Read here

Van het Roer

Karol May · 1912 · Free in the US

56,594 words · about 3 h 58 min to read

Period artwork: Interior of the Bodleian Library, 1845
About this edition

Free in the US: this text is in the public domain in the United States; it may still be in copyright elsewhere.

Licence: PD-US · Published in 1912 (before 1931): public domain in the United States. Text and transcription from pl Wikisource by Wikisource contributors (transcription licensed CC BY-SA 4.0; contributors: https://pl.wikisource.org/w/index.php?title=Van_het_Roer&action=history). · Wikisource contributors

Text from Wikisource and set out for reading on screen; no words of the book are rewritten or summarized. How RedLectern is built

About this book

Author
Karol May
Language
Polish
Published
1912
Length
56,594 words · about 3 h 58 min
Sections
6 reader sections
Text
Digital text
Rights
Public domain in the United States

 

Contents (6)
  1. Front matter under 1 min
  2. całość about 1 h 59 min
  3. I about 20 min
  4. II about 26 min
  5. III about 40 min
  6. IV about 33 min

Continue:

Front matter

Spis rozdziałów.

całość

I.

Kontynent afrykański, rozpościerający się olbrzymim lądem na południe od Europy, jakby jej przedłużenie, oblany dwoma potężnymi oceanami, jest do dziś-dnia zagadkowym sfinksem dla naszego świata. Wielkie obszary tej części świata, w której rzeki są stosunkowo bardzo nieliczne, wysychają pod palącymi promieniami podzwrotnikowego słońca, i zda się, zawisło nad nimi przekleństwo bezpłodności i śmierci. Ogromne też przestrzenie, na setki tysięcy mil rozległe, skąpa zaledwie roślinność pokrywa w porze deszczowej. W owej porze tysiące potoków spada z szumem i hukiem po złomach skalnych i wyrwach na to chyba jedynie, by po wartkim i rozpędzonym potężnie biegu zniknąć w morzu piasków i żwiru. A obok tych przedziwnych, na poły martwych, jak powierzchnia wygaśniętego jakiegoś globu, pustynnych przestrzeni stwarza niepojęta przyroda najpotężniejsze swoje dzieła: świat zwierzęcy i roślinny, zakrojony na miarę gigantyczną, najbujniejszy na całej kuli ziemskiej. Podczas bowiem, gdy w jednem miejscu żar pustyni nie pozwala zakiełkować najmniejszej trawce, tuż prawie obok dziewicze lasy palmowe pną swoje bujne wierzchołki ku niebu, a wśród nich uwijają się tysiące małp, napełniając puszczę żywym ruchem i wrzaskami. W bezbrzeżnem morzu piasku, zda się, nie istnieje nawet najdrobniejsza muszka, najmizerniejszy robaczek, a jednak o uszy wędrowca obija się tu ryk potężny króla wszystkich zwierząt; wśród oaz i zarośli sięgają prawie wierzchołków drzew swoimi łbami wspaniałe żyrafy; opodal widać wyżłobione od stóp słoni i nosorożców szerokie ścieżki; a tuż niedaleko w wysychających bagnach i zapadniach wywracają się, jak wieprze, olbrzymie hipopotamy... „Czarny ląd“ nieprzystępny jest dla cywilizacyi starego świata głównie z powodu mało albo wcale nierozwiniętych wybrzeży. Wskutek tego też Afryka znana jest wogóle mniej, niż Ameryka lub Australia, o których przez wieki całe ludzkość pojęcia nawet nie miała, podczas gdy północne naprzykład wybrzeża Afryki znane były już starożytnym. Brakowało im atoli zarówno środków, jak i odwagi, by zapuścić się w głąb tego tajemniczego kontynentu, gdzie tyle niebezpieczeństw czyha na przybysza niemal na każdym kroku. Wiadomości o tem, jakoby starożytni opłynęli Afrykę, są bądź czczym wymysłem, bądź legendą, zupełnie do wiary nie podobną. Taką też legendą jest naprzykład wzmianka w „Księdze Królów“, jakoby za czasów indyjskiego władcy Jozafata przedsiębrano podróże morskie od zatoki Arabskiej do przylądka południowego i dalej do Hiszpanii. Nie stwierdzoną jest również wzmianka Herodota, że Kartagińczycy, wysłani przez króla egipskiego Necho w r. 610 przed Chrystusem, tą samą drogą okrążyli czarny kontynent. Potwierdzenia tych wiadomości do dziś nie mamy, a zarówno podania o następnych podróżach Kartagińczyka Hanno w r. 500 przed Chr. i Eudoxos’a z Gadesu pozostają w dziedzinie podań. Zdaje się, że do końca piętnastego stulecia nikt z północy nie okrążył przylądka południowego Afryki i dopiero historyczną jest wyprawa, którą zorganizował król portugalski Jan pod dowództwem Bartłomieja Diaza. Ten podróżnik istotnie opłynął przylądek r. 1487, ale dalej się nie zapuścił z powodu buntu załogi. Ponieważ w owych okolicach panowały w tym czasie wielkie burze, Diaz nazwał kraj przylądkowy południowej Afryki Cabo tormentoso, — ale król Jan zmienił tę nazwę na „Przylądek dobrej nadziei“, pewnym będąc, że tędy prowadzi droga do bogatych Indyi. Następca jego, Immanuel, wysłał flotyllę, złożoną z czterech okrętów pod dowództwem Vasco de Gamy w celu dalszych badań. Jakoż istotnie dzielny ten podróżnik spełnił chlubnie swoje zadanie, wykreślając ostatecznie drogę do Indyi. Portugalczycy jednak nie troszczyli się bynajmniej o sam ląd południowej Afryki, nie widząc w nim żadnych korzyści dla swej ojczyzny. Dopiero r. 1600 zajął ten kraj Holenderczyk kapitan van Kisboek i postanowił skolonizować go swoimi ziomkami. Wychodźcy holenderscy, zwani Boerami, wyparli z kraju autochtonów jego, Hotentotów, aż po siedziby Kafrów i zajęli go dla siebie, zakładając tu liczne osady i fermy. Wzbudziło to zawiść w Anglikach, którzy zapragnęli owładnąć ziemią Boerów dla swoich celów i ostatecznie w pokoju paryskim 1714 r. uzyskali ten kraj dla siebie. Od tego czasu zaczyna się bardzo silny napływ do Kaplandu Anglików, którzy zwrócili wszelkie swe usiłowania ku temu, by osiedleńców holenderskich wyprzeć z zajętych przez nich siedzib, wskutek czego wywiązał się zawzięty zatarg między kolonistami jednej i drugiej narodowości, mający wpływ niemały na walkę z plemionami tubylczemi. A plemion tych w żaden sposób lekceważyć nie było można, — wchodziła tu bowiem w grę walka dwóch ras na śmierć lub życie, tak samo, jak naprzykład w Ameryce, gdzie białe plemię uwzięło się wytępić doszczętnie rasę miedzianą i opanować jej siedziby, jej ziemię w zupełności i niepodzielnie. I jak czerwonoskóre plemiona amerykańskie bronią się do dziś jeszcze w rozpaczliwych wysiłkach przed ostateczną zagładą, tak i mieszkańcy pustyni Kalahari nie dali za wygraną i wciąż bronią swoich praw, swego bytu, swego istnienia. Zagłada jakiegoś ludu, bez względu na jego stopień kultury i rasę, nie może nigdy nastąpić odrazu i nagle, — lud ten bowiem, szczwany, rozdrażniany, doprowadzany do ostateczności, zmaga się zazwyczaj na siłach i przez czas dłuższy stawia opór najpotężniejszym atakom, a ulega dopiero w ostateczności, i wówczas jeszcze starając się pociągnąć za sobą w przepaść tych, którzy na niego nastają. W Afryce południowej walka ta była dla tubylców o tyle ułatwioną, że wśród białych ich napastników nie było zgody i trwały wśród nich nieskończone zatargi. Pewnego razu, bawiąc w holenderskiej prowincyi Zelandyi i goszcząc w domu niejakich van Helmersów, która to rodzina, mimo niezamożności, podejmowała mię bardzo gościnnie i serdecznie, dowiedziałem się, że jeden z krewnych głowy domu wyemigrował był do Kaplandu. Wychodźca ten i jego syn przez długi czas pisywali do swej rodziny, lecz od chwili, gdy Boerowie zostali wyparci przez Anglików za góry Smocze, do dzisiejszego Transwaalu, korespondencya ustała. Mimo to, rodzina wspominała bardzo życzliwie tych swoich krewnych, i kiedy się przyznałem, że w najbliższym czasie zamierzam przedsięwziąć podróż na południową półkulę, proszono mię na wszystko, ażebym się wywiedział coś o tych rzekomo zaginionych krewnych i nawet powierzono mi list na wypadek, gdyby wywiady moje odniosły dobry skutek. Przybywszy do Kaplandu, zwiedziłem co ważniejsze miejscowości tego kraju i wybrałem się następnie do Transwaalu, aczkolwiek tamtejsze stosunki niebardzo wówczas były zachęcające. Sławny wódz Kafrów, Czaka, uchodzący słusznie za Attylę afrykańskiego, podbił był liczne plemiona i szczepy czarnych swych współziomków i zorganizował je tak znakomicie, że przez długi czas uchodziły one za niezwyciężone nawet w stosunku do napływowej, białej ludności tamtejszej. Niebawem jednak rodzony brat tego wodza, nazwiskiem Sikukuni, pozazdrościł Czace sławy i potęgi, napadł na niego i zamordował, a przywłaszczywszy sobie władzę, chciał ją utrwalić szeregiem zwycięstw nad znienawidzonymi Boerami, którzy i bez tego cierpieli prawdziwy krzyż Pański ze strony rządu angielskiego i osadników w Albionu. W walkach tych dokazali Boerowie istnych cudów waleczności i wkońcu uspokoili wojowniczego Sikukuniego. Następnie jednak, gdy republika boerska przedsięwzięła budowę kolei żelaznej do Delagoa, która to kolej byłaby uniezależniała Boerów ekonomicznie, rząd angielski postanowił zniweczyć ten plan, a to w ten sposób, że podburzył Sikukuniego do powstania przeciw nim, dostarczywszy mu broni i pieniędzy. A gdy już walka wybuchła, wówczas Anglia wystąpiła zbrojnie, rzekomo w imię zasad chrześcijańskich, i pod tym płaszczykiem dokonała zaboru Transwaalu. Z tych to czasów pochodzi owo zdarzenie, które opowiedzieć tu zamierzam. W Transwaalu podróżuje się zazwyczaj wozami, zaprzężonymi w woły. Co do mnie jednak, przyzwyczajony będąc oddawna do jazdy konnej, wybierając się w drogę, postarałem się o wyborowego wierzchowca angielskiej rasy. Podróż konno jest przedewszystkiem o wiele szybsza i daje więcej swobody. Obok mnie jechał Kwimbo, Basuto, wynajęty za przewodnika. Przedtem służył on przez dłuższy czas po farmach, gdzie nauczył się coś-niecoś po holendersku i nie był wrogo dla białych usposobiony. Była to wielce osobliwa figura. Ubranie jego składało się jedynie ze skórzanego fartucha na biodrach, a czarną swą lśniącą skórę smarował od stóp do głów jakimś tłuszczem. Chroniło go to, co prawda, przed owadami, ale, niestety, tak przykra woń zalatywała od niego, że starałem się obcować z nim nie bliżej nad dwadzieścia kroków. Ciekawą też osobliwość przedstawiała jego fryzura, smarowana starannie gumą akacyową, dzięki czemu włosy zbiły mu się w dwie gęste warstwice, podobne do trzewików, ułożonych na głowie podeszwami do siebie, a końcami rozchylonych ku przodowi. Wśród tych zbitych włosów przechowywał Kwimbo cenne swoje drobiazgi. Wskutek przyozdabiania od dzieciństwa konch usznych ciężarkami, miał uszy tak że można je było porównać co do wielkości z uszyma Nowofundlandczyka. Obecnie, aby im nadać praktyczną wartość, zwijał je zawsze co rana w trąbki, w których chował dwie tabakierki. Oprócz tego w obydwa skrzydła nosowe miał wprawione grube mosiężne kółka, naokoło zaś szyi przewiesił wykrojony i zszyty ze starych podeszew rzemień, na którym wisiały dwa dzwonki, jakie się uwiązuje w górskich okolicach krowom. Najprawdopodobniej skradł je, służąc kiedyś na farmie. Na koniu siedział zupełnie tak, jak małpa na katarynce, obnoszona po podwórzach przez rozmaitych spekulantów. Chcąc mówić do mnie, otwierał naoścież potężne usta z czerwonemi dziąsłami i dwurzędem silnych zębów i wyglądał wówczas, jak jakiś bardzo osobliwy okaz zoologiczny, — ale z jakiej rodziny i klasy, trudno byłoby określić w pierwszej chwili nawet zawołanemu przyrodnikowi. Osobnik ten był uzbrojony w potężną maczugę, zrobioną z czarnego drzewa, w zakrzywiony nóż i oszczep do rzucania. Czy umiał posługiwać się tą okropną bronią, nie zdołałem na razie przekonać się naocznie. Ponieważ trudno mi było wystarać się dla niego o takiego konia, jakiego sam miałem, więc kupiłem mu brabantczyka, z tej samej rasy, z jakiej w wojnach napoleońskich używano koni do zaprzęgów armatnich. Konisko to poruszało się ociężale, jak słoń, a tak nierówno, że biedny Kwimbo czasem tylko mógł się posługiwać uzdą i wolał wpleść obie ręce w bujną grzywę, bo to było bezpieczniejsze. Wyjątkowo przez czas jakiś pozwoliłem mu jechać obok siebie po lewej ręce, bo wiatr wiał od prawej i nie potrzebowałem zatykać nosa. Syn czarnego kontynentu starał się wywdzięczyć za to informacyami na temat polityki krajowej. — Widziała mynheer Sikukuni, wielkiego króla Kafrów? — Nie, nie miałem przyjemności. A ty? — Kwimbo nie widziala Sikukuni... Kwimbo jest dobra Holenderczyk, dobra Basuto, a kiepska Zulu. Ale Kwimbo słyszała o Sikukuni. Kwimbo nie chce widzieć Sikukuni. — Tak go się boisz? Kwimbo otworzył gębę tak szeroko, że można mu było zajrzeć niemal do żołądka, wytrzeszczył białka oczu, jakby mię połknąć zamierzał, i ozwał się z nietajoną urazą: — Co mynheer ? Kwimbo się boi Sikukuni? Mynheer nie zna Kwimba. Kwimbo jest dzielny, Kwimbo jest silny, Kwimbo Sikukuni. Ale Sikukuni ma wiele Zulu, a Zulu mają wiele irua i dużo, dużo strzelb. Anglia daje Zulu strzelby i proch, żeby Zulu zabili Holandyę, ale Kwimbo nie ma strzelby ani prochu i nie może zabić Zulu. — My właśnie zdążamy do gór Kwatlamba i najprawdopodobniej wkrótce znajdziemy się w krainie Zulów. Gdybyś więc chciał zastrzelić paru nieprzyjaciół... — E, e, mynheer ma strzelbę i proch, mynheer zastrzeli Sikukuni i Zulu. Kwimbo woli żyć i kochać mynheer, bo mynheer daje Kwimbo tytuń, a Kwimbo za to kocha mynheer całą duszą i sercem. Zapewnienie to było wypowiedziane z takim zapałem i gestykulacyą, że dzielny syn Afryki stracił równowagę i zleciałby z konia na ziemię, gdyby nie znalazł jeszcze czasu na uchwycenie się oburącz jego grzywy. — Czy Sikukuni jest naprawdę tak straszny? — O, ho, ho! Sikukuni pozabijala bialych mężczyzn, biale kobiety, biale dzieci. Sikukuni morduje nawet Basutów. Sikukuni pije krew i tańczy, gdy zabija bialych. Sikukuni pobila Boerów na głowę... I jestże Sikukuni dobry? Kafr mówił prawdę. Słyszałem o rzezi nad Blesbock, gdzie Sikukuni uśmiercił bez pardonu przeszło sześciuset Boerów i Hotentotów. Okrutnik ten nie wahał się też nieraz w czasie uczty lub w przystępie wściekłości wycinać tłumy jeńców, a nawet własnych poddanych. Znany jest fakt, że chciał uśmiercić swego krewnego Somi jedynie za to, że był pokojowo usposobiony względem białego plemienia. Podstępem atoli udało się biedakowi ujść okrutnej śmierci. Niestety, uciekłszy sam, dowiedział się wkrótce, że żona jego wraz z jedynem dzieckiem padła ofiarą okrucieństwa Sikukuni na pustyni Kalahari. Sikukuni pławił się formalnie we krwi i krwawej też zemsty domagały się ustawiczne jego okrucieństwa. Wprawdzie, dzięki żelaznej swej ręce, utrzymywał w karbach swoje zastępy, które mu były wojowniczo posłuszne, ale wiedziano o tem dobrze, że miały one już dość tej ręki i że potajemnie upatrzyły sobie innego dowódcę, mianowicie owego Somiego, tylko nie wiedziały, gdzie się znajduje. — O, Sikukuni nie jest dobry i dlatego nie dlugo utrzyma się na czele Zulów. Ale, och, mynheer — przerwał nagle, — Kwimbo widzi człowieka tam, na górze. Ktoś tam jedzie na koniu, jak Kwimbo i mynheer. Mówiąc to, wskazywał ręką przed siebie, gdzie istotnie w niedalekiej odległości spostrzegłem jakiegoś jeźdźca, zdążającego w tym samym, co i my, kierunku, ale z innej strony, wskutek czego mógł nas znacznie wyprzedzić. — Boer, czy Anglik? — zauważyłem. — Naprzód, Kwimbo! musimy go dogonić! I przy tych słowach dałem swemu rumakowi ostrogę, aż poskoczył pełnym kłusem. Brabantczyk, widząc to, puścił się również szybszym krokiem, ale tłusty grzbiet tak mu się kołysał w jedną i drugą stronę, że biedny Kafr ledwie się na nim utrzymać zdołał, krzycząc przytem w niebogłosy: — Oj, oj, mynheer! Koń biegnie za szybko. Kwimbo zgubi Kwimba i konia. Gdzie mynheer znajdzie Kwimba, jeżeli Kwimba już nie będzie na świecie... Oczywiście nie zważałem na te argumenty wygodnego Kafra i pędziłem dalej, co sił, — on zaś krzyczał coraz głośniej, z czego sobie nic już nie robiłem, bo uwagę moją zwrócił ów obcy, który, spostrzegłszy nas, stanął i czekał. Obcy jeździec siedział na koniu rasy angielskiej i zadziwiał naprawdę olbrzymim swym wzrostem przy młodym stosunkowo wieku. Z szerokiej dobrodusznej twarzy wyglądała jednak pewna duma, niemal zarozumialstwo. Patrzył na nas podejrzliwie i badawczo, ale nie można go było posądzić o złe względem nas zamiary. — Skąd? — spytał krótko, ale nie groźnie. — Od Wilhelma Larssena. — Uhm, znam. Bardzo godny człowiek. A dokąd, mynheer? — Tak sobie... w góry... — Poco? Zbyt daleko zapuścił się w swoich pytaniach, — dalej, niż pozwalała na to zwykła uprzejmość. Ale z miny nie wyglądał na źle dla mnie usposobionego lub niesympatycznego. Odpowiedziałem mu więc bez wahania: — Chciałem poznać kraj, jako turysta... cóżby więcej, mynheer? Popatrzył na mnie z podełba, pomyślał chwilę, poczem powtórzył: — Ehe, kraj poznać... rozumiem... Ale szkoda zachodu! Tam trzeba, ot co! — tu uderzył ręką w kolbę strzelby. Był to oczywiście Boer — i nie miałem zamiaru ukrywać przed nim sympatyi, jaką żywiłem dla jego współziomków. — Tak, tak — rzekłem. — To wcale nie ładne stosunki. Judzenie jednych przeciw drugim dla wyciągnięcia następnie korzyści dla siebie uważam wprost za zbrodnię. Obcy spojrzał na mnie z nietajoną sympatyą: — Więc pan nie Anglik... tak pan i gadaj! Możesz być dla nas Chińczykiem, Eskimosem, Tatarem... wszystko jedno, byle tylko nie Anglikiem. Witam pana! I podał mi rękę, a następnie, spojrzawszy na Kafra i uśmiechnąwszy się, zapytał: — Służący? — Służący, przewodnik i tłumacz w jednej osobie, a ponadto towarzysz, jakiego ze świecą szukać. — O, to nie będzie na mnie zbyt łaskaw, jeżeli od tej chwili ja narzucę się panu za przewodnika. Pan zmierza ku Bezuidenhout, nieprawdaż? — Istotnie. — I ja tam jadę również. Jeżeli tedy panu to na rękę, to służę. Nazywam się Kees Uys. Spojrzałem na niego mile zdziwiony, gdyż znajomość ta była dla mnie wręcz zaszczytem. Młody ów człowiek był synem słynnego dowódcy Boerów, który wespół z Potpieterem i Pretoriusem odniósł świetne zwycięstwo nad Kaframi pod Pieier-Maritzburg. — Niewymownie się cieszę z poznania tak znakomitego wodza — odrzekłem, wymieniając swoje nazwisko, które dla niego, zupełnie zresztą naturalnie, było obojętne. — Słyszał pan coś o mnie w Kapsztadzie? — Owszem, i nietylko tu, ale nawet w Europie. — O, czyżby aż w Europie zajmowano się nami? — odparł, połechtany nieco w swej dumie. — Rozumie się, panie. — A dla kogo tam w Europie żywią sympatyę? dla nas, czy też dla Anglików? — Nie jestem politykiem, mynheer, ale otwarcie wyznać muszę, że wszystkie narody Europy po waszej są stronie. Ja osobiście mam wielu przyjaciół wpośród Anglików, z którymi poznałem się w podróżach, ale to bynajmniej nie wpływa na moje uczucia względem was, tak niesłusznie i bezwzględnie traktowanych przez zachłannych synów Albionu. I chociaż nie mam tutaj żadnego osobistego interesu, gotów byłbym, mimo to, chwycić przeciw nim broń każdej chwili, jak długo znajduję się w cennem pańskiem towarzystwie. — Dziękuję — uścisnął mi rękę ponownie. — Wprawdzie nie spodziewam się, by zaszła taka okoliczność, iżbym osobiście potrzebował pańskiej pomocy, ale już sama gotowość pańska ku temu i jego sąd bezstronny, sprawiedliwy, są dla mnie miłe. Jechał obok mnie, milcząc długą chwilę, poczem ozwał się znowu: — A co pan myśli o hegemonii Anglików na morzu? Jest ona ściśle związana także z dążnościami ich kolonialnemi, jak to sobie już dawno na podstawie historyi uprzytomniłem. Bo niechno pan tylko sięgnie do tej historyi, a odrazu stanie panu przed oczyma Fenicya, potem Grecya, Kartagina, Rzym, Hiszpania, Portugalia i dalej wzdłuż wybrzeży Francya, Holandya, wreszcie Anglia! Jak ta hegemonia przechodziła z rąk do rąk kolejno, nie uważa pan tego? — Słuszne są pańskie uwagi i uznaję ich trafność, z nieznacznemi tylko zastrzeżeniami. — Albo naprzykład nasza sprawa z Anglią. Holandya zdobyła znaczną część wód, a przynajmniej więcej, niż jakikolwiek inny naród; Anglia zaś odebrała jej to już gotowe. W Europie, w Indyach, w południowej Afryce, wszędzie, gdzie było co do zagrabienia, Anglia zagrabiła, oczywiście w takich chwilach, gdy nie było to dla niej niebezpiecznem. Tak naprzykład my osiedliliśmy się w tym dzikim kraju, wnosząc tu kulturę i pracując nad podniesieniem jego; a oto, gdy już doszliśmy do jakiego-takiego dobrobytu, przychodzi Anglia i chce zabrać tę ziemię, jak swoją. Oczywiście będziemy jej bronili i ginęli, jak bohaterowie, a czyny nasze bynajmniej nie będą opiewane w pieśniach i opowieściach, bo do ojczyzny daleko, za światami. Synowie nasi jednak i wnuki przekażą nasze idee swoim znów następcom, i może wkońcu znajdziemy sprawiedliwość, jeżeli ona wogóle na świecie istnieje lub istnieć będzie kiedykolwiek... Choć istotnie i my nie bez winy. — Każde stworzenie na świecie — ciągnął dalej Uys — ma prawo do bytu, do istnienia. Każde zwierzę, każda roślina, każdy człowiek, każdy wreszcie lud i naród powinien żyć i rozwijać się w warunkach, wskazanych mu przez Stwórcę i zakreślonych przez przyrodę, i w takim tylko razie może doskonalić się, postępując naprzód w kulturze i cywilizacyi. Gdy wszakże inny naród chce skorzystać z odwiecznej jego ziemi i, dla widoków materyalnych, choć ani siał, ani orał, stara się go wyprzeć z jego siedzib, wówczas niewesołe nastają warunki istnienia. Lud, wygnany z swej ziemi, musi szukać oparcia pod innem niebem i rozpoczynać życie nanowo. Ale na nowy grunt przesadzona roślina z powodu nieodpowiedniego klimatu marnieje: korzenie jej usychają, liście więdną i następuje niejednokrotnie śmierć. Stąd wniosek, że i my możemy zniknąć z Kaplandu, a zniknąć już choćby tylko dlatego, żeśmy zawinili, że porwaliśmy się na odwieczną tubylczą ludność, jak rabusie, że popełniliśmy na niej gwałt. Anglia zaś... Ta wobec krajowców nie zawiniła nic; ona tylko tępi nas, co mamy krew bliźnich na rękach swoich, i w zasadzie nie popełnia zbrodni, chcąc mam, rabusiom, wydrzeć tę ziemię... — Co też pan mówi! — przerwałem mu, zdziwiony takimi poglądami, wygłaszanymi przez Boera. — Stanowczo nie wierzę, aby można było zdmuchnąć z powierzchni ziemi jakiś naród tak sobie, bez żadnych zgoła ku temu praw. Weźmy naprzykład dwa jakiekolwiek ciała chemiczne i połączmy je. Czy one zginą? Czy w naturze wogóle może co zginąć? Tu tylko inną postać przybiera materya, nie ginąc bynajmniej... Takie mojem zdaniem prawo panuje nietylko w świecie nieorganicznym, ale i wpośród ludzi. Proszę wziąć na uwagę Amerykę. Z rozmaitych elementów powstał ten zlepek nowy, a tak dzielny, że prześcignął nawet macierzystą swą rasę, rasę europejską. — Tak, ale ten nowy element, na ziemie Ameryki przeniesiony, nie zawiera w sobie również pierwiastków zasadniczych: nie zasymilował Indyan, lecz ich wytępił, jak ongiś Krzyżacy wytępili lud pruski... A to wielka różnica. Naprzykład dzisiejsze gwałty pruskie względem narodów ujarzmionych!... No, ale pomyśli pan sobie o mnie, że jestem krańcowym idealistą, że oddaję się marzeniom i hołduję utopiom... nieprawdaż, mynheer? Jego zewnętrzny wygląd bynajmniej nie budził domysłu, że jest utopistą. Przeciwnie, herkulesowa ta postać zdawała się być stworzoną raczej do czynów praktycznych, realnych, do wysiłków bohaterskich na zasadzie „prawa silniejszego“. I nawet ubranie jego świadczyć mogło o tem. Na głowie miał kapelusz filcowy z szerokiemi krysami, praktyczny, ale wcale nie estetyczny; piersi i ramiona osłaniał mu kubrak z grubej wełnianej materyi, a na potężnych nogach miał mocno przetarte skórzane spodnie i wysokie buty z cholewami. Uzbrojenie również biło w oczy prostotą i prymitywnością. Składało się ono z krótkiej szpady i karabinu ciężkiego kalibru. Ilu jednak Kafrów i... Anglików wyprawiły na tamten świat kule z tej starej broni — któż mógł odgadnąć! Boerowie słyną na cały świat, jako niezrównani strzelcy, a wielu z nich po wojnie popisywało się tą swoją umiejętnością w Europie w rozmaitych teatrzykach, strzelając do jabłka, umieszczonego na głowie żywego człowieka. — Bynajmniej nie uważam pana za fantastę — odrzekłem — i upatruję w panu raczej bohaterskiego rycerza czynu i zwolennika realizmu. — Tak? czy podobna? A jednak, jeśli nim nie jestem teraz, to być nim muszę wkrótce, choćby naprzykład z tego powodu, że zaprzeczam stanowczo, jakobyśmy mieli swą historyę. — Jeżeli pan m oże uzasadnić to twierdzenie, to i wówczas jeszcze nie koniecznie zaliczałby się pan do utopistów. — Owszem, mogę to uzasadnić, oczywiście nie wobec jakiegoś uczonego profesora, bo panowie ci wyznają bardzo ciekawe dogmaty. Oni budują z materyału swych myśli gmachy, sięgające obłoków, ale w gmachach tych jest zazwyczaj pustka. O budowę mieszkań dla pokoju i szczęścia ludzkości nie idzie im wcale. Tysiące książek napisali, ale w żadnej z nich niema ani cienia historyi. — Panie! — Tak, tak, mynheer. Pozwól pan na pewne porównanie. Nauki przyrodnicze rozpadają się na trzy główne działy: o zjawiskach przyrody, jej sile i jej prawach. Nauka przyrody ma za zadanie wykazać, w jaki sposób pewne siły i wedle jakich niezmiennych praw wywołują takie czy owakie zjawiska. Również i historya powinna na podstawie sił i praw wykazywać konieczność pewnych zjawisk historycznych. Czy jednak znane jest panu dzieło z zakresu historyi, któreby polegało na tych motywach? Czy czytał pan bodaj traktat o nieuniknionem zdarzeniu, które wynikło ściśle na podstawie wspomnianej siły i prawa? — Ma pan poniekąd racyę. — Bo i czemże nasi uczeni historycy są zajęci? Ograniczają się oni jedynie do sortowania materyałów w taki sam sposób, jak to czyni Kafr ze szklanymi pa- ciorkami, nie wchodząc w przyczyny powstania tych przedmiotów. Czy to ma być historya? Ach, przepraszam! owszem, jest to historya, matka nowoczesnej polityki! A politycy umieją przedewszystkiem kłócić się i bić o owoce na drzewie, którego nie zasadzili i nie pielęgnowali. Ale zapewniam pana, że takie błędne założenie musi kiedyś pociągnąć na dno przepaści wszystkich, którzy opierają na niem swą potęgę i swoje prawo. A na miejsce tego założenia wejdzie inne, przez Boga nakreślone, któremu na imię — pokój. Wówczas zaś ludzkość przetopi miecze na pługi, na narzędzia rzemieślnicze, na machiny fabryczne, albowiem rządzić będzie światem nie siła, nie przemoc, lecz sprawiedliwość i miłość wzajemna. Do tego oczywiście bardzo jeszcze daleko, ale... Urwał nagle i zasępił się, jakby sercem jego targnęła bezsilna rozpacz na myśl, że nie doczeka owej pięknej epoki w życiu ludzkości. Uszanowałem to milczenie, nie mówiąc nic czas dłuższy, dopóki on pierwszy nie ozwał się, ale już innym tonem: — To, o czem mówiliśmy, tyczyło się przyszłości, mynheer. Ale czasby pomyśleć o chwili bieżącej. Chce pan tedy przedostać się na tamte strony gór; a czy ma pan adres osób, do których zwrócić się zamierza? — Podróżuję zwykle „na chybił-trafił“, jak ptak przelotny, i skłaniam głowę tam, gdzie ochronę ku temu znajdę. W tym jednak wypadku mam istotnie adres do pewnej osoby. — A więc poszukuje pan kogoś?... — Żeby to było wyłącznym moim celem, nie powiem. Ale przypadkowo bawiąc niedawno u pewnej rodziny w Zelandyi, dowiedziałem się, że rodzina ta ma krewnych w Transwaalu, o których przez dłuższy czas nie doszła — żadna wiadomość do Europy. Otóż proszono mię, bym się dowiedział o tych krewnych, gdy będę tutaj. — Jak się nazywają? — Van Helmers. — Hm! Miałem pod swoimi rozkazami tysiące Boerów... Zaraz... zaraz... Tak, przypominam sobie... byli tacy, którzy nosili to nazwisko. Czy nie mógłby mi pan udzielić bliższych jakich co do nich wyjaśnień? — Wiem tylko, że cofnęli się pod naporem Anglików poza góry Smocze do Transwaalu. — A pochodzą z Zelandyi? Czem był pierwszy wychodźca? — Był żeglarzem. — I nazywał się Lucas van Helmers? — Tak, istotnie — rzekłem uradowany. — Czy pan zna tych ludzi?... — Słyszałem... tak... tak... Ale ów Lucas już dawno nie żyje... Zaraz... niechno pomyślę... Z oblicza jego poznałem, że coś przede mną chciał ukryć i że wie więcej, niżby mi chciał powiedzieć. Ciekawy byłem, z jakiej przyczyny miałby coś taić przede mną o tych ludziach? Nagle zatrzymał konia, a za jego przykładem poszedłem i ja. Grunt w tem miejscu był kamienisty, żwirowaty, a równolegle ciągnęło się wzgórze skalne, z poza którego doleciały uszu naszych wyraźne odgłosy kopyt końskich. — Ktoś zbliża się na koniu — zauważył Uys, zdejmując karabin z ramienia. Chwyciłem i ja również za broń swoją, lecz zbyteczną okazała się ta ostrożność, bo na zakręcie spostrzegliśmy na koniu... postać kobiecą, nic więc bardzo groźnego. Kobieta miała na sobie okrycie z czerwonej materyi, spadające wolno z ramienia, z drugiego zaś zwisała skóra lamparcia. Na głowie, czarnej, jak smoła, miała czapkę z pstrych piór. Ramiona i nogi były bez okrycia. Rozumie się, z barwy można się było domyślić, że była to córa Kafrów, młoda jeszcze dziewczyna. Spostrzegłszy nas, sięgnęła pod skórę lamparcią po nóż. Wnet jednak znikł z jej oblicza niepokój, gdyż poznała znajomego w osobie mego towarzysza: — Kees Uys? Do nas? — Tak, kochana Mietje. Czy matka w domu? — W domu. — A Jan? — Niema go; poszedł na lamparty. — A dokąd ty się wybrałaś? — Do Zelenst’a, bo matka jego zachorowała. — Ależ, dziecko, jak można!... Nie zajedziesz tam przed nocą, a droga wielce niebezpieczna. — Nie boję się wcale — odrzekła z uśmiechem, — pan wie o tem doskonale. A zresztą z matką Zelenst’a jest tak źle, że konieczna pomoc sąsiada... — Czy ów sąsiad jest lekarzem? — zapytałem. — Bynajmniej; zna się trochę na ziołach i jest zwykłym farmerem boerskim. — Wobec tego niech dziewczyna wraca, a może ja poradzę co chorej. — Pan jest oficerem? — zwróciła się do mnie uradowana dziewczyna. — Jestem lekarzem i mam nawet przy sobie apteczkę podróżną. — Znakomicie — wtrącił Uys. — Wobec tego wracaj, Mietje, i nie troszcz się już o matkę. Ja wręcz sobie przypomnieć nie mogę, czy stanęła kiedy w tych okolicach stopa lekarza. Pośpieszmy się trochę, mynheer, a przekonasz się, że i dziewczyna nie daje zleniwieć swemu pony. Puściliśmy się szybkim kłusem, przyczem spostrzegłem zaraz, że Mietje umiała jeździć, jak prawdziwa amazonka. Zająłem się też nią nie na żarty. Przedewszystkiem, skąd między Kaframi mogło się znaleźć imię chrześcijańskie i skąd taka serdeczna przyjaźń dla niej ze strony słynnego wodza Boerów? Zewnętrzne warunki kazały się domyślać, że dziewczyna pochodziła z dzielnego jakiegoś szczepu, może z Amatomba lub Lagoanerów. Co za jedna ma być owa chora matka? Dziewczyna nie wyglądała na wychowaną wśród Kafrów. Myśli te i spostrzeżenia zostały nagle przerwane przeraźliwym krzykiem za nami. Obejrzałem się. W niedalekiej odległości biegł brabantczyk, ale sam, bez jeźdźca, — ten ostatni zaś leżał opodal na ziemi nawznak i, wystawiwszy do góry ramiona i nogi, krzyczał na całe gardło: — Mynheer, zaczekajcie! Aj, oj, uj! Kwimba nie ma już konia, a koń nie ma Kwimbo! Oj, aj! koń pobiegła, a Kwimbo nie ma już czem biedz! Kwimbo nie ma nóg! Kwimbo nie ma rąk! Kwimbo już zginął i już go niema! Parsknąłem śmiechem, a zawtórował mi towarzysz. Dziewczyna jednak pogalopowała ku nieszczęśliwemu i, zsiadłszy z pony, pochyliła się, pytając: — Ty się nazywasz Kwimbo? Czy ci się stało co złego? — Tak, Kwimbo nazywa się Kwimbo, ale Kwimbo nie wyrządzila nic złego Kwimbo, tylko koń... — Cóż cię boli? — Wszystko; Kwimbo jest caly umarly, Kwimbo nie żyje. Zsiadłem i ja z konia, by się przekonać, czy istotnie Kafr nie złamał ręki lub nogi; mimo jednak dokładnych oględzin, nie zauważyłem obrażeń. Kwimbo jednak nie myślał wstawać i zapewniał, jęcząc, jak potępieniec, że jest nieżywy. Wreszcie zsiadł z konia i Uys, a dobywszy równocześnie noża, rzekł: — Rzeczywiście Kwimbo jest nieżywy, i jeżeli w to nie wierzycie, to was przekonam, gdy mu wytnę kawał mięsa z łydki. Jeszcze Uys się nie pochylił, by wykonać swoją żartobliwą groźbę, gdy Kwimbo zerwał się na równe nogi i o parę kroków wywinął w bok wspaniałe „salto mortale“. — Kwimbo nie trzeba rznąć — krzyczał przytem. — Kwimbo jest nieżywy, ale Kwimbo pojedzie na koniu. — Siadajże więc prędko i nie błaznuj, bo nie mamy czasu zabawiać się z tobą. — A czy mynheer pojadą znowu tak prędko? — Oczywiście. — To niech mynheer przywiąże Kwimbo do konia, bo Kwimbo będzie drugi raz . — Owszem, udawaj umarłego — rzekł Uys, — a ja wówczas naprawdę wyrżnę ci kawał łydki. Sądzę jednak, że nie zajdzie tego potrzeba, bo najdalej za pół godziny będziemy już na miejscu. Tylko pan — zwrócił się do mnie — bądź łaskaw pokazać, że potrafisz więcej, niż sąsiad Zelmst...

II.

Po niespełna półgodzinnej jeździe zatrzymaliśmy się u wejścia do uroczej doliny, która ciągnęła się w szerokości około półtorej mili angielskiej między dwoma wzgórzami. Samym środkiem doliny wił się w licznych zakrętach wśród bujnej roślinności strumień. Na stokach górskich po jednej i drugiej stronie pasły się liczne stada bydła, koni, owiec i kóz, dalej na wzgórzu widniały zabudowania farmy, otoczonej wysokiemi drzewami wśród uprawnych pól. — Jesteśmy na miejscu — rzekł Uys. — Jak się panu podoba ten zakątek? — Istotnie coś podobnie uroczego nie zdarzyło mi się widzieć w tych stronach. Czyja to posiadłość? — Właścicielem jest afrikander, neef Jan, dwudziestoletni młodzieniec. Dzielny to chłopiec i drugiego takiego niełatwo pan znajdzie w tej części świata. Szkoda, że niema go w domu; byłby go pan poznał osobiście. Uys nazwał młodego człowieka „neef Jan“, nie wymieniając nazwiska rodowego. Holenderski zwyczaj nazywania w ten sposób nawet nie krewnych dotarł aż tutaj, do Afryki. Znajomi tytułują młodych „neef“, a młodzi starszych „baas“. Przytem wychodźcy holenderscy nazywają tu osiadłych swoich ziomków wyrazem „afrikander“, co znowu oznacza dzielnego człowieka, który umie się obchodzić z bronią i staje nieustraszony przed wrogiem, zwłaszcza, jeżeli tym wrogiem jest Anglik. Stąd też wielką tu wagę przywiązują do tego określenia, nielada honor i cześć przynoszącego osobie, której dotyczy. Ów afrikander neef Jan dał widocznie już nieraz dowody swej dzielności, skoro słynny dowódca Boerów wyraża się o nim tak chlubnie. — A jakież jest jego nazwisko rodowe? — zapytałem. — Ciekawy jesteś, mynheer. Chciałem wymienić to nazwisko dopiero wówczas, gdy będę mógł przedstawić panu osobiście owego młodzieńca. Ale widocznie zależy panu na tej wiadomości, więc rad-nierad powiem, że nazywa się on Jan van Helmers. — Helmers? — przerwałem uradowany. — Czyżby należał do rodziny, której poszukuję? — Jeśli się nie mylę, to on jest wnukiem owego wychodźcy, o którym mi pan wspominałeś, a który zginął w bitwie pod Pieter-Maritzburg. Dzielny to był żołnierz, ale i wnuk nie ustępuje mu w niczem. Jego karabin nie chybił jeszcze nigdy ani w dzień, ani w nocy, i dlatego to właśnie nazywają go Boer van het Roer A i pięści ma silne, jak niedźwiedź! — A ta dziewczyna? — zapytałem, gdy czarna wyprzedziła nas znacznie. — To jego adoptowana siostra i narzeczona. — Ach, tak! — Jego ojciec znalazł ją w Kalahari, na północ od Griqua. Dziecko leżało obok zwłok dopieroco zamordowanej młodej Kafryjki. Zabrał więc sierotkę, ochrzcił i wychowywał w domu, nazywając ją swoją siostrzyczką; wreszcie postanowił ją poślubić. — A cóż na to rodzicie? — Zgodzili się. Bo też i dziewczyna to zuch nielada. Jan nie znalazłby z pewnością takiej pomiędzy osiedleńcami. Wy zresztą tam, w Europie, żywicie pewne uprzedzenia do innych ras; my jednak inaczej się na tę sprawę zapatrujemy. — Czy nie dowiedziano się nic bliższego o jej rodzicach? — Nie. I poco zresztą? Wystarczy, że dziewucha sam a daje o sobie najlepsze świadectwo. Jan bawi często poza domem, a ona właściwie prowadzi całe gospodarstwo. Zobaczy pan, jak nas przyjmie, gdy przybędziemy do jej domu. Poto nas w tej chwili wyprzedziła. Niebawem wjechaliśmy przez otwartą bramę na obszerny dziedziniec farmy. Przyjęło nas tu głośnem ujadaniem kilka psów, ale uspokoił je szybko Uys. Nie dał się jednak uspokoić rwący się ku nam z budy a przymocowany do niej łańcuchem tęgi lampart, który żarł ziemię i szarpał się na wszystkie strony. Ponadto jeszcze jeden mieszkaniec farmy miał wyjść na nasze powitanie, i z początku, słysząc tylko głos jego, nie mogłem sobie przypomnieć, coby to była za istota. Dopiero pojawienie się z za węgła domu olbrzymiego strusia wyjaśniło zagadkę. Ptak był nielada rozjątrzony; wyciągnął szyję i, bijąc skrzydłami, popędził prosto na nas, a właściwie (wiedział, kogo wybrać) na Kwimbę. Ten jednak spostrzegł odrazu, co się święci, i wciągnął obie gołe nogi na grzbiet konia, krzycząc przytem przeraźliwie: — Mynheer, mynheer! na pomoc, na ratunek! Struś chce polknąć Kwimba. Struś niech polknie konia, ale Kwimbo niech żyje! Kwimbo nie byla jeszcze nigdy w takie niebezpieczeństwo! Struś, podrażniony jeszcze bardziej wrzaskiem Kafra, starał się koniecznie dosięgnąć dziobem jego nogi, a nie mogąc tego dokonać, zaatakował brabanta. Połechtane konisko poczęło wierzgać nogami, a Kwimbo katulał się po jego grzbiecie, jak gruszka, i omal nie zleciał pod potężne nogi nieprzyjaciela. — Mynheer! ratujcie Kwimbo! mynheer, zastrzelić strusia! Ale mynheer nie trafi Kwimbo, tylko tego potwora! Uys starał się odpędzić ptaka, ale napróżno. Psy zaczęły ujadać na nowo, a lampart omal się nie urwał z łańcucha. Sytuacya stawała się naprawdę niebez- pieczną, gdy nagle z okna domu ozwał się głos kobiecy, i wszystkie zwierzęta, dzikie i swojskie, uspokoiły się od razu. — Rob, do mnie! — wołała Mietje. I struś dał spokój swej ofierze, biegnąc co żywo do okna. Odetchnęliśmy z ulgą, bo kto wie, czy nie wypadłoby i nam zmierzyć się z natarczywym biegusem. Kilku Hotentotów zabrało wnet nasze konie i odprowadziło do stajen, poczem Uys i ja udaliśmy się do budynku mieszkalnego. Przyjęła nas tu Mietje i przedstawiła starszej kobiecie, siedzącej w głębokim fotelu i poobwijanej w koce, jak mumia. Chora powitała nas z nadzwyczajną serdecznością. — Jeffrouw Soofje, ten mynheer przybywa z Holandyi — zauważył Uys. — I to z Zelandyi — dodałem. — Z Zelandyi? Nie znam tego kraju, ale ojciec mego męża tam się urodził. Pisywał też często do rodzinnego swego miasta, ale, niestety, nie odpowiadano mu wcale. Zna pan miejscowość Störkenbeck w Zelandyi? — Bawiłem tam przez tydzień w gościnie u rodziny van Helmersów. — U Helmersów? — zapytała żywo. — Toż to nasi krewni! Nie wspominali panu o Lucasie Helmersie? — Bardzo nawet często. Prosili mię, bym was poszukał i oddał listy. Oni również pisali do państwa, ale bez skutku. Stosunki pocztowe w tym czasie inwazyi angielskiej są tu wręcz skandaliczne! — List ze Störkenbeck? Proszę-ż mi go dać, mynheer. Mietje przeczyta, a wy tymczasem przekąście cokolwiek. Niestety, nie znajdziecie na stole dziczyzny, bo Jan od trzech dni poza domem. Poszedł na lamparty! Na ten ostatni wyraz położyła szczególniejszy nacisk, jakby chcąc nadać mu inne jakieś znaczenie. Spojrzała przytem na Uys’a znacząco, z czego domyśliłem się, że tu wcale nie idzie o owo zwierzę z rodziny kotów, które spotkać można bardzo często w koloniach, a które wyrządza krwawe spustoszenia wśród trzody, i dlatego tępią je bez litości. — Chciałem się z nim wybrać — odrzekł Uys, — ale wskutek nieprzewidzianej przeszkody spóźniłem się. Sądzę wszakże, że go jeszcze dogonię, bo wyruszę natychmiast, skoro tylko koń się podpasie. Zresztą ten gość — wskazał na mnie — nie jest przyjacielem Anglików, i możemy być w mowie swobodni, jeffrouw. Czy Jan pojechał sam jeden? — Tak. — Do Klaarfontain? — Tak przynajmniej mówił. — Nie wspominał, kto tam ma przybyć? — Van Raal, Zingen, Veelmar i van Hourst, a może jeszcze kto. — Więc byliby dowódcy w komplecie. A co słychać z Freed’em up Zoom? — Była wiadomość, że i on również przybędzie. Kazano mi to koniecznie panu zakomunikować. — Czyżby istotnie? — zapytał żywo. — Jeżeli tak, to niezawodnie przyprowadzi on człowieka, który będzie mu potrzebny do unieszkodliwienia Sikukuniego... A i ja muszę wytężyć wszystkie siły, by się z nim spotkać. Jak długo mają na mnie czekać? — Cztery dni od dziś. — To wystarczy. Musisz pan wiedzieć — zwrócił się do mnie, — że zamierzamy urządzić rozstrzygającą wyprawę na Kafrów. Wprawdzie zawarliśmy z nimi rozejm, ale chciwy krwi Sikukuni nie dotrzymuje u kładów i napada na naszych osiedleńców, zaśmiecając kraj swemi bandami, a Anglicy wspierają go w tem moralnie i materyalnie, nie dbając o to, że posiłkują niebezpiecznego zwierza, który prędzej czy później na nich samych rzucić się gotów. Czy nie byłby pan skłonny wziąć udziału w tej wyprawie? Spotka pan tam samych doborowych afrykandrów, a może nawet jednego z wodzów kafryjskich, który wkrótce zasłynie niezawodnie, jak Sikukuni, a który prowadzi na Boerów tłumy Zulusów, jak mię właśnie o tem powiadomiono. To zaproszenie do wzięcia udziału w wyprawie podobało mi się mocno, — niestety jednak nie mogłem z niego skorzystać ze względu na chorą. — Kiedy pan wyrusza? — spytałem. — Skoro się tylko posilę. — W takim razie nie mogę, niestety, przyłączyć się do pana. Przyrzekliśmy bowiem tej pani pomoc lekarską i słowa dotrzymać należy, mynheer. Uys przyznał mi słuszność i zabrał się do spożywania zastawionych potraw. A jadł dzielny dowódca tyle, że podobne obżarstwo przypłaciłbym życiem. Tymczasem Mietje otworzyła list i odczytała go bardzo płynnie, mimo, że pisany był niewyraźnie i z błędami. Zaciekawiła mię ta zdolność dziewczyny, i matka zauważyła to zaraz. — Mietje czyta lepiej, niż Jan — rzekła, — mimo, że jest on starszy od niej o całe cztery lata, no, i piastuje godność adjutanta Uys’a. Dziewczyna nauczyła się od nieboszczyka ojca, który uchodził nietylko za dzielnego Boera, ale i za najuczeńszego z pomiędzy wszystkich osiedleńców. Niestety, uśmiercili go Kafrowie. To też zarówno ja, jak i Jan, nie spoczniemy dopóty, aż póki Sikukuni nie poniesie za to zasłużonej kary. Uys posilił się wreszcie i, przewiesiwszy karabin przez plecy, rzekł: — A no, jeffrouw, jadę, ale za gościnę nie dziękuję, gdyż samo przez się rozumie się, że wrócę tu z Janem. I z panem — dodał, zwracając się ku mnie — nie żegnam się, bo go tu niezawodnie zastanę jeszcze. — Przypuszczam, że mynheer nie zechce nas pozostawić bez opieki — odrzekła. — Niech Bóg prowadzi, baas Uys. A pamiętajcie, że wrócić wam wolno jedynie z wieścią o ostatecznem załatwieniu się z Sikukunim... Wyprowadziłem Boera z chaty na podwórze razem z Mietje, która tam została, a ja wróciłem do chorej. Po bliższem jej zbadaniu przekonałem się, że był to zwykły katar, nic niebezpiecznego. Na szczęście, miałem pod ręką odpowiednie środki apteczne, które przyrządziłem, nakazując chorej bezzwłocznie położyć się do łóżka. Ażeby Mietje jej w tem pomogła, wyszedłem po nią na dziedziniec, ale znaleźć jej nigdzie nie mogłem, i dopiero jeden z Hotentotów objaśnił mię, że panienka jest... w szkole. — Co? w szkole? — powtórzyłem zdziwiony. — Tak — odrzekł dumnie. — Małe dzieci i wielkie khwekhwena uczą się wiele... czytać... pisać... rachować... modlić się... Ho, ho! Mietje jest dobra i mądra... Udałem się we wskazanym kierunku i usłyszałem wnet głośną rozmowę. Na polance, otoczonej ze wszystkich stron drzewami i zaroślami, siedziała wśród dziatwy, jak misyonarz, Mietje. Dziatwa podzielona była na dwa oddziały. Jeden, jak to już z odrębnego typu można było poznać, składał się z potomstwa Hotentotów, drugi z Kafrów. — Złożyć ręce! — rozkazywała dziewczyna. I w tej chwili czarne rączyny złożyły się kornie do modlitwy. — Uważać! zaczynamy — dodała, i na dany znak rozległa się modlitwa chórem: „Sida ’tib, hommi ”na’hab, sa’ons ”anu-”annuhe!“ Dzieciaki odmówiły „Ojcze nasz“ do końca, poczem dziewczyna zwróciła się do malutkich Kafrów: — A teraz wy! „Bawo wetu o sezulwini, malipatwe ngobungcwele igama lako“. — Pięknie — chwaliła nauczycielka, gdy ucichły ostatnie wyrazy pacierza. — A teraz wszyscy razem, tak, jak tam się modlimy u jeffrouw Soofje. I mali Hotentoci wespół z Kaframi odmówili teraz chórem „Ojcze nasz“ po holendersku: Onze vader, die in de hemelen ziit, uw naam worde geheiligt... Przykro mi było przerywać dziewczynie w tak pięknem zajęciu, lecz ze względu na chorą musiałem to uczynić. Była niejako stropiona mojem pojawieniem się. Odprawiwszy wszakże dziatwę, poszła ze mną ku domowi. Gdyśmy weszli w obręb zabudowań, zauważyłem na płocie dwie suszące się skóry lamparcie. — Czyżby te zwierzęta były tu tak pospolite? — spytałem. — Tak — potwierdziła, — w lesie bardzo często można się z niemi spotkać, i niebezpiecznem byłoby strzelać do lamparta, gdy się nie jest pewnym, iż się go ubije odrazu. Pierwszy lampart, którego wprawdzie trafiłam, raniąc śmiertelnie, ale nie położyłam na miejscu, byłby mię rozszarpał na strzępy, gdybym się była nożem nie obroniła. Bestya postrzelona rzuciła się na mnie, jak wściekła. — A więc Mietje umie także obchodzić się z bronią? — spytałem zdziwiony. — Owszem. Jan mię nauczył. Bo w tym kraju, gdzie niebezpieczeństwo czyha na każdym kroku, dobre jest zaznajomienie się z bronią palną. — Czy daleko stąd do lasu? — Niezbyt daleko. Trzeba przejść przez dolinę, a potem skierować się w góry na prawo, skąd już widać jego pobrzeże. Lasy w tym kraju są rzadką osobliwością, więc tembardziej ciekawy byłem ich charakteru. Że zaś miałem dość czasu, więc postanowiłem wybrać się do owego lasu, i to natychmiast. Przywołałem tedy służącego, który właśnie stał opodal uwiązanego na łańcuchu lamparta i przypatrywał mu się z podziwem. — Czy konie nie głodne? — zapytałem go. — Jadly i pily, mynheer. Kwimbo byla także pilna i jadla, o! dużo dobrego jadla. — Weźże więc swoją broń. Pójdziemy do lasu. Wstąpiłem do izby, ażeby zabrać swój karabin, a gdym oznajmił kobietom o planowanej wycieczce, ostrzegły mię, że w lesie tym jest pełno jadowitych wężów, a przytem dla bezpieczeństwa radziły wziąć za przewodnika jednego z Hotentotów, którego mi zaofiarowały. Wymówiłem się jednak od tego i wyszedłem na dziedziniec, gdzie oczekiwał mię już Kwimbo, obwieszony swą bronią, jakby się wybierał na wojnę. — Mynheer wziął strzelbę? Mynheer będzie strzelal? A do kogo będzie mynheer strzelal? — Do słoni — odrzekłem, udając powagę. Kafr odskoczył dwa kroki w bok i, spojrzawszy na mnie z przerażeniem, krzyknął: — Do sloni? O, mynheer będzie zabity i Kwimbo też. jest gruby... słoń ma paszczę tak wielką... I rozkrzyżował ręce, ażeby mi pokazać, jak wielką paszczę ma słoń. — Boisz się więc słonia? W takim razie poszukamy lwa. Słowa te odebrały mu resztę panowania nad sobą. — Mynheer chce znaleźć lew? Och, lew jest o wiele większy, niż sloń; lew zjada ludzi, lew zje Anglików, zje Holenderczyków, zje Koikoib, zje Kafrów i zje Kwimba. I co Kwimbo pocznie, gdy go zje lew? Kwimbo chce pojąć za żonę dziewczynę, Kwimbo nie powinien być zjedzony... To było dla mnie nowością. Nie mogłem żadną miarą wyobrazić sobie tego małpowatego Kafra w roli małżonka, wobec czego spytałem: — Co? chcesz się żenić? — Kwimbo ożeni się. Wypowiedział to z taką stanowczością i powagą, że aż mię zaciekawiło, jak wygląda jego wybrana. — Cóż to za dziewczyna, z którą chcesz się połączyć? — Kwimbo weźmie sobie piękną Mietje — odrzekł z dumą. Na te słowa omal nie parsknąłem śmiechem, ale się wstrzymałem, pytając dalej: — A dlaczego właśnie Mietje? — Bo Mietje jest dobra. Kiedy Kwimbo z konia, mynheer Ays chciała rznąć Kwimbo, ale Mietje nie , i dlatego Mietje wyjdzie za Kwimbo. — Mówiłeś z nią o tem? — Nie. Kwimbo nie gadala jeszcze o tem z Mietje. — A jesteśże pewny, że ona cię zechce? — O, czemużby nie! Kwimbo jest piękny, Kwimbo jest dzielny, Kwimbo jest mądry i w sam raz dla pięknej Mietje. Nie chciałem odbierać biedakowi tak pięknych złudzeń i, poprzestawszy na tem, wyprzedziłem go nieco, pozostawiając za sobą. Dolina, którą szliśmy, zwężała się coraz bardziej i bardziej, aż wreszcie doszedłem do miejsca, skąd wytryskało obfite źródło, dające początek strumykowi, który obficie zasilał okoliczną roślinność. Stąd wedle otrzymanych wskazówek wspiąwszy się na wzgórze, zostałem mile zdziwiony wspaniałym widokiem na okolicę, pokrytą rozległymi lasami. Zdawało mi się też, że widzę na grubym piasku coś jakby ślady ludzkie, ale bardzo niewyraźne. Zastanowiło mię to, lecz, gdy weszliśmy na grunt skalisty, i ślady owe zniknęły, przestałem o nich myśleć i wszedłem w las. Mimo zbyt odległej od równika szerokości geograficznej i suchego względnie gruntu, roślinność tu miała charakter podzwrotnikowy. Jest to bowiem cechą całego kraju przylądkowego, że gdzie tylko roślina zapuści korzenie, zdobywa sobie potrzebną wilgoć i, dzięki łagodnemu klimatowi, rozwija się przecudnie. Cała flora Kaplandu oszacowana jest na dwanaście tysięcy gatunków, i to właśnie daje najlepszą miarę, jak dogodne warunki posiada tu wegetacya obok rozległych obszarów pustynnych oraz kamienistego tu i owdzie podłoża. Zaledwie uszliśmy kilkadziesiąt kroków w głąb lasu, napotkaliśmy na rodzinę pewnego gatunku pawianów, co zniewoliło Kwimba do ogromnej ostrożności: w jednej ręce trzymał oszczep, w drugiej maczugę i postępował za mną z taką miną, jakgdyby miał się spotkać co najmniej z lwem lub słoniem. Niestety, nie mogliśmy spotkać tu ani lwa, ani słonia, gdyż osadnicy wyparli je w głąb lądu na północ, zarówno, jak i nosorożce oraz hipopotamy. W lesie tym, jak się zdawało, ptaki stanowiły najliczniejszą grupę świata zwierzęcego. Nie obawiały się nas wcale; widocznie nie płoszono ich zbytnio, to znaczy — rzadko noga ludzka błądziła tutaj, a jeśli zabłądziła, to nie w zamiarze tępienia skrzydlatych stworzeń. Zagłębiając się w las, zachowałem wszelkie ostrożności. Karabin miałem przygotowany do strzału i zwracałem baczną uwagę na każdy szmer w pobliżu. Szliśmy tak z godzinę, gdy wtem nagle usłyszałem w niedalekiej odległości... strzał. — mynheer? — szepnął Kwimbo, wystraszony śmiertelnie. Przystanąłem, nasłuchując chwilę. Niebawem dał się słyszeć wystrzał ponowny. — Aj! znów strzelają. Tu są dwaj abantu, dwaj mężczyźni... Zastrzelili jednego. Co do mnie — byłem odmiennego, niż Kwimbo, zdania: strzały pochodziły z jednej i tej samej strzelby, jak to z odgłosu poznać było można. Miałem zamiar posunąć się powoli naprzód i podpatrzyć z ukrycia tajemniczego Strzelca, ale się wstrzymałem, usłyszawszy wyraźne wołanie: — Help, help! Oh woe to me! Angielskie te słowa upewniły mię, że wołał biały, któremu zdarzyło się jakieś nieszczęście. Przyspieszyłem kroku, podążając przez gęstwę paproci, i wnet oczom moim przedstawił się nie tyle straszny, ile komiczny widok. Oto jakiś człowiek chwycił się rękoma gałęzi, zwisających z pochyłego drzewa, i przerabiał nogami, jak pajac, opędzając się przed dzikiem, który, raniony widocznie, rzucił się na swego prześladowcę. Podniosłem strzelbę do ramienia, by wypalić, gdy mi w tem przeszkodził Kwimbo, chwytając mię za ramię gwałtownym ruchem. — Nie strzelać, mynheer! zostawić to dla Kwimbo! Kwimbo lubi szperkę, Kwimbo zabije świnię! I w kilku susach zaskoczywszy z tyłu rozjuszonego dzika, począł go okładać, co sił starczyło, swoją dzidą, a następnie wpakował mu ją pod łopatkę i, chwyciwszy maczugę, zadał nią dzikowi kilka potężnych uderzeń między oczy. Zwierzę powaliło się na ziemią, jak długie, bohater zaś, widząc to, podniósł w górę maczugę, jak sztandar, i krzyknął na znak tryumfu: — Patrz, mynheer! Świnia już leży. Świnia nie zjadła Kwimbo, ale Kwimbo zje świnię! To rzekłszy, wyjął dzidę z ciała zwierzęcia i, dobywszy noża, zabrał się natychmiast do zdzierania skóry. Uwolniony z niebezpieczeństwa człowiek zeskoczył z gałęzi na ziemię i, przetarłszy oczy, jakby ze snu zbudzony, rzekł: — Hail, sir! Pomoc wasza przyszła w sam czas! Zwierzę było tak rozjątrzone, że niepodobna było z niem walczyć prawdziwemu ! Już z tych słów domyśliłem się, że był to Anglik. Chudy był, jak tyka. Na rudej głowie miał czapkę, sporządzoną ze skóry nosorożca, ubranie zaś składało się z krótkiej kurtki i spodni, na których wysoko zapięte były filcowe kamasze. W ręku o długich, niby małpie, palcach trzymał za lufę dubeltówkę, a u boku miał potężny pałasz z kosztowną rękojeścią, za pasem zaś sterczały dwa noże i dwa pistolety. — Sir Hilbert Grey — przedstawił się z dumą, jakby był conajmniej księciem Walii. — Co pana sprowadziło w te dzikie okolice? — zapytałem, wymieniwszy również swoje nazwisko. — Interesy, których oczywiście nie mogę wyjawiać nieznajomemu, zwłaszcza Holendrowi. — Ja bynajmniej nim nie jestem, sir. Do Kaplandu wolny wstęp każdemu. Pomijając to, daruje sir, że go zapytam, co wspólnego miał ten dzik z pańskimi interesami? — Och, to nie dzik! to smok, to potwór!... Wyszedłem do lasu na przechadzkę, dla przyjemności, by lepiej strawić posiłek, a tu potwór ten zastępuje mi nagle drogę i... — ...Chce pana pożreć — przerwałem mu żartobliwie. — Pshaw! Ta bestya nie stała spokojnie; gdym do niej wycelował, jakby naumyślnie poczęła się rzucać, jak dyabeł. A przecież ja, do licha, umiem obchodzić się ze strzelbą... — Mniejsza o to, sir. Czy nie mógłbym zapytać, w czyjem towarzystwie spożywałeś pan posiłek? — No, no! co panu do tego? Niech pan raczej każe temu człowiekowi, żeby poszedł precz od dzika, bo to moja zdobycz, a potem obaj możecie sobie iść, dokąd wam się spodoba... — Tak pan myśli, sir Hilbert Grey? A mnie się zdaje, że zdobycz należy właśnie do mego służącego, który nietylko że zwierzę zabił, ale i uratował panu życie. — O, nie! dzik do mnie należy, i potrafię... — Nic pan nie potrafi! — przerwałem mu surowo. — Gdy dwaj cywilizowani ludzie spotykają się gdziekolwiek na świecie, choćby nawet w kraju ludożerców, to jednak zachowują pewne formy towarzyskie i uprzejmość. — Przecie przedstawiłem się wam, sir. — To jeszcze nie wszystko! Zamiast podziękować za ocalenie życia, pan wydajesz nam jakieś rozkazy, dyktując nam, byśmy sobie poszli, dokąd nam się spodoba. Otóż dobrze, pójdę, ale droga moja wiedzie tam właśnie, dokąd pańska, mianowicie pójdę tam, gdzie spożywałeś pan swój posiłek. W tych niespokojnych czasach czuję się w prawie przekonać się, kto znajduje się w pobliżu. Czy więc zaprowadzi mię pan do swych towarzyszów, czy też odmawia mi pan tego? — Nie zaprowadzę, sir — odrzekł, patrząc na mnie podejrzliwie. — Nic nikomu do tego, w czyjem towarzystwie znajduję się w tej okolicy. Podejrzenia moje nie skrystalizowały się jeszcze w jakiś konkretny wniosek, ale obecność Anglika w tych stronach, gdzie z rzadka tylko mieszkali sami osiedleńcy boerscy, wrogowie Anglików, dawała wiele do myślenia. Na szpiega był ten człowiek za głupi. Gdyby jednak był nim istotnie, to co właśnie miałby do roboty w tym ustronnym, dzikim lesie? Wprawdzie Uys wspominał coś, że po tamtej stronie łańcucha górskiego gromadzą się Zulowie. Ale jaki z tem związek ma obecność w tem miejscu Anglika? — A jeżeli ja wiem, w czyjem towarzystwie pan tu przebywasz? — zapytałem. — Co pan może wiedzieć? — A to, że pan przybyłeś tu w towarzystwie Kafrów. — Co też pan mówi? — wykręcał się niezgrabnie, z czego poznałem odrazu, że kłamie. — Pan się myli. Cobym ja miał do czynienia z dzikusami? Czy widziałeś pan ich? Kwimbo kończył właśnie swoją robotę i od czasu do czasu spoglądał ku nam głupkowato, gdyż nie rozumiał z naszej rozmowy ani słowa. Teraz rzekłem do niego: — Zostaw to. Musimy towarzyszyć temu . — Co? Kwimbo ma zostawić świnię? Mynheerr Kwimbo jest głodny, a świnia już prawie gotowa do upieczenia. Kwimbo zaniesie świnię do Mietje; niech wie, jaki Kwimbo bohater! — No, no! to ci nie ucieknie, i będziesz mógł potem... W tej chwili, gdy rozmawiałem z mym Kafrem, Anglik najniespodziewaniej dał susa w krzaki, jak spłoszony jeleń, i znikł mi w gąszczach leśnych. Rozumie się, musiał mieć ważne do ucieczki powody, mianowicie nie chciał prawdopodobnie, aby ktoś obcy odkrył jego towarzyszów, i dlatego tak nie po dżentelmeńsku, bez pożegnania, rozstał się ze mną. Postanowiłem jednak nie dać za wygraną. Że zaś Kwimbo nie mógł mi być przydatny, kazałem mu wrócić na farmę, sam zaś puściłem się w pogoń za zbiegiem. Sir Hilbert Grey miał widocznie mało doświadczenia w podobnych wypadkach, bo nie potrafił ukryć za sobą śladów. Aczkolwiek z początku zbaczał to w lewo, to w prawo dla zmylenia pościgu, a może nie zdawał sobie dokładnie sprawy z kierunku, w którym biedz mu należało do swoich towarzyszów, lub wreszcie obawiał się bardziej grożących tu na każdym kroku niebezpieczeństw ze strony dzikich zwierząt, aniżeli pościgu, — jednak uciekać nie umiał, i trafiłem odrazu na ślad jego, a po upływie dobrej pół godziny dostałem się za tropem na krawędź niewielkiej dolinki, otoczonej ze wszech stron skałami i zaroślami. W pośrodku tej dolinki szumiało obfite źródło, a nad niem siedział już sir Grey i obok niego czterech Kafrów. Z uzbrojenia wywnioskowałem, że należeli do Zulów. Co oni mają tu do roboty w towarzystwie tego Anglika? — pomyślałem, i ciekawość moja podniecona została do żywego. Na ziemi leżały trzy tarcze, oprócz tych, które mieli przy sobie obecni Kafrowie, więc ogółem m usiało tu być siedmiu Kafrów, z których trzej na razie dokądś się oddalili. Jedna z tarcz była obficie upiększona piórami strusiemi — znak, że należała do dowódcy. W pobliżu pasło się osiem koni. Anglik prowadził w tej chwili ożywioną rozmowę z dzikimi. Nie miałem jednak zamiaru podsłuchiwać ich, gdyż wyłoniła się o wiele ważniejsza sprawa. Okoliczność, że brakowało tu do kompanii trzech Kafrów, a reszta omawiała coś pod przewodnictwem podejrzanego Anglika, zbudziła we mnie myśl, że farma Helmersów, stojąca wśród pustkowia na ustroniu, strzeżona zaledwie przez jedną dziewczynę i kilku niedołężnych Hotentotów, mogła się znaleźć w niebezpieczeństwie. A wśród nieobecnych znajdować się musiał najdzielniejszy z nich, naczelnik plemienia, jak to z tarczy jego wywnioskowałem. Wziąwszy to wszystko pod uwagę, postanowiłem wrócić natychmiast, o ile można szybko, na farmę, przyczem poważne o nią obawy zakrzątnęły myśl moją, bo w takich okolicznościach podczas mojej nieobecności mogły się tam stać najgorsze rzeczy. Należało wracać szybko, więc po krótkim namyśle postanowiłem... zdobyć sobie jednego z tych koni, które stały opodal. Chociaż tego rodzaju postępek mógł mię zupełnie słusznie zepchnąć do rzędu koniokradów, a zaszczyt to, oczywista, nieszczególny, ale wobec obawy o bezpieczeństwo mieszkańców farmy przemogłem wszelkie skrupuły. Kradzież ta nie przedstawiała się zbyt trudną; mogłem wziąć konia bez przeszkody i odjechać. Ale — rzecz prosta — ci ludzie nie puściliby tego płazem i urządziliby pościg za mną, co mogło jeszcze wzmódz niebezpieczeństwo dla Helmersów, zamiast je odwrócić. Bądź-co-bądź — konia trzeba było dostać, ale w taki sposób, żeby właściciele spostrzegli to, o ile możności, jak najpóźniej. Wykorzystawszy tedy nierówność dolinki, przedostałem się chyłkiem na drugą jej stronę, w jedno z bocznych jej wgłębień, skąd już niepostrze- żenie mogłem się zbliżyć do pasących się koni. Aby jednak nie spłoszyć ich, poczołgałem się spory kawał na czworakach i dopiero o trzy kroki, podniósłszy się z ziemi w okamgnieniu, znalazłem się na siodle. Wprawdzie koń w pierwszej chwili począł wierzgać, usiłując wysadzić mię z siodła, ale zdoławszy wczas ująć wodze, owładnąłem nim natychmiast i powoli, by nie obudzić czujności obozujących, ruszyłem przez krzaki w gąszcz, skąd już przedostałem się przez pasmo wzgórz i jak najspieszniej pogalopowałem w stronę farmy. Wkrótce też dopędziłem Kwimba, który sporządził był sobie z gałęzi coś w rodzaju sanek, a ułożywszy na nich dzika, ciągnął ku domowi, jak koń, aż mu z czoła pot spływał strumieniami. Kafr, zobaczywszy mię, bardzo się zdziwił i zarazem uradował. — Mynheer ma koń? Och, jak to dobrze! Teraz koń, a nie Kwimbo, będzie ciągnął świnię! I wyprzągł się natychmiast w tej nadziei, że istotnie pozwolę mu wprowadzić w czyn jego niezły pomysł. — Kto będzie jadł mięso? koń, czy Kwimbo?! — zapytałem. — No, jakże! — odparł. — Jużcić, że Kwimbo. — A więc ten, kto ma jeść, niech ciągnie. Ja ci konia nie dam, gdyż jest mi samemu potrzebny. Tam, w lesie, są uzbrojeni Zulowie i zapewne kilku z nich napadło na farmę. Muszę więc pędzić co sił, aby nieść pomoc napadniętym. A i ty uważaj na siebie, aby cię nie pochwycono. — Zulu u Mietje? Aj, Kwimbo skoczy na jednej nodze i świnia też i będziemy za chwilę przy pięknej Mietje. Kwimbo pozabija wszystkich Zulu! To mówiąc, zaprzągł się na nowo i począł biedz szybko, aż się mięso dzika na „saniach“ chybotało to w jedną, to w drugą stronę, — ja zaś, co koń wyskoczy, pędziłem naprzód. Jakoż niebawem znalazłem się niedaleko farmy, leżącej na nizinie, a więc widocznej z pochyłości wzgórza, po którem jechałem. Aby się dostać do zabudowań niepostrzeżenie, więc niespodzianie, postanowiłem zajechać do farmy od tyłu. Nie chcąc jednak objeżdżać naokoło ogrodu, przesadziłem niewysoki płot i... runąłem z konia, jak długi, na ziemię. Przyczyną wypadku było to, że nie miałem nóg w strzemionach, które były dla mnie za długie, a przykrócić ich nie było czasu. Z tego też domyśliłem się więc, że zabrany przeze mnie koń należał do sir Grey’a. Podczas skoku przez płot jedno ze strzemion zahaczyło o wystający dyl płotowy, rzemień urwał się, i nastąpiła... nie bardzo dla mnie honorowa katastrofa. Na szczęście, nie stało się nic złego ani mnie, ani koniowi, którego puściłem wolno, nie troszcząc się oń więcej, i pobiegłem w kierunku domu mieszkalnego. Po drodze natknąłem się na jednego z Hotentotów, drżącego z przerażenia. — Czy jest w domu kto obcy? — zapytałem go. — Och, mynheer! — ledwie zdołał wymówić, — Zulu są w domu... Trzy Zulu... i wielki głowacz też!... Nie pytając więcej, pobiegłem do sieni, skąd doleciały mych uszu przeraźliwe krzyki. Odchyliwszy nieco drzwi do izby, spostrzegłem trzech Kafrów, z których dwa stali blizko progu, a jeden szamotał się na środku izby z Mietje. We drzwiach sypialni stała ni żywa, ni umarła gospodyni, oparłszy się bezwładnie o futrynę. — Tu mieszka Jan van Helmers — mówił łamaną mową holenderską głowacz. — On strzela do Zulu... On musi zginąć i kobieta musi zginąć też! — Nie! on nie zginie, lecz wróci, by nas pomścić — dziewczyna z mocą. — Zginie i on, i ta stara... Ty nie... Ząb żmiji masz na szyi i dlatego nie zginiesz, ale pójdziesz z Sikukunim, który musi ukarać Sami. Od kogo masz ten ząb? — Od matki. — Gdzie ona? — Zginęła w Kalahari. — Ach, Sikukuni już wie wszystko. Żona Sami miała ten ząb. Żona Sami uciekła z dzieckiem w Kalahari. Żona umarła, a dziecko wziął Boer i zabrał też ząb żmiji... Ty jesteś dzieckiem Sami... Ty musisz iść z Sikukunim do Zulu. Boer zaś zginie i jego baba! Dał znak towarzyszącym mu Zulusom, którzy dobyli wnet nożów i postąpili ku jeffrouw Soofje. Mietje, widząc to, poczęła krzyczeć i wyrywać się z rąk głowacza, ale jej nie puścił. Nie było co zwlekać. Podniosłem do ramienia dubeltówkę i wypaliłem dwa razy raz po raz do tych, co się rzucili na starszą kobietę, a następnie obróciwszy dubeltówkę kolbą do góry i przedarłszy się przez dym, zamierzyłem się na głowacza, który stał, struchlały niespodzianem zjawieniem się mojem, na środku izby i patrzał na mnie, jak tur. Jednak dziewczyny z rąk swych nie puścił. Sekunda wystarczyła, bym go obejrzał od stóp do głów. Głowę jego zdobiły nausznice ze skóry lamparciej i obfite pióra strusie. Z puchu tegoż ptaka miał sporządzony fartuch, a z ramion zwisał mu rodzaj płaszcza z krowich ogonów. Byłem pewny, że uderzenie moje kolbą zwali z nóg olbrzyma, nie wziąłem jednak w rachubę nizkiej powały, o którą w rozmachu zawadziłem, i to zupełnie wystarczyło, by przeciwnik palnął mię maczugą tak, że się przewróciłem na ziemię. I byłbym może na długo stracił przytomność, gdyby nie szalony wysiłek woli, która w chwili otrzymania ciosu spotęgowała odruchową prężność mych muskułów. Zerwałem się z ziemi, by rzucić się na Sikukuniego. Ale tak jego, jak i Mietje, już w izbie nie było. Dwaj Kafrowie leżeli na ziemi bez życia, a tuż obok omdlała Soofje. Rozumie się, że nie mogłem zajmować się nią wobec porwania Mietje — i mimo dotkliwego bólu w głowie, chwyciwszy dubeltówkę, wybiegłem z domu. Hotentoci darli się na podwórcu w niebogłosy z trwogi i przerażenia. — Mietje niema! Kafr porwał ją... i uciekł!... — Którędy? — Tam, o! na koniu! I wskazano mi jeźdźca, który podążał z poza węgła domu ku bramie. Pobiegłem na przełaj uciekającemu i z przerażeniem stwierdziłem, że Sikukuni umykał właśnie na koniu, którego przed chwilą puściłem. Ze struchlałą Mietje furknął przez bramę, jak ptak z klatki, pomimo, że opadła go sfora psów. W kilku skokach wybiegłem za nim i, mierząc wzrokiem odległość, wyjąłem naboje. — Konia! dawajcie konia! — rozkazałem. Wpośród Hotentotów zawrzało, jak w ulu: jeden przez drugiego pobiegli ku stajniom z krzykiem i hałasem. Nigdy może w życiu nie byłem tak rozwścieczony; zda się, drżał we mnie każdy nerw. A jednak tu właśnie trzeba było najzupełniejszego spokoju, gdyż od strzału, który miał paść z mej broni, zależało powodzenie sprawy. I dziwna rzecz — choć zawsze byłem pewny celności swej dubeltówki, obecnie nie bardzo wierzyłem w dobry skutek. Oparłszy lufę o płot, wymierzyłem, aczkolwiek miałem wrażenie, jakby mi iskry jakieś latały przed oczyma. Straszna chwila!... Zbieg miał się za chwilę wydostać poza obręb doniosłości strzału, i gdybym teraz chybił choćby o kilka centymetrów, mogłaby paść ofiarą Mietje. Wycelowałem więc nie do głowacza Zulusów, lecz do konia, i to tak, ażeby padł odrazu. Wstrzymawszy się kilka sekund, by uzyskać pewny punkt dla strzału, skorzystałem z chwili, gdy Mietje chwyciła instynktownie za uzdę, i koń skręcił głowę w bok. Pocisnąłem języczek, rozległ się strzał, i... odetchnąłem. Koń powalił się w jednej sekundzie na ziemię. — Konia! — krzyknąłem raz jeszcze do Hotentotów, a jeden z nich począł klaskać w dłonie, wołając: — Mynheer zastrzelił Kafra! tam, tam, patrzajcie! W tejże chwili nadbiegli inni, pędząc przed sobą konie nieosiodłane. Włożyłem nowy nabój do wystrze- lonej lufy, a chwyciwszy za wodze brabanta Kwimby, wsiadłem. — Idźcie do jeffrouw, bo zemdlała! — krzyknąłem do Hotentotów i pogalopowałem za zbiegiem. Naprzeciw zmierzał właśnie ze swemi „saniami“ Kwimbo, który usłyszał odgłos mego wystrzału i przyśpieszył kroku. Niewątpliwie połapał się w całej sytuacyi, bo zresztą była dosyć wyraźna: Kafr uciekający z uprowadzoną dziewczyną, a za nim ja na koniu. Zrozumiał też snadź w lot moje znaki, gdyż zostawił swoją zdobycz i puścił się ku Sikukuniemu. Ten zaś, spostrzegłszy z jednej strony mnie, a z drugiej Kwimba, podniósł maczugę z zamiarem zabicia Mietje. W tejże jednak chwili Kwimbo z całym rozmachem rzucił oszczep w zbrodniarza, raniąc go ciężko w ramię. Trafiony zawył dzikim głosem i, puściwszy dziewczynę, począł uciekać w bok pod górę. Byłbym niechybnie dogonił łotra, gdybym miał innego konia; ale brabantczyk, widząc, że go skierowuję na niewygodny, kamienisty grunt, znarowił się i, nim go uspokoiłem, zbieg już był po drugiej stronie pasm a wzgórz! — Do jeffrouw! — krzyknąłem na Mietje. — Leży omdlała w izbie! — A Sikukuni? — zapytała dziewczyna, która nawet w takich opałach nie straciła przytomności. — Proszę zostawić to mnie! Kwimbo, siadaj! — Gdzie? na jednego konia dwóch? Kwimbo musi ciągnąć świnię. — Siadaj! Świnia nie ucieknie — rzekłem ostro. — No, dobrze... Niech świnia leży, ale Kwimbo musi być koło Mietje, bo Zulu... — Siadaj! — krzyknąłem raz jeszcze. — Musimy unieszkodliwić Zulów, aby mi się nie kusili poraz drugi napaść farmę. — Kwimbo ma zabijać Zulu? Dobrze. Kwimbo jest dzielny... Kwimbo bohater... Wdrapał się na grzbiet wałacha, i popędziliśmy w górę. Niebawem spostrzegłem Sikukuniego daleko w dole, jak się przedzierał przez najniebezpieczniejsze wyrwy. Przebiegły głowacz wybrał iście karkołomną i dalszą drogę umyślnie, aby mi uniemożliwić ściganie go na koniu. My natomiast mogliśmy wcześniej dostać się do obozujących w głębi lasu bliższemi ścieżkami. Podpędziwszy tedy konia, znaleźliśmy się wkrótce w lesie. Tu kazałem memu Kafrowi zsiąść i uwiązać brabanta w zaroślach — i puściliśmy się w głąb lasu pieszo. Niebawem dotarłszy w pobliże obozujących, zatrzymaliśmy się i rzekłem do Kafra: — Ja przedostanę się na drugą stronę, i gdy usłyszysz mój strzał, zabijesz jednego Zulusa i przeszkodzisz Anglikowi, gdyby chciał uciec, bo on mi jest bardzo potrzebny. — Dobrze, mynheer; zabiję wszystkich Zulu, a Anglika tak o! — tu chwycił oburącz najbliższy pień drzewa, by mi pokazać, jak to uczyni. — A jak , to już nie puszczę — dokończył, potrząsając pniem. Zostawiając go na miejscu, począłem się skradać wśród krzaków na drugą stronę, by znaleźć dogodne miejsce, skąd możnaby strzelać na pewniaka. Zauważyłem jednak wkrótce, że Kwimbo, widocznie z wielkiej gorliwości, zamiast zostać na miejscu, począł się również skradać ku obozującym i wreszcie wpadł pomiędzy nich, jak nosorożec. Oj, głupi Kwimbo, głupi! Zulowie, zdziwieni nagłem pojawieniem się nieznajomego, pootwierali gęby. Ale Anglik, przypomniawszy snadź sobie twarz Kwimba, objaśnił ich w kilku słowach, co to za gość, i Kafrowie rzucili się wnet ku przybyszowi. On jednak napluł w garść, ujął krzepko maczugę (gdyż oszczep po drodze zgubił) i jednej chwili zapałał lwią odwagą. — Co?! jak?! — krzyknął. — Zulu chcą zabić dzielnego Kwimbo? A od czego Kwimbo ma maczugę?... I z rozmachem spuścił maczugę na głowę biegnącego ku niemu Kafra, który padł z roztrzaskaną czaszką. Prawie zaś jednocześnie wystrzeliłem raz po raz z obu luf, kładąc trupem dwu innych Zulów. Z czwartym Kwimbo mógł sobie sam już dać radę, więc, nie zwlekając, skoczyłem w pogoń za Anglikiem, który wolał widocznie uciec, niż posłużyć się strzelbą i dwoma pistoletami. Nie zdążyłem atoli dognać go, i dzielny sir, dopadłszy konia, popędził w pełnym galopie, a za nim podążyły luzem inne spłoszone konie. Nie pozostało mi nic innego, jak wrócić do Kwimba, który ograbił już był poległych ze wszystkiego, co tylko mieli przy sobie. — No, i patrz, mynheer! Czy Kwimbo nie jest bohater? co? Mynheer zastrzelila dwa Zulu, a Kwimbo zabiła też dwa Zulu. Kwimbo jest tak dzielny, jak mynheer. — Ale Kwimbo jest bardzo głupi — rzekłem. — Wpadł tu, jak kamień z procy, i Anglik mi wskutek tego uciekł!... — Eh, mynheer! to nic nie szkodzi. Anglik powróci — pocieszał mię poczciwiec, i rad nie rad musiałem poprzestać na tem. Sikukuni, posłyszawszy zapewne strzały, widział też niechybnie z ukrycia, co się tu stało, i prawdopodobnie podążył za uciekającym Anglikiem gdzieś w miejsce bezpieczne. Mogli nawet spotkać się ze sobą w końcu. A że konie pobiegły również, więc głowacz Kafrów dopadł zapewne którego z nich, i nie mogłem nawet marzyć, iż go dopędzę. Nie pozostawało tedy nic innego, jak wrócić na farmę. Co do poległych — postanowiłem wysłać nazajutrz Hotentotów, by pogrzebali zwłoki, a rzeczy ich ukryliśmy dobrze w krzakach, by nie dźwigać ich niepotrzebnie. Kazałem tylko Kwimbowi wziąć tarczę Sikukuniego, którą miałem chęć zabrać ze sobą do Europy, jako pamiątkę. Wróciwszy następnie na miejsce, gdzie pozostał nasz koń, wsiedliśmy nań i odjechaliśmy w stronę farmy aż do porzuconego dzika. Tu kazałem Kwimbowi zaprządz do „sań“ brabanta i przytransportować mięsiwo do domu. — Jak to pięknie, mynheer! Koń pociągnie świnię, i Kwimbo będzie wielką ucztę na pamiątkę zwycięstwa. Sam się Kwimbo naje i Hotentoci dostaną trochę. Znalazłszy się wreszcie w dziedzińcu farmy, zastałem tam Hotentotów przy ściąganiu skóry z konia, którego zabiłem pod Sikukunim. Wszedłem do izby. Starsza kobieta siedziała w fotelu, gdyż w obawie ponownego napadu Zulów nie kładła się już do łóżka. Uspokoiłem ją i dowiedziałem się następnie, że służba przyniosła torby Anglika, znalezione przy siodle zabitego konia. Postanowiłem zbadać ich zawartość w nadziei, że może znajdą się tam jakie wskazówki co do tego ciekawego jegomościa i jego interesów z Zulami. Mietje tymczasem uporała się była z uprzątnięciem zwłok dwu zabitych Zulów i zajęła się kuchnią. Rozstawiwszy wartę dokoła farmy, udałem się do wskazanego mi pokoju gościnnego i, spojrzawszy w okno, spostrzegłem niedaleko za ogrodem wielkie ognisko, naokoło którego rozsiedli się Hotentoci, piekąc nad płomieniem spore porcye dzika. Pomiędzy nimi uwijał się dzielny Kwimbo, bohater dnia. Dziwny naprawdę człowiek! Tak niedawno jeszcze widziałem go w najwyższej trwodze wrzeszczącego wobec strusia, a oto teraz okazało się, że jednak posiadał dość odwagi, a nawet pewne wojownicze zdolności!

The opening of the book is shown; the full text loads in the reader.

Loading the full text…