, widzisz gdzie jesteś, i czego masz się spodziewać. To też kto chce Wenecję poznać, kto chce przeniknąć ducha tego jakby zaczarowanego grodu, niech nie krąży po placach lub wązkich chodnikach, tu mianem ulic ochrzczonych, ale wtulony w kąt gondoli, gdy księżyc ukaże światu blade swe i mgłą melancholii przysłonięte oko, niech każe się wieźć w te ciasne nitki wód, snujące się tu w różnych kierunkach jak prawdziwe nitki w labiryncie Ariadny i niechaj ztąd czepia swój wzrok po gmachach, gdzie niegdyś chadzali 0tello z Desdemoną, po gmachach w których mieszkali niegdyś Barberini i Pisaniewie, gdzie rozkazy Dożowie wydawali. Gmachyż bo to, gmachy! Niema takich ani wesoły Wiedeń, ani Paryż, ani Londyn, ani nawet małpujący Wenecję Hamburg, ani żadne miasto na świecie. Gmachy te, są to jedyne w swoim rodzaju budowle, a choć odrapane i czarne, choć zębem czasu nadkąsane srodze, imponują przecież ludziom, i imponować długo im jeszcze będą. I nic w tem tak dalece dziwnego, wyłaniając się z wód morskich, niby Mickiewiczowska Świtezianka z fal jeziora, niby Świtezianka opowiadają dziwy o dniach owej minionej wielkości grodu, który oddalony od brzegów Italii, ustronnie gdzieś rzucony na laguny, długie czasy berło handlu Europy dzierżył w dłoniach swoich, obszerne państwa ujarzmiwszy, i różnojęzycznym ludom narzuciwszy wpierw swoje prawa. Wśród takich to murów, przy takich to wspomnieniach i myślach, kołysałem się dnia, mniejsza o to którego, w gondoli na kanale wielkim. — Był wieczór, ale nie ten wieczór północy, co to choćby najpogodniejszy, przecież od czasu do czasu, przejmuje nas lekkim powiewem zimniejszego wiatru, ale wieczór uroczej Auzonów ziemi, ciepły i balsamiczny, spokojny i przejrzysty. Podemną lśniła się szmaragdowa posadzka kanału, dokoła snuły się niby widma, czarne łodzie, unosząc w swojem wnętrzu tajemnicze istoty, a nad tem wszystkiem, niby „gmach sklepiony“, wisiał firmament nieba, czystego, białego, bez chmurki. Nagle od strony Rialta, dolatuje mnie jakiś szmer. — Szmer przemienia się w głośniejszy dźwięk, aż oto odgłosy chóralnego śpiewu dochodzą do moich uszów. Na kilku łodziach, czarnych i cmentarnych, jak wszystkie gondole w Wenecji, grono śpiewaków wykonywa jakieś melodye. Muzyka jest z początku wesoła, to znowu coś o smutniejszą nutę trąci, wreszcie zlewa się w całość hałaśną, imponując przecież swoim doborem. Na łódkach śpiewają postrojeni mężczyźni i kobiety, na gondolowych masztach przyświecają różnokolorowe latarnie, jednostajny, głuchy stuk wioseł o wodę dopełnia reszty, — a prostopadle na to wszystko księżyc rzuca swe promienie białe, tęskne, jak o szczęściu marzenie, czyste jak dziecięcia sen. Czy to było piękne? — nie powiem, ale kto widział Wenecję, nie słysząc śpiewu na jej czarownych wodach, ten znowu nie wie co jest Wenecja. Bo powtarzam, — czar i urok tego dziwnego miasta, spoczywa nie w jego galerjach i muzeach, nad które daleko piękniejsze znajdują się w wielu , nie w jego gmachach, bo te co tu się wznoszą, raczej do kościotrupów, niż do zamieszkałych gmachów podobne, ale w tem czemś, co się opowiedzieć nie da, czego nikt bez widzenia pojąć nie może, a co podpatruje ten tylko, kto dajmy na to, słyszy taki na wodzie chór, lub błądzi nocą po cmentarzu miejscowym, niby upiór zatopionym na poły w morzu, lub wreszcie pływa o zmroku po uliczkach, wązkich jak nasze trotuary, a głębokich, tajemniczych i strasznych, jak sumienie zbrodniarza... Myślę że tak jest rzeczywiście, i przed oczami duszy mojej staje mi w tej chwili mara wielkiego angielskiego poety-marzyciela, który tu właśnie, część swojego burzliwego życia przepędzał, a którego niejedno dzieło, bodaj czy pod wrażeniem, tego właśnie nie dającego się opisać „czegoś“ nie powstało. Bo kto ma poetyczną duszę, ten niechaj do Wenecyi podąża, a to co z wnętrza swego ducha, tu pod jej niebem wysnuje, zaiste, przejść doniosłością swą musi wszystko, co kiedykolwiek z pod pióra jego wyszło... Przyznawał to niejednokrotnie Byron, przyznawały za Byronem tysiące, zgadzając się przecież wszyscy na to, że źródło poetyczności tej Wenecyi, spoczywa właśnie w odmiennych warunkach, w jakich dziwne miasto to żyje i rozwija się od stuleci szeregu.
II.
Z Wenecyi do Florencyi jest około dziewięciu godzin drogi. Przebywasz most, łączący królowę Adryatyku z lądem, mijasz Maestre i parę mniejszych stacyi, i znajdujesz się w prastarej Padowie, gdzie tyle wspomnień mówi ci o twym ojczystym kraju. Tu to czerpali wiedzę, by potem zasłynąć naukami wśród swoich, Kopernik i Kochanowski, tu hartowali swojego ducha na wzorach staro rzymskich, Batory, wielki kanclerz Zamoyski i niezapomniany obrońca Wiednia, Jan Sobieski. O ludziach tych mówi ci tu każdy, są oni bowiem zaszczytem tego miasta, zarówno jak chlubą swojego kraju. Czy więc wejdziesz w podwoje sławnej owej Akademii padewskiej, i wzrok powodzisz po ścianach, zawieszonych herbami byłych jej uczniów, czy popołudniową godziną pójdziesz na przechadzkę poza katedrę Ś-go Antoniego i staniesz na placu ochrzczonym mianem pierwszego króla zjednoczonej, Italii, — wszędzie ci te wspomnienia cisną się gwałtownie do głowy, przywodząc przed oczy winy ciężkie, ale zarówno i niezwykłe cnoty, które kunsztowny organizm państwowy, wieki całe utrzymywały w złączeniu... A czy te wspomnienia przeszłości, stają ci przed oczyma duszy wtedy tylko, gdy o tych wielkich imionach marzysz, czy tylko ci nieśmiertelni mężowie, w Padwie wykształcenie odebrali? Przejdź wielką aulę w starożytnej Akademii, przyjrzyj się uważnie napisom nad gankiem podwórzowym, a naocznie przekonasz się wtedy, ilu to przodków naszych czerpało tu wiedzę, by potem promieniami jej oświecać wszystko w domu dokoła. To też Padwa drogą jest każdemu Polakowi, drogą jako rozsadnica cywilizacyi latyńskiej na dalekim wschodzie, i drogą każdemu pozostanie, póki ludzie cenić będą prawdziwą i zdrową naukę... Wenecja, to kanały, Padwa, — to świątynia. Większa od katedry Marka, nie powiem, by była od niej wspanialszą. Imponuje tylko ogromem, ale styl jej, jest mięszaniną stylów, i oryginalnego piętna na sobie nie nosi. To też kto zobaczy uniwersytet i plac Wiktora Emanuela, kto rzuci okiem na katedrę Padewską i przyjrzy się oryginalnym domom, jakim podobnych gdzieindziej trudnoby szukać, a które ozdobione krużgankami, nad głową przechodnia, prowadzą po obu stronach ulicy dach, chroniąc go od potoków deszczowych i słonecznych promieni, kto to wszystko, powiadam zobaczy, ten niech opuszcza Padwę, gdyż więcej w niej pewno nie ujrzy. Nie ujrzy, — jest bo tu jeszcze małe miejskie Muzeum, ale lubo mogłoby ono być ozdobą Warszawy, która żadnego Muzeum nie posiada, we Włoszech przecież jest bez żadnego znaczenia, i w rzędzie zbiorów ściągających miliony cudzoziemców, żadnej prawie nie odgrywa roli. je przecież, i wyszedłem, nie dziwiąc się już temu wcale, że Włochy są, były i będą po wsze wieki, ojczyzną sztuki, że na ich wzorach kształcić się będą bez końca wszyscy, piastujący w duszy wzniosłe ideały piękna. I niech się temu nikt nie dziwi, — jeśli bo w mieście trzydziesto-tysięcznem, malarz ma na swoje zawołanie wyborne kopje arcydzieł i wcale niezłe oryginały, a rzeźbiarz wszystkie wspanialsze z gipsu odlewy i wiele cennych posągów marmurowych, to cóż dziwnego, że gdy dziś niektóre narody, wyprzedziły Włochy w twórczości artystycznej, wszystkie przecież, po naukę, swoich adeptów sztuki, posyłać do Włoch muszą, bo tu tylko wszystko sztuką żyje, tu tylko sztuka z każdego kamienia przemawia, tu sztuka w każdym poczucie piękna rozwija. Tak więc i artyści nasi, z Henrykiem Siemiradzkim na czele, pod pięknem niebem Italii szukali i szukają nie od dziś natchnienia, a chociaż z obrazów ich i posągów, kraj ich rodzinny zawsze przemawia, przecież na talencie ich artystycznym, Włochy wyciskają niestarte piętno, tak, jak wyciskać będą wiecznie na wszystkiem, co w pokrewieństwie zostaje z rodzajami, w których królowali i królują: Michał Anioł, Rafael i Leonardo da Vinci. Drugim etapem za Wenecją, na drodze do uroczej Florencyi, jest Bolonia. Widnieje mi ona przecież tylko zdali, gdy siedzę w pociągu kolei, przesyłając odgłosy instytucyi, związanej z nazwą największego męża, jakiego kraj nasz w XIX-tym wieku wydał. Nie tak dawno, o instytucyi tej było głośno, kraj nasz i prassa interesowali się żywo „Akademią Mickiewiczowską“, mającą na celu zapoznawanie Włochów z pomnikami literatur , nie tak dawno wśród tysiąca słuchaczy, wykładał tam Teofil Lenartowicz, publicznie przemawiał Wołyński. Dziś smętne tylko echa dochodzą do moich uszu. Profesor Santagata, który Akademię tę powołał do życia, znużony długoletnią pracą, zeszedł z zaszczytnego stanowiska, o następcy szlachetnego uczonego coś jakoś nigdzie nie słychać, a młodzi słuchacze, mający być rozkrzewicielami, z czasem, znajomości piśmiennictwa słowiańskiego i naszego wśród Włochów, zaprzątnięci interesami chwili, coraz mniej troszczyć się zaczynają o losy tego, tak pożytecznego przecież zakładu. A kraj nasz? Czyż sam może utrzymać na dalekiem południu instytucję, pośrednie tylko mogącą oddawać mu przysługi? Czyż utrzymałby on choć rok jeden katedrę literatur słowiańskich w Collége de France, nawet w chwili, gdy największa jego chluba, twórca „Dziadów“ i „Tadeusza“, na katedrze tej się znajdował? Tak jest, — bez przyczynienia się rządu włoskiego „Akademia Mickiewicza w Bolonii“, suchotniczy tylko żywot pędzić będzie, rząd ten bowiem, i jedynie tylko ten rząd, może jej stworzyć stałe źródło dochodu, bez którego żaden naukowy czy też uczony zakład, nie przeżyje motylkowego wieku. Właśnie rozmowę toczę w wagonie w tym przedmiocie, z pewnym wykształconym Bolończykiem. — Co pan chce, — odpowiada mi on, po wysłuchaniu uważnem tego com mówił, — u nas na armię włoską to pieniądze zawsze się znajdą, ale o oświacie i środkach na nią, prywatni sami zawsze myśleć muszą. Miły , — pomyślałem, gdy pociąg unosił mnie dalej na południe, czyż i pod tem pięknem, przejrzystem niebem, ludzie o niczem innem nie myślą, jak o zabieraniu życia drugim, i zamiast gromadzić zasoby do wspólnej skarbony cywilizacyi, czyż i tu niszczenie jej owoców za cel swego stawiają istnienia, które w pracy i pokoju, w oświacie i miłości bliźniego, tak pięknie przecież upływać może, ku zbudowaniu całej ziemi, ku radości nieba całego?...
Gdyby nie okolice Bolonii, droga z Wenecyi do Florencyi, byłaby jednostajną i nudną, jak nasza, dajmy na to, do Częstochowy lub Granicy. Bo naprzód idzie ona płaszczyzną, przeżyna wprawdzie koryta szerokich rzek, ale nigdzie nie prowadzi cię z ich biegiem, nigdzie nie ukazuje w oddaleniu, rozłożystych lasów, tak bardzo urozmaicających krajobrazy północy. Dopiero pod samą Bolonią ukazują się oczom twoim góry, które rzucone na tło zabijającej jednostajności, nieopisanie miły sprawiają efekt. Góry to nie wysokie i nie spadziste, w niczem nie przypominają naszych Tatr, lub skał Helweckich, porosłe przecież winogradem i chmielem, oświecone promieniami takiego słońca, jakie nie świeci ani nad Tatrami, ani nad skały Czterech kantonów jeziora, rojne od ludzi krzątających się tu i owdzie, obsiane wreszcie wdzięcznemi domostwami, około których pasą się szeregi krów i kóz, — dla przejezdnego do Florencyi są tak pożądanem zjawiskiem, jak dajmy na to, żyzna i zielona oaza, ukazująca się wdali, oczom zmęczonego spiekotą pustyni Beduina. Jak oaza przecież na pustyni, krótko tylko i one tu zatrzymują na sobie wzrok podróżnego, i niedługo za Bolonią znikają z oczów, aby w zmienionej zupełnie formie, ukazać się dopiero w okolicach Neapolu. A pociąg mknie po ich zniknięciu dalej, już taką samą jak od Wenecyi płaszczyzną, tak samo nudną i , tak samo mało urozmaiconą i ubogą we wdzięczne widoki. — Tak wszystko, — myślę, — znika w życiu, pozostawiając pustkę po sobie, i w myśli stają mi słowa wielkiego wieszcza: „Tu obróciwszy czuły wzrok ku Telimenie,” „Cóż zostanie, — a ona rzekła mu: wspomnienie”.
W dole, wśród kwiatów, w łożysku wspaniałej rzeki, wieńcem gór okolona, wiankiem osłonięta zieleni, w śnie słodkim, już chyba nieprzerwanym, o minionej wielkości marząc, dzieci swego ducha potężnemi wspomnieniami Dantego i Michała Anioła karmiąc, spoczywa Dawniej rojno tu było i gwarno; dwór królewski rozpościerał się w Pitti, zanim skorzystawszy z klęsk Francyi pod Sedanem, przeniósł się na rezydencję do Rzymu; jeszcze dawniej, chadzali po tych ulicach, największy poeta i artysta, jakich spłodził genjusz Italów ziemi, a jeszcze dawniej rozkazy tu dawali potężni władcy, okrutni w wojnach i krwiożerczy, ale wspaniałomyślni i sztuki miłujący w pokoju. Miasto to, — Florencja. Nie wiem jak wyglądała w owej chwili, gdy przed Dantem zamykano na wściąż wrota, nie wiem, czy podobną była choć w części do dzisiejszej, gdy królowali w niej Medyceusze, — to wiem przecież, że kto jej od 1870 roku nie widział, nie poznałby jej obecnie. Lat temu kilkadziesiąt, gdy Wiktor Emanuel patrzył ztąd pożądliwym wzrokiem w stronę wiecznego miasta, które udało mu się posiąść, dzięki tylko zwycięzkim Pruss orłom, lat temu powtarzam kilkadziesiąt, Florencja należała do miast, najbardziej w Italii. Zarówno sztuka, jak i polityka, składały się harmonijnie na to, aby zainteresowanie całego świata ku jej prastarym murom zwracać, a wielu takich, których nie obchodziły Madonny Rafaela, lub freski Giota, miesiące całe spędzali tu w tym celu, aby przyglądać się i śledzić za wzrostem nowo tworzącej się potęgi, która powołana do życia na polach Magenty i Solferina, rosła ciągle, zdumiewając swym wzrostem wszystkich. Z chwilą przeniesienia stolicy Włoch do Rzymu, zainteresowanie się Florencją osłabło, mnóstwo cudzoziemców pociągnęło za zwycięzkimi sztandarami na południe, mnóstwo mieszkań opustoszało, i dziś Florencya zmniejszona w swoim obszarze, płynie ciszej i spokojniej niż dawniej, niby rzeka, która wezbrawszy niezwykle od roztopu odwiecznych śniegów w górach, w latach suszy, zwęziwszy koryto swoje, toczy wody już mniej śmiało i zuchwale. Czy na przeniesieniu się rządu do Rzymu, wygrała czy straciła Florencja? Kto to wie. Straciła niezawodnie na wspaniałości, ruch na jej przedmieściach i ulicach zredukowany został do minimum, mnóstwo opustoszało jej gmachów, ale wewnętrznie, duchowo, podniosła się i spotężniała, niby mędrzec wyrwany z wiru świata, i skazany na przymusową, prawda, ale przecież tak pożądaną dla mędrców — samotność. Dziś, zgadzają się na to wszyscy, — gdy razem z dworem wywędrowały do Rzymu te tłumy, co to niby ćmy za światłem, lecą zawsze za blaskiem i złotem, dziś dla każdego prawdziwego miłośnika sztuki, pobyt we Florencyi jest podwójnie korzystnym. To też ciągną tu i ciągnąć długo jeszcze będą artyści z całego świata, a że synowie sztuk plastycznych, są to przeważnie dzieci pokoju, więc Florencja, rojna nie tak dawno i hałaśliwa, dziś jest miastem harmonii i ciszy. Że zaś są kalekie i zbolałe które ciszy i harmonii łakną, ztąd za artystami, podążają tu na stałe mieszkanie cudzoziemcy, którzy nie rozbijają się wprawdzie powozami po Lungarno i Collinach, nie zapełniają kawiarni i sklepów przeraźliwym, jak w Paryżu w „Magazynie Luwru“ krzykiem, ale spokojnie, z Baedeckerem w ręku, przesuwają się niby cenie, po galerjach Uffici i Pitti, rozkoszując się arcydziełami, jakich darmobyś, zaiste, szukał po stolicach innych miast Europy. I ludzie ci charakter miastu nadali, spokojni i szukający, spokojem tym Florencję napełnili, czyniąc z niej miasto, równie przez uczonych i miłośników sztuki na pobyt pożądane, jak naprzykład Kraków, lub bliskie nam, historycznemi wspomnieniami Drezno. Wśród cudzoziemców, przemieszkujących stale we Florencyi, dość wybitną rolę zajmowała niegdyś kolonia polska. Nie imponowała ona przecież miastu bogactwem i zbytkami, nie zwracała na siebie uwagi wykwintnością ubrania i powozów, poczesne przecież zajmowała stanowisko, dzięki jakości składających ją osób. Podczas pobytu mego we Florencyi, poznałem czterech przedstawicieli tej kolonii: Rygiera, Ordona, Lenartowicza i Wołyńskiego. Szedłem ulicą, z dawniejszym już moim znajomym Wołyńskim, naprzeciwko nas przechodził wysoki i poważny mężczyzna. Wołyński pozdrowił go polskiemi słowy. — Kto to taki? — zapytałem, obracając się za przechodzącym. — To — Ordon. mi kto powiedział, że widział na ulicy samego twórcę „Wallenroda“, prędzej może uwierzyłbym temu, niż moim własnym uszom, gdy ich doszły powyższe słowa Wołyńskiego. — Jakto, Ordon? zapytałem zdziwiony, — przecież już nasz poeta wspomniał o jego śmierci... — To i cóż, że tak powiedział? rzecz w tem, że mylnie doniesiono, iż Ordon nie żyje, a poeta nie sprawdził tej okoliczności. Jak na starca, Ordon wyglądał wcale nieźle. Patrząc na niego, nikt by mu nie dał więcej jak 50 lat. Wiek i koleje życia, przeszły przez tego człowieka, nie pozostawiwszy na nim śladu. I kto by o tem nie wiedział, mógłby, patrząc na jego sztywną postać, sądzić, że po różach mu żywot spłynął, jak tym bogatym Anglikom, którzy zwiedziwszy połowę naszego globu, tu nareszcie z wypchanemi po brzegi kieszeniami, spędzać wesołe chwile, na łonie śmiejącej się natury i sztuki... A jednak! Kiedy w r. 1831 powstał cały naród, by wywalczyć krajowi niepodległość, Ordon znalazł się w szeregach walczących. Bronił (nie wiem już w jakim stopniu) reduty, i nie chcąc jej naciskającemu wrogowi poddać, wysadził ją w powietrze. Zginęło wszystko.
„Wały, palisady, „Działa i naszych garstka, i wrogów gromady „Wszystko jako sen znikło“.
Ale nie Ordon. Zraniony i poparzony ocalał, i został patronem szańców, nie wśród zmarłych jednak, jak sądził Mickiewicz, lecz w pośród żyjących. I żyjący, dawał jeszcze, przez długie lata świadectwo temu, że
„dzieło zniszczenia, „w dobrej sprawie święte jest, jak dzieło tworzenia“.
A świadcząc o tem, mógł, za Mickiewiczem powtórzyć wszystkim, którzy się jego bohaterskiej osobie przypatrywali, iż:
„Bóg wyrzekł słowo stań się, Bóg i zgiń wyrzecze, „Kiedy od ludzi wiara i wolność uciecze „Kiedy ziemię despotyzm i duma szalona, „Zaleją jak Moskale, redutę Ordona, „Karząc plemię zwycięzców zbrodniami zatrute, „Bóg wysadzi tę ziemię, jak on swą redutę“.
We Florencyi mieszkał podczas pobytu mego w niej Rygier. Nazwisko Rygiera znane jest dobrze krajowi, a połączone jest z rozkwitem w ostatnich czasach rzeźby polskiej. Lekki i powiewny w swych utworach, należy on do tej szkoły italskich mistrzów dłuta, którzy wdzięk i grację postawili na pierwszym planie. To też ten wdzięk i ta gracja wdzięczą się do ciebie z każdego jego posągu, czy to patrzysz na Poppeę, na ramieniu której rzucony od niechcenia , już, już ma się wznieść w powietrze, czy na Bachantkę, która w zwinnych ruchach, pląsa przed tobą ochoczo, w wdzięcznych liniach drapując dokoła swych nóżek ubranie. Kiedym bawił we Florencyi, Rygier zajmował obszerne mieszkanie na placu „Indipendenza“ Nieopodal znajdowała się jego pracownia. Skromna i niezasobna, to przecież co posiadała w swojem wnętrzu, nacechowane miało piętnem niezwykłego talentu. Zatrzymałem się przed obszerną płaskorzeźbą, przedstawiającą „Tryumf Zwycięzcy.“ — Jest to apoteoza króla Sobieskiego pod Wiedniem — odezwał się Rygier. Zrobiłem ją umyślnie w tym celu, aby w wiekopomnym dniu dwóchsetletniej rocznicy ocalenia Wiednia od Turków, przypomnieć Włochom ten pierwszorzędnego znaczenia fakt. I osiągnąłem cel zamierzony. — W dniu 12 Września 1883 roku wystawiłem moje dzieło na widok publiczny, tłumy ciekawych zaległy wystawę, a nazajutrz wszystkie dzienniki florenckie i rzymskie, rozpisały się obszernie, nietyle o zaletach mojego dzieła, ile o kraju naszym, o królu Janie i zwycięztwie nad Dunajem. Apoteoza Sobieskiego zrobiła na mnie miłe wrażenie. Nie powiem przecież, by dzieło to było najlepszem z Rygierowych. Przeciwnie, bohaterski, klasyczny zakrój, niekoniecznie nadaje się do jego dłuta, które jest lekkie, wdzięczne, i swobodniej rzeźbi powab niewieściej twarzy, niż surowy mars tryumfatora i wojownika. Przecież nie jest to dzieło bez zalet. Sobieski na koniu, ma w sobie coś imponującego, a otaczający go ludzie, mówią wyraźnie, że jak Czarniecki, „nie z soli, ani z roli, ale z tego co boli“ powstali. To też nic dziwnego, że płaskorzeźba podobać się Włochom musiała, sądzę nawet, że wystawiona w Krakowie, lepiejby przypadła do gustu publiczności, niż utwór Welońskiego, wmurowany w Marjackiego kościoła, a który acz siły nie pozbawiony, przecież zbyt wyraźnie nosi na sobie, piętno niekoniecznie miłej dla oka maniery. Rozmawiałem dość długo z Rygierem o sztuce naszej, o prawdopodobnej jej przyszłości. Artysta wypowiadał sądy bezstronne, w słowach jego czułem przecież gorycz, że kraj nasz tak mało wogóle dla polskiej sztuki robi. — Konkursa nasze, — mówił on — to istna parodja konkursów; nie przewodniczy na nich chęć odznaczenia prawdziwej zasługi, ale prywata i koteryjność. To też miernoty biorą tylko na konkursach tych nagrody, i chcąc nie chcąc, talenta prawdziwe muszą zagranicą szukać chleba, którego im w kraju nie dostaje. U Rygiera znajdowałem się z Wołyńskim. Był to prawdziwy typ literata z Prowadził czynne i burzliwe życie, był księdzem w Rzymie, i korespondentem politycznym wreszcie sutonnę zrzucił, ożenił się i osiadł w Florencyi. Nazwisko Wołyńskiego zaczęło być więcej w kraju znanem, gdy po jubileuszu Kopernika, Uniwersytet rzymski postanowił zebrać niektóre pamiątki, po wielkim naszym astronomie. Wtedy przyszła Wołyńskiemu myśl, założenia w Rzymie Muzeum, mającego w najdalsze czasy, mówić przyjezdnym o prawdziwej narodowości Kopernika. Rozumował on sobie w ten . Niemcy gwałcą bezlitośnie historję, zabierają nawet umarłych, i usiłują wmówić w świat, że Kopernik — to produkt ich narodowego genjuszu. Otóż Rzym jest stolicą świata, ciągną do niego ze wszystkich krańców ziemi, na pamiątkach jego kształcą się, całe pokolenia. Jeśli więc w Rzymie założymy własnemi środkami Muzeum, poświęcone pamięci tej narodowej gwiazdy, jeśli co więcej, nadamy mu prawdziwe piętno, — świat powoli dojdzie de przekonania, że obałamucają go Niemcy, i ani na chwilę niepozwoli sobie wątpić, że Kopernik był Polakiem. I odwołał się Wołyński, zakreśliwszy taki plan, po ofiary do kraju. Ofiary, przy pomocy prasy naszej, w pieniądzach i naturze popłynęły, zamiar się w szatę czynu, i zrodziło się, dzięki energii tego człowieka, wspaniałe Muzeum Kopernika, które stało się jedną z naukowych ozdób, prastarego, siedmiopagórkowego grodu. Ale nietylko Muzeum Kopernika mówi o zasługach Wołyńskiego. Był on skrzętnym i pracowitym badaczem przeszłości naszej, a jego poszukiwania w archiwach włoskich, wyświetliły już niejeden niejasny szczegół historyi polskiej. Kiedym bawił u Wołyńskiego, pokazywał mi on swoje prace, które dla braku nakładcy, spoczywają ze szkodą dla nauki, po rękopisach. — Nie mam środków, na wypuszczenie tego, co pan tu widzisz, w świat; we Florencyi na polską książkę nikt lira nie da, a kraj zapomniał o tych, którzy nie kołaczą wciąż o jego pomoc. Więc znowu kraj. Rygier jako artysta, żalił się na obojętność dla sztuki swoich, Wołyński w charakterze literata, tę samą mi piosnkę śpiewał, z prawdziwym zatem żalem i boleścią, przysłuchiwałem się słowom tych ludzi, bo obaj posiadali prawdziwy talent, obaj mogliby jeszcze długo ogółowi służyć, a obaj tymczasem, — niestety! — podcięte mieli skrzydła, zmuszeni pracować na obczyznie i czasami nawet dla obcych!
The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.
Loading the full text…
The end
You’ve reached the end of Za Apeninami.
